Świt Zmierzchu - Anne Bishop

Świt Zmierzchu

0,0

Świt Zmierzchu to podobnie jak Serce Kaeleer zbiór czterech opowiadań uzupełniających naszą wiedzę o zdarzenia, które rozgrywają się na kartach poszczególnych tomów sagi Czarnych Kamieni. Dowiemy się między innymi, w jaki sposób Surreal i Rainier poradzili sobie z traumą po tym, jak zostali podstępem uwięzieni w Domu Strachów, jaki los spotkał Falonara, niewiernego kochanka Surreal (którego postać zaznaczały dotąd jedynie niejasne aluzje), poznamy tragiczny finał romansu Saetana z Sylvią, a także zaskakującą przyszłość Daemona w czasach, kiedy i Czarownica, i Wielki Lord Piekła odeszli, zmieniając się w szepty w Ciemności.

Dodaj komentarz


To już ostatni tom cyklu o niezwykłych Czarnych Kamieniach. W tej części autorka odpowiada na wszystkie pytania dotyczące całego cyklu. Wyjaśnia wszystko czego wcześniej nie wyjaśniła i tym samym zamyka całą serię. Jak ktoś czytał poprzednie osiem książek to na pewno sięgnie i po tą by dopełnić serii. Lekko naciągana już fabuła, ale to, ze autorka chciała wyjaśnić wszystkie tajemnice pozwala jej to wybaczyć. Polecam fanom serii.


Świt Zmierzchu jest ostatnim, dziewiątym już, tomem cyklu Czarne Kamienie. W tej części wszystko się zamyka, cała historia otrzymuje swój koniec, który jednym może się spodobać , a innym nie. Dla mnie osobiście tom ten jest prawie idealny. Owszem, jest bardzo, bardzo smutny, ale też jest świetnym zamknięciem serii. Żałuję jedynie losów jednego bohatera, którego polubiłam szczególnie. Fani koniecznie musza przeczytać ten tom, ale wszystkim innym również go polecam.


Kolejny zbiór opowiadań osadzonych w świecie Krwawych. Jak dla mnie autorka mogła sobie darować ten tom, jak i ogólnie dalsze ciągnięcie serii od tomu 4. Całość jest po prostu nudna i męcząca, a pomysły Bishop dość zaskakujące (ale w mało pozytywnym znaczeniu tego słowa). Czyta się ciężko, brak czegoś, co przykuwałoby uwagę i nie pozwoliło oderwać od lektury. Lepiej sobie darować.


Dziewiąta już księga cyklu Anne Bishop o świecie Krwawych. Tak jak w przypadku „Serca Kaeleer” czytelnik dostaje do ręki zbiór czterech opowiadań. Niestety z mojego punktu widzenia lepiej sobie darować tę część i zachować w pamięci ten w miarę sensowny świat z części poprzednich. Bishop popuściła wodze fantazji, ale w dość nieodpowiednim kierunku. Ponadto było nudno i nieciekawie. Nie polecam.


Para wypalić jakieś zielsko. Bo bez tego "Świtu Zmierzchu" nie dam rady przeczytać.


Pozycja obowiązkowa dla czytelników "Czarnych kamieni". Podejrzewam, że jakiś czas temu pewnie spodobałyby mi się zarówno opowiadania, jak i cała seria.


Szczerze mówiąc, przebrnęłam przez 3 opowiadania, a 4 już zostawiłam. Tego nie da się czytać na trzeźwo.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Twilight's Dawn

 

Copyright © 2011, Anne Bishop

All rights reserved

www.annebishop.com

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

 

Cover illustration by Larry Rostant

Represented by Artist Partners Ltd

 

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

 

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Katarzyna Wróbel

 

Ilustracja na okładce: Larry Rostant

 

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

 

Zamówienia hurtowe:

 

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail: biuro@olesiejuk.pl

 

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail: telemarketing@azymut.pl

 

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail: platon@platon.com.pl

 

Wydanie I

 

ISBN 978-83-62577-29-3

 

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: info@initium.pl

 

Konwersja:

Dla wszystkich Czytelników, którzy odbyli ze mną tę podróż.

Anne Bishop

Świt zmierzchu

* * *

Czarne Kamienie – KSIĘGA IX

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Wydawnictwo Initium

Kraków 2010

Kamienie

Biały

Żółty

Oko Tygrysa

Różowy

Letnie Niebo

Purpurowy Zmierzch

Opal*

Zielony

Szafir

Czerwony

Szary

Szaroczarny

Czarny

Składając Ofiarę Ciemności, dana osoba może otrzymać Kamień o trzy poziomy niższy od Kamienia otrzymanego na mocy Przyrodzonego Prawa.

Przykład: Biały otrzymany na mocy Przyrodzonego Prawa może obniżyć się do Różowego.

Im niższy poziom, tym większa moc.

 

Uwaga autorki:

„Sc” w nazwach Scelt, Sceval i Sceron należy wymawiać jak „sz”.

Podziękowania

Bardzo dziękuję Blairowi Boone'owi za to, że nadal jest moim pierwszym czytelnikiem, Debrze Dixon za to, że jest moim drugim czytelnikiem, Dorannie Durgin za opiekę nad moją stroną internetową, Nadine Fallacaro i Julie Green za cenne informacje medyczne, Jennifer Jackson i Anne Sowards za ich niewyczerpany entuzjazm wobec tej sagi, Davidowi Rapkinowi i Johnowi Sharianowi za ożywienie postaci w audiobooku oraz Pat Feinder − tak po prostu.

I
ŚWIĄTECZNE PREZENTY

* * *

Akcja opowiadania rozgrywa się po wydarzeniach opisanych w „Splątanych Sieciach”.

JEDEN

Daemon Sadi przeszedł przez mostek oddzielający posiadłość rodu SaDiablo od publicznej ziemi. Po jednej stronie znajdowała się sieć lądowiskowa i siedziba jego rodu, po drugiej − publiczna droga prowadząca do wioski Halaway.

Miękki śnieg przyczepiał się do nogawek jego spodni, kiedy szedł ku wiosce, rozkoszując się samotnością. Oczywiście, żeby mógł napawać się tą chwilą, wcześniej musiał czmychnąć z własnego domu. Zdawał sobie sprawę z tego, że coś jest nie do końca w porządku, skoro najsilniejszy mężczyzna w Królestwie Kaeleer przemyka na palcach obok trzech drzemiących szczeniaków Sceltie. W tej chwili jednak nie chciał zastanawiać się, czy ma pozwalać, by te małe kłębki futra dyktowały mu warunki, czy też powinien wykorzystać swoją rangę i mocą zmusić je do posłuszeństwa. W tej chwili, w ten mroźny poranek chciał po prostu być sam. Nikt nie marudził, że zimno mu w łapy. Nikt się nie skarżył, że nie może dotrzymać kroku. Nikt nie nalegał na postój co kilka metrów tylko po to, żeby obwąchać teren. I nikt nie będzie się dąsał, że on – noszący Czarny Kamień Książę Wojowników Dhemlanu − nie chce schować pod płaszcz kulki mokrego futra i tulić jej do białej, jedwabnej koszuli.

Samotność. Rozkoszna samotność. A o ile jego matka stworzyła podarek, o który ją prosił, zapowiada się również całkiem niezła zabawa.

Zbliżał się Winsol: trzynaście dni świąt ku czci Ciemności i Czarownicy − żyjącego mitu, ucieleśnionych marzeń. To będzie pierwszy Winsol, odkąd pełni rolę władcy terytorium Dhemlanu, i trzeci, odkąd zamieszkał w Kaeleer. Przez pierwszy rok jego umysł był nadal niestabilny po latach spędzonych w Wykrzywionym Królestwie, wciąż gościło w nim szaleństwo, w które wtrąciły go rozpacz i poczucie winy. Wtedy obchodziło go tylko to, że odnalazł Jaenelle Angelline całą i zdrową – i nadal skłonną go kochać.

W drugim roku Jaenelle chorowała. Uwolniła pełną moc, by zapobiec wojnie pomiędzy Kaeleer i Terreille. Ocaliła od zguby oba Królestwa, ale tym samym zniszczyła swoje ciało. Nie powinna była przeżyć – i nie przeżyłaby, gdyby nie krewniacy i Prządka Marzeń, którzy dokonali rzeczy niemożliwej − odtworzyli żyjący mit, Królową, będącą Czarownicą.

Jednak w tym roku byli z Jaenelle razem, byli małżeństwem i największy problem, jaki mieli, to nieprzerwany strumień zaproszeń na przyjęcia i imprezy publiczne, na których musieli się pokazywać w ramach pełnienia swoich funkcji.

Daemon przemierzał puste jeszcze ulice Halaway. W większości domów świeciły się już światła. Na świeżym śniegu nie było widać na razie żadnych śladów, ale wkrótce kupcy otworzą swoje sklepy, a ulice zapełnią się ludźmi. Mała wioska tętnić będzie życiem, zajęta przygotowaniami do świąt.

Wkrótce jego oczom ukazał się domek, w którym mieszkała Tersa. Spojrzał na ścieżkę prowadzącą do drzwi, a potem na drugą, wiodącą do sąsiedniego domku należącego do Manny, starszej kobiety, którą uważał raczej za przyjaciółkę niż byłą służącą. Uśmiechnął się, za pomocą Fachu usunął śnieg ze ścieżek i ruszył do drzwi.

Zapukał, zaczekał minutę, po czym zapukał ponownie. Przy trzeciej próbie wzmocnił pukanie odrobiną Fachu i irytacji, więc dźwięk rozbrzmiał w domku niczym solidny grzmot.

Po kilku sekundach drzwi się otworzyły, a młoda kobieta, która stanęła w progu, warknęła:

– Skoro nikt nie otwiera, można się chyba domyślić, że jest za wcześnie na wi…

Na jego widok zamrugała szybko. Uśmiechnął się do niej. Była to wędrowna Czarna Wdowa, która mieszkała z Tersą w ramach swojego szkolenia.

– Witam, pani Allisto – powiedział grzecznie.

– Książę Sadi. – Ton jej głosu nie był szczególnie uprzejmy. Ponieważ jednak Daemon był tym, kim był, nie mogła tak po prostu zamknąć mu drzwi przed nosem.

Choć wyraźnie miała na to ochotę. Najprawdopodobniej nie należała do kobiet, które budzą się o świcie w dobrym humorze, Daemonowi to jednak nie przeszkadzało. Po kilku miesiącach małżeństwa z Jaenelle opanował do perfekcji kilka cennych sztuczek, niezastąpionych w stosunkach z czarownicą, która budzi się w fatalnym nastroju.

– Tersa prosiła, żebym przyszedł wcześnie – wyjaśnił, prześlizgując się obok Allisty. – Mam trochę czasu, więc może przygotuję śniadanie dla was obu?

Zrzucił z ramion płaszcz, zniknął go i poszedł do kuchni, nie dając Alliście szansy na odpowiedź.

No dobrze, Tersa może nie prosiła, żeby zjawił się aż tak wcześnie, ale na pewno już nie spała – a on chciał wyjść niepostrzeżenie z zamówionym prezentem, nim na ulicach pojawią się tłumy.

– Dzień dobry, kochana – powiedział, wchodząc do kuchni.

Tersa odwróciła się od blatu i patrzyła na niego przez chwilę. Potem uśmiechnęła się.

– To chłopiec. Mój chłopiec.

Jej chłopiec. Jego matka była złamaną Czarną Wdową, zagubioną w szaleństwie, które Krwawi nazywali Wykrzywionym Królestwem, zagubioną w marzeniach i wizjach, w drobnych ułamkach swego rozbitego umysłu. Pamiętała go jako dziecko, nim został jej odebrany. Pamiętała go jako młodzieńca z okresu, gdy on sam nie wiedział nawet, kim ona dla niego jest. A czasami pamiętała go jako mężczyznę, którym był teraz. Jednak bez względu na to, jak postrzegała go danego dnia, zawsze był dla niej chłopcem. Jej chłopcem.

– Przyszedłem zrobić ci śniadanie – powiedział Daemon, obdarzając kobietę swoim najładniejszym, chłopięcym uśmiechem. – I porozmawiać o prezentach.

Zmrużyła złociste oczy, jakby zamierzała zaprotestować. Potem wzruszyła ramionami i odwróciła się z powrotem do blatu.

– Są jajka i bekon, i chleb na tosty – oznajmiła krótko.

– No to będzie śniadanie – stwierdził Daemon. – Jak mam ci przyrządzić jajka?

Zawahała się, a on zaczął się zastanawiać, czy zdoła mu odpowiedzieć na to pytanie, czy też jej umysł ruszył już inną ścieżką, odległą od tak przyziemnych rzeczy jak bekon i jajka.

– Chcę jajecznicę – powiedziała wreszcie.

Objął ją ramieniem, musnął ustami jej skroń, a jego serce przepełniła miłość do matki.

– Ja też chętnie zjem jajecznicę.

* * *

Lucivar Yaslana wyhamował skrzydłami i miękko wylądował na ścieżce prowadzącej do domku Tersy. Czujnie popatrzył na budynek, a potem na sąsiedni.

Manny przez większość swojego życia była służącą, przywykła więc do pracy fizycznej i od niej nie stroniła. Wciąż pełniła obowiązki gospodyni Tersy i Allisty, a takie rozwiązanie odpowiadało wszystkim trzem kobietom. Jednak nie była już młoda, poza tym było nieco zbyt wcześnie, by zdążyła sama odgarnąć śnieg.

Lucivar podejrzliwie patrzył na idealnie równą granicę pomiędzy zaśnieżonym trawnikiem i uprzątniętą ścieżką. Takiego efektu nie zdołałaby osiągnąć nawet domowa czarownica, a już na pewno nie za pomocą zwykłej miotły czy szufli. Ktoś najwyraźniej użył Fachu, żeby usunąć śnieg.

Przykucnął, wyciągnął rękę i poczuł ciepło.

A potem ten ktoś rzucił rozgrzewające zaklęcie na płyty ścieżki, żeby świeży śnieg na nich topniał.

Drzwi domku otworzyły się.

Lucivar wstał i jeszcze raz spojrzał na ścieżki, a potem na Daemona.

– Wiesz co, bękarcie? Nie ma nic złego w używaniu Fachu, ale nie zaszkodziłoby ci, gdybyś czasami osobiście odgarnął trochę śniegu.

– Skoro mam się napocić, służąc kobiecie, wolę zajęcia innego rodzaju – odparł Daemon.

Lucivar uśmiechnął się szeroko.

Byli braćmi. Przyrodnimi, ale nigdy nie podkreślali tego faktu. Obaj mieli czarne włosy, jasnobrązową skórę i złociste oczy długowiecznych ras. Odziedziczyli wygląd głównie po swoim hayllańskim ojcu − Wielkim Lordzie Piekła. Twarz Daemona była piękniejszą, bardziej wysublimowaną wersją twarzy Saetana, Lucivar natomiast miał mniej regularne rysy. Jednak główna różnica między nimi kryła się w tym, co Yaslana odziedziczył po swojej matce. Posiadał mianowicie ciemne, błoniaste skrzydła, które odróżniały Eyrieńczyków od Krwawych z Hayll i z Dhemlanu.

Przyglądali się sobie przez chwilę, po czym usta Lucivara ponownie ułożyły się w uśmiech, tym razem leniwy i arogancki.

– Wcześnie wstałeś – stwierdził, zbliżając się do brata.

– Ty widocznie jeszcze wcześniej, skoro przybyłeś tu z Ebon Rih – odparował Daemon. – Musiałeś wyruszyć bladym świtem.

Lucivar pokręcił głową.

– Mieszkam dalej na wschód, słońce wcześniej tam wstaje. Ale istotnie, wyruszyłem o świcie.

– Z wyboru?

– Na ognie piekielne, nie. Ta bestyjka budzi się razem ze słońcem, a jeśli pozwolę Marian pospać chwilę dłużej, czuję się mniej winny, że to głównie ona się nim zajmuje.

– A właśnie. Jak się miewa mój kochany bratanek? Liczy już dni do Winsolu?

– Tak jakby – mruknął Lucivar. Uśmiechnął się ponuro, słysząc śmiech Daemona. – W zeszłym roku Winsol pewnego dnia po prostu nadszedł. W tym roku mały z wyprzedzeniem wykombinował sobie, że Winsol nadchodzi.

– Aha.

– O tak. Więc co rano przychodzi do naszego łóżka, otwiera mi na siłę oczy i pyta: „Tata, to już Winsol?”.

Usta Daemona wygięły się w uśmiechu, ale jego złociste oczy były pełne współczującego zrozumienia.

– Nie możesz podnieść osłony wokół łóżka?

– Próbowałem. Niestety taka, która jest w stanie go powstrzymać, stanowi również barierę dla Marian. A ona nie lubi wpadać na osłonę, kiedy wraca z łazienki.

– Lucivarze?

Usłyszał troskę brata, zawartą w tym jednym słowie.

– Podnoszę jaśniejszą osłonę wokół pokoju Daemonara – budzi mnie, kiedy tylko zaczyna się wiercić – wyjaśnił.

To była konieczność. Dzięki tej osłonie Daemonarowi nie groziło nic ze strony ojca. Książę Wojowników był urodzonym drapieżnikiem, naturalnym zabójcą. Jeśli zostanie gwałtownie obudzony, nie myśli, tylko atakuje. Kiedy Daemonar wskoczył na niego za pierwszym razem, jego zapach psychiczny dotarł do otumanionego snem mózgu Lucivara na tyle szybko, że zdołał powstrzymać cios zdolny zabić chłopca.

Obecność Marian mu nie przeszkadzała. Był do niej tak przyzwyczajony, że mogła go dotykać, dosiadać czy robić cokolwiek chciała, nim się w pełni obudził, nie prowokując jego morderczej furii. Ale Daemonar był chłopcem i Księciem Wojowników, a w ciągu ostatnich tygodni rozwinął się tak bardzo, że Lucivar rozpoznawał w nim najpierw kastę, a dopiero potem swojego syna.

Więc choć pozwalał mu otwierać sobie oczy, tak naprawdę nigdy już nie spał, gdy Daemonar wchodził do ich sypialni.

Daemon spojrzał wymownie na domek Tersy i uniósł brew, jakby chciał zadać pytanie – albo domagał się odpowiedzi.

– Nie twój interes, bękarcie – stwierdził Lucivar.

Istotnie. I obaj o tym wiedzieli. Wiedzieli też, że Daemon czuje potrzebę chronienia Tersy i że w przeszłości okazywał się brutalnie skuteczny, jeśli chodzi o usuwanie mężczyzn, którzy wykazywali niewłaściwe zainteresowanie jej osobą.

Wiedzieli jednak również, że Lucivar Yaslana wyrobił sobie w Terreille reputację mężczyzny nieprzewidywalnego, nieokiełznanego i niezwykle brutalnego wobec kobiet, więc troska Daemona nie była tak do końca nieuzasadniona.

– No cóż. – Daemon przerwał niezręczną chwilę milczenia. – Lepiej wrócę do Pałacu, nim wszyscy się obudzą.

Lucivar kiwnął głową.

– Przyjedziemy pod koniec tygodnia, żeby pomóc wam szykować Pałac na Winsol.

– Jak to „szykować”?

Lucivar zamrugał szybko, zaskoczony, ale gdy upewnił się, że Daemon nie udaje, rzucił bratu współczujące spojrzenie.

– Ponieważ jestem żonaty dużo dłużej niż ty, posłuchaj mojej rady. Nigdy nie stawiaj takich pytań. One oznaczają tylko kłopoty.

Daemon sapnął.

– W Pałacu jest służba. Masa służby. To ona będzie szykować Pałac na Winsol.

Współczujące spojrzenie ustąpiło miejsca złośliwemu uśmieszkowi.

– Dużo się jeszcze musisz nauczyć.

– Nieprawda. Jeszcze nie zawekowali jedzenia, ponieważ to się robi w pierwszy dzień Winsolu, ale wczoraj Helena ściągnęła ze strychu mnóstwo ozdób świątecznych. Na ognie piekielne, jedna z młodych służących nawet zawiesiła dzwonki na szyjach małych Sceltie.

– Czy przyszły podzwonić na skargę do twojego gabinetu? – spytał Lucivar.

– Oczywiście. Ale wilczek uznał, że dzwonki są fajne, więc teraz szczeniaki biegają po Pałacu i dzwonią, a wilczek wtóruje im wyciem.

– Rozumiem, że w tym roku powitasz gości dzwoniącym wyciem? – W lot interpretując spojrzenie brata, Lucivar dodał szybko: – Jeśli spróbujesz mi przyłożyć, skończysz na ziemi.

Daemon zacisnął powieki.

– Może powinienem uciec z domu? – mruknął.

– Nie wolno nam tego robić. Uwierz mi. Możemy się schować na godzinę czy dwie, ale nie wolno nam uciekać przed świętami.

– A kto tak mówi?

– Kobiety, które nas poślubiły.

Daemon westchnął.

– Czy mi się zdaje, czy życie było prostsze, kiedy byliśmy niewolnikami w Terreille?

– Pod pewnymi względami tak. Ale na pewno nie takie zabawne. Zobaczymy się za kilka dni.

Lucivar cofnął się, żeby zrobić Daemonowi przejście. Wolał zachować ostrożność, ponieważ Sadysta też wyrobił sobie odpowiednią reputację, zaczekał więc, póki brat nie zniknął mu z oczu. Dopiero wtedy podszedł do drzwi i zapukał.

Allista wyglądała jak kot, którego zanurzono w wodzie, a potem wytarto pod włos. Zawahała się, nim wpuściła go do środka.

– Mała czarownica jest jeszcze śpiąca – stwierdziła Tersa, kiedy Lucivar wszedł do kuchni. – Ale chłopcy wstają wcześnie, żeby zdążyć ze swoimi sprawami.

Każdego innego dnia chętnie zastanowiłby się, co Tersa ma na myśli, ale dziś któreś z nich musiało się skupić i wypadło na niego.

Umysł Tersy został rozbity wiele wieków temu, ale nadal na swój sposób kobieta była wspaniała i pełna mocy. Zrezygnowała ze zdrowych zmysłów, by odzyskać Fach Klepsydry. Nauczyła się czerpać moc z własnego szaleństwa w sposób, którego nie pojmował nawet Saetan.

Lucivar ją kochał. To było takie proste. Zaczął składać jej wizyty dwa razy w miesiącu z tych samych powodów, dla których odwiedzał Luthvian, własną matkę – z obowiązku. Jednak w przeciwieństwie do Luthvian, która nienawidziła syna z powodu dziedzictwa, jakie mu przekazała, Tersa akceptowała fakt, że Lucivar ma skrzydła i do szpiku kości jest eyrieńskim wojownikiem. Nie krytykowała go z powodu tego, kim był – lub kim nie był. Nie atakowała go fizycznie ani słownie. Mógł siedzieć w jej kuchni i cieszyć się jej towarzystwem, a ona zawsze sprawiała wrażenie, jakby jego obecność była dla niej przyjemnością.

Powinien był powiedzieć Daemonowi o tych wizytach. Może nie zaraz po przybyciu brata do Kaeleer, ponieważ Sadi musiał sobie wtedy radzić z całą masą innych problemów, ale później powinien choć wspomnieć o tym, zamiast pozwolić, żeby sprawa wyszła na jaw kilka tygodni temu, kiedy musieli rozwiązać problem tego cholernego Domu Strachów. Nie był pewien, dlaczego tego nie zrobił. Może bał się, że Daemon zabroni mu odwiedzać Tersę? W końcu była matką Sadiego i skoro jej syn przebywał na miejscu, zastępstwo przestało być już potrzebne. A może, jak jego ojciec, instynktownie nie wspominał o żadnych znajomościach, żeby Luthvian nie czuła się porzucona i odsunięta? Nawet teraz, kiedy jego matka stała się szeptem w Ciemności i naprawdę odeszła, nadal trzymał w tajemnicy swoje wizyty u Tersy. Tak czy inaczej, kiedy Daemon przybył do Kaeleer, odwiedziny te były już starym zwyczajem, a Lucivar z nikim o nich nie rozmawiał.

– Chcesz jeść? – spytała Tersa. – Zostało trochę jajecznicy i kilka tostów. Chłopiec zrobił.

Nie mógł odmówić. Nikt nie potrafił robić takiej jajecznicy jak Daemon – nawet jego ukochana żona, domowa czarownica. Choć oczywiście nigdy w życiu nie przyznałby tego przy ludziach. A już na pewno nie przy Marian.

Ponieważ Allista nie przyłączyła się do nich, uznał, że już jadła, a nawet jeśli nie, to poradzi sobie sama. Wyjął z szuflady widelec, wziął miskę, oparł się o blat i zaczął jeść.

– Powinieneś usiąść przy stole – stwierdziła Tersa.

– Tu mi dobrze. – Wyglądała, jakby chciała go zganić, więc zmienił temat: – Jadłaś?

– Jadłam.

Uchwycił wahanie w jej odpowiedzi. Na pewno coś zjadła – Daemon nie wyszedłby stąd, gdyby tego nie dopilnował. Była jednak chuda jak ktoś, kto głodował całymi latami, i nawet teraz, kiedy miała pod dostatkiem jedzenia, czasami coś ją tak rozpraszało, że zapominała o posiłkach. Więc on sam nigdy nie tracił okazji, żeby ją nakarmić.

Nabrał jajecznicy na widelec i wyciągnął w stronę Tersy.

– Otwieraj – zażądał.

Zacisnęła usta.

Westchnął – ale nie spuścił wzroku z jej twarzy i nie cofnął ręki.

– Mam się kompromitować wydawaniem zabawnych dźwięków jak przy karmieniu Daemonara?

Otworzyła usta, zaskoczona, i nim zdążyła się zorientować, przeżuwała pierwszą porcję jajecznicy. Zmarszczyła brwi, na co Lucivar uśmiechnął się promiennie. Przez dłuższą chwilę jadł, nim znów zaproponował jej poczęstunek, jednak Tersa machnęła na niego ręką i wzięła sobie własny widelec.

Skończyli jajka – dopilnował, żeby zjadła ostatni kęs – a potem dojadł tosty, popijając kawą.

– Udało ci się? – spytał, gdy zmywał naczynia i ustawiał je na suszarce.

Tersa zmarszczyła brwi.

– Udało mi się, ale…

Z uśmiechem wytarł dłonie w ścierkę.

– Pokaż.

Za pomocą Fachu przywołała małą drewnianą ramkę i postawiła na kuchennym stole. Upleciona na niej sieć zawierała zaklęcie iluzji. Tersa uruchomiła je i po stole ruszył mały czarny żuk. Z każdym krokiem stawał się coraz większy, a kiedy osiągnął rozmiar męskiej dłoni, wybuchł, rozchlapując dość zielonego soku, by wprawić w ekstazę małego eyrieńskiego chłopca.

– Masz pudełko? – spytała Tersa.

Lucivar przywołał podłużne drewniane pudełko ze szklanym wieczkiem, które przygotował specjalnie na tę okoliczność. Na tyle mocno cenił sobie własną skórę – i własne małżeństwo – żeby dopilnować, by żuk pozostał w pudełku.

Kiedy Tersa włożyła sieć w przeznaczoną na nią przegródkę, oboje jeszcze raz obejrzeli żuka. Lucivar uśmiechnął się, gdy zielony sok zachlapał szklane wieczko, a potem zniknął.

– Kochana, to prawdziwy majstersztyk!

Tersa przyglądała mu się niepewnie.

– Może powinnam spytać twojego ojca.

Nie było to ani stwierdzenie, ani pytanie. Raczej ostrożne badanie gruntu.

Przestąpił z nogi na nogę, niepewny, czy jej słowa bardziej go zaniepokoiły, czy zaintrygowały.

– Dlaczego?

– Już robiłam niespodzianki dla moich chłopców i potem były kłopoty. Omal ich nie zraniłam. Nie chcę znowu kłopotów. Twój ojciec będzie wiedział, co robić. – Pokiwała głową, jakby podjęła decyzję. – Tak, twój ojciec będzie wiedział.

Lucivar zniknął pudełko i uznał, że to dobry moment, by skłonić Tersę do myślenia o czymś innym – nim skontaktuje się z jego ojcem.

Chłopcy. Moi chłopcy.

Miał wrażenie, że ziemia wiruje mu pod nogami. Oddech utknął w jego krtani. Czuł się tak, jakby porwał go prąd, który mógł być zarówno słodkim wietrzykiem, jak i gwałtownym podmuchem burzy.

– Dla jakich chłopców, kochana? – spytał.

– Dla moich. – Popatrzyła na niego, nagle onieśmielona i pełna wahania.

Boleśnie słodkie słowa. Po raz pierwszy Lucivar rozważył możliwość, która nigdy wcześniej nie przyszła mu do głowy.

– Czy jestem jednym z twoich chłopców, Terso? – spytał.

To była matka Daemona. Niewykluczone, że znał ją w dzieciństwie, którego nie pamiętał. Ona znała go jako dziecko – więc on też musiał ją znać. Że też wcześniej nie przyszło mu to do głowy.

– Dziewczynka – powiedziała Tersa z wahaniem. – Luthvian. Taka zła, ponieważ chciała tego, co nie mogło się stać. Taka zła, ponieważ chciała zaprzeczyć temu, co było.

Wyciągnęła przed siebie rękę, choć go nie dotknęła. Jej ciepły wzrok spoczywał na tym, czego nigdy nie chciała widzieć jego matka.

– Żagle na księżyc – powiedziała cicho. – Rozwinięte w słońcu chorągwie. Była zawsze taka zła z powodu rzeczy równie naturalnej jak ręka czy noga. Taki głupi powód, żeby nienawidzić dziecka.

– Terso?

Jej oczy miały nieobecny wyraz. Nie widziała już kuchni, w której stała, nie wiedziałaby, gdzie się znajduje, gdyby ją o to spytał. Przed jej oczyma przewijały się teraz wspomnienia sprzed tysiąca siedmiuset lat. Widziała Luthvian. Widziała jego, kiedy był w wieku Daemonara, może nawet młodszy.

– Chciała chłopca, ale nie chciała, żeby chłopiec był chłopcem – powiedziała. – Ale kim innym mógłby być? Całusy i pieszczoty… Miłość ich ojca jest silna i potrzebują jej, ale potrzebują też delikatniejszego uczucia. Całusów i pieszczot. I małych niespodzianek. – Uśmiechnęła się. – Zbierają kwiaty na łące. Chłopiec przynosi mi kwiaty. Mówię mu, jak się nazywają te, które znam, kiedy układamy je w wazonie. Ojciec dopowiada mu resztę. Obu chłopcom. Ale dziewczynka nie chce kwiatów z łąki. To za proste, zbyt eyrieńskie. Nie przyjmie kwiatów, więc chłopiec ze skrzydłami przynosi je mi. W jego sercu jest taki ogień, taki śmiech. I psoty. Ten błysk w jego oczach. O tak, psoci. Ale nie ma w tych psotach podłości. To chłopiec. Będzie silnym mężczyzną. Ona nie będzie patrzeć, więc nie zobaczy. Przychodzi do mnie po całusy i pieszczoty. I po małe niespodzianki.

Lucivar poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. Zamrugał szybko.

Podszedł o krok bliżej, dotknął palcami ramienia Tersy. – Terso? Czy jestem jednym z twoich chłopców?

Popatrzyła na niego niepewnie, ale pokiwała głową.

– Mój chłopiec ze skrzydłami.

Wziął ją w ramiona i przytulił delikatnie. Wreszcie zrozumiał, dlaczego wizyty u niej tyle dla niego znaczą. Nie pamiętał tych czasów, nie pamiętał jej wtedy, ale jego serce ją rozpoznało i wiedziało, kim dla niego była.

– Dziękuję – wyszeptał w jej potargane włosy. – Dziękuję. – I dodał w myślach: mamo.

* * *

Jaenelle odsunęła się od nakrytego do śniadania stołu i popatrzyła na leżący przed nią przedmiot.

– To myszka w szklanej kuli.

– Zgadza się. – Daemon uśmiechnął się do iluzji, którą przygotowała dla niego Tersa.

– Ta myszka ma na sobie oficjalny strój urzędnika dworskiego.

– Zgadza się.

– I zamierzasz to podarować Lucivarowi? Księciu Wojowników Ebon Rih? Mężczyźnie, który uważa, że jedyną funkcją dokumentów jest podcieranie sobie nimi tyłka?

– Zgadza się.

Myszka zaczęła nagle piszczeć z emfazą, jedną łapką machając, a w drugiej ściskając zwój dokumentów. Oczywiście piski były ledwie słyszalne przez szkło, ale ich ton był całkowicie jednoznaczny. Szczególnie gdy zwierzątko zaczęło podskakiwać ze złości.

– On jest zdolny zostawić to na widoku podczas wizyt urzędników dworskich – powiedziała Jaenelle. – Bez osłony wzrokowej. Wiesz dobrze, że jest do tego zdolny.

– Wiem. Ale uznałem, że może to go powstrzyma od uduszenia jakiegoś pompatycznego dupka.

Jaenelle wydęła usta i przyjrzała się myszce. Potem westchnęła.

– Masz rację. Kilka razy wyraźnie miał na to ochotę.

– Tym bardziej należy mu podarować coś, co go rozśmieszy. – Daemon pocałował ją w czubek głowy i sięgnął po szklaną kulę. – Jadę do Stołpu pokazać to ojcu, więc…

– Nie możesz dziś jechać.

Zamarł z ręką nad kulą.

– Nie mogę?

– Przecież musisz mi pomóc w przygotowaniach. To będzie pierwszy Winsol, kiedy oficjalnie podejmujemy rodzinę. Trzeba się zająć szczegółami.

Jasne, oczywiście.

– Pod koniec tygodnia przyjedzie Marian, żeby mi pomóc – ciągnęła Jaenelle. – A Winsol zaczyna się już w przyszłym tygodniu. Musimy przejrzeć listy.

– Jakie listy?

Odwróciła się na krześle i popatrzyła na Daemona zabójczym wzrokiem.

Miał wrażenie, że jego nogi zmieniają się w galaretę – i to bynajmniej nie w taką jak wtedy, gdy Jaenelle ma ochotę na ostry seks.

– Będę w gabinecie – powiedział słabo.

– To dobrze – odparła słodko jego żona. – Przyjdę, jak tylko skończę śniadanie. Mam nadzieję, że nie miałeś nic zaplanowanego na rano.

Na ognie piekielne, Matko Noc, niech Ciemność zlituje się nad nami.

– Jedynie zadowolenie mojej pani – odparł.

Jaenelle pociągnęła go za marynarkę. Posłuszny niewypowiedzianemu rozkazowi, pochylił się i musnął wargami jej usta.

– W twoim głosie brakuje pewności, książę – stwierdziła. – Ale ponieważ to twój pierwszy Winsol w roli męża, przebaczę ci.

Pocałowała go – a on miał nadzieję, że przebaczy mu jeszcze wiele rzeczy w ciągu najbliższych kilku dni.