Zło konieczne - Alex Kava

Zło konieczne

0,0

W wielu miejscach Ameryki prawie w tym samym czasie giną katoliccy księża. Niemal identyczny scenariusz rytualnych zbrodni wskazuje na jednego sprawcę. Maggie O'Dell, specjalistka od portretów psychologicznych seryjnych morderców, znów prowadzi dochodzenie. Poszlaki wskazują na to, że zamordowani księża za życia skrzywdzili wielu młodych mężczyzn. Jednak Maggie nie wie, że ofiary księży od pewnego czasu kontaktowały się ze sobą na specjalnym forum internetowym, planując zemstę. Tymczasem w życiu Maggie ponownie zjawia się ksiądz Keller. Podejrzany o potworne zbrodnie wymknął się wymiarowi sprawiedliwości. Teraz jemu ktoś grozi śmiercią. Ksiądz proponuje Maggie układ: w zamian za osobistą nietykalność pomoże schwytać seryjnego zabójcę.

Dodaj komentarz


Pani Kava napisała dużo książek. Najbardziej popularna jest „seria” z agentką Maggie O'Dell. Ta książka to kolejne jej przygody. Jest jednak odmienna od pozostałych powieści. Morderstwa księży powodują pojawienie się w książce dylematów moralnych związanych z molestowaniem seksualnym. Tym samym powieść wzbogaciła się o elementy psychologiczne. Wychodzi to historii tylko na dobre. Warto przeczytać, mimo że to thrillera psychologicznego z prawdziwego zdarzenia jeszcze trochę tej książce brakuje.


Książka określana jako sequel „Dotyku zła”, poruszająca dość kontrowersyjny temat księży i molestowania seksualnego. Kolejny tom przygód agentki O’Dell, jest lekturą stojąca na dobrym poziomie, jednak nie jest to jakiś super thriller, który czytałoby się z wypiekami na twarzy. Prosty, acz sugestywny styl i język, znani i nowi bohaterowie, zgrabnie połączone wątki. Powieść dobra dla szukających odprężenia, gdyż nie wymaga nadwyrężania szarych komórek.


Piąty już tom przygód agentki FBI Maggie O'Dell. Po raz kolejny autorka początkowo przedstawia bohaterów i lawiruje między nimi sprawiając, ze czytelnik czuje się nieco zagubiony. Później jednak akcja się rozwija i wciąga. Przed Maggie stoi kilka dylematów moralnych w trakcie rozwiązywania morderstw kilku kapłanów i kilku młodych kobiet. Na pozór wydają się zupełnie bez związku wiec czy Maggie sobie z nimi poradzi? Proponuję przeczytać książkę i samemu się dowiedzieć


Ciekawa fabuła (giną księża podejrzani o molestowanie seksualne). Powieść jest ciekawym skrzyżowaniem thriller psychologicznego z elementami powieści obyczajowej. Dobrze budowane napięcie. Historia mniej przewidywalna niż w innych częściach "serii" o agentce O'Dell. Zakończenie może zaskoczyć niejednego czytelnika.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

ROZDZIAŁ TRZECI

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii

Doktor Gwen Patterson wytężała wzrok, żeby zobaczyć miejsce zbrodni z okna swojego gabinetu, niestety znajdowała się po drugiej stronie Potomacu. Nawet kiedy patrzyła przez lornetkę, estakada zasłaniała jej widok. Zdołała dostrzec tylko czerwoną toyotę Maggie zaparkowaną obok samochodu technicznego.

Przeczesała włosy palcami, jej ręka niepokojąco zadrżała. Czy to podniecenie? A może nerwy? Nieistotne. Stres dawał się jej we znaki. To zresztą zrozumiałe. Trzy ofiary w ciągu trzech tygodni. A jednak tego dnia spodziewała się, że dozna ulgi. Miała nadzieję, że jej napięcie zacznie opadać, tymczasem żadnej ulgi nie czuła. Węzeł pomiędzy jej łopatkami zacisnął się jeszcze mocniej. Może głupio myślała, że skoro Maggie zajęła się sprawą, to na pewno szybko opanuje sytuację. Jak mogła pozwolić, żeby to zaszło tak daleko?

Była umówiona z Maggie na kolację w Old Ebbitt's Grill, ich ulubionej knajpce. Zamówi kurczaka w chrupiącej orzechowej panierce, natomiast Maggie zje stek. Niewykluczone, że wypiją butelkę wina, zależnie od nastroju Maggie, który wyniknie z tego, co właśnie teraz ogląda nad rzeką, pod estakadą. Zresztą nieważne. Przyjaciółka na pewno powie jej, jakie dowody zastała na miejscu zbrodni. Maggie będzie jej oczami i uszami. Gwen wystąpi w roli adwokata diabła, przepyta Maggie, jak zazwyczaj to się działo. Przy odrobinie szczęścia przyjaciółka nie zorientuje się, że Gwen zna już niektóre odpowiedzi. Tak, to się da zrobić.

Zresztą doktor Patterson nie miała wyboru, musiała tak postępować.

Co za ironia, że doszło do tego właśnie teraz, gdy zrezygnowała z pacjentów i zleceń, które miały jakikolwiek związek ze sprawami kryminalnymi.

Gwen zamknęła okno i potoczyła wzrokiem po ścianach gabinetu. Słońce odbijało się od oprawionych w ramki dyplomów. Cała ściana zawieszona była zaświadczeniami o jej kwalifikacjach i stopniach naukowych. Lecz w obecnej sytuacji jaką miały one wartość?

Gwen przetarła oczy. Brak snu zaczynał jej doskwierać, mimo to uśmiechnęła się. Tak, to także ironia losu, że im była starsza, mądrzejsza i więcej warta w świecie nauki, tym mniej liczyły się te wszystkie tak ładnie oprawione dyplomy.

Dotarła do samego szczytu zawodowej kariery. Tak przynajmniej twierdzili jej koledzy, cytując artykuły i książki Gwen w swoich pracach naukowych. Wszystkie te z trudem zdobyte honory otworzyły jej drogę do Quantico, do Białego Domu oraz Pentagonu. Poznała senatorów, członków kongresu, ambasadorów i innych dyplomatów, wielu z nich zostało jej pacjentami. Jedna z par miała nawet zapisany jej numer w funkcji „szybkie wybieranie”. Nieźle jak na dziewczynkę z Bronksu. A jednak w tej chwili wszystkie te znajomości i zasługi nie miały znaczenia.

Listy były krótkie, instrukcje proste, ale pogróżki nie brzmiały poważnie, przynajmniej aż do tego dnia. Jeśli jednak dotąd Gwen nie traktowała ich serio, teraz wiedziała już, że ów ktoś bez wahania spełniłby swoją groźbę. Na szczęście wreszcie spotka się z Maggie, która miała wstęp tam, gdzie dla niej drzwi były zamknięte. Przyjaciółka opisze jej miejsce zbrodni, przygotuje profil mordercy i pomoże odgadnąć, kim jest ten niegodziwiec. Już kiedyś robiły coś podobnego, wiele razy zbierały dowody, porównywały ofiary, rozważały wszelkie okoliczności, a potem trafiały na ślad, który prowadził je do sprawcy. Teraz Gwen będzie po prostu przewodnikiem Maggie, jak dawniej, kiedy młodziutka wówczas i nieopierzona przyjaciółka po raz pierwszy zjawiła się w Quantico.

Mój Boże, wydaje się, że to całe wieki temu. Ile czasu minęło od tamtej chwili? Dziesięć lat? Jedenaście?

Gwen pełniła wówczas funkcję najważniejszego niezależnego konsultanta Cunninghama, zastępcy dyrektora FBI. Jako zaprawiony w boju mentor wzięła Maggie pod swoje skrzydła, delikatnie popychała ją i zachęcała. Pomimo różnicy wieku zostały serdecznymi przyjaciółkami, zarazem jednak, właśnie z powodu owych piętnastu lat, które je dzieliły, Gwen często odgrywała inne role w stosunku do swojej najlepszej przyjaciółki – nauczyciela, psychologa, czasami nawet matki. Prawdę mówiąc, to ostatnie wcielenie ją samą bardzo zaskoczyło. Gwen wierzyła głęboko, że nie posiada instynktu macierzyńskiego, a tymczasem Maggie go w niej obudziła. Może właśnie dlatego uważała, że poradzi sobie bez wiedzy i kryminalnego doświadczenia przyjaciółki, że sama, nic nikomu nie mówiąc, rozwiąże ten problem. Pragnęła tylko tak pokierować Maggie, żeby w jej zastępstwie poszła tam, gdzie Gwen nie mogła pójść, i śledziła mordercę, a może nawet go schwytała. Musiała jedynie doprowadzić do niego przyjaciółkę. Wygra z nim w tę grę, którą sam wymyślił.

Czy to rzeczywiście takie proste? Czy to się uda? Musi się udać.

Gwen włożyła dokumenty do teczki, nawet na nie nie patrząc. Kolejny znak, że była zmęczona. Jej nieskazitelne zwykle biurko wyglądało, jakby wiatr przeleciał przez pokój, rozrzucając sterty papierów.

Wzięła telefon komórkowy, który zabójca podrzucił jej tego ranka w zwykłej szarej kopercie, wsuwając ją przez otwór na listy w drzwiach wejściowych. Ostrożnie wytarła telefon, cały czas trzymając go przez papierowy ręcznik, i schowała do brązowej papierowej torby. Jadąc do domu, poszuka jakiegoś pojemnika na śmieci i tam, zgodnie z instrukcją, go wyrzuci.

Alex Kava

Zło konieczne

Tłumaczyła
Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Piątek, 2 lipca

Lotnisko Eppley

Omaha, Nebraska

Wielebny William O'Sullivan był przekonany, że nikt go nie rozpoznał. Skąd więc te krople potu na jego czole? Nie przeszedł jeszcze przez kontrolę bezpieczeństwa, postanowił z tym zaczekać, aż zbliży się godzina odlotu, na wypadek, gdyby jednak ktoś go poznał. Siedząc z tej strony hali, mógł udawać, że na kogoś czeka i wcale nie wybiera się w drogę.

Wiercił się na plastikowym krześle, przyciskając do piersi skórzaną aktówkę. Robił to tak mocno, że mało brakowało, a zgniótłby sobie żebra; i znowu poczuł ten ból, który mógłby uznać za zgagę i zlekceważyć. Zresztą to była przecież zgaga, nic innego. Nie przywykł do tak obfitego lunchu. Wiedział jednak, że podczas lotu do Nowego Jorku, a później do Rzymu, podadzą mu byle jaki posiłek, który przyniósłby jego nadzwyczaj wrażliwemu żołądkowi o wiele więcej szkody niż klops i ziemniaczana papka, które zostały Sophii z poprzedniego dnia.

Tak, to przez te resztki z obiadu rozbolał go żołądek, powiedział sobie, rozglądając się po zatłoczonej hali lotniska w poszukiwaniu toalety. Kiedy już ją znalazł, nie ruszył się z miejsca, tylko najpierw dokładnie wszystko obejrzał. Przesunął na czoło okulary w drucianych oprawkach, kciukiem i palcem wskazującym przetarł zmęczone oczy, a następnie znowu zlustrował teren.

Wykluczył najkrótszą drogę, bo chciał uniknąć spotkania z czarnoskórą kobietą, która wręczała „materiały do czytania” – jak to nazwała na własny użytek – każdemu, kto był zbyt grzeczny, żeby jej odmówić.

Włosy kobiety zdobiły barwne koraliki. Wystroiła się w swoją zapewne najlepszą suknię w purpurowe ciapki, która dodawała jej centymetrów w biodrach. Za to jej buty były całkiem w porządku. Mówiła niskim łagodnym głosem, a kiedy pytała: „Czy mogę panu zaproponować materiały do czytania?”, brzmiało to niemal jak piosenka. Każdego też, włączając w to tych, którzy w odpowiedzi niecierpliwie burczeli pod nosem i odchodzili w pośpiechu, pozdrawiała śpiewnym zwrotem: „Życzę bardzo miłego dnia”.

Wielebny O'Sullivan zgadywał bez trudu, co kobieta miała do zaproponowania. Przypuszczał, że była jedną z owych nawiedzonych misjonarek. Czy poczułaby, że coś ich łączy, gdyby minął ją z bliska? Oboje byli kaznodziejami, głosili słowo Boże. Ona w praktycznym obuwiu, on z teczką pełną tajemnic.

Lepiej jej unikać, pomyślał.

Spojrzał w stronę lady z pączkami. Długa kolejka wygłodniałych zombi cierpliwie stała po nową porcję energii, niczym narkomani, którzy muszą wstrzyknąć sobie jeszcze jedną dawkę przed odlotem. Na prawo znajdowało się wejście do księgarni. O'Sullivan poczuł na sobie wzrok młodego mężczyzny w czapce bejsbolówce i szybko odwrócił głowę. Czy tamten go rozpoznał? Pomimo cywilnego sportowego ubrania? Poczuł ucisk w żołądku i wbił wzrok w buty. Bawełniana koszulka polo, prezent od siostry, przykleiła mu się do pleców. Z głośników płynęło powtarzane w kółko przypomnienie, żeby pasażerowie nie zostawiali bagażu bez opieki. Przycisnął mocniej teczkę, dłonie miał śliskie od potu. Jak mógł się łudzić, że zdoła wyjechać, nie zwracając na siebie uwagi? Że tak po prostu wsiądzie na pokład samolotu i będzie wolny, rozgrzeszony ze wszystkich swoich występków.

Kiedy jednak wielebny O'Sullivan odważył się znów podnieść wzrok, młody mężczyzna zniknął. Podróżni śpieszyli przed siebie w skupieniu. Nawet ta czarnoskóra kobieta, która nadal pozdrawiała przechodzących obok niej ludzi i życzyła im dobrego dnia, zdawała się kompletnie nieświadoma jego obecności.

Paranoja. Po prostu dopadła go paranoja. Trzydzieści siedem lat oddania Kościołowi i co z tego ma? Oskarżenia i wytykanie palcami, a zasłużył na najwyższy szacunek i wdzięczność. Kiedy usiłował wyjaśnić siostrze swoją trudną sytuację, wpadł w złość i w końcu, podczas krótkiej rozmowy, zdołał jedynie przekazać jej, żeby przepisała na siebie tytuł własności rodzinnego majątku.

– Nie dopuszczę do tego, żeby ci dranie zabrali nam dom.

Chętnie siedziałby teraz w domu. Nie była to wielka posiadłość, ot, drewniany piętrowy budynek na jednym hektarze ziemi w Connecticut, otoczony drogami ciągnącymi się w szpalerach drzew, górami i niebem. Tam czuł się najbliżej Boga. Ironia tego stwierdzenia kazała mu się uśmiechnąć. Bo jak na ironię okazałe katedry i wielkie kongregacje coraz bardziej oddalały go od Boga.

Pisk, który rozległ się w pobliżu ruchomych schodów, wyrwał go z zamyślenia. Brzmiał jak głos jakiegoś egzotycznego ptaka, a tak naprawdę protestowało nieumiejące jeszcze chodzić dziecko, które ciągnęła za sobą niczym niezrażona matka, jakby nie docierał do niej opór malucha. Ten skrzekliwy głos grał O'Sullivanowi na nerwach i ponownie wprawił w stan tak wielkiego napięcia, że wielebny bał się, iż zacznie zgrzytać zębami. Naprawdę miał już dość tego wszystkiego. Poderwał się na nogi i ruszył do toalety, nie bacząc nawet, czy nie trąca kogoś po drodze, nie depcze.

Dzięki Bogu toaleta była pusta, mimo to na wszelki wypadek sprawdził wszystkie kabiny. Postawił teczkę na podłodze, opierając o lewą nogę, jakby bał się stracić z nią kontakt. Zdjął okulary i położył w rogu umywalki. Nie patrząc na swoje rozmazane odbicie w lustrze, poruszał dłońmi pod kranem. Kiedy woda nie zaczęła lecieć, jego frustracja jeszcze wzrosła. Ponownie poruszył rękami i w końcu z kranu wypłynął cienki strumień wody, którym ledwie zmoczył sobie palce. Pomachał raz jeszcze. Woda trysnęła na moment. Zamknął znużone oczy i spryskał sobie twarz. Zimne krople łagodziły nudności, uciszały gwałtowne tętnienie w skroniach.

Sięgnął do pojemnika z papierowymi ręcznikami, urwał więcej papieru, niż potrzebował, i lekko osuszył twarz i dłonie, wielce zniesmaczony, bo papier z recyklingu był szorstki i nieprzyjemnie pachniał. Nie słyszał, jak otworzyły się za nim drzwi toalety. Kiedy znów zerknął w lustro, przestraszony ujrzał za plecami niewyraźną postać.

– Już prawie skończyłem – oznajmił, sądząc, że zajmuje komuś miejsce, chociaż w toalecie było kilka umywalek. Dlaczego korzystał akurat z tej? Poczuł słaby metaliczny zapach. Może to sprzątaczka? I to bardzo niecierpliwa. Wyciągnął rękę po okulary i niechcący zrzucił je na podłogę. Zanim pochylił się, by je podnieść, ktoś chwycił go w pasie. Dojrzał jedynie srebrny błysk. Potem coś go zapiekło, poczuł okropny ból, który błyskawicznie rozszedł się po klatce piersiowej.

Łagodnie i miękko ktoś szepnął mu do ucha:

– To twój koniec, wielebny.

ROZDZIAŁ DRUGI

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii

Nie ma dobrego sposobu na podniesienie z ziemi ludzkiej głowy.

Do takiego wniosku doszła agentka specjalna Maggie O'Dell. Obserwowała z góry miejsce zbrodni, bardzo przy tym współczując młodemu technikowi kryminalnemu. Była ciekawa, czy myślał to samo co ona, kucając w błocie i patrząc pod coraz to innym kątem. Nawet detektyw Julia Racine milczała. Stała tylko nad nim i nie była w stanie wykrztusić słowa, choć zwykle nie brakowało jej dobrych rad. Maggie nigdy dotąd nie widziała, by zachowywała się tak cicho.

Stan Wenhoff, główny lekarz sądowy okręgu, który tkwił obok Maggie na nabrzeżu, krzyknął coś, ale nawet nie próbował zejść na dół. Swoją drogą Maggie była zdziwiona, że pojawił się w piątkowe popołudnie, zwłaszcza że zaczynał się świąteczny weekend. W podobnej sytuacji wysyłał zwykle któregoś ze swoich zastępców, choć z drugiej strony nie wybaczyłby sobie, gdyby jego nazwisko pominięto w wiadomościach. A ta sprawa niewątpliwie miała szansę stać się pożywką dla mediów.

Maggie spojrzała na wodę i miasto na drugim brzegu. Pomimo stanu pogotowia związanego z zagrożeniem terrorystycznym ludzie szykowali się do świątecznej zabawy, oczekując przy tym słońca i nieco niższej temperatury. Maggie nie miała żadnych planów na weekend poza wylegiwaniem się z Harveyem w ogrodzie. Zamierzała upiec steki na grillu i poczytać najnowszą powieść Jeffreya Deavera.

Założyła włosy za ucho, a wiatr natychmiast porwał kolejny kosmyk. Tak, mieliby doprawdy piękny letni dzień, gdyby nie ta ucięta głowa, którą ktoś porzucił na błotnistym brzegu. Jak bardzo zły musi być człowiek, żeby odciąć bliźniemu głowę i rzucić ją gdzieś jak śmieci? Przyjaciółka Maggie, Gwen Patterson, twierdziła, że Maggie ma obsesję na punkcie zła. Maggie nie uważała tego za obsesję, tylko za szukanie odpowiedzi na odwieczne pytanie. Dawno temu uznała, że wykorzenienie zła należy do jej służbowych obowiązków.

– Skończ już przeczesywanie wierzchniej warstwy – zawołał Stan do młodego technika. – Zgarnij to do worka.

Maggie zerknęła na niego. Zgarnąć „to”? Łatwo powiedzieć, kiedy stoi się w miejscu, gdzie buty nadal lśnią od pasty, a zapach śmierci jeszcze nie doleciał. Ale nawet z tej wysokości widziała, że to beznadziejne zadanie. Brzeg zaśmiecały puszki, tekturowe opakowania po jedzeniu na wynos i rozmaite papierzyska. Znała ten teren – ten pas ziemi pod estakadą – na tyle dobrze, by wiedzieć, że pełno tu również petów, kondomów, a znajdzie się też i strzykawka. Zabójca ryzykował, porzucając głowę w tak ruchliwym miejscu.

Maggie zazwyczaj tłumaczyła podobną brawurę tym, że morderca działał zbyt chaotycznie, był za mało zorganizowany. Ale mogła ona również oznaczać panikę. Skoro jednak mieli do czynienia z trzecią głową w ciągu trzech tygodni, o panice nie mogło być mowy, w grę wchodziła tylko jakaś pokrętna zbrodnicza taktyka.

– Mogę przyjrzeć się z bliska? – zawołała.

– Jak sobie chcesz. – Racine wzruszyła ramionami, potem wyciągnęła do niej rękę.

Maggie nie przyjęła pomocnej dłoni, tylko rozglądała się za czymkolwiek – gałęzią, kamieniem, korzeniem – czego mogłaby się chwycić. Jednak nie było nic prócz błota i wysokiej trawy. Nie miała wyboru, musiała ześliznąć się, zjechać o własnych siłach. Jak narciarz bez nart próbowała utrzymać równowagę. Przemknęła obok Racine, trzymając się na nogach, ale niewiele brakowało, żeby wylądowała w Potomacu.

Racine pokręciła głową, na jej wargi wypłynął krzywy uśmiech. Szczęśliwie nic nie powiedziała. Maggie nie życzyła sobie, by jej przypominano, że grubo przesadza, jeśli chodzi o Racine. Nie chciała przyjąć od niej żadnej pomocy, a tym bardziej żyć z poczuciem, że ma Julii Racine coś do zawdzięczenia. W ciągu kilku minionych lat obie stawały przed różnymi wyzwaniami i pokonywały mnóstwo przeszkód. I co ważniejsze, były kwita. Maggie pragnęła, żeby tak zostało.

Wytarła buty o wysokie źdźbła trawy, żeby jeszcze bardziej nie zanieczyścić miejsca zbrodni. Po tej eskapadzie skórzane pantofle będą się nadawały do wyrzucenia. Maggie nie dbała o buty, często zapominała zabierać z sobą obuwie ochronne. Gwen nieustannie powtarzała, że sposób, w jaki Maggie traktuje swoje buty, graniczy z dezynwolturą czy wręcz skandaliczną abnegacją. Maggie wciąż miała przed oczami błyszczące, wypastowane trzewiki Stana. Zerknęła za siebie i spostrzegła, że Stan cofnął się z występu nabrzeża. Czyżby się zdenerwował ślizgiem Maggie po błocie? A może chciał mieć pewność, że nikt nie każe mu pójść w jej ślady? Jakkolwiek było, wiedziała, że Stan nie zejdzie do nich.

Julia Racine przyłapała ją na tych spojrzeniach.

– Niech Bóg broni, żeby sobie zapaskudził buty – mruknęła pod nosem, jakby czytała w myślach Maggie, lecz zaraz potem wróciła wzrokiem do uciętej głowy. – To na pewno ten sam bandyta, ale może tym razem szczęście nam dopisze.

Maggie dopiero co przeglądała dokumenty w sprawie dwóch poprzednich głów. Po raz pierwszy zaproszono ją na miejsce zbrodni, gdyż Racine i jej szef, Henderson, podejrzewali, że mają do czynienia z seryjnym mordercą.

– Niby jak? – spytała, kiedy stało się jasne, że Racine czeka na to pytanie. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają, na przykład fakt, że detektyw Racine przed ogłoszeniem swoich genialnych teorii domaga się od wszystkich uwagi.

– Dzięki temu, że dostaliśmy cynk, zdążyliśmy, zanim robaki zakończyły przekąskę. Tamte dwie były ogryzione do kości. Do tej pory nie udało nam się ich zidentyfikować.

Maggie jeszcze raz wytarła buty o trawę i podeszła bliżej. Smród uderzył ją jak podmuch gorącego powietrza. Nie potrafiłaby opisać mieszanki zapachów, które towarzyszą śmierci, zawsze były takie same, a jednak zawsze inne, zależnie od otoczenia. Słaby metaliczny zapach krwi tym razem został zdominowany przez gnijące ciało i woń rzecznego błota. Zawahała się na moment, potem skupiła uwagę na makabrycznym widoku.

Stojąc na górze, sądziła, że to trawa i splątane glony trzymają głowę w miejscu. Teraz zobaczyła, że to dzięki skręconym z tyłu długim włosom ofiary, jej twarz patrzyła prosto w czysty błękit nieba. Zbliżywszy się jeszcze trochę, Maggie stwierdziła, że „patrzyła” nie było odpowiednim słowem. Zdawało się, że powieki trzepoczą, a tak naprawdę dziesiątki białych czerwi przepychały się do gałek ocznych. Nawet wargi sprawiały wrażenie, jakby się poruszały, jakby szeptały coś po raz ostatni, ale i tym razem był to tylko pochód czerwi. Robactwo wylewało się strumieniami także przez nozdrza ofiary, niezrażone, zdeterminowane i skoncentrowane na swoim zadaniu – pożarciu zdobyczy. Maggie odgoniła wiszące nad głową muchy plujki i przykucnęła obok technika. Znalazłszy się tak blisko, poza brzęczeniem much słyszała czerwie, które brnęły naprzód i przeciskały się jeden przed drugim, upychały się w rozmaitych otworach. Temu wszystkiemu towarzyszył odgłos przypominający ssanie.

Boże, jak ona nienawidziła czerwi.

Na początku kariery w FBI, kiedy niczego się nie bała i wiele musiała udowodnić, na prośbę – a raczej wyzwanie – koronera, włożyła rękę do pełnej czerwi jamy ustnej ofiary, gdzie znalazła jej prawo jazdy. To był, zresztą niezbyt oryginalny, znak firmowy tamtego mordercy. Zależało mu, by dzięki przedmiotom, które wpychał do gardeł swoich ofiar, policja mogła je zidentyfikować. Od tamtej pory, ilekroć Maggie widziała czerwie z tak bliska, czuła lepką maź, którą pozostawiły wówczas na jej dłoniach i przedramionach, kiedy w pośpiechu ratowały swoje życie, czepiając się jej ciała.

Teraz, siedząc na zabłoconych piętach, zrozumiała, co Racine miała na myśli, mówiąc, że tym razem szczęście im dopisało. Pomimo nieustającego ruchu czerwi widziała grudki biało-żółtych jajeczek w uszach ofiary i w kącikach jej oczu i warg. Nie wszystkie czerwie zdążyły się wylęgnąć, a te, które się wylęgły, znajdowały się w swoim pierwszym stadium, co znaczyło, że głowa nie leżała tu dłużej niż dzień czy dwa, bowiem w lipcowym upale proces lęgu zachodzi szybko.

Mimo wszystko Maggie czuła też pewien szacunek do tych stworzeń. Dorosłe muchy plujki wyczuwają krew z odległości około pięciu kilometrów. Zlatują się w parę godzin po śmierci ofiary, i choć wyglądają makabrycznie na martwym ciele, nie pożerają tak wiele. Bardziej interesuje je składanie jajeczek w ciemnych wilgotnych miejscach. Dla nich ludzkie ciało, jeszcze niedawno pełne życia, ciepłe, chłonące tlen, to przede wszystkim karmiciel dla młodych, dla następnego pokolenia much plujek.

Czerwie wykluwają się z jajeczek w ciągu jednego, dwóch dni, i natychmiast zaczynają pożerać wszystko aż do kości. Kiedy Maggie pracowała w Connecticut, profesor Adam Bonzado powiedział jej, że trzy muchy mogą złożyć wystarczająco dużo jajeczek, i tym samym wyprodukować wystarczająco dużo czerwi, żeby pożreć ludzkie ciało tak szybko jak dorosły lew. Zdumiewające, pomyślała, jak efektywne i zorganizowane są te małe i pozornie bezmyślne organizmy.

Tak, Racine miała rację. Tym razem szczęście im dopisało. Zostało dostatecznie dużo tkanki, żeby wykonać badanie DNA, a co ważniejsze, być może zachowały się charakterystyczne obrażenia, które zdradzą, jak wyglądały ostatnie godziny nieszczęsnej kobiety.

Niestety, największym wyzwaniem dla technika było zabranie głowy razem z czerwiami. O ileż łatwiej byłoby je zmieść, spryskać, odkazić głowę, lecz wtedy straciliby cenne dowody.

Maggie szukała wzrokiem śladów stóp, w ogóle jakichkolwiek śladów.

– Jak pan myśli, jak ona się tu dostała? – zapytała, pamiętając, że należy mówić o ofierze w formie osobowej, nie tak jak Stan, który widział jedynie coś, co można ot tak, zgarnąć do worka. Wiedziała przy tym, że z jego strony nie był to brak wrażliwości, tylko mechanizm obronny.

Jak się okazało, również technik wybrał taktykę Stana.

– Nie rzucono tu tego z estakady ani z nabrzeża, bo wtedy zostałyby jakieś ślady. Wygląda na to, że ktoś to tutaj położył.

– Czyli morderca sam ją tu zniósł? – Maggie odwróciła głowę i spojrzała na stromy brzeg, na którym widniał jedynie tor jej ślizgu.

– Moim zdaniem, tak. – Technik wstał i rozprostował nogi, wdzięczny za przerwę. – Tu są ślady stóp, zrobię odcisk z gipsu.

– Taa, ślady stóp – rzekła Racine. – Musisz je zobaczyć. – Szła ostrożnie, pokazując zagłębienia w błocie.

Maggie podniosła się i spojrzała tam, gdzie wskazywała Racine. Od głowy do tego miejsca było jakieś cztery i pół metra.

– Skąd macie pewność, że należą do mordercy?

– Innych nie znaleźliśmy – odparł technik, wzruszając ramionami. – Dwie noce wstecz solidnie padało, musiał tu przyjść już po deszczu.

– Te ślady pojawiają się ni stąd, ni zowąd – dodała Racine. – I zwróć uwagę, że prowadzą prosto do rzeki.

– Może do łodzi – zasugerowała Maggie.

– Tutaj? I nikt by go nie zauważył? Odpada.

– Wspomniałaś, że dostaliście cynk. – Maggie przyglądała się sporym śladom. Podeszwy odbiły się wyraźnie, ale bez czytelnego logo.

– No – rzuciła Racine i skrzyżowała ramiona, jakby w końcu zaczęła panować nad sytuacją. – Jakaś kobieta zadzwoniła anonimowo na 911. Pojęcia nie mam, skąd o tym wiedziała. Może od mordercy. Może wkurzył się, że tak długo szukaliśmy tamtych dwóch.

– A może chciał, żebyśmy poznali tożsamość tej ofiary – stwierdziła Maggie.

Racine skinęła głową, nie wyskakując z przeciwną teorią.

– Jak myślicie, co on robi z resztą ciała? – spytał technik.

– Nie wiem. – Racine ruszyła przed siebie. – Może powiedziałaby nam to anonimowa informatorka. Do naszego powrotu powinni już namierzyć jej numer.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Omaha, Nebraska

Gibson McCutty stwierdził, że drzwi na tyłach domu są nadal otwarte, tak jak je zostawił. Wszedł niepewnym krokiem do kuchni, wpadł na pojemnik z warzywami i przeklął pod nosem. W tej samej chwili coś upadło na podłogę. Zawahał się, nadstawiając uszu, ale tak głośno sapał, łapiąc oddech, że prawie nic nie słyszał.

Dlaczego nie może oddychać?

Całą drogę z lotniska pędził, nawet nie przysiadając, pedałował ma rowerze górskim przez skrzyżowania ze światłami, lekceważąc klaksony i zwalniając tylko po to, żeby pokonać ostatnią pochyłość. Nic zatem dziwnego, że tak się zadyszał. Musi chwilkę odpocząć. Oparł się o lodówkę, czekając, aż oddech się wyrówna. Ku jego zdumieniu znajome pomrukiwanie lodówki natychmiast go uspokoiło. Był w domu. Był bezpieczny. Przynajmniej w tej chwili.

Idiotyczne magnesy wciskały mu się w plecy, wkurzające małe plastikowe zwierzęta, którymi mama przyczepiała na drzwiach lodówki „dzieła sztuki” jego brata. Żeby chociaż uprawiała ogród! Nigdy jednak nie pozwoliłaby sobie na to, żeby mieć ziemię pod paznokciami. Uśmiechnął się na tę myśl i usiłował sobie przypomnieć, co przedstawiały poszczególne magnesy, z nadzieją, że dzięki temu wymaże z pamięci obraz krwi. Zacisnął powieki – zając, wiewiórka, szop pracz, jeż. Czy jeż żyje w ogrodzie? Czy ktoś w ogóle widział kiedyś jeża?

To na nic.

Przed oczami miał wciąż tamten widok, tamtą twarz wykrzywioną bólem. Krew płynącą z ust. I te oczy, które patrzyły bez jednego mrugnięcia. Czy rozpoznał swego zabójcę? Czy był w stanie go zobaczyć? Oczywiście, że nie. Przecież nie żył. Ale czy na pewno?

Gibson potrząsnął głową i odsunął się od lodówki. Pokuśtykał do salonu i potknął się o kosz z praniem stojący u stóp schodów. Następnie powoli ruszył do góry, licząc w myślach stopnie, i przystanął, policzywszy do ośmiu. Podciągnął się za pomocą poręczy i przeskoczył skrzypiący dziewiąty stopień. Kiedy minie drzwi pokoju matki, będzie wreszcie wolny. Przebierając się po pracy, matka czasami oglądała wiadomości o piątej. Nie mógł ryzykować, żeby go usłyszała. Jak by jej wytłumaczył swoją nieobecność? Z pewnością zapytałaby, gdzie się podziewał, zwłaszcza że był mokry i śmierdział. Włosy przykleiły mu się do spoconej głowy pod czapką bejsbolówką.

Zbliżywszy się do drzwi pokoju matki, nie usłyszał za nimi żadnego dźwięku. Może więc jeszcze nie wróciła. Był piątek. Następny dzień miała wolny, a tego dnia jego młodszy brat zostawał na noc u kolegi. Matka wspominała, że prawdopodobnie wyskoczy z koleżankami z biura na drinka. Czy jednak mówiła właśnie o tym wieczorze? Tak, przecież był piątek. Z całą pewnością. Co za szczęście. Może nie było aż tak źle, jak mu się wydawało.

Mimo to pośpieszył do swojego pokoju i zamknął drzwi, ostrożnie, delikatnie, żeby nie hałasować. Rzucił plecak na łóżko, potem oparł się całym ciałem o drzwi, jakby ta dodatkowa siła była niezbędna do przekręcenia klucza. Wstrzymał oddech i nasłuchiwał, nie wierząc w szczęśliwy los w dniu, kiedy zabrakło mu szczęścia. A jednak wokół panowała cisza. Był w domu sam. Pomimo to trząsł się, nie drżał, a właśnie dygotał jak jakiś idiota w konwulsjach.

Objął się ramionami, ale gdy poczuł, że jego koszulka była mokra na piersi, gwałtownie opuścił ręce. Naprawdę był spocony jak mysz. Omal się nie wykończył, kiedy pokonywał krawężniki i pędził na oślep przez zatłoczone skrzyżowania. Zdjął czapkę z daszkiem i cisnął ją na łóżko, a kiedy zdejmował koszulkę, zaplątał się w nią. Niewiele brakowało, a popękałaby w szwach. Tak bardzo chciał jak najszybciej uwolnić się od smrodu potu, benzyny i wymiocin. Zwymiotował jedzenie z fast foodu, tuż za wyjazdem z garażu przy lotnisku.

W końcu włączył niedużą lampkę. Natychmiast spostrzegł krew pod paznokciami. Próbował ją wyskrobać, wytrzeć koszulką. Potem otworzył szafę, zwinął koszulkę i wcisnął ją do pustej reklamówki, którą upchnął w kąt szafy, z dala od innych rzeczy. Wiedział, że mama nigdy jej nie znajdzie. Kiedy odkryła spleśniałą zjedzoną do połowy kanapkę w szufladzie ze skarpetkami, zagroziła, że nie będzie dłużej zajmować się jego ubraniami, poza tym, co znajdzie w koszu z rzeczami do prania. Przypuszczał, że chciała w ten sposób obudzić w nim poczucie odpowiedzialności, choć zastanawiał się też, czy może raczej wolała nie wiedzieć, że działo się z nim coś złego.

Nie rozwiązując sznurówek, zrzucił buty i zostawił je na środku pokoju. Wtedy właśnie ujrzał ikonę migającą na ekranie komputera. Patrząc na ekran, szedł ku niemu powoli. Nie planował żadnej gry, a wiadomości dostawał zwykle za pośrednictwem czatu.

Usiadł na krześle przy biurku, wciąż wpatrzony w ikonę z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, która mrugała na niego z rogu ekranu. Kiedy indziej byłby tym podniecony i gotowy do gry. Teraz czuł tylko ścisk w żołądku. Po chwili wahania kliknął dwa razy ikonę. Ekran obudził się do życia, wypełniły go słowa:

Złamałeś zasady.

Gibson zacisnął dłonie na podłokietnikach krzesła. Co to jest, do diabła? Zanim odgadł, na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość:

Widziałem, co zrobiłeś.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Old Ebbitt's Grill

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii

Maggie gestem podziękowała za pomoc zabieganej hostessie. Szła przez zatłoczoną restaurację, usiłując nie zwracać uwagi na niebiańskie zapachy wołowiny z grilla i czosnku. Umierała z głodu.

Gwen czekała na nią w tym samym co zwykle boksie. Na stoliku stał nietknięty duży kieliszek, prawdopodobnie z jej ulubionym shiraz.

– Nie chciałaś beze mnie zacząć? – spytała Maggie, wskazując na kieliszek i siadając naprzeciw przyjaciółki.

– Wybacz, ale wręcz przeciwnie. To już drugi.

Maggie zerknęła na zegarek. Spóźniła się najwyżej dziesięć minut. Zanim cokolwiek powiedziała, podszedł Marco.

– Dobry wieczór, pani O'Dell. Czy mogę pani podać koktajl przed kolacją?

Maggie nie mogła się nadziwić, jak on to robił, że czuły się zawsze jedynymi gośćmi w tej tłocznej, gwarnej restauracji. W kącikach oczu kelnera widniały już kurze łapki, a jednak wciąż wyglądał jak młody, opalony i dobrze opłacany chłopak, który obsługuje kabiny plażowe. Widać było, jak bardzo jest dumny, że zna swoją klientelę. Faktycznie dobrze znał Gwen i Maggie, i gdy tylko rezerwowały stolik, dbał, by zawsze dostały to samo miejsce.

A zatem gdy Maggie powiedziała:

– To co zwykle...

Marco bez wahania czy konsternacji odparł:

– Oczywiście. Zaraz podam dietetyczną pepsi z cienkim plasterkiem cytryny.

Tak po prostu. Bez żadnych dodatkowych pytań. Bez wykładów, czy, co gorsza, współczujących spojrzeń. Podobało jej się to.

Podał Maggie menu.

– Proponowałbym paniom świeże ślimaki na przystawkę.

– Nie – rzuciła szybko. – Nie dla mnie – dodała z nadzieją, że nie zauważył, iż ten pomysł wzbudził w niej wstręt. Spędziwszy popołudnie w towarzystwie czerwi, nie była pewna, czy jej żołądek strawiłby talerz ślimaków.

– Ja też dziękuję – wtrąciła Gwen.

– Może na początek zamówimy nadziewane grzyby – zasugerowała Maggie. Woń czosnku przygotowała ją na smakowitą przekąskę.

– Doskonały wybór – pochwalił Marco i nagrodził ją uśmiechem. – Zaraz podam.

Kiedy Maggie zerknęła na Gwen, ta sączyła wino, znacząco unosząc kąciki warg.

– Co? – zapytała Maggie. – Umieram z głodu, ale się podzielę.

– Szkoda, że nie widziałaś swojej miny, kiedy proponował ślimaki. Rozumiem, że masz za sobą jedno z tych miłych popołudni.

– Czerwie. Zbyt dużo czerwi. – Gdy odsunęła z czoła kosmyki, ze zdumieniem stwierdziła, że były wilgotne. Wpadła po drodze do domu, żeby wziąć prysznic i przy okazji zmyć z siebie wspomnienie robaków, chociaż tym razem ich nie dotykała. – Policja w końcu nas wezwała w sprawie głów niezidentyfikowanych kobiet.

– Czy to oznacza, że, ich zdaniem, obie są ofiarami tego samego mordercy?

– Wygląda, że to ten sam. Poza tym... – Maggie urwała, gdyż Marco właśnie postawił przed nią dietetyczną pepsi z cytryną.

– Zaraz będzie przekąska. Czy mogę coś jeszcze podać?

– Nie, dziękujemy – odparła Gwen. Potem zwróciła się do Maggie i nie bacząc, że Marco jeszcze nie odszedł, rzuciła niecierpliwie: – Mów dalej.

Maggie zaczekała, aż kelner znajdzie się poza zasięgiem jej wzroku. Zdumiało ją zachowanie Gwen. Zazwyczaj była opanowana, zawsze potrafiła zachować dyskrecję. Prawdę mówiąc, ostatnio zdawała się jedynie słuchać, od czasu do czasu co najwyżej okazując znudzenie czy zmęczenie ponurymi szczegółami. Dlaczego teraz było jej tak śpieszno? Przesadnie śpieszno. Maggie pochyliła się do przodu, objęła szklaneczkę i powiedziała cicho:

– Znaleźli dzisiaj trzecią głowę.

– Jezu... – Gwen cofnęła się, jakby te słowa pchnęły ją na oparcie boksu.

– Aha, i sprawę prowadzi Racine – dodała Maggie, kręcąc głową i popijając pepsi. – Chyba ją to przerasta. – Wypiła duszkiem pół szklanki. Kiedy wbiegła do domu wziąć prysznic i przebrać się, Harvey przekonał ją, że zdążą jeszcze odbyć szybki spacer. Teraz dopiero poczuła, jak bardzo była spragniona.

– Na pewno jesteś sprawiedliwa? – spytała Gwen. – W końcu nie należysz do największych fanów Racine.

Nie po raz pierwszy Gwen przypominała przyjaciółce, że nie była całkiem obiektywna w stosunku do detektyw Julii Racine. Z kostką lodu w ustach Maggie pomyślała o tym przez chwilkę. Nabrała nerwowego nawyku ssania lodu, żeby nie napełniać pustej szklanki po pepsi szkocką. Czy jej się to podobało, czy nie, Gwen miała rację. Już wiele lat temu nie darzyła Julii Racine zbyt wielkim szacunkiem. Pani detektyw robiła karierę, korzystając z rozmaitych dróg na skróty, a jedynym powodem, dla którego jej na to pozwalano, była płeć poparta urodą, bo przecież nie kwalifikacje. Maggie z kolei zawsze walczyła o to, żeby traktowano ją na równi z kolegami z FBI. Racine bywała też nie dość ostrożna, często wręcz nierozważna. Na domiar złego przed kilku laty podrywała Maggie, kiedy wspólnie rozpracowywały jakąś sprawę. Trzeba jeszcze dodać, że Racine uratowała matkę Maggie przed samobójczą śmiercią. Maggie odwdzięczyła się Julii, chroniąc jej ojca przed seryjnym mordercą. Ich relacja była doprawdy skomplikowana. No tak, więc może Maggie nie była do końca obiektywna, oceniając Julię Racine, a już zwłaszcza jej zawodowe kompetencje.

– Do tej pory nie zidentyfikowała dwóch poprzednich ofiar – oznajmiła jednak.

– To należy do niej czy do koronera? Może to on się ociąga? Chyba powinnaś zostawić ją w spokoju.

Maggie uniosła ramiona. Nie rozumiała, dlaczego przyjaciółka ni stąd, ni zowąd wymaga, żeby była miła dla Racine. Jak Gwen mogła bronić kobiety, której nigdy nawet nie spotkała?

– Ona nie przestrzega zasad – zaczęła się bronić. Widząc uśmiech Gwen, uświadomiła sobie, że kiepsko zagrała.

– A ty co?

– Czasami je naginam. Czy to nie ty powtarzałaś mi przed laty, że w walce ze złem nie obowiązują żadne reguły?

– Zawsze obowiązują jakieś reguły – stwierdziła Gwen z powagą. – Dobro je honoruje, zło nie. To od samego początku daje mu niesprawiedliwą przewagę.

W tej samej chwili Marco podał półmisek parujących, pachnących czosnkiem grzybów i talerze.

– Życzę paniom smacznego. Wrócę za kilka minut.

Wlepiły wzrok w przekąskę. Maggie wprost umierała z głodu.

– A co ze Stanem? – zaczęła znów Gwen i wrzuciła kilka grzybów na talerz przyjaciółki. Sobie nałożyła dwa, ale nie zaczęła od razu jeść. – Dlaczego tak zwleka?

– Jak rozumiem, nie mieli wystarczająco dużo tkanki. – Maggie rozejrzała się po sali. Wprawdzie wysokie drewniane boksy zapewniały prywatność, ale ta restauracja była ulubionym miejscem spotkań polityków wysokiej rangi. Co za tym idzie, nie brakowało tu ciekawskich. Zadowolona, że nikt ich nie podsłuchiwał, Maggie ciągnęła: – Ani odcisków zębów do porównania. Stan twierdzi, że nie mógł zrobić autopsji, lecz mimo to nie wysłał materiału do antropologa.

– A ty znasz antropologa, do którego mógłby to wysłać. – Gwen uśmiechnęła się znacząco.

Maggie robiła co w jej mocy, żeby nie spłonąć rumieńcem.

– Niezupełnie.

Wiedziała, że Gwen miała na myśli Adama Bonzado, cenionego profesora z West Haven w Connecticut, z którym Maggie pracowała w minionym roku. Ów profesor antropologii kryminalnej dał jasno do rozumienia, że jeśli chodzi o Maggie, interesują go nie tylko znalezione przez nią kości.

– Mówiąc poważnie... – Gwen zrezygnowała z kazania, jakie zwykle prawiła przyjaciółce na temat jej kontaktów z mężczyznami, a raczej braku takich kontaktów. – Jakie są szanse na wykorzystanie eksperta z zewnątrz, na przykład Bonzado? Czy Stan nie poczułby się urażony?

– Mam nadzieję, że by się ucieszył. – Maggie zaczęła kroić kapelusz grzyba. – Już zresztą podrzuciłam Racine pomysł, że dwie poprzednie głowy powinien obejrzeć ekspert, bo do niej należą służbowe kontakty ze Stanem. Zresztą, jak tylko dziś tam przyjechałam, przypomniał mi, że to nie jest jego sprawa. – Maggie przełknęła resztkę dietetycznej pepsi i zaczęła szukać wzrokiem kelnera.

– Co przez to rozumiał?

– Kiedy ciało jest poćwiartowane albo, jak w tym wypadku, zostaje odcięta głowa, sprawa podlega kompetencji tego, kto ma serce.

– To idiotyczne – stwierdziła Gwen tak stanowczo, że Maggie przestała szukać kelnera i wróciła do niej wzrokiem. Gwen uprzytomniła sobie, że przesadziła. Odsunęła się i o wiele spokojniejszym, opanowanym tonem dodała: – To głupie, może nie? Nie pamiętam takiego archaicznego prawa. W takim razie możesz mi wyjaśnić, co się dzieje, kiedy reszty ciała nie udało się odnaleźć?

– Po pierwsze, Racine musi raz jeszcze sprawdzić, czy nie trafiono gdzieś na jakiś tułów. Morderca mógł pojechać dalej i pozbyć się go po drodze. – Maggie zerkała na przyjaciółkę kątem oka, udając, że czyta menu. Co tak bardzo wyprowadziło Gwen z równowagi? W przyćmionym świetle gazowego oświetlenia restauracji usiłowała przyjrzeć się Gwen, i właśnie dostrzegła, że jej jasne włosy były lekko potargane, zwykle starannie wymanikiurowane paznokcie zaniedbane, a pod oczami pojawiły się cienie.

– To by znaczyło, że zajmuje się czymś, co wymaga podróżowania, a w każdym razie pozwala na pewną mobilność. – Gwen mówiła już normalnym tonem, ale Maggie zauważyła, że nerwowo zwijała serwetkę.

– Niewykluczone. Cokolwiek jednak morderca robi z tułowiem ofiar, Stan nie może tak po prostu zrzucić z siebie odpowiedzialności. Ostatnią rzeczą, jaką należy się teraz martwić, to kwestia uprawnień poszczególnych członków zespołu.

Gwen sączyła wino. Tym razem Maggie spostrzegła, że lekko drżała jej ręka. Nie wiedziała, czy przyjaciółka była po prostu zmęczona, czy zdenerwował ją jakiś pacjent. Może to nic ważnego. Może Maggie szukała dziury w całym. Tak czy owak, zapytała:

– Dobrze się czujesz?

– Oczywiście. – Odpowiedź padła zbyt szybko. Zresztą Gwen zauważyła zatroskaną minę Maggie. – Nic mi nie jest – dodała, jakby poczuła się zaatakowana, po czym oświadczyła spokojniej: – Jestem trochę zmęczona.

Uśmiechnęła się do Maggie, na pozór zainteresowana menu, i zamknęła temat, uciekając spojrzeniem. Maggie zastanowiła się, czy zrobiła tak z obawy, że jej oczy mogły odkryć coś więcej niż zmęczenie.

Poszła śladem Gwen i otworzyła znów swoje menu, jednak trzymała je lekko pochylone, żeby widzieć twarz przyjaciółki. Na Boga, co takiego Gwen przed nią ukrywa?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Lotnisko Eppley

Omaha, Nebraska

Detektyw Tommy Pakula nienawidził takich scen. Krew w zasadzie mu nie przeszkadzała; przez prawie dwadzieścia lat służby widział już chyba wszystko co możliwe. Rozbryzgany mózg czy odpiłowane części ciała nie robiły na nim wrażenia. Ale po prostu nienawidził, jak ktoś mu zanieczyścił miejsce zbrodni.

Przejechał ręką po ogolonej głowie. Pod koniec długiego dnia z tyłu pojawiła się szczecinka. Wpadł do domu tylko po to, żeby zmienić koszulę i skarpetki, te drugie na stanowczą prośbę swojej żony Clare. Ich staż małżeński równał się jego stażowi w policji, a jej nadal przeszkadzały śmierdzące skarpety. Uśmiechnął się pod nosem. Clare miała dużo poważniejsze powody do narzekań, było ich całkiem sporo. Powinien dziękować losowi za taką żonę. Dzwonili do niego, na przykład tak jak teraz, w samym środku obiadu, więc musiał zostawić na talerzu domowe lasagne i gorące bułeczki i zająć się jakimś umarlakiem w klopie na lotnisku.

Stanąwszy w drzwiach, od razu wiedział, co go najbardziej wkurza w takich sytuacjach: były tam co najmniej trzy różne ślady stóp. Jedne rozniosły krew z toalety do holu i prowadziły wokół wózka sprzątaczki zaparkowanego przed drzwiami, który blokował wejście. Właściciel tych śladów zignorował żółty plastikowy znak z napisem: „Nieczynne”. Jak poinformowano Pakulę, wózek postawiono już po znalezieniu sztywniaka. Więc te ślady należały do kogoś ciekawskiego. To jeszcze nic, bo sztywniak okazał się księdzem, w każdym razie tak wynikało z jego prawa jazdy.

– Kurna – rzucił Pakula w przestrzeń. – Mojej osiemdziesięcioletniej matki nie przepuszczą przez punkt kontrolny, jak nie zdejmie płaszcza i dokładnie jej nie obszukają, ale każdy inny dupek może tu wpaść, wysikać się i obejrzeć sobie umarlaka na podłodze.

– Mężczyzna, który znalazł ciało, mówi, że poprosił sprzątaczkę, żeby postawiła swój wózek przed drzwiami, a on wezwie pomoc. – Pete Kasab zajrzał do notesu i zrobił naprędce jakieś notatki.

Pakula bardzo się starał, żeby nie przewrócić oczami, kiedy patrzył na młodego niedoświadczonego detektywa. Przeniósł wzrok na młodą czarnoskórą kobietę z laboratorium kryminalnego okręgu Douglas. W żaden sposób nie reagowała na ich pogaduszki. Zakończyła filmowanie miejsca zbrodni kamerą wideo, i teraz właśnie rękami w rękawiczkach, na kolanach, napełniała torebki i butelki dowodami, które zbierała specjalnymi szczypcami, a które z miejsca, gdzie stał Pakula, były zupełnie niewidoczne. Nigdy dotąd z nią nie pracował, ale dużo słyszał o Teresie Medinie. Wiedział, że jeśli morderca zostawił cokolwiek, Medina to znajdzie. Żałował, że nie może zamienić Pete'a Kasaba na Medinę.

– Ten mężczyzna mówił, że być może zderzył się z mordercą – ciągnął Kasab, sprawiając wrażenie, że czyta z notatek.

– Co powiedział?

– Zdaje mu się, że wpadł na tego typa w drodze do toalety.

Pakula skrzywił się na słowo „typ”. Co za kretyn z tego gówniarza.

– Ten gość ma jakieś nazwisko?

– Ten, na którego wpadł?

– Nie. – Pakula potrząsnął głową. Miał na końcu języka epitet „idiota”, ale w porę ugryzł się w język – Świadek. Ten, który znalazł ciało.

– O, jasne. – Kasab znów zaczął kartkować notes. – Scott... – Zmrużył oczy, z trudem odczytując własne pismo. – Linquist. Mam jego telefon do pracy, domowy, komórkę i adres. – Postukał w notes z uśmiechem. Naprawdę chciał zadowolić szefa.

– Masz przypadkiem rysopis?

– Linquista?

– Nie, kurna. Przypuszczalnego mordercy.

Kasab był zdruzgotany. Przerzucił kilka stron, wreszcie wymamrotał:

– Oczywiście, że mam.

Teraz Pakula poczuł się jak dupek. Jakby nadepnął na szczeniaka. Przetarł oczy, próbował pozbyć się zmęczenia i zniecierpliwienia. Ilekroć przedawkował kofeinę, robił się zrzędliwy.

– Linquist mówił, że wyglądał młodo, był od niego niższy. Linquist ma jakiś metr siedemdziesiąt. Mówił, że młody mężczyzna był ubrany w dżinsy i czapkę bejsbolówkę. Wpadł na niego, no wie pan, w pośpiechu wybiegał z toalety, kiedy Linquist tam wchodził. Linquist mówił, że zobaczył ciało i krew, odwrócił się i pobiegł po pomoc, ale po tamtym już nie było śladu.

– Ile lat miał ten młodziak? – Pakula wątpił, żeby to był morderca. Pewnie dzieciak przeżył szok, zgłupiał i nie chciał być w to zamieszany. Może nawet bał się, że to jego oskarżą.

– Linquist nie potrafił powiedzieć – odparł Kasab, nadal sprawdzając notatki. – O, mam. Oświadczył, że nie widział jego twarzy.

– To skąd wie, że to młodziak?

Kasab podniósł wzrok na szefa, jakby chciał się przekonać, czy to zwyczajne pytanie, czy jakiś test.

– Chyba na podstawie jego budowy albo zachowania.

No super, pomyślał Pakula. Smarkacz zgaduje. Fantastyczna policyjna robota. Najchętniej jęknąłby głośno, lecz zamiast tego spojrzał na Teresę Medinę, która skrupulatnie oglądała ciało. Uniosła szczypcami tył sztywnej koszulki polo. Może los im będzie sprzyjał i znajdą coś interesującego. To by była świetna policyjna robota, pomyślał Pakula. W tym samym momencie Medina podniosła coś koniuszkiem szczypców.

– Dziwne – powiedziała, obracając to coś i przyglądając się dokładnie. Pakuli przypominało to biały puszek, nie większy niż dziesięciocentówka.

– Co to jest? – Podszedł bliżej, a Medina wsunęła zdobycz do foliowej torebki i zebrała kolejny skarb z koszulki księdza.

– Jeszcze nie wiem – odparła, podnosząc szczypce na wysokość nosa – ale wygląda mi to na okruchy.

– Okruchy?

– Tak, okruchy chleba.

Zanim Pakula odpowiedział, dźwiękiem miliona maleńkich dzwoneczków odezwał się jego telefon komórkowy. Nie powinien był pozwolić, żeby jego córka – fanka techno – zaprogramowała mu telefon. Nie miał pojęcia, jak to teraz zmienić. Wyciągnął komórkę z kieszeni i rzucił:

– Pakula. – Po drugiej stronie panowała cisza. – Chwileczkę. – Odwrócił się i poszedł przed siebie holem, mając nadzieję, że tam będzie lepsza słyszalność. – Tak, proszę mówić.

– Pakula, tu Carmichael.

– Gdzie jesteś, kurna, Carmichael? Przydałabyś mi się na lotnisku.

– Jestem wciąż na komendzie.

– Mam tu zadźganego księżula na podłodze w kiblu i jakichś durni, którzy łażą wokół niego, żeby się wysikać, a może nawet zjeść sobie kanapkę nad jego ciałem.

– Co?

– Nieważne.

– Chyba nieźle się bawisz, ale pomyślałam, że zainteresuje cię telefon, jaki właśnie odebrałam. Brat Sebastian z biura archidiecezji Omaha chce wiedzieć, w jakim stanie jest ciało wielebnego Williama O'Sullivana.

– Kpisz czy o drogę pytasz? Skąd miałby wiedzieć, że jest jakieś ciało? Dopiero co zidentyfikowaliśmy ojczulka, niecałą godzinę temu.

– Mówi, że dostał anonimowy telefon.

– Serio?

Detektyw Kim Carmichael jak zwykle coś przeżuwała. Ten nerwowy nawyk sprawiał, że wciąż przybywało jej centymetrów w pasie, a jej współpracownicy musieli za to płacić, wysłuchując gorzkich żalów składających się z koreańskich przekleństw. Ale Pakula z miejsca zamieniłby Kasaba na nią, skoro nie mógł marzyć, by na stałe przydzielono mu Medinę.

– Jest pewna rzecz, Pakula, a może nawet dwie, które cię zainteresują. Brat Sebastian wydawał się bardzo zatroskany o rzeczy osobiste wielebnego, zwłaszcza skórzaną teczkę. Po drugie, chciał, żebyśmy wiedzieli, że arcybiskup Armstrong pomoże nam, więc z całą pewnością zbędna będzie pomoc FBI.

– FBI? – Pakula parsknął śmiechem. – Okej, Carmichael. Bardzo zabawne. Ale to był długi dzień i naprawdę nie jestem w nastroju...

– Ja nie żartuję, Tommy. Tak właśnie powiedział. Nawet to zapisałam.

– Czemu, kurna, mielibyśmy wzywać FBI do zwykłego morderstwa?

– Brat starał się mówić jakby od niechcenia – odparła Carmichael – ale wiesz, że słyszę nawet to, czego nie mówią. Był zdenerwowany i ostrożnie dobierał słowa. Tylko udawał, że to nic wielkiego.

Pakula przystanął, oparł się o ścianę, z dala od barku z kawą i pączkami. Nie przypominał sobie, żeby widział w toalecie skórzaną teczkę. Od początku uznał, że to przypadkowe morderstwo, może nieudany rabunek, bo nabity banknotami euro portfel ojczulka został w toalecie. Zresztą dla miejscowego złodziejaszka euro nie miały wartości. A jeśli morderca nie szukał kasy? Jeżeli dobrze wiedział, za kim wszedł do toalety? Czy to możliwe, że zamierzał zabić dobrego ojczulka? To byłaby kompletnie inna sprawa.

– Hej, Pakula, śpisz czy co?

– Zrób mi przysługę, Carmichael. Dryndnij do Boba Westona i opowiedz mu wszystko ze szczegółami.

– Jesteś pewny?

– Arcybiskup mówi, że nie chce FBI. Taa, może lepiej sprawdzić, dlaczego.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Omaha, Nebraska

Gibson zachodził w głowę, skąd ten hałas. Było zbyt ciemno, żeby coś zobaczyć, brzmiało to w każdym razie jak strumień wody. Może to z toalety, która znajdowała się między jego sypialnią i sypialnią jego młodszego brata. Wystarczyło szarpnąć rączkę, ale Tyler wiecznie o tym zapominał.

Wiercił się, aż w końcu położył się na boku. Naciągnął koc na głowę i próbował zignorować hałas, wciskając twarz w poduszkę. Wszystko na nic. Woda nadal bulgotała. Jeszcze głośniej.

Cholera, czy tak trudno szarpnąć tę pieprzoną rączkę?

Wyczołgał się z łóżka i po omacku ruszył do drzwi, jak zwykle, gdy wstawał w środku nocy do łazienki. Gdyby zapalił światło, mama wpadłaby w histerię i chciałaby wiedzieć, co się dzieje. Poza tym zwykle zostawiała na noc lampkę w przedpokoju, takie sterowane automatycznie badziewie, które włącza się samo, kiedy zapada wieczór. Tej nocy jednak było ciemno. Pewnie to cholerstwo się przepaliło. Zwyczajne gówno.

Szedł, trzymając się ściany. Gulgotanie nie ustawało. Nie mylił się, dźwięk płynął z łazienki między sypialniami. Miał chęć obudzić Tylera i pokazać mu, co powinien zrobić. Ale zaraz, czy Tyler nie został tej nocy u kolegi? Chyba że gnojek zmienił zdanie.

Spod drzwi łazienki sączyło się światło. Mało, że Tyler nie zakręcił wody, to jeszcze zostawił światło. Jezu, co za dupek. Gibson otworzył drzwi i zamarł. Na podłodze łazienki, na boku, leżał wielebny O'Sullivan. Gulgotanie, które słyszał Gibson, to była krew, która wypływała z nosa i ust oraz piersi księdza. Oczy patrzyły nieruchomo prosto na niego.

Gibson cofnął się i uderzył w ścianę. Potrząsnął głową i rozejrzał się po małej łazience. Wszystko było na swoim miejscu. Nawet zwinięty ręcznik, który zostawił na podłodze. Zamknął oczy i znowu je otworzył.

Wtedy ksiądz zamrugał.

Chryste! Gibson rzucił się do ucieczki, ale drzwi zamknęły mu się przed nosem. Nie mógł znaleźć klamki. Co, do diabła, z tą klamką?

Zerknął przez ramię. Wielebny drgnął i obrócił się, a następnie zaczął się podnosić. Gibson stał przyklejony do ściany, zbyt osłupiały, żeby zrobić choć krok. Stał jak sparaliżowany, serce waliło mu w uszach, a pot spływał po plecach. Kiedy Gibson widział księdza po raz ostatni, ten leżał w toalecie na lotnisku. Była krew, dużo krwi. Jak się tutaj dostał?!

Wielebny O'Sullivan spojrzał na niego z uśmiechem, otrzepując spodnie.

– Nie sądziłeś chyba, że to takie proste, co, Gibson? Zostawiłeś mnie tam, na podłodze. – Starł krew płynącą po koszuli, jego palce zrobiły się czerwone, krew skapywała na kafle. Żył, a w jego oczach płonęła złość. Złość na Gibsona. – Bo myślałeś, że nie żyję? – dodał wielebny, jakby czytał w jego myślach. – Naprawdę sądziłeś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Gibson, Gibson, Gibson. Właśnie ty, spośród wszystkich chłopców, powinieneś był wiedzieć lepiej.

Wielebny O'Sullivan ruszył w jego stronę.

– Moja mama jest na korytarzu – uprzedził Gibson, niczego innego nie mając na swoją obronę.

– Nie, nie ma jej, sprawdziłem.

Wielebny szedł dalej, grożąc drżącym palcem, z którego kapała krew. Na jego ustach widniał uśmiech, ten znaczący uśmiech, na widok którego Gibsonowi ściskał się żołądek. Nie słyszał, żeby mama wróciła do domu, nawet Tyler nocował u kolegi. Nikt go nie usłyszy, choćby wrzeszczał co sił w płucach.

– Na kolana, synu. Wiesz, co masz robić – powiedział wielebny O'Sullivan, zbliżywszy się do niego.

Gibson czuł już śmierdzący alkoholem oddech księdza.

Obudził się, zrzucił z siebie koc. Trząsł się, mokry od potu, ale gdy wreszcie zdał sobie sprawę, że to był tylko sen, ogarnęła go wielka ulga. Wtedy właśnie uświadomił sobie, że nadal pełnym paniki szeptem powtarza „Ojcze nasz”.

Zamilkł siłą woli. Próbował leżeć spokojnie i słuchać.

Nie było żadnego gulgotania. Kompletnie nic.

Gapił się w sufit, widząc znajome cienie gałęzi drzewa, które rosło za oknem. Patrzył i słuchał. W końcu panika go opuściła i wówczas poczuł ten zapach. Wzdrygnął się i westchnął zniesmaczony, po czym wygramolił się z łóżka. W ciemności zaczął zdejmować prześcieradło. Może powinien założyć czyste, a to wrzucić do pralki, żeby mama nic nie zauważyła. Nie powinien jej denerwować. Nie chciał, żeby się o tym dowiedziała. Za bardzo się wstydził, że już od roku moczył się w nocy.

ROZDZIAŁ ÓSMY

23.50

Wenezuela

Włączył Vivaldiego na swoim tanim dużym radiomagnetofonie tranzystorowym i pacnął kolejnego moskita. Nieźle go ugryzł. Na ręce miał teraz krew, swoją krew, i kolejną spuchniętą gulę. Jego nadwrażliwa skóra zaczęła przypominać pełną bąbli skórę trędowatego. Ojciec Michael Keller już dawno nauczył się ignorować swędzenie po ukąszeniu, tak samo jak nauczył się żyć zlany potem, nawet po wieczornym prysznicu. Skupił się na prostych rzeczach, niewielu przyjemnościach, na które mógł liczyć, jak choćby Vivaldi. Zamknął oczy, a smyczki pieściły go i uspokajały. Umysł pokonywał materię. Odkrył, że jego umysł zdolny był przezwyciężyć wszystko, jeśli tylko mu na to pozwolił.

Kontynuował swój wieczorny rytuał. Zapalił kilka świeczek o zapachu cytrynowym i sprawdził czajnik z wodą na rozgrzanej płycie kuchenki. Jego biała koszula, świeżo wyprana i wyprasowana przez jedną z kobiet z wioski, już lepiła się do pleców. Pot spływał mu po piersi, ale on i tak nie mógł się doczekać wieczornej filiżanki gorącej herbaty. Tego wieczoru z paczki otrzymanej od przyjaciela z sieci wybrał herbatę rumiankową. Jakaż to rozkosz dostać przesyłkę z rozmaitymi gatunkami liściastej herbaty, ciastkami z galaretką i kruchymi herbatnikami. Oszczędzał je, wydzielał sobie, pragnął się nimi cieszyć, podobnie jak myślą, że ktoś, kogo nigdy nie pozna osobiście, przysyła mu takie wspaniałe prezenty, takie cudowne dary.

Wsypał odpowiednią ilość herbaty do zaparzaczki z metalowej siatki i zanurzył ją w gorącej wodzie, potem przykrył kubek i czekał, aż herbata odpowiednio naciągnie. Po chwili uniósł przykrywkę, para buchnęła mu w twarz, wdychał cudowny aromat. Wyjął zaparzaczkę, postukał nią o kubek, żeby nie zmarnować ani kropli esencji.

Samotny moskit zignorował cytrynowy zapach świec i bzyczał nad jego głową. Na zewnątrz wieczorny prysznic deszczu sprawiał jedynie, że upał był jeszcze wilgotniejszy. Ale on siedział z kubkiem herbaty i swoją muzyką, i przez krótki moment czuł, jakby naprawdę był w niebie.

Nie skończył jeszcze pierwszego kubka herbaty, kiedy przestraszył go jakiś hałas za drzwiami. Siadł prosto i czekał, aż rozlegnie się pukanie, ale nikt nie zapukał. Dziwne. Nie zdarzało się, żeby wzywano go o tej porze, nikt też nie zjawiał się u niego bez zaproszenia. Szanowali jego prywatność i nawet przychodząc z pilną sprawą, przepraszali za najście.

Może to wiatr. Oparł się znów wygodnie i słuchał deszczu. Tego wieczoru krople stukały cicho i delikatnie w blaszany dach.

Zasłuchany, nagle zdał sobie sprawę, że wcale nie było wiatru.

Ciekawość kazała mu odstawić kubek. Wstał, ale nie zrobił kroku, gdyż zakręciło mu się w głowie. Kiedy odzyskał równowagę, powoli podszedł do drzwi, cicho, wciąż nasłuchując, czy ktoś był po drugiej stronie. To głupie wpadać w taką paranoję. Nie, nie paranoję – to tylko ostrożność, rozwaga. Coś, czego nauczył się z konieczności.

Przekręcił klucz i otworzył drzwi tak energicznie, że przestraszył małego chłopca. Omal nie przewrócił go na ziemię.

– Arturo? – Wyciągnął ku niemu rękę.

Poznał jednego ze swoich wiernych ministrantów. Drobniejszy niż jego rówieśnicy, chudy i delikatny, miał smutne ciemne oczy. Zawsze był gotów przypodobać się księdzu. Stojąc w deszczu, wyglądał jeszcze bardziej bezbronnie. W rękach trzymał brązowe kartonowe pudełko.

– Co tu robisz? – Widząc zmieszaną minę chłopca, powtórzył: – Arturo, qu?é hace usted aqu?

– Si, para usted, padre. – Arturo z uśmiechem pokazał paczkę, najwyraźniej dumny, że zaufano mu i wysłano z taką misją.

– Paczka dla mnie? Ale od kogo? Quién lo mandó? – Gdy wziął pudełko z rąk chłopca, stwierdził, że prawie nic nie waży.

– Yo no sé. Un viejo... stary mężczyzna.

Ojciec Keller zmrużył oczy w ciemności, żeby popatrzyć na ścieżkę prowadzącą do kościoła. Nikogo tam nie było. Ktokolwiek dał chłopcu paczkę, już sobie poszedł.

– Gracias, Arturo. – Ojciec Keller poklepał malca po głowie. Cieszył się z jego uśmiechu, bo Arturo nie miał wiele radości w życiu. Przypominał mu jego własne dzieciństwo. Dziecko, które pragnęło, żeby ktoś je zauważył i żeby komuś na nim zależało. – Hasta domingo. – Pogłaskał chłopca po policzku.

– Si, padre.

Z uśmiechem na ustach Arturo pobiegł ścieżką i zniknął w czarnej mgle.

Zaniepokojony Keller ostrożnie trzymał pudełko. Może to kolejna paczka od jego przyjaciela z sieci, który mieszka w Stanach. Herbata i ciastka. Arturo powiedział, że dał mu ją jakiś stary mężczyzna. Może ktoś zastępuje listonosza, ktoś, kogo Arturo nie zna? Dla takich dzieciaków każdy po trzydziestce to starzec. Tyle że na paczce nie było żadnej naklejki. Żadnych znaczków, w ogóle nic.

Wniósł paczkę do domu i znów zwrócił uwagę na to, jaka jest lekka, zbyt lekka, żeby zrobić mu krzywdę. Mimo to położył ją na małym drewnianym stoliku i zaczął oglądać ze wszystkich stron. Nie było na niej znaczków, żadnych pieczątek. Nie wyglądało nawet na to, żeby jakaś przylepiona wcześniej naklejka odleciała. Czasami docierały do niego paczki zniszczone w czasie transportu. W końcu mieszkał w dżungli.

Wreszcie Keller z westchnieniem sięgnął po nóż do filetowania. Przeciął taśmę i zawahał się, po czym powoli pociągnął. Nie skończył jeszcze zdejmować papieru pakunkowego, kiedy to zobaczył. Cofnął gwałtownie rękę, jakby się oparzył.

Co za głupi żart! To musi być żart. Bo kto by wiedział? I jak by się dowiedział?

Ręce mu drżały, kiedy wyjmował plastikową maskę, podobiznę Richarda Nixona, maskę, jaką zakłada się podczas Halloween.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Newburgh Heights

Obrzeża Waszyngtonu, Dystrykt Kolumbii

Maggie właśnie dotarła do domu, kiedy zadzwoniła jej komórka. Akurat była w połowie rytualnego powitania z Harveyem, chociaż widzieli się ledwie parę godzin temu. Od chwili gdy uratowała pięknego białego labradora, traktował każdy jej powrót do domu jak miłą niespodziankę, a jego brązowe oczy patrzyły pełne wdzięczności, że nie porzuciła go jak poprzedni właściciel. Maggie nie przerwała czułego powitania, tylko usiadła na podłodze w holu i wyjęła telefon.

– O'Dell – powiedziała, usiłując przekonać psa, żeby lizał jej drugą rękę. Mając teraz twarz Maggie na wysokości swojej mordy, Harvey uznał, że i ona warta jest serdecznego liźnięcia.

– O'Dell, tu Racine. Nie przeszkadzam?

Maggie zastanowiła się, czy Racine usłyszała słodkie psie całusy i właśnie je miała na myśli, czy może chodziło jej o to, że było już późno.

– W tej chwili przyjechałam. Co się dzieje?

– Wiem, że jest późno. Na pewno nie przeszkadzam?

Maggie uśmiechnęła się. A więc Racine słyszała mokre całusy.

Poklepała Harveya po łbie, ale go nie odepchnęła. Może pora, żeby rozeszły się w świat jakieś skandaliczne plotki na temat jej nieistniejącego życia seksualnego?

– Nie, w porządku. Mów.

– Okazało się, że telefon komórkowy to ślepa uliczka.

– Ukradziony?

– No. Na lotnisku Reagan National. W zeszłym tygodniu. Tam ostatnio miał go z sobą właściciel. Wydaje się uczciwy. Zgłosił zaginięcie telefonu w Sprincie. Nie korzystano z niego aż do dzisiejszego ranka.

– Udało się wyśledzić, skąd dzwoniła anonimowa informatorka?

– Tylko tyle, że z Waszyngtonu. Teraz pewnie komórka leży w jakimś śmietniku.

Maggie nie rozumiała, dlaczego Racine dzwoni do niej po północy, żeby powiedzieć coś, co obie i tak podejrzewały. Chyba nie oczekiwała, że przed autopsją otrzyma profil mordercy? Nagłe milczenie Julii wskazywało na to, że chodzi jej o coś więcej. Maggie przetrzymała ją, o nic nie pytając.

– Rozmawiałam z Hendersonem o tamtych dwóch. Zgadza się ze Stanem, że potrzebujemy antropologa kryminalnego.

Więc o to chodzi. Racine wzięła sobie do serca jej radę.

– To z pewnością pomoże – stwierdziła Maggie. A jednak coś w głosie Racine sugerowało, że to nie koniec.

– Stan mówił, że może mieć kogoś pod koniec przyszłego tygodnia, ale ja w niedzielę jadę do ojca. Wybieramy się na ryby. Ruszę chyba przed wschodem słońca, pewnie koło piątej. Och, przy okazji, Stan powiedział, że zrobi autopsję jutro z samego rana.

Urwała, jakby czekała, że agentka specjalna O'Dell wyrazi niezadowolenie z powodu mitrężenia czasu, lecz Maggie właśnie próbowała sobie wyobrazić, jak Julii udaje się zachować spokój i milczenie podczas łowienia ryb. Ten obraz zupełnie do niej nie pasował.

– W każdym razie – podjęła Racine – zaproponowałam, że zawiozę tamte dwie głowy do profesora Bonzado. Zostali z ojcem dobrymi kumplami od czasu, no wiesz... – Nie dokończyła, nie musiała tego robić. Maggie znała dalszy ciąg: od czasu, gdy profesor Bonzado i Luc Racine uratowali ją z zamrażarki, w której zamknął ją pewien szaleniec. Nie był to tradycyjny sposób na zawieranie męskich przyjaźni, ale Maggie wcale się nie zdziwiła, że akurat ci dwaj nawiązali bliższy kontakt.

– Na pewno nie ma w okręgu kogoś, kogo Stan mógłby zarekomendować? – zapytała, choć dopiero co chciała zasugerować Racine, żeby zwróciła się do profesora z Connecticut. Nie powinna jednak dawać jej do zrozumienia, że sama chętnie znowu by go zobaczyła.

– Zapewne jest, ale nie w świąteczny weekend. – Racine zrobiła przerwę. – Słuchaj, O'Dell. Będę z tobą szczera. Dziennikarze depczą mi po piętach, odkąd pojawiła się trzecia ofiara. Muszę mieć jakąś odpowiedź, i to szybko. Rozmawiałam już z Bonzado. Obiecał, że w niedzielę po południu obejrzy głowy, a ponieważ i tak się tam wybieram, wezmę je z sobą. Wiem, że to nie jest idealny sposób transportu dowodów, ale Stan nie sprzeciwił się, żeby jego cenny towar miał osobistą ochronę. Poza tym zwykle jeżdżę do ojca samochodem. Mogę tam być w cztery godziny.

Racine coś kręciła. Dlaczego uważała, że Maggie należy się to całe wyjaśnienie?

Wstała i znowu usiadła na pierwszym stopniu schodów. Harvey położył się obok niej, kładąc łeb na jej stopach.

– W świąteczny weekend nie sposób dostać biletu na samolot – mówiła dalej Racine. – Poza tym wyobrażasz sobie, że ochrona lotniska pozwoliłaby mi wziąć na pokład dwie ucięte głowy? – Śmiech Racine zabrzmiał nerwowo.

Z całą pewnością nie powiedziała jeszcze wszystkiego. Maggie chciała ją poprosić, żeby wreszcie to z siebie wyrzuciła, a jednak czekała w milczeniu.

– No i pomyślałam sobie, czy byś tam ze mną nie pojechała.

A więc w tym rzecz. Racine nagadała się tyle, żeby w końcu wystosować zaproszenie.

– Adam wspomniał, że może zdoła ustalić coś do naszego wyjazdu. To tylko jeden dzień. Wiem, że to będzie długi dzień.

Maggie nie omieszkała zauważyć, że Julia nie mówiła już „profesor Bonzado”, tylko „Adam”.

– Tata bardzo się ucieszy, jak cię zobaczy. Ciągle o ciebie pyta. No wiesz, wtedy, kiedy pamięta. Ostatnio ma całkiem niezły okres. Chociaż lekarze uprzedzają, żeby nie liczyć na to, że utrzyma się tak na dłuższą metę.

– Miło byłoby zobaczyć znowu twojego ojca. – Maggie pomyślała, że ma teraz więcej znajomych w Connecticut, niż się spodziewała. Prawdę mówiąc, poważnie rozważała, czy nie skontaktować się ze swoim przyrodnim bratem, Patrickiem, i zaproponować, żeby spędzili razem świąteczny weekend. Potem natychmiast udzieliła sobie reprymendy. Prawdopodobnie Patrick miał własne plany, w których nie przewidział miejsca dla siostry poznanej zaledwie przed rokiem. Maggie uznała, że jej brat potrzebuje czasu. Kiedy będzie gotowy, zaprosi go do siebie.

Po co się oszukiwać? Patrick nie był jedynym powodem, dla którego miała ochotę wybrać się do Connecticut. Pragnęła znowu zobaczyć Adama Bonzado. Racine podawała jej na tacy idealny pretekst. Zarazem jednak Maggie dręczyła myśl, że cztery, nie, osiem godzin w samochodzie z Julią, to o osiem godzin za dużo.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Sobota, 3 lipca

Waszyngton, Dystrykt Kolumbii

Gwen Patterson siedziała po turecku na podłodze na środku swojego salonu, ubrana jedynie w szlafrok. Włosy miała wciąż mokre po prysznicu. Choć zazwyczaj piła tylko jedną filiżankę kawy, teraz kończyła już trzecią. Odsunęła na bok mały stolik i porozkładała artykuły z gazet oraz teczki z dokumentami. Na prawo miała ręcznie pisane na skrawkach papieru listy mordercy, każdy w plastikowym woreczku, ułożone w jednym szeregu. Traktowała je jak dowody, obchodziła się z nimi ostrożnie, jakby chciała zrekompensować sobie fakt, że nie przekazała ich właściwym osobom. Właściwe osoby to była detektyw Julia Racine i spółka, do której teraz należała również Maggie.

Za oknem cichła poranna burza, już tylko lekki deszcz stukał w szyby i pogrzmiewało w oddali. Gwen nie zamknęła okien w salonie, licząc, że chłodny wiatr i świeży zapach deszczu ożywi ją po nieprzespanej nocy.

Potoczyła wzrokiem po rozłożonych papierach, nie wiedząc, czego właściwie szuka. I czy rozpozna, że nareszcie trafiła, gdy to coś wpadnie jej w ręce? Czy to możliwe, żeby morderca był zupełnie obcym jej człowiekiem? Może widział ją tylko na zdjęciu w gazecie albo na ekranie telewizora. Mógł też słyszeć jej wywiad w radiu albo pojawił się, gdy podpisywała swoją książkę. Czy to prawdopodobne, że tylko przypadkiem wybrał ją na swój kontakt? Że usłyszawszy gdzieś o niej, uznał ją za eksperta, i stąd ta decyzja? Przecież wystarczyło przeszukać Lexus-Nexus, żeby znaleźć mnóstwo informacji na temat jej zawodowej kariery. Dość, by mógł udawać, że ją zna, nawet gdyby nigdy jej nie spotkał.

Skupiła się na jednej z notatek w foliowym woreczku, czytała napisane drukowanymi literami starannie dobrane słowa składające się w prostą instrukcję, do której, jakby po namyśle, zostało dopisane subtelne ostrzeżenie. Przypominało jej to zdania, jakie znajduje się w chińskich ciasteczkach z wróżbami: „Rób, co ci kazano, albo ucierpi osoba, którą kochasz”. Dopiero po otrzymaniu trzeciego listu uznała, że morderca to ktoś jej znany. Ale na jakiej podstawie? Ostrzeżenie brzmiało: „Jeśli kochasz swojego ojca, nie piśniesz ani słowa”.

Gwen zastanawiała się, czy ta groźba nie była jedynie zwykłym pustosłowiem. Każdy bez trudu mógł się dowiedzieć, kim był jej ojciec, a dowiedziawszy się, że chodzi o znanego psychologa, łatwo było się domyślić, w jak bliskim kontakcie z nim pozostawała. Do tego doktor John Patterson mieszkał w Nowym Jorku, ponad osiemset kilometrów stąd, w doskonale strzeżonym apartamentowcu, i pracował w centrum naukowo-badawczym, gdzie wymagano rządowych przepustek. Prawdę mówiąc, gdyby mu wspomniała o tej groźbie, wyśmiałby ją i uznał, że jego mała córeczka przesadza.

„Jego córeczka”. To określenie w dalszym ciągu doprowadzało ją do furii. Tyle dokonań, prestiżowe stopnie naukowe i dyplomy, książkowy bestseller i dziesiątki publikacji, a ojciec nadal nie traktował jej poważnie. Jego zdaniem marnowała swój błyskotliwy umysł przez tę, jak to nazywał, obsesję, czyli fascynację przestępczą osobowością, zachowaniami ludzi, którzy tę osobowość reprezentowali. Uważał, że to zwykła strata czasu.

Wzięła do ręki jeden z artykułów wycięty z „Washington Post”, z góry wiedząc, że nie znajdzie w nim nic nowego. Tyle razy już go czytała, że mogłaby wyrecytować z pamięci wszystkich dwanaście akapitów. Artykuł niczego nie wnosił, podawał wyłącznie podstawowe informacje. Gwen rzuciła go na bok i sięgnęła po stertę teczek z dokumentami pacjentów, które przywiozła z gabinetu. Szybko wybrała jedną z nich i zaczęła kartkować swoje notatki. Czy coś w nich znajdzie? Jakąś ciekawą obserwację zanotowaną podczas jednej z sesji z Rubinem Nashem?

Zazwyczaj jej notatki były zwięzłe; posługiwała się w nich pojedynczymi wyrazami i skrótami, własną wersją stenografii. Gdyby robiła inaczej, pacjent mógłby się zaniepokoić. Gwen nauczyła się notować podczas sesji tak niezauważalnie, że nawet zapisanie informacji w rodzaju „nieobliczalny”, „11” czy „ojciec odszedł”, nie wzbudzało uwagi ani obaw. Oczywiście osobie postronnej te luźne gryzmoły nic by nie powiedziały, jednak Gwen wystarczyło jedno spojrzenie i od razu przypomniała sobie, że Rubin Nash zachowywał się nieobliczalnie, ilekroć rozmawiali o pewnym lecie, kiedy obchodził jedenaste urodziny, a jego ojciec odszedł z domu. Nie z własnej jednak woli, bo został wyrzucony przez matkę Rubina.

Notatki zawierały niepokojące słowa i wyrażenia, których użył pacjent podczas pięćdziesięciominutowej sesji. Zresztą nie musiała wcale odwoływać się do swoich zapisków. Pamiętała, jak wyjaśniał, a raczej mówił – bo zbyt jej ufał, żeby miał potrzebę się tłumaczyć – że odczuwał silną chęć, by kogoś udusić, jakąś kobietę, jakąkolwiek kobietę. Nieważne, czy ją znał, zadowoliłby się całkiem obcą. Kobiety tyle mu odebrały, że pragnął, by poniosły za to karę. To byłby symboliczny gest, jak później stwierdził ze śmiechem, kiedy już się uspokoił. Jednocześnie dodał, a ona zapisała co do słowa, że był ciekaw, „jakie to uczucie łamać komuś kark i słyszeć, jak trzeszczy”.

Takie słowa, o czym Gwen doskonale wiedziała, wcale nie znaczyły, że Rubin Nash byłby zdolny wprowadzić je w czyn. Słyszała mnóstwo kuriozalnych opowieści od swoich pacjentów. W większości wypadków ich pogróżki stanowiły jedynie część procesu terapeutycznego, słowne ćwiczenie, służące odblokowaniu emocji. Kiedy pacjenci dzielili się z nią swoimi najbardziej ponurymi sekretami, pragnieniami czy nawet chęcią zemsty, nie zawsze świadczyło to, że byli groźni. Częściej oznaczało po prostu, że jej zaufali i czuli się z nią bezpiecznie. Jednakże Gwen zbyt wiele lat pracowała nad portretami psychologicznymi przestępców, żeby całkiem zlekceważyć podobne uwagi, zwłaszcza podane tak spokojnie, jak robił to Rubin Nash. I zapewne dlatego jeszcze pilniej niż zazwyczaj wsłuchiwała się w jego wypowiedzi i baczniej go obserwowała, chociaż był tylko pacjentem, a nie podejrzanym o zbrodnię, którego FBI podesłała jej do psychoanalizy.

Może jej ojciec miał rację. Może to obsesja. Kiedyś spędzała tak dużo czasu jako konsultant w Quantico, że zastępca dyrektora Cunningham żartował, iż powinna dostać tam własne biurko. Jednak ostatnimi laty, kiedy prywatna praktyka ruszyła na dobre, Gwen niemal ze zdziwieniem stwierdziła, że z ulgą zamieniła analizowanie gwałcicieli i morderców na wysłuchiwanie sfrustrowanych żon senatorów i nerwowej paplaniny przesadnie ambitnych kongresmanów. Prawdę mówiąc, niedawno przechwalała się Maggie, że od dwóch lat, kiedy to Eric Pratt groził, że wbije jej ostro zatemperowany ołówek w gardło, nie przebywała w jednym pokoju z mordercą.

Też mi powód do chwały, wyśmiałby ją ojciec, gdyby tylko to słyszał. Zawsze starała się ukrywać przed nim i przed matką zagrożenia związane z jej tak zwaną obsesją. Czy ojciec potraktowałby ją poważnie, gdyby o tym wiedział, czy uznałby, że jest nierozsądna?

Zresztą jakie to ma znaczenie. FBI, zgodnie z jej życzeniem, rzadziej zwracało się teraz do Gwen z prośbą o ekspertyzę. Wolała pisać książki i artykuły na temat zachowań kryminalnych. To jej odpowiadało. Nie miałaby nic przeciw temu, żeby już nigdy nie zasiąść naprzeciw mordercy i łagodną perswazją zdobywać jego zaufanie. A jednak, niezależnie od tego, jak bardzo się starała, została wciągnięta w świat kolejnego zbrodniarza. Ten drań postanowił nakłonić ją do współpracy. Tym razem nie posłużył się nożem ani ołówkiem przytkniętym do jej gardła, ani lufą skierowaną w jej głowę. Chyba nawet wolałaby któryś z tych sposobów zamiast gróźb, jakie wybrał. Swoją drogą dokonał mądrego wyboru. Nie mogła zaryzykować i powiedzieć o tej sprawie policji, nie śmiała wspomnieć o niczym ojcu. Dlatego była pewna, że zna tego człowieka. Zastanawiała się, czy to ktoś, kto co tydzień siadał naprzeciw niej, przyglądał się jej i obserwował, choć płacił za to, żeby to ona mu się przyglądała.

Spojrzała na zegar na półce nad kominkiem. Za dwie godziny musi jechać do gabinetu, na sobotnie sesje z pacjentami. Podczas pierwszej z nich mieli z Nashem ustalić nowy plan jego podróży. Nagle Gwen przypomniała sobie, co Maggie powiedziała o ciałach trzech niezidentyfikowanych ofiar, które przypuszczalnie zostały gdzieś wrzucone do śmietnika, być może za granicami miasta. Czy to zbieg okoliczności, że Rubin Nash zaczął nagle częściej podróżować w interesach?

Dzwonek komórki przerwał jej rozważania. Wyjęła telefon z teczki.

– Doktor Patterson.

– Cześć, kochanie, mówi tata.

Tak ją to zmroziło, że skoczyła na równe nogi, i niemal natychmiast zdała sobie sprawę, że zachowuje się idiotycznie. Ojciec mówił normalnym, niemal radosnym tonem. Był świąteczny weekend. Ojciec zawsze dzwonił do niej w świąteczne weekendy.

– Jak się macie?

– Dobrze. Świetnie. Mama gra w brydża. Ale gdzie jesteś, kochanie? Czekam w Regis już prawie pół godziny.

– Słucham?

– Napisałaś, że spotkamy się o ósmej na śniadaniu w Regis. Dlaczego mnie wcześniej nie uprzedziłaś, że będziesz dziś w mieście?

Gwen cudem dotarła do sofy i opadła na miękkie siedzenie. Więc morderca wiedział, że będzie miała złe przeczucia, znał ją aż tak dobrze. Zapewne chciał jej w ten sposób pokazać, jak łatwo mógłby spełnić swoją groźbę.