Berlin, późne lato - Grzegorz Kozera

Berlin, późne lato

0,0

Berlin, późne lato to historia o miłości teoretycznie niemożliwej, między dwojgiem ludzi, których dzieli wszystko. Opowieść o trudnych decyzjach i ich konsekwencjach, poświęceniu, zaufaniu i bezsilności jednostki wobec totalitaryzmu.

Berlin, sierpień 1943 rok. Otto Peters, 45-letni wdowiec, którego syn zginął na froncie wschodnim, stara się wieść spokojne życie. Niegdyś był pisarzem, ale gdy naziści doszli do władzy, zamilkł. Pracuje w księgarni, mieszka samotnie, chce jedynie dotrwać do końca wojny. Jednak Trzecia Rzesza o nim nie zapomniała – otrzymuje propozycję pracy nad scenariuszem filmu, który ma służyć hitlerowskiej propagandzie. Wkrótce potem w jego życiu pojawia się Polka, poszukiwana przez gestapo uciekinierka z obozu koncentracyjnego. Peters, wbrew rozsądkowi, decyduje się pomóc Halinie…

 

Dostojna książka o mało dostojnym świecie, w którym nawet piękno kończącego się lata nie zatrze szarych konturów bolesnej rzeczywistości. W tym świecie bowiem nie tylko lato się kończy.
Jarosław Czechowicz, recenzent „Krytycznym okiem”


Wydanie dostępne w nowej wersji formatu MOBI.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
16201_png
16172_png

Co­py­ri­ght © by Grze­gorz Ko­ze­ra

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Do­bra Li­te­ra­tu­ra, 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

All ri­ghts re­se­rved

Książ­ka ani żad­na jej część nie mogą być pu­bli­ko­wa­ne ani w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób po­wie­la­ne w for­mie elek­tro­nicz­nej oraz me­cha­nicz­nej bez zgo­dy wy­daw­cy.

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Olga Gor­czy­ca-Po­pław­ska

Skład gra­ficz­ny książ­ki i pro­jekt okład­ki:

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

ISBN: 978-83-935437-7-9

Wy­daw­nic­two Do­bra Li­te­ra­tu­ra

wy­daw­nic­two@do­bra­li­te­ra­tu­ra.pl

www.do­bra­li­te­ra­tu­ra.pl

Wy­daw­nic­two Do­bra Li­te­ra­tu­ra

Słupsk 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Roz­dział I

Znów obu­dził się nie­wy­spa­ny. W nocy był ko­lej­ny na­lot, chy­ba z sześć­dzie­sią­ty od po­cząt­ku woj­ny, już daw­no prze­stał li­czyć, i ra­zem z in­ny­mi miesz­kań­ca­mi ka­mie­ni­cy mu­siał do trze­ciej nad ra­nem sie­dzieć w schro­nie, któ­ry nie był ni­czym in­nym jak piw­ni­cą, aż od­wo­ła­no alarm. Do­pie­ro wte­dy Hin­ze, straż­nik blo­ku i jed­no­cze­śnie do­wód­ca lo­kal­nej obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej, ła­ska­wie po­zwo­lił im wró­cić do miesz­kań. Tej nocy bom­by spa­da­ły da­le­ko od nich, gdzieś na przed­mie­ściach Ber­li­na, chy­ba w re­jo­nie Span­dau. Choć wła­ści­wie Otto Pe­ters nie miał­by nic prze­ciw­ko, gdy­by ja­kiś an­giel­ski lot­nik wresz­cie do­brze wy­ce­lo­wał i tra­fił w ich dom. Je­dy­nie tego ma­łe­go pani Mül­ler by­ło­by szko­da, dziec­ko nie jest ni­cze­mu win­ne, może jesz­cze dok­to­ra Schne­ide­ra zaj­mu­ją­ce­go miesz­ka­nie pod nim, dla po­zo­sta­łych nie zna­la­zł­by współ­czu­cia. Dla sie­bie też nie.

Cho­ciaż sy­re­ny za­mil­kły, Pe­ters jesz­cze dłu­go sły­szał ich wy­cie w swej gło­wie, raz wy­so­kie, raz ni­skie tony roz­sa­dza­ły mu czasz­kę od we­wnątrz. Za­snął o pią­tej, po siód­mej już wstał, tym ra­zem wy­rwa­ny ze snu przez bu­dzik. Pół­przy­tom­ny włą­czył ra­dio, po­kuś­ty­kał do kuch­ni, na­sta­wił wodę na kawę i zro­bił so­bie śnia­da­nie: paj­dę gli­nia­ste­go chle­ba z mar­mo­la­dą. Koń­czy­ły mu się skrom­ne za­pa­sy i z nie­chę­cią po­my­ślał, że po­now­nie cze­ka go sta­nie w dłu­giej ko­lej­ce po coś do je­dze­nia. Coś, co aku­rat bę­dzie moż­na ku­pić. Z przy­jem­no­ścią zjadł­by po­rząd­ną zupę, lecz na to nie miał co li­czyć. Nie mar­twił się tym spe­cjal­nie. Kupi za­pew­ne to, co zwy­kle: chleb, kawę, mar­ga­ry­nę lub ma­sło, a je­śli mu się po­szczę­ści, to cu­kier i ka­wa­łek sera. Sły­szał w ra­diu wie­lo­krot­nie: mimo woj­ny i re­gla­men­ta­cji za­opa­trze­nie sto­li­cy w żyw­ność jest do­sko­na­łe, a spo­ży­cie mię­sa wręcz wzro­sło od po­cząt­ku roku. Rolf wy­ja­śnił mu dla­cze­go. Mię­so po­cho­dzi­ło ze Wscho­du, z ro­syj­skich i ukra­iń­skich go­spo­darstw, a ra­czej z tego, co z nich zo­sta­ło po przej­ściu fron­tu. Wy­co­fu­ją­ce się woj­ska nie­miec­kie za­bi­ja­ły na­le­żą­ce do bol­sze­wi­ków zwie­rzę­ta i wy­sy­ła­ły je do oj­czy­zny. Naj­wię­cej tra­fia­ło do Ber­li­na.

– Za rok już tak do­brze nie bę­dzie, Ro­sja­nie w koń­cu wy­prą nas ze swo­ich te­re­nów – prze­wi­dy­wał Rolf.

Jego prze­po­wied­nie wła­śnie za­czę­ły się spraw­dzać. Mię­sne trans­por­ty przy­cho­dzi­ły co­raz rza­dziej, za to co­raz wię­cej przy­jeż­dża­ło po­cią­gów z ran­ny­mi.

Pe­ters usiadł i wy­su­nął lewą nogę, któ­ra za­wsze bo­la­ła go w desz­czo­we i zim­ne dni, a tak­że rano, nie­za­leż­nie od po­go­dy. To była pa­miąt­ka po wiel­kiej woj­nie. W oko­pach spę­dził rap­tem dwa dni, pod­czas ostrza­łu ra­nił go odła­mek fran­cu­skie­go szrap­ne­la, po czym ode­sła­no go do szpi­ta­la na ty­łach. Mło­dy, nie­do­świad­czo­ny le­karz spar­ta­czył ro­bo­tę. Wy­jął wpraw­dzie że­la­zny frag­ment po­ci­sku, ale przy oka­zji uszko­dził nerw. Od tam­tej pory Pe­ters lek­ko uty­kał, nie mógł wy­pro­sto­wać nogi w ko­la­nie, jed­nak przez te wszyst­kie lata nie uskar­żał się na swój los. Mógł prze­cież, jak wie­lu jego ró­wie­śni­ków, w ogó­le nie wró­cić do domu albo wró­cić z dużo po­waż­niej­szym oka­le­cze­niem.

Kie­dy więc la­tem ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go pierw­sze­go ra­zem z Elsą od­pro­wa­dza­li Eri­cha na Dwo­rzec An­halc­ki, skąd po­cią­gi za­bie­ra­ły żoł­nie­rzy Szó­stej Ar­mii na Wschód, mo­dlił się skry­cie, żeby sy­no­wi przy­da­rzy­ło się to, co jemu ćwierć wie­ku wcze­śniej – ja­kaś nie­groź­na kon­tu­zja, dzię­ki któ­rej chło­pak znaj­dzie się na ty­łach fron­tu.

Rok wcze­śniej, gdy Erich wy­ru­szał na pod­bój Fran­cji, ro­bił po­dob­nie, lecz jego proś­by tak­że nie zo­sta­ły wy­słu­cha­ne. Z Pa­ry­ża syn przy­wiózł El­sie per­fu­my nie­zna­nej jej mar­ki Je Re­viens i je­dwab­ne poń­czo­chy, a jemu ko­niak i bu­tel­kę praw­dzi­we­go szam­pa­na, któ­re­go wy­pi­li z Elsą w syl­we­stra na po­wi­ta­nie czter­dzie­ste­go pierw­sze­go roku. Nie py­ta­li Eri­cha, jak zdo­był te pre­zen­ty.

Wte­dy, na Dwor­cu An­halc­kim, po­śród gło­śne­go tłu­mu żoł­nie­rzy i że­gna­ją­cych ich wzru­szo­nych cy­wi­lów wi­dział syna po raz ostat­ni.

Spoj­rzał na sto­ją­ce na biur­ku fo­to­gra­fie Elsy i Eri­cha. W tych dwóch ram­kach była opra­wio­na jego prze­szłość.

Z ra­dio­od­bior­ni­ka do­bie­gał głos Za­rah Le­an­der. Śpie­wa­ła Wiem, że kie­dyś zda­rzy się cud. Zdzi­wił się, że sły­szy tę pio­sen­kę o tak wcze­snej po­rze, zwy­kle pusz­cza­no ją po po­łu­dniu lub wie­czo­rem w cza­sie kon­cer­tu ży­czeń dla żoł­nie­rzy. Po­my­ślał, że na­da­ją ją czę­ściej, po­nie­waż Niem­cy co­raz bar­dziej po­trze­bu­ją cudu. On już na cud nie li­czył.

Le­d­wo za­mknął drzwi miesz­ka­nia, na­tknął się na Hin­ze­go, któ­ry pod­niósł rękę, a jego „Heil Hi­tler!” od­bi­ło się od ścian klat­ki scho­do­wej.

– Niech pan pa­mię­ta o za­ciem­nie­niu, pa­nie Pe­ters – su­ro­wo przy­po­mniał mu straż­nik blo­ku. – W pana oknie, tym od uli­cy, od­kle­iła się tek­tu­ra i świa­tło prze­bi­ja, musi pan ją le­piej przy­mo­co­wać. Ma pan klej? – za­py­tał z tro­ską w gło­sie, ni­czym su­ro­wy, ale do­bry oj­ciec.

Pe­ters nie wie­dział, czy zo­sta­ło mu co­kol­wiek słu­żą­ce­go do kle­je­nia, lecz po­ki­wał po­twier­dza­ją­co gło­wą. Po­dob­nie jak resz­ta miesz­kań­ców nie lu­bił Hin­ze­go i nie chciał z nim roz­ma­wiać. Wszy­scy wie­dzie­li, że blo­ko­wy na­le­ży do par­tii i jest po­słusz­nym na­zi­stą. Do­niósł na stu­den­ta Lehn­dorf­fa z dru­gie­go pię­tra, że ten słu­cha pro­gra­mów nada­wa­nych po nie­miec­ku z Lon­dy­nu i Mo­skwy. Ci­chy oku­lar­nik po krót­kim pro­ce­sie do­stał za to dwa lata, mat­ka co ty­dzień wo­zi­ła mu pacz­ki do wię­zie­nia. Lehn­dorff i tak miał szczę­ście, że nie ze­sła­no go do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go. Gdy wró­ci z wię­zie­nia, pew­nie od razu wy­ślą go na front i da­dzą szan­sę, by zgi­nął za oj­czy­znę. Je­śli woj­na bę­dzie jesz­cze trwa­ła.

Z za­ciem­nie­niem Hin­ze miał jed­nak ra­cję. Pra­wie przez dwa lata był spo­kój, An­gli­cy za­nie­cha­li bom­bar­do­wań Ber­li­na i w mie­ście nie prze­strze­ga­no prze­pi­sów tak ści­śle jak w roku czter­dzie­stym, sa­mo­cho­dy jeź­dzi­ły w nocy z od­sło­nię­ty­mi re­flek­to­ra­mi, a lu­dzie za­po­mi­na­li za­sła­niać okna w oświe­tlo­nych po­ko­jach. Pe­ter­so­wi też się to zda­rza­ło. Te­raz, gdy na­lo­ty wzno­wio­no, za­ciem­nie­nie znów sta­ło się waż­ne i wła­dze przy­po­mnia­ły so­bie o wy­mie­rza­niu kar wszyst­kim uchy­la­ją­cym się od tego oby­wa­tel­skie­go obo­wiąz­ku. Pierw­sza, ostrze­gaw­cza grzyw­na wy­no­si­ła dzie­sięć re­ich­sma­rek. Dla Pe­ter­sa była to duża suma, mu­siał więc pa­mię­tać, aby wie­czo­rem po­pra­wić tek­tu­rę w oknie, w prze­ciw­nym ra­zie mógł być pe­wien, że Hin­ze nie pu­ści mu tego pła­zem i go uka­rze. Nie za­mie­rzał spra­wiać mu tej przy­jem­no­ści.

Upał od rana da­wał się we zna­ki. W tram­wa­ju pa­no­wał za­duch i Pe­ters przez chwi­lę się za­sta­no­wił, czy od nie­go rów­nież czuć nie­przy­jem­ny za­pach. Dwie sie­dzą­ce za nim ko­bie­ty roz­ma­wia­ły o ostat­nim na­lo­cie. Jed­na oba­wia­ła się, że na­stęp­ne będą jesz­cze gor­sze, dru­ga bez prze­ko­na­nia po­wie­dzia­ła, że füh­rer znaj­dzie spo­sób, by prze­go­nić z nie­miec­kie­go nie­ba alianc­kich lot­ni­ków. Wy­siadł na czwar­tym przy­stan­ku. Da­lej wo­lał się prze­spa­ce­ro­wać, niż wdy­chać smród prze­po­co­nych ciał i słu­chać bab­skiej pa­pla­ni­ny. Po dro­dze, bli­sko Nol­len­dorf Platz, zo­ba­czył kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wą gru­pę ko­biet, męż­czyzn i dzie­ci. Pró­bo­wał ich wy­mi­nąć. Męż­czyź­ni, w asy­ście ko­biet, kłó­ci­li się o coś z dwo­ma po­li­cjan­ta­mi. Zo­rien­to­wał się, że ci lu­dzie o zmę­czo­nych twa­rzach są ham­bur­czy­ka­mi, ich mia­sto zo­sta­ło spa­lo­ne i zrów­na­ne z zie­mią. W skle­pie, w któ­rym ku­po­wał je­dze­nie, sły­szał już wcze­śniej strasz­li­we opo­wie­ści o bu­rzy ognio­wej, jaka prze­szła nad Ham­bur­giem po zrzu­ce­niu przez An­gli­ków bomb za­pa­la­ją­cych. Pło­mie­nie wzno­si­ły się na kil­ka­set me­trów, z dy­mem po­szły całe kwar­ta­ły mia­sta, w ka­na­łach po­dob­no pa­li­ła się woda, a ty­sią­ce lu­dzi, któ­rzy nie zdo­ła­li uciec, za­mie­ni­ło się w po­piół zbie­ra­ny do wia­der.

Oca­la­łych ham­bur­czy­ków przy­wie­zio­no do Ber­li­na, lecz oni upar­cie chcie­li wra­cać do swo­ich ruin i zgliszcz. Mun­du­ro­wi pró­bo­wa­li ich od tego od­wo­dzić, ra­dząc, by zo­sta­li w sto­li­cy lub je­cha­li na po­łu­dnie kra­ju.

– Je­śli mamy zgi­nąć, to wo­li­my u sie­bie – po­wie­dzia­ła jed­na z ko­biet z pła­czem.

Po­li­cjan­ci w koń­cu ustą­pi­li i ham­bur­czy­cy, tasz­cząc ze sobą pa­kun­ki, któ­re były ich je­dy­nym do­byt­kiem, ru­szy­li w stro­nę dwor­ca.

„Cie­ka­we, czy nam też każą wy­jeż­dżać z Ber­li­na, je­śli bom­bar­do­wa­nia się na­si­lą?”, po­my­ślał Pe­ters.

Roz­dział II

Rolf był już w księ­gar­ni i przy­wi­tał Pe­ter­sa py­ta­niem:

– Sły­sza­łeś naj­now­sze wie­ści?

– Je­śli to coś, o czym nie mó­wi­li w ra­diu i nie pi­sa­li w ga­ze­tach, to nie sły­sza­łem.

– An­gli­cy wy­lą­do­wa­li na Sy­cy­lii, a Mus­so­li­ni zo­stał oba­lo­ny – oznaj­mił Rolf z miną zwy­cięz­cy. – To już dłu­go nie po­trwa.

– A co bę­dzie po­tem?

– Co­kol­wiek by było, bę­dzie lep­sze od tego, co jest te­raz.

– Na­wet gdy przyj­dą tu Ro­sja­nie?

– Otto, wiem, że ci cięż­ko i żad­ne sło­wa cię nie po­cie­szą – po­wie­dział Rolf. – Ten re­żim kie­dyś wresz­cie pad­nie, a Ro­sja­nie nie są tacy strasz­ni, jak przed­sta­wia­ją ich w na­szych ga­ze­tach. Spró­buj po­my­śleć o przy­szło­ści z opty­mi­zmem. Kie­dyś wró­cisz do pi­sa­nia, na pew­no wró­cisz, i to cię uzdro­wi. Nic nie może być gor­sze od ka­ta­stro­fy, któ­rą spro­wa­dza­ją na nas na­zi­ści.

Rolf nie na­le­żał do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, jed­nak Pe­ters wie­dział, że sym­pa­ty­zu­je ze śro­do­wi­skiem le­wi­co­wym. Zna­li się bar­dzo do­brze, jesz­cze z lat szkol­nych, Rolf był świad­kiem na jego ślu­bie z Elsą, a tak­że oj­cem chrzest­nym Eri­cha. Pe­ters wie­le mu za­wdzię­czał. Kie­dy w trzy­dzie­stym pią­tym stra­cił po­sa­dę na­uczy­cie­la, po­nie­waż pod­czas lek­cji nie­miec­kie­go przy­wo­łał książ­ki To­ma­sza Man­na i Eri­cha Ma­rii Re­ma­rque’a, przy­ja­ciel za­pro­po­no­wał mu pra­cę w swo­jej księ­gar­ni. Pe­ters nie chciał uczyć, za­trud­nił się w szko­le tyl­ko dla­te­go, żeby po­móc utrzy­mać ro­dzi­nę, po­nie­waż sama ma­gi­strac­ka pen­sja Elsy nie wy­star­cza­ła. W su­mie więc był za­do­wo­lo­ny, że go wy­rzu­co­no. Mimo że Rolf pła­cił mu nie wię­cej niż dwie­ście re­ich­sma­rek, wo­lał prze­by­wać wśród ksią­żek, niż uczyć li­te­ra­tu­ry we­dług pro­gra­mu za­twier­dzo­ne­go przez Go­eb­bel­sa. Obaj zaj­mo­wa­li się sprze­da­wa­niem ksią­żek, ale całą bu­chal­te­rię pro­wa­dził Rolf, Pe­ters nie miał gło­wy do liczb i czę­sto my­lił się w ra­chun­kach.

– Tyle że ja nie wiem, czy jesz­cze chcę pi­sać – od­po­wie­dział.

Rolf prze­ka­zał mu też smut­ną in­for­ma­cję o śmier­ci Luza Lon­ga. Wi­ce­mistrz olim­pij­ski w sko­ku w dal zgi­nął dwa ty­go­dnie wcze­śniej na Sy­cy­lii. Zna­ny wszyst­kim Niem­com Long na olim­pia­dzie w Ber­li­nie prze­grał tyl­ko z Jes­sem Owen­sem, któ­re­mu w cza­sie za­wo­dów do­ra­dził, by od­bi­jał się sprzed bel­ki. I czar­no­skó­ry Ame­ry­ka­nin zde­cy­do­wa­nie go po­ko­nał. Pe­ters po­my­ślał z go­ry­czą, że nie­miec­ki bo­ha­ter olim­pij­ski sprzed sied­miu lat stał się te­raz jed­nym z wie­lu po­le­głych żoł­nie­rzy.

Go­dzi­nę póź­niej Rolf po­je­chał do Trep­tow od­wie­dzić osiem­dzie­się­cio­let­nią mat­kę, któ­ra ostat­nio źle się czu­ła i wy­ma­ga­ła do­dat­ko­wej opie­ki. Czę­sto się zda­rza­ło, że pra­co­wa­li po­je­dyn­czo, na zmia­nę. Przed ro­kiem, gdy Pe­ters czu­wał przy umie­ra­ją­cej El­sie, przez dwa ty­go­dnie pra­wie nie po­ja­wiał się w księ­gar­ni. Rolf i tak wy­pła­cił mu całą pen­sję.

W księ­gar­ni nie było du­że­go ru­chu, lu­dzie nie mie­li gło­wy i cza­su do czy­ta­nia. Nie­kie­dy Pe­ters za­sta­na­wiał się, jak dłu­go jesz­cze po­cią­gną, sprze­da­jąc książ­ki. No­wo­ści uka­zy­wa­ły się co­raz rza­dziej, a je­śli już, to przede wszyst­kim pro­pa­gan­do­we utwo­ry au­to­rów na­le­żą­cych do Izby Pi­śmien­nic­twa Rze­szy. Nig­dy nie za­po­mni, jak dzie­sięć lat temu przy dźwię­kach König­grät­zer Marsch Pief­ke­go stu­den­ci przy aplau­zie na­zi­stów, wśród któ­rych byli pro­fe­so­ro­wie, na Opern­platz w Ber­li­nie pa­li­li książ­ki uło­żo­ne na sto­sie. A to wca­le nie był szczyt an­ty­in­te­lek­tu­al­nej za­ra­zy, ona wciąż trwa. W księ­gar­ni nie było za­ka­za­nych ksią­żek Man­nów, Feuch­twan­ge­ra, Mu­si­la, Brech­ta, Gläse­ra, Käst­ne­ra, Tu­chol­sky’ego, Se­ghers, Schnit­zle­ra, Re­ma­rque’a, Kaf­ki, bra­ko­wa­ło też au­to­rów pi­szą­cych w ję­zy­kach ob­cych, Gide’a, Lon­do­na, Wil­de’a, Ha­ška, któ­rych Mi­ni­ster­stwo Pro­pa­gan­dy uzna­ło za de­ka­denc­kich i amo­ral­nych lub po­zo­sta­ją­cych pod wpły­wem ży­do­ko­mu­ny. Albo jed­no i dru­gie. Zresz­tą ku­pu­ją­cy o nich nie py­ta­li, Pe­ters przy­pusz­czał, że je­śli szu­ka­li ksią­żek tych au­to­rów, to po­ta­jem­nie u za­ufa­nych zna­jo­mych, któ­rzy po­sia­da­li sta­re wy­da­nia. On sam miał scho­wa­ne nie­któ­re za­ka­za­ne ty­tu­ły w sza­fie sto­ją­cej w po­ko­ju Eri­cha.

Dwaj chłop­cy z Hi­tler­ju­gend przy­szli ku­pić pocz­tów­ki z fo­to­gra­fia­mi człon­ków rzą­du. Wy­bra­li Him­m­le­ra, Go­eb­bel­sa, Görin­ga i po na­my­śle naj­now­sze zdję­cie Hi­tle­ra. Wy­glą­da­ją­cy na urzęd­ni­ka męż­czy­zna nie tyle po­pro­sił, ile za­żą­dał Mein Kampf. Pa­trzył na Pe­ter­sa wy­zy­wa­ją­co, jak­by chciał go spro­wo­ko­wać do zło­śli­we­go ko­men­ta­rza na te­mat na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej bi­blii. „Może to ge­sta­po­wiec albo es­es­man w cy­wil­nym ubra­niu”, po­my­ślał Pe­ters. Udał, że nie wi­dzi tego spoj­rze­nia, na szczę­ście tam­ten za­raz wy­szedł. Star­sza pani w ka­pe­lu­si­ku szu­ka­ła no­we­go wy­da­nia dra­ma­tów i no­wel Kle­ista na pre­zent dla wnucz­ki.

– Po­ju­trze koń­czy osiem­na­ście lat – po­wie­dzia­ła, gdy po­dał jej książ­kę. – Mam na­dzie­ję, że to prze­czy­ta.

– Po­win­na – od­parł i pró­bo­wał się uśmiech­nąć. – He­in­rich von Kle­ist jest chlu­bą na­sze­go na­ro­du i na­szej li­te­ra­tu­ry i nic tego nie zmie­ni, na­wet jego sa­mo­bój­stwo. Ani to, że za­strze­lił swo­ją przy­ja­ciół­kę.

Ko­bie­ta nie wie­dzia­ła, czy żar­tu­je, czy mówi po­waż­nie. Nie zdą­żył jej wy­ja­śnić, że na­praw­dę ceni Kle­ista jako twór­cę i fa­scy­nu­je go jego ży­cie za­koń­czo­ne sa­mo­bój­czą śmier­cią – wraz z Adol­fi­ną Hen­riet­tą Vo­gel – na zie­lo­nej po­la­nie nad je­zio­rem Wan­n­see. Za­dzi­wia­ło go, że ten ją­ka­ją­cy się po­to­mek pru­skich jun­krów zre­zy­gno­wał z ka­rie­ry woj­sko­wej, co w tam­tych cza­sach było wręcz nie­wy­obra­żal­ne, by po­świę­cić się na­uce, pi­sać sztu­ki i no­we­le. Wła­ści­wie był to wy­star­cza­ją­cy po­wód, żeby jego twór­czość zna­la­zła się na li­ście za­ka­za­nych ksią­żek. Ale prze­wa­żył inny ar­gu­ment: Kle­ist był au­to­rem zde­cy­do­wa­nie an­ty­fran­cu­skim, co po trak­ta­cie wer­sal­skim było szcze­gól­nie mile wi­dzia­ne przez osob­ni­ków w bru­nat­nych mun­du­rach.

Zro­bił so­bie her­ba­tę i zjadł słod­ką buł­kę, któ­rą prze­zor­nie zo­sta­wił mu Rolf. W po­łu­dnie w księ­gar­ni po­ja­wił się ko­lej­ny klient i Pe­ter­so­wi wy­da­ło się, że skądś go zna. Mimo upa­łu męż­czy­zna miał na so­bie ele­ganc­ką ma­ry­nar­kę, od razu rzu­ca­ło się w oczy, że nie po­cho­dzi­ła z przy­dzia­łu, lecz uszy­to ją na mia­rę. Po­wo­li prze­cha­dzał się wzdłuż pół­ek, uważ­nie stu­diu­jąc ty­tu­ły na grzbie­tach ksią­żek, do­pie­ro po­tem zbli­żył się do Pe­ter­sa.

– Szu­kam Cza­ro­dziej­skiej góry – po­wie­dział.

I wte­dy Pe­ters go roz­po­znał. Stał przed nim Uwe Jan­ke, je­den z tych pi­sa­rzy, któ­rzy już w trzy­dzie­stym trze­cim po­par­li Hi­tle­ra i jego ban­dę. Opu­bli­ko­wał kil­ka po­wie­ści glo­ry­fi­ku­ją­cych na­zi­stów i na­ro­do­wy so­cja­lizm. Pe­ters sły­szał, że Jan­ke do­no­sił na pi­sa­rzy ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia i oso­bi­ście za­bie­gał, by zmu­sić ich do wy­jaz­du z kra­ju. Od chwi­li, gdy go wi­dział po raz ostat­ni, mi­nę­ło chy­ba trzy­na­ście lat. Po­tem jego twarz oglą­dał już tyl­ko w ga­ze­tach i kro­ni­kach fil­mo­wych. Te­raz ogar­nął go nie­po­kój.

– Nie mamy Cza­ro­dziej­skiej góry – po­wie­dział. – Ani żad­nej in­nej książ­ki uzna­nej za an­ty­nie­miec­ką. Wszyst­ko po­szło na prze­miał daw­no temu, pa­nie Jan­ke.

Jan­ke się ro­ze­śmiał.

– Oczy­wi­ście, że tak. Wie­rzę panu, dla­cze­go miał­bym nie wie­rzyć? Cie­szę się, że mnie pan pa­mię­ta, Pe­ters. – Na mo­ment za­milkł. – A moje książ­ki ma­cie? – za­py­tał.

– Owszem, i to cał­kiem spo­ro. – Pe­ters wska­zał ręką pół­kę, na któ­rej sta­ło kil­ka­na­ście eg­zem­pla­rzy dwóch po­wie­ści Jan­ke­go. – Sła­bo się sprze­da­ją – do­dał.

Nie mógł so­bie od­mó­wić tej przy­jem­no­ści.

– Cza­sy dla li­te­ra­tu­ry nie są do­bre. – Jan­ke nie wy­glą­dał na zmar­twio­ne­go. – Pi­sa­nie sta­ło się służ­bą dla na­ro­du, a pi­sa­rze żoł­nie­rza­mi, któ­rzy wal­czą pió­rem. Nie ma dziś miej­sca dla pięk­no­du­chów, pa­cy­fi­stów i de­ge­ne­ra­tów, któ­rzy ro­bią lu­dziom wodę z mó­zgu i uczą nie­na­wi­ści do par­tii. Jesz­cze nie wszy­scy to ro­zu­mie­ją, jed­nak peł­ne uświa­do­mie­nie na­ro­du jest kwe­stią cza­su.

– Już to gdzieś sły­sza­łem – skwi­to­wał Pe­ters.

Jan­ke prze­stał się uśmie­chać. Przez dłuż­szą chwi­lę mil­czał.

– Przy­kro mi z po­wo­du pań­skie­go syna – po­wie­dział w koń­cu. – Wie­lu na­szych chłop­ców gi­nie w wal­ce, ale ich krew leje się w słusz­nej spra­wie. Füh­rer i całe Niem­cy są z nich dum­ni.

Pe­ters naj­chęt­niej ude­rzył­by go w twarz, lecz zda­wał so­bie spra­wę, że cena za tę chwi­lę sła­bo­ści by­ła­by wy­so­ka. Zbyt wy­so­ka. Zde­ner­wo­wa­ny gło­śno prze­łknął śli­nę. Do­kład­nie pa­mię­tał zim­ny dzień na po­cząt­ku czter­dzie­ste­go trze­cie­go, gdy w przed­po­ko­ju zna­lazł na pod­ło­dze wrzu­co­ną przez li­sto­no­sza bia­łą ko­per­tę z czar­ną ob­wód­ką. Bez otwie­ra­nia wie­dział, co jest w środ­ku. Ja­kiś ofi­cer ze szta­bu fron­to­we­go za­wia­da­miał go, że jego syn Erich po­legł chwa­leb­nie pod Sta­lin­gra­dem za füh­re­ra i Rze­szę. Te same fra­ze­sy, któ­re usły­szał przed chwi­lą. Do li­stu do­łą­czo­no Że­la­zny Krzyż. I tyle. Po­my­ślał wte­dy, że to do­brze, iż Elsa tego nie do­cze­ka­ła. Zmar­ła pół roku przed sy­nem. Jej grób mógł przy­najm­niej od­wie­dzać na cmen­ta­rzu świę­te­go Ja­ku­ba. Cia­ło Eri­cha po­zo­sta­ło w zmar­z­nię­tej ro­syj­skiej zie­mi, je­śli nie wy­grze­ba­ły go głod­ne psy.

Miał do­syć tej roz­mo­wy.

– Czym mogę panu słu­żyć, pa­nie Jan­ke?

– No tak, przejdź­my do rze­czy. Nadal pan pi­sze? Opo­wia­da­nia? Po­wie­ści? Dra­ma­ty? A może wziął się pan do po­ezji?

Pe­ters po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Je­stem tyl­ko skrom­nym księ­ga­rzem. Nic nie pi­szę i nie pu­bli­ku­ję od dzie­się­ciu lat. Jak pan słusz­nie za­uwa­żył, cza­sy nie są do­bre dla li­te­ra­tu­ry.

– Pa­mię­tam pana ostat­nią książ­kę – po­wie­dział Jan­ke. – Te­mat może nie naj­lep­szy, trą­cą­cy de­ka­den­cją, za to styl zna­ko­mi­ty. Na­praw­dę zna­ko­mi­ty. Ta pre­cy­zja sło­wa, ja­sność my­śli. Szko­da, że pań­ski ta­lent się mar­nu­je w tej dziu­rze.

– Chy­ba je­stem już za sta­ry, by w moim przy­pad­ku mó­wić o zmar­no­wa­nym ta­len­cie? – za­uwa­żył Pe­ters. – Te­ma­ty, któ­re mnie in­te­re­su­ją, jak był pan uprzej­my to okre­ślić, są wła­śnie nie naj­lep­sze, dla­te­go prze­sta­łem pi­sać. Nie chciał­bym ucho­dzić za ko­goś, kim nie je­stem.

– Na przy­kład za złe­go Niem­ca? – za­drwił Jan­ke. – Uwa­ża pan, że tacy Bry­tyj­czy­cy dzie­lą nas na złych i do­brych? Dla nich je­ste­śmy jed­ną masą po­twor­nie złych Niem­ców.

– Nie wiem, co my­ślą o nas Bry­tyj­czy­cy. In­te­re­su­je mnie to, co ja my­ślę.

– No wła­śnie, to bar­dzo cie­ka­we, co pan my­śli, Pe­ters?

– Do­pó­ki o tym gło­śno nie mó­wię, je­stem bez­piecz­ny.

Jan­ke znów się ro­ze­śmiał. Wy­jął chu­s­tecz­kę i wy­tarł spo­co­ne czo­ło.

– Nikt z nas nie może się czuć bez­piecz­ny, prze­cież trwa woj­na – po­wie­dział. – Choć na­tu­ral­nie nie­któ­rzy są bar­dziej za­gro­że­ni od in­nych.

„Do cze­go on zmie­rza”, za­sta­na­wiał się Pe­ters.

Tam­ten jak­by czy­tał w jego my­ślach.

– Przy­sze­dłem z kon­kret­ną pro­po­zy­cją – oznaj­mił.

– Pro­po­zy­cją? Spe­cjal­nie dla mnie? Po­wi­nie­nem chy­ba po­wie­dzieć, że czu­ję się za­szczy­co­ny.

Jan­ke nie do­strzegł lub udał, że nie do­strze­ga iro­nii w jego gło­sie.

– Ufa przy­go­to­wu­je spek­ta­ku­lar­ny film, dzie­ło więk­sze niż Ti­ta­nic, któ­ry oka­zał się nie­po­ro­zu­mie­niem, a re­ży­ser Sel­pin roz­cza­ro­wał nas wszyst­kich. Tak du­żej pro­duk­cji w hi­sto­rii Rze­szy do­tych­czas nie było, pój­dą na to mi­lio­ny ma­rek, mi­lio­ny! – nie­mal­że krzyk­nął. – To pro­jekt na­sze­go wo­dza, nad­zo­ro­wa­ny przez mi­ni­stra Go­eb­bel­sa. Re­ży­se­rii pod­jął się sam Har­lan – do­dał z na­ci­skiem i prze­rwał, by spraw­dzić, ja­kie wra­że­nie na Pe­ter­sie zro­bi­ło to na­zwi­sko.

Veit Har­lan. Pe­ters oczy­wi­ście znał na­zwi­sko czo­ło­we­go pro­pa­gan­dzi­sty Rze­szy. To on re­ży­se­ro­wał Żyda Süs­sa, ohyd­ny pasz­kwil o do­brych Niem­cach i pod­łych Ży­dach, po­ka­zy­wa­ny w ki­nach ca­łe­go kra­ju.

– Nie ro­zu­miem tyl­ko, co ja mam z tym wspól­ne­go? – za­py­tał.

– Film bę­dzie opo­wia­dał o obro­nie Kol­ber­gu przed woj­ska­mi Na­po­le­ona w ty­siąc osiem­set siód­mym – kon­ty­nu­ował Jan­ke. – Po­ka­że­my bo­ha­ter­stwo na­szych żoł­nie­rzy i nie­miec­kich cy­wi­lów, któ­rzy po­tra­fią sta­wić czo­ła nie­przy­ja­cie­lo­wi i po­ko­nać go, na­wet je­śli jego siły są prze­wa­ża­ją­ce. Udo­wod­ni­my, że Niem­cy są nie­zwy­cię­żo­ne. Ten film bę­dzie jak wy­gra­na bi­twa, któ­ra wzmoc­ni mo­ra­le na­ro­du i ar­mii. Dla­te­go szu­ka­my i an­ga­żu­je­my naj­lep­szych lu­dzi: ak­to­rów, ka­me­rzy­stów, mon­ta­ży­stów, oświe­tle­niow­ców, dźwię­kow­ców, sce­na­rzy­stów…

– Nie je­stem żad­ną z tych osób – prze­rwał mu Pe­ters. – Chy­ba że chce mnie pan za­trud­nić jako sta­ty­stę.

Jan­ke mó­wił da­lej, nie zwa­ża­jąc na jego sło­wa.

– Hanns Johst, któ­ry, jak pan wie, jest prze­wod­ni­czą­cym Izby Pi­śmien­nic­twa Rze­szy, upo­waż­nił mnie, abym z pa­nem po­roz­ma­wiał oso­bi­ście. Cho­dzi o pra­cę przy sce­na­riu­szu.

O Joh­scie rów­nież sły­szał, był jesz­cze gor­liw­szym fa­szy­stą niż Jan­ke. Nie­wie­lu czy­ta­ło utwo­ry Joh­sta, ale każ­dy znał zda­nie po­cho­dzą­ce z jego sztu­ki: „Gdy sły­szę sło­wo kul­tu­ra, od­bez­pie­czam re­wol­wer”. Cy­tat, któ­ry miał być mo­ral­nym dro­go­wska­zem dla mło­dych po­ko­leń. I ten ofi­cer SS, w stop­niu Grup­pen­füh­re­ra, od ośmiu lat stał na cze­le związ­ku pi­sa­rzy nie­miec­kich.

– Po­wta­rzam: nie pi­sa­łem do­tych­czas na po­trze­by fil­mu.

– Czyż­by pan za­po­mniał? – Jan­ke udał zdzi­wie­nie i po­gro­ził mu pla­cem. – Nie­ład­nie, Pe­ters. Prze­cież przy­go­to­wał pan sce­na­riusz na pod­sta­wie swo­jej książ­ki. Film wpraw­dzie nie po­wstał, ale w ar­chi­wum Ufy leży ma­szy­no­pis, któ­ry prze­czy­ta­li­śmy. Na­praw­dę ma pan ta­lent.

Pe­ters zro­zu­miał, że po­peł­nił błąd. Bar­dzo głu­pi błąd.

– Nikt panu nie każe pi­sać sce­na­riu­sza, do­sta­nie pan go­to­wy tekst do prze­czy­ta­nia – po­wie­dział Jan­ke. – Głów­nie cho­dzi o do­pra­co­wa­nie dia­lo­gów, może do­pi­sa­nie paru kwe­stii. Dla pana to nic trud­ne­go, a efekt na pew­no bę­dzie do­sko­na­ły.

– Czy mam ja­kiś wy­bór?

– Nie musi pan od­po­wia­dać w tej chwi­li. Nie­mniej li­czę na pana, wszy­scy li­czy­my. Pro­szę do mnie za­dzwo­nić.

Jan­ke wrę­czył mu swo­ją wi­zy­tów­kę.

– Mam na­dzie­ję, że nie będę mu­siał dłu­go cze­kać. Ład­na księ­gar­nia, na do­da­tek po­ło­żo­na w do­brym miej­scu – rzu­cił na od­chod­nym. – Dzi­siaj to rzad­kość, nie każ­dy ma ta­kie szczę­ście.

Pe­ters wie­dział, co ozna­cza jego chy­try uśmiech.

Bez­wied­nie po­pa­trzył na trzy­ma­ny w ręku kar­to­nik. Oprócz na­zwi­ska i nu­me­ru te­le­fo­nu zwra­ca­ła uwa­gę woj­sko­wa ran­ga Jan­ke­go: SS-Bri­ga­de­füh­rer. Nie znał się spe­cjal­nie na es­es­mań­skich szar­żach, lecz aku­rat te wyż­sze za­pa­mię­tał z fil­mu po­glą­do­we­go, któ­ry wy­świe­tla­no w ki­nach przed głów­ną pro­jek­cją. „Wy­star­czy, że Jan­ke awan­su­je o je­den sto­pień i może wy­gryźć Joh­sta ze sta­no­wi­ska prze­wod­ni­czą­ce­go”, po­my­ślał.

Ale nie było mu do śmie­chu.

Przed szó­stą za­te­le­fo­no­wał Rolf. Po­wia­do­mił, że nie zdą­ży już wró­cić do księ­gar­ni. Mat­ka czu­ła się tro­chę le­piej, tyle że nie mógł prze­wi­dzieć, jak bę­dzie w nocy, zwłasz­cza je­śli znów doj­dzie do bom­bar­do­wa­nia. Nie chciał zo­sta­wiać jej sa­mej, po­sta­no­wił, że u niej prze­no­cu­je.

– Spo­tka­my się rano w księ­gar­ni – po­wie­dział.

Pe­ters wo­lał nie opo­wia­dać mu przez te­le­fon o wi­zy­cie Jan­ke­go.

Roz­dział III

Sklep, w któ­rym za­re­je­stro­wał kart­ki żyw­no­ścio­we, na­le­żał do mał­żeń­stwa Bau­man­nów. Zdą­żył tuż przed za­mknię­ciem, w środ­ku nie było już ni­ko­go, poza sta­rym Bau­man­nem sto­ją­cym za ladą.

– Rok temu tak póź­no przy­cho­dzi­li tyl­ko Ży­dzi – mruk­nął skle­pi­karz na jego wi­dok. – A te­raz pan.

– Nie mo­głem wcze­śniej, pa­nie Bau­mann. Nic nie zo­sta­ło? – za­py­tał, spo­glą­da­jąc na pu­ste pół­ki.

Bau­mann wes­tchnął, jak­by chciał pod­kre­ślić, jak cięż­ki ma z nim los. Znik­nął na za­ple­czu i po chwi­li wró­cił z dwie­ma pa­pie­ro­wy­mi tor­ba­mi.

– Do­brze, że pana znam, pa­nie Pe­ters – po­wie­dział. – Wie­dzia­łem, że się pan spóź­ni. Gdy­by inni zo­ba­czy­li, że zo­sta­wi­łem to dla pana, toby na mnie do­nie­śli i wie pan, gdzie bym skoń­czył.

– Je­stem panu bar­dzo wdzięcz­ny, pa­nie Bau­mann.

– Na­stęp­nym ra­zem niech pan przyj­dzie z sa­me­go rana. Po­stoi pan ze dwie go­dzi­ny w ko­lej­ce, ale wię­cej pan kupi. A ja nie będę ry­zy­ko­wał. Któ­ry raz pana o to pro­szę?

Pe­ters po­now­nie prze­pro­sił za spóź­nie­nie, po­dzię­ko­wał, po­dał mu kart­ki i pie­nią­dze. Wo­lał te­raz nie spraw­dzać, co znaj­du­je się tor­bach, w skle­pie mógł prze­cież na­gle po­ja­wić się inny klient, spóź­nio­ny tak samo jak on, a nie chciał do­dat­ko­wo na­ra­żać Bau­man­na.

– Do wi­dze­nia – po­wie­dział. – Pro­szę po­zdro­wić żonę.

Skle­pi­karz wy­mam­ro­tał sło­wa po­że­gna­nia i wy­szedł zza lady, by za­mknąć za nim drzwi.

Przed blo­kiem nie było Hin­ze­go, co za­sko­czy­ło Pe­ter­sa, na­zi­sta zwykł bo­wiem spa­ce­ro­wać rano i wie­czo­rem, wę­sząc, co się dzie­je na jego te­re­nie. Nie­obec­ność Hin­ze­go ucie­szy­ła go, straż­nik na pew­no za­in­te­re­so­wał­by się, co nie­sie w tor­bach i skąd to ma. Mu­siał wszyst­ko wie­dzieć o wszyst­kich, żeby po­tem pi­sać ra­por­ty do swo­ich prze­ło­żo­nych. Za­miast nie­go spo­tkał dok­to­ra Schne­ide­ra, któ­ry czy­tał ogło­sze­nia ad­re­so­wa­ne do miesz­kań­ców.

13436_png

Do­bra Li­te­ra­tu­ra – wy­daw­nic­two
i księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa

Li­te­ra­tu­ra opar­ta na fak­tach, re­por­taż, be­le­try­sty­ka,

pu­bli­cy­sty­ka po­pu­lar­no­nau­ko­wa

oraz po­rad­ni­ko­wa z dzie­dzi­ny psy­cho­lo­gii.

Znaj­dzie­cie u nas książ­ki, któ­re war­to prze­czy­tać,

któ­re in­spi­ru­ją i dają do my­śle­nia,

po­zo­sta­wia­jąc po so­bie cen­ne śla­dy.

Za­pra­sza­my do wspól­nej wę­drów­ki!

www.do­bra­li­te­ra­tu­ra.pl

książ­ki wy­wo­łu­ją­ce bu­rzę emo­cji