Kurka Wodna - Stanisław Ignacy Witkiewicz

Kurka Wodna

0,0

"Kurak Wodna" to dramat Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacy) z 1921 roku.

Sztuka ta jest wspaniałym przykład "czystej formy" w teatrze. "Kurka Wodna" to dramat ukazujący rozpad rodziny a co za tym idzie rozpad wartości społecznych czy kulturowych co doprowadza do nieuchronnej rewolucji. Jest to również dramat o artyście, o poszukiwaniu własnego miejsca i celu w życiu. Wszystkie te wyjątkowo ważne tematy są jednak ukryte pod płaszczykiem komediowej i absurdalnej fasady której Witkacy był absolutnym mistrzem.

"Kurka Wodna" to druga część kolekcji dzieł Witkacego udostępnionych przez wydawnictwo Avia Artis. Zachęcamy do zapoznania się z innymi naszymi propozycjami.

Kolekcja dzieł Witkacego:

- Szewcy

- Kurka Wodna

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

OSOBY

 

OJCIEC – WOJCIECH WAŁPORstary, były szyper kupieckiego okrętu. Mały, barczysty, ale nie tłusty. Strój marynarski. Beret z jasnoniebieskim pomponem. Siwa broda w klin. Siwe wąsy.

 

ON – EDGAR WAŁPORjego syn. Koło 30 lat. Ogolony. Przystojny.

SYNEK – TADZIOchłopczyk lat 10, o jasnych długich włosach.

 

LADY – KSIĘŻNA ALICJA OF NEVERMOREwysoka blondyna, dość majestatyczna i bardzo piękna, lat około 25.

KURKA WODNA – ELŻBIETA FLAKE-PRAWACKAosoba niewiadomego pochodzenia, lat około 26. Blondynka lniana. Jasne oczy. Wzrost średni. Bardzo ładna, ale nic a nic nieponętna. Nos troszeczkę, odrobinę zadarty. Bardzo szerokie i grube, i bardzo czerwono-wątrobowe usta.

DRAŃ – RYSZARD DE KORBOWA-KORBOWSKI recte MACIEJ WITKOŚprzystojny brunet, bardzo draniowaty, lat 20, ogolony, podobny trochę do Edgara Wałpora.

Trzech Starców:

 

a) EFEMER TYPOWICZbusinessman, ogolony, siwe, krótkie włosy, stężały od potęgi.

 

b) IZAAK WIDMOWERdługi, chudy, szpakowaty Semita, z czarnymi wąsami i brodą w klin. Ruchy wytworne, typ asyryjski.

 

c) ALFRED EWADERniespokojny, rudy Semita, w złotych binoklach, chudy, wysoki, wąsy; brody ani śladu, typowy Hetyta.

LOKAJ – JAN PARBLICHENKOnormalny fagas. Ryży i piegowaty. Ogolony zupełnie.

CZTERECH INNYCH LOKAIdwóch czarnych, dwóch albinosów, o długich włosach. Ubrani wszyscy (i JAN także) w błękitne fraki z żabotami i białe pończochy. Mają mnóstwo odznak wojskowych na frakach. W średnim wieku. Jan odróżnia się od innych czerwonymi akselbantami.

TRZECH SZPICLÓW: naczelny szpicel - ADOLF SMARGOŃ, blondyn, z dużymi wąsami. Jeden z pozostałych – pan z wąsami w okularach. Drugi – z długą czarną brodą. Sztucznie, banalnie wyglądają.

 

NIAŃKA – AFROSJA OPUPIEJKINApoczciwości babina. Tłusta blondyna, lat 40.

CZŁOWIEK OD LATARNIindywiduum brodate w niebieskiej, robotniczej bluzie.

(Dodatkowe zlecenia władzy centralnej: Mówić bez afektacji, bez bebechów, w najgorszych nawet chwilach.)

 

 

 

 

AKT PIERWSZY


(Gładkie pole, porosłe rzadkimi krzakami jałowca. Niektóre z jałowców mają formę cyprysowatą [dwa na lewo, trzy na prawo]. Gdzieniegdzie kępy żółtych kwiatów [coś w rodzaju landy]. Na samym horyzoncie linia morza. W środku sceny kopiec [1 m. wysoki]. W kopiec wbity słup, koloru bordo [1,5 m wysoki]. Na słupie latarnia bardzo duża, ośmiokątna, o zielonych szkłach [może być srebrna i ozdobna]. Pod słupem stoi Kurka Wodna, ubrana w koszulę damską. Gołe ręce. Dość krótkie włosy, związane niebieską wstążką, rozsypują się dookoła głowy, stanowiąc duży, wystający czub na szczycie. Czarna prawie krynolinowa, ale krótka spódnica, nogi gołe. Na lewo stoi ON, ubrany tak jak trzej związani ludzie w ilustrowanym wydaniu "Robinsona". Trykom, buty z wywiniętymi bardzo szeroko cholewami [XVIII w.], w ręku dubeltówka najgorszego systemu. Właśnie nabija, zwrócony prawym tyłobokiem do widowni. Czerwone zachodzące słońce z lewej strony. Niebo pokryte fantastycznymi chmurami.)

 

KURKA

(z łagodnym wyrzutem)

No – może trochę prędzej.

 

EDGAR

(kończąc nabijać)

Dobrze – zaraz, zaraz.

(Składa się i celuje. Pauza.)

Nie mogę. Psiakrew!

 

(Opuszcza strzelbę.)

 

KURKA

(jak wyżej)

Męczysz mnie i siebie niepotrzebnie. Wszystko już było zdecydowane. Miałam wrażenie, że nareszcie po długich mękach porozumieliśmy się. I teraz znowu to wahanie. Bądźże mężczyzną. No – celuj prędzej.

 

EDGAR

(podnosząc strzelbę)

Nie zastanowiłem się nad jedną rzeczą – no, ale wszystko jedno.

(Składa się i celuje. Pauza.)

Nie mogę – no, nie mogę przycisnąć cyngla.

(Opuszcza strzelbę.)

Główna rzecz jest ta, że nie będę miał z kim rozmawiać. Z kim ja mówić będę, jak ciebie zabraknie, Elżbietko?

 

KURKA

(wzdycha)

Ach! Będziesz wtedy więcej przestawał sam ze sobą. To ci doskonale zrobi. No – odwagi. Tylko jedna chwilka. Potem przemyślisz to wszystko.

 

EDGAR

(siada po turecku na ziemi, trzymając fuzję na kolanach)

Kiedy ja nie chcę być sam ze sobą.

 

KURKA

(siada na kopcu z rezygnacją)

Dawniej lubiłeś tak samotność. Pamiętasz, jak uciekałeś ode mnie? A teraz co?

 

EDGAR

(ze złością)

Przyzwyczaiłem się. To jest okropne. Czuję między nami jakąś bardzo rozciągliwą gumkę. Od dwóch lat nie byłem już sam naprawdę. Nawet kiedy byłaś daleko – gumka się wyciągała, ale nie pękała nigdy.

 

KURKA

No, więc zrób raz eksperyment. Ze mną nie spotka cię już nic nowego. A tak są przecież jakieś możliwości. Nie mówię o kobietach, tylko w ogóle.

 

EDGAR

Starasz się oddziałać na najpodlejszą stronę mojej istoty. Zupełnie ściśle po kobiecemu.

(zrywając się)

Ty chyba masz po prostu manię samobójczą. Boisz się sama i mnie używasz, jak jakiej maszyny. Pewnego przedłużenia tej strzelby. To jest upokarzające.

 

KURKA

Co za śmieszne podejrzenie! Śmierć jest dla mnie niczym – to prawda, ale ja wcale nie chcę umierać. A życie jest dla mnie takim samym niczym jak śmierć. Najwięcej męczy mnie to stanie pod słupem.

 

(Słońce zachodzi – robi się szaro i powoli ciemnieje.)

 

EDGAR

(miętosząc strzelbę w rękach)

A to nie do wytrzymania! Wiesz – dajmy temu spokój i chodźmy stąd. Przeklęte miejsce. Tu nic stać się nie może.

 

KURKA

(łagodnie)

Nie, Edgarze, musisz się zdecydować – to musi się dziś rozstrzygnąć. Postanowiliśmy i koniec. Ja już nie mogę wlec dalej tamtego życia. Coś przerwało się we mnie i nie odstanie się to nigdy.

 

EDGAR

(jęczy z niezdecydowania)

Hmm. Jak pomyślę, co będzie ze mną dziś w nocy, niedobrze mi się robi. Jakaś nuda i męka, kolista, nieograniczona, a skończona i zamknięta w sobie na wieki. I nie będę miał komu o tym opowiedzieć. Przecież w tym jest cały urok życia!

 

KURKA

(z wyrzutem)

Jesteś mały nawet w tej chwili. A jednak naprawdę byłeś dla mnie czymś więcej, niż myślałam, że być możesz. Byłeś moim dzieckiem i moim ojcem – czymś nijakiego rodzaju, czymś bez formy i bez konturów, czymś, co wypełniało mi świat przez swoją nieokreśloność.

(zmienia ton)

A jednak jesteś taki mały – nie jako dziecko, tylko bezwzględnie, absolutnie…

 

EDGAR

(gniewnie)

Tak, wiem – nie jestem ministrem, dyrektorem fabryki, społecznym agitatorem ani generałem. Jestem człowiek bez fachu i bez przyszłości. Nawet nie jestem artystą. Przy pomocy Sztuki można przynajmniej zginąć w sposób interesujący.

 

KURKA

Życie samo w sobie. Pamiętasz teorię twego przyjaciela, księcia Nevermore? Tak zwana twórczość w życiu Ha, ha!

 

EDGAR

Małość tej koncepcji jest przyczyną wszystkich moich nieszczęść. Dziesięć lat bezpłodnej walki ze samym sobą. Potem się dziwisz, że nie mogę się zdecydować na coś tak nawet małego, jak zabicie ciebie. Ha! Ha!

 

(Stuka strzelbą w ziemię.)

 

KURKA

Właśnie chcę, żebyś nareszcie czegoś wielkiego dokonał. To wcale nie jest mała rzecz mnie zabić. Przekonasz się o tym później.

 

EDGAR

(z ironią)

Później, później. A jak przekonam się, że to jest tylko jeszcze jedna pomyłka, że właśnie cała wielkość polegała na tym, żeby teraz w najlepszej zgodzie pójść z tobą do domu i zjeść kolację? Ach, ta względność wszystkiego!

 

KURKA

Jaki on jest głupi. Właśnie na tym polega wielkość, że coś jest nieodwołalne…

 

EDGAR

Proszę cię, nie pozwalaj sobie zanadto. Bez wymyślań. To nawet w sztukach teatralnych bez sensu jest wzbronione.

 

KURKA

Dobrze, ale sam przyznasz, że to jest błędne kółko. Wszystko, co jest nieodwołalne, jest wielkie. Na tym tylko polega wielkość śmierci, pierwszej miłości, stracenia dziewictwa i tak dalej. Wszystko, co można zrobić parę razy, staje się już przez to małym.

(Zaczyna być widoczny słaby blask księżyca przez chmury.)

Nie chcesz uczynić nic nieodwołalnego i chcesz wielkości.

 

EDGAR

(z ironią)

Wielkość jest też w odwadze, w poświęceniu się, w cierpieniu dla kogoś, we wszystkich wyrzeczeniach się. A we wszystkim tym nie ma jej, bo każdy, który się czegoś wyrzeka, znajduje w tym takie zadowolenie ze swojej wielkości, że przez to staje się właśnie małym. Każde dzieło sztuki jest czymś wielkim, bo jest jedynym w swoim rodzaju. Poświęćmy się jedno dla drugiego od razu albo zacznijmy występować razem w cyrku.

 

KURKA

(z ironią)

Każdy stwór istniejący jest też jedyny, a więc wielki. Jesteś wielki, Edgarze, i ja także. Jeśli mnie nie zastrzelisz w tej chwili, będę tobą pogardzać jak ostatnim flakiem.

 

EDGAR

Ech, nudzi mnie to wszystko. Zastrzelę cię jak psa. Nienawidzę cię. Jesteś wcieleniem moich wszystkich wyrzutów sumienia. To ja mogę pogardzać tobą.

 

KURKA

Nie kłóćmy się. Nie chcę rozstawać się z tobą wśród scen. Chodź, pocałuj mnie w czoło ostatni raz i potem wal. Już przemyśleliśmy wszystko. No, chodź.

(Edgar, położywszy strzelbę, niezdecydowanym krokiem podchodzi do niej i całuje ją w czoło.)

A teraz na miejsce, mój kochany: nie zaczynaj na nowo tych wahań.

 

EDGAR

(idzie na lewo, na poprzednie miejsce; podnosząc strzelbę)

No, dobrze. Skończone. Niech się dzieje, co chce.

 

(Szykuje strzelbę.)

 

KURKA

(klaszcząc w dłonie)

Ach, jak to dobrze!

 

EDGAR

Stój spokojnie!

 

(Kurka staje spokojnie – Edgar składa się, celuje i wali z obu luf w krótkich odstępach. Pauza.)

 

KURKA

(stojąc dalej, głosem zupełnie nie zmienionym)

Jeden chybiony. Drugi w serce.

 

EDGAR

(milcząc wyrzuca ładunki ze strzelby, po czym kładzie wolno strzelbę na ziemię i zapala papierosa)

Zapomniałem o jednym – co ja powiem ojcu? Chyba…

 

(Podczas tego gdy mówi, zza kopca wypełza Tadzio, ubrany w granatowe ubranko z koronkowym kołnierzem, i chowa się w krynolinę Kurki.)

 

KURKA

(stojąc)

Idź do tatusia, Tadziu.

 

EDGAR

(odwraca się, spostrzega Tadzia, mówi niechętnie)

Ach, znowu jakaś niespodzianka.

 

TADZIO

Tatusiu! tatusiu! Nie bądź zły!

 

EDGAR

Ja nie jestem zły, moje dziecko, tylko chciałem trochę odpocząć po tym wszystkim. A ty skąd się tu wziąłeś?

 

TADZIO

Nie wiem. Obudziłem się od strzałów. A ty jesteś mój tatuś.

 

EDGAR

Mogę być i tatusiem. Widzisz, mój mały: mnie jest wszystko jedno. Mogę być nawet twoim ojcem, chociaż nie cierpię dzieci.

 

TADZIO

Ale mnie nie będziesz bił, tatusiu?

 

EDGAR

(trochę obłędnie)

Nie wiem, nie wiem.

(opanowuje się)

Widzisz, tutaj stało się coś… Nie mogę ci teraz opowiedzieć. Ta pani

(wskazuje na Kurkę)

do pewnego stopnia… Ale po co ja to mówię…

 

TADZIO

(podnosząc strzelbę)

A powiedz, do czego strzelałeś?

 

EDGAR

(groźnie)

Połóż to w tej chwili!

(Tadzio kładzie strzelbę; łagodniej)

Strzelałem dlatego, że, jak by ci to powiedzieć – no, po prostu…

 

KURKA

(słabym głosem)

Nie mów nic… Już za chwilę…

 

EDGAR

Tak, mój chłopcze. To nie jest tak proste, jak się wydaje. Możesz mnie uważać za ojca. Ale, uważasz: kim będzie twój ojciec, kim jest, to są jeszcze pytania.

 

TADZIO

Przecież jesteś starszym panem, tatusiu. Musisz wiedzieć wszystko.

 

EDGAR

Nie tak wiele, jak myślisz.

(do Kurki)

Stała się fatalna rzecz. Mam ci tyle do powiedzenia, że życia by na to nie starczyło, a tu naraz ten ciamkacz, i ostatnie chwile są beznadziejnie zepsute.

 

KURKA

(gasnącym głosem)

Umieram. Pamiętaj o wszystkim. Musisz być wielkim w czymkolwiek bądź.

 

EDGAR

(robiąc parę kroków ku niej)

Wielkim, wielkim. Ale w czym? W łapaniu ryb czy w puszczaniu baniek mydlanych?

 

KURKA

(słabo)

Nie podchodź do mnie. Już koniec.

 

(Osuwa się na kopiec. Księżyc za przelatującymi chmurami oświetla chwilami scenę. Obecnie świeci dość wyraźnie.)

 

TADZIO

Tatusiu, co jest tej pani?

 

EDGAR

(daje mu znak, żeby był cicho; nie odwracając się od Kurki)

Cicho, poczekaj.

 

(Patrzy w milczeniu na Kurkę, która kona wpółleżąc na kopcu i przyciskając ręce do piersi. Oddycha ciężko, chrypliwie. Chmura zakrywa księżyc zupełnie. Jest ciemno.)

 

TADZIO

Tatusiu, ja się boję. Tu straszno!

 

KURKA

(ledwo mówi)

Idź do niego… Nie chcę…

 

(Kona. Podczas tego dekoracja zmienia się w ten sposób, że robi się z pola podwórze kazarmy. Z tylu wyrasta ściana żółtego domu trzypiętrowego. Po bokach zasuwają się dwie ściany. Zaczyna świecić się słabo w oknach środkowych i w bramie na dole. Podczas tego Edgar zbliża się do Tadzia i obejmuje go milcząc.)

 

RESZTA DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI

 

AKT DRUGI

 

DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

 

AKT TRZECI

 

DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

image.png

OSOBY

AKT PIERWSZY

AKT DRUGI

AKT TRZECI

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Stanisław Ignacy Witkiewicz

 

KURKA WODNA

 

Tragedia sferyczna w trzech aktach

 

 

 

Projekt okładki: Avia Artis

 

W projekcie okładki wykorzystano autoportret „Przerażenie wariata” Stanisława Ignacego Witkiewicza (1931r.)

 

Wydawnictwo Avia Artis

2017

 

ISBN 978-83-65810-21-2