Kolekcjoner - Alex Kava

Kolekcjoner

0,0

Agentka specjalna Maggie O'Dell widziała wiele w swojej karierze. Ścigając morderców, psychopatów i przestępców, zagłębiała się w najbardziej mroczne, najbardziej przerażające zakamarki ludzkiego umysłu. Ale kiedy na Florydzie straż przybrzeżna wyłowiła pojemnik wypełniony starannie owiniętymi częściami ciała, nawet tak doświadczona agentka jak Maggie O'Dell nie była przygotowana na to, z czym miała się zmierzyć…

Tors, stopa, trzy ręce… Kto i w jakim celu precyzyjnie odcinał części ludzkiego ciała? Czy ktoś mógł być tak szalony, by je kolekcjonować? Maggie zaczyna niezwykle trudne śledztwo. Odkrywa, że tors należy do zaginionego w tajemniczych okolicznościach mężczyzny. Sprawę komplikuje fakt, że zaginął on ponad 600 mil od miejsca, w którym został odnaleziony fragment jego ciała…

W tym samym czasie znad Kuby nadciąga potężny huragan, który według prognoz może spustoszyć całą Florydę. Z każda chwilą jest coraz mniej czasu na rozwiązanie makabrycznej zagadki.

Dodaj komentarz


Maggie O'Dell jednym czytelnikom się spodoba innym nie. Jednak jej przygody (a to już ósma odsłona) są na tyle ciekawe, że przy każdej nadarzającej się okazji czytam kolejne powieści, mimo że nie wszystkie mi się podobają. Ta konkretna książka ma w sobie odrobiną makabry (za sprawą mordercy), ale niepewności tu niewiele. Z dobrego pomysłu wyszła przeciętna, fabuła a jej komplikowanie niewiele dobrego przyniosło. Wyszło średnio. Szkoda.


Gdy bohater dostaje już ósmą część swych przygód, można się powoli zacząć obawiać spadku formy autora. I tak jest w tym przypadku. Książka trochę nudna, akcja i fabuła nie przykuwają uwagi. Jak na kryminał jest to powieść na dość przeciętnym, żeby nie powiedzieć słabym, poziomie. Miałam nadzieję na cos lepszego. Tym razem nie mogę uznać powieści Kavy za godną polecenia.


I znów Maggie O'Dell kontra osobnik gromadzący odpowiednio porcjowane ludzkie zwłoki (stąd tytuł „Kolekcjoner”). Bohaterka wiele widziała w swojej karierze, ale ta sprawa nią trochę wstrząsnęła. Jakby tego było mało inna sprawa (tajemnicza choroba przywleczona przez żołnierzy z misji w Afganistanie) jest z nią powiązana. Do tego dochodzi jeszcze czynnik czasu. Mieszanka, z którą niejeden autor by sobie nie poradził. Kavie się udaje. Nic tylko czytać.


To już ósmy tom serii i mogłoby się wydawać, ze Maggie O’Dell nigdy nie odpoczywa. Jako pracownik FBI O'Dell często staje na linii ognia kiedy stara się wykonywać swoją pracę. Akcja, toczy się na Florydzie w Pensacoli, do której wielkimi krokami zbliża się huragan Isaac. W międzyczasie straż wybrzeżna znajduje łódkę wypełnioną zapakowanymi częściami ludzkiego ciała. Akcja wciąga a książkę czyta się naprawdę szybko i ciekawie


Do akcji znów wkracza agentka FBI Maggie O'Dell. Niestety jakiejś szczególnej tajemnicy nie uświadczymy w tej powieści (autorka nie ukrywa kto jest mordercą). Rozrywka na średnim poziomie. Miłośnicy thrillerów psychologicznych autorstwa Kavy pewnie znajda w czytaniu jakaś przyjemność. Ja nie znalazłem.


Szczerze mówiąc, przy tej książce trochę się nudziłam i skończyłam ją czytać z rozpędu. Chyba jedna z gorszych książek pani Kava. Zawiodłam się, bo spodziewałam się naprawdę dobrego kryminału. Niestety się rozczarowałam.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Sobota
22 sierpnia

Isaac kat.4

Prędkość huraganu: 14,4 kilometra na godzinę

Prędkość wiatru: 232 kilometry na godzinę

Alex Kava

Kolekcjoner

Tłumaczenie:
Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Elizabeth Bailey nie podobało się to, co zobaczyła. Nawet teraz, kiedy helikopter H-65 zawisł niecałych sześćset metrów nad wzburzonymi wodami Zatoki Meksykańskiej, przedmiot, który unosił się na wodzie, nadal przypominał jakiś pojemnik, a nie wywróconą do góry dnem łódź. Liz nie dostrzegła machających rozpaczliwie rąk ani nóg czy wyłaniających się z fal ludzkich głów. Jej zdaniem nie było tam nikogo, więc dalsza akcja nie miała sensu. Jednak pilot, komandor porucznik Wilson, uparł się, że należy to sprawdzić, co oczywiście oznaczało, że zająć ma się tym Liz.

Choć dopiero dwudziestosiedmiolatka, a już weteranka Straży Wybrzeża, technik ratownictwa klasy trzeciej Liz Bailey doskonale wiedziała, że w Nowym Orleanie w ciągu dwóch dni po huraganie Katrina uratowała więcej osób, niż Wilson podczas całej swojej dotychczasowej kariery. Spuszczano ją z pokładu na naruszone przez huragan balkony, podrapała sobie kolana na zniszczonych przez wiatr dachach i brnęła przez brudną, zaśmieconą i cuchnącą jak ścieki wodę.

Nie odważyła się jednak choćby o tym wspomnieć.W tej chwili nie miało żadnego znaczenia, w ilu akcjach poszukiwawczych i ratowniczych brała udział. W bazie sił powietrznych Marynarki Wojennej była nowa, a to znaczy, że po raz kolejny musiała udowadniać swoją wartość. Na domiar złego w pierwszym tygodniu pracy w szatni dla kobiet ktoś przykleił przedrukowane z serwera zdjęcia Liz zamieszczone w dwutysięcznym piątym roku w magazynie „People”. Jej ówcześni zwierzchnicy uważali, że obszerny ilustrowany artykuł to świetna reklama dla Straży Wybrzeża, zwłaszcza gdy inne rządowe i wojskowe agencje obrywały cięgi za swoje działania podczas huraganu Katrina. Jednak w organizacji, w której skupienie uwagi na jednostce i ego groziło zakłóceniem pracy zespołowej, jej niechciana sława mogła okazać się dla kariery śmiertelnym ciosem. Pięć lat po publikacji artykułu nadal ciągnęło się to za nią jak przekleństwo.

W porównaniu z tym prośba Wilsona wydawała się banalna. Co z tego, że unoszący się na wodzie kontener mógł być zmytą przez fale z pokładu łodzi rybacką lodówką? Co jej szkodzi sprawdzić? Poza takim drobiazgiem, że zadaniem ratowników wodnych jest ratowanie cudzego życia nawet z narażeniem własnego, a nie wyławianie z wody martwych przedmiotów. Prawdę mówiąc, istniała w tej kwestii pewna zasada. W organizmach kilku ratowników, których poproszono o wyciągnięcie na brzeg zbelowanych narkotyków, stwierdzono obecność substancji narkotycznych. Prawdopodobnie doszło do tego na skutek bliskiego kontaktu z wyławianym ładunkiem. Uznano wtedy, że ryzyko jest zbyt duże. Widocznie Wilson nie zapoznał się z odpowiednią notatką służbową.

Poza tym ratownicy mieli także prawo odmówić opuszczenia śmigłowca. Innymi słowy, Liz mogła oznajmić komandorowi porucznikowi Wilsonowi, który nie wylatał jeszcze nawet tysiąca godzin, że „nie, do diabła”, nie skoczy do tej wzburzonej wody po dzienny połów jakiegoś rybaka.

Wilson obrócił się na siedzeniu i spojrzał na Liz. Z tą swoją kwadratową szczęką przypominał boksera, który szykuje się do ciosu. Przyszpilił ją wzrokiem, w jego oczach pojawił się groźny błysk. Dla większego efektu uniósł osłonę oczu swojego kasku. Nie musiał głośno mówić tego, co mówił język jego ciała: „Bailey, jesteś primadonną czy członkiem załogi?”.

Nie była głupia. Wiedziała, że jako kobieta ratownik należy do rzadkiego gatunku, wszak było ich mniej niż tuzin. Przywykła do tego, że stale musi udowadniać, ile jest warta. Wiedziała, na co naraża się w wodzie, ale znała też zagrożenia na pokładzie helikoptera. Będzie musiała zaufać tym mężczyznom, że wciągną ją z powrotem, kiedy zawiśnie na linie dwadzieścia parę metrów niżej, nad rozszalałym morzem, popychana przez wiatr.

Wcześnie nauczyła się, że jej głównym zadaniem jest wykonanie określonej liczby skomplikowanych popisów ekwilibrystycznych, żeby utrzymać równowagę. Powinna też być absolutnie niezależna i zdolna do samodzielnego działania, choć wiedziała przy tym doskonale, jakie ma słabe punkty. Jej życie znajdowało się w rękach załogi helikoptera. Tego dnia i w przyszłym tygodniu, i jeszcze w następnym, będzie zależna od tych właśnie ludzi. Dopóki nie uznają, że naprawdę jest coś warta, pozostanie dla nich „wodnym ratownikiem”, a nie „ich wodnym ratownikiem”.

Liz zatrzymała dla siebie te wątpliwości. Unikała wzroku Wilsona i udawała, że bardziej interesuje ją wzburzona woda na dole. Ograniczyła się do słuchania. W kaskach mieli zainstalowany specjalny system łączności CIS. Komandor porucznik Wilson właśnie zaczął wykładać swoją strategię, mówiąc drugiemu pilotowi, porucznikowi Tommy’emu Ellisowi, i mechanikowi pokładowemu, technikowi ratownictwa klasy trzeciej Pete’owi Kesnickowi, żeby przygotowali się do opuszczenia ratownika i kosza. Zmniejszył też wysokość z sześciuset do około dwustu czterdziestu metrów nad poziom wody.

– To pewnie pusta lodówka na ryby – rzekł Kesnick.

Liz patrzyła na niego kątem oka. Kesnickowi też było to nie w smak. Na spalonej słońcem i wyniszczonej twarzy najstarszego członka załogi w kącikach oczu i warg widniały zmarszczki, które nigdy się nie zmieniały, nie pozwalały odgadnąć, czy jest zły, czy może zadowolony.

– Albo kokaina – odparł Ellis. – W Teksasie morze wyrzuciło na brzeg pięćdziesiąt kilo kokainy.

– Na plażę McFaddin – wtrącił Wilson. – Była szczelnie zapakowana w grubą plastikową folię. Ktoś nie odebrał przesyłki albo spanikował i pozbył się towaru. Możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją.

– W takim razie czy nie powinniśmy raczej przekazać przez radio współrzędnych i poprosić, żeby wyłowił to kuter? – spytał Kesnick, zerkając na Liz.

Zrozumiała przekaz. Poprze ją, jeśli odmówi wykonania zadania.

Wilson zauważył to spojrzenie.

– Ty decyduj, Bailey. Co chcesz zrobić?

Nadal nie patrzyła mu w oczy, nie chciała mu dać tej satysfakcji i ujawnić choćby cienia wahania.

– Powinniśmy użyć deski ratowniczej zamiast kosza – oznajmiła. – Będzie ją łatwiej umieścić pod pojemnikiem i przypiąć.

Świadoma, że go zaskoczyła, zdjęła kask, przerywając połączenie. Jeśli Ellis czy Kesnick mieli na jej temat coś do powiedzenia, swoją pozorną nonszalancją rzuciła im wyzwanie, żeby to uczynili.

Wcisnęła kosmyki włosów pod ciasny kaptur i włożyła lekki kask ratownika, po czym zapięła pas na szelkach, włożyła przez głowę pas ratowniczy, sprawdziła hak i mocowanie liny. Na koniec przesunęła się do drzwi helikoptera, przykucnęła i czekała na sygnał Kesnicka.

To znaczyło, że musi na niego popatrzeć. Robili to już co najmniej sześć razy, odkąd trafiła do bazy sił powietrznych marynarki. Podejrzewała, że Pete Kesnick traktuje ją tak samo, jak traktował innych ratowników przez ostatnich piętnaście lat swojej kariery jako mechanik pokładowy i operator wciągarki. Nawet w tej chwili nie odgadywał jej zamiarów, choć jego stalowoniebieskie oczy przypatrywały się Liz chwilę dłużej niż zwykle, zanim spuścił osłonę oczu.

Postukał ją w górną część klatki piersiowej. To był sygnał oznaczający gotowość – dwa palce w rękawiczce trafiły w obojczyk Liz. Pewnie w przypadku ratowników płci męskiej wyglądało to trochę inaczej. Liz było to obojętne. Ten drobiazg wynikał przede wszystkim z szacunku dla niej niż z czegokolwiek innego.

Pokazała Kesnickowi uniesione kciuki, w ten sposób dając znak, że też jest gotowa. Kiedy opuszczał ją, cały czas kontrolowała pas ratowniczy. W pewnym momencie Kesnick zatrzymał wciągarkę. Liz poprawiła się, a lina zacisnęła się mocniej. Odwróciła się do Kesnicka i znów uniosła kciuki, po czym zaczęła opadać do kotłującej się wody.

Nie dojrzała w falach żadnych ludzi. Pojemnik był spory. Liz szacowała go co najmniej na metr długości i pół metra szerokości i głębokości. Teraz już była pewna, że sfatygowany kontener z pomalowanej na biało nierdzewnej stali to rybacka chłodziarka. Postrzępiona lina mocująca przywiązana do uchwytu klapy unosiła się na wodzie. Była zniszczona, ale nie przecięta. Świadczyło to o tym, że właściciel lodówki nie zamierzał jej porzucić. Liz chwyciła grubą linę szerokości około trzynastu milimetrów, splecioną z jaskrawożółtej i niebieskiej przędzy, i przeciągnęła ją przez swoje szelki, żeby chłodziarka nie odpłynęła pod wpływem ruchu śmigieł.

Potem dała Kesnickowi sygnał: uniosła obie ręce, a następnie prawą ręką dotknęła nad głową lewego łokcia. Była gotowa przyjąć z góry deskę ratowniczą.

Kołysząca się na falach lodówka nie była jej posłuszna, na przemian ciągnęła ją i popychała, nie mogła jednak odpłynąć dalej niż na długość umocowanej do szelek liny. Po piętnastu minutach, dopiero za drugim razem, Liz zdołała przymocować lodówkę do deski ratowniczej. Zacisnęła pasy, przyczepiła je do liny i znowu uniosła rękę, dając znak kciukami.

Nie pobiła rekordu, ale kiedy Kesnick wciągnął ją na pokład śmigłowca, widziała, że załoga jest zadowolona. Może nie zachwycona, ale zadowolona. To był mały krok naprzód.

Komandor porucznik Wilson nadal wyglądał na zniecierpliwionego. Liz ledwie złapała oddech, ale zdjęła kask ratownika i włożyła kask lotniczy z zainstalowanym systemem łączności. Usłyszała Wilsona, który akurat instruował Kesnicka, żeby otworzył lodówkę.

– Nie powinniśmy z tym zaczekać? – dyplomatycznie zaoponował Kesnick.

– Nie jest zamknięta na klucz. Tylko zerkniemy.

Liz odsunęła się z drogi, zdejmując resztę sprzętu. Nie chciała brać w tym udziału. Jej rola dobiegła końca.

Gdy Kesnick znieruchomiał, pomyślała, że odmówi wykonania polecenia, jednak przemieścił się obok niej i spuścił przesłonę na oczy, unikając wzroku Liz. Zasuwka ustąpiła łatwo, lecz zatrzaskowy zamek wymagał więcej siły. Liz zauważyła, że zanim Kesnick podniósł klapę, wciągnął powietrze.

Pierwsze, co dojrzała Liz na wewnętrznej stronie wieka, to linijka do mierzenia ryb. Zdziwiła się, że właśnie na to zwróciła uwagę, ale potem nie mogła o tym zapomnieć. Z chłodziarki wydobył się smród, nie był to jednak odór zepsutych ryb. Bardziej kojarzył się jej z fetorem towarzyszącym otwarciu pojemnika na śmieci.

Wewnątrz zobaczyła obłe kształty owinięte grubą folią, jeden większy i cztery mniejsze. Żadnych kwadratowych paczek, które mogłyby zawierać kokainę.

– I co? – spytał Wilson, usiłując zerknąć Kesnickowi przez ramię.

Ten zaś dotknął palcem jednego z mniejszych pakunków, przetaczając go mimowolnie na stronę, z której folia była bardziej przezroczysta. Wtedy stało się oczywiste, co się w niej znajduje.

Kesnick spojrzał w oczy Liz. Na jego zawsze spokojnej twarzy pokerzysty malowała się panika.

– To chyba stopa – rzekł.

– Co?

– Myślę, że to cholerna ludzka stopa.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Plaża Pensacola

Liz Bailey wolałaby zostać w wodach Zatoki Meksykańskiej, chłostana przez fale i wiatr, niestety do końca zmiany byli uziemieni, a przez ostatnich pięć godzin zbierali cięgi od szeryfa hrabstwa Escambia, szefa władz wyspy Santa Rosa, dowódcy Bazy Sił Powietrznych Marynarki Wojennej w Pensacoli, federalnego śledczego z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego oraz – przez telefon z mikrofonem i głośnikiem – od zastępcy dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.

To było istne szaleństwo. Liz zastanawiała się, czy szybciej daliby im spokój, gdyby nie zaglądali do tej nieszczęsnej lodówki. Gdyby ją tylko komuś przekazali i zawrócili. Dużo więcej pytań zdawało się dotyczyć zachowania tajemnicy niż zbierania faktów.

– Komu jeszcze o tym powiedzieliście? – chciał wiedzieć szeryf.

– Postępowaliśmy zgodnie z procedurą obowiązującą w przypadku znalezienia w morzu ludzkich szczątków. – Komandor porucznik Wilson nawet nie krył zniecierpliwienia. Opanowanie i zimna krew należały do tych umiejętności, których nie zdążył jeszcze się nauczyć.

Liz była ciekawa, czy żałował, że poprosił Kesnicka o otwarcie lodówki. Obserwowanie go w sytuacji, gdy został zepchnięty na pozycję obronną i denerwował się konsekwencjami swojej decyzji, było niemal warte tego uziemienia. Niemal.

Wcześniej mina Wilsona przekonała Liz, że nigdy dotąd nie widział pokawałkowanego ludzkiego ciała. Z początku pomyślała, że Wilson nie wierzy Kesnickowi, ale zauważyła jego wzrok i dojrzała w nim coś, co wyglądało na strach, może nawet szok. Z podniesioną osłoną oczu, żeby obejrzeć zawartość lodówki, nie miał szansy niczego ukryć, przynajmniej przed Liz, która ze swojego miejsca na pokładzie doskonale go widziała i natychmiast wyłapała reakcję. W innej sytuacji prawdopodobnie wzbudziłby jej współczucie, lecz dokonane spostrzeżenia tylko umocniły ją w przekonaniu, że ten człowiek nie zasługuje na jej szacunek.

Ostatecznie zwolnieni ze służby do końca dnia, całą czwórką wyszli na pełne słońce.

– Stawiam piwo – oznajmił Wilson. – Jest jeszcze wcześnie. Znajdziemy dobre miejsca w Tiki Barze na plaży. Popatrzymy sobie na laski w bikini.

Ktoś chrząknął. Liz nie sprawdzała, kto to był.

– Och, dajcie spokój – rzekł Wilson. – Bailey nie ma nic przeciwko temu. Jeśli jest jedną z nas.

Zawsze tak ją traktował, każde jego słowo było zaczepką lub wyzwaniem.

– Dobry pomysł. – Opuściła okulary przeciwsłoneczne na nos. Nadal nie patrzyła na żadnego z mężczyzn ani nie zwalniała kroku.

– Żebyśmy tylko dostali hot dogi. – Tommy Ellis był wiecznie głodny.

– Jezu, Ellis, możesz przestać myśleć o swoim żołądku? Później je kupimy – upierał się przy swoim Wilson.

– A jeśli tego faceta z hot dogami później nie będzie?

– Będzie – rzekła Liz, prowadząc krótki pochód w stronę Tiki Baru. – I pewnie namówi nas, żebyśmy wypili z nim kolejne piwo.

– Ciekawe, skąd ta pewność? – spytał Ellis.

– Bo ten facet z hot dogami to mój ojciec.

ROZDZIAŁ TRZECI

Baza sił powietrznych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych

Pensacola, Floryda

Pułkownik Benjamin Platt nie rozpoznał tej części bazy, chociaż już kiedyś tutaj był, jednak jego wizyty zwykle trwały zbyt krótko, by miał czas zaznajomić się z odwiedzanymi miejscami.

– Wspaniałe – mruknął, patrząc na zatokę Pensacola.

Służący mu za eskortę kapitan Carl Ganz wydawał się zaskoczony komentarzem, dlatego odwrócił się, by spojrzeć na to, na co wskazuje Platt. Kierowca zwolnił, jakby chciał ułatwić kapitanowi orientację.

– Tak, z pewnością, choć my uważamy to za rzecz oczywistą – rzekł Ganz. – Pensacola to jedno z najładniejszych miejsc, w jakich miałem okazję stacjonować. Właśnie wrócił pan z Kabulu, więc te widoki są dla pana szczególnie piękne.

– Ma pan rację.

– Jak było?

– W podróży?

– W Afganistanie.

– Pył nigdy tam nie opada. Mam wrażenie, że moje płuca jeszcze się nie oczyściły.

– Pamiętam. Byłem tam z ratownikami w dwa tysiące piątym – oznajmił kapitan Ganz.

– Nie wiedziałem.

– To było latem. Straciliśmy jeden z naszych oddziałów sił specjalnych. Czteroosobowa grupa zwiadowców została zaatakowana. Helikopter z szesnastoma żołnierzami przyleciał jako wsparcie, ale go zestrzelili. – Ganz patrzył na wodę zatoki. – Wszyscy na pokładzie zginęli, podobnie jak zwiadowcy.

Platt westchnął ciężko.

– Zdarzają się paskudne dni.

– Pan także wtedy tam był, prawda?

– Wcześniej, dokładnie w pierwszych miesiącach wojny. Należałem do zespołu, który miał chronić naszych żołnierzy przed bronią biologiczną i chemiczną. Skończyło się na tym, że głównie kroiłem i zszywałem.

– Widać tam jakąś zmianę?

– W tej wojnie?

– W Afganistanie.

Platt zamilkł, przyglądając się kapitanowi. Ganz był nieco od niego starszy, przypuszczalnie czterdziestolatek, z chłopięcą twarzą, chociaż przedwcześnie jego włosy stały się szpakowate. Spotkali się po raz pierwszy. Dotąd wymieniali mejle i rozmawiali przez telefon. Platt był lekarzem, szefem oddziału chorób zakaźnych w USAMRIID w Fort Detrick. Odpowiadał za szczepienia, zapobieganie i nierozprzestrzenianie się najgroźniejszych chorób zakaźnych. Ganz, także lekarz, kierował programem medycznym Marynarki Wojennej, nadzorującym potrzeby związane z zabiegami chirurgicznymi rannych żołnierzy.

– Niestety nie – odparł w końcu Platt, stwierdziwszy, że może być z Ganzem szczery. – Nawet za bardzo mi przypominał dawny Afganistan, z tych pierwszych dni. Wydaje się, że kręcimy się w kółko, tyle że teraz robimy to z rękami związanymi na plecach. – Przetarł oczy, usiłując zetrzeć z nich zmęczenie. Nadal walczył z konsekwencjami różnicy czasu. Spędził w domu zaledwie dwie doby, kiedy otrzymał telefon od kapitana Ganza. – Proszę mi opowiedzieć o tym tajemniczym wirusie. – Uznał, że czas już przejść do sedna sprawy.

– Odizolowaliśmy i poddaliśmy kwarantannie wszystkich żołnierzy, którzy naszym zdaniem mogli mieć kontakt z pierwszymi przypadkami, tymi, które teraz się rozwijają. Dopóki nie będziemy wiedzieli, z czym mamy do czynienia, przyjąłem, że lepiej jest dmuchać na zimne.

– Oczywiście. Jakie są symptomy?

– No właśnie. Objawów jest bardzo niewiele, przynajmniej na początku. Zaczyna się od nieznośnego bólu w miejscu zabiegu chirurgicznego, co zresztą wcale nie jest takie rzadkie po operacjach. Mówię o złamaniach wielokrotnych albo głębokich aż do kości ranach. – Urwał, kiedy kilka samolotów przeleciało nad ich głowami, zagłuszając wszelkie inne dźwięki. – Zaczynamy przenosić siły powietrzne, usuwamy je z drogi kolejnego huraganu.

– Myślałem, że uderzy dalej na zachód, na przykład w Nowym Orleanie.

– Media zawsze patrzą na Nowy Orlean. – Ganz wzruszył ramionami. – Pewnie dlatego, że byłby z tego ciekawszy materiał. Jednak wielu meteorologów, i to tych najlepszych, twierdzi, że huragan uderzy właśnie w to miejsce. Mam tylko nadzieję, że jesteśmy po jego lewej, a nie prawej stronie. To dlatego admirał się denerwuje. Powiedziałem mu, że muszę pana tutaj sprowadzić. Rozumie pan: „Jeśli pułkownik Platt nie stwierdzi, co to jest, nikt tego nie zrobi”.

– Nie wiem, czy temu sprostam.

– Sprosta pan. Jeszcze nigdy pan nie zawiódł.

– Ból w miejscu cięcia operacyjnego… – Starał się ponaglić Ganza, skupić się maksymalnie jeszcze na moment, dopóki zmęczenie nie odbierze mu zdolności logicznego myślenia. – A co z opatrunkami?

– Też zwróciliśmy na nie uwagę, gdy pojawiły się pierwsze przypadki. Usunęliśmy wszystkie i wydawało się, że to zmniejszyło ból, ale tylko tymczasowo.

– Infekcja?

– Miejsce zabiegu nie puchnie, pacjenci nie gorączkują, chociaż zgłaszają nam, że odczuwają gorąco i czasami obficie się pocą. Skarżą się na rozstrój żołądka, niektórzy wymiotują, cierpią na bóle głowy. Mimo to wszystkie objawy czynności życiowych są prawidłowe. Ciśnienie krwi, tętno… wszystko w normie… No, jesteśmy na miejscu. – Przerwał wywód, kiedy kierowca zajechał przed boczne wejście piętrowego budynku.

Drzwi ze stali były wzmocnione. Zamrugała czerwona lampka zamka cyfrowego, który wyświetlił informację „C klasa 1”.

Ganz nacisnął kilka klawiszy, a następnie przyłożył kciuk do małego ekranu. Trzy zamki kliknęły, otwierając się po kolei. Gdy weszli do niewielkiego holu, Ganz poprowadził Platta w prawo pierwszym korytarzem. Był tak wąski, że musieli iść ramię przy ramieniu.

– Admirał chce, żebym ewakuował żołnierzy, przetransportował ich do szpitala Marynarki, zamiast trzymać tutaj, ale jak pan wie, z takimi przenosinami wiąże się masa kłopotów.

W końcu dotarli do kolejnych drzwi, przy których także znajdował się cyfrowy zamek. Ganz powtórzył procedurę, ale kiedy zamki kliknęły, tym razem uchylił tylko drzwi i odwrócił się, patrząc Plattowi w oczy.

– W ciągu czterech, pięciu dni do tygodnia ciśnienie krwi gwałtownie spada, a serce zaczyna walić, jakby organizm walczył o tlen. Zapadają w śpiączkę. Poszczególne organy nagle przestają pracować. Nic nie możemy poradzić. Dwóch już straciłem, stało się to wczoraj. Nie chcę, żeby pozostałych żołnierzy spotkał taki sam koniec.

– Rozumiem. Zobaczmy, co da się zrobić.

Ganz skinął głową, otworzył szerzej drzwi i wszedł do małego oszklonego pokoju, którego okna wychodziły na pomieszczenie wielkości sporej sali gimnastycznej. Było zapełnione rzędami namiotów o sterylnych ścianach. Sterczały rurki i kable, migały monitory rozmaitych urządzeń i ekrany komputerów.

Platt wstrzymał oddech, żeby nie jęknąć. Musiała tam być ponad setka szpitalnych łóżek. Ponad sto łóżek z ponad setką żołnierzy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Newburgh Heights, Wirginia

Maggie O’Dell zdjęła bluzkę przez głowę, nie rozpinając jej. Jeden z guzików oderwał się i spadł na ziemię. To bez znaczenia. Bluzka i tak do niczego już się nie nadawała. Nawet najlepsza pralnia nie wyczyściłaby takich plam z krwi.

Zwinęła bluzkę i wrzuciła do umywalki w łazience. Czuła, że coś mokrego przylepiło się do jej karku. Sięgnęła ręką i to także cisnęła do umywalki.

Różowe. Jak skrzeplina.

Była tak blisko. Zbyt blisko, kiedy padł ten fatalny strzał. Nie miała szansy zejść z linii ognia.

Pomacała kark i pociągnęła się za włosy, sądząc, że znajdzie tam więcej takich niespodzianek. Jej palce utknęły w splątanych wilgotnych kosmykach, ale, dzięki Bogu, nic więcej już nie znalazła.

Nie spodziewali się, że zabójca nadal tam przebywa. Magazyn wyglądał na pusty i zgodnie z przeczuciem Maggie zobaczyli w nim pozostałości izby tortur. Dlaczego, do diabła, morderca wciąż tam tkwił? A może wrócił? Żeby popatrzeć.

To szef Maggie, zastępca dyrektora Raymond Kunze, oddał ów feralny strzał, a potem od razu zaczął wyładowywać złość na Maggie, jakby to była jej wina, jakby to ona go do tego zmusiła. Po prostu nie mogła wiedzieć, że zabójca nadal tam jest ukryty w cieniu. Żaden psycholog nie przewidziałby czegoś podobnego. Kunze był niesprawiedliwy, zrzucając na nią odpowiedzialność, a przecież było oczywiste, że tak właśnie to się skończy.

Harvey, biały labrador, chwycił zębami jeden z zabłoconych butów swojej pani, jednak zamiast rozpocząć zabawę, położył się na brzuchu i skomlał niskim gardłowym głosem, który szarpał Maggie za serce.

– Przestań, zostaw to, Harvey. – Nie krzyczała, mówiła cicho i łagodnie.

Pies poczuł na niej zapach krwi i zaczął się niepokoić, mimo to wypuścił but z pyska.

– No już, przepraszam.

Włożyła but do umywalki razem z zaplamioną bluzką, potem uklękła obok Harveya i go pogłaskała. Najchętniej uściskałaby psa, ale dotąd nie zmyła z siebie krwi.

– Zaczekaj tutaj na mnie – poprosiła, wyprowadzając Harveya z łazienki do sypialni, gdzie kazała mu usiąść w miejscu, z którego przez drzwi mógł ją widzieć. Podrapała go za uszami, aż się uspokoił. Poczekała jeszcze, aż pies westchnie i położy się swobodnie.

Zapach krwi w dalszym ciągu wywoływał u niego panikę. Maggie doskonale wiedziała, skąd to się bierze. Nie znosiła wracać pamięcią do tamtych wydarzeń. Wówczas po raz pierwszy ujrzała Harveya, gdy zbroczony krwią kulił się ze strachu pod łóżkiem pierwszej właścicielki. Przeszedł naprawdę ciężką próbę. Walczył dzielnie, nie zdołał jednak obronić swojej pani, która została porwana, a następnie zamordowana.

– Nic mi nie jest – zapewniła go, gdy odważyła się spojrzeć w lustro i zobaczyć, czy mówi prawdę.

Nie było tak źle. Zdarzało jej się wyglądać o wiele gorzej. Przynajmniej tym razem to nie była jej krew.

Potargane kasztanowe włosy sięgały prawie do ramion. Musi je podciąć. Że też akurat o tym teraz pomyślała! Oczy były przekrwione, ale to nie miało nic wspólnego z bieżącymi wypadkami. Od miesięcy cierpiała na bezsenność, budziła się co godzinę, jakby nad jej uchem brzęczał budzik. Brak snu zaczynał dawać jej się we znaki.

Wypróbowała już pewnie wszystkie zalecane w tej przypadłości metody. Wieczorami biegała, żeby się zmęczyć, potem dla odmiany unikała wysiłku fizycznego po siódmej wieczorem, moczyła się w ciepłej kąpieli, przed położeniem się do łóżka wypijała kieliszek wina, a kiedy wino ją zawiodło, przestawiła się na mleko. Wyliczając dalej, medytowała i powtarzała mantry, zrezygnowała z kawy, czytała przed snem, słuchała płyt z nagranymi dźwiękami natury, kupiła terapeutyczne poduszki, zapalała świece o kojącym zapachu, piła nawet małą szkocką z ciepłym mlekiem.

Nic nie działało.

Nie łykała tabletek nasennych… aż do tej pory. Jako agentka FBI i psycholog kryminalny otrzymywała telefony w środku nocy albo o świcie i czasami musiała natychmiast jechać na miejsce zbrodni, a większość leków nasennych – tych skutecznych – wymaga ośmiu godzin nieprzerwanego snu. Kto może sobie na to pozwolić? Na pewno nie agentka specjalna FBI.

Wzięła długi gorący prysznic i umyła się delikatnie. Nie szorowała się gąbką ani szorstką myjką, jak początkowo zamierzała. Nie patrzyła na odpływ i na to, co z niej spływało z wodą. Nie wysuszyła włosów suszarką. Włożyła czyste, luźne sportowe szorty i T-shirt z logo Uniwersytetu Stanu Wirginia. Spakowała ubrania – te, których nie dało się już uratować – i wyrzuciła do śmieci, a następnie ruszyła do salonu. Harvey szedł za nią krok w krok.

Włączyła ogromny telewizor, włożyła pilota do kieszeni i poszła dalej do kuchni. Zakup pięćdziesięciosześciocalowej plazmy to szaleństwo dla kogoś, kto prawie nie ogląda telewizji. Maggie usprawiedliwiała się tym, że w jesienne soboty zaprasza gości na wspólne oglądanie studenckiej ligi futbolu, poza tym spędzała w towarzystwie Bena wieczory z pizzą, piwem i klasycznymi filmami. Lekarz wojskowy, pułkownik Benjamin Platt, został jej bliskim… przyjacielem.

Przynajmniej na razie, bo tak zadecydowali. No zgoda, w rzeczywistości nie poruszali tego tematu. Było im z sobą dobrze i wygodnie. Maggie lubiła z Benem rozmawiać tak samo jak milczeć. Czasami, kiedy siadali na tyłach jej domu, patrząc, jak Harvey bawi się z Diggerem, psem Bena, Maggie przyłapywała się na myśli: „Moglibyśmy być rodziną”. Wszyscy czworo nawzajem wypełniali pustkę w swoim życiu.

Owszem, było im tak wygodnie. Maggie odpowiadała taka sytuacja, chociaż ostatnio czuła niepokojące dreszcze, ilekroć Ben ją dotykał. Wówczas przypominała sobie, że każde z nich miało dość skomplikowane życie, każde z nich dźwigało bagaż doświadczeń chwilami nie do obrony. Do tego rozkłady ich zajęć pozostawały w wiecznym konflikcie, zwłaszcza przez ostatnie trzy czy cztery miesiące.

A zatem w tej chwili przyjaźń była bardziej na miejscu, choć nie zadecydowała o tym obopólna zgoda, lecz brak innej możliwości. Mimo to Maggie przyłapywała się na tym, że często sprawdza swoją komórkę. Czeka, spodziewa się, liczy na wiadomość od Bena. Nie widziała go od jego wyjazdu do Afganistanu, gdzie spędził dwa tygodnie, rozmawiali tylko krótko i przesyłali sobie SMS-y.

Teraz znowu wyjechał, tym razem na Florydę. Przyzwyczaiła się do tego, że wszystkim się z nim dzieli. To była jedna z tych rzeczy, które ich do siebie zbliżyły, rozmowy o prowadzonych sprawach. Ona mówiła o przygotowywanym profilu kolejnego mordercy, on zaś o chorobie zakaźnej, którą stara się zidentyfikować albo opanować. Dwukrotnie zdarzyło im się pracować razem, gdy FBI i USAMRIID (Wojskowy Instytut Badawczy Chorób Zakaźnych Armii Stanów Zjednoczonych) połączyły siły. Wyjazdy do Afganistanu, w tym również ten ostatni, były według słów Bena „tajnymi misjami” w „niejawnych lokalizacjach”. Maggie dodawała w myśli: „niebezpiecznymi misjami”.

Nakarmiła Harveya, przygotowując sobie sałatę i słuchając najnowszych wiadomości o pełnej godzinie.

– Ceny paliw już są wysokie i nadal będą rosnąć z powodu tropikalnych sztormów i huraganów, które tego lata nawiedzają Zatokę Meksykańską. Przewiduje się, że kolejny huragan o nazwie Isaac dziś w nocy będzie szalał na Jamajce. Sztorm kategorii czwartej oraz nieustające wiatry o prędkości ponad dwustu trzydziestu kilometrów na godzinę jeszcze nabiorą rozpędu, gdy w ciągu dwóch najbliższych dni dotrą nad Zatokę Meksykańską.

Kiedy zadzwoniła komórka, Maggie aż podskoczyła i wylała sos do sałaty na blat. No więc tak, krew i mózg zabójcy, którymi została zbryzgana, zdenerwowały ją bardziej, niż chciała przyznać.

Chwyciła telefon, sprawdziła numer na ekranie i z rozczarowaniem stwierdziła, że go nie zna.

– Maggie O’Dell, słucham?

– Witaj, cherie – odezwał się gładki baryton.

Był tylko jeden człowiek, który czarował ją nowoorleańskim akcentem.

– Witam pana, Charlie. Czemu zawdzięczam tę przyjemność?

Maggie i Charlie Wurth spędzili ostatnie Święto Dziękczynienia, rozwiązując zagadkę ładunków wybuchowych w Mall of America i starając się zapobiec kolejnym eksplozjom podczas świątecznego weekendu. W sytuacji, kiedy nie mogła ufać nowemu szefowi, zastępcy dyrektora Raymondowi Kunzemu, Charlie Wurth okazał się dla Maggie prawdziwym darem niebios. Ten zastępca dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego od sześciu miesięcy usiłował ją namówić, żeby zostawiła Departament Sprawiedliwości i przeszła na jego stronę.

– Wybieram się w podróż samochodem – podjął Charlie. – I wiem, że mi pani nie odmówi i ze mną pojedzie. Proszę tylko pomyśleć o słonecznej Florydzie. Szmaragdowozielona woda, białe piaski…

Od czasu do czasu Charlie Wurth dzwonił do niej z jedną ze swoich ekstrawaganckich propozycji. To przybrało już formę jakiejś gry między nimi. Maggie nie pamiętała, dlaczego nie przypadł jej do gustu pomysł opuszczenia FBI i przejścia do Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Przeczesała palcami włosy, myśląc o krwi i mózgu mordercy. Może jednak powinna wziąć tę zmianę pod uwagę.

– Brzmi fantastycznie – podjęła grę. – Gdzie jest haczyk?

– Och, taki malutki. Zdaje się, że znajdziemy się na drodze huraganu Isaac.

– Proszę mi jeszcze raz powiedzieć, dlaczego miałabym być tym zainteresowana.

– Prawdę mówiąc, zrobi mi pani wielką przysługę. – Charlie Wurth spoważniał. – I tak się tam wybierałem w związku z huraganem, ale nastąpiło pewne zakłócenie. Straż Wybrzeża znalazła w Zatoce Meksykańskiej rybacką lodówkę. – Zrobił pauzę, jakby oczekiwał, że Maggie dopowie sobie resztę.

– Niech zgadnę. Nie było w niej ryb.

– Otóż to. Miejscowe organa ochrony porządku publicznego mają ręce pełne roboty przez ten huragan. Straż Wybrzeża przerzuciła sprawę do Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, ale ja uważam, że ze względu na znajdujące się w lodówce części ludzkiego ciała powinna się tym zająć FBI. Właśnie rozmawiałem z zastępcą dyrektora Kunzem, pytając, czy mógłbym sobie panią wypożyczyć.

– Rozmawiał pan z Kunzem? Dzisiaj?

– Tak. Kilka minut temu. Odniosłem wrażenie, że uznał to za dobry pomysł.

Maggie wcale się nie zdziwiła, że szef ma ochotę ją wysłać w samo oko cyklonu.