Przeprawa - Samar Yazbek

Przeprawa

0,0

Tej książki nie napisał zachodni reporter. Jej autorką jest syryjska dziennikarka, która brała udział w protestach przeciw rządowi Al-Asada. Zmuszona do opuszczenia kraju, w latach 2012–2013 trzykrotnie wracała tam z narażeniem życia, by opisać losy rewolucjonistów i zwykłych ludzi gnębionych i zabijanych – najpierw przez reżim, a potem także przez grupy religijnych ekstremistów i ISIS. 

Autorka jeździ po kraju i rozmawia z osobami, które straciły wszystkich bliskich, i z tymi, którym udało się zachować resztki nadziei. Przedstawia codzienną udrękę swoich rodaków – dokumentuje postawy, losy, sprzeciw wobec okrucieństwa, bezsilność i gniew. Pisze o ludziach próbujących przetrwać i jakoś żyć pomimo spadających bomb, zrujnowanych domów i skrajnej biedy. Opisuje tych, którzy stawiają opór – walcząc, starając się podtrzymywać więzi, pracując, rodząc dzieci – a kiedy zbliża się kolejny samolot – szukając miejsca, gdzie można się schronić. Pisze o matkach, na oczach których giną dzieci, i o nastolatkach, które muszą sięgnąć po broń.  

Lektura książki Samar Yazbek i wstępu Piotra Balcerowicza pozwala zrozumieć genezę i przebieg syryjskiego konfliktu, który z pokojowych demonstracji przekształcił się w krwawą wojnę. 

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tytulowa.jpg

11 Al-ham­du li-(A)llah (arab.) – wy­raz ulgi zna­czą­cy tyle co „dzię­ki niech będą Bogu”.

Spis treści

Piotr Bal­ce­ro­wicz, Sy­ryj­ska woj­na do­mo­wa. Da­ma­sceń­ska Wiel­ka Gra

Prze­pra­wa

Pierw­sza prze­pra­wa. Sier­pień 2012 roku

Dru­ga prze­pra­wa. Luty 2013 roku

Trze­cia prze­pra­wa - fragment. Li­piec – sier­pień 2013 roku

Epi­log

Przy­pi­sy

Krót­ka nota na te­mat ala­wi­tów i sun­ni­tów

Słow­nik wy­bra­nych wy­ra­żeń

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Cros­sing. My Jo­ur­ney to the Shat­te­red He­art of Sy­ria

 

Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na tek­stu Sa­mar Yazbek: dr hab. Aga­ta Skow­ron-Na­lbor­czyk

Re­dak­cja: Bo­że­na Sęk, Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

 

Mapy: Zbi­gniew Ga­łę­za

 

Zdję­cie na pierw­szej stro­nie okład­ki: © Mo­ises Sa­man / Ma­gnum Pho­tos

Zdję­cie na skrzy­deł­ku: Muh­sın Ak­gün

 

Co­py­ri­ght © 2015 by Sa­mar Yazbek, Dar al adab, Be­irut, Le­ba­non

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with RAYA The agen­cy for Ara­bic li­te­ra­tu­re

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ur­szu­la Gard­ner, 2016

Co­py­ri­ght © for the in­tro­duc­tion by Piotr Bal­ce­ro­wicz, 2016

 

 

ISBN 978-83-65271-15-0

 

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1

31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Trzecia przeprawa – fragment

Lipiec – sierpień 2013 roku

Oto ko­lej­ny dzień, któ­re­go ni­g­dy nie za­po­mnę: dwu­dzie­sty lip­ca 2013 roku. Jak mo­gła­bym za­po­mnieć chwi­lę, w któ­rej zna­la­złam się w ot­chła­ni bez­sen­su?

By­li­śmy aku­rat w cen­trum pra­so­wym w Sa­ra­ki­bie, któ­re dzie­li­ło się na dwie osob­ne czę­ści. Je­den po­kój mie­ścił wy­po­sa­że­nie elek­trycz­ne i ła­do­war­ki, w dru­gim był do­stęp do in­ter­ne­tu i urzą­dze­nia ko­mu­ni­ka­cyj­ne. Ja sie­dzia­łam za­zwy­czaj w tym dru­gim, gdyż bo­jow­ni­cy do nie­go nie za­glą­da­li. Było to coś w ro­dza­ju po­ko­ju go­ścin­ne­go dla przy­by­wa­ją­cych dzien­ni­ka­rzy i in­nych pra­cow­ni­ków me­diów, a każ­dy, kto po­trze­bo­wał, mógł sko­rzy­stać ze sprzę­tu i z in­ter­ne­tu. W kil­ku mia­stach i wio­skach dzia­ła­cze za­ło­ży­li po­dob­ne cen­tra pra­so­we, dzię­ki któ­rym roz­po­wszech­nia­li wia­do­mo­ści na te­mat tego, co się dzie­je w Sy­rii.

Wła­śnie wy­sy­ła­łam e-ma­ile i ro­bi­łam no­tat­ki na te­mat pla­nów pro­jek­tów dla ko­biet. Do­oko­ła mnie le­ża­ły roz­rzu­co­ne kart­ki z za­pi­ska­mi o po­szcze­gól­nych ko­bie­tach i ich sy­tu­acji oso­bi­stej. Na­gle ogar­nę­ła mnie bez­sil­ność. Czu­łam się kom­plet­nie wy­czer­pa­na, a kie­dy chcia­łam wyjść z po­ko­ju i umyć twarz w ła­zien­ce, po­czu­łam, jak­bym stra­ci­ła grunt pod no­ga­mi. Ata­ki lot­ni­cze sił Al-Asa­da były nie­ubła­ga­ne. Wróg spra­wiał, że by­li­śmy wciąż w bie­gu, ni­czym dzi­kie zwie­rzę­ta, nie wspo­mi­na­jąc o roz­prze­strze­nia­ją­cych się wszę­dzie gru­pach dżi­ha­dy­stów, któ­rzy za­czę­li się wtrą­cać w pry­wat­ne ży­cie lu­dzi.

Tego dnia do po­ko­ju łącz­no­ści za­glą­da­ło wie­lu męż­czyzn i at­mos­fe­ra sta­ła się tro­chę dziw­na z po­wo­du mo­jej obec­no­ści. Po­wie­dzia­łam im, że chcę tam za­cze­kać, do­pó­ki nie będę mo­gła pójść do pierw­szej ko­bie­ty z li­sty. W po­miesz­cze­niu pa­no­wał gwar. Męż­czyź­ni byli mło­dzi, w więk­szo­ści przed trzy­dziest­ką. Byli wśród nich re­dak­tor cza­so­pi­sma dla dzie­ci „Zaj­to­un i Zaj­to­una”, któ­re dys­try­bu­owa­no na pół­no­cy Sy­rii, fo­to­graf z por­ta­lu po­świę­co­ne­go wia­do­mo­ściom z Sa­ra­ki­bu, czło­wiek, któ­ry nad­zo­ro­wał krę­ce­nie fil­mów wi­deo i wy­sy­ła­nie ich do agen­cji pra­so­wych. Od cza­su do cza­su po­ja­wiał się ja­kiś bo­jow­nik, na przy­kład z Ba­ta­lio­nu Mę­czen­ni­ków Sa­ra­ki­bu, któ­re­go kwa­te­ra znaj­do­wa­ła się tyl­ko dwie­ście me­trów od cen­trum pra­so­we­go. Jako że trwał ra­ma­dan, mo­gli­śmy coś zjeść do­pie­ro po wie­czor­nym we­zwa­niu do mo­dli­twy we­dług lo­kal­ne­go cza­su.

W pew­nym mo­men­cie roz­legł się huk po­tęż­nej eks­plo­zji, po któ­rej na­stą­pi­ły ko­lej­ne, spra­wia­jąc, że z szyb po­sy­pa­ło się szkło. Wszy­scy wy­bie­gli z po­ko­ju łącz­no­ści. W ścia­nę przy­le­głe­go po­miesz­cze­nia ude­rzy­ła bom­ba ka­se­to­wa. W miej­scu okna zia­ła dziu­ra, nie­bo i zie­mia pło­nę­ły. Męż­czyź­ni za­czę­li krzy­czeć, że mu­si­my ucie­kać, ale ktoś ostrzegł nas, że sa­mo­lot wciąż krą­ży w gó­rze i że zo­sta­nie­my za­ata­ko­wa­ni przez bom­by ka­se­to­we i becz­ko­we. Nie poj­mo­wa­łam, co się sta­ło. Nie mo­gli­śmy zejść do piw­ni­cy. Bom­by ka­se­to­we spa­da­ły na zie­mię i co chwi­lę wy­bu­cha­ły. Był z nami pol­ski dzien­ni­karz Mar­cin Su­der, dzien­ni­karz an­giel­ski i dwaj dzien­ni­ka­rze sy­ryj­scy. Mar­cin na­tych­miast wy­szedł na uli­cę i za­czął fo­to­gra­fo­wać nie­bo.

– Idę z tobą! – krzyk­nę­łam, zbie­ra­jąc swo­je pa­pie­ry i upy­cha­jąc je w tor­bie.

Wsia­dłam do sa­mo­cho­du z Mu­ham­ma­dem, Man­ha­lem i Mar­ci­nem. Ja­dąc, omi­ja­li­śmy nie­któ­re ulicz­ki, żeby przy­pad­kiem nie zde­to­no­wać bomb ka­se­to­wych. Je­den z po­ci­sków, któ­ry wy­lą­do­wał nie­da­le­ko cen­trum pra­so­we­go, spa­lił zie­mię i naj­bliż­sze oto­cze­nie. Oko­licz­ne bu­dyn­ki zo­sta­ły znisz­czo­ne przez trzy ko­lej­ne bom­by becz­ko­we. W ich po­bli­żu pra­co­wa­li już trzej mło­dzi męż­czyź­ni, któ­rzy wy­cią­ga­li ofia­ry. Z bu­dyn­ków nie zo­sta­ło prak­tycz­nie nic. Wszę­dzie le­żał tyl­ko gruz i przy­kry­te py­łem cia­ła, któ­re ra­tow­ni­cy wy­do­by­wa­li spod ruin. Wszyst­ko wo­kół było w jed­no­li­tym ko­lo­rze. Ja też za­czę­łam fo­to­gra­fo­wać tę sce­nę.

– Jedź­cie do szpi­ta­la. Bę­dzie­cie tam po­trzeb­ni – za­wo­łał je­den z mło­dych męż­czyzn.

Le­d­wie ru­szy­li­śmy, spa­dła przed nami bom­ba ka­se­to­wa, wznie­ca­jąc po­tęż­ny po­żar. Gdy usi­ło­wa­li­śmy za­wró­cić, usły­sze­li­śmy przez krót­ko­fa­lów­kę Mu­ham­ma­da, że na szpi­tal rów­nież po­le­cia­ły bom­by ka­se­to­we i że po­cisk tra­fił w po­bli­ski dom. Mimo to ru­szy­li­śmy w stro­nę szpi­ta­la. Po dro­dze spo­ty­ka­li­śmy tyl­ko lu­dzi, któ­rzy mu­sie­li opu­ścić swo­je domy. Wie­le osób ucie­ka­ło z Sa­ra­ki­bu. W gó­rze na­dal było sły­chać sil­nik sa­mo­lo­tu.

– Czu­ję się jak szczur zła­pa­ny w pu­łap­kę. Wy­da­je mi się, że Al-Asad za­bi­ja nas dla za­ba­wy – po­wie­dzia­łam do po­zo­sta­łych. Nikt mi nie od­po­wie­dział, ale był to chy­ba naj­lep­szy opis sy­tu­acji, w któ­rej re­żi­mo­we sa­mo­lo­ty i po­ci­ski ata­ko­wa­ły na­sze mia­sto. Szpi­tal le­żał na obrze­żach Sa­ra­ki­bu, a po­nie­waż nie­da­le­ko prze­bie­ga­ła au­to­stra­da, był wiecz­nie wy­sta­wio­ny na ostrzał.

W szpi­ta­lu za­sta­li­śmy grup­kę męż­czyzn z twa­rza­mi po­kry­ty­mi py­łem, je­den sie­dział sku­lo­ny na za­krwa­wio­nym krze­śle. Przy wej­ściu prze­py­cha­li się lu­dzie, któ­rzy zmie­rza­li w prze­ciw­nych kie­run­kach, wszy­scy mie­li w oczach prze­ra­że­nie. Le­karz, zna­jo­my mo­ich to­wa­rzy­szy, wy­szedł po nas i wpro­wa­dził nas do sali. Po­cho­dził z Sa­ra­ki­bu, miał trzy­dzie­ści lat i był wście­kły.

– Inni le­ka­rze ucie­kli, a na ze­wnątrz sto­ją lu­dzie, któ­ry­mi trze­ba się za­jąć. Co mam ro­bić? Bra­ku­je mi le­ków. A lu­dzie umie­ra­ją. Miesz­kań­cy wpa­da­ją w gniew. Co mam ro­bić?

Ktoś za­ło­mo­tał w drzwi i krzyk­nął na le­ka­rza, żeby z nim po­szedł: na je­den z od­dzia­łów przy­nie­sio­no ran­ne­go mło­de­go męż­czy­znę. Bra­ko­wa­ło le­karstw, sprzę­tu, prą­du, wody – prak­tycz­nie wszyst­kie­go. Ran­ny wrzesz­czał. We­szłam do in­nej sali. Sta­ły na niej dwa łóż­ka, na każ­dym były ko­bie­ce zwło­ki. Zbli­ży­łam się do nich.

– Zgi­nę­ły dzi­siaj od wy­bu­chu bomb becz­ko­wych – po­in­for­mo­wał mnie pie­lę­gniarz.

– Mogę na nie spoj­rzeć? – za­py­ta­łam.

Zro­bił zdzi­wio­ną minę, ale od­parł:

– Pro­szę.

Po­de­szłam jesz­cze bli­żej i unio­słam przy­kry­cie z twa­rzy pierw­szej z ofiar. Mo­gła mieć oko­ło czter­dziest­ki. Wy­glą­da­ła, jak­by spa­ła, gdy­by nie pla­ma krwi na twa­rzy. Przy­kry­łam ją z po­wro­tem i za­czę­łam się ga­pić za okno. Usia­dłam na dru­gim łóż­ku obok zwłok. Nie­bo ry­cza­ło sil­ni­ka­mi sa­mo­lo­tu.

– Co ty wy­pra­wiasz? – huk­nął na mnie inny mło­dy męż­czy­zna.

Zda­łam so­bie spra­wę, że sie­dzę po­mię­dzy dwo­ma cia­ła­mi i do­ty­kam jed­ne­go z nich. Wsta­łam spo­koj­nie. Nie by­łam sobą. Mo­głam się opa­no­wać je­dy­nie dzię­ki obo­jęt­no­ści, w któ­rej scho­wa­łam się jak w ko­ko­nie. Do­łą­czy­łam do swo­ich to­wa­rzy­szy na sali peł­nej mar­twych i ran­nych.

Le­karz da­lej sza­lał.

– Co mam dać tym lu­dziom?! Nic dla nich nie mam! Mogą co naj­wy­żej umrzeć! Boże! Boże! – po­wta­rzał cią­gle.

Przed wej­ściem do szpi­ta­la ja­kiś męż­czy­zna niósł na rę­kach zwło­ki swe­go syna, szlo­cha­jąc:

– Chwal­my Pana. Al-ham­du li-(A)llah11. Chwal­my Pana. O Boże, o Boże!

Lu­dzie tło­czy­li się na ze­wnątrz wśród krzy­ków i za­mie­sza­nia. Po­bli­ski bu­dy­nek stał w ogniu.

Po­de­szłam do bia­łej fur­go­net­ki za­par­ko­wa­nej przy bra­mie szpi­ta­la. Z tyłu le­ża­ły trzy cia­ła: mat­ki i dwoj­ga jej dzie­ci, wszyst­kie owi­nię­te w prze­tar­te prze­ście­ra­dła. Bie­da­cy za­wsze umie­ra­li pierw­si. Spod pod­nisz­czo­ne­go ma­te­ria­łu wy­zie­ra­ły sto­py ko­bie­ty, su­che i po­pę­ka­ne. Wśród du­żych plam krwi wi­dać było orze­cho­we wło­sy chłop­ca. Póź­niej do­wie­dzia­łam się, że spa­dła na nich bom­ba becz­ko­wa, cho­ciaż nie miesz­ka­li w cen­trum, i że zgi­nę­li na miej­scu, mimo że po­cisk eks­plo­do­wał w po­wie­trzu. Za­bi­ły ich odłam­ki. W fur­go­net­ce było peł­no krwi.

Nie­opo­dal na chod­ni­ku sie­dział męż­czy­zna, pu­stym wzro­kiem wpa­try­wał się w drzwi szpi­ta­la. Spoj­rze­nie miał nie­wi­dzą­ce. Był to czę­sty wi­dok: lu­dzie sie­dzie­li obok sce­ny po­twor­nej jat­ki albo przy cia­łach swo­ich bli­skich i ga­pi­li się w próż­nię.

Zbli­ży­łam się do fur­go­net­ki.

– Niech Bóg się nad nimi zli­tu­je – po­wie­dzia­łam.

Wte­dy męż­czy­zna spoj­rzał na mnie.

– Oby Bóg przy­niósł ci po­kój – od­po­wie­dział, po czym zno­wu za­milkł.

Ode­szłam od fur­go­net­ki, kie­dy po­ja­wi­ło się kil­ku mło­dych męż­czyzn, żeby wnieść zwło­ki do szpi­ta­la. Przy pod­no­sze­niu spod prze­ście­ra­dła wy­mknął się war­ko­czyk dziew­czyn­ki, a po­tem jej twarz. Dziec­ko, może czte­ro­let­nie, na no­gach wciąż mia­ło san­da­ły, cho­ciaż u jed­nej sto­py nie było w ogó­le pal­ców. Tyl­ko otwar­te na­czy­nia krwio­no­śne i masa krwi. Pod­bie­głam do nio­są­cych dziew­czyn­kę i spró­bo­wa­łam przy­kryć jej oka­le­czo­ną nogę, pod­wi­ja­jąc ma­te­riał. Pal­ce ubru­dzi­łam so­bie krwią.

– To szó­sta bom­ba becz­ko­wa dzi­siaj – stwier­dził inny męż­czy­zna, prze­krzy­ku­jąc ha­łas, gdy na­prze­ciw­ko nas wy­rósł tu­man pyłu.

Ten sam he­li­kop­ter zrzu­cał już siód­mą bom­bę nad cen­trum mia­sta, po czym za­wró­cił i zrzu­cił na­stęp­ną. We wzbi­tym ku­rzu nie wi­dzie­li­śmy sie­bie na­wza­jem.

– To pie­kło! – krzyk­nę­łam i za­czę­łam cho­dzić w kół­ko. Wi­dzia­łam tyl­ko pył. Grzmią­cy od­głos roz­dzie­rał mi uszy.

– Za­bie­rze­my cię do domu – oznaj­mił gniew­nym to­nem Mu­ham­mad. – Tu­taj jest dla cie­bie zbyt nie­bez­piecz­nie.

– Ale w domu nie jest ani tro­chę bez­piecz­niej! – od­par­łam i prze­sta­łam drep­tać w kół­ko.

Gdy szli­śmy do sa­mo­cho­du, le­karz za­wo­łał za nami:

– Oby wró­ci­ły dni MiG-ów i bro­ni che­micz­nej. Były li­to­ści­we w po­rów­na­niu z bom­ba­mi becz­ko­wy­mi, któ­re nisz­czą wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Nie spo­sób się przed nimi ura­to­wać – do­dał.

– Chcą otwo­rzyć tędy dro­gę pro­wa­dzą­cą do ce­giel­ni – oświad­czył bo­jow­nik, któ­ry je­chał z nami sa­mo­cho­dem. Przez cały czas sie­dział na tyl­nym sie­dze­niu, wci­śnię­ty mię­dzy po­zo­sta­łych mło­dych męż­czyzn. – Bom­bar­du­ją nas nie­prze­rwa­nie od ty­go­dnia. Musi pani stąd ucie­kać!

Nie by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa. Nie chcia­łam wda­wać się w dys­ku­sje. Gdy sa­mo­chód za­trzy­mał się pod do­mem Abu Ibra­hi­ma, cała go­to­wa­łam się z gnie­wu.

– Kie­dy wró­ci­cie? – za­py­ta­łam ich.– Mu­si­my spraw­dzić, co da się zro­bić dla ofiar. Przy to­bie je­ste­śmy bar­dziej ner­wo­wi. Zo­stań tu­taj. Skon­tak­tu­je­my się z tobą póź­niej przez krót­ko­fa­lów­kę Abu Ibra­hi­ma.

Z każ­dym dniem sta­wa­ło się dla mnie ja­sne, że nie będę mo­gła na­wet my­śleć o po­wro­cie tu­taj, cho­ciaż tak o tym ma­rzy­łam. Mimo że miesz­ka­łam na wy­gna­niu we Fran­cji, nie na­uczy­łam się jesz­cze fran­cu­skie­go, bo wie­dzia­łam, że chcę wró­cić do Sy­rii i za­miesz­kać na pół­no­cy. Aż do tej pory Pa­ryż był dla mnie tyl­ko przy­stan­kiem.

Tam­ten wie­czór spę­dzi­łam w domu z Nurą, Ajusz i sta­rusz­ka­mi. Wszyst­kie były tam, gdzie je zo­sta­wi­łam, przy czym Nura wpa­dła w pa­ni­kę. Nie ze­szły do schro­nu, po­nie­waż nie wi­dzia­ły w tym sen­su. Sta­rusz­ki mil­cza­ły jak zwy­kle, a Nura mo­dli­ła się na sto­ją­co, pod­czas gdy Ajusz i ja tyl­ko pa­trzy­ły­śmy na sie­bie. W koń­cu po­szłam do kuch­ni i za­pa­rzy­łam kawę. Wła­śnie wte­dy do środ­ka wpadł Maj­sa­ra.

– Chodź­cie! Idzie­my! Opusz­cza­my Sa­ra­kib! – wo­łał.

Zo­sta­ły­śmy wy­sła­ne do schro­nu przy­go­to­wa­ne­go przez Abu Ibra­hi­ma w me­cze­cie w Al-Ma­szra­fij­ji, wio­sce le­żą­cej oko­ło go­dzi­ny jaz­dy sa­mo­cho­dem na pół­noc­ny za­chód. Zło­ści­łam się, po­nie­waż przy­je­cha­łam tu po to, by być świad­kiem wy­da­rzeń, a nie mo­głam nim być, sie­dząc w schro­nie w od­le­głym me­cze­cie. Po­dob­ne sy­tu­acje po­wta­rza­ły się raz po raz: kon­fron­ta­cja ze śmier­cią i na­sza bez­rad­ność. Opór spro­wa­dzał się wów­czas do pa­trze­nia na śmierć i słu­cha­nia póź­niej­szych wia­do­mo­ści. Cóż in­ne­go mo­gli zro­bić nie­uzbro­je­ni cy­wi­le w ob­li­czu ostrza­łu, ra­kiet i bom­bar­do­wa­nia? Nie byli w sta­nie się bro­nić. Na­wet broń re­be­lian­tów była bez­u­ży­tecz­na, cho­ciaż to cy­wi­le naj­czę­ściej tra­ci­li ży­cie.

W dro­dze do miej­sca tym­cza­so­we­go prze­sie­dle­nia wi­dzie­li­śmy tłu­my lu­dzi opusz­cza­ją­ce Sa­ra­kib. Przez krót­ko­fa­lów­kę usły­sze­li­śmy, że je­den z bo­jow­ni­ków roz­bro­ił bom­bę ka­se­to­wą, któ­ra spa­dła na czyjś dom, tym sa­mym za­po­bie­ga­jąc eks­plo­zji. Kil­ka do­mów na pra­wo od na­sze­go zo­sta­ło jed­nak zrów­na­nych z zie­mią.