Kryształy Czasu: Saga o Katanie, Tom I z XIII, Labirynt Śmierci. Część 2 - Artur Szyndler

Kryształy Czasu: Saga o Katanie, Tom I z XIII, Labirynt Śmierci. Część 2

0,0

Kontynuacja wielotomowego cyklu napisanego przez twórcę RPG Kryształy Czasu.

Niesamowita drużyna młodego Katana wkracza na ostatni, najniebezpieczniejszy poziom Labiryntu Śmierci.

Już nie wszyscy z tych, którzy weszli w podziemia wędrują nimi nadal. Co się z nimi stało? Jaki był ich los? A jaki los czeka tych, co znaleźli się na trzecim poziomie? Czy, jak mówi przepowiednia, chociaż dwóch zdoła się uratować? A jeżeli, to co ich czeka na zewnątrz?

 

Katan, to już nie niemowlę. Bard... to już nie bard a tan Irmin, tan Vercyn, tan....

Ścieżka życia każdego z bohaterów kształtuje się inaczej. To wprost niewiarygodne, że można wymyśleć o każdym z nich inną historię.

 

Same pytania i żadnej odpowiedzi? Zapewne nie tego się spodziewałeś, ale możesz je znaleźć tylko na kartach tej książki.

 

Więc wejdź wraz z drużyną Katana na trzeci poziom Labiryntu Śmierci i podążaj dalej ich śladem. Nie zgub ich, bo wędrują bardzo szybko. Poznaj dalsze losy planety Ochrii.

Przedłuż swoją przygodę z Kryształami Czasu.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rozdział LXXXVI

Labirynt Śmierci: GORLAM

– Co wy byście, biedroneczki, zrobiły bez swojego grubego kapłana? – rzekł Can i rzucił kontrzaklęcie… Zdążył w ostatniej chwili… Szczególnie, że jedno z wielkich ostrzy ześliznęło się z jego złotej aury, rozcinając lekko szatę.

Efekt był jednak na miarę cudu. Dwa najpotężniejsze antyczne czary iluzjonistyczne, rzucone przez dwie ponadnaturalne istoty, w jednej chwili przestały działać. Tym samym tysiące złotych rycerzy, gigantów, smoków i innych sług Gorlama Walecznego rozpłynęło się w nicości. Uczestnicy kawalkady ponownie znaleźli się w znanym sobie Labiryncie Śmierci. Każdy stał nieruchomo, przejęty tym, co się stało. Tylko szpaler widzów pozostał ten sam, choć w większości umysłów wspomnienia ostatnich chwil przelatywały niczym wiry chaosu…

– Jak śmiałeś!? – ryknął Gorlam. – To był tylko popis. Sławny popis moich strażników. Jedynie demonstrowali swoje możliwości! Nikomu nie mogła stać się krzywda!

Gniew oczywiście skierowany był do grubasa. Mimo to uśmiech nie zniknął z jego twarzy, gdy wzdychając odpowiedział:

– Dobrze zrobiłem. Gdyby nie ja, przelałoby się więcej krwi… Powinieneś okazać wdzięczność.

Bóg Rycerstwa nie dowierzał. I jeszcze ten ton. Nawet powątpiewał, czy Can ma coś wspólnego z paladynem i jego kastą. Zresztą w ogóle mało co potrafił odczytać z umysłu kapłana…

– To niemożliwe. Jeśli nie udowodnisz, że jest inaczej, to znaczy, że jesteś wielkim kłamcą…

– A jak udowodnię, to znaczy, że ty jesteś wielkim frustratem, czyż nie tak?

W momencie, gdy kończył, tan Uramis znalazł się przy kapłanie i przystawił martwiacze szpony do jego gardła. Drugą ręką nadal trzymał miecz w pozycji defiladowej. Mimo że jego bóg został obrażony, nie chciał popełnić błędu i zachować się jak paladyn. Nie na tym poziomie. Labirynt mógłby to wychwycić, a wtedy klątwa zabiłaby go tak łatwo, jak zrobiła to z Bogiem Gwiazd…

To samo uczyniła tan Sunin i tan Kemot. Ona przystawiła do szyi grubasa ostrza dwóch wschodnich mieczy. I tylko brzdęk metalu o bruk przypomniał, że przed chwilą w rękach trzymała miecz i tarczę. Malauk natomiast wycelował kuszę w szyję kapłana. Oczywiście zdążył ją uprzednio załadować…

Can nie zwrócił uwagi na championów Gorlama. Tak jakby ich nie było. Znudzonym krokiem wyminął ich i podreptał do jednego z paladynów. Nikt nie próbował go zatrzymywać, choć magiczny oręż otarł się o pulchne ciało…

– No to popatrz na tego nieszczęśnika… – powiedział, dotykając ramienia tan Onida. – Ten nieborak ma zbroję rozciętą na ramieniu. Wszystkie trzy warstwy, płytę, kolczugę i skórznie. Ostrze tarczy, która go zraniła, doszło do kości, a wewnątrz zbroi jest wiele krwi… Czy potrzebujesz jej jeszcze więcej, żeby uwierzyć?

Gorlam i Asteriusz w jednej chwili dokonali tej samej przemiany. Dzięki niej zbroja serpenta stała się przezroczysta, choć nadal widać było jej kontury. Zgromadzonym ukazała się straszliwa rana rozpoławiająca górną część bicepsa tan Onida. Włókna mięśni można było zobaczyć nawet z dużej odległości. Niepojęte było to, że paladyn Seta nawet nie krzywił się z bólu albo nie było tego po nim widać. Jak dotąd zresztą rysy kobrzej głowy rzadko wyrażały jakieś uczucia…

Can nie przejął się tym, co sądzą inni. Prostym, nieskomplikowanym czarem uleczył straszliwą ranę tan Onida i kontynuował:

– Teraz, gdy już wierzycie mi i memu zapomnianemu bogu, nadszedł czas, byście dowiedzieli się, co takiego zobaczyłem wewnątrz fortyfikacji Gorlama. To było naprawdę interesujące… posłuchajcie…

Gorlam złapał się za swą opancerzoną głowę. Ten, co właśnie ośmieszył go, postanowił zdradzić sekrety jego raju dla wyznawców…

Asteriusz, rozumiejąc go, telepatycznie, jak prawdziwy, dobrotliwy ojciec wyjaśnił:

– „A jednak uratował życie nie tylko tan Onidowi! My, piętnastka championów oraz nowi rycerze Katana odruchowo mieliśmy zamiar użyć umiejętności tak charakterystycznej dla naszej kasty. Podstawy tarczownika miały zasłonić nas przed ciosami. Ten podstawowy odruch spowodowałby, że noszący czarną klątwę z komnaty z obrazem zginęliby, jak ja wcześniej. A to oznacza jedno. Co by nie mówić, jesteśmy winni mu życie i wdzięczność…”

– „Ale to była zaledwie Rzeczywista iluzja. Tylko odzwierciedlała prawdziwy wizerunek mej siedziby i jej obrońców. Jak do tego mogło dojść? To tylko widziadła…”

– „Obaj iluzjoniści użyli antycznej i zakazanej formy tego zaklęcia… To już nie były ułudy czy projekcje. Powstały jako najbardziej rzeczywiste kopie wszystkiego, duplikaty, które były równie prawdziwe, co twoi paladyni. Mało tego, wykryli zło i zaatakowali. Tak, jakby mieli twoją zgodę, choć jej nie mieli. Gdyby nie Can, dwie sekundy później doszłoby do straszliwej jatki, krew polałby się obficie po każdej ze stron…”

To przytłoczyło Gorlama, pojął swoją pychę, opuścił głowę i przestał myśleć o chwale. Zmniejszył też swój rozmiar do poziomu przeciętnego malauka…

W tym czasie Can kontynuował opis wnętrza siedziby Boga Rycerzy…



Hannah leżała w wielkim łożu, naga i niczym nieokryta. Obok na brzuchu wylegiwał się przystojny elf, którego posągowe, choć lekko spocone ciało mogłoby zawrócić niejednej niewieście w głowie. Mimo to czuła się bardzo niezręcznie. Dopiero co zdążyła wziąć ślub, a tu zdrada praktycznie w następną noc po nocy poślubnej. Nie leżało to w elfiej naturze. Jej rasa przecież słynęła z wierności i niezmiernie silnych uczuć. Pocieszała się, że może ten ślub nie był taki prawdziwy, ale… musiała przyznać jedno: czuła, że jest zakochana w Pierwszym Bezimiennym. A sądząc po lekkim bólu brzucha i stanie umysłu, nie było to nic nieznaczące uczucie…

„Nie płacze się nad rozlanym mlekiem” – pomyślała. – „Przecież wcale tak źle czasu nie spędziłam i to nie moja wina, że zostałam porwana…”

Mimo wszystko na razie po dziurki w nosie miała męskich niewiniątek. Postanowiła działać.

Rozejrzała się po świątyni. Trochę zdemolowana ostatnimi wydarzeniami, wymagała dużego nakładu pracy. I to ciężkiej pracy albo…

Wzrok dziewczyny powędrował ku przytulonemu do niej Drugiemu Bezimiennemu, a na ustach pojawił się filuterny uśmiech…



– Mury, baszty, mury, kasztele, mury i zamki. Gorlam ma faktycznie na punkcie fortyfikacji niemałego fi…, no, niech będzie… niemały finezyjny rozmach… Ktoś, kto chciałby zdobyć to miejsce, wpadłby w labirynt fortyfikacji ciągnących się na setki kilometrów. Nim by się obejrzał, zostałby otoczony przez obrońców doskonale znających te umocnienia.

Choć Gorlamowi podobały się ostatnie słowa kapłana, nie dawało mu spokoju, skąd posiadł tę wiedzę… Ponadto towarzyszyła mu obawa o jego obronne sekrety, które właśnie zaczął zdradzać tłuścioch…



Podłoga świątyni jak dawniej była solidną kamienną konstrukcją. Fotele stały w komplecie, a grube wełniane dywany, narzuty i koce wyglądały jak nowe. I jeszcze ta sadzawka na środku z małą fontanną w kształcie kryształu…

Naga Hannah, wygodnie siedząc okrakiem na ramionach przystojnego elfa, pod nosem radośnie, choć cichutko podśpiewywała.

Słowo równowaga wywierało ogromny wpływ na Bezimiennego. Dla niej robił wszystko…

Dziewczyna uszczypnęła swego mężczyznę w kształtny podbródek, po czym dodała:

– Możesz mnie już zdjąć ze swoich ramion. Pozycja na barana nie jest naturalna dla mojej rasy. Najwyższa pora, byśmy się zajęli urozmaiceniem wyglądu świątyni i dla równowagi wymyślili jakieś ubrania dla siebie. Czas się odziać. Gdy to zrobimy, zdejmiemy je i nauczę cię spać. Zobaczysz, jaka to przyjemność zapadać w kontrolowaną nicość…



– Z powietrza ta kompilacja fortec jest w zasadzie nie do zdobycia. Każdy z obrońców porusza się na latającej magicznej tarczy. Nie dosyć, że daje ona ogromną szybkość, to jej ostre końce działają jak gilotyna. Podejrzewam, że sunący na niej rycerz w jednej szarży mógłby ściąć wiele głów… szczególnie martwiaczych…

Championi Gorlama, a zwłaszcza tan Uramis, odskoczyli jak oparzeni. Właśnie zdali sobie sprawę, że ich bóg zaakceptował dziwne zachowanie kapłana, a nawet przemilczał drobną zniewagę… Nie mogli w to uwierzyć, bo jego wyznawcy umierali niekiedy za drobniejsze przewinienia na honorze…

– Ilość latających obrońców jest tak duża, że mało która inwazja miałaby szansę dotrzeć do fortyfikacji. Podoba mi się też ukrywanie latających tarcz w małych obłoczkach, które nawet nie rozwiewają się przy szybkim ruchu. Zwykłym istotom obrońcy tego boga kojarzą się więc z tym, że jego kapłani-rycerze zawsze latają na chmurkach…

To Gorlam był w stanie jeszcze przełknąć, ale następny opis mocno go zirytował.

– Logiczny wydawałby się atak spod powierzchni ziemi. Tu jednak winszuję pomysłowości. Cała ta sto na sto kilometrów sieć fortyfikacji potrafi na żądanie arcykapłanów unieść się i lewitować albo przelecieć na nowe miejsce. Nawet bardzo odległe. Bez jakiegokolwiek naruszenia konstrukcji. I sądzę, że robiono to już nieskończoną ilość razy…

– „Nie nieskończoną, tylko zaledwie jakieś osiem milionów dwieście trzy tysiące razy” – odruchowo poprawił w myślach Bóg Rycerzy i przesłał tę informację zebranym.

– Można by jeszcze zaatakować poprzez portale, ale tu kolejny niecodzienny pomysł. Na żądanie arcykapłanów mury potrafią zmienić ustawienie i atakujący znajdą się w zamkniętej przestrzeni. I to bez jakichkolwiek szans na wydostanie się.

Gorlam tylko westchnął, zaś Can kończył opis:

– A wewnątrz…



Drugi Bezimienny właśnie zasnął. Tym razem Hannah nie omieszkała nauczyć go, czym jest pobudka i kiedy ma wstać, a w zasadzie, na jakie hasło. Sama była jednak też bardzo zmęczona, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Przytuliwszy się serdecznie do przystojnego elfa, pocałowała go delikatnie w czółko i wtuliła się w jego ciepłe ramiona.

Nie trwało długo nim zapadła w błogi, słodki sen, tak jak on nie zdając sobie sprawy, że właśnie ktoś próbuje wtargnąć do pierścienia…

Wielki władca na czele elity swych wojsk…



– Nie wiem, po co, ale co druga komnata wewnątrz zabudowań to zbrojownie, kuźnie, warsztaty zbrojmistrzów, płatnerzy i stajnie. Reszta to sale narad, sale gier bitewnych, gdzie odgrywa się symulacje bitew, albo komnaty rehabilitacyjne, w większości sauny, siłownie i baseny. Tam w zasadzie nie ma nic dla kobiet. Można by uznać, że podobałoby się im tylko co dziesiąte pomieszczenie, choć połowa z nich to sale trofeów, historii rodów i chwały. Gdzieniegdzie są ogrody, sale balowe, sale błaznów czy kapliczki, gdzie modlą się niewiasty o powrót swych mężów. Na szczęście jest tam kilka pomieszczeń tylko dla kobiet, gdzie mężczyzna nie może wejść bez specjalnego zaproszenia. To oczywiście sale ogrodowe, izby krawieckie, pracownie prezentacyjne, aule poezji i tajemne pokoje schadzek…

– Tam nie ma czegoś takiego, o czym ty mówisz? – Zdziwił się awatar.

– No, może się tak nie nazywają, ale uwierz, pełnią podobną rolę…

– Dosyć – wtrącił nagle Asteriusz. – Czas na pochód następnego boga. Gorlamie, myślę, że miłym gestem dla tan Onida będzie, by wszyscy poznali siedzibę jego boga…

Tan Onid przyklęknął na kolano i odpowiedział:

– Jako wyznawca Seta ślę ci wielkie podziękowania, Panie, za propozycję. Jeśli tylko tan Sahrac odczyta wspomnienia z mojego umysłu…

Tan Sahrac zareagował od razu:

– Nie odczytam tym razem twoich myśli, ale byłem tam, więc to, co pokażę, znam z autopsji. Mam nadzieję, że Set mnie za to za szybko nie zabije. Proszę też bogów o muzyczne natchnienie.

Asteriusz i Gorlam ze smutkiem skinęli głowami, bo oznaczało to głoszenie chwały jednego z najbardziej złych bóstw. Jednak niedopuszczenie do tego wywołałoby być może jeszcze gorsze konsekwencje, bo zakłóciłoby równowagę Labiryntu. Mimo to mieli wielkie wątpliwości i wielką ochotę na zmianę planów…

Nim jednak podjęli decyzję, rozległy się dźwięki nowej muzyki. Przerażająco gadziej wężowej melodii



Moc, której źródłem był czarnoksiężnik tan Onid, szybko podchwyciła emanacje bogów. Poczuwszy siłę, skupiła się i dokonała potężnej przemiany. Wtedy za plecami dosłownie każdego uczestnika przemarszu zaczęło pojawiać się coś strasznego…

To coś u każdego rozdzieliło się na dwa mroczne, poruszające się cienie, a potem było jeszcze gorzej…

Rozdział LXXXVII

Labirynt Śmierci: SET

Gdy tan Onid, champion Seta, fanatycznie recytował modlitwę, w korytarzu robiło się coraz bardziej tłoczno i mroczno. Nikt nie czuł się już bezpiecznie. Jej przeklęte frazy były jednak czymś innym niż te odmawiane ustami przerażających kapłanów-czarnoksiężników, ulubieńców boga. Różniły się jednym wyrazem w drugim i ostatnim wersie. Przecież zamiast dobro powinno być zło…

Mimo to przyspieszały materializację mitycznych sług…

Ssstraszliwy ssserca mego Panie, sssłyszysz teraz me błaganie,

Ssstary, ssrogi dobra sługa, sssłuszny wróg każdego massstuga

Ssstrasznie sssilnie prosi, ssstań obok, bo na walkę się zanosi.

Ssspętamy, ssskatujemy wroga, ssskończy się obcego zła pożoga,

Ssseta sssługi zatriumfują, ssspokój i dobro świat zdominują.



Choć tan Onid dalej recytował modlitwę i tyle działo się wokół niego, to Gorlam zachował spokój. Patrząc na paladyna-czarnoksiężnika dziwił się, jak można być takim głupcem. Nadal nie dowierzał drodze, którą jego zakon obrał w swej wierze. Telepatycznie spytał Asteriusza:

– „Czyż oni naprawdę są tak naiwni, że sądzą, iż Bóg Złych Istot pomoże im niszczyć inne zło, a potem przemieni się i stanie się dobrym bóstwem? To ma coś wspólnego z ich inteligencją?”

– „Nie, Gorlamie – łagodnie przekazał jego ojciec. – Niestety częściowo mają rację. Set przy nich robi wszystko, by utwierdzić ich w tym szalonym przekonaniu. Daje im do dyspozycji potężne sługi i potwory, nie kusi ku złej drodze, a nawet ulega ich małostkowym zachciankom. Oczywiście, jeżeli któryś przesadzi w żądaniach, to się wkurza i anihiluje delikwenta. Ale zdarza się to bardzo rzadko, bo oni też nauczyli się przymykać oczy na pewne fakty. Nie porywają się z motyką na słońce ani nie starają się być zbyt fanatyczni w swych żądaniach. A czy w ciebie, Gorlamie, nie wierzą może czarni rycerze?”

 – „Tak, ale traktują mnie bardziej jako Boga Rycerzy i Honoru niż Boga Paladynów i Walki ze Złem. Chociaż niektórzy są naprawdę nieodgadnieni i wierzą we mnie z o wiele bardziej niepojętych przyczyn… Szczególnie, jeżeli chodzi o nawrócenie na stronę dobra… choć bardziej boją się chyba sprawiedliwości po śmierci i oczekują odkupienia…”

– „Mimo to, jak widzisz, mamy tu podobną sytuację. Są źli do szpiku kości, a jednak ich tolerujesz… To samo robi Set, choć nienawidzi wszystkich paladynów, tych akceptuje i mało tego, bardzo realnie wspiera w ich misjach, czynach i mocach. Są też jego oczami i uszami w armiach światłości. Moralność go nie interesuje. Wykorzystuje ją na rzecz sił zła i ciemności”.

– „Jak bardzo Set jest potężny, na przykład w porównaniu z nami?”

– „Rozejrzyj się wokół. Teoretycznie jest nieobecny, a splendor władcy zła i ciemności widać wszędzie. Jego sług jest już dwa razy więcej niż innych istot w szpalerze i pochodzie. A to dopiero początek…”

I faktycznie. Gorlam, gdy tylko rozejrzał się na boki, po raz pierwszy zrozumiał, jak daleko sięga moc obcego boga, którego trafnie nazywano opiekunem gorliwych wyznawców zła



Drugi Bezimienny momentalnie się obudził. Bezbłędnie wyczuł zachwianie równowagi i skojarzył je z niedawno poznanym słowem „pobudka”. W następnej chwili zamienił się w nicość i już go nie było w komnacie. Instrukcje elfki co do takich sytuacji były jasne…

Nie trwało jednak długo nim wrócił i namiętnym pocałunkiem obudził dziewczynę. Potem oznajmił:

– Dobrze, kochanie, że mimo iż byliśmy tak zajęci, powiedziałaś mi o zabezpieczeniach przed intruzami. Właśnie słudzy władcy trzeciego poziomu próbowali wtargnąć. Nie znali hasła i wszyscy obrócili się w nicość w poczekalni. Trochę mnie to wzmocniło. To jak sute śniadanko dla ciebie, kochanie. Co teraz robimy? Masz ochotę dalej mnie uczyć elfich niuansów czy może wolisz porządki?

Uśmiech dziewczyny i ruch jej głowy zasugerował, że kolejny stres tak ją rozbudził, że już ma chęć na obydwie… przyjemności.

Zaczęła jednak od porządków…



Tan Onid był wniebowzięty. Bóg wysłuchał jego prośby, zresztą jak zwykle w przypadku championa. Czuł też, że ma coś do przekazania innym.

Rozejrzał się i uśmiechnął…

Przy każdym z tysiąca orków oraz przy każdym z członków drużyny, a nawet, co wręcz nierealne, przy każdej istocie w szpalerze stanęły po dwie mroczne postacie. Mityczne istoty stworzone z esencji zła, równowagi i porządku, a nawet dozy witalności czy świętości. Byli to sławni Słudzy Seta. Dar dla niewiernych i wyznawców, bez względu na stopień wiary, ale jakże ją wzmacniający…

Pierwszy sługa był wężem. Kilkumetrową kobrą grubości ludzkiego torsu. Była obsydianowo czarna, ale jej łuski błyszczały. Odcienie czerni tworzyły klucz kolorów, powstały dzięki miniaturowym runom na każdej z łusek. Zwinięta na dole, stroszyła swój kobrzy kaptur od posadzki aż ponad głowy swych ofiar. Nie miała jednak rozkazu atakować, a odwrotnie – strzec je. Mimo to jej niekorzystny wpływ mógł być zatrważający. Za każdym razem, gdy tę strażniczkę wzywano na pomoc, obniżał się nieznacznie poziom wiary w dotychczasowego boga. Gdy ta przestawała istnieć, rozwijała się nowa wiara – wiara w Seta. Nie miało to wpływu na charakter ofiary, ale z czasem…

Drugą postać stanowił wojownik-gwardzista. Był to trzymetrowy, szczupły olbrzym z rasy humanoidów, które dawno temu zostały przez Seta zniewolone. Chude, wręcz zaschnięte kończyny i głowa węża, krokodyla lub szakala przerażały, ale ornamentowana złotem łuskowa zbroja i pojedynczy, przepięknie wykonany półtalerz w ręku sugerowały, że jest to raczej rozsądna istota. Najciekawsze było to, że złoto z jego zbroi i na broni po śmierci tego olbrzyma nie znikało jak reszta, a pozostawało. Chciwe istoty wzbogacały się bajecznie, a na ich ustach wyjątkowo często pojawiało się imię boga. A jemu o to właśnie chodziło…



Hannah przyglądała się wielkiej świątynnej komnacie. Nareszcie można było powiedzieć, że ją upiększyła. Spodobał jej się ozdobny baldachim o podwójnych kotarach nad wielkim łożem. I dodatkowa magia, która zasłaniała i odsłaniała obie zasłony jak za dotknięciem dłoni.

Oczkiem w głowie była jednak fontanna…



Jedni byli zszokowani, drudzy zestresowani, a jeszcze inni zaciekawieni. Ale niemal wszyscy co chwila oglądali się do tyłu, bo tam za plecami zajęły pozycje stwory zła. Mało tego, unosiły się w powietrzu kilka centymetrów nad ziemią.

Tylko bogowie, Can i tan Onid ignorowali swoich nowych strażników, wytwory kreacji Seta. Niektórzy, jak tan Arkadian i Mantisa bawili się w jakąś dziwną grę w przemieszczanie się ze swoimi parami, które uporczywie nie chciały zatrzymać się przed ich twarzami. Oboje po czwartym obrocie zrezygnowali i wtedy Sługi Seta zajęły miejsca za ich plecami.

Wszechobecny chaos przerwała muzyka, która stawała się coraz głośniejsza…



Elfia gospodyni dokonała ostatnich poprawek. Tym razem fontanna prawie spełniała jej oczekiwania. Cieszyło ją, że partner w imię „równowagi i nicości” co chwila formuje nowy kształt, by następnie go dezintegrować na jej prośbę. Po kilkunastu próbach nadal nie wykazywał znudzenia czy zniechęcenia. Już sobie wyobrażała, ile nagadaliby się ci tak zwani normalni mężczyźni. Tylko by marudzili, a przecież to takie ekscytujące zajęcie…



Długo trwało, nim postacie w pochodzie przyzwyczaiły się do takiej ilości stworów zła za plecami. Szczególnie że muzyka nie pomagała im w tym…

Najpierw była niczym syk kobry, paraliżująca i wywołująca ciarki na plecach. Z czasem wydawała się wabić i przyciągać. Podobała się. Z każdą chwilą coraz bardziej zachęcała, by za nią pójść. Potem, przynajmniej dla słuchaczy o czystym sercu, było jeszcze gorzej. Uwodziła, wciągała, a w jej frazach czuło się pełną melodyjność. Jednostajny syk zmieniał się w fontannę dźwięków, przy których miało się ochotę odpoczywać w błogości ducha, niczym zmęczony wędrowiec w miękkim, puszystym fotelu. Przy niej sługi zła nie jawiły się jako potwory. Przy tej muzyce były to milusińskie zwierzaczki, które miało się ochotę przytulić albo przyjaciele, z którymi chciało się spędzić całe życie.



Hannah dalej eksperymentowała. Jej fontanna miała już trzymetrowy wodospad, parującą ciepłem wodę, magicznie powstające fale, rozbijające się o brzegi cembrowiny, a nawet przemyślną zjeżdżalnię do łazienki dla gości…

Pozostało już tylko wymyślić drugą zjeżdżalnię, która wiodłaby bezpośrednio z balkonu do fontanny…



Gdy muzyka i stwory okazały się nie takie straszne, pochód ruszył. Wtedy też zmieniło się otoczenie, choć nikt nie spostrzegł, by któryś z iluzjonistów rzucił czar. Tylko tan Onid nadal recytował coś pod nosem…

Tym razem znajdowali się w miejscu, które nie było ani Labiryntem Śmierci, ani górską okolicą czy zieloną równiną. Jawiło się jako przeogromny, naturalnie wydrążony tunel, pełen ciemności i czarnych barw. Owalny przekrój i wytarte brzegi skał świadczyły o tym, że niegdyś prawdopodobnie jego czeluściami przemykał jakiś gigantyczny czerw lub wąż.

Był na tyle szeroki, że widzowie w szpalerach, ustawieni przy bocznych ścianach tunelu, nadal stali tak samo oddaleni od maszerującego pochodu jak poprzednio. Tylko ich miny wskazywały na to, że czegoś się obawiają i to bardzo…

Ich wzrok jednak zaczął przenikać przez ciemności. Jakby one same na to „zezwalały”… Chwilę potem w oddali pojawiło się wielkie rozszerzenie, a tam…



Zjeżdżalnia do fontanny tym razem wiodła wokół ścian. Mało tego, była jakby ich wysuniętą częścią. Ozdobnym kamiennym korytem. Tam też spływała ciepła woda, podgrzewana alchemiczną magią na całej długości. Drugi Bezimienny kiedyś, w innym labiryncie, unicestwił jakiegoś czarodzieja, ale dla równowagi zatrzymał jego wiedzę… Teraz odnalazł stosowną formułę i wcielił ją w życie…

Odpowiednie magiczne połączenia z akwenem na zewnątrz doprowadzały i odprowadzały wodę, po drodze ją odsalając. Kolejny pomysł wdrożony w życie na podstawie wiedzy alchemicznej…

Woda w fontannie parowała, tworząc na małej wysokości magiczną mgiełkę. Jedynie głowa powinna z niej wystawać. Pozwalało to zażywać kąpieli nago, nie będąc widocznym dla przebywających w świątyni.

Dodatkowo nad cembrowiną znajdował się zielony posąg ulubionego legwana elfki. Bezimienny obiecał, że kiedyś, jak tylko zakończy się oblężenie, zastąpi go żywym…



Zatrwożonym oczom członków pochodu i widzów w szpalerach ukazało się miasto boga, mityczne Setarcanum. Pogrążone w magicznych ciemnościach, szokowało prostotą i wielkością. Było to miasto piramid…



Arcik miał już serdecznie dość kolejnej pompatycznej ceremonii, a teraz jeszcze i obecności przy nim i Ifrat aż czterech strażników. Wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczął opowiadać kawały. Poza Ifrat i Sawem najbardziej podobało się to najbliżej stojącym orkom oraz… owym Sługom Seta. Faktycznie, oni mieli nawet poczucie humoru. Już wcześniej gnom sprawdził, że rozumieją Wspólny i Dawną Mowę, a że było ich wokół dwukrotnie więcej, to okazali się cennymi słuchaczami…

Do czasu jednak, bo trochę przesadził…



W ogromnej podziemnej jaskini, której brzegów nie było widać, znajdowała się z pozoru nieprzeliczalna liczba piramid. Budowane z bloków skalnych, najprawdopodobniej z piaskowca, na pewno umagicznione, były pokryte siecią pentagramów, runów i skryptów. Te ostatnie informowały, do kogo należały wraz ze wszystkimi istotami w środku.

Budowle łączyła sieć masywnych obsydianowych murów o ozdobnych blankach po obydwu stronach. Szerokość fortyfikacji sugerowała obecność wewnątrz obszernych tuneli lub korytarzy.

Najbardziej interesujące okazało się to, co pozostawało zakryte przed ich wzrokiem. Wszystkie piramidy miały bowiem ogromną część tkwiącą w podłożu, jakby były w nim częściowo zagrzebane. Podstawa ich musiała być kwadratowa, ponieważ w jaskini znajdowały się sześcienne dziury w ziemi, o podobnej wielkości co dół budowli. Piasek tam był wydrążony, a wokół tych miejsc jego fałdy układały się w nieładzie. Dla bardziej domyślnych oznaczało to jedno. Piramidy na życzenie właściciela prawdopodobnie potrafiły magicznie przemieszczać się …

Pochód maszerował dalej. Od dłuższego czasu mijali kolejne piramidy. Szli tak może z pół godziny. Główna droga wiodła prosto, a po jej bokach stali zatrwożeni widzowie. Oni też często oglądali się przez ramię na swych mrocznych strażników…

Wtedy większość dojrzała w oddali najokazalszą z piramid. Kilkanaście razy masywniejszą od największej z pozostałych. Legendę legend… Wyglądała niczym autonomiczne miasto, gdyż z niej do sąsiadujących prowadziła gęsta sieć murów. Hebanowo czarny piaskowiec był jednak na niej gładki jak lustro, a nie matowy i chropowaty jak na poprzednich. Mienił się przy tym magiczną ciemnością, migoczącą co chwila innymi odcieniami czerni.

Właściwości miejsca pozwalały nadal przenikać wzrokiem ciemność, choć żadne światło nie dawało większej widoczności niż na metr. Magia musiała być wielce silna, bo nawet krótkowidzące rasy po raz pierwszy w życiu były w stanie dostrzec z daleka detale. I to tak, jakby były pół metra od nich. Szczególnie wyróżniały się dziesiątki tysięcy runów, które masowo pokrywały wszystkie piramidy. Dopiero z bliska ciemności przebijały odcienie spiżu, najbardziej po czerni ulubionego koloru Seta…

Właśnie grupa miała wchodzić na brukowany pomost, gdy…



Wtedy Arcik popsuł wszystko. Zachęcony powodzeniem ostatniego żartu, przeliczył na oko ilość mrocznych gwardzistów i powiedział, prawie krzycząc:

– Przez pustynię w panice ucieka dwadzieścia tysięcy Sług Seta. Biegną, aż się za nimi kurzy. Przewracają się i podnoszą, aby tylko dalej. W końcu jeden z nich nie wytrzymuje i w biegu pyta wodza:

– Co to za inwazja nas goni? Czemu my tak zwiewamy?

Zdyszany wódz odpowiada:

– Za nami biegnie krasnoludzki paladyn.

– A, no to zwiewajmy. Zaraz, ale on jest jeden? To czemu się nie zatrzymamy?

– Jakbyśmy to zrobili, to wiesz, jeszcze mógłby nas dopaść i któremuś przywalić…



Orki i członkowie drużyny ryknęli śmiechem…

Słysząc to gnom jeszcze dodał:

– E, Secie! Piętnastu paladynów nadchodzi… Zwijaj miasto!



Zabawy było co nie miara…

Nie za długo jednak, bo nie wszystkim było do śmiechu.

Urażeni obrazą boga, Słudzy Seta zaatakowali. Za mniej błahe przewinienia karali śmiercią…

Najgorsze było to, że nie były to już iluzyjne widziadła, a prawdziwe istoty z krwi i kości, które nie znały zmiłowania

Rozdział LXXXVIII

Labirynt Śmierci: PANTEON PRAWYCH

– Co wy byście, żuczki, zrobili bez swojego grubego kapłana? – rzekł Can i rzucił nieznane innym kontrzaklęcie…

Chwilę potem zadziałały nagle dwa efekty, które na pewno nie pochodziły od jednego zaklęcia. Iluzja rozwiała się jakby pod wpływem starcia iluzji, zaś dziwne istoty zniknęły, odesłane z tego świata. Nawet awatarzy byli pod wrażeniem, choć największym niedowiarkiem był tan Onid. Po jego minie widać było, że długo nie ochłonie.

Wszystko co zrobił kapłan stało się tak szybko, żadna z potencjalnych ofiar nie doznała uszczerbku od Sług Seta. Dwie pary jednak nie znikły, ale żadne z tych czterech stworzeń nie atakowało swojego „pana”…

Pierwsza para o dziwo nadal stała za plecami tan Onida. Były potulne jak baranki. Wręcz zachowywały się, jakby wcześniej nic się nie stało.

Druga para pozostała przy… Katanie. Unosiła się lekko nad jego barkami, a zważywszy, że fotel był niesiony, było to dość wysoko. Oba osobniki czarnymi oczyma o pionowych źrenicach, z których biło ciemne, błyszczące światło, spozierały w dal, wzdłuż wszystkich uczestników pochodu. Ich srogie miny, półotwarte usta oraz przyjęte pozy ciała sugerowały jedno: nie darują temu, kto obraził ich boga.

Para ta, pomna konsekwencji ostatnich wydarzeń, na wszelki wypadek postanowiła na pewien czas zniknąć z oczu drużynie i przeniosła się w inny wymiar. Oczywiście nie oznaczało to, że opuściły Katana (na zawsze)…



Arcik poczuł mrowienie na plecach. Zrozumiał swój błąd, ale jak każdy gnom zbytnio nie przejmował się wszelkimi groźnymi minami, pogróżkami czy wrogimi spojrzeniami. Intuicyjnie, co było charakterystyczne dla jego rasy, odgadywał ukryte w nich znaczenie, prawdziwe intencje, a nawet zamiary. Przeczucie mówiło mu, że obecnie Słudzy Seta mogą jedynie pomarzyć o zemście. Otoczony piętnastoma paladynami i tysiącem uważających się za nich orków czuł się nad wyraz bezpiecznie. Na wszelki wypadek jednak podjechał z Ifrat blisko tan Arkadiana. Lepiej, aby jego młody pan znajdował się w pobliżu, gdyby ktoś zły chciał mu zrobić krzywdę.



Tan Sahrac domyślił się, że to już koniec przedstawienia związanego z Setem. Podskórnie czuł jednak, że wypada zrobić również ten sam gest dla innych bogów. Połączył się telepatycznie z Kwiatuszkiem i obydwoje rozpoczęli rzucanie kolejnych zaklęć.



Tan Vercyn nagle padł na kolana. W niezrozumiały dla siebie sposób wyczuł w pobliżu ogromną moc Reptiliona Wielkiego. Gigantyczny smok, spoczywający niczym człowiek w siedzącej pozycji, podpierał pysk prawą łapą. Takiego awatara spotkał onegdaj, a teraz właśnie ponownie ujrzał go w swym umyśle. Wszyscy wokół zobaczyli jednak coś innego.



Miast ścian Labiryntu, istoty w szpalerach i w pochodzie spostrzegły, że otacza ich surowy górski krajobraz nieznanej krainy. Nie widać było żadnych oznak życia, nawet roślin. Proporcje były nienaturalne. Otaczające ich szczyty kończyły się wysoko w chmurach, a sądząc po wielkości, musiały być przeogromne u podstawy. Tylko nieliczni, jak tan Hamilkar, zrozumieli, że ten iście księżycowy krajobraz mógł pochodzić tylko z jednego miejsca – z An-Gchoru. Kontynentu śmierci, jak go nazywano. Ojczyzny smoków i dinozaurów oraz ich monstrualnych matek. Świata równie niebezpiecznego, co niepojętego i legendarnego…

W oddali, na ich tle, wyróżniał się przedziwny zamek w kształcie kła. Miast bloków piaskowca użyto do jego powstania czegoś niezwykłego. Budulec wykazywał jednolitą strukturę i barwę identyczną z prawdziwym smoczym zębem. Poza wielkością różnił się tak nieznacznie, że z daleka można by go spokojnie uznać za prawdziwy. Wyznawcy Reptilliona Wielkiego głosili legendę, że faktycznie pochodzi on od prawdziwego jestestwa, z którym gdzieś w innym świecie starł się ich bóg.

Ci, co mieli dobry wzrok, mogliby przysiąc, że bardzo wysoko nad ziemią w strukturze kła znajdują się przepastne, pionowe szczeliny, z których wylatują lub do których wlatują setki smoków. Ze względu na wysokość bardziej wyglądały jak roje moskitów, jednakże wszyscy domyślali się, że każdy, kto miał zaszczyt dostąpić spotkania z Bogiem Smoków, musiał być na pewno wielkim, antycznym osobnikiem.

Tan Vercyn niedługo cieszył się widokiem siedziby awatara swego boga…



Tym razem nie za sprawą grubego kapłana iluzja znikła.



Tan Abuk klęknął, zaś Saw po krasnoludzku skłonił się przed nowym miejscem. Nawet mały Arcik zszedł z Ifrat i padł na twarz. Miast gór An-Gchoru wszyscy znaleźli się u podnóża siedziby awatara boga Oriaka. Oriaka Sprawiedliwego…



Znajdowali się na podniebnym targowisku otoczonym chmurami. Najwspanialszym, jakie można sobie wyobrazić. Sam plac ciągnął się po horyzont, zaś eleganckie domostwa-sklepy na jego obrzeżach były cudami architektonicznymi. Każde różniło się ozdobami, kolumnami, balkonami, oknami czy dachami. Miały wszakże jedną część identyczną – obszerny kram u podstawy. Upiększały je baldachimy, grube wzorzyste kobierce i tygrysie skóry na ziemi miast dywaników.

Na samym placu rzędami stały ozdobne kupieckie kramy, pełne najprzeróżniejszych towarów.

Miejsce tętniło życiem. Wielorasowy tłum istot już sam w sobie przyciągał wzrok. Przy każdym sklepiku czy kramie tłoczyło się wielu kupujących, zaś bogato odziani mieszkańcy spokojnie przechodzili wzdłuż uliczek. Elfi strażnicy z halabardami, w szpiczastych hełmach, z poważnymi minami patrolowali sektory. Choć na ogół nie wyznawali wiary w tego boga, byli najchętniej wynajmowani ze względu na swą spostrzegawczość i odporność na wszelkie sugestie… Sądząc po dość skąpych, acz ozdobnych strojach pozostałych osób można by wnioskować, że miejsce to znajduje się gdzieś na Archipelagu Wschodnim lub Południowo-Wschodnim.

Nieoczekiwanie zobaczyli siedzibę boga, Pałac pałaców jak go nazywali miejscowi. W niewyjaśniony sposób wzrok wszystkich przebił się przez osłonę niewidzialności i nawet osoby w szpalerze dostrzegły szczegóły gmachu…

Był to prawdziwy pałac nad pałace, rozmachem przebijający wszystko, co stworzyli śmiertelni. Liczne kopulaste wieże mieniły się złotem. Posiadał ogrody miast blanek i wrota otwierane do wewnątrz, które szokowały przepychem i zapraszały do środka. Budowla nie miała okien, a zamiast nich na różnych wysokościach znajdowały się ogromne, bajeczne balkony. Tam najprzeróżniejsi kupcy rozmawiali o interesach. Na niektórych można było zobaczyć handlujące potwory, a nawet… smoki.

Przez otwarte balkony ujrzeli też wnętrza pałacowych sal. W oczy aż bił widok złota i klejnotów, które je upiększały. Bogactwo, przepych i luksus czekały na wyznawców Oriaka Wspaniałego lub Wielkiego Sędziego, jak go nazywali niektórzy…

Wtedy też krajobraz ponownie się zmienił …



Tym razem tan Hamilkar padł na twarz. Aż huk podniósł się, gdy jego zbroja i hełm uderzyły o ziemię. Wtedy to członkowie pochodu i widownia w szpalerze poczuli, że znajdują się w przestworzach…



Miast w Labiryncie Śmierci, pochód wraz ze swym szpalerem widzów, otoczony błękitem nieba, unosił się nad białymi chmurami. Nie byli jednak sami. Choć stopy wszystkich opierały się o powietrze niczym o ścianę czy solidną podłogę, to wokół latały dżiny i anioły.

Te pierwsze, choć zamiast nóg miały nieustający wir powietrza, od pasa w górę przypominały odzianych w łuskowe zbroje łysych, barczystych gwardzistów. W rękach dzierżyły ogromne kostury, których wymyślne końce kojarzyły się z halabardami. Nie były jednak nimi i ci, co bliżej poznali tę broń wiedzieli, że potrafi wystrzeliwać dezintegrujące pociski, kule świętego ognia albo wskrzeszać i uzdrawiać.

Co innego anioły. Te nie były ani odzianymi w płytowe pancerze paladynami ani rycerzami, jak słudzy Gorlama, czy mieniącymi się mrowiem gwiazd na zbrojach paladynami-astrologami Asteriusza. Powietrze przemierzały anioły z rasy kara-achti, odziane w białe szaty magów. Każdy fragment odzienia zdobiły srebrne runy. Widoczne spod nich fragmenty ciał oraz twarze przyozdobione były wymyślnymi tatuażami. Tylko powiewające w powietrzu płaszcze, dużo większe od ich właścicieli, rozpostarte na równie imponujących skrzydłach, emanowały nieskazitelną bielą. Jedynie na plecach znajdował się wyraźny haftowany obraz białego smoka spowitego złocistą poświatą…

Zresztą takiego samego, jaki wyłonił się w pełnej okazałości przed nimi…

Przerażająca wielkość, bijąca moc, którą odczuwali i zachowanie jego awatara świadczyły, że tym razem nie jest to iluzja…

Przed nimi w pełnej okazałości swego majestatu stanął Dagonin Biały.

Rozdział LXXXIX

Labirynt Śmierci: DAR DWÓCH BOGÓW

– „Witajcie, nieulękli wędrowcy, a szczególnie Ty, przyjacielu Asteriuszu i Ty, młody Gorlamie” – telepatycznie do wszystkich odezwał się biały smok. – „Tam, gdzie pojawia się wielka magia, pojawiam się i ja. Jesteście u kresu podróży, a Labirynt nie wytrzyma długo takiej monotonii i spokoju w waszych przygodach. Aktualnie nie są zbyt dynamiczne. W mowie mych wyznawców ująłbym to tak: wiem, że to czas odpływu, ale jak dotąd szliście niczym tajfun, nagle po bitwie wasze zachowanie przypomina flautę na morzu. Gdy huragan walk, wysadzanie ścian albo wrót na dobre ucichną, Labirynt sam przyniesie sztorm, o jakim nie śniliście…”

Miny zebranych wyrażały niewielkie zmieszanie, choć podświadomie wielu zrobiło się miło, że ich działania przyrównano do siły tajfunu.

Biały smok dalej przesyłał informacje, choć tym razem w większości skierowaną do konkretnej osoby:

– „Dostąpiliście zaszczytu obejrzenia siedzib większości waszych bogów. Niestety nie zdążycie już przyjrzeć się siedzibie szlachetnego Askabadana, boga obecnej wśród was tan Irmin, którego jest championką. Wiedząc o tym, połączyłem się z nim niedawno. Bóg Szlachetności, Niezłomności i Pokoju prosił, bym przekazał, że odwiedzi was osobiście. I zrobi to wtedy, gdy nadejdzie czas poświęcenia, a wam zabraknie już sił i nadziei…

Tan Irmin przyklękła na jedno kolano. Oba wyprostowane ramiona skierowała mocno w tył. Choć nadal dzierżyła w dłoniach miecz i tarczę, to ich końce prawie dotykały ziemi, daleko za jej plecami. Była to sławna pozycja modlitewna wyznawców Askabadana, zwana Strzałą Nadziei. Chwilę potem na ludzkiej twarzy srebrnej smoczycy pojawiły się łzy szczęścia…

Krótką przerwę wykorzystał Bóg Gwiazd i odezwał się do przybyłego:

– Witaj, Dagoninie Biały, mój druhu i wierny przyjacielu. Wiele lat upłynęło od czasu, gdy nasi pierwsi awatarzy mieli możliwość spotkać się po raz ostatni. Nawet nie śmiałem przypuszczać, że zdecydujesz się odszukać zaklęcie Kwiatuszka, wejść w nie i przepłynąć tutaj. Choć możesz bezpiecznie przemieszczać się z jednej emanacji magii w drugą, to ryzykowne jest pojawiać się w Labiryncie Śmierci…

Tym razem Bóg Magii odpowiedział nie używając psioniki:

– Co do naszego ostatniego spotkania, to widzę, że nie zapomniałeś, jak uwalnialiśmy się z więzienia Organitiona. Nie licząc Nehverusa, to ostatni z prawych bogów, którego ten pochód powinien zobaczyć. Cieszy mnie jednak, że w waszym gronie nie ma jego wyznawcy. Jeszcze znalazłby pretekst i pojawił się, szukając okazji do bitew, rzezi i mordu. Posiada niezniszczalne siły do prowadzenia wszelkich wojennych zmagań. A jego zabójcy…

– Wiem, przyjacielu. Moja młoda służka Hannah, którą porwano w tym Labiryncie, była uprzednio jego okrutną morderczynią. Ten oto Pierwszy Bezimienny jest jej mężem i wyruszył z nami, by ją odszukać. Możesz nam pomóc?

– Na szczęście mogę, ale teraz nie macie czasu tym się zajmować. Służka wraz z Drugim Bezimiennym oblegana jest w pierścieniu przez władcę trzeciego poziomu Labiryntu. Nie próbujcie jej pomagać. Jest was za mało, aby mu się przeciwstawić. Przejdźcie ostatnie komnaty tego poziomu, odpocznijcie i wkroczcie do jego siedziby. Potem pozostanie wam jeden dzień, by go dopaść i pokonać nim cykl się dokona. Moja ingerencja w wasze losy już się kończy. Niedługo Labirynt mnie stąd wypchnie i odpowie burzą chaosu. Zróbcie większą przerwę na trzecim poziomie, albo nie przetrwacie. Taka jest moja rada, a wybór należy do was.

– Wiem, przyjacielu, że to ostatnie chwile spokoju, o jakich potem już tylko będziemy marzyć na niższym poziomie. Masz rację, potrzebujemy odpoczynku. Nawet mężny Gorlam stracił wiele wszechmocy na finezyjne otwarcie pewnych wrót. Gdyby nie skorzystał z mojej mocy, nie przyszedłby nam z odsieczą. Jeszcze jedno: jest z nami Can z jego zapomnianym bogiem. Nie zaryzykuję ponownego użycia swych astrologicznych mocy, a nie mogę dociec, kim jest i co się kryje w jego zaciśniętej dłoni. Czy możesz w tym również pomóc?

Nastąpiła krótka chwila ciszy i zastanowienia. Wiele oczu z napięciem wpatrywało się w oblicze ogromnego białego smoka w złocistej poświacie…

– Nie pomogę ci, przyjacielu, mimo że pragnę tego z całego serca. Moje boskie oczy nie widzą go, choć wiem, że jest, a oczyma mych aniołów mogę oglądać go do woli. Wiem tylko, że w jego dłoni spoczywa los tego świata i że coś wiąże go z ostatnim z prawych. Z waszym młodym Katanem. Bądź mu przyjacielem, a przetrwasz, bądź mu wrogiem, a przepadniesz… A co do dłoni…

W tym momencie wszystko ponownie zniknęło. Już nie było przestworzy, aniołów, dżinów i boga strzegącego zasad i potęgi magii. Był tylko Labirynt i wiele, bardzo wiele zaskoczonych istot…



Tan Sahrac wzdrygnął się. To, co się stało, nie zależało od jego woli czy woli Kwiatuszka. Tego dokonał ktoś inny. Aby jednak morale nie załamało się, postanowił wyświadczyć ostatnią przysługę. Jeden wyznawca bowiem nie widział siedziby swego boga, a tego bóstwa żadną miarą nie można było ignorować…



Tan Kaldahar poczuł, że umiera. Pełen wiary w swego umiłowanego Pana oddawał się temu z rozkoszą. Nie panikował, gdyż jako champion sławnego Morglitha tylko w stanie komy – półśmierci, półżycia mógł rozmawiać ze swym bóstwem.

Poczuł znajomą więź, a potem na głos zaczął powtarzać święte słowa…



Otoczenie zmieniło się nie do poznania. Miast potrójnego korytarza Labiryntu, wszyscy znaleźli się w… grobach. Choć były otwarte od góry, to ciemna jak noc ściana magii zasłaniała widok. Czuli, że pozostali są blisko, jednak ich ciała ograniczały zimne płyty zamkniętej przestrzeni, której jedynym wystrojem były trumny. Ozdobne, dopasowane wielkością, miękko zapraszały do ułożenia się w nich i zamknięcia oczu. Na wieki…

Nikt jednak nie chciał się kłaść. Każdy twardo stał na nogach, próbując ze wszech miar udowodnić, że jeszcze nie przyszła jego pora na spoczynek. Niektórzy modlili się, ale wielu sięgało brzegów swych grobowców, by się z nich wydostać. Nie mogli, choć ich miejsca spoczynku nie były zamknięte od góry. Jeszcze…

Wtedy mroczną ciszę rozproszył śpiewny głos tan Kaldahara:

W imię czaszki na mym sercu,

W imię śmierci na kobiercu.

Pan dusz istot już wymarłych,

W imię stworów nieumarłych.

Śle słowa Dagonina Białego,

Co odsuną was od złego.

Dar przesyła on ogromny,

Co na wieki będzie pomny.

I wasz oręż magią zdobi,

Tak, że nikt go nie podrobi.

Niech mu każdy imię nada,

Bo inaczej nie wypada…

A po krótkiej przerwie dodał:

Ten, co teraz tego nie zrobi,

Swój grób zaraz… sobą ozdobi!

Tak oto ostatnia wola i dar Dagonina Białego została przekazana ustami championa innego boga. Boga Śmierci, Morglitha…



Znów pojawili się w Labiryncie Śmierci. Trochę trwało, nim otrząsnęli się z przygnębiającego wrażenia, jakie wywarł na nich pobyt we własnym grobie. Nie zastanawiali się jednak długo. Słowa tan Kaldahara wywołały wielki popłoch. Oczywiście, nie wszyscy zrozumieli je od razu, ale ponieważ pochodziły od samego Morglitha, nikt nie zwlekał z nadaniem imienia. Idiotyzmem byłoby sprzeniewierzenie się temu, co decydowało o życiu i śmierci, a często i o tym, co po niej. Każdy w pochodzie i szpalerze wyciągał swoją ulubioną broń i zastanawiał się nad imieniem dla niej. W końcu pierwsi zaczęli je nadawać. Z pozostałych nikt nie chciał być ostatni. Tan Arkadian na przykład nazwał swój miecz Czterogwiazdą, a meduza, jego żona wybrała imię Czterogrot.

Tylko gruby kapłan miał problemy, bo nie dysponował żadną bronią. Mimo to powiedział:

– Mój miecz paladyński, zdobycz obiecana w Komnacie Luster, który gdzieś czeka na mnie nazywać się będzie Tanak Olbrzymi. No, bo jak tusza duża, to i nazwa musi być adekwatna.

Ci, co nadali nazwy, od razu spostrzegali, że na ich orężu pojawiły się dwa symbole. Jeden był miniaturowym białym smokiem w złocistej poświacie, drugi po przeciwnej stronie wyglądał jak… czarna, wypukła czaszka.

Dwie bronie jednak zmieniły się kształtem nie do poznania…

Pierwszą był łuk Mantisy, przy którym pojawił się kołczan białych strzał. Gdy dziewczyna mu się przyjrzała, na jej twarzy od razu zakwitł szeroki uśmiech. Broń zmieniła się nie do poznania. Wyglądała jak sklejone ze sobą równolegle cztery kościane łuki z jednym otworem pośrodku. Powstał on poprzez lekkie wygięcie środkowej części „drzewców”, przez co utworzyło się tam miejsce na grot strzały. Otoczone było przez cztery dziwne ostrza, które najprawdopodobniej obejmowały i przytrzymywały przód pocisku, gdy napięto cięciwę.

Meduza natychmiast nałożyła strzałę, którą od razu posłała w dal. W chwili gdy wylatywała przez rozszerzenie, momentalnie uległa przemianie. Cztery ostrza w jakiś magiczny sposób rozszczepiły pocisk na tyle samo części, przez co w dal poleciało coś na kształt promieni światła. Wyznawcy Asteriusza mogliby przysiąc, że były to promyki gwiazdy. Sekundę później cztery białe strzały wbiły się w ścianę Labiryntu, aż do połowy długości drzewców. Potem eksplodowały. Nikt z obecnych nie był nigdy świadkiem czegoś tak niemożliwego, ani nie wyobrażał sobie, że istnieje strzała, która na ponad pół metra wbije się w lity mur, i to na pewno magiczny. Poza tan Uramisem nikt też pewnie nie spostrzegł, że na lotkach każdej z czterech strzał pojawiły się aż cztery symbole bogów. Widząc skuteczność swojej broni, Mantisa z radości wspięła się na tan Arkadiana. Otaczając go splotami i ramionami, poczęstowała wyjątkowo długim pocałunkiem.

Druga broń, równie mocno zmieniona, należała do tan Kemota. W jego dłoniach spoczywała ogromna kusza z dwoma skośnie ułożonymi po bokach magazynkami na bełty. Nie widać było żadnego mechanizmu napinającego, a nawet zaczepu na cięciwę. Za to z prawego boku drzewca kuszy znajdowały się cztery runy, symbole bogów. W odróżnieniu od broni Mantisy, zamiast symbolu mitrylowej wagi widniał symbol Gorlama Walecznego.

Tan Kemot uniósł kuszę i przyjął pozycję strzelecką. Intuicyjnie dotknął pierwszego znaku, symbolu swego boga. W tym samym momencie przepełniła go odwaga i brawura, a dwa bełty pojawiły się na szerokim drzewcu. Gdy paladyn dotknął wizerunku białego smoka w złotej poświacie, cięciwa w magiczny sposób napięła się i zahaczyła o bełty. Muśnięcie następnego uniosło z przodu broni coś na kształt ażurowej gwiazdki. Tan Kemot wyczuł, że niewidzialna moc kieruje jego spojrzeniem i przeznaczeniem bełtów. Wzrok strzelca powędrował przez środek tajemniczego celownika. Natychmiast na jego obliczu pojawił się uśmiech, a on sam rzekł:

– Na cztery ręce malauka! Widzę cel tak, jakbym stał pięć metrów przed nim.

Gdy palec tan Kemota musnął ostatni symbol, czyli czarną czaszkę, oba pociski pomknęły w dal. Gdzieś tam daleko z głośnym „pin” odbiły się od ściany. Właściciel broni, ponieważ też był gwardzistą, zasępił się tylko nad faktem, że ma zaledwie osiem zapasowych mini-kołczanów, choć po dwadzieścia bełtów każdy. Nie opuszczało go niepokojące przeczucie, że wkrótce mu ich zabraknie…



Marsz wzdłuż szpaleru widzów trwał jeszcze około godziny. Dopiero wtedy po prawej stronie ściany zobaczyli drzwi, niepodobne do tych, jakie wcześniej mijali. Tu szpaler kończył się. Wielkie dwuskrzydłowe wrota w miedzianym kolorze pokrywały magiczne runy i dziwne guzki. Spomiędzy nich wystawały ostre kolce, długie na ćwierć metra.

Wielu zrozumiało, że to cel podróży. Dwie ostatnie komnaty prowadzące na najniższy poziom Labiryntu.

Nim jednak ktokolwiek z czołówki pochodu miał szansę sprawdzić pułapki czy cokolwiek powiedzieć, z ogłuszającym hukiem obie połówki wrót otwarły się na oścież, a nieprzygotowanym na to awatarom, członkom drużyny i orkom ukazało się wnętrze ogromnej komnaty. A w niej…

No właśnie. Na widok czegoś takiego nikt nie był przygotowany. Zupełnie nikt…

Tylko gruby Can, choć równie zaskoczony, instynktownie postanowił ratować sytuację. Roztrącając pancernych kompanów, dosłownie wszarżował do środka. Nie bacząc na straszliwe niebezpieczeństwa, zabójczą magię i niewidoczne jeszcze pułapki, rzucił się, by sprostać wyzwaniu…

Chwilę później w podobnym stylu, ale z toporem w dłoni zrobił to Saw. Niestety. Gdy tylko pędzący krasnolud minął próg… wielkie kolczaste wrota zamknęły się z ogłuszającym trzaskiem…

Rozdział XC

Labirynt Śmierci: WIECZNA UCZTA

Pułapki nie zadziałały, potwory nie wyskoczyły, a nawet obyło się bez zabójczej magii. Mimo to dwa zmysły kapłana zostały drastycznie zaatakowane. Grubas pobił wszelkie rekordy prędkości, aby dopaść… do najlepszego miejsca przy suto zastawionym, wyjątkowo długim biesiadnym stole.



To, co atakowało wzrok i węch Cana oraz pobudziło jego działanie, wyglądało nadzwyczajnie. Prym wiodły soczyste, jeszcze skwierczące steki z bawoła opasa. Cieplutki sosik powoli spływał ze smakowitych kawałków. Gdzieniegdzie powtykane były oliwki i orzechy. Obok ogromnych steków, na ozdobnych półmiskach znajdowały się pieczone korpusy różnorakiego ptactwa. Wprawne oko rozpoznałoby nie tylko kaczki czy kury, ale i indyki, bażanty lub nawet strusie. Każda sztuka drobiu, obłożona plastrami ananasów, spoczywała na oddzielnym naczyniu. Górę takiego dania jednak zawsze pokrywał przetykany rodzynkami zakrzepły miód.

Oprócz steków i smakowitego ptactwa, ten dość wąski, ale długi na prawie trzydzieści metrów stół zastawiony był misami z górami poskręcanych kiełbas oraz z ogromnymi pajdami smakowicie spieczonego chleba. Ich zapach najmocniej atakował zmysł węchu, głęboko i przyjemnie kręcąc wewnątrz nosa.

Najbardziej efektowne były placki pokryte mieszanką owoców i jakiegoś białego syropu. Ułożone jeden nad drugim w taki sposób, że każdy następny miał zawsze mniejszą średnicę od poprzedniego. Całość przypominała biszkoptowe zamki, wieże lub torty.

Nie można też było nie zauważyć półmisków z najprzeróżniej przyrządzonymi rybami. Płaty tuńczyka z kawałkami pomarańczy, faszerowane kawiorem pstrągi oraz jesiotry w galarecie prześcigały się gamą barw i egzotycznych przypraw.

Okazało się również, że pod stołem, jedna przy drugiej w dwóch rzędach, stały wielkie beczki z kurkami, najprawdopodobniej wypełnione różnorodnymi ambrozjami. Na ich górnych denkach na potencjalnych gości oczekiwały drewniane kubki…



Faktycznie Can bardzo szybko znalazł się w połowie długości stołu. Prawie z rozbiegu usiadł na przykrytej czerwonym aksamitem ławie, która z każdej strony otaczała biesiadny mebel. Nim jeszcze opadł na zadek, zdołał wyrwać bażanci udziec i wpakować go do ust.

Dwie sekundy później Saw już siedział koło niego. Jeszcze przez chwilę błędnym wzrokiem, z szybkością atakującej kobry rozglądał się po zastawionym stole, a potem zaczął działać. Toporem zręcznie odcinał smakowite fragmenty krwistych steków i wkładał sobie do ust. Z pełną gębą soczystego mięsiwa spytał:

– Przyyyjjdddą…?

– Leeepiiej niee… więceeej dlaaa naaas… – W podobnym stylu wyartykułował zniekształconym głosem kapłan.

Ku rozgoryczeniu obydwu, ktoś musiał posłużyć się magią lub przemianą, bo wrota ponownie rozwarły się na pełną szerokość.



Koledzy z drużyny i orki stojące w otwartych drzwiach przez chwilę przyglądali się z opadniętymi szczękami, jak kapłan i krasnolud wcinają wszelkie smakołyki. Potem, poprzez mlaskanie z pełnych ust grubasa dało się słyszeć:

– Jakie dobre, ciepłe jedzonko… na pewno niezatrute… Zapraszam do stołu, bo jeszcze zabraknie dla was!

Te słowa obudziły resztę. Niektórzy zastanawiali się, w jaki sposób gruby kapłan mógłby zjeść wszystko z kilkunastometrowego stołu, gdzie misy, półmiski, talerze i tace z potrawami poustawiane były tak gęsto, że na pewno jedna więcej by się nie zmieściła. Sądząc po zaciętości i energii, z jaką Can pałaszował kolejne potrawy, zaczęli się obawiać, czy aby jego żołądek nie jest podobny do tych, jakie mają słoniowe ropuszczaki. Na wszelki wypadek woleli nie ryzykować i ruszyli w kierunku stołu.

Dopiero wtedy większość poczuła prawdziwy głód. Od czasu, kiedy ostatni raz jedli, aż do tej pory nie czuli potrzeby posilania się. Magia Labiryntu karmiła ich czymś tajemniczym, niewidzialnym i dającym ułudę sytości. Mogłoby się zdarzyć, że w ferworze walk i przygód zagłodziliby się na śmierć i stali się częścią tego miejsca…

Obaj awatarzy przybrali rozmiary pozostałych i wraz z Bezimiennym zasiedli obok Cana za stołem. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zaczęli jeść, naśladując w tym śmiertelnych. Nawet im się to spodobało, gdyż odkryli ogromną gamę przyjemności w tej zwykłej czynności. Oprócz członków drużyny za stołem zasiadło wiele orków. Wchodząc do komnaty spowodowali, że powiększyła się ona znacznie, jednak biesiadny stół pozostał taki sam. Zdecydowana większość orków stanęła wokół siedzących i tylko podawano im potrawy. Przy tylu gębach w przeciągu kilkunastu minut wszystko, co było na stole, zniknęło w pustych żołądkach. Wtedy głos zabrał Bezimienny:

– Zaczynam rozumieć, co moja żonka Hannah miała na myśli, mówiąc o przewadze stołu nad łożem. Tylko nie wiem, czemu miało to dotyczyć jedynie mężczyzn. Ale przyznaję, że smakowało wybornie. Muszę jednak o czymś uprzedzić, co akurat mnie nie dotyczy. To, co tutaj pochłonęliśmy z tak wielkim apetytem, było przygotowane przez samego Harela. Z reguły zatruwa on pokarm, nakłada przekleństwa lub klątwy. I tylko przemiana w martwiaka jest w stanie uwolnić od wiekuistych mąk, jakie przygotował…

Część biesiadników spojrzała po sobie, jakby nie dowierzali słowom Bezimiennego.

– Tym razem nie ma tu nic podobnego z wyjątkiem jednej klątwy. Wszelkie pozostałe Harel wycofał, aby tej jednej nadać największą moc…

– Wielki Smutasie, w jaki to problem… wszarżowaliśmy? – nieoczekiwanie przerwał Arcik. – Rozpuścimy się, zamienimy się w martwiaki czy tylko roztyjemy się na śmierć?

Uśmiech młodego gnoma świadczył o jego wesołej naturze.

– Bliżej tego ostatniego – ze spokojem odpowiedział Bezimienny. – Klątwa jest słaba jak na was. Powoduje zaledwie, że nie można opuścić tej komnaty. Drzwi się nie otworzą przed żadnym z was.

– Fajnie! – odpowiedział Arcik. – A jak często stół ponownie się tak suto zastawia?

– Raz na cztery dni.

Tym razem odezwała się Mantisa:

– Już się bałam, że mamy pecha. A tu nagle słyszę naszą szczęśliwą liczbę. Nie ma czym się przejmować. Tylko w każdym rogu komnaty trzeba parawan postawić. Na szczęście widzę tam cztery zielone miejsca, jak w każdej innej…

– Zaraz – wtrącił się Saw. – Ja tu czegoś nie rozumiem. Właśnie Bezimienny powiedział, że do końca świata będziemy tkwić w tym miejscu, jeść tylko co cztery dni, a wy ze spokojem podchodzicie do tego, jakby nic się nie stało. Czy nikt z was nie rozumie powagi sytuacji?

– Ależ kolego – zaoponował tan Lemoc – jakbyś słuchał Bezimiennego, to wiedziałbyś, że nie ma żadnego problemu… Ja też się przez chwilę bałem, ale jak powiedział, że przed nami wrota się nie otworzą, to natychmiast się uspokoiłem.

Saw dalej nie pojmował.

– Czy ktoś uczony może mi to bardziej prosto wytłumaczyć? Jak można przejść przez drzwi, które przed nami się nie otworzą?

Po minach orków widać było, że nie przejmują się sytuacją. W odróżnieniu od Sawa zbyt długo żyli w cieniu Bezimiennego, więc od razu zrozumieli jego słowa…

– Zaraz – nie poddawał się Saw. – Ktoś z zewnątrz przyjdzie do komnaty i nas wypuści?

Bezimienny przecząco pokręcił głową.

– Bogowie rozwalą ścianę Labiryntu, jak na wyższym poziomie.

Tym razem Gorlam przecząco pokiwał głową.

– Zdarzy się cud i się stąd wydostaniemy?

Asteriusz przecząco pokiwał głową.

– A niech was, na sto zasypanych sztolni! To ja się poddaję i chcę do domu. Tan Lemocu, możesz otworzyć pierścień i tam mnie przenieść? Idę spać…

Tan Lemoc zaklaskał w dłonie, aż kurz poszedł z jego bandaży.

– No widzisz, podjąłeś jedyną trafną decyzję i odpowiedziałeś sobie zarazem na swe obawy.

Potem spokojnie odzywając się do pozostałych dodał:

– Proszę dotykać pierścienia.

W kilka minut prawie wszyscy członkowie grupy zniknęli w pierścieniu.

Gdy został tylko tan Lemoc i Bezimienny, ten pierwszy rzekł:

– Tak jak powiedziałeś, nikt poza tobą nie przejdzie przez te niewidzialne drzwi do następnej komnaty. Zakładam ci ten pierścień na palec, byś z nim przeszedł na drugą stronę. Jak będziesz na miejscu, potrzyj go. Wtedy wrócimy.

– Nie obawiasz się, że ja, Bezimienny, Władca Labiryntu Śmierci, zechcę obrócić w nicość ten pierścień? Jestem istotą pustki, a więc takie działanie jest dla mnie naturalne. Wtedy wszyscy byście zginęli…

– No cóż, jako astrolog powiem ci, że to niemożliwe, bo znam przeznaczenie innych i tu ono się nie kończy. Jako kochający śmiertelnych podpowiem ci, że w środku pierścienia oczekuje cię twoja miłość. – Widząc jednak zastygły wzrok rozmówcy, w stylu bardziej zrozumiałym dla tej istoty, dodał: – Miłość to bezwymiarowe uczucie, które samo w sobie jest pustką. Bez niego jednak nie sposób egzystować. To tak samo jak u nas martwiaków. Nie ma w nas życia, a bez niego nie możemy żyć, a zobacz – jednak „żyjemy”. Jako z dawien dawna umarły przypomnę ci ulubione słowa martwiaków: śmierć to dopiero początek…

Tan Lemoc potarł pierścień na dłoni elfa i zniknął.

Bezimienny długo przyglądał się artefaktowi. Przez jego myśli przebiegały odeszłe w nicość sekwencje zdarzeń. Jeszcze raz spoglądał na zapomniane rozdziały swej egzystencji, które wydarzyły się od czasu, gdy poznał dziewczynę. Wrócił do jej tańca, jakże pięknego i odważnego zarazem. Przeżywał go ponownie. Raz za razem…



Nic nie było w stanie obudzić Bezimiennego ze wspomnień. Czas nie miał dla niego znaczenia. Równowaga, będąca połową jego natury, upomniała się o swoje. Stojąc w letargu, po raz ostatni oddawał się stagnacji i spokojowi. Podświadomość uzbrajała go w nowe siły przed tytaniczną walką, jaka czekała grupę, by wyjść z Labiryntu, a jego – by odzyskać władzę nad nim. Czuł pełną piersią, że to ostatnie godziny przed lawiną wydarzeń i zmagań. A on wbrew połowie swej woli będzie musiał być częścią tych heroicznych starć…



Mijały minuty, godziny i dni, a on stał jak posąg…

W końcu upłynęło tak dużo czasu, że stół ponownie nakrył się tysiącami potraw. Wtedy to smakowite zapachy rozeszły się po komnacie. Czuły elfi zmysł węchu zebrał kobierzec niesamowicie przyjemnych odczuć.

To obudziło Bezimiennego…

Najpierw podszedł do stołu i posilił się. Delektował się każdym smakiem. Zrelaksowany i wypoczęty w końcu ruszył ku niewidzialnym drzwiom. One same otworzyły się przed nim natychmiast. Gdy przekraczał próg, obejrzał się. Wtedy też powiedział do siebie:

– Pomyśleć, że przez cztery dni i noce miałem w ręku los świata i życie przynajmniej trzech wielkich bogów…

Wtedy potarł pierścień i rozejrzał się wokół.

Był w komnacie przepełnionej skarbami, skrzyniami ze złotem i artefaktami. A wszystko to dla jego grupy…

Coś go jednak zaniepokoiło. Raz za razem pocierał pierścień, ale nikt nie wracał. Nikt nie przychodził z powrotem…

Musiało się stać coś strasznego z jego przyjaciółmi…

Pełen obaw, sam wraz z pierścieniem przeniósł się do jego środka… Prosto w wir walki…

Tylko, że nikogo z jego drużyny tam nie było…

Rozdział XCI

Labirynt Śmierci: GŁUPIA ŚMIERĆ

Radość i przerażenie mieszały się na twarzach przybyłych. Z jednej strony byli w pierścieniu na wspaniałej wyspie, otoczonej błękitem oceanu. Z drugiej strony znajdowali się w miejscu, gdzie dziesiątki fantomowych postaci okrążały dwójkę ich znajomych. Ponownie fala mieszanych uczuć przeniknęła umysły przybyłych. W kręgu nieprzyjaciół stała ich ulubiona elfka, zaś plecami do niej, otoczony wrogami bronił się… jej porywacz.



Władca trzeciego poziomu Labiryntu odwołał swoje fantomy. Przynajmniej próbował, bo jego iluzyjni, malauccy wojownicy zostali zniszczeni wolą obcych bogów i ich sług zanim zdążyli się teleportować. Piętnaście ponadnaturalnych istot, paladynów o nieodgadnionych mocach, stanowiło zbyt dużą siłę, by zostali zaatakowani na ich własnym terenie. Szczególnie że nie zaczął jeszcze rozgryzać tej tłustej istoty, która przyczyniła się do klęski pozostałych władców Labiryntu Śmierci. Podobnie jak wcześniej oni, zaczął mieć niejasne przeczucie, że może być przyczyną jego porażki…



Tan Arkadian nie nadążał liczyć niszczonych fantomów. A przecież to byli tacy potężni przeciwnicy. Sięgnął pamięcią do dawnych nauk. Szkolna wiedza nagle wróciła z siłą morskiej fali…

Półprzezroczyste twory iluzji rzeczywistej w rękach czarodziejów specjalizujących się w tej magii były bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. Wielu było zaszokowanych tym, że te niematerialne kreacje magii działały z wiedzą i inteligencją swojego twórcy. Zachowywali się jak wyszkoleni widmowi żołnierze. Bezgranicznie posłuszni iluzjoniście, potrafili wykonywać najbardziej skomplikowane rozkazy. Nigdy się nie męczyli ani nie potrzebowali spać, jeść czy pić. Co więcej, chodzili po powietrzu… Nawet ich osobisty widmowy ekwipunek w praktyce działał tak, jakby był realny. Fantomowe miecze i strzały zabijały równie skutecznie przeciwników, co rzeczywiste. Nawet widmowe tarcze łamały się w identyczny sposób, jak ich drewniane odpowiedniki. Nie byli jednakże niezniszczalni…

To nie bogowie zniszczyli większość fantomów. Zrobił to ktoś, kto dla wielu za takiego mógłby uchodzić. Tan Sahrac. To właśnie on i jego antyczne Iluzyjne sztylety seriami unicestwiały widmowych wojowników. Byli bezbronni wobec tego rodzaju magii, dzięki której istnieli…

Tan Arkadian wzdrygnął się, gdy przypomniał sobie jedną z sekwencji szkolenia w Kardżu, wypowiadaną przez mistrza-nauczyciela:

– „Armia bez ochrony iluzjonisty, to na Ochrii wyrok śmierci dla jej żołnierzy. Nie zobaczą wroga ukrytego w Niewidzialności, nie dojdą do niego z powodu Niekończącej się drogi, a nawet jeśli, to polegną od Fantomowych żołnierzy…”

Młodzieniec za moment jednak uśmiechnął się znów, gdy jego wzrok powędrował ku drużynowym iluzjonistom, potężnemu tan Sahracowi, odważnej tan Sunin, a nade wszystko ku początkującemu… Arcikowi. No bo czy mógł istnieć inteligentny gnom, który by nie chciał być takim czarodziejem…



Hannah uradowała się niesamowicie. Właśnie zadziałał jej kobiecy instynkt i z radości rzuciła się w ramiona najbliższemu wybawcy. Niestety, był to tan Arkadian…

Zamyślony i uśmiechnięty nawet nie oponował. W chwili, gdy ramiona elfki sięgały szyi młodego paladyna, jak z podziemi między oba ciała wślizgnęła się oburzona Mantisa. Dziękczynny pocałunek przeznaczony dla wybawcy spoczął na policzku meduzy. Zaskoczone tym węże-włosy zadziałały odruchowo. Dziesiątkami wpiły swe jadowe pyszczki w śliczną twarz dziewczyny. Chwilę później, podrygując w agonii, umierające ciało zaczęło osuwać się wzdłuż żmijowych splotów nieświadomej zabójczyni.



Przynajmniej połowa postaci w komnacie władcy trzeciego poziomu Labiryntu Śmierci roześmiała się i zatarła ręce. To, co nie udało się tysiącom fantomów przez kilka godzin oblężenia, uczyniła nadmierna radość, spontaniczność i obronny odruch.

Wesołość władcy jednak równie szybko skończyła się, co i zaczęła. Wszystkie oblicza w jego komnacie wyrażały zdumienie. Przecież on sam znał od zawsze wszystkie myśli tej istoty. Nie mógł uwierzyć, że ona teraz robi coś, czego nie można było się po niej spodziewać…

Właśnie wtedy nieoczekiwanie inny, niespodziewany element z zewnątrz wmieszał się w esencję chaosu jego Labiryntu…



Arcyksiążę Amuh-rah-hor-beg nie zapomniał zniewagi i utraty Tacjano-on-hera. Poza tym pretekst był wyjątkowo dobry… Teraz, na całej długości świata Abyssu, na jego planetach legiony demonów pod dowództwem swych władców zbierały się przed portalami. Surowe, kamieniste lub pustynno-skalne równiny aż roiły się od ich niezliczonych zastępów. Nie przeszkadzało mu to, że rozerwał na strzępy kilku najbardziej opieszałych książąt. Jeszcze dzień, a będą gotowi do wymarszu. Potem już tylko musieli być przygotowani, aż wszystkie portale, szczególnie dziewięćdziesiąt jeden największych, będzie otwartych w tym samym momencie. Ten moment był równie losowy, jak sam chaos. Nie mieli wpływu na to, kiedy to nastąpi, ale musieli czekać. Ich wrogowie byli w stanie zatrzymać pojedyncze legiony, ale przybywających naraz z tak wielu wrót praktycznie nie mieli szans.

Nieliczni sprzymierzeńcy, węsząc rzeź i mord, już czekali na rozkaz. Siłę zniszczenia każdy z nich miał taką, jak kilka legionów tam, w dole. W jeden dzień potrafiliby zburzyć wszystkie budynki w dużym mieście. Zresztą nie mogli być słabi. Demoniczni przywódcy nie tolerowali gorszych od siebie…

Została jeszcze kwestia daty inwazji. Mieli to zrobić za pięćdziesiąt jeden dni, ale… Jak każdy demon, Amuh-rah-hor-beg nie przykładał zbytniej wagi do wyznaczonych terminów…

Na koniec Amuh-rah-hor-beg niespodziewanie wyczuł zbliżającą się falę chaosu w Labiryncie Śmierci. W tej chwili panował w nim spokój, jak przy wielkim odpływie wody przed potężnym tsunami. Zadowolony z obrotu sytuacji, zaczął obserwować tych, co byli odpowiedzialni za jej powstanie. Patrzył i dziwił się… Oczywiście maluczcy, zaledwie kilku bogów, paru półbogów pod ich opieką, dwóch Bezimiennych oraz wyjątkowo bardzo godny przeciwnik czekający na nich na końcu trzeciego poziomu. Nawet on nie odważyłby się stawić mu czoła. Ale… to nie oni byli katalizatorem zmian i odpływu chaosu… Nie oni piętrzyli falę… Czynnikiem tym musiało być coś innego. Spojrzał głębiej. Nic nie dostrzegł. Spojrzał kolejny raz i znów nic. Zmusił się do skupienia. To bolało. Użył wszelkich mocy… Obejrzał wszystkich jeszcze raz. Dokładnie. I… w końcu znalazł. Pyłek wśród śmiertelnych. To był jeden z nich. Taki na pozór niczym niewyróżniający się grubas, który ściskał w swej dłoni symbol jakiegoś zapomnianego boga…

Wtedy właśnie tajemniczy, bolesny dreszcz przeszedł po błoniastych skrzydłach tytanicznej wielkości. W umyśle arcydemona powstało nieprawdopodobne, dziwne przekonanie. Odczucie, że… przez niego zginie. I to po raz pierwszy i ostateczny zarazem.

Amuh-rah-hor-beg zaczął panikować. Jak każdy demon, szaleńczo kochał swój wieczny byt. Nawet przez moment zastanawiał się, czy nie odwołać inwazji… Tego złego przeczucia końca egzystencji nie osłodziła mu śmiertelna agonia jakiejś małej, elfiej istotki, ani to, że to jego wzrok mógł biernie przyczynić się do zawirowania chaosu i do tej śmierci. Bardzo głupiej śmierci…

Chociaż…

Teraz sam arcyksiążę nie wierzył własnym zmysłom… Przecież to było niemożliwe…

Rozdział XCII

Labirynt Śmierci: CZTERY DNI WCZEŚNIEJ

Drugi Bezimienny nawet przez chwilę nie miał wątpliwości. Musiał ratować swą elfią piękność. Dziwna więź, łącząca go teraz z nią, natychmiast nakazała mu za wszelką cenę nie dopuścić do jej śmierci. Nie myślał o konsekwencjach…

Użył prostej jak na niego zdolności. Zdematerializował się w obłok pustki i wtargnął swą esencją w konające ciało. Był to ostatni moment, by pomóc. Krew już nie płynęła, a mózg nie przesyłał żadnych fluidów…

Z podwójną satysfakcją niszczenia i równowagi obrócił w niebyt każdą drobinę trucizny, która znajdowała się w ciele jego tajemniczej miłości. Potem, odpływając z jej wnętrza, tchnął balansujący życie impuls w środek i zmaterializował się obok.

Słabnące tętno znienacka powróciło, a zabójczy jad zniknął z ciała dziewczyny. Leżała nieprzytomna. Zaopiekowała się nią grupa, a szczególnie zrozpaczona Mantisa.

– Nie chciałam – krzyczała, tuląc głowę elfki. – To działo się bez udziału mojej woli. Błagam, nie karzcie mnie za to! Nadal chcę być blisko mego męża…

Przez tumult pytań i odpowiedzi przedarł się sędziwy głos Asteriusza. Rozmowy pozostałych całkowicie umilkły.

– Nie było twoją wolą zaszkodzić dziewczynie, a jedynie manifestowałaś miłość do swego męża. Dziś nie poniesiesz żadnej kary, bo wszystko, wbrew logice, zakończyło się szczęśliwie. Bądź spokojna. Tu, w Labiryncie Śmierci, o ile nie zginiecie, to nic nie zachwieje twej miłości do tan Arkadiana. Strzeż go jednak, jest moim najmłodszym championem…

Mantisa o mało nie zemdlała ze szczęścia, płakała…

– Zapamiętaj coś jeszcze. To jedna z dróg waszego losu. Możliwa jak wiele innych, ale mnie bardzo bliska… Jeżeli wyjdziecie z tych podziemi, to natkniesz się na cztery wielkie przeciwności waszej miłości. Testy, pech czy problemy nie do przejścia, jeśli tak mogę to ująć. Jeżeli będziesz w stanie obrócić je w swoje szczęście i okażesz bezgraniczną dobroć, to uratujesz dla mnie swą duszę. A wtedy być może przyszłość przyniesie ci coś, co w Państwie Czworga nazywacie wieczną czwórką

Tan Arkadian, choć klęczał przy ciele Hannah, czule objął ramieniem kibić swej żony. Drugą ręką zdjął hełm. Wielu spostrzegło, że w oczach chłopaka również błyszczały łzy…



Władca trzeciego poziomu Labiryntu zaśmiał się. Równie szyderczy dźwięk popłynął z niejednych ust:

– Jeśli tak umiłowali liczbę cztery, to damy im spokój na cztery dni, a potem z czerech stron ich zmiażdżymy. A to, że tylko niematerialni przeciwnicy są w stanie dostać się do pierścienia, nie będzie dla nas żadną przeszkodą. Przez ten czas stworzymy ich niezliczone szeregi. Zabraknie im rąk, czasu i myśli, by ogarnąć wszystkich naraz…



Tan Arkadian w asyście drużyny zaniósł nieprzytomną Hannah do świątyni. Nim położył ją w przeogromnym łożu, ze zdziwieniem przypatrywał się, podobnie jak reszta osób, zmianom, jakie zaszły w wyglądzie pomieszczenia. Szczególnie zadziwiła ich fontanna i wymyślna zjeżdżalnia prowadząca do jej wnętrza. Kaskady żywych kwiatów orzeźwiały powietrze przyjemnym bukietem zapachów. Tylko Gorlam w asyście swych championów wyszedł na zewnątrz, by pomóc małej armii orków baczyć na kolejne niebezpieczeństwa. Pozostali, zmęczeni nadmiarem ostatnich wrażeń, rozeszli się po pokoikach dla gości i po raz pierwszy od dłuższego czasu zapadli w spokojny sen. Nawet Katana zaniesiono do jednego z pomieszczeń i ułożono do spoczynku.

Saw, Can, Arcik oraz ci, co nie potrzebowali snu, zebrali się w obszernej kuchni. Tam po kilku kurtuazyjnych słowach krasnolud ośmielił się zadać pytanie Asteriuszowi Wielkiemu:

– Wielki Bogu Gwiazd, czy wiesz może jak długo będziemy czekać, aż Bezimienny wezwie nas z powrotem do Labiryntu?

– Intuicja podpowiada mi, drogi Sawie, że najpierw chciałby nieco odpocząć od nas, zagłębić się w nicość, a dopiero potem będzie gotów rzucić się w wir nowych wydarzeń. Myślę, że mamy cztery dni i noce, nim pojawimy się tam. Oczywiście, jako astrolog mógłbym określić dokładny czas, ale z wiadomych przyczyn nawet mi nie wolno postępować tak pochopnie…

– Szczególnie tobie, o Wielki Panie, błagam, nie ryzykuj więcej – dodał z ukłonem tan Lemoc.

– A czy jest możliwość skrócenia tego czasu na przykład do jednej godziny? – z prośbą w głosie spytał Arcik. – Ja tak nie lubię czekać, bo to takie nudne. Coś czuję, że gdybyś, Panie Czasu, to zrobił, to te skradzione dni w imię równowagi Labiryntu Śmierci mógłbyś ofiarować nam w najtrudniejszych chwilach. Ponieważ byłby to powrót do stabilnego czasu, myślę, że nasz Dom Uciech nie doprowadziłby do riposty. To tylko taka tycia sugestia od małego nieboraczka…

– Na światłość wiekuistą, dobrze kombinujesz, młody gnomie. Jest to wykonalne dla mnie, ale pojawi się niemały problem. Po tej godzinie będziecie głodni, jak byście nie jedli przez cztery dni. Ktoś musiałby stworzyć lub przygotować kolejną ucztę i to w tak krótkim czasie…

– Słyszałem, że krasnoludy to genialni kucharze – wtrącił nieoczekiwanie kapłan. – Gdybyś, Wielki Panie, przekonał Bezimiennego lub kogoś innego, by ściągnął albo wyczarował trochę agawy i mięsiwa do tej kuchni, to nasz Saw miałby jedyną w życiu okazję popisać się przed tak imponującym gronem swoimi kulinarnymi umiejętnościami. Przecież to prawdziwy mistrz!

– Oczywiście, jestem do usług, jeśli tylko wyrazicie chęć i zrobicie to, o czym mówiliście. Faktycznie, z dziada pradziada jestem mistrzem krasnoludzkiej kuchni. Skąd ty jednak, Canie, o tym wiesz, szczególnie że jest to wielka tajemnica mego rodu?

– Eee… Tak mi się jakoś wyrwało… Ale jak jesteśmy zgodni co do realizacji naszego gnomiego pomysłu, to zaczynam stawiać garnki na piecu. Arcik, będziesz pierwszym kuchtą Sawa, więc jeśli możesz, weź paru orków i przynieście morskiej wody. Poproście też po drodze tan Uramisa, by swoimi alchemicznymi zaklęciami odsolił ją i oczyścił. Ponieważ nasze orki, jako urodzone w Labiryncie nie potrzebują jeść i pić, to pamiętajcie, że gotujemy dla około trzydziestu osób. Ja sam zjem za pięciu. Do dzieła, panowie.

Entuzjazm i zdecydowanie kapłana udzieliły się wszystkim. Każdy wiedział, co ma robić. Tylko Saw zaskoczył wszystkich, bo pierwsze kroki skierował do sąsiedniej łaźni, gdzie zdjąwszy odzienie do pasa, rozpoczął dokładną ablucję.

Gdy po kwadransie czyściutki wrócił do kuchni, czekało już tam na niego kilkadziesiąt grubych, metrowej długości liści agawy. Każdy mięsisty, umyty i pozbawiony kolców. W miejscach po nich żółtawy, soczysty miąższ zdobił zieloną skórkę rośliny. Obok znajdowały się surowe płaty szynki z bawoła opasa oraz różnorodne przyprawy.

Saw natychmiast wziął się do roboty. Jego ręce szybko i sprawnie małym kuchennym nożykiem nacinały wzdłuż środka wnętrze liści agawy. Potem to samo zrobił w poprzek, ale co kilka centymetrów. Zaczął też komentować swe kuchenne czynności:

– Tę potrawę po krasnoludzku nazywamy wulkaniczną łodzią. Agawę naciąłem wzdłuż i wielokrotnie w poprzek. Następnie trzonkiem noża poszerzam nacięcia. Teraz do wnętrza powstałych szczelin wkładam paski mięsiwa. Czas na nadbudówki z cienkich kwadratów ananasa.

Ktoś z tyłu podał mu przygotowane kawałki owoców.

– Następnie sypiemy przyprawy na mięso i z góry polewamy miodem. Potrzebujemy jeszcze pędów bambusa na maszty kotwiczące nadbudówki i możemy całość ustawiać nad płomieniem. W ten sposób podgrzewamy spód liścia aż do rumianej brązowości…

Kucharzący zrobili dziesięć wulkanicznych łodzi, po czym Saw zaczął przyrządzać kolejną potrawkę.

– A teraz proponuję koronę krasnoludów. Z dziesięciu liści agaw usuwamy ostre kolce na szczycie i po bokach. Potem odcinamy z wierzchołka szpiczasty około piętnastocentymetrowy fragment. Z wierzchniej strony pozbawiamy go skórki, po czterokroć nacinamy w poprzek i wkładamy w środki plasterki mięsiwa. Na razie odkładamy na bok.

Krasnolud wziął głęboki oddech.

– Pozostałą długą część liścia kroimy na równe dziesięciocentymetrowe porcje. W każdej odcinamy skórkę z wierzchu i od spodu, ale nie z boków, aby nam się taki fragment nie rozpadł. Uwaga, bo te brzegi liścia są nadal ostre. Następnie w każdym takim odcinku cienkim, długim nożem wycinamy przez miąższ wzdłuż środka liścia dziury na wylot, czyli drenażujemy. W tak powstałe puste przestrzenie wkładamy kawałki jabłka oraz posiekane mięso, do którego wcześniej dodajemy ulubione przyprawy. Te dziesięciocentymetrowe fragmenty liści ustawiamy w pionie na półmisku w kształcie trzech okręgów, ale tak, aby opierały się o siebie. Teraz mała modyfikacja. Co drugi kawałek w środku musi być o połowę niższy, więc chwilowo go wyjmujemy, odpowiednio skracamy i wkładamy z powrotem. Gdy potrójny okrąg jest już ukształtowany, całość zalewamy zwykłym ciastem, wykonanym z mąki, jaj i zmielonych orzechów. Gdy wszystko jest już gotowe i ciasto obeschnie na koronie, w specjalne zagłębienia, które niedawno robiliśmy, ostrożnie pionowo wkładamy szpiczaste fragmenty agawy, przygotowane na początku. Całość polewamy miodowym cukrem i wsuwamy do pieca. Obserwując danie, czekamy, aż cukier lekko się skarmelizuje. Potem wyjmujemy i jeszcze doprawiamy. Uwaga: jeżeli ktoś nie gustuje w krwistym mięsie, powinien wcześniej je podsmażyć.

Przygotowanie odpowiedniej korony było niemałym wyzwaniem, ale najdziwniejsze okazało się to, że znalazły się wszystkie składniki. Dzięki wielu pomagającym oraz niewielkiemu wsparciu magii już po kwadransie wspaniała krasnoludzka korona była gotowa…

Po krótkiej chwili odpoczynku Saw kontynuował:

– Tym razem proponuję serce góry. To moja ulubiona krasnoludzka potrawa. – Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy kucharza. – Do tego użyjemy dwadzieścia liści agaw.

Pozostali z podziwem spojrzeli na metrowe liście. Szykowała się wspaniała wyżerka.

Tymczasem Saw kontynuował:

– Każdy liść kroimy na dziesięć równych kawałków. Wierzchołkowe części odkładamy, pozostałe zaś pozbawiamy, podobnie jak uprzednio, skórki od spodu i z wierzchu, bacząc, by fragmenty po bokach pozostały nienaruszone. W środku robimy po cztery dziurki na wylot i każdą z nich napełniamy innym nadzieniem. To będą nasze żyły cennych kruszców. Jako żył złota użyjemy podsmażonych pasków mięsa, obtoczonych w miodzie. Za żyłę srebra posłużą nam paski lekko gotowanej ryby, obsypanej kokosem. Przy wkładaniu użyjcie dwóch płaskich patyczków, aby wam się nie rozleciała. Za żyłę platyny posłużą nam paski kurczaka, koniecznie ze skórką. Najpierw dobrze upieczcie je w karmelu, obsypcie potem białym serem i za pomocą patyczków włóżcie do środka. Na koniec zrobicie żyłę z mitrylem. Ponieważ jego ruda przed obrobieniem ma złocisty poblask, użyjecie ciasta orzechowego, które dodatkowo wymieszacie ze słodkim kawiorem. Wlejecie je do wnętrza kolejnej dziurki po zatkaniu jej uprzednio oliwką, winogronem lub innym owocem. Następnie dziurkę zamknijcie od góry, w przeciwnym razie podczas pieczenia zawartość może się rozlać. Ponieważ widzę tu truskawki, to użyjemy ich do zatkania wylotów. Każdy taki fragment liści agawy z czterema różnymi żyłami wewnątrz oddzielnie lekko zapiekamy, a gdy nabierze odpowiedniego koloru, na dużym półmisku zaczynamy układać górę. Najpierw niczym domek z kart pośrodku ustawiamy pierwsze kawałki. Kolejne wokół i na górze. Tak postępujemy, dopóki nie powstanie wysoka sterta, czyli nasza góra. Wierzchołek otaczamy szpiczastymi kawałkami agawy, tak by przypominały strzeliste szczyty. Na koniec wszystko polewamy gęstym, owocowym karmelem. Gdy karmel zastygnie, całość wkładamy do pieca. Uprzedzam: serce góry to wspaniała wyżerka dla licznej rodziny lub oddziału wojowników. Palce lizać…

Zachęceni tym koledzy ostro wzięli się do pomagania kucharzowi. I całe szczęście, bo nawet przy udziale takiej liczby osób, przygotowanie całego dania trwało ponad pół godziny. Szczególnie, że każdy z nich czuł się coraz bardziej głodny…



Asteriusz naginał czas. Osobom w pierścieniu przemijał on w zastraszającym tempie. Hannah spała, ale był to sen, w którym marzenia senne przelatywały z szybkością błyskawicy. To samo zresztą dotyczyło innych. Tylko Gorlam Waleczny i jego orki wykorzystywali ten czas na przygotowania do bitwy…



Bóg Rycerstwa zdawał sobie sprawę, że nadchodząca walka ich nie ominie. Nie mógł użyć swych złotych rycerzy, ale na szczęście na podorędziu miał prawie tysiąc orków, których delikatnie ukształtował na swoje podobieństwo. Odziani w złote zbroje, wyposażeni w miecze, wekiery, tarcze oraz dwuręczne espadony, każdy z osobna był niczym jednoosobowa armia. Chciał jednak, aby stali się jeszcze potężniejsi. Ponieważ już dużo wcześniej do ich żołnierskiego wyszkolenia w magiczny sposób dodał mentalność i umiejętności paladynów, postanowił nie żałować swej wszechmocy na inne cele. Kolejne boskie przemiany wzmacniały ich siłę, żywotność i intelekt. Obdarzył ich wiedzą, począwszy od umiejętności czytania, pisania i heraldyki, kończąc na geografii świata i historii narodów czy ras. Stawali się nowymi osobami, wręcz nową podrasą… Nie mieszał się jedynie do ich wiary, bo byli to pierwsi wyznawcy Katana. Nadal jednak czuł niedosyt. Spowodował, by wszelkie rany goiły się niczym u trolli, a szczęście Asteriusza towarzyszyło im na każdym kroku. Aby byli wszechstronni, nawet przy ich pancernych butach stworzył małe skrzydełka. Ta modyfikacja pozwalała im na stałe chodzić w powietrzu, tak jakby były w nim niewidzialne ścieżki.

Wreszcie był zadowolony. Dopiero wtedy zorientował się, że minęły chyba cztery dni. Odprężył się, bo wyczuł, kto jest za to odpowiedzialny. Czasu było już niewiele. Ustawił orki w zwartej formacji wokół wyspy, udzielając im instrukcji na wypadek ataku. Ze względu na bojowy potencjał i naturalną dobroć serca wybrał czterech z nich. Następnie wraz z nimi i swoimi championami udał się do wnętrza świątyni.

Gdy wszedł do środka, zorientował się, że właśnie trafił na kolejną ucztę…

Szybko wraz ze swą świtą dołączył do niej, szczególnie że nadszedł czas na ostatnią balladę…



Gorlam waleczny miał rację. Potwierdziły się jego wcześniejsze obawy. Gdy w świątyni przebudzeni goście i Hannah z niebywałym apetytem zajadali się krasnoludzkimi delicjami, armia orków na zewnątrz została niespodziewanie zaatakowana.

Niewidzialni przeciwnicy, przytłaczająco liczebni, ze wszystkich stron rzucili się na szeregi orków…

Rozgorzała druga bitwa o wyspę w pierścieniu…

Rozdział XCIII

Labirynt Śmierci: BITWA I SAGA

Gdy na zewnątrz świątyni toczyła się zażarta bitwa, Asteriusz na wszelki wypadek postanowił wszystkich uspokoić:

– Sprawdziłem, co się dzieje na zewnątrz. Na razie orki nieźle sobie radzą i nie widzę, by miał nastąpić koniec żywota któregoś z nich w najbliższej przyszłości. Pozostańmy tu, bo przebywając na zewnątrz możemy niechcący zmienić przeznaczenie. Masz teraz czas, bardzie, na ostatnią sagę.

Tan Abuk pokłonił się nisko. Z ogromną dozą szacunku wyjął lutnię, a potem, patrząc na przemian w oczy tan Sahraca i tan Kemota, smukłymi palcami dotknął strun…



Pierwszy Bezimienny był nieco zaskoczony. Wokół niego walczyło chyba z tysiąc orków z dziesięciokrotnie liczniejszym wrogiem i jak dotąd nie widać było wśród nich żadnych strat. Choć byli w defensywie, ich rany magicznie zasklepiały się, a przeciwnicy znikali po każdym ciosie. Pewnie by obronili wyspę, gdyby nie to, że coraz więcej wrogów przenikało do świata pierścienia…

Wtedy ją usłyszał…

Muzyka najpierw niczym morski szkwał omiotła okolicę. W przyjaznych tonach słychać było szum oceanu, krzyki mew i morską bryzę. Potem wmieszał się dźwięk czegoś, co dawało rezonans w silnym wietrze. Było tego coraz więcej… Melodia jakby wznosiła się w powietrze, coraz wyżej i wyżej. Wtedy też rozpoznał to miejsce… Swoją ojczyznę…



Mrowie wysp w słońcu lśniących to serce Archipelagu Pajęczego,

Jakkolwiek gęsta sieć przeogromnych pajęczyn tworzy jakby ciało jego.

Grube niczym trakty i półprzezroczyste, w dnie oceanu korzenie mają,

A wznoszą się tak wysoko nad wyspami, że prawie księżyców sięgają.

Dopiero tam, w pustce kosmosu znikają, gdzie ich końce mróz strzępi,

Ci jednak, co sekret znają, wiedzą, że nic ich nigdy z Ochrii nie wytępi.

Bowiem każdej pajęczej nici codziennie przybywa z dołu metr nowy,

Są przeto żywą legendą Ochrii i czymś, co w planetę wbiło swe okowy.



Walczące orki były jak pajęcza sieć. Rozstawione symetrycznie w powietrzu, broniły dostępu do świątyni. Ich miecze nie próżnowały, a tarcze i zbroje przyjmowały mnóstwo ciosów.

Fantomowi malauccy wojownicy nie mieli wystarczającej krzepy w dłoniach, by przebić potężne, płaszczyznowe zbroje orczych rycerzy. Wzmocnione magią i zaklęciami bogów powodowały, że iluzyjne miecze i szable tępiły się lub łamały, co samo w sobie już było niezwykłe. Dodatkowo ani jeden ork nie stał nawet przez moment w miejscu. Były w bezustannym ruchu, co chwila robiąc uniki lub przyjmując pozycję tarczownika. Żaden nie zwracał uwagi na to, że pod nimi, daleko w dole znajdowała się skała lub toń wody.

Przyglądający się im Pierwszy Bezimienny zachwycał się harmonią i efektywnością, z jaką odpierały nieprzeliczonych wrogów. Wyraźnie walka była ich żywiołem, bo nie dostrzegał jakichkolwiek oznak zmęczenia lub paniki. Uspokojony tym, oddał się wsłuchiwaniu w zaklęty ton ballady…

Nieoczekiwanie słowa piewcy nagle ucichły. Przesłoniły je czyjeś wspomnienia, które gwałtownie wdarły się do umysłów słuchaczy…



Tan Sahrac uśmiechnął się, gdy przywołany słowami sagi obraz pajęczych nici pojawił się w jego wyobraźni. Po raz ostatni sięgnął do ulatujących obrazów i przekazał ich wizje zebranym.

„Niech i oni zobaczą, co zostawiłem za sobą” – pomyślał i…



„Najpierw ujrzeli pajęczyny. Grube, sprężyste i… jakże swojskie. Przynajmniej takie mieli odczucia, które ktoś im zaszczepił. W odróżnieniu od pajęczyn, które snuły zwykłe pająki, te szokowały długością, kilkunastometrową średnicą pojedynczej nici i legendarną odpornością. Przez istoty żyjące na Ochrii były uznawane praktycznie za niezniszczalne. Nawet po nacięciu wypływało ze środka coś, co w zetknięciu z powietrzem momentalnie krzepło. Potem zespalało się z pajęczyną. Przybierało jej konsystencję i wygląd, a tylko białawy odcień świadczył o okaleczeniu.

Nie mógł uszkodzić ich zwykły kwas, mróz czy ogień. W przeciwieństwie do pajęczyn zwierzęcych krewniaków nie zapalały się od ognia. Wręcz odwrotnie. Ogarnięte płomieniami stawały się niebywale giętkie, lepkie, wręcz galaretowate w takim miejscu. Gdy ono z jakichś przyczyn stykało się z inną pajęczyną lub czymkolwiek suchym, tworzyły się nowe, wyjątkowo trwałe połączenia. Ten proces zlepiania powodował, że nawet meteory po przedarciu się przez najwyższe partie pajęczych nici grzęzły w kolejnych. Rasy egzystujące blisko pajęczyn tę swoistą reakcję na ogień wykorzystywały do zaginania sztywnych nici i łączenia w nowe formy. Tak powstawały podwaliny całych napowietrznych poziomów albo szkieletowe konstrukcje okrągłych gniazd-miast”.



Myśli matki wszystkich inwazji w tajemniczy sposób silnie odbierali pozostali biesiadnicy. Nikt nie śmiał jej jednak przerwać. Niestety cierpiała na tym ballada. Nawet tan Abuk nie odważył się recytować, choć dźwięki nadal płynęły z jego lutni…



„Tan Sahrac wspomnieniami wrócił do ostatnich chwil przed wymarszem na zlot paladynów Ochrii. Jak na jawie ujrzał swe imperium Karakh-dzi w chwili, gdy je opuszczał. Jego włości stanowiło ponad trzysta trzydzieści wysp wraz z dziesiątkami tysięcy wyrastających wszędzie grubych nici. Te ostatnie, połączone dodatkowymi pajęczynami, uplecionymi przez jego poddanych, tworzyły wielowarstwową krainę. Setki poziomów, na których tętniło życie. Tam, na przeróżnych wysokościach rozsiane było mrowie dużych i małych miast, a na uwięzionych meteorach dodatkowo tysiące pajęczych lub ludzkich twierdz. I oczywiście ozdobą całości była ogromna stolica…

Pamiętał, jak w ostatniej chwili przed wymarszem jeszcze raz obrócił się i spojrzał w dal…

Nadnaturalny wzrok gdzieś daleko na zachodnich rubieżach dostrzegł miejsca, gdzie toczyła się bitwa z sąsiadem tan Rah-ka. Czerwono-czarne sharany i arany wgryzały się w szarobiałych obrońców jego imperium. Wyssane z życiowych soków w połowie puste chitynowe pancerze niczym sporadyczne krople deszczu spadały z pajęczyn. Często z kilkukilometrowej wysokości. Gdy po dłuższej chwili uderzały w granatową toń wody, żarłoczne mozozaury posilały się. I to już czternasty dzień z rzędu…

Zresztą tak było zawsze. Dni bez walki z sąsiadami były niczym święta, a tylko częste inwazje zagrażające obydwu stronom przerywały je na poważnie.

W centrum jego imperium aż po horyzont ciągnęło się ogromne miasto-kokon Karakh-kor-korum. Stolica. Mieszkańcy jednak w tej właśnie chwili opuścili swe domostwa i milionami uczepieni pajęczyn obserwowali odejście swojej władczyni.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że będą niczym niemowlęta bez matki, gdy ten odziany w zbroję ludzki rycerz ich opuści. Nie przeszkadzało im, że właśnie czule obejmował swe pociechy. Że gorącymi pocałunkami żegnał żonę, a ich oczy pełne były łez. Bez względu na to, jak teraz wyglądał, w swych umysłach widzieli dziesięciometrową władczynię, która od stuleci dzielnie broniła ich gniazd i wysp.

Nawet zaproszeni goście podziwiali pożegnanie. Kapitanowie-kupcy stali na dziobach swych latających statków lub innych obiektów i przez magiczne lornety oglądali ostatnie wspólne chwile rodziny. Nie zwracali uwagi na to, że na tych wysokościach ich zakotwiczone pajęczynami transporty chyboczą się niczym chorągwie. Tu, w środku imperium Karakh-dzi, nie przejmowali się też tym, że mimo toczących się na obrzeżach wojen, większość poddanych właśnie zebrała się, by pożegnać swą władczynię…

Tan Sahrac w swej wizji po raz ostatni pocałował ukochaną żonę i delikatnie stawiając ją na pajęczym trakcie, odsunął się. Wtedy też przemienił się, a opierając się zaledwie na czterech kończynach podniósł w górę dwanaście pozostałych. Dwie pary szczękoczułek i nogogłaszczek uderzały o siebie, wywołując aplauz poddanych. Kilkadziesiąt milionów fanatycznych poddanych w całym imperium jednocześnie oddało salut. Bez względu na to, gdzie byli, długie, krótkie, szerokie lub wąskie jadowe kolce stukały o siebie, a zielona posoka wypływała z ich rowkowatych końców. Po chwili nawet woda w oceanie pod nimi zaczęła barwić się mroczną zielenią.

Tan Sahrac wrócił do ludzkiej, paladyńskiej postaci, po czym dotknął stopą narysowany na pajęczym trakcie run. Specjalnie na tę okoliczność przygotowany. Magia pociągnęła go i pchnęła daleko w centrum odległego Orcusa Wielkiego. I tylko klekotanie uderzających o siebie jadowych kolców odprowadzało go na wielki zlot paladynów…

Wówczas nie miał pojęcia, że nigdy z niego już nie powróci…”



Wtedy Arcik nie wytrzymał. Jak każdy gnom, doskonale opierał się wszelkim iluzjom. Wykorzystując krótką chwilę przerwy we wspomnieniach mówcy, zdobył się na karkołomny wyczyn. Złapał jedną z wybornie pachnących wulkanicznych łodzi i nagle, choć z trudem, jej koniec… wcisnął tan Sahracowi do ust. Choć paladyn zrobił srogą minę, poskutkowało.

Wizje odeszły z umysłów, a bard mógł kontynuować…



Tysiące, a może i więcej pajęczych ras, ten archipelag zdominowało,

I przez milenia niewyobrażalną ilość gniazd w pajęczynach pozakładało.

O średnicy kilku kilometrów, wyglądem jedwabne kokony przypominają,

W środku jednak to wielkie metropolie, co własne arterie ulic posiadają.

Domostwa, wille, pałace czy zamki znajdują się wewnątrz tej struktury,

Także place, targi, magiczne pracownie i budowle nieznanej mi natury.

Wielce sławne są jednak te miasta ze swych więzień dla niewolników,

Bo tam w letargu czekają inne rasy… na przydział na stół biesiadników…

Wielu osobom odechciało się jeść na dźwięk tych ostatnich słów. Zasmuceni, przez chwilę wrócili do losu swych więzionych ziomków i ich przeznaczenia…

Saw odezwał się:

– Nie przy jedzeniu, proszę.

Na to odpowiedział Can:

– Czemu? Będzie więcej dla nas…

Krasnolud kiwnął głową.

– Wiesz, coś w tym jest… smacznego…



Bezimiennemu zaczął przeszkadzać hałas wywołany odgłosami walki. Bitewny zgiełk wypaczał sens melodii. Zdenerwowany uruchomił jedną ze swoich mocy. Aby broń fantomów nie uderzała o metalowe pancerze orków, otoczył ich pustką nicości. Wąską obwódką, aurą wokół całego ciała. Wyraźnie pomogło. Ostrza broni napastników znikały przed zetknięciem się ze zbrojami…

Teraz mógł w ciszy całkowicie oddać się wsłuchiwaniu w balladę…



Myli się ten, kto sądzi, że wspomniane imperia archipelagiem rządzą,

Są tam rasy czy istoty, którym pajęcze inwazje krzywdy nie wyrządzą.

Najbardziej wredne z nich to mastugi, diabelstwa z piekielnych otchłani,

W czeluściach wielu wysp mają ogniste twierdze, co bronią tych drani.

A gdy przez ciężkie hufce, siłom dobra zaprzysiężone, nie są oblegane,

Planują inwazje, knują intrygi i spokojne rasy znienacka są atakowane…

Oblicza osób zebranych w świątyni przybrały zacięty, stanowczy wyraz na wzmiankę o tych istotach. Zgrzyt zębów i zawzięty wzrok wskazywały, że bez wyjątku nikt z biesiadników nie jest miło do nich nastawiony.

Nienawistne uczucia rozpłynęły się, gdy bard zaczął opowiadać o demonach. Dla paladynów był to wróg jak każdy inny. Czasami silniejszy, czasami nie, ale jakby bardziej przewidywalny… I to mimo obecnej w nim esencji chaosu…

Melodia zawirowała niczym wiatr na morzu, a potem już nie trzymała się jakichkolwiek schematów dłużej niż przez chwilę. Zmieniające się tony sugerowały, że jest teraz mowa o czymś, co nie znosi jednostajności… O jedynej rasie, której przedstawiciele uwięzieni w lochach faktycznie mogliby umrzeć… z nudów…

Fragmentami archipelagu rządzą demony, ich twory czy wynaturzenia,

Przykładem równinne Wyspy Grozy, gdzie nie ujrzysz innego stworzenia.

Na nich hordy gorylokształtnych malgirów między portalami się snują,

Nosząc dziwne futra, co nawet swe barwy do otoczenia dostosowują.

Te półdemony-półssaki, miast włosia mają długie, błękitne kryształki,

I trzy pary górnych ramion, którymi wrogów rozszarpują na kawałki.

Dzięki wspinaczce i mimikrze zagrażają pajęczym społecznościom,

Gdyż tylko święty oręż może zaszkodzić tym nieproszonym gościom.

Silni czarnoksiężnicy niewolą ich magią, by służyli za psa bojowego,

Szczególnie, że nie można ich odesłać, bo pochodzą ze świata tego.

Na Kryształowych Wyspach, które miast skał wielościany tylko mają,

Te szalone istoty w rytualnych wirach podczas burz się rozmnażają…

Nieoczekiwanie Saw czknął, a potem spytał:

– Coś czuję, że te kryształy mają wielką handlową wartość. Czy to prawda, że Kryształowe Wyspy i Wyspy Grozy są wielce oddalone od siebie? Czy któryś z żeglarzy mógłby to potwierdzić?

– Na nieskończone połacie przestworzy, masz rację, mój zacny krasnoludzie… – zaczął tan Haqim.

Jednak nie dokończył, bo przerwała mu rudowłosa tan Irmin:

– Kryształowe są na zachodnim końcu Ochrii, zaś Wyspy Grozy na wschodzie. Niestety, raz na kilka, innym razem na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat nadchodzi rok zguby… Nieprzeliczalne hordy malgirów wędrują wtedy pajęczynami, wyspami, a niekiedy nawet wpław do swojego miejsca rozrodu, by tam po rocznych rytuałach i krótkiej ciąży wydać potomstwo. Nota bene są hermafrodytami. Potem wraz z młodymi wracają… Te inwazje wywołują ogromne wojny, szczególnie jeżeli prowadzą przez środek jakiegoś archipelagu. Najgorsze jest to, że nie można ich zatrzymać. My smoki, tylko trzebimy maruderów, którzy za bardzo rozproszyli się po bokach i nie podążają razem z hordą. Żadnego pochodu tych istot jednak nie powstrzymamy. Znacznie gorsza sytuacja jest, gdy ich liczna grupa próbuje na dłużej ostać się lub… osiedlić w jakimś miejscu…

– To jest ich aż tak wielu? – spytał Saw.

– O tak – dodała dziewczyna – pamiętaj, że dzięki portalom na Wyspach Grozy mają u nas tylko swoją wylęgarnię. Większość ich populacji zamieszkuje niezliczone światy Abyssu…

Krasnolud zasępił się. Jego Ochria, choć wiedział, że czterokrotnie większa od standardowego świata, na tle innych sfer egzystencji była tylko nieznaczącym pyłkiem…

Arcik, nieznoszący przestojów, lekko kopnął pod stołem tan Abuka.

Ten zdziwił się, ale zrozumiał i zaczął ponownie bajać:

Gdzie indziej grasagi drążą góry i w ich trzewiach zakładają enklawy,

A tam w mocach czarnoksięskich ciągle się szkolą i to nie dla zabawy.

Najwięcej zamieszkuje Wyspy Krecie, co kopce termitów przypominają,

Tam jest też ich stolica i stamtąd grupy uczniów na przygody wysyłają…



Władca trzeciego poziomu Labiryntu był wściekły. Jeszcze trochę, a jego fantomy nie zrobią najmniejszej krzywdy, i to nawet przez cały dzień walk. Pierwszy raz spotkał się z taką sytuacją. Miał tak ogromną przewagę, a mimo to przez Bezimiennego jego wojska nie mogły nic uczynić obrońcom…

Nagle go olśniło. No, bo jeśli nie można było nic im zrobić fizycznymi atakami, to może uda się ich wybić przy pomocy dźwięku. Sonicznie. Od razu zaczął modyfikować przesyłane do wnętrza fantomy…



Na pajęczym żyją istoty, które na innych archipelagach występują,

Populacje ich są też większe niż tam gdzie normalnie zamieszkują.

Bo i miasta-państwa dżinów spotkasz w wielu miejscach na niebie,

Tylko wobec tylu wrogów, bardzo bojące się o swe chmury i o siebie.

Szczególnie nienawidzą się z ifrytami, co ogień i zło reprezentują,

Bo one to na obłokach popiołu czerwono-czarne twierdze budują.

Gdy podniebne krainy obu nacji się zbliżają, dochodzi do katastrofy,

Towarzyszących temu rzezi, braku litości i tortur nie ujmiesz w strofy…

Tan Haqim jako półdżin posmutniał. Będąc podniebnym żeglarzem, brał udział w niejednej takiej bitwie… Zresztą nie tylko na Pajęczym…

Muzyka zmieniła charakter. Tym razem jej tony powędrowały w górę, jakby ku niebu. Wtedy zaczęły przypominać łagodne podmuchy wiatru… morskiej bryzy…

Na lądzie, w wodzie czy w powietrzu nie jest tam nigdzie bezpiecznie,

Mimo to królestwa, państwa czy imperia wydają się trwać wiecznie.

Przykład dały smoki, tworząc struktury przypominające wielkie rody,

Dlatego są siłą w wojnach i łatwiej chronią sprzymierzone grody.

Tylko dzięki tym dziwnym sojuszom mogą swoje młode odchować,

Choć w zamian muszą nad nimi ciągle szybować i niebo penetrować…



Nowo przybyli fantomowi wojownicy byli tym razem dodatkowo psionikami. Nie musieli atakować bronią. Aby ranić przeciwników, używali wiązek Psionicznych fal...

Poskutkowało. Pierwsze szeregi orków dosięgły przenikliwe dźwięki. Nie były ich w stanie jeszcze zabić, ale eliminowały. Wijący się w nieustającej agonii rycerze nie byli już większym zagrożeniem…



Ludzie mają siedziby na powierzchni pojmanych przez sieci meteorów,

A to pozwala unikać zagrożenia ze strony morskich i lądowych stworów.

Lubią za to dosiadać wszelkie latające stworzenia, a szczególnie smoki,

I montują czteroosobowe siodła o wysokich brzegach, co chronią boki.

Z przodu, zbrojny w długą kopię i pancerz, siada ktoś z rycerskiej kasty,

Za nim mag lub czarnoksiężnik i to pod postacią odważnej niewiasty.

Trzecie przeznaczają dla uzdrowiciela, czyli przeważnie dla kapłana,

Ostatnie miejsce ma kusznik-wypatrywacz, by załoga była dobrana.

Na mniejszych stworzeniach rycerze i łowcy parami okolice patrolują,

I tylko półolbrzymy z kuszami wałowymi przejść na sieciach pilnują.



Bezimienny zdenerwował się. Tego było za wiele. Przy takich hałasach słuchanie ballady było niemożliwe.

Od niechcenia uruchomił tajfuny pustki. Jeden po drugim wypływały z niego nieprzerwanym ciągiem. Podążały prosto w kierunku hałasujących fantomów. Gdy było już ich około setki, przestał je tworzyć i skupił się na balladzie…



Choć tych grubych pajęczyn na archipelagu są liczby nieprzeliczone,

To bardzo mało znajdziesz takich, co równo w pionie są ustawione.

Większość pnie się pod łagodnymi kątami, więc podróże umożliwiają,

A przy tym mimo tysięcy krzyżówek całkowicie słońca nie zasłaniają.

Przez półprzeźroczystą materię promienie światła częściowo przechodzą

Albo odbijają się jak od luster i refleksami promyków wyspy nachodzą…



Władca trzeciego poziomu dosłownie wychodził z siebie. Na twarzach niektórych postaci w jego komnacie widniały dużo silniejsze odczucia. Setka szybkich jak wiatr tajfunów pustki dosłownie zmiatała jego fantomy. Co dziwne, omijały orki, co samo w sobie było sprzeczne z naturą bezimiennych. Nie powinny nikogo faworyzować… Przecież one nie miały duszy…

Mało tego. Jego psionicy nie zabili jak dotąd ani jednego przeciwnika. Owszem, może kilka setek wiło się w agonii, ale oni nie umierali. Rycerskie podtrzymanie życia połączone z regeneracją powodowało, że nawet śmiertelnie okaleczeni wracali do walki, a potem i do pełnego zdrowia.

Ponieważ sonika jednak działała na obrońców, zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Zmobilizował pozostałe fantomy do użycia swych mocy w jednym momencie.

Dziwny narastający dźwięk, przypominający buczenie, zaczął nasilać się wokół granic enklawy pierścienia.



Na wyspach jest więc parno, dużo światła i rośnie bujna roślinność,

Niech cię jednak nie zwiedzie ta pozorna, idylliczna niewinność.

Na obrzeżach starych puszcz więcej drzewców niż drzew napotkasz,

Zaś w niskim buszu wielkie płożące powoje, na potwory polujące spotkasz.

I choć mniejsze egzemplarze nieostrożnym humanoidem się zadowolą,

To największe, o liściach jak jeziora, na statki i walenie polować wolą.

Gdzieniegdzie ogromne puszcze ujrzysz wysoko w powietrzu się unoszące,

A w nich wypełnione lekkim gazem rośliny i powoje szybko rosnące.

Te pnącza zakotwiczają lasy i chronią przed silnymi wiatrami,

A nawet w jakiś symbiotyczny sposób karmią je mineralnymi solami.



Przerażająco ogłuszający huk ruszył w kierunku pierścienia. Fala uderzeniowa powinna zniszczyć wszystko, co znajdowało się na jej drodze.

I wtedy, gdy wydawało się, że władca trzeciego poziomu Labiryntu nareszcie odniesie zwycięstwo, zdarzyło się coś, co niespodziewanie popsuło mu szyki.

Mało tego, nie przeszkodziło nawet bardowi w kontynuowaniu ballady…



Melodia zachwycała świeżością i ukajała melancholię. Nowe tony przypominały tchnienie morskiej bryzy w bezchmurną księżycową noc…

Bogate w barwy laguny wiele wysp tego archipelagu otaczają,

Tworzą piękne, piaszczyste plaże i zamorski urok wokół roztaczają.

Na ich tle ruiny przedziwnych budowli oraz osady ras egzotycznych,

Co rozważnie bytują w warownych twierdzach o murach niebotycznych.

A przecież wrogów jest co niemiara wokół, weźmy choćby plaże,

Tam nawet wielkie ziemnowodne wieloryby mają swoje gadzie straże.

To dziwny układ, gdzie trzydziestometrowe wielkopłetwe anartachy,

Dla bezpieczeństwa, po krylowym żerze wpełzają na piaskowe łachy.

A tam liczne grupy morskich krokodyli strzegą te walenie zawzięcie,

Bowiem zawsze któryś wypluje zawartość żeru na gadzie przyjęcie.

Giganty wszelkich odmian, cyklopy i morskie tytany to słaboszczaki,

Wobec imperiów trytonów, oktopusarian czy pancernych kraki.

Te ostatnie to coś między krabem a rakiem z mózgiem głowonoga,

Są tak liczne, żarłoczne i sprytne, że ich pochodom towarzyszy trwoga.

Rosłe na dwa metry, szerokie na trzy, o szczypcach ostrych jak gilotyny,

Mają grubą skorupę i mogą ciskać piorunami, choć nie bez przyczyny.

Dojrzewają osobno, ale po pierwszym rozrodzie, w rytuale niezdrowym

Mięczak wpełza pod pancerz kraba i zespala się z jego systemem nerwowym.

Odtąd kraki zyskuje nazwę, rozdwojenie jaźni i chęć nabywania wiedzy,

Przez co następne kilkaset lat spędzi w siedzibie, nie przekraczając miedzy.

Zamieszkując tak podwodne stoki wysp, uczą się druidycznych mocy,

A gdy są gotowe, to gwardiom strzegącym granic ruszają do pomocy.

Dodatkowo magia daje im władzę nad prostymi wodnymi zwierzętami,

Co pomaga wyżywić im swe kolonie otoczone wodnymi odmętami.

Najgorzej jest wtedy, gdy coś je zdenerwuje lub siedziby poniszczy,

Rój budzi się do mitycznego marszu i szaleje, aż wroga nie zniszczy.



Władca trzeciego poziomu Labiryntu poddał się. To nie w porządku. Najpierw te otoczki nicości, potem tajfuny pustki, a teraz…



Pierwszy Bezimienny, zdenerwowany, wręcz wściekły z powodu problemów na zewnątrz, wszedł do świątyni. Miał już dosyć przerywania tego, co mu się należało. Fakt, że obrócił w nicość tych hałasujących nicponiów, ale…

Nie mógł uwierzyć w to, co spostrzegły jego bystre elfie oczy. Zresztą taki widok mógłby zaskoczyć niejednego…

Wielka uczta, cała drużyna w jego domu, a tam na łożu jego dopiero co poślubiona małżonka Hannah spoczywała w ramionach Drugiego Bezimiennego…

Nie zwrócił uwagi nawet na barda, który przestał grać. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, a tajfuny pustki zaczęły opuszczać drgające ze wściekłości ciało…

Rozdział XCIV

Labirynt Śmierci: OŚWIADCZYNY

Hannah niczym jaskółka wyskoczyła z gniazdka rąk Drugiego Bezimiennego i jak strzała pomknęła w stronę męża. Jej smukłe stópki, szybko, nie roztrącając potraw, delikatnie odbijały się od zastawionego stołu, na którym w zasadzie już tylko liczne ogryzki agawy świadczyły o obfitej uczcie.

Kilku bardziej łakomych biesiadników nie przerwało nawet posiłku. Zwłaszcza Can i Saw.

Na końcu blatu mocno odbiła się i długim skokiem poszybowała prosto w objęcia przystojnego gościa, a zarazem pana tego domu. Nie zastanawiała się nawet nad tym, że na drodze ku jej miłości znajdują się dwa wirujące tajfuny pustki. Jeszcze chwila i powinny ją zanihilować…



Pierwszy Bezimienny ją uprzedził. On również skoczył w jej kierunku i niczym tancerz przepłynął pomiędzy obracającymi się wirami. W zetknięciu z jego ciałem obie emanacje nicości prysły niczym mydlane bańki.

Wtedy ich ciała spotkały się…



Oglądający to biesiadnicy nie mogli wyjść z podziwu, widząc jak para półnagich elfów unosi się na wysokości trzech metrów, szczególnie że namiętnie całowali się i zarazem obracali wokół własnej osi. Zaciśnięte mocno ramiona obojga kochanków podkreślały ogromną miłość i tęsknotę, którą przeżywali…



Tylko jedna postać nie wiedziała, co w tej chwili zrobić. Jego ukochana spotkała się właśnie ze swym mężem, od którego ją tak całkiem niedawno porwał. Mało tego, na jego oczach okazują sobie miłość i to chyba równie gorącą, jaką on czuł do niej…

Targały nim sprzeczne uczucia. W jednym momencie chciał ją ponownie porwać, zabić konkurenta, uciec lub życzyć szczęścia i gratulować…



Najmniejsza sugestia mogłaby w tej chwili doprowadzić do dużego konfliktu, a walka dwóch Bezimiennych prawdopodobnie wywołałaby niemały kataklizm. Kilka osób zrozumiało to i wstrzymało oddech.

Ku ich zgrozie bardzo nieodpowiedzialnie zachował się grubas. Bez skrupułów i zastanowienia, wręcz wesołym tonem powiedział:

– Ej, drogi kolego! Czy nie widzisz, że ta, której uratowałeś życie, jest teraz w ramionach drugiego? Zobacz, jak się tulą do siebie… – I nim na twarzach słuchających na dobre zagościło przerażenie, dodał:

– Ja na twoim miejscu przywitałbym się z jej mężem, przeprosił za swój wyczyn i opowiedział szczerze o uczuciu do bądź co bądź jego żony. Podkreśl, jak bardzo ci się podoba i jaką jest wspaniałą towarzyszką życia i łoża. A zakończ to prośbą, byś mógł dla równowagi zostać jej drugim mężem. Przecież uratowałeś jej życie i kochasz ją tak samo mocno jak on. Prawda?

Miny biesiadników wyrażały ogromne zdumienie, niedowierzanie lub wręcz przerażenie. To była najbardziej szalona propozycja, jaką dotąd słyszeli…

Drugi Bezimienny stanowczym, przenikliwym wzrokiem omiótł drużynę. Zaciskając pięści odwrócił się do kapłana i głośno odpowiedział:

– Dziękuję, kapłanie. Dla równowagi proś mnie, o co chcesz, a ja anihiluję twe problemy. To dobra sugestia…

Najbliżej stojący Saw spytał Cana:

– Jak mogłeś sprzedać mu taki dobry pomysł?

– Eee… Jakoś mi się tak wyrwało… Lekko nie było, ale przynajmniej szczerze… – odpowiedział kapłan i wrócił do jedzenia…



Drugi Bezimienny ruszył w kierunku wirującej pary…

Z początku Hannah i Pierwszy Bezimienny ignorowali go, ale gdy dłuższy czas stał tak blisko, w końcu odwrócili do niego głowy. Wtedy on odważył się przemówić:

– Muszę cię przeprosić za porwanie, bracie w nicości, bo nie wiedziałem, że w ten sposób naruszyłem równowagę między wami. Niestety uczucie, którym się darzycie, jest identyczne z tym, z jakim my niedawno darzyliśmy się z Hannah. A do tego te jej pocałunki… Ciągle marzę o nich. Teraz czuję ogromną pustkę i boję się, by nie zakończyło się to wielką awanturą…

Elfka poczerwieniała na twarzy, zaś jej mąż był wyraźnie zdezorientowany…

Tymczasem Drugi Bezimienny, wpatrzony w piersi dziewczyny kontynuował:

– Ktoś mądry poradził mi, bym zaproponował rozwiązanie, które wobec ogarniającego nas chaosu zapobiegnie bitewnej pustce. To naprawdę dobra i szczera oferta. Chciałbym także zostać mężem Hannah. Oczywiście, jeżeli się zgodzicie. I mam też zamiar uczyć się, co to jest małżeństwo i wypełniać sugestie żony. Nie wiem do końca, na czym ten związek polega, ale chyba jest zrównoważony i miły, jeśli tak bardzo przypadł wam do gustu. Wtedy obaj będziemy na usługach małżonki, szczególnie że podobają mi się te jej pomysły. Uwielbiam, jak mówi: zniszcz to, zbuduj od nowa, jednak mi się nie podoba, więc jeszcze raz, anihiluj i zrób większe. Sam wiesz, jakie to przyjemne obracać coś w pustkę, a potem dla równowagi odtwarzać… I co myślicie, nadam się do tego związku?

Hannah nie wiedziała, gdzie podziać wzrok, ale gdy usłyszała głos męża, coś jej zaświtało…

– Żono, gdy opowiadałaś mi o małżeństwie, nic nie wspominałaś, że może być w nim więcej mężów. To akceptowalne w elfim świecie?

Dziewczyna nagle dostrzegła szansę, by zapobiec nadciągającej burzy. Lekko strzeliła uszami i uroczo dygnęła.

– Kochany mężu. Jeszcze sporo musisz się nauczyć o równowadze w małżeństwie. Jeżeli faktycznie Drugi przejdzie całą procedurę zaślubin, to mógłby zrównoważyć ten związek, stając się jego częścią. Oczywiście jest trochę zawirowań pustki, które trzeba zbalansować, ale powiedzmy, że przyjmuję oświadczyny. A co ty na to, Pierwszy?

– Jeżeli nasze małżeństwo tego wymaga, to dlaczego nie? Też się czegoś nauczę o zwyczajach śmiertelników. Będziesz tylko musiała wyjaśnić nasze role, szczególnie że mam ochotę całować tylko ciebie, a z przyczyn bezpieczeństwa lepiej, żebyśmy się z Drugim nie stykali.

– Dobra uwaga, mężu. Gdy jeden z was znajdzie się blisko mnie, drugi przesunie się w nicość, a potem dla równowagi będzie odwrotnie. Mam tylko prośbę. Chcę coś przemyśleć. Czy możecie wyjść na chwilę na zewnątrz sami i ustalić, co lubicie najbardziej i w jakiej kolejności? Jak będziecie gotowi, to przywołamy was balladą.

Obaj Bezimienni spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się. Delikatnie Pierwszy opuścił Hannah na posadzkę i wraz ze swym prawie że sobowtórem udał się na zewnątrz świątyni.



Większość biesiadników zaniemówiła, wpatrując się z szeroko otwartymi ustami w elfkę. Ta złapała się pod boki, oczekując nagany. Nastała dłuższa cisza, którą dopiero przerwał Arcik:

– Gdy Wielki Smutas tu wpadł, to myślałem, że z zamyślunku z połowę z nas zdezintegruje. A tu się nagle okazało, że mu opowiastkę coś na zewnątrz przeszkadzało słuchać i to go tak rozłościło. Wyglądało, że miał tam problem z jakąś zabawą.

Kilkoro potwierdziło tezę gnoma kiwnięciem głowy, w tym nawet Asteriusz. Ten zaś kontynuował:

– Ale jak to możliwe, że oba Smutasy nic nie wiedzą na temat wielkiego pecha, a tym bardziej nic o zamyślunku. Tylko im pieszczotki w głowie. Poradzisz sobie, pani, z ich zamyślunkiem?

Hannah nie od razu skojarzyła gnomi slang, ale pomógł tan Hamilkar.

– Pani, w słownictwie nieboraczków ślub czy małżeństwo to wielki pech, a zazdrość to zamyślunek. Pytanie więc brzmiało, co będzie, jak staną się o ciebie zazdrośni. Może dojść na przykład do anihilacji okolicy…

– A może ja im wyjaśnię. Ciekawe, co się stanie? – dodał Arcik. – To będzie naprawdę fajny dzwoneczek…

Hannah zmarszczyła brwi i twardym głosem rzekła:

– Jeśli ktoś coś napomknie o zazdrości, czy jak jej tam, to własnoręcznie złożę jego pokrojone na kwadraciki szczątki w ofierze Asteriuszowi.

Na twarzy boga odmalowało się ledwo zauważalne zdumienie:

– Ale przecież mnie się nie składa krwawych szczątków w ofierze – odpowiedział z uśmiechem.

– Nic nie szkodzi, Panie Gwiazd, w tym wypadku zrobię wyjątek… Pokroję go w gwiazdki… – z równie pięknym uśmiechem i ukłonem zakończyła Hannah.

Arcik cofnął się z urażoną miną. Dziewczyna zaś kontynuowała:

– Może to będzie wymagało ode mnie trochę sprytu, ostrożności i wigoru, aby zachować równowagę w związku, ale jakoś ułożę sobie z nimi życie. Wyglądają jak bliźniaki, a o rodzinie nie mają pojęcia. Jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, możemy być bardzo szczęśliwi.

Teraz włączyła się Mantisa:

– W trójkę nigdy. Radzę wam, dobierzcie jeszcze kogoś do siebie, wtedy los uśmiechnie się do was i będziecie żyli jak w raju.

– Oby nie… – równocześnie z tajemniczym uśmiechem odpowiedzieli Hannah, Asteriusz i Can.

Wtedy bard domyślił się, że lepiej nie kontynuować drażliwego tematu. Uznał, że nadszedł właściwy moment na dokończenie ballady i ponownie zaczął grać…

Rozdział XCV

Labirynt Śmierci: ŚLUB W CIENIU PAJĘCZYN

Mimo że obydwaj Bezimienni stali na zewnątrz świątyni, nic im nie przeszkadzało we wsłuchiwaniu się w balladę. Obaj byli w dobrych humorach. Okazało się, że mają niekonkurujące ze sobą upodobania. Pierwszy lubił elfie rekordy, Drugi zabawy z biczowaniem, jaśkami i meblowaniem pomieszczeń. A dla równowagi wymyślili aurę, dzięki której nawet przypadkowy kontakt nie doprowadzi do ich rzeczywistego zetknięcia.

Tymczasem wokół zaczęły rozbrzmiewać dźwięki ostatniej sagi…

Rozumne kraki mają wielu wrogów, które na nich zawzięcie polują,

Najgorsze z nich to smoki głębinowe, co w sporych stadach bytują.

Ich grube łuski lśnią atramentowym granatem, a oczy fioletem świecą,

Za przekąskę nie uznają tylko bardów, bo na rytmiczną muzykę lecą.

W wodzie powolne, latają niezdarnie, a i na lądzie nie dają sobie rady,

Natura jednak wyposażyła je w coś, co czyni przerażającymi te gady.

Samce trzy, samice po sześć głów mają, a każdą z nich na szyi długiej,

Te równolegle są względem siebie i słabo odchylają się jedna od drugiej.

Mimo to potrafią doskonale wiele szablozębnych szczęk w ofiarę wgryzać,

Potem rozszarpują na kawałeczki, by nie być zmuszonym długo rozgryzać.



Uczta wyglądała na skończoną. Pieśń barda trwała jednak w najlepsze. Gdy obaj Bezimienni weszli do sali, słuchacze zdążyli wygodnie porozsiadać się w fotelach. Hannah zaprosiła obydwu, by ułożyli się na wielkim łożu, zaś sama, położywszy się między nimi na brzuchu, podparła brodę rękoma i słuchała…

Muzyka płynąca z lutni barda upajała niczym delikatny szum oceanu. Jak fale unosiła się i opadała. Zdawało się im, że przebywają na brzegu wyspy, która zewsząd otoczona jest morskim rajem… Ale czy aby na pewno…?



Choćbym i rok bajał o Pajęczym, to najciekawszych ras nie opiszę,

Lecz kilka bardziej ulubionych do waszych wspomnień teraz dopiszę.

Wielce osobliwa jest istota, którą każdy w tej krainie sympatią darzy,

Jedni dla mięsa, inni chcą, by była blisko, a reszta o odchodach jej marzy.

To rybiki cukrowe, trzymetrowa odmiana ich zwierzęcych krewniaków,

Mają tak wiele zalet, że w ich obecności nie sposób dostrzec braków.

Żyją gromadnie na pajęczynach, tak by każde stado miało gałąź swoją,

A ponieważ żywią się jej wierzchnią warstwą, to w niczym nie broją.

Z każdej strony i na całej długości wyjątkowo równomiernie ją zlizują,

Tak, jakby się domyślały, że nie mogą zniszczyć tego, na czym bytują.

Prawdziwą wyżerkę mają na spękanych krańcach, w kosmos sięgających,

A dzięki swym zaletom nic sobie nie robią z warunków ich otaczających.

Pomaga w tym szczelny pancerz, budowa ciała i silne brzuszne odnóża,

A wytwarzając podciśnienie, mogą poruszać się, gdy wokół szaleje burza…

Ponieważ bitwa była już skończona, pierwsze grupy orków zaczęły zapełniać korytarz. Zaciekawił ich ten wielki stawonóg, więc cichutko zajmowały miejsca wzdłuż ścian…

Nieprzeliczona liczba pajęczyn i ich długość dowodzi ogromu populacji,

Niestety, ich słodkie mięsko jest też źródłem pokarmu dla wielu nacji.

Srebrzysty, opływowy pancerz, bieganie wokół pnia nici i ich zwinność

Nie chronią ich życia tak dobrze, jak zwykła fizjologiczna powinność.

Miast kału wydzielają półprzezroczystą substancję o dużej klarowności,

Związek białka i cukru, co syci jak miód, a z czasem nie traci na jakości.

Wiele ras wręcz chroni swe stada rybików, choć one oswoić się nie dają,

Za to do sąsiadów, a nawet do głaskania szybko się przyzwyczajają.

Świetnie wyczuwają wibracje wokół, co do paniki je doprowadza,

Suną tedy szybko wokół kolumn pajęczyny, a czyn ten uwagę sprowadza…

Tan Abuk przerwał balladę, aby posilić się resztkami tego, co zostało po uczcie. Zresztą nawet w gardle mu już zaschło. Niespodziewaną przerwę wykorzystał Arcik:

– Nigdy nie myślałem, że będę tak blisko Wielkiego Smutasa i to szczególnie w dwóch postaciach. Ale jak już jestem, to chciałbym zobaczyć, jak oni biorą ślub z tą chudą elfką. Może jakaś ceremonia wielkiego pecha i jakieś magnesiki?

– A ty masz jakiś magnesik, Arciku? – spytał tan Hamilkar. – Nikt z nas nie ma raczej żadnego prezentu ślubnego, ale jeśli uważasz, że twój jest godny? Co to za magnesik?

– Oczywiście typowy dla nieboraczków – szybko odpowiedział gnom. – Ja przygotowałem specjalny dzwoneczek…

Can, choć z pełnymi ustami, wyraźnie odpowiedział:

– Jak ślub to ślub, a potem znowu chlup. – Wtedy wstał, otarł ręką usta szerokim gestem i kłaniając się w kierunku Bezimiennych dokończył:

– Ja Can, jako kleryk zapomnianego bóstwa błogosławię was oraz udzielam Pierwszemu i Drugiemu Bezimiennemu prawomocnego ślubu z tą oto Hannah … jak jej tam na drugie…? Od dziś aż po wieczność jesteście jej mężami, a ona waszą żoną.

Potem kłaniając się Asteriuszowi dodał:

– Czy wielki Bóg Przeznaczenia przewidział jakieś prezenty ślubne?

Zapytany nie odpowiedział dosłownie. Miast tego na środku komnaty stworzył miraż góry złotych monet i wielkich kufrów. Odpowiedzi za to udzielił Gorlam:

– Krótka ta ceremonia ślubna, ale widziałem już krótsze. Wraz z ojcem po prezenty zapraszamy do komnaty ze skarbcem. To przedostatnie pomieszczenie, które czeka na nas przed wejściem na trzeci poziom. Jedyne miejsce, gdzie teoretycznie nie będziecie musieli ryzykować życia w jakichś walkach. Pamiętajcie tylko, że niepisaną intencją Harela było, byście obłowili się w najlepsze przedmioty bez opamiętania. Im silniejsi się przez to staniecie, tym mocniej Labirynt zareaguje na was w momencie wkroczenia na trzeci poziom. Mam w związku z tym złe przeczucia…

Wypowiedź Gorlama przerwały brawa i aplauz na wiadomość o obłowieniu się skarbami. Jak zwykle przodował w tym… Saw. Dopiero po chwili zorientował się, że z powodu zakładu z Pierwszym nic nie wyniesie z Labiryntu…

Gdy ucichły brawa, słowa przestrogi kontynuował Asteriusz Wielki:

– Za każdy poziom należy wam się jeden przedmiot. Tylko jeden! Większa ilość zaburzy równowagę. Na to właśnie liczył Harel. Na kapłana czeka tam dodatkowo jego paladyński ekwipunek, nagroda obiecana mu w Komnacie Luster. Bezimienni i Hannah mogą sobie wybrać dodatkowe rzeczy jako prezenty ślubne. Choć znając ich naturę, nie wiem, po co im by one były. Pewnie i tak o wszystkim zadecyduje małżonka. Co do innych spraw, to myślę, że czas już na podróż. Tam też bard dokończy sagę. Pierwszy, czy mógłbyś po złożeniu wam życzeń, przenieść nas do komnaty, z której ostatnio wyszedłeś?

Zapytany zdążył tylko twierdząco kiwnąć głową. Zaraz potem został otoczony przez składających życzenia.

Bezimienni i Hannah lekko stremowani usiedli, by przyjmować powinszowania. Trochę to trwało, szczególnie gdy kilkunastominutową litanię rozpoczął tan Haqim. Nie dokończył jej jednak, bo ktoś poluzował mu korek od jednej z butli u pasa i zaczął z niej wydobywać się biały dym…

Zamieszanie wykorzystał Arcik i w końcu zabrał głos:

– W dniu wielkiego pecha niech Wielkie Smutasy zapamiętają ten dzwoneczek.

Tan Hamilkar z góry go jednak przestrzegł:

– Bez slangu prosimy… Jeszcze coś nie zrozumieją i cię anihilują… Albo Hannah pokroi cię na kawałeczki…

Nieboraczek posmutniał, ale kontynuował:

– Najpierw mały wstęp. U nas gnomów mężczyźni chodzą na wojny i z reguły je wygrywają. Kobiety zostają w wioskach, ale te nie zawsze się ostają. A niech to. Na złamaną płytę chodnikową, zaczynam mówić jak piewca. Gdy owdowiali wojacy wracają, to po jakimś czasie myślą o ponownych ożenkach. Niekiedy całe rody wdowców i niedoszłych kawalerów przychodzą na specjalne imprezy poznawcze. Zwiemy je pechownice. Tam dochodzi do poznania podobnych rodów, z których przetrwały tylko kobiety. Oto dzwoneczek o tym, co w sekrecie mówią o sobie obie strony podczas takiej pechownicy:

Najmłodszy z rodu sześciolatek odzywa się pierwszy:

– Mnie podoba się ta mała z warkoczykami. Będę miał za co ciągnąć.

Na to odpowiada jego starszy, piętnastoletni brat:

– Lepsza jest jej siostra w moim wieku. Jej piegi wskazują, że mogłaby przetrwać każde dzwoneczki.

Najstarszy brat zaprzecza pozostałym:

– Co wy? Ta w moim wieku jest na tyle zgrabniutka, że mógłbym zapomnieć o dzwoneczkach.

Na to ich ojciec wdowiec odpowiada:

– Spójrzcie na ich mamuśkę. Wszystko ma, co mi potrzeba. Uśmiech do kochania, rączki do zmywania i figurę do podziwiania.

Na to odpowiada dziadek wdowiec:

– Kobieta jest tak dobra, jak dobrą jest gospodynią. Mnie podoba się ich babcia.

Żwawy pradziadek poucza rodzinkę:

– Głupie latorośle. Zwróćcie uwagę na ich prababcię. Nie dosyć, że gospodyni, to i na dobrą opiekunkę wygląda. A kto wam nocnik na starość przyniesie?

Jako ostatni odzywa się stary prapradziadek:

– Durne łby z was, nicponie. Jak ja was wychowałem?! Najstarsza jest najlepsza. Wygląda na przygłuchą. Inna wam zwieje, a nie wysłucha narzekań do końca…

Gdy zgorzkniały tetryk skończył, podobne opinie wyrażają kobitki.

Najmłodsza.

– Jak mu dam pociągnąć za warkocz, to już będzie mój.

Starsza siostra:

– Jak z tym pożartuję, to już będzie mój.

Najstarsza siostra:

– Jak mu dam co nieco zobaczyć, to zapomni o dzwoneczkach i będzie mój.

Na to mamusia-wdówka odpowiada:

– Uśmiechnę się, zakasam rękawy i zakręcę pupcią, a będzie mój.

Na co mówi babcia:

– Pokażę temu, kto w domu rządzi i będzie mój.

Jej matka odpowiada:

– Jak zabawię się w gospodarną opiekunkę, to po pierwszym nocniku będzie mój.

Najstarsza praprababcia, kiwając mądrą głową rzecze:

– Głupie jesteście. Pozwólcie chłopu na to, co on sobie ubzdurał, a wasz będzie…

Na koniec Arcik podsumował:

– Puenta z mego dzwoneczka jest taka: Wiedziały gały, co brały, ale co byś od partnerki nie wymagał i tak będziesz jej

Oklaski rozbrzmiały wokół. Gdy ucichły, Arcik dokończył:

– A więc do skarbczyka. Hurra…

Pierwszy Bezimienny potarł pierścień i po kolei wszyscy zaczęli przechodzić do przedostatniej komnaty na tym poziomie…

A tam czekały na nich nieprawdopodobne skarby oraz ich strażnik…

Ostatni sługa Harela. Najpotężniejszy…