Złamane dusze - Simone St. James

Złamane dusze

0,0

 

Vermont, 1950 rok. Jest takie miejsce dla dziewcząt, których nikt nie chce… Dla awanturnic, dla córek z nieprawego łoża, dla dziewczynek zbyt mądrych jak na swoje czasy. Nazywa się Idlewild Hall. W pobliskim miasteczku krążą plotki, że szkoła jest nawiedzona. Cztery współlokatorki z internatu łączy wyrażany szeptem strach. Ich przyjaźń rozkwita… do czasu, aż jedna znika w tajemniczych okolicznościach…


Vermont, 2014 rok. Dziennikarka Fiona Sheridan nie potrafi przestać myśleć o okolicznościach śmierci jej starszej siostry. Dwadzieścia lat wcześniej ciało Deb znaleziono na zarośniętym boisku, nieopodal ruin Idlewild Hall. I choć chłopak siostry został osądzony i skazany za morderstwo, Fiona nie może pozbyć się podejrzeń, że sprawa ma drugie dno.

Gdy dowiaduje się, że Idlewild Hall ma zostać odrestaurowane przez anonimową milionerkę, postanawia napisać o szkole artykuł. Jednak wstrząsające odkrycie, dokonane podczas renowacji, połączy śmierć jej siostry z sekretami z przeszłości, które miały pozostać ukryte w cieniu… oraz z niemilknącym głosem…



Simone St. James to wielokrotnie nagradzana autorka powieści The Haunting of Maddy Clare, uhonorowanej dwiema nagrodami RITA, przyznawanymi przez Romance Writers of America, a także nagrodą imienia Arthura Ellisa, wręczaną przez Crime Writers of Canada. Pierwszą powieść o duchach, a dokładniej – o nawiedzonej bibliotece, napisała już w liceum. Zanim zajęła się pisarstwem na pełny etat, spędziła dwadzieścia lat za kulisami branży telewizyjnej. Mieszka w Toronto z mężem i rozpieszczonym kotem.

Pełna napięcia powieść wielokrotnie nagradzanej autorki The Haunting of Maddy Clare – Simone St. James.

Złamane dusze to połączenie przyprawiającej o ciarki na plecach opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych i trzymającego w napięciu thrillera. To również historia o niezachwianej przyjaźni, problemach rodzicielskich, obsesjach i seksizmie wpleciona w ciekawą fabułę obejmującą dwie epoki.

Associated Press

Złamane dusze to inteligentna i przyjemnie mrożąca krew w żyłach książka. Ta niezwykle nowoczesna historia o duchach nie pozwoliła mi zasnąć do późnych godzin nocnych.

Fiona Barton, autorka The Widow i The Child, bestsellerów „New York Timesa”

Straszna, niepokojąca, wciągająca. To świetnie napisana, współczesna gotycka opowieść o zmaganiach z naszymi najmroczniejszymi lękami.

Tessa Harris, autorka The Anatomist’s Apprentice

Przyprawiająca o gęsią skórkę opowieść o niepokojącej sile tego, co ukryte przed wzrokiem.

„Publishers Weekly”

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tyt.png

Pełna napięcia powieść wielokrotnie nagradzanej autorki The Haunting of Maddy Clare – Simone St. James.

Złamane dusze to połączenie przyprawiającej o ciarki na plecach opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych i trzymającego w napięciu thrillera. To również historia o niezachwianej przyjaźni, problemach rodzicielskich, obsesjach i seksizmie wpleciona w ciekawą fabułę obejmującą dwie epoki.

Associated Press

Złamane dusze to inteligentna i przyjemnie mrożąca krew w żyłach książka. Ta niezwykle nowoczesna historia o duchach nie pozwoliła mi zasnąć do późnych godzin nocnych.

Fiona Barton, autorka The WidowThe Child,

bestsellerów „New York Timesa”

Straszna, niepokojąca, wciągająca. To świetnie napisana, współczesna gotycka opowieść o zmaganiach z naszymi najmroczniejszymi lękami.

Tessa Harris, autorka The Anatomist’s Apprentice

Przyprawiająca o gęsią skórkę opowieść o niepokojącej sile tego, co ukryte przed wzrokiem.

„Publishers Weekly”

Tytuł oryginału

The Broken Girls

Copyright © 2018 by Simone St. James

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2018

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Anna Wasińska

Korekta:

Dariusz Marszałek

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN: 978-83-7889-847-4

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Dedykuję tę książkę mojej mamie, największej bohaterce mego życia.

Kocham cię, Mamo.

prolog

Barrons, Vermont

Listopad 1950 r.

Gdy dziewczynka wbiegła na wzniesienie na Old Barrons Road, słońce znikało za horyzontem. Była noc, a ona nadal miała do pokonania pięć kilometrów.

O zmroku powietrze robiło się tu chłodne, a fioletowawe światło zamazywało szczegóły otoczenia, jakby zasnuwał je jakiś dym. Bryza mierzwiła jej włosy, wciskała się pod kołnierz. Mrużąc oczy, zerknęła do tyłu na stromy fragment jezdni, na który właśnie się wspięła, lecz nikt za nią nie podążał.

Ale i tak rzuciła w duchu: Szybciej.

Pobiegła w dół, spod jej topornych szkolnych trzewików wystrzeliwały kamyki, spadające na dziurawą drogę, jej długie nogi trzęsły się jak u próbującego złapać równowagę źrebaka. Wyrosła już z wełnianej spódniczki, którą miała na sobie – nie sięgała już nawet kolan – ale z tym nic nie dało się zrobić. Spódnicę od mundurku niosła w obijającej jej nogi walizce. Wkrótce znowu ją włoży.

Jeżeli będę miała szczęście.

Przestań, głupia. Przestań.

Szybciej.

Trzymające uchwyt walizki dłonie były mokre. Prawie ją upuściła, gdy się z nią siłowała, pośpiesznie wysiadając z autobusu, a kiedy taksowała wzrokiem szyby pojazdu, na jej plecach i pod pachami pojawiły się kropelki potu.

Wszystko w porządku? – zapytał kierowca, gdyż panika na twarzy nastolatki przebiła jego obojętność.

Tak, tak… – Obdarzyła go bladym uśmiechem, pomachała i odwróciła się, by czym prędzej odejść z uderzającą o kolana walizką, jakby wkraczała na zatłoczoną ulicę dużego miasta, a nie zbierała się do powolnego marszu przez spękany pas betonu, nazywany po prostu North Road. Obejrzała się za siebie, gdy trzasnęły drzwi, i drugi raz, kiedy autobus odjechał. Cienie powoli się wydłużały.

Nikt inny nie wysiadł. Dało się słyszeć tylko szuranie jej butów i odległe krakanie kruka. Została sama.

Nikt za nią nie szedł.

Na razie.

Zdyszana, dotarła na dół stromego odcinka jezdni. Zmuszała się, by nie patrzeć w tył. Nie chciała tego kusić. Jeżeli się nie obejrzy, będzie trzymało się z dala.

Ponownie zawiał zimny wiatr, zmroził jej pot na lód. Skuliła się, zmusiła ciało do większego wysiłku. Jeżeli przetnie linię drzew, wejdzie na skośną ścieżkę wiodącą wprost na boisko, gdzie, na trasie do internatu, może spotka jakichś ludzi. To krótsza droga niż obecna, która okrążała las i prowadziła do frontowej bramy Idlewild Hall. Ale oznaczało to zejście z jezdni, marsz pośród drzew, w ciemności. Mogła się zgubić. Nie wiedziała, jaką podjąć decyzję.

Serce zatrzepotało jej w piersi, po czym znowu zaczęło szybko walić. Wysiłek zawsze wywoływał u niej taką reakcję, strach również. Toksyczna mikstura obu sprawiła, że zakręciło się jej w głowie, przez chwilę nie potrafiła zebrać myśli. Z jej ciałem nadal coś było nie w porządku. Miała już piętnaście lat, a jej piersi wciąż były małe. Krwawić zaczęła dopiero w zeszłym roku. Lekarz ostrzegał, że może wystąpić opóźnienie, jak najbardziej normalne, zwykłe biologiczne następstwo niedożywienia. Jesteś młoda i wrócisz do zdrowia, powiedział, ale to było prawdzie piekło dla ciała. Ostatnia fraza diagnozy doktora odbiła się echem w jej głowie, wytrącając z gmatwaniny innych myśli. Piekło dla ciała. To było nawet mrocznie zabawne. Kiedy po wszystkim dalecy krewni przyglądali się jej badawczo i zapytali, co powiedział pan doktor, odparła ni z tego, ni z owego: Powiedział, że to piekło dla ciała. Widząc ich skonsternowane spojrzenia, chciała dodać coś pocieszającego: Przynajmniej zostały mi wszystkie zęby. Wtedy odwrócili wzrok. Ach, ci Amerykanie, nierozumiejący, jakie to osiągnięcie zachować wszystkie zęby. Potem nic już nie mówiła.

Coraz bliżej do głównej bramy Idlewild Hall. Jej wspomnienia krążyły kapryśnymi ścieżkami. Zapomniała imiona połowy koleżanek z klasy, z którymi przecież mieszkała, pamiętała za to ilustrację na wewnętrznej stronie okładki starego egzemplarza Blackie’s Girls’ Annual, znalezionego na półce w internacie: była na niej dziewczynka w sukience z lat dwudziestych, z typowo obniżonym stanem, która spacerowała po wzgórzu z dokazującym pieskiem, zasłaniała dłonią oczy przed słońcem, a w jej włosach igrał wiatr. Gapiła się na tę ilustrację tak często, że w końcu zaczęła jej się śnić, więc nawet teraz pamiętała ją co do najkrótszej kreski. Po części zafascynowały ją niewinność obrazka oraz mlecznobiała skóra namalowanej dziewczynki, która mogła wyprowadzać psa, nie martwiąc się żadnymi lekarzami, zębami, podrażnieniami, strupami ani innymi sprawami, które zakopywała głęboko w umyśle, sprawami, które nagle wyskakiwały na powierzchnię, by potem znowu zniknąć w mroku.

Nie słyszała nic za plecami, ale wiedziała, ot tak, po prostu wiedziała. Obok świstu wiatru w uszach, obok odgłosów jej stóp pojawił się jakiś pomruk, szept, do którego musiała być dostrojona, bo gdy tym razem, pomimo protestu strzelających kości szyi, odwróciła głowę, zobaczyła tę postać. Pojawiła się na wzniesieniu, z którego sama przed chwilą zeszła, i zaczęła opadać ku niej w dół drogi.

Nie. Tylko ja wysiadłam z autobusu. Nie było nikogo więcej.

Ale przecież wiedziała, prawda? Oczywiście, że tak. Właśnie dlatego zamiast iść niemal biegła, przez ziąb traciła czucie w kostkach i brodzie. Przeszła do truchtu, prawie upuściła obtłukującą jej nogi walizkę. Zamrugała gwałtownie, wpatrując się w zapadającą ciemność, próbowała dostrzec kształty i charakterystyczne punkty okolicy. Ile już uszła? Uda się?

Ponownie spojrzała za siebie. Przez mgłę mroku dostrzegła długą czarną spódnicę, wąską talię i wątłe ramiona, zwiewny czarny woal, który zasłaniał twarz i kołysał się na wietrze. Pod rąbkiem spódnicy poruszały się niewidoczne stopy. Dojrzała szczegóły, bo postać się zbliżyła – szła spokojnie, a jednak, za każdym razem, gdy dziewczynka spoglądała za plecy, była coraz bliżej. Pomimo zakrytego oblicza kobiety wiedziała, że jest obserwowana, że wbija się w nią nieruchomy wzrok.

Spanikowana, gwałtownie zmieniła kierunek, zeszła z drogi i zanurzyła się w las. Nie było tam wydeptanej ścieżki, przedzierała się więc powoli przez gęste zarośla, wyschnięte łodygi traw kąsały jej nogi przez podkolanówki. Już po chwili zostawiona za plecami droga znikła jej z oczu, musiała więc zdać się na intuicję – w nadziei, że zmierza prosto na boisko. Poszycie coraz bardziej ją spowalniało, kropelki potu spływały pomiędzy łopatkami i wsiąkały w tanią bawełnianą bluzeczkę, która przykleiła się do pleców. Walizka była nieporęczna i ciężka, więc wkrótce ją porzuciła, żeby jak najprędzej wydostać się z lasu. Wokół panowała cisza, przerywana tylko jej ochrypłym oddechem.

Skręciła kostkę, jej nogę przeszył ostry ból, ale nadal biegła. Włosy wyrywały się spod wsuwek, gałęzie raniły dłonie, gdy się przez nie przedzierała, ale nadal biegła. Miała przed sobą stare ogrodzenie Idlewild, spróchniałe i zniszczone, łatwe do pokonania. Zza jej pleców nie dochodził żaden dźwięk. Aż nagle…

Mary Hand nieżywa, ziemia już ją skrywa…

Szybciej, szybciej. Nie pozwól się jej dogonić.

Przyjaciółką cię nazywa…

Las zaczął rzednąć, zobaczyła przed sobą boisko, oświetlone perlistym światłem księżyca.

Nie pozwól jej wejść!

Płuca dziewczynki płonęły, z jej gardła wyrwał się szloch. Nie była gotowa. Nie była. Pomimo wszystkiego, co zaszło – a może właśnie przez to. Serce nadal pompowało krew, jej wyniszczone ciało wciąż parło ku ocaleniu. Z posępną przejrzystością zrozumiała, że to wszystko na nic.

Od zawsze wiedziała, że potwory naprawdę istnieją.

I oto one.

Dziewczynka spojrzała w mrok i zaczęła krzyczeć.

rozdział 1

Barrons, Vermont

Listopad 2014 r.

Jazgot komórki poderwał odpływającą w sen Fionę. Pochyliła się gwałtownie do przodu, złapała mocno kierownicę i wlepiła wzrok w ciemność za przednią szybą.

Zamrugała, skupiła uwagę. Naprawdę zasnęła? Pamiętała, że zaparkowała na żwirowej zatoczce przy Old Barrons Road, by posiedzieć trochę w niczym niezmąconej ciszy i pomyśleć. Musiała odpłynąć.

Telefon zadzwonił ponownie. Przetarła oczy i spojrzała na leżącą na fotelu pasażera komórkę. Wyświetlacz świecił w mroku. Zobaczyła imię „Jamie” i godzinę. Trzecia nad ranem. Deb kończyłaby dzisiaj czterdziestkę, gdyby tylko żyła.

Podniosła telefon i odebrała. 

– Jamie.

Usłyszała jego zachrypnięty, zaspany i oskarżycielski głos. 

– Obudziłem się, a ciebie nie ma.

– Nie mogłam spać.

– Więc po prostu wyszłaś? Na miłość boską, Fee! Gdzie jesteś?

Otworzyła drzwi samochodu i wystawiła nogi na zimne powietrze. Złościł się, ale nic na to nie mogła poradzić. 

– Przy Old Barrons Road. Zaparkowałam w zatoczce, u podnóża wzgórza.

Przez chwilę nic nie mówił. Wiedziała, że liczy dni. Urodziny Deb. 

– Fee…

– Chciałam po prostu pojechać do domu. Naprawdę.

Wysiadła z samochodu. Gdy stanęła prosto, jej ścierpnięte nogi prawie się zbuntowały, a zimne powietrze wymierzyło jej w twarz otrzeźwiający policzek i zmierzwiło włosy. Podeszła na skraj jezdni, spojrzała w prawo i w lewo, po czym wcisnęła wolną dłoń do kieszeni kurtki. Patrząc w stronę, z której przyjechała, zobaczyła znak informujący, że do Burlington jeszcze niemal pięćdziesiąt kilometrów, a także wyblakłe światła całodobowej stacji benzynowej na szczycie wzgórza. Wiedziała, że za wzniesieniem jest niewidoczne dla niej teraz skrzyżowanie z North Road, a przy nim ciąg fast foodów, kolejnych stacji benzynowych i kilka przyjaźnie rozświetlonych hipermarketów. W przeciwnym kierunku, ku któremu była skierowana maska jej samochodu, ciągnął się tylko mrok, jak gdyby Old Barrons Road spadała z krawędzi Ziemi w otchłań.

– Nie musiałaś jechać do domu – powiedział Jamie.

– Wiem – odparła. – Ale nie mogłam zasnąć, a nie chciałam cię budzić. Więc wyszłam, wsiadłam do samochodu i po prostu ruszyłam, dopiero później zaczęłam myśleć.

Westchnął ciężko. Potrafiła sobie wyobrazić, jak leży na poduszkach w starym t-shircie i bokserkach oraz przeciera ze zmęczenia oczy, napinając mięśnie przedramienia. O wpół do siódmej zaczynał zmianę; naprawdę robiła wszystko, żeby go nie obudzić. 

– O czym myśleć?

– Zaczęłam się zastanawiać, jaki jest ruch na Old Barrons Road w środku nocy. Wiesz, gdyby ktoś zaparkował tu samochód i go zostawił, to po jakim czasie jacyś przejeżdżający ludzie by to zauważyli. Policja zawsze mówiła, że niemożliwe, by Tim Christopher zostawił auto na tak długo i nikt tego nie widział. Ale tak naprawdę nigdy tego nie sprawdzili, prawda?

I oto jest – wykrakany: szpetny demon wylazł na powierzchnię. Sprawy, które tak skutecznie trzymała głęboko zakopane. Zbliżały się urodziny Deb i ta myśl od wielu dni nie dawała jej spokoju. Starała się nic nie mówić, ale tej nocy, kiedy leżała, nie mogąc zasnąć, myśli nie pozwoliły się okiełznać. 

– To niezdrowe – skomentował Jamie. – I masz tego świadomość. Wiem, że dużo myślisz o siostrze. Wiem, że nosisz żałobę. Ale żeby jechać do Idlewild? Przeginasz, Fee.

– Wiem – odrzekła. – Wiem, że już to przerabialiśmy. Pamiętam, co mówi mój terapeuta. Wiem, że minęło dwadzieścia lat. Przysięgam, że próbuję pozbyć się tej obsesji. Po prostu mnie wysłuchaj, dobrze? – Starała się, by jej ton nie zabrzmiał błagalnie, ale się nie udało. 

– Okej – zgodził się. – Dawaj.

Przełknęła ślinę.

– Przyjechałam i zaparkowałam przy drodze. Siedziałam tu… – sprawdziła godzinę – trzydzieści minut. Trzydzieści minut, Jamie. Nie przejechał ani jeden samochód. Zero. – Obliczyła, że spędziła tam czterdzieści pięć minut, ale na kwadrans zasnęła, więc to się nie liczyło. – Mógł tutaj zaparkować i to zrobić. Przez las na boisko w Idlewild Hall jest tylko dziesięć minut. Miałby masę czasu.

Usłyszała w głośniku oddech Jamiego. Byli razem już od roku – czasami nadal nie mogła w to uwierzyć – i miał na tyle oleju w głowie, by nie rzucać oklepanych frazesów w stylu: To już bez znaczenia. Nie przywróci jej to życia. Przecież on siedzi już w więzieniu. Minęło dwadzieścia lat, musisz zostawić to za sobą. Zamiast tego rzekł: 

– W 1994 roku Old Barrons Road wyglądała inaczej. Po wschodniej stronie drogi otwarte jeszcze było kino samochodowe. W latach dziewięćdziesiątych już cienko przędli, ale dzieciaki lubiły tam imprezować, zwłaszcza w okolicach Halloween.

Fiona stłumiła pęczniejące w gardle słowa protestu. Jamie miał rację. Obróciła się i spojrzała w ciemność po drugiej stronie drogi, tam, gdzie kiedyś był parking i kino samochodowe, a teraz widziała jedynie opuszczoną działkę. Wielki ekran zdjęto dawno temu, zatłuszczone stanowisko z maszyną do popcornu zniszczono, pozostał tylko zarastający chwastami plac pośród drzew. Pamiętała, że w dzieciństwie wraz z Deb błagały rodziców, żeby je tam zabierali, gdyż zgodnie z dziecięcą logiką spodziewały się po kinie wszelkich wspaniałości i wielkich uniesień. Szybko się przekonała, że błagają z siostrą na darmo. Dla jej rodziców-intelektualistów wycieczka do kina samochodowego na drugą część Gliniarza z Beverly Hills była równie prawdopodobna jak lot na Księżyc. Starsza i mądrzejsza o trzy lata Deb na widok rozczarowania siostry wzruszała tylko ramionami. A czego się spodziewałaś? 

– W listopadowy czwartek w kinie raczej nie byłoby zbyt wielu dzieciaków – stwierdziła.

– Ale jakieś były – powiedział Jamie z prostą logiką człowieka, którego życie nie zostało rozniesione w drobny mak. – I żadne nie pamiętało samochodu Chirstophera. Przecież w śledztwie to sprawdzono.

Fiona poczuła zmęczenie pod powiekami, skontrowane jednak uderzeniem chaotycznej energii, która nie pozwalała jej stać w bezruchu. Odwróciła się i zaczęła oddalać od wzgórza oraz świateł stacji benzynowej w stronę mroku przed maską jej auta, po drugiej stronie drogi. 

– Oczywiście, że myślisz, że w śledztwie wszystkim się zajęli – rzuciła ostrzej, niż zamierzała. – Jesteś gliną. Musisz w to wierzyć. W twoim świecie, kiedy dziewczyna zostaje zamordowana, zjeżdżają się najmądrzejsze umysły całego Vermont, rozwiązują zagadkę i wsadzają złoczyńcę za kratki.

Żwir pobocza chrzęścił pod jej butami, wiatr przenikał przez dżinsy. Gdy zadrżała z zimna, a lodowate igiełki przebiły się przez wszystkie warstwy odzieży, postawiła kołnierz kurtki.

Jamie nie dał się sprowokować jej tonem, była to jedna z jego cech, która zawsze doprowadzała ją do szału. 

– Fiona, ale ja wiem, że wszystkim się zajęli, bo przejrzałem akta. I to nie raz. Wbrew wszelkim zasadom i przepisom, o czym świetnie wiesz. Wszystko tam jest, czarno na białym.

– Bo to nie była twoja siostra – prychnęła Fiona.

Milczał przez moment, z tym nie mógł się spierać. 

– Tim Christopher został oskarżony – powiedział cierpliwie. – Został osądzony i skazany za morderstwo Deb. Ostatnie dwadzieścia lat spędził w więzieniu o zaostrzonym rygorze. A ty i tak kręcisz się po Old Barrons Road o trzeciej nad ranem, Fee.

Im dalej odchodziła, tym robiło się ciemniej. I zimniej. Trafiła w jakąś dziwną bańkę powietrza, w której jeszcze mocniej się skuliła i przestała czuć czubek nosa. 

– Muszę się dowiedzieć, jak to zrobił – odparła.

W 1994 roku jej dwudziestoletnia siostra została uduszona i porzucona na środku starego boiska, na opuszczonym terenie Idlewild Hall. Leżała na boku, miała podkurczone kolana i otwarte oczy. Jej koszulka i stanik zostały rozerwane, tkanina i elastyczne paski były w strzępach. Po raz ostatni widziano ją w odległym o pięćdziesiąt kilometrów internacie. Jej chłopak, Tim Christopher, spędził za to dwadzieścia lat w więzieniu. Twierdził, że jest niewinny, i nadal się nie przyznał.

Fiona miała wtedy siedemnaście lat. Nie lubiła myśleć o tym, jak morderstwo rozbiło jej rodzinę, jak wpłynęło na jej życie. Łatwiej przychodziło wystawanie na poboczu drogi i obsesyjne zastanawianie się, w jaki sposób Christopher podrzucił ciało jej siostry na boisko – nigdy w pełni tego nie wyjaśniono – skoro ani tam, ani w lesie nie znaleziono odcisków butów, a na poboczu śladów po oponach. Posesja Idlewild była otoczona płotem, tyle że bardzo starym i w większej części zniszczonym, mógł więc bez problemu przenieść ciało przez jedną z dziur. Zakładając, że naprawdę szedł tą trasą.

Jamie miał rację. Niech diabli wezmą jego i jego policyjny umysł, z którym jej rozum dziennikarki wikłał się w nieustanne spory. Ten szczegół nie dawał jej spokoju, bez przerwy jątrzył rany, podczas gdy wszyscy inni zabandażowali swoje i odkuśtykali do własnych spraw. Powinna złapać jakieś kule – świetnie nadałby się na przykład alkohol albo narkotyki – i kuśtykać sobie raźno razem z nimi. A jednak stała tam i drżąc z zimna, wpatrywała się w las, myśląc: Jak, do cholery, przeniósł ją tędy, nie zostawiając śladów stóp?

Nadal trzymała telefon przy uchu. Słyszała, że Jamie czeka, aż coś powie.

– Oceniasz mnie – rzekła w końcu.

– Wcale nie – zaprotestował.

– Poznaję po twoim oddechu.

– Poważnie?

– Ja…

Usłyszała za plecami czyjeś kroki, zamarła.

– Fiona? – zaniepokoił się Jamie, jak gdyby też dosłyszał je przez telefon.

– Ciii… – uciszyła go odruchowo.

Stanęła w bezruchu i nadstawiła uszu. Otaczała ją niemal całkowita ciemność. Idlewild Hall, szkoła z internatem dla dziewcząt, zostało zamknięte i opuszczone w 1979 roku, na długo przed śmiercią Deb. Bramy były zatrzaśnięte na kłódki, a teren stopniowo zarastał. Przy końcu drogi, obok wjazdu do niegdysiejszej szkoły, nie paliły się żadne światła. Nic, tylko wiatr w konarach drzew.

Cała spięta, odwróciła się powoli na pięcie. Odgłos był wyraźny, stopy szurające o żwir. Jeżeli to jakiś wyłażący z lasu zboczeniec, to nie miała przy sobie nic do obrony. Mogłaby jedynie krzyczeć do Jamiego i liczyć na cud.

Wbiła wzrok w mroczną ciszę, widziała ostatnie listki, szeleszczące na czarnych jak smoła gałęziach.

– Co się dzieje, kurwa? – warknął Jamie.

Przeklinał tylko wtedy, gdy był poważnie zaniepokojony.

– Ciii… – powtórzyła. – Nic. Nikt. Coś mi się przesłyszało.

– Czy naprawdę muszę ci mówić, żebyś się zwijała z tej pogrążonej w nocy, opuszczonej drogi?

– Przeszło ci kiedyś przez myśl, że w Old Barrons Road jest coś niepokojącego? – zapytała. – To znaczy: łaziłeś tu w ogóle kiedyś? Trochę tu tajemniczo. Jakby coś tu było…

– Mam dosyć – przerwał jej. – Wracaj do samochodu i jedź do domu albo po ciebie przyjadę.

– No już, już.

Czuła mrowienie w dłoniach, nawet w tej niemal przymarzniętej do telefonu, a jednak jej kręgosłup przeszyła fala adrenaliny. To był odgłos kroków. Prawdziwy. Drzewa zasłaniały wzgórze i nagle zatęskniła za kojącym światłem jarzeniówek stacji benzynowej. Postawiła krok, gdy wtem coś zrozumiała. Stanęła, ponownie się odwróciła i szybko ruszyła ku bramie Idlewild Hall.

– Mam nadzieję, że ten dźwięk to twoje kroki w stronę auta – powiedział Jamie poważnie.

– Jest tam znak – odrzekła Fiona. – Widziałam. Na bramie. Wcześniej go nie było. – Podeszła na tyle, by dojrzeć w ciemności litery. KOLEJNY PROJEKT MACMILLAN CONSTRUCTION, LTD. – Jamie, dlaczego tu jest znak, według którego w Idlewild Hall trwa jakaś budowa?

– Bo trwa – odparł. – A raczej rusza za tydzień. Majątek został sprzedany dwa lata temu i właśnie przejmuje go nowy właściciel. Z tego, co słyszałem, odrestaurują posiadłość.

– Odrestaurują? – Fiona zamrugała, próbując to przetrawić.  – I co niby tu zrobią?

– Nową szkołę – wyjaśnił. – Naprawią budynek i otworzą kolejną szkołę z internatem.

– Co takiego?

– Nie chciałem ci o tym mówić, Fee. Wiedziałem, ile to miejsce dla ciebie znaczy.

Fiona zrobiła krok w tył, nie odrywała wzroku od znaku. Odrestaurują. Na boisku, na którym leżało ciało Deb, miały znowu grać dziewczęta. Postawią nowe budynki, zburzą stare, wyleją beton, może poszerzą drogę. Cały nienaruszony od dwudziestu lat krajobraz, krajobraz, który znała tak dobrze – krajobraz śmierci jej siostry – zniknie.

– Cholera – zaklęła do telefonu, odchodząc w kierunku auta. – Zadzwonię do ciebie jutro. Wracam do domu.

rozdział 2

K a t i e

Barrons, Vermont

Październik 1950 r.

Gdy Katie Winthrop zobaczyła Idlewild Hall po raz pierwszy, prawie się rozpłakała. Siedziała na tylnym siedzeniu chevroleta ojca i zerkała pomiędzy odzianym w szary garnitur ramieniem taty a ubranym w krepę barkiem mamy. Kiedy na końcu Old Barrons Road zamajaczyły wielkie czarne wrota, poczuła cisnące się do oczu łzy.

Wrota stały otworem, szybko miała się przekonać, że to rzadkość. Tata w milczeniu przejechał przez bramę i długi ubity podjazd, a ona gapiła się na wyrastający przed nimi budynek: wysoki na trzy piętra główny gmach, ciągnący się w nieskończoność w obie strony, ze strzelistymi oknami przypominającymi rząd zębów. Jednolitą fasadę przełamywał jedynie wskazujący frontowe wejście portyk. Był sierpień, powietrze gęste i gorące, aż uginało się pod ciężarem nadchodzącego deszczu. Gdy podjeżdżali, mogło się zdawać, że oto zmierzają w paszczę tego gmaszyska. Katie przełknęła ślinę, siedziała prosto i nieruchomo, a budynek rósł i rósł, coraz szczelniej wypełniając przednią szybę.

Tata zatrzymał samochód, przez chwilę dało się słyszeć jedynie tykanie silnika. Idlewild Hall spowijał mrok, ani śladu życia. Katie spojrzała na matkę, ale ta miała odwróconą głowę i błędnym wzrokiem spoglądała za szybę pasażera. Choć Katie przysunęła twarz tak bardzo, że dokładnie widziała nałożony przez mamę na policzki małym pędzelkiem makijaż, to nie usłyszała od niej ni słowa.

Nagle zapragnęła powiedzieć: Przepraszam. Proszę, nie każcie mi tu zostawać. Nie dam rady, tak bardzo was przepraszam…

– Wyjmę twój bagaż – oświadczył ojciec.

Od tego dnia minęły dwa lata. Katie zdążyła przywyknąć do Idlewild – długich starych korytarzy pachnących pleśnią i dziewczęcym potem, okien, które zimą przepuszczały przez szczeliny przy framugach lodowate powietrze, wilgotnej woni przypominającej zapach kompostu, o każdej porze roku unoszącej się nad zielonym boiskiem, niezmienionych od otwarcia szkoły w 1919 roku mundurków.

Katie należała do dziewczynek, którym koleżanki szybko się podporządkowują: była władczą, nieco agresywną i odważną ciemnowłosą pięknością. Może nie należała do „popularnych”, ale pięści musiała używać tylko dwukrotnie, za każdym razem gładko zwyciężając. Wiedziała, że solidny lewy prosty to klucz do sukcesu, a ze swojego korzystała bez cienia litości. Przetrwanie w pełnej wyrzutków szkole z internatem to nie bułka z masłem, lecz po przełknięciu pierwszych łez Katie stała się mistrzynią przeżycia.

Rodziców widywała dwa razy do roku, w lecie i na Boże Narodzenie, i już nigdy ich nie przepraszała.

W Clayton Hall, jej internacie, w każdym pokoju mieszkały po cztery dziewczynki. Nigdy nie wiedziałeś, na kogo trafisz. Jedna z pierwszych współlokatorek Katie, dziewczyna z New Hampshire, ze strąkami na głowie, która zapewniała, że pochodzi w prostej linii od prawdziwej czarownicy z Salem, miała zwyczaj niezmordowanego nucenia pod nosem, gdy zanurzała się w podręczniku do łaciny. Obgryzała przy tym paznokieć kciuka z takim zapamiętaniem, że Katie uznała ją za materiał na przyszłą morderczynię. Kiedy czarownica z Salem wyjechała, zastąpiła ją długonoga dziewczyna ze sprężystymi włosami, której imienia nigdy nie mogła zapamiętać i która przez większość nocy kuliła się na pryczy, cicho łkając w poduszkę. Do czasu aż Charlotte Kankle, wielka i zawsze wściekła, zrzuciła ją z łóżka, sycząc: Przestań ryczeć, na miłość boską, bo dziewuchy cię przytrzymają, a ja rozkwaszę ci nos. Żadna z pozostałych lokatorek nie zaprzeczyła. Po tej nocy dziewczyna przestała szlochać, a kilka tygodni później wyjechała.

Charlotte Kankle przeniosła się potem do innego pokoju – po wdaniu się z Katie w bójkę, to właśnie nad nią odniosła jedno z dwóch zwycięstw – i teraz, w sali 3C, miała współlokatorki, które, musiała to przyznać, mogły okazać się całkiem w porządku. Idlewild było szkołą z internatem ostatniego ratunku, miejscem, w którym rodzice upychali przynoszące wstyd, niegrzeczne, krnąbrne pociechy. Ukryte w odludnych lasach stanu Vermont, liczyło jedynie sto dwadzieścia uczennic: nieślubnych córek, córek z pierwszych małżeństw, córek służących, małych imigrantek, dziewczynek, które nie potrafiły się dobrze zachować i dobrze uczyć. Większość walczyła i nie ufała sobie nawzajem, ale Katie, jakby odwrotnie, czuła, że tylko one mogły ją zrozumieć. Tylko one potrafiły ze znudzeniem wzruszać ramionami, gdy opowiadała, ile razy uciekała z domu.

Pewnego razu, już w czasie ciszy nocnej, usiadła na łóżku i zaczęła grzebać pod poduszką w poszukiwaniu zachomikowanej tam paczki papierosów. Był październik, krople zimnego jesiennego deszczu upstrzyły jedyne okno w pokoju. Postukała w pryczę wyżej. 

– CeCe.

– O co chodzi? – CeCe nie spała. Katie poznała po rytmie jej oddechu.

– Chcę ci opowiedzieć historię o duchach.

– Naprawdę? – Gdy CeCe wychyliła się zza krawędzi swojego łóżka i spojrzała na Katie z góry, po pomieszczeniu poniósł się cichy szelest pościeli. – O Mary Hand?

– O nie – sprzeciwił się głos z górnej pryczy po drugiej stronie pokoju. – Tylko nie kolejna opowieść o Mary Hand.

– Ciii, Roberta – uciszyła ją CeCe – bo obudzisz Sonię.

– Nie śpię – odezwała się spod kołdry leżąca posłanie niżej od Roberty Sonia. Kiedy była rozespana, jej francuski akcent zdawał się wyraźniejszy. – Jak mam spać, kiedy wszystkie gadacie?

Katie klepnęła w paczkę i z środka wyskoczył papieros. Wszystkie cztery dziewczyny miały po piętnaście lat. W Idlewild już od dawna grupowano uczennice w tym samym wieku, bo starsze lubiły gnębić młodsze współlokatorki. 

– W moim podręczniku do łaciny jest coś o Mary Hand, patrzcie – powiedziała.

Wyjęła spod łóżka książkę – która miała z kilkadziesiąt lat i była niemal zbutwiała – oraz małą latarkę. Latarki były w Idlewild zabronione, ale uczennice lekceważyły tę zasadę. Katie złapała pewnie podręcznik i szybko go przewertowała, odnajdując poszukiwaną stronę. 

– Widzicie? – zapytała.

CeCe zeszła z pryczy na podłogę. Miała największe piersi z całej czwórki, więc zabrała ze sobą koc i skrępowana, zarzuciła go na ramiona. 

– Och – jęknęła, patrząc na oświetlaną przez Katie stronę. – Mam takie coś w książce do gramatyki. A przynajmniej podobne.

– Co to jest? – Roberta dała się wywabić z łóżka, spod rąbka przykrótkiej koszuli nocnej wystawały jej zgrabne łydki. Ciemnoblond włosy miała zaplecione w zwisający na plecy warkocz. Wylądowała na podłodze z głośnym plaśnięciem i zerknęła nad ramieniem CeCe.

Katie usłyszała, jak bierze głęboki wdech.

Przy krawędzi strony, na marginesie, widniała napisana ołówkiem wiadomość.

Widziałam Mary Hand przez okno sali 1G w Clayton Hall.

Oddalała się przez boisko.

Środa, 7 sierpnia 1941 roku. Jenny Baird.

Spoglądając na ten komunikat, Katie doznała ulotnego, niepokojącego uczucia, nagłego impulsu strachu, którego nie zamierzała okazywać. Wszyscy wiedzieli o Mary Hand, ale ta skreślona ołówkiem informacja w jakiś sposób czyniła ją bardziej realną. 

– To nie żart, prawda? – raczej stwierdziła, niż spytała.

– Nie, to nie żart – potwierdziła CeCe. – W mojej książce do gramatyki jest napisane: Toaleta, trzecie piętro, skraj zachodniego skrzydła, widziałam tam Mary. Napisane w 1939.

– To wiadomość. – Tym razem odezwała się Sonia, która także wstała i spoglądała na podręcznik znad ramienia Roberty. Wzruszyła ramionami i cofnęła głowę. – Też takie widywałam. Chyba nigdy nie kupują tu nowych podręczników.

Katie ponownie przewróciła zatęchłe kartki. Na pierwszej stronie widniała data wydania, 1919, rok otwarcia Idlewild Hall. Próbowała wyobrazić sobie szkołę w tamtych czasach: nowiusieńki gmach, nowiusieńkie mundurki, nowiusieńkie podręczniki. Teraz, w 1950 roku, Idlewild wyglądało, jakby przeniosło się w czasie, jakby nie słyszano tu o bombie atomowej, Texaco Star Theatre czy telewizji. Na swój osobliwy sposób to, że tutejsze uczennice przekazywały swe mądrości z pokolenia na pokolenie na marginesach starych książek, obok list bitew wojny o niepodległość czy składu chemicznego jodyny, miało sens. Nauczyciele nie zaglądali do podręczników, a tych nigdy nie wyrzucano. Jeżeli chciałaś ostrzec dziewczyny z przyszłości przed Mary Hand, to książki idealnie się do tego nadawały.

Przez okno sali 1G, w Clayton Hall. Katie odpaliła papierosa zapałką.

– Nie powinnaś – powiedziała bez większego przekonania Roberta. – Susan Brady poczuje i zgotuje ci piekło.

– Susan Brady śpi – odparła Katie.

Susan Brady była dyżurną trzeciego piętra i traktowała swe obowiązki bardzo poważnie, przez co nikt jej nie lubił.

Katie wyłączyła latarkę, cztery dziewczyny otoczyła ciemność. Roberta zrzuciła na podłogę poduszkę i oparła się plecami o wąską komodę. Sonia cicho podeszła do okna i uchyliła je, żeby dym miał drogę ucieczki.

– Więc? – zwróciła się CeCe do Katie. – Widziałaś ją?

Katie wzruszyła ramionami. Pożałowała, że wyciągnęła ten temat; znała dziewczyny, ale nie na tyle, żeby im zaufać. Kolejne spojrzenie na napisaną ołówkiem wiadomość wzbudziło w niej niepokój. Tak naprawdę nie miała pewności, co się jej przytrafiło, i chciałaby, aby było to coś równie prostego, jak ujrzenie ducha Idlewild w łazience. Czasami jej wspomnienia były tak bardzo realne, jednak ubranie ich w słowa zdawało się niemożliwe. Przełknęła ślinę i zmieniła temat. 

– Myślicie, że naprawdę też się tu uczyła? – zapytała współlokatorki.

– Tak słyszałam – odpowiedziała Roberta. – Mary Van Woorten z drużyny hokeja na trawie mówi, że Mary Hand umarła pewnej zimowej nocy, gdy została zamknięta na zewnątrz szkoły i się zgubiła.

– To musiało być wieki temu. – CeCe wgramoliła się na pryczę obok Katie i oparła poduszki o zagłówek. – Słyszałam, że nocami puka w szyby i chce wejść do środka. Że błaga dziewczyny, aby wyszły na zewnątrz i gdzieś za nią poszły, a jeżeli jej nie posłuchają, umierają.

Z CeCe Katie mieszkała najdłużej i wiedziała o niej najwięcej, ponieważ przypominała otwartą książkę. Była nieślubną córka bogatego bankiera i pokojówki, przez większość życia wyprawianą do kolejnych szkół z internatami. Co zadziwiające, nie czuła do ojca urazy i była blisko z matką, obecnie gosposią u jakiejś rodziny w Bostonie. Opowiedziała o tym Katie już podczas pierwszego spotkania, wieszając na haczyku mundurek z herbem szkoły i odkładając kij do hokeja.

– Czasami, kiedy pośród drzew hula wiatr, można usłyszeć, jak śpiewa – dodała Roberta. – Kołysankę albo coś takiego.

O tym Katie nie wiedziała. 

– Słychać, jak śpiewa?

Roberta wzruszyła ramionami. Była w Idlewild dopiero kilka miesięcy, podczas gdy pozostałe dziewczyny przebywały tam od przynajmniej roku, a Sonia od trzech. Roberta była inteligentna i miała sport we krwi, lecz nie lubiła dużo mówić. Nikt nic nie wiedział o jej domu i rodzinie. Katie nie potrafiła rozgryźć, co Roberta robi w takim miejscu, ale po skrytym spojrzeniu, które nie raz dostrzegała w jej oczach – owym spojrzeniu wycofania, jak gdyby obserwowała świat zza jakiegoś muru, typowym dla wielu uczennic Idlewild – zgadywała, że musiał być jakiś powód. 

– Sama nigdy nie słyszałam, a trenuję tam cztery razy tygodniowo. 

Po tych słowach, jak to miała w zwyczaju, zwróciła się do Sonii: 

– A ty co myślisz, Soniu?

O ile CeCe można było rozczytać najłatwiej, o tyle Sonię wręcz przeciwnie. Blada, szczupła, cicha, przeskakująca pomiędzy kolejnymi klikami i kręgami towarzyskimi, zdawała się oderwana od wszystkiego, co ją otacza, w stopniu niespotykanym nawet w Idlewild. Była francuską imigrantką, a po wojnie, na której tak wiele dziewcząt straciło ojców oraz braci albo mieszkało z mężczyznami złamanymi pobytem w obozach, nikt nie pytał ją o przeszłość. Przebywała w szkole najdłużej z nich wszystkich.

Zdawała się absolutnie niezależna, jak gdyby wystarczało jej to, co dzieje się w jej głowie. Z jakichś powodów Roberta, która była przecież żywa, gibka i pełna gracji, dała się oczarować Sonii i często przebywała u jej boku. Wyglądały razem tak lekko i swobodnie, że i Katie zapragnęła do nich dołączyć. Ona przy nikim się tak nie czuła. Zawsze otaczały ją wielbicielki, ale nigdy przyjaciółki.

Sonia pochwyciła wzrok Katie i wzruszyła ramionami, nawet w prostej białej koszuli nocnej gest ten wydawał się opanowany i taki europejski. 

– Nic mi po duchach – rzekła ze swym słodkim, melodyjnym akcentem. – Ale, jak my wszystkie, słyszałam, że nosi czarną suknię i woal na twarzy, co wydaje mi się dość dziwacznym strojem jak na łażenie po śniegu. – Jej przenikliwemu wzrokowi, który pośród mroku padł na Katie, nic nie umykało. – Widziałaś coś, prawda?

Katie przeniosła spojrzenie na trzymanego w palcach papierosa, o którym zdążyła zapomnieć. 

– Słyszałam ją – odparła.

Zgasiła papierosa o rewers mosiężnego medalu, który w pokoju zostawiła jakaś drugoklasistka, i przygniotła niedopałek kciukiem.

– Słyszałaś? – dopytała CeCe.

Katie wzięła głęboki oddech. Zawsze gdy rozmawiała o Mary Hand, miała dziwne wrażenie, że mówi o jakimś sekrecie rodzinnym. Opowiadanie bajek o duchach nocą to jedno, a sytuacja, w której otwierasz szafkę w szatni przed gimnastyką, a coś na powrót ją zamyka, drugie. Zdarzały się jakieś drobiazgi, poczucie, że ktoś cię obserwuje, albo nagły powiew zimnego powietrza na korytarzu, co do którego nie masz pewności, czy nie był tylko owocem twojej wyobraźni, więc nie chcesz o nim mówić, żeby się nie ośmieszyć. Ale to było coś innego i Katie czuła potrzebę powiedzenia o tym na głos. 

– Zdarzyło się to na dziedzińcu, na ścieżce za stołówką.

Dziewczynki skinęły głowami. Główne zabudowania Idlewild tworzyły kształt litery U, otaczały pełen nieprzystrzyżonych drzew oraz zachwaszczonych, wyłożonych kamieniami ścieżek dziedziniec. 

– Ta część mnie przeraża – powiedziała CeCe. – Ta obok ogrodu.

Katie także przerażała. Nikt nie lubił ogrodu, pomimo że program nauczania obejmował cotygodniowe zajęcia z ogrodnictwa, kiedy to uczennice niechętnie ryły w wilgotnej, śmierdzącej zgnilizną ziemi. Nawet nauczycielki omijały ogród szerokim łukiem. 

– Po kolacji wymknęłam się na papierosa i zeszłam ze ścieżki, żeby nie zobaczyła mnie pani Peabody. Wiecie, że ona też tam pali, choć nie powinna. Stałam pod tym wielkim klonem i coś poczułam. Ktoś tam był.

CeCe pochyliła się do przodu w napięciu. 

– Ale nic nie widziałaś?

– Usłyszałam głos – wyjawiła Katie. – Naprawdę, nie przesłyszało mi się. Tuż obok, jakby ktoś stał koło mnie. Słyszałam bardzo wyraźnie.

Dobrze pamiętała tę chwilę pod rozłożystym drzewem, na ziemi wyściełanej klonowymi noskami, gdy tuż za prawym uchem usłyszała czyjś głos. Papieros wypadł jej z dłoni, a włosy na karku stanęły dęba. Idlewild było starym miejscem, tamtejszy lęk także był stary. Do tego momentu Katie wydawało się, że rozumie strach, ale gdy usłyszała ten głos, pojęła, że oto stanęła wobec strachu starszego i większego niż wszystko, co mogła sobie wyobrazić.

– No i? – ponagliła ją Roberta. – Co powiedziała?

Katie odchrząknęła. 

– Nie ruszaj się.

Na chwilę wszystkie zamilkły.

– O Boże – szepnęła CeCe.

Co dziwne, Katie patrzyła na Sonię. Ta siedziała na podłodze, oparta o ścianę pod oknem, z podciągniętymi pod brodę kolanami i udami przyciśniętymi do piersi. Była nieruchoma, skąpana w cieniu. Katie nie wiedziała, czy Sonia na nią patrzy. Gdzieś z oddali dobiegł odgłos zatrzaskiwanych drzwi, a następnie kapanie – jakby kropli spadającej z cieknącego dachu.

– Dlaczego? – zapytała Sonia z miękkim francuskim rytmem. – Dlaczego to powiedziała?

Ramiona Katie podskoczyły gwałtownie, poderwane nagłym skurczem mięśni, lecz pozostałe dziewczynki nie mogły tego dojrzeć w ciemności. 

– Nie wiem – odparła krótko i ostro, lecz po chwili załagodziła ton. – Tyle usłyszałam. Nic więcej.

Kłamstwo, wierutne kłamstwo. Ale skąd jakiś stary duch w ogóle wiedział?

Nie ruszaj się. Nie potrafiła o tym rozmawiać. Z nikim. Jeszcze nie.

– I co zrobiłaś? – zapytała Roberta.

To łatwiejsze pytanie. 

– Uciekałam jak diabli.

Tylko opierająca się o zagłówek CeCe cmoknęła z dezaprobatą na dźwięk przekleństwa. Była dość sztywna jak na nieślubną córkę. 

– Też bym uciekła – przyznała. – Widziałam raz małego chłopca. U Ellesmerów. – Ellesmerowie to rodzina jej bogatego ojca, CeCe nie otrzymała ich nazwiska. – Pewnego dnia, gdy mama pracowała, bawiłam się w ogrodzie za domem. Podniosłam wzrok i w oknie na piętrze dojrzałam małego chłopczyka, patrzył na mnie. Pomachałam mu, ale ani drgnął. Gdy zapytałam o niego mamę i dlaczego nie pozwalają mu wyjść na podwórko, zrobiła bardzo dziwną minę. Powiedziała, że coś mi się przywidziało i żebym już nigdy o nim nie mówiła, zwłaszcza przy Ellesmerach. Później już go nie widziałam, ale ciągle się zastanawiam, kto to był.

– Mnie babcia opowiadała o duchu ze strychu – zaczęła Roberta. – Trząsł wszystkimi meblami i robił rejwach. Mówiła, że zdarzały się noce, kiedy leżała w łóżku i słuchała przesuwania kufrów i szafek po podłodze. Mama powtarzała, że babcia to starsza pani i chce zwrócić na siebie uwagę, ale pewnego lata spędziłam u niej dwa tygodnie i też go słyszałam. Dokładnie tak, jak mówiła babcia – odgłosy przesuwanych mebli, podnoszenia i stawiania starej mosiężnej lampki, podnoszenia i stawiania… Rano zapytałam ją, czy to duch dziadka, ale ona spojrzała na mnie i rzekła: „Nie, moja droga. To coś znacznie gorszego”. – Roberta zawiesiła głos. – Już tam nie wróciłam. Babcia zmarła w Boże Narodzenie tamtego roku, a mama sprzedała dom.

– A ty, Soniu? – zapytała CeCe. – Widziałaś kiedyś ducha?

Sonia wyprostowała swoje szczupłe nogi, wstała i zamknęła okno. Chłodny przeciąg zniknął, ale Katie nadal drżała.

– Martwi nie żyją – stwierdziła Sonia. – Nic mi po duchach.

Katie obserwowała jej sylwetkę pośród mroku. Słowa Sonii zabrzmiały lekceważąco, ale przecież nie powiedziała, że nie wierzy w duchy. Ani że żadnego nie widziała. Ani że nie istnieją.

Wiedziała, tak jak pozostałe.

Na szybie znowu pojawiły się krople deszczu. Nie ruszaj się, powtórzył głos w głowie Katie. Nie ruszaj się. Objęła się z całych sił rękoma i zamknęła oczy.

rozdział 3

Barrons, Vermont

Listopad 2014 r.

– Jonas – rzuciła Fiona, wchodząc następnego ranka do ciasnej redakcji „Lively Vermont”. – Wiedziałeś, że odnawiają Idlewild Hall?

W głównym pomieszczeniu panowała cisza, ale drzwi do gabinetu Jonasa były uchylone i wiedziała, że siedzi w środku. Jak zawsze. Minęła biurka, każde innej proweniencji, oraz zaśmiecające redakcję kartonowe pudła i skierowała się do jedynego prywatnego biura w całej gazecie, pieczary jej właściciela i zarazem redaktora naczelnego.

– Czy to ty, Fiono Sheridan? – dobiegło z środka. – Nie widziałem cię ładnych parę dni.

Stanęła w drzwiach i spojrzała na niego. Pochylał się nad biurkiem i wpatrywał w wydruk jakiejś fotografii. Za jego plecami stał wygaszony, zapomniany komputer. Cały Jonas. 

– W takim razie to chyba dobrze, że dla ciebie nie pracuję – odparła.

Podniósł wzrok. 

– Jesteś freelancerką, ale trochę jakbyś pracowała.

Fiona uśmiechnęła się pod nosem.

– Nie, jeżeli chodzi o ubezpieczenie.

Siedział z kamienną miną, ale wiedziała, że się z nią droczy.

Jonas Cooper miał koło pięćdziesiątki, jego przetykane siwizną ciemne włosy opadały z czoła ku tyłowi, tworząc eleganckie, imponujące skrzydła, a brwi rzucały cień na głębokie zielone oczy. Ubrany był w rozpiętą pod szyją koszulę w czerwono-czarną szachownicę, założoną na podkoszulek z piki. Kupili z żoną „Lively Vermont” ponad dekadę temu i od zeszłorocznego rozwodu starali się utrzymać gazetę na powierzchni. 

– Masz dla mnie jakiś artykuł? – zapytał.

– Nie – rzuciła Fiona. – Dałam ci jeden w piątek, powiedziałeś, że rozsadził budżet.

– Bieżącego numeru, owszem. Ale zawsze jest następny.

Jeszcze, pomyślała. „Lively Vermont” należało do nielicznych lokalnych czasopism, dla których pisała, i walczyło o przetrwanie z równym mozołem jak pozostałe. 

– Co to? – Wskazała na zdjęcie.

– Miejscowa fotografka – odpowiedział. Ponownie spojrzał na wydruk i wzruszył ramionami. – Mieszka w East Charlotte. Zdjęcie nie jest złe. Mógłbym wokół niego sklecić jakiś artykuł, gdyby tylko znalazł się autor.

– Nie. Nie ma mowy.

– A dlaczego nie? – Jonas rozparł się na starym krześle biurowym i rzucił zdjęcie na stertę papierów.

– Bo niedawno skończyłam tekst o serze rzemieślniczym. To mój funt mięsa na ten miesiąc.

Jonas rzucił jej spojrzenie mówiące: I tak wiem, że kłamiesz. Miał rację. Fiona brylowała w pisaniu pierdół – nie aspirowała do wielkiego dziennikarstwa. Nie miała ochoty pisać o żadnej fotografce, bo fotografowie zawsze wypytywali ją o ojca. 

– Zastanów się – powiedział. – Gdyby zgrabnie wyszło, to może wygrzebałbym spod kanapy jakieś zaskórniaki. A co tam krzyczałaś, kiedy weszłaś?

Fiona poczuła, że serce zaczyna bić jej szybciej, jakby miała zapytać o coś zakazanego. 

– Idlewild Hall. Słyszałam, że ma zostać odrestaurowane.

Jonas nabrał czujności, ale pokiwał głową. 

– Nowy właściciel.

– Co za jeden?

– Jedna. Margaret Eden. Małżonka świętej pamięci rekina inwestycji, Josepha Edena. Mówi ci coś to nazwisko?

Mówiło, kojarzyło się z krachem 2008 roku. Widziała twarz tego gościa w wiadomościach. 

– I co, kupił sobie tę nieruchomość?

– Nie. Umarł i żona kupiła. Chyba przyjeżdża z Nowego Jorku, żeby mieć oko na remont.

Z jakiegoś powodu Fionę ubodło, że Jonas o tym wiedział. 

– Ta ziemia należała do Christopherów od dziesięcioleci – oświadczyła. – Nawet po zamknięciu szkoły w 1979. Nikt mi nie powiedział, że poszła pod młotek. Albo że będą odnawiać Idlewild.

Przez twarz Jonasa przemknął wyraz współczucia. 

– Nie chciałem wyskakiwać przed szereg – wyjaśnił łagodnie. – A poza tym, jak do tej pory, tylko plotkowano o odnowieniu. Nie sądziłem, że ktoś na serio się za to weźmie.

– Cóż, najwyraźniej się biorą. Zeszłej nocy widziałam znaki budowlane na ogrodzeniu.

Jonas zamilkł. W 1994 roku jeszcze tu nie mieszkał – wprowadził się dopiero po zakupieniu czasopisma – ale wiedział o morderstwie Deb, o jej porzuconych w Idlewild zwłokach, o odsiadce zasądzonej dla Tima Christophera. Wszyscy wiedzieli. W Barrons nie istniało coś takiego jak prywatność, a już na pewno nie dla krewnych ofiary najgłośniejszego morderstwa w okolicy. Nawet Jonas miał świadomość, że w odwiedzaniu tego miejsca przez Fionę jest coś niezdrowego.

– Nie komentuj – ostrzegła go. – Nic nie mów.

Uniósł dłonie w geście niewinności. 

– Hej, to twoja sprawa. Ja tylko prowadzę czasopismo.

Spoglądała na niego przez dłuższą chwilę, jej krew znowu napełniła się nerwową energią z zeszłej nocy. 

– Naprawdę chcesz, żebym napisała jakiś artykuł? – zapytała. – Poważny tekst?

– Dlaczego mam wrażenie, że jeżeli odpowiem „tak”, to pożałuję?

– Idlewild – oświadczyła. – O tym napiszę. Zrobię wywiad z Margaret Eden. Obejrzę plany szkoły. Obejdę nieruchomość, zrobię zdjęcia, wszystko.

– Jezus Maria – jęknął Jonas. – Sam nie wiem.

– Pójdę w lokalny koloryt – odrzekła, czując rumieniec wstępujący na policzki. – Nowa szkoła, remont, praca dla miejscowych. Nikt inny tego nie opisze. Będzie lepsze niż tekst o fotografce. Czy nie tego oczekujesz po „Lively Vermont”? – Spojrzała mu prosto w oczy. – Nie mam z tym problemu, Jonas. Przysięgam, że wszystko gra.

Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że z jego oczu znika baczna czujność, a górę bierze redaktorska dusza. Razem z byłą żoną, Emily, kupili czasopismo, bo uchodziło za niezależny jankeski think-tank, ale pod jej kierownictwem przerodziło się w bezzębne pisemko lifestyle’owe pokroju tych, które drukują reklamy świeczek po osiemdziesiąt dolców i ręcznie robionych koców za pięć tysięcy. Jonasowi nigdy się to nie podobało – chciał czegoś więcej i właśnie dlatego nadal dawał robotę Fionie, licząc, że wykaże się dziennikarskim zacięciem słynnego ojca. 

– Przyznaję, że to ciekawe, ale nie mam budżetu na taki duży artykuł.

– Napiszę na własne ryzyko – rzekła. – Sama zrobię zdjęcia. Jeśli nie chcesz, to nawet nie musisz kupować tego tekstu. Pozwól mi tylko powołać się na „Lively”, gdy będę dzwoniła do Margaret Eden. Łatwiej się do niej dobiorę.

– Rozumiem. A co za to dostanę?

– Prawo pierwokupu.

Redaktor dumał nad jej propozycją i w końcu straciła cierpliwość. 

– No daj spokój, Jonas. Wiesz, że to dobry układ.

Wyglądał, jakby chciał dać się przekonać, ale zapytał: 

– To nie wszystko, prawda?

– Prawda – odparła Fiona, wypuszczając powietrze z płuc. – Chcę zacząć od historii tego miejsca. Dopuścisz mnie do archiwów?

_____

Pierwszy numer „Lively Vermont” wyszedł w 1969 roku i został powielony na fotokopiarce. Wszystkie numery były przechowywane w szeregu pobrużdżonych drewnianych szafek na akta, które podążały za redakcją przy każdej przeprowadzce. Obecnie stały przy tylnej ścianie biura, ktoś zostawił na nich talerz ze skamieniałą resztką pączka i kubek lodowatej już kawy.

– Wiesz, mogłabyś pójść do biblioteki – zagadnął Jonas sceptycznie, gdy Fiona zaczęła otwierać najstarsze szuflady. – Mają tam więcej o Idlewild niż my.

– W bibliotece wszyscy mnie znają – odparła.

Stare numery miały zapach stęchlizny, który wprawiał Fionę w dobry nastrój. 

– Kiedy dowiedzą się, za czym węszę, nici z tajemnicy.

Miała rację. Słynny dziennikarz Malcolm Sheridan był lokalną legendą Barrons, z kolei rude włosy Fiony, jego ostatniej żyjącej córka, rzucały się w oczy. Personel biblioteki w Barrons był pomocny, ale bardzo nieliczny, a ze względu na wiele wizyt badawczych na przestrzeni lat każdy ją tam znał.

– Niech będzie – powiedział Jonas. – A w zasadzie czemu to ma być tajemnica? Chyba mi nie powiesz, że dziennikarze zabijają się o ten temat.

Zerknęła na niego przez ramię.

Odwzajemnił spojrzenie. 

– Nigdy nie spotkałem dziennikarza, który bałby się bibliotekarzy.

– Nigdy nie spotkałeś dziennikarza z taką historią rodzinną jak moja – odpowiedziała Fiona, próbując nadać słowom lekki, swobodny wydźwięk. – Nie znoszę plotek. Znajdę inne źródła, zwłaszcza w sieci.

Gdy wyciągała akta z lat 1969-1979, za jej plecami panowała cisza. 

– Jeżeli chcesz znaleźć więcej źródeł, to powinnaś szukać u ojca – podpowiedział w końcu. – Doskonale o tym wiesz.

– Wiem. – Fiona z hukiem zatrzasnęła szufladę. – I tak zamierzam go wkrótce odwiedzić. Popytam.

– Świetnie. Tylko zwróć moje archiwa w nienaruszonym stanie. I… Fiona… – Jonas wzruszył ramionami. – Jak mówiłem, to twoja sprawa, ale wielokrotnie natkniesz się na nazwisko Christopher. To nieuniknione.

Miał rację. Zanim ich syn poszedł do więzienia za morderstwo, Christopherowie byli najbogatszą i najbardziej prominentną rodziną w Barrons. Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że w trzymanych przez nią teczkach pojawi się coś o rodzicach Tima. Ale gdy trzeba było, potrafiła przechodzić nad takimi sprawami do porządku dziennego. 

– Tak jak mówiłam – zwróciła się do Jonasa – w porządku.

Redaktor wyglądał, jakby chodziło mu po głowie coś jeszcze, ale powiedział tylko: 

– Pozdrów ode mnie ojca.

– Pozdrowię.