Przez Pustynię - Karol May

Przez Pustynię

0,0

"— Czy to prawda, sihdi, że chcesz pozostać giaurem, niewiernym, bardziej pogardzanym niż pies i większą wzbudzającym odrazę niż szczur, który żywi się wyłącznie padliną? — Tak. — Sihdi, nienawidzę niewiernych i życzę im, żeby po śmierci znaleźli się w dżehennie, gdzie diabeł mieszka. Ciebie jednak chciałbym uratować od wiecznego potępienia, które cię nie minie, jeśli się nie nawrócisz na ikrar billisan, czyli świętą wiarę. Jesteś taki dobry i tak bardzo różnisz się od panów, którym służyłem, i dlatego pragnę cię nawrócić, czy tego chcesz, czy nie. Tak przemawiał do mnie Halef, mój służący i przewodnik, z którym włóczyłem się po rozpadlinach i wąwozach gór Aures. Potem zeszliśmy na płaskowyż Dra el Haua, żeby poprzez Dżebel Tarfaui dotrzeć do miejscowości: Seddada, Kriz i Dgasze, skąd przez osławiony szot Al Dżarid prowadzi droga do Felnassy i Kebilli." (fragment)

Dodaj komentarz


Opowieść o człowieku o najbardziej tajemniczym kapłanie w historii. Znajdziemy tu historię życia i świadectwa, które umożliwiły beatyfikacje Ojca Pio. Jedna z ciekawszych biografii, które przyszło mi ostatnio czytać.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Przez pustynię

Opowieść podróżnicza

Karol May

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-095-3
Licencja: Tekst z domeny publicznej.
Źródło: Polska Biblioteka Internetowa
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2014.
Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zachowane w brzmieniu zgodnym z oryginalnym wydaniem.
Zdjęcie na okładce: Cristiano Galbiati

 

MASTERLAB
Wydawanie i konwersja ebooków
E-mail: biuro.masterlab@gmail.com
www.masterlab.pl
Białobrzegi
Białobrzegi
Poland
Polska

I. TRUP W UEDZIE TARFAUI

 

— Czy to prawda, sihdi, że chcesz pozostać giaurem, niewiernym, bardziej pogardzanym niż pies i większą wzbudzającym odrazę niż szczur, który żywi się wyłącznie padliną?

— Tak.

— Sihdi, nienawidzę niewiernych i życzę im, żeby po śmierci znaleźli się w dżehennie, gdzie diabeł mieszka. Ciebie jednak chciałbym uratować od wiecznego potępienia, które cię nie minie, jeśli się nie nawrócisz na ikrar bi'l-lisan, czyli świętą wiarę. Jesteś taki dobry i tak bardzo różnisz się od panów, którym służyłem, i dlatego pragnę cię nawrócić, czy tego chcesz, czy nie.

Tak przemawiał do mnie Halef, mój służący i przewodnik, z którym włóczyłem się po rozpadlinach i wąwozach gór Aures. Potem zeszliśmy na płaskowyż Dra el Haua, żeby poprzez Dżebel Tarfaui dotrzeć do miejscowości: Seddada, Kriz i Dgasze, skąd przez osławiony szot Al Dżarid prowadzi droga do Felnassy i Kebilli.

Halef był dziwnym człowiekiem. Był tak mały, że sięgał mi zaledwie do pach, a przy tym tak szczupły i piaski, że sprawiał wrażenie, jakby przez całe dziesięciolecie przeleżał między kartkami zielnika. Jego niewielka twarz tonęła niemal całkowicie w turbanie z tkaniny półmetrowej średnicy, a jego niegdyś biały burnus przeznaczony byt zapewne dla kogoś o wiele wyższego, tak że kiedy zsiadając z konia chciał zrobić krok, musiał swój burnus podnosić niczym dama spódnicę do konnej jazdy. Pomimo tak niepozornej postaci, budził szacunek. Odznaczał się niezwykłą bystrością, odwagą i zręcznością oraz wytrwałością, które to cechy pozwalały mu przezwyciężać największe trudności. A ponieważ mówił wszelkimi narzeczami, jakie rozbrzmiewają na terytorium między siedzibą plemienia Uelad Bu Seba a ujściami Nilu, można sobie wyobrazić, że mogłem być z niego całkowicie zadowolony i traktowałem go raczej jak przyjaciela niż jak służącego.

Halef miał wprawdzie dziwną cechę charakteru, która z czasem mogła się stać dla mnie dość niewygodna; był fanatycznym muzułmaninem i z miłości ku mnie postanowił nawrócić mnie na islam. Właśnie teraz przedsięwziął znów bezowocne próby w tej sprawie i śmiać mi się chciało, bo tak komicznie przy tym wyglądał.

Jechałem na małym, półdzikim berberyjskim ogierze, powłócząc przy tym prawie stopami po ziemi; Hałef natomiast, chcąc dodać sobie powagi, wybrał dla siebie starą, zabiedzoną, lecz bardzo postawną klacz rasy Hessi-Ferdszan i siedział tak wysoko, że mógł na mnie spoglądać z góry. Podczas rozmowy był nadzwyczaj ożywiony. Wywijał nogami, którymi nie dosięgał strzemion, wymachiwał swymi chudymi, brązowymi rączkami w powietrzu, a jego słowom towarzyszyły tak groźne miny, że z trudem opanowywałem śmiech.

Kiedy nie odpowiedziałem na jego ostatnie słowa, kontynuował:

— Czy wiesz sihdi, co czeka giaurów po śmierci?

— No co?

— Po śmierci wszyscy ludzie, czy to muzułmanie, czy chrześcijanie, żydzi, czy jacykolwiek inni, znajdą się w barsachu. — Czy to jest stan pomiędzy śmiercią a zmartwychpowstaniem?

— Tak sihdi. Z tego stanu zbudzą ich kiedyś dźwięki trąb w Al-Jaum al-Achir, tj. w Dniu Sądu Ostatecznego, kiedy nadejdzie al-achira, czyli koniec świata. Wtedy wszystko zginie za wyjątkiem el kurs, tronu boskiego, er ruh, Ducha Świętego, el lauh, el mafus i el kalam, tj. tablicy i pióra boskiej predestynacji.

— Nic więcej nie będzie istniało?

— Nie.

— A raj i piekło?

— Sihdi, ty jesteś rozumny i mądry, od razu zauważyłeś o czym zapomniałem i dlatego wielka szkoda, że chcesz pozostać przeklętym giaurem. Ale przysięgam na swoją brodę, że cię nawrócę, czy tego chcesz, czy nie!

Na czole Halefa, gdy to mówił, ukazało się sześć głębokich zmarszczek. Skubał przy tym siedem włosków na swoim podbródku oraz osiem włosków po prawej i dziewięć po lewej stronie nosa, stanowiących razem coś w rodzaju brody; dyndał nogami, wyrzucając je energicznie w górę, a wolną ręką tak mocno wczepił się w grzywę klaczy, jakby była diabłem, któremu miałem zostać wyrwany.

Zwierzę, któremu tak okrutnie zakłócono spokój, próbowało stanąć dęba, przypomniało sobie jednak natychmiast powagę swego wieku i powróciło dumnie do stanu obojętności. Halef jednak kontynuował-;

— Tak, dżanna, raj, i dżehenna, piekło, także muszą pozostać; gdzież by w przeciwnym razie mieli się podziać zbawieni i potępieni? Przedtem jednak zmartwychpowstali muszą przejść przez most Ssiret, przerzucony nad Halahk, przepaścią śmierci i zguby, tak wąski i ostry jak świeżo wyszlifowane ostrze miecza.

— Zapomniałeś jeszcze o czymś — zauważyłem.

— O czym?

— O pojawieniu się daddżala.

— Rzeczywiście sihdi, znasz Koran i wszystkie święte księgi, a nie chcesz się nawrócić na prawdziwą wiarę! Ale nie martw się, już ja z ciebie zrobię prawdziwego muzułmanina! A więc przed Sądem Ostatecznym pojawi się daddżal, którego giaurowie zwą antychrystem, nieprawdaż sihdi?

— Tak.

— Wówczas otwarta zostanie El Kitab, księga, w której zapisane są wszystkie dobre i złe uczynki człowieka, i zacznie się ich ocena, która trwać będzie ponad pięćdziesiąt tysięcy lat, czas, który dobrym ludziom przejdzie jak chwila, złym natomiast wyda się wiecznością. To jest el hukm, czyli odważanie wszystkich ludzkich czynów.

— A potem?

— Potem zapadnie wyrok. Ludzie, u których przeważać będą dobre uczynki, pójdą do raju, niewierzący grzesznicy do piekła, podczas gdy grzeszni muzułmanie ukarani zostaną tylko na krótki czas. Widzisz więc sihdi, co cię czeka, nawet jeśli będziesz miał więcej dobrych niż złych uczynków na swoim koncie; ale zostaniesz uratowany i znajdziesz się ze mną w raju, gdyż ja cię nawrócę, czy tego chcesz, czy nie!

Mówiąc to, mój towarzysz wywijał znów tak energicznie nogami, że stara klacz strzygła uszami ze zdumienia i zerkała na swego jeźdźca z boku szeroko rozwartymi oczami.

— A co czeka mnie w waszym piekle? — zapytałem.

— W dżehennie płonie wieczny ogień, płyną strumyki, które tak śmierdzą, że potępiony pomimo swego okropnego pragnienia wzbrania się ugasić je tą wodą; rosną tam straszliwe drzewa, a pomiędzy nimi grozę budzące drzewo zakkum, na którym rosną diabelskie głowy.

— Brrrrrrrr!

— Tak sihdi, to jest okropne! Piekłem włada upadły anioł, Thabek. Dzieli się ono na siedem oddziałów, do których prowadzi siedem bram. W pierwszym oddziale pokutować muszą muzułmanie, dopóki nie zostaną oczyszczeni ze swych występków; ladha, drugi oddział jest dla  chrześcijan;huthama, trzeci dla żydów; sair, czwarty, dla Sabejczyków; sakar, oddział piąty, dla kuglarzy i czcicieli ognia, a gehim, szósty — dla wszystkich, którzy czczą bożków i fetysze. Zaoviat natomiast, czyli oddział siódmy, zwany również derk asfal, najgłębszy i najstraszniejszy, przeznaczony jest dla obłudników. We wszystkich tych oddziałach dziewiętnastu złych duchów przeciąga potępionych przez ogniste strumienie, przy czym potępieni muszą z drzewa zakkum zjadać diabelskie głowy. Te następnie przegryzają i rozszarpują im wnętrzności. O sihdi, nawróć się na wiarę Proroka, żebyś tylko krótko przebywał w dżehennie!

— To znajdę się w naszym piekle, które jest tak samo okropne jak wasze — odparłem.

— Nie sądź tak sihdi, klnę się na Proroka i wszystkich kalifów, że pójdziesz do raju. Czy mam ci go opisać?

— No więc, jakżeż tam jest?

— Dżanna rozciąga się ponad siedmiu sferami nieba, a prowadzi doń osiem bram. Najpierw dotrzesz do wielkiej studni, hawus kewser, z której pić może równocześnie sto tysięcy zbawionych; woda z tej studni jest bielsza od mleka, a zapach jej jest wspanialszy od woni piżma i mirry, zaś na obrzeżu studni stoją miliony złotych czar do picia, wysadzanych diamentami i innymi drogimi kamieniami. Potem znajdziesz się w miejscu, gdzie zbawieni spoczywają na poduszkach haftowanych złotem. Nieśmiertelni młodzieńcy i wiecznie młode hurysy podają im wyśmienite potrawy i napoje. Uszy spoczywających pieszczą bezustannie zachwycające śpiewy anioła Israfila oraz dźwięki zawieszonych na drzewach dzwonków, stale poruszanych wiatrem, wiejącym od boskiego tronu. Każdy ze zbawionych ma sześćdziesiąt łokci wysokości i nigdy nie przekracza wieku trzydziestu lat. Ponad wszystkie drzewa wyrasta drzewo szczęśliwości, et tuba, którego pień zakorzeniony jest w pałacu Proroka, a gałęzie sięgają do mieszkań wszystkich zbawionych. Gałęzie te obwieszone są tym wszystkim, co potrzebne jest ludziom do szczęścia. Z korzeni drzewa tuba wypływają wszystkie rzeki, i to rzeki mleka, wina, kawy i miodu.

Muszę stwierdzić, że Muhammad, mimo iż przedstawił tak zmysłowe wyobrażenie raju, przykłady zaczerpnął z pojęć chrześcijańskich i przekształcił je na użytek swojego koczowniczego ludu. Halef utkwił teraz wzrok w mojej twarzy. We wzroku tym wyraźnie malowało się oczekiwanie, że opis raju zrobił na mnie imponujące wrażenie.

— No i co ty na to? — dopytywał się, kiedy milczałem.

— Szczerze mówiąc, nie uśmiecha mi się sześćdziesiąt łokci wzrostu. Nie obchodzą mnie również hurysy, gdyż jestem wrogiem wszystkich kobiet.

— Dlaczego? — spytał mały ze zdziwieniem.

— Ponieważ Prorok powiada: „Głos niewiasty jest jak śpiew słowika, lecz jej język jest jadowity jak język żmii." Czy tego jeszcze nie czytałeś?

— Czytałem.

Mój towarzysz opuścił głowę; pobiłem go słowami Proroka. Potem już mniej pewnie zapytał:

— Czy nasza szczęśliwość mimo wszystko nie jest piękna? Nie musisz przecież przypatrywać się hurysom!

— Pozostanę chrześcijaninem!

— Nietrudno jest przecież powiedzieć: la ilaha ill-Allah wa-Muhammad rasul Allah!

— A czy trudniej jest modlić się: ja abana allazi fi-s-samawati, jatakaddas ismuka?

Halef spojrzał na mnie ze złością.

— Wiem, że modlitwy tej nauczył was Isla ben Mariam, którego zwiecie Jezusem. Nazywacie ją „Ojcze Nasz". Ciągle myślisz o nawróceniu mnie na twoją wiarę, ale niech ci się nie zdaje, że zdołasz ze mnie zrobić odszczepieńca tauhidu, wiary w Allaha.

— A więc zostaw mi moją wiarę, tak jak ja ci pozostawiam twoją — odparłem.

. Niejednokrotnie już usiłowałem jego próbom nawrócenia mnie przeciwstawić swoje próby nawrócenia jego. Przekonałem się o bezcelowości moich poczynań, lecz był to jedyny sposób, żeby zamknąć Halefowi usta. Ta metoda okazała się teraz również skuteczna. Halef mruknął coś pod nosem i zrzędził:

— A ja cię jednak nawrócę, czy chcesz czy nie! Cokolwiek raz postanowiłem, to przeprowadzę, gdyż jestem Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul Abbas ibn Hadżi Dawuhd al Gossarah!

— Więc jesteś synem Abula Abbasa, syna Dawuhda al Gossaraha?

— Tak.

— I obydwaj byli pielgrzymami według przepisów waszej wiary?

— Tak.

— I ty także jesteś hadżi?

— Tak.

— To wszyscy trzej byliście w Mekce i widzieliście świętą Kaabę?

— Dawuhd al Gossarah tam nie był.

— Co ty mówisz?! A jednak nazywasz go pielgrzymem?

— Oczywiście, bo nim przecież był. Mój dziadek mieszkał opodal Dżebel Szur Szum i jako młodzieniec udał się na pielgrzymkę. Szczęśliwie przebył oazę Al Dżof, zwaną brzuchem pustyni, potem jednak rozchorował się i musiał się zatrzymać przy źródle Trasah. Tam się ożenił i zmarł, kiedy mu się urodził syn Abul Abbas. Czyż nie należy go uważać za pielgrzyma?

— Hm! A Abul Abbas byl w Mekce?

— Nie.

— A twojego ojca także uważasz za pielgrzyma?

— Tak. Wyruszył w pielgrzymkę i dotarł do równiny Admar, gdzie musiał się zatrzymać.

— Dlaczego?

— Abul Abbas ujrzał tam Amareh, perłę tej okolicy, i zakochał się w niej. Amareh stała się jego żoną i urodziła mu Halefa Omara, którego tu widzisz. Potem Abul Abbas umarł. Czyż więc mój ojciec nie był pielgrzymem?

— Hm! A ty sam byłeś w Mekce?

— Nie.

— I mimo to uważasz się za pielgrzyma?

— Tak. Kiedy moja matka zmarła, udałem się na pielgrzymkę. Szedłem na wschód i zachód, na południe i na północ, i poznałem wszystkie oazy pustyni i wszystkie miejscowości Egiptu. Nie byłem co prawda jeszcze w Mekce, ale dojdę tam. Czyż więc nie jestem pielgrzymem?

— Hm! Sądzę, że tylko ten, kto już był w Mekce może się uważać za pielgrzyma.

— Właściwie tak. Ale ja jestem przecież w drodze do Mekki!

— Możliwe! Przypuszczam jednak, że i ty znajdziesz po drodze piękną niewiastę i zostaniesz przy niej, a twojemu synowi też się to przydarzy, gdyż, jak się zdaje, jest to waszym przeznaczeniem, a po stu latach twój prawnuk powie prawdopodobnie: „Jestem Hadżi Mustafa ben Hadżi Ali ibn Hadżi Halef Omar ibn Hadżi Abul Abbas ibn Hadżi Dawuhd al Gossarah", i nikt z tych siedmiu rzekomych pielgrzymów nie zobaczy zapewne Mekki i nie stanie się prawdziwym pielgrzymem. Nieprawdaż?

Halef przyjął moją małą złośliwość z uśmiechem. Wielu mahometan udaje wobec obcokrajowców pielgrzymów do Mekki, mimo że nigdy. Kaaby nie widziało, nie odbyło biegu między Safą i Meruą, nie było nigdy w Arafah ani nie poddało się ostrzyżeniu i goleniu w Minah. Mój poczciwy Halef uznał się za pokonanego, zniósł to jednak cierpliwie.

— Sihdi — spytał speszony — czy nie wygadasz się przed nikim, że jeszcze nie byłem w Mekce?

— Powiem o tym, jeśli znowu zaczniesz mnie nawracać na islam. Poza tym będę milczał. Ale spójrz tylko, czy to nie ślady w piasku?

Dawno już skręciliśmy w ued Tarfaui i teraz doszliśmy do miejsca, gdzie wiatr pustynny nawiał lotnego piasku poprzez wysokie skalne brzegi. W piasku wyraźnie uwidaczniały się ślady.

— Tędy przejeżdżali konno ludzie — zauważył Halef beztrosko.

— Zsiądziemy więc z koni, żeby zbadać te ślady. Mój towarzysz spojrzał na mnie zdziwiony.

— Sihdi, to przecież zbędne. Po cóż chcesz zbadać ślady kopyt końskich?

— Zawsze dobrze wiedzieć, kogo się ma przed sobą.

— Jeśli chcesz badać wszystkie ślady, jakie znajdziesz po drodze, to do Seddady nie dotrzemy przed upływem dwóch miesięcy. Co cię obchodzą jeźdźcy, którzy jadą przed nami?

— Bywałem w dalekich krajach, gdzie są rozległe pustkowia i gdzie życie ludzkie zależy od dokładnej obserwacji wszystkich dróg i śladów po to, aby się dowiedzieć, czy się napotka przyjaciela, czy wroga

— Tu nie napotkasz wroga, sihdi.

— Nie wiadomo.

Zsiadłem z konia i rozpoznałem ślady trzech zwierząt, jednego wielbłąda i dwóch koni. Wielbłąd był w każdym, razie wierzchowcem, poznałem to po śladach jego kopyt. Podczas dokładnego oglądania śladów, podpadła mi pewna osobliwość, pozwalająca przypuszczać, że jeden z koni ma wadliwy chód. Zdziwiło mnie to, gdyż znajdowałem się w kraju, który ze względu na bogactwo koni umożliwiał każdemu człowiekowi posiadanie rumaka bez jakichkolwiek wad. Właściciel chorego zwierzęcia musiał więc nie być Arabem lub też był człowiekiem bardzo ubogim.

Halefa śmieszyła staranność, z jaką badałem piasek i kiedy się podniosłem, zapytał:

— No i co zobaczyłeś sihdi?

— Były tu dwa konie i jeden wielbłąd.

— Dwa konie i jeden wielbłąd! Niech Allah błogosławi twój wzrok! Zauważyłem to również, nie zsiadłszy ze swojego wierzchowca. Uchodzisz za uczonego, a robisz rzeczy, z których uśmiałby się poganiacz osła. Na cóż ci się teraz przyda skarbnica wiedzy, z której tu zaczerpnąłeś?

— Wiem przede wszystkim, że ci trzej jeźdźcy przejeżdżali tędy mniej więcej przed czterema godzinami.

— Co ci przyszło z tej wiedzy? Wy z Europy jesteście dziwnymi ludźmi!

Mówiąc to, Hadżi stroił miny, z których można było wyczytać głęboką litość; wolałem jednak milcząco ruszyć w dalszą drogę. Jechaliśmy śladami chyba godzinę, aż tuż za zakrętem uedu mimo woli wstrzymaliśmy nasze konie. Ujrzeliśmy trzy sępy, które siedziały niedaleko od nas, za wydmą, a kiedy nas zobaczyły, uniosły się w powietrze z ochrypłym wrzaskiem.

— Orłosępy brodate — zawyrokował Ilalef. — Gdzie one się pokazują, tam na pewno znajduje się jakieś ścierwo.

— Zapewne padło tam jakieś zwierzę — odrzekłem, podążając za Halefem.

Mój towarzysz wysforował się naprzód, pozostałem więc za nim w tyle. Zaledwie Ilalef dotarł do wydmy, wstrzymał raptownie swego wierzchowca i wydał okrzyk przerażenia:

— Maszallah! Co to jest? Czy tu nie leży człowiek, sihdi? Halef miał rację. Tam istotnie leżał człowiek, na którego zwłokach ucztowały już sępy. Szybko zeskoczyłem z konia i uklęknąłem przy trupie. Ubiór nieżyjącego porozdzierany był pazurami ptaków. Dotykając zmarłego stwierdziłem, że jego śmierć musiała nastąpić niedawno.

— Allah kerim! Dobry Boże! Sihdi, czy ten człowiek zmarł śmiercią naturalną? — spytał Ilalef.

— Nie. Czy nie widzisz rany na jego szyi i dziury w potylicy? Został zamordowany.

— Allah niech ześle zagładę na tego, kto to zrobił! A może zmarły poległ w uczciwej walce?

— Co nazywacz uczciwą walką? Może jest ofiarą wendety. Przeszukajmy jego ubranie!

Halef pomógł mi przy tej czynności. Nie znaleźliśmy nic. Wreszcie wzrok mój padł na rękę zmarłego. Na jednym z jego palców zauważyłem zwykłą złotą obrączkę, przypominającą nasze obrączki ślubne. Ściągnąłem ją z palca nieboszczyka. Na jej wewnętrznej stronie wyryte było małymi lecz wyraźnymi literami i cyframi: EP 15C juillet 1830.

— Co znalazłeś? — zainteresował się Halef.

— Ten człowiek nie jest Arabem — odparłem.

— A kim jest?

— Francuzem,

— Frankiem, chrześcijaninem? Po czym to poznajesz?

— Kiedy chrześcijanin się żeni, wymienia ze swoją narzeczoną obrączki, to znaczy nie ozdobione kamieniami pierścionki. Na wewnętrznej stronie pierścionka często wyryty zostaje dzień zawarcia ślubu.

— I to jest taki pierścień?

— Tak.

— Ale po czym poznajesz, że ten zmarły należał do narodu Franków? Równie dobrze mógłby przecież być Anglikiem albo Niemcem, którym i ty jesteś.

— Znaki, które odczytałem na pierścieniu, są francuskie.

— Mimo to zmarły mógł być przecież innej narodowości. Czy nie sądzisz sihdi, że pierścionek można znaleźć albo ukraść?

— To prawda. Ale przyjrzyj się koszuli, którą zmarły ma pod ubraniem. To koszula Europejczyka.

— Kto go zabił?

— Jego dwaj towarzysze. Czyż nie widzisz zrytej ziemi, co świadczy o walce, która się tu odbyła? Nie zauważyłeś, że...

Przerwałem w pół zdania. Podniosłem się z klęczek, żeby zbadać grunt i niedaleko miejsca, w którym leżał trup, znalazłem początek szerokiego krwawego śladu, biegnącego w bok, pomiędzy skały. Podążyłem tym śladem z karabinem gotowym do strzału, gdyż mordercy mogli się jeszcze znajdować w pobliżu. Nie uszedłem daleko, gdy nagle z głośnym łopotem skrzydeł wzbił się w powietrze sęp, a na miejscu, z którego się poderwał, ujrzałem wielbłąda. Zwierzę było martwe; w jego piersi ziała głęboka rana. Halef załamał ręce.

— Popielaty wielbłąd, popielaty wielbłąd tuaregowski, a ci mordercy, te dranie, te psy, zabili go!

Było jasne, że mój towarzysz bardziej żałował wspaniałego zwierzęcia niż zamordowanego Francuza. Jak prawdziwy syn pustyni, dla którego najbłahszy przedmiot może mieć wartość, schylił się i obejrzał dokładnie siodło na wielbłądzie. Nic nie znalazł. Torby były puste.

— Mordercy już wszystko zabrali, sihdi. Oby się wiecznie smażyli w piekle. Nic, zupełnie nic nie pozostawili prócz wielbłąda i papierów, które leżą tam w piasku.

Tymi słowami Halef zwrócił moją uwagę na rzucony opodal zwitek papierów, zapewne niepotrzebnych mordercom. Podszedłem, żeby je podnieść, przypuszczając, że mogą stanowić dla mnie jakiś punkt zaczepienia dla wyjaśnienia sprawy. Było to kilka arkuszy gazet. Wygładziłem pogniecione strzępy, złożyłem je i otrzymałem w ten sposób dwie stronice czasopisma „Vigie algerienne" i tyleż stronic czasopisma „L'Independant" oraz czasopisma „Mahouna".

Pierwsze z wymienionych pism wychodzi w Algierze, drugie w Konstantynie, trzecie w miejscowości Guelma. Mimo że czasopisma te wydano w różnych miejscowościach, podpadła mi ich jednolita treść: wszystkie trzy zawierały bowiem informację o zamordowaniu bogatego francuskiego kupca z Blidy. Podejrzanym o popełnienie morderstwa był armeński handlarz, niejaki Hamd el Amasad, który uciekł i ścigany był listem gończym.

Z jakiego powodu zmarły, do którego należał wielbłąd, miał te gazety przy sobie? Czy ten wypadek interesował go osobiście? Czy był krewnym kupca z Blidy, czy jego mordercą, a może policjantem, który był na tropie przestępcy?

Zatrzymałem gazety, obrączkę wsadziłem sobie na palec i razem z Halefem powróciłem do zwłok. Nad nimi uporczywie unosiły się sępy, które po naszym oddaleniu się do padliny wielbłąda, znów się tutaj zlatywały.

— Co zamierzasz teraz zrobić, sihdi? — spytał Halef.

— Nie pozostaje nam nic mnego, jak pogrzebać nieboszczyka.

— Chcesz go zakopać w ziemi?

— Nie, do tego brak nam narzędzi. Ułożymy nad nim stos kamieni; wówczas żadne zwierzę nie będzie miało doń dostępu.

— I naprawdę sądzisz, że był giaurem?

— Był chrześcijaninem.

— Możliwe jednak, że się mylisz, sihdi; mógł być również prawowiernym. Dlatego mam prośbę. Połóżmy go tak, żeby twarzą był zwrócony do Mekki!

— Nie mam nic przeciwko temu, gdyż w ten sposób będzie również zwrócony twarzą ku Jerozolimie, gdzie cierpiał i zmarł Zbawiciel świata. Do dzieła więc!

Smutne to było dzieło, którego dokonywaliśmy w głębokiej samotności. Kiedy stos kamieni, kryjący nieszczęśnika, był tak wysoki, że zapewniał zwłokom całkowite ochronę przed zwierzętami pustynnymi, dodałem jeszcze tyle kamieni, żeby kopiec przyjął kształt krzyża; potem złożyłem ręce do modlitwy. Gdy skończyłem się modlić, Halef zwrócił się twarzą ku wschodowi, aby rozpocząć sto dwunastą surę Koranu:

— W imię Boga bezgranicznie miłosiernego! Mów: Bóg jest jedynym i wiekuistym Bogiem. Nie tworzy i nie jest tworzony; i żadna istota nie jest mu równa. Człowiek kocha upływające życie i nie troszczy się o przyszłe. Nadszedł jednak dzień twojego odejścia i teraz znajdziesz się przed obliczem twego pana, który cię wskrzesi do nowego życia. Oby wówczas liczba twych grzechów była nieduża, a liczba twoich dobrych uczynków tak wielka jak piasek, na którym zasnąłeś w pustyni!"

Po odmówieniu tej modlitwy Halef spojrzał najpierw w prawo, potem w lewo i powiedział:

— Oby Allah obdarzył go spokojem!

W końcu schylił się, aby oczyścić piaskiem ręce, które pobrudził, niosąc trupa.

— Tak sihdi, teraz jestem znów tahir — rzekł — i wolno mi dotykać wszystkiego co czyste i święte. Co teraz zrobimy?

— Pospieszymy za mordercami, żeby ich dogonić.

— Chcesz ich zabić?

— Nie jestem ich sędzią. Porozmawiam z nimi i dowiem się, dlaczego zabili tego człowieka. Wtedy będę wiedział, co zrobię.

— To nie mogli być mądrzy ludzie — stwierdził Halef. — W przeciwnym razie nie zabiliby wielbłąda, który jest zapewne więcej wart od ich koni.

— Może ten wielbłąd byłby ich zdradził. Tu widać ich ślady. Naprzód! Wyprzedzają nas o pięć godzin. Może spotkamy ich jutro, zanim dojadą do Seddady.

Galopowaliśmy mimo nieznośnego upału i trudnego kamienistego gruntu z taką szybkością, jakbyśmy chcieli upolować gazelę i wykluczone było, żeby przy tym rozmawiać. Mój dobry Halef nie mógł jednak długo wytrzymać tego milczenia.

— Sihdi — rozległ się za mną jego głos. — Sihdi, czy chcesz mnie opuścić?

Odwróciłem się:

— Opuścić?

— Tak. Moja klacz ma starsze nogi niż twój berberyjski ogier. Istotnie, stara klacz hessi-ferdszańska skąpana była w pocie, a z pyska ciekła jej wielkimi płatami piana.

— Ale dziś nie możemy odpoczywać, jak zwykle czynimy to podczas największego upału — wtrąciłem — lecz musimy jechać aż do nocy. W przeciwnym razie nie dogonimy tych dwóch.

— Ko się zanadto spieszy sihdi, także nie dociera do celu wcześniej niż człowiek rozważny, gdyż — Allah akbar, spójrz tam w dół!

Znajdowaliśmy się przed stromym zboczem uedu i może w odległości kwadransa jazdy konnej zobaczyliśmy w dole dwóch mężczyzn, którzy siedzieli przed małą kałużą słonej wody. Ich konie skubały suche kolczaste mimozy, rosnące w pobliżu.

— Ach, to oni!

— Tak sihdi, to są ci mordercy! Im także było za gorąco i postanowili poczekać, aż minie największy żar.

— A może zatrzymali się, żeby podzielić łup. Cofnij się Halef, cofnij, żeby cię nie zauważyli. Opuścimy dolinę i skręcimy trochę na zachód, aby upozorować, że jedziemy od szotu Rharsa.

— Dlaczego sihdi?

— Nie powinni domyślić się, że znaleźliśmy zwłoki zamordowanego.

Nasze konie wspięły się na zbocze doliny i pojechaliśmy szybko na zachód, w głąb pustyni. Potem, zatoczywszy łuk, jechaliśmy znów w kierunku miejsca, w którym ci dwaj się zatrzymali. Mordercy nie mogli nas widzieć, kiedyśmy nadjeżdżali, gdyż siedzieli na dnie doliny, musieli nas jednak usłyszeć, kiedyśmy się zbliżyli.

Rzeczywiście, gdy dotarliśmy do krawędzi niecki, wstali i chwycili za strzelby. Udałem, że jestem tak samo zdziwiony jak oni, iż w głuszy pustyni napotkaliśmy nagle ludzi; nie uważałem jednak za konieczne sięgnąć po swój sztucer.

— Es selam 'alejkum! — zawołałem, wstrzymując konia.

— We 'alejkum es selam! — odpowiedział starszy. — Kim jesteście?

— Jesteśmy spokojnymi jeźdźcami.

— Skąd jedziecie? — Z zachodu.

— A dokąd?

— Do Seddady.

— Z jakiego jesteście plemienia? Wskazałem na Halefa.

— On pochodzi z równiny Admar, a ja należę do plemienia Beni Sachsa. Kim wy jesteście?

— Jesteśmy członkami słynnego plemienia Uelad Hamalek.

— Plemię Uelad Hamalek to dobrzy jeźdźcy i dzielni wojownicy. A skąd jedziecie?

— Z Gafsy.

— To macie długą podróż za sobą. Dokąd się udajecie?

— Do bir Sauidi, gdzie mamy przyjaciół.

Zarówno to, że jadą z Gafsy, jak też, że zdążają do źródła Sauidi, było kłamstwem; udałem jednak, że wierzę ich słowom i pytałem dalej:

— Czy pozwolicie, że zatrzymamy się przy was na odpoczynek?

— Zostaniemy tu do wczesnego rana — brzmiała odpowiedź, która mogła oznaczać zarówno przyzwolenie, jak odmowę.

— My także mamy zamiar odpocząć tu do wschodu słońca — oznajmiłem. — Jest tu dość wody dla nas wszystkich, a także dla koni. Czy możemy zostać z wami?

— Pustynia należy do wszystkich. Witajcie!

Mimo zaproszenia, z twarzy tych dwóch mężczyzn można było wyczytać, że nasze towarzystwo bynajmniej ich nie cieszy. Nie przejęliśmy się tym jednak, zjechaliśmy w dół po stoku i zsiadłszy z koni, ulokowaliśmy się beztrosko koło wody.

Twarze obu podróżnych, które teraz swobodnie mogłem obserwować, nie wzbudzały zaufania. Starszy, który dotychczas zabierał głos, był wysoki i szczupły. W swym burnusie wyglądał jak strach na wróble. Spod brudnego turbanu wyzierały niesamowicie małe, przenikliwe oczy. Wąskie bezkrwiste wargi okalała rzadka nędzna broda. Spiczasty podbródek miał tendencję do zadzierania się w górę, a nos, tak, ten nos przypominał mi sępy, które niedawno spłoszyłem przy zwłokach zamordowanego. To nie był nos orli ani krogulczy: ten nos miał naprawdę kształt sępiego dzioba.

Drugi podróżny był młodym człowiekiem, o rzucającej się w oczy pięknej powierzchowności, lecz występki zamgliły jego wzrok, osłabiły nerwy i pokryły jego czoło i policzki przedwczesnymi zmarszczkami. Nie można było tego człowieka darzyć zaufaniem.

Starszy mówił językiem arabskim o takiej barwie dźwięku, jaką można usłyszeć nad Eufratem, a wymowa młodszego pozwalała się domyślać, że nie jest człowiekiem Wschodu, lecz Europejczykiem. Konie podróżnych, stojące w pobliżu, były nędzne i wyraźnie zmęczone. Odzież jeźdźców była mocno podniszczona, ich broń natomiast wspaniała. Tam, gdzie poprzednio siedzieli, leżały rozmaite przedmioty, jakie na ogół rzadko spotyka się na pustyni i zapewne dlatego tylko znajdowały się na widoku, gdyż ci dwaj poróżni nie mieli czasu ich schować. Były to: jedwabna chusteczka, złoty zegarek z łańcuszkiem, kompas, wspaniały rewolwer i notes oprawny w skórę.

Udałem, że nie zauważyłem tych rzeczy, wyjąłem z torby u siodła garść daktyli i zacząłem je spożywać z obojętną miną.

— Co macie do załatwienia w Seddadzie? — zapytał mnie wysoki.

— Nic, jedziemy dalej.

— Dokąd?

— Przez szot Al Dżarid do Fetnassy i Kebilli

Spojrzenie, jakie longinus rzucił ukradkiem na swojego towarzyrza, pozwalało mi się domyślać, że ci dwaj jadą w tym samym kierunku.

Longinus pytał dalej:

— Czy masz jakieś interesy do załatwienia w Fetnassie lub Kebilli?

— Tak.

— Chcesz tam zapewne sprzedać trzodę?

— Nie.

— Lub też swoich niewolników?

— Nie.

— A może towar, który sprowadzasz z Sudanu?

— Nie.

— To co w takim razie?

— Nic. Plemię, do którego należę, nie uprawia handlu z Fetnassą.

— A może chcesz sobie stamtąd wziąć kobietę?

Udałem gniew.

— Czy nie wiesz, że obrażasz mężczyznę, mówiąc do niego o jego kobiecie? Może jesteś giaurem, skoro lekceważysz ten zakaz?

Mężczyzna wyraźnie się przestraszył, na skutek czego zacząłem podejrzewać, że zgadłem. Zastanowiło mnie, że właściwie nie miał wyglądu Beduina, jego twarz przypominała mi raczej twarze mężczyzn pochodzenia armeńskiego i — ach, czy to przypadkiem nie jest ten armeński handlarz, co zamordował kupca w Blidzie i za którym rozesłano listy gończe, z których jeden noszę w kieszeni? Gdy ta myśl strzeliła mi nagie do głowy, wzrok mój padł ponownie na rewolwer. Na jego rękojeści znajdowała się srebrna płytka, na której wytrawione było nazwisko.

— Pozwól mi obejrzeć!

Mówiąc to, sięgnąłem po broń i przeczytałm: „Paweł Galingre, Marsylia". Nie było to zapewne nazwisko producenta, lecz właściciela broni. Nie zdradziłem jednak swych podejrzeń najmniejszą zmianą wyrazu twarzy, tylko zapytałem od niechcenia:

— Co to za broń?

— Broń — broń — bębenkowa.

— Czy chciałbyś mi pokazać, jak się z tego strzela?

Szczupły mężczyzna wyjaśnił mi. Przysłuchiwałem się uważnie, a potem powiedziałem:

— Nie jesteś z plemienia Uelad Hamalek, lecz giaurem. — Dlaczego?

— Widzisz, że zgadłem! Gdybyś był wyznawcą Proroka, zastrzeliłbyś mnie za to, że nazwałem cię giaurem. Tylko niewierni posiadają broń bębenkową. W jaki sposób ta broń mogła się dostać w ręce członka plemienia Uelad Hamalek. Czy jest prezentem?

— Nie.

— A więc kupiłeś ją?

— Nie.

— No to ją zdobyłeś? Na kim?

— Na pewnym Franku.

— Z którym walczyłeś?

— Tak.

— Gdzie?

— Na polu walki.

— Na jakim?

— Pod El Guerara.

— Kłamiesz!

Teraz wreszcie Armeńczyk stracił cierpliwość. Wstał i sięgnął po rewolwer. . "

— Coś powiedział? Ja kłamię? Czy mam cię zastrzelić, jak...

— ...jak tego Franka tam w dolinie Tarfaui? — przerwałem mu. Ręka trzymająca rewolwer opadła i oblicze mężczyzny pokryło się bladością, Opanował się jednak i zapytał z groźbą w głosie:

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Sądzę, że na pewno nie jesteś z plemienia Uelad Hamalek. Twoje nazwisko jest mi znane; brzmi ono: Hamd el Amasad.

Mężczyzna wlepił we mnie przestraszony wzrok.

— Skąd mnie znasz?

— Znam cię; to wystarczy.

— Nie, nie znasz mnie — odparł zdenerwowany. — Nie nazywam się tak, jak mówiłeś. Jestem z plemienia Uelad Hamalek.

Zaprzeczyłem, robiąc niedbały ruch ręką i spytałem:

— Czyje są te rzeczy?

— Moje.

Sięgnąłem szybko po chusteczkę. Były na niej wyszyte litery ,,PG". Otwarłem kopertę zegarka i na jej wewnętrznej stronie znalazłem te same litery.

— Skąd masz ten zegarek?

— To nie twoja sprawa. Połóż go z powrotem.

Nie usłuchałem wezwania Armeńczyka, lecz otwarłem również notes. Na pierwszej stronie przeczytałem: ,,Paweł Galingre"; poniżej nazwiska treść była stenografowana, a ja niestety nie umiem stenografować ani odczytywać stenogramu.

— Odłóż ten notes, mówię ci! — zagroził i wytrącił mi go z ręki.

Notes wpadł do kałuży. Podniosłem się, chcąc go uratować, napotkałem teraz jednak podwójny opór, gdyż młodszy mężczyzna stanął między mną a kałużą.

Ilalef przysłuchiwał się dotychczas naszej wymianie zdań z pozorną obojętnością, widziałem jednak, że trzymał palec na kurku swojej długiej fuzji. Wystarczył tylko znak z mej strony, żeby pociągnął za spust Schyliłem się również po kompas.

— Nie ruszaj, to wszystko moje! Oddaj te rzeczy! — zawołał przeciwnik.

Dla podkreślenia ważności swych słów, chwycił mnie za ramię. Ja natomiast najspokojniej jak tylko mogłem powiedziałem:

— Siadaj! Mam z tobą do pomówienia.

— Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!

— Ale ja chcę z tobą porozmawiać. Siadaj, jeśli ci życie miłe! Moja groźba, której towarzyszyło znaczące spojrzenie na Halefa, odniosła skutek. Hamd el Amasad usiadł, a ja zrobiłem to samo. Potem wyjąłem swój rewolwer.

— Przypatrz się, ja też mam taką broń bębenkową! Schowaj swoją, bo w przeciwnym razie moja wystrzeli!

Zaskoczyło to Hamd el Amasada i położył rewolwer powoli obok siebie, był jednak gotów sięgnąć po broń w każdej chwili.

— Jesteś synem plemienia Uelad Hamalek? — ponowiłem pytanie. .

— Jestem.

— Jedziesz z Gawsy?

— Jadę stamtąd.

— Jak długo jedziesz już doliną Tarfaui?

— Co cię to obchodzi?

— Bardzo mnie obchodzi. Tam w górze leży trup człowieka, którego zamordowałeś.

Grymas złości przemknął przez twarz Armeńczyka.

— A gdybym to istotnie zrobił, to czemu to ciebie wzrusza i co cię to obchodzi?

— Niewiele, mam tylko kilka pytań. Kim był ten człowiek? — Nie znam go.

— Dlaczego zabiłeś go oraz jego wielbłąda?

— Bo mi się tak podobało.

— Czy był prawowiernym? — Nie. Był obcym.

— Zabrałeś mu wszystko, co miał przy sobie? — Czy miałem to zostawić przy nim?

— Nie, ponieważ musiałeś to zachować dla mnie.

— Dla ciebie...? Nie rozumiem.

— Zaraz mnie zrozumiesz. Zmarły był chrześcijaninem. Ja także nim jestem i będę mścicielem zabitego.

— Chcesz dokonać wendety?

— Nie. Gdybym chciał być wykonawcą wendety, już byś nie żyt. Znajdujemy się na pustyni, gdzie liczy się tylko prawo silniejszego. Nie chcę próbować, kto z nas jest silniejszy: to należy do Boga, Wszechwiedzącego i Wszechmocnego, który wszystko widzi i nie pozostawia żadnego czynu bez odpłaty. Ale jednego żądam od ciebie: oddasz wszystko, co zabrałeś zmarłemu.

Hamd el Amasad uśmiechnął się wyniośle.

— Naprawdę sądzisz, że to zrobię? — Tak sądzę.

— To weź sobie to, co chcesz!

Poruszył ręką, żeby sięgnąć po rewolwer. Byłem jednak szybszy i wycelowałem w niego lufę swojej broni.

— Nie ruszaj się, bo strzelę!

Położenie, w jakim się znalazłem, było dziwaczne. Zachowywałem się tak, jak bym miał wszystkie atuty w ręku, a przecież wcale tak nie było. Na szczęście mój przeciwnik był bardziej podstępny niż odważny. Cofnął rękę i zdawał się wahać.

— Co chcesz zrobić z tymi rzeczami? — zapylał.

— Zwrócę je krewnym zmarłego.

Na twarzy mojego przeciwnika ukazał się niemal współczujący uśmiech.

— Kłamiesz — powiedział wyniośle. — Chcesz je sobie przywłaszczyć.

— Ja nie kłamię.

— A co przedsięweźmiesz przeciwko mnie?

— Teraz nic. Ale strzeż się ponownego spotkania ze mną!

— Czy naprawdę udajesz się stąd do Seddady?

— Tak.

— A jeśli ci oddam te rzeczy, to pozwolisz mi i mojemu towarzyszowi podróżować dalej bez przeszkód do bir Sauidi?

— Tak.

— Przyrzekasz mi to?

— Tak.

— Przysięgnij!

— Nie przysięgam w tak błahych sprawach; rnoje słowa i bez przysięgi są prawdziwe.

— Masz, weź rewolwer, zegarek, kompas i chustkę!

— Co jeszcze zamordowany miał przy sobie?

— Nic.

— Zapewne miał pieniądze.

— Te zatrzymam sobie.

— Nie mam nic przeciwko temu. Daj mi jednak sakiewkę lub portmonetkę, w której znajdowały się pieniądze.

— Bardzo proszę.

Hamd el Amasad wyciągnął zza pasa sakiewkę wyszywaną perłami, którą podał mi, uprzednio ją opróżniwszy.

— Czy niczego więcej ten człowiek nie miał przy sobie? — ponowiłem pytanie.

— Nie. Czy chcesz mnie zrewidować?

— Nie.

— Możemy więc odejść?

— Tak.

Wydawało się, że odetchnął z ulgą. Jego towarzysz sprawiał wrażenie jeszcze bardziej bojaźliwego człowieka, który teraz bardzo się ucieszył z takiego zakończenia sprawy. Zebrali swoje manatki i dosiedli koni.

— Es selam 'alejkum!

Nie odpowiedziałem. Wkrótce mordercy znikli za stokiem, wznoszącym się ponad doliną.

Halef dotychczas nie odezwał się ani słowem; teraz przerwał milczenie.

— Sihdi!

— Co?

— Czy mogę coś powiedzieć? Czy znasz ptaka strusia?

— Tak.

— Wiesz jaki on jest?

— No jaki?

— Głupi, bardzo głupi.

— Mów dalej!

— Wybacz mi sihdi, lecz wydajesz mi się jeszcze gorszy od strusia.

— Dlaczego?

— Bo pozwoliłeś umknąć tym łotrom.

— Nie mogę ich zatrzymać ani zabić.

— Dlaczego nie? Gdyby byli zamordowali prawowiernego, to zapewniam cię, że posłałbym ich do szejtana. Ponieważ jednak zmarły był giaurem, jest mi obojętne, czy jego mordercy zostaną ukarani, czy też nie. Ty jednak jesteś chrześcijaninem, a godzisz się, żeby zabójcy chrześcijanina uciekli?

— Kto ci powiedział, że uciekną?

— Przecież ci szubrawcy już odjechali, dotrą do bir Sauidi, a stamtąd do miejscowości Debila i El Ued, żeby zniknąć na obszarze wydm.

— Tego nie zrobią.

— Więc dokąd sio udadzą? Opowiadali przecież, że idą do bir Sauidi.

— Kłamali. Pojadą do Seddady.

— Kto ci to powiedział? — Moje oczy.

— Niech Allah błogosławi twoje oczy, którymi obserwujesz ślady w piasku. Tak jak ty może postępować tylko niewierny. Ale ja cię nawrócę na prawdziwą wiarę, możesz być tego pewien, czy chcesz czy nie.

— Wówczas uważać się będę za pielgrzyma, pomimo że nie byłem w Mekce. '

— Sihdi! Przecież mi obiecałeś, że już nigdy o tym nie wspomnisz.

— Owszem. Tak długo, dopóki nie zaczniesz mnie nawracać.

— Jesteś moim panem — westchnął mały — muszę się więc z tym pogodzić. Powiedz jednak, co teraz zrobimy?

— Wpierw zadbamy o własne bezpieczeństwo. Tutaj bowiem łatwo nas może dosięgnąć jakaś rewolwerowa kulka. Musimy się upewnić, czy tych łotrów rzeczywiście już nie ma w pobliżu.

Wspiąłem się na skraj wąwozu i istotnie zobaczyłem tych dwóch jeźdźców już dość daleko, kierujących się na południowy zachód. Halef podjechał do mnie.

— Tam jadą — zauważył. — To jest kierunek na bir Sauidi.

— Kiedy się dostatecznie oddalą, sądząc, że już ich nie widzimy, zawrócą na wschód.

— Gdyby to zrobili, wpadliby z powrotem w nasze ręce.

— Ci złoczyńcy przypuszczają, że my dopiero jutro wyruszymy w dalszą podróż, i są pewni, że nas znacznie wyprzedzą.

— To są twoje domysły, niekoniecznie musisz mieć rację.

— Tak sądzisz? Czyż tam u góry nie powiedziałem ci, że jeden z ich koni ma wadę chodu?

— Tak, powiedziałeś i zauważyłem to również, kiedy odjeżdżali

— To i teraz dobrze zgaduję, twierdząc, że mordercy kierują się do Seddady.

— Dlaczego wiec nie jedziemy za nimi natychmiast?

— Wyprzedzilibyśmy ich, ponieważ jedziemy prostą drogą; natrafiliby wówczas na nasze ślady i mieliby się przed nami na baczności.

— Masz rację — oznajmił. — Wracajmy więc nad wodę i odpoczywajmy do czasu wyruszenia w dalszą drogę!

Zsiedliśmy więc ponownie z koni. Wyciągnąłem się na swoim kocu, naciągnąłem sobie koniec chusty turbanu na twarz jak welon i przymknąłem oczy, nie żeby spać, lecz żeby się zastanowić nad naszą przygodą. Któż jednak potrafi w tym okropnym żarze Sahary myśleć przez dłuższy czas o takiej niejasnej sprawie? Mimo woli zasnąłem i obudziłem się po przeszło dwu godzinach. Udaliśmy się w dalszą podróż.

Dolina Tarfaui dochodzi do szotu Rharsa. Musieliśmy ją teraz opuścić, jeśli kierując się na wschód, chcieliśmy dotrzeć do Seddady. Po upływie godziny napotkaliśmy ślady dwóch koni, prowadzące z zachodu na wschód.

— No i co Halefie, czy rozpoznajesz te ślady?

— Rzeczywiście, miałeś rację sihdi! Te łotry jadą do Seddady. Zsiadłem z konia i przyjrzałem się śladom.

— Przejeżdżali tędy zaledwie pół godziny temu. Jedźmy powoli, w przeciwnym razie zobaczą nas.

Odnogi gór Tarfaui obniżały się stopniowo, przechodząc w równinę, i kiedy słońce zaszło, a wkrótce potem na niebo wyhynął księżyc, zobaczyliśmy u naszych stóp Seddadę.

— Zjedziemy w dół? — spytał Halef.

— Nie. Przenocujemy pod oliwkami tam na stoku góry. Zboczyliśmy trochę z drogi i wśród oliwek znaleźliśmy wspaniałe miejsce na nocleg. Ponieważ obaj byliśmy przyzwyczajeni do szczekania szakala i ujadania pustynnego lisa oraz do niskiego głosu skradającej się hieny, to te nocne odgłosy nie przerywały nam snu. Pierwszą moją czynnością po przebudzeniu się było ponowne odnalezienie śladów. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tu, w pobliżu zamieszkałej miejscowości, ślady nie będą miały znaczenia, lecz ze zdumieniem odkryłem, że nie prowadzą one do Seddady, a zbaczają na południe.

— Dlaczego ci złoczyńcy nie zjechali tutaj w dół? — spytał Halef.

— Żeby ich nikt nie widział. Ścigani mordercy muszą być ostrożni — wyjaśniłem mu.

— Ale dokąd właściwie chcą się udać?

— W każdym razie do Kriz, aby przejechać przez Szott al Dżarid. Wtedy będą już poza Algierią i jako tako bezpieczni.

— Przecież jesteśmy już w Tunezji. Granica przebiega od bir El Khalla do bir Saudi przez szot Rharsa.

— Takim ludziom jak ci dwaj to jeszcze nie wystarcza. Założę się, ze pojadą przez Fessan do oazy Kufra, gdyż tam dopiero będą zupełnie bezpieczni.

— Tu także są bezpieczni, jeśli mają bujuruldu sułtana.

— Niewiele by im ten dokument pomógł wobec konsula lub urzędnika policyjnego.

— Tak sądzisz? Nie radziłbym nikomu nie doceniać potężnego giolgeda padiszanun.

— Mówisz tak, mimo że uważasz się za wolnego Araba?

— Tak. W Egipcie widziałem, jaką władzę posiadał sułtan, lecz na pustyni się go nie boję. Czy zatrzymamy się teraz w Seddadzie?

— Tak, żeby kupić trochę daktyli i napić się wreszcie dobrej wody. Potem jednak pojedziemy dalej.

— Do Kriz?

— Do Kriz.

Już w kwadans później zaopatrzyliśmy się we wszystkie potrzebne rzeczy i wjechaliśmy na drogę prowadzącą z Seddady do Kriz. Po naszej lewej stronie lśniła w dole tafla jeziora Szott al Dżarid. Był to widok, którym nie mogłem napatrzeć się do syta.

 

Koniec wersji demo