Zapomniana historia nauki, czyli fantazje i facecje naszych dziadków - Krzysztof Rejmer

Zapomniana historia nauki, czyli fantazje i facecje naszych dziadków

0,0

Jednym ze wspomnień mojego wczesnego dzieciństwa jest miesięcznik Horyzonty techniki prenumerowany przez ojca. Niczym bohater schulzowskiego opowiadania Księga pochłaniający historię Anny Csillag i jej cudownego środka na porost włosów, z wypiekami na twarzy czytywałem wtedy rubrykę Fantazje i facecje naszych dziadków. Do dziś pamiętam rysunki przedstawiające majestatyczne zeppeliny i wielkie maszyny parowe, albo panów w melonikach (jak gdyby wyjętych wprost z obrazów Magritte'a) pedałujących z jakąś dziwną zawziętością, by w ten sposób poruszać skrzydłami ornitopterów.

Autor

„Zapomniana historia nauki …” to zbiór ciekawych, przewrotnych esejów opisujących mniej znane fakty naukowe.  Autor pokazuje jak długą i żmudną drogę należało przebyć, abyśmy mogli korzystać ze dobrodziejstw współczesnej techniki. Niewątpliwą zaletą książki jest wybór tematów mało znanych, dotyczących zaskakujących aspektów ludzkiej aktywności. Autor pokazuje naukę od mniej koturnowej strony, wraz z jej ślepymi uliczkami, curiosami, paranauką, także cechy osobowości (te pozytywne i te wstydliwe) ludzi próbujących rozwijać wiedzę i technikę. Przybliża także czytelnikowi nietuzinkowe i barwne osobowości. Nie unika przy tym tematów kontrowersyjnych, starając się pokazać ich uwarunkowania psychologiczne, społeczne czy historyczne.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
424.jpg

Projekt okładki i stron tytułowych: Ireneusz Gawliński

Ilustracje na okładce: The Library of Congress /Voyage a la lune

Wydawca: Karol Zawadzki

Koordynator ds. redakcji: Renata Ziółkowska

Redaktor: Tomasz Nowak

Produkcja: Mariola Grzywacka

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN: Aneta Więckowska / konwersja.virtualo.pl

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-01-19726-1

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2018 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Dedykacje:

Wydawanemu przez Uniwersytet Warszawski miesięcznikowi DELTA, na łamach którego ukazały się pierwsze wersje kilku spośród zamieszczonych w tej książce szkiców, oraz ojcu założycielowi DELTY, profesorowi Markowi Kordosowi.

Niezapomnianym ojcom mojej chłopięcej wyobraźni: Juliuszowi Verne’owi i Karolowi Fryderykowi Hieronimowi baronowi von Münchhausenowi.

Ponieważ człowiek nie jest aniołem ani ptakiem, musi latać lepiej niż one.

Fritz Rudolf Fries, Statek powietrzny

What else than a natural and mighty palimpsest is the human brain? Such a palimpsest is my brain; such a palimpsest, oh reader! is yours. Everlasting layers of ideas, images, feelings, have fallen upon your brain softly as light. Each succession has seemed to bury all that went before[I].

Thomas De Quincey, The Palimpsest of the human Brain

Przeszłość – jest to dziś, tylko cokolwiek dalej…

Cyprian Kamil Norwid, Przeszłość

Wstęp

Jednym ze wspomnień mojego wczesnego dzieciństwa jest miesięcznik Horyzonty techniki prenumerowany przez ojca. Niczym bohater Schulzowskiego opowiadania Księga pochłaniający historię Anny Csillag i jej cudownego środka na porost włosów z wypiekami na twarzy czytywałem wtedy rubrykę Fantazje i facecje naszych dziadków. Do dziś pamiętam rysunki przedstawiające majestatyczne zeppeliny i wielkie maszyny parowe albo panów w melonikach (jak gdyby wyjętych wprost z obrazów Magritte’a) pedałujących z jakąś dziwną zawziętością, by w ten sposób poruszać skrzydłami ornitopterów.

Do tego świata dawnych fantazji należą odrzucone i często naiwne teorie naukowe, ale także paranaukowe wyobrażenia o świecie. Również z nich można się wiele nauczyć, może przede wszystkim o nas samych.

Bolesław Orłowski, znakomity autor kilku książek poświęconych historii techniki, we wstępie do jednej z nich napisał: Sensacje – to tylko zewnętrzny kształt wydarzeń, to opowieść o sukcesie. Sprawą o wiele istotniejszą jest droga prowadząca do tego sukcesu[1]. Parafrazując te słowa, chciałbym dodać: porażki to też tylko zewnętrzny kształt wydarzeń. Sprawą o wiele istotniejszą są ich przyczyny. Ten zewnętrzny kształt świata zbyt często zadowala nasze potrzeby poznawcze.

Chciałbym, żeby Czytelnik starał się dostrzegać nie tylko te meloniki i skrzydła, które tak mnie fascynowały w dzieciństwie. Żeby również zadał sobie pytanie, o czym myśleli nasi poprzednicy. Do czego dążyli i dlaczego? Jakimi sposobami? Jacy byli i w jakim chcieli żyć świecie? Czy ich porażki wynikały wyłącznie z ich niewiedzy, a sukcesy z ich umiejętności? Czy siła woli i charakter plus umiejętności i wiedza to już wszystko? Co sprawia, że czasem z uporem błądzimy we mgle? I czego możemy się nauczyć, poznając historie ludzkiej wyobraźni i jej skłonności do wędrowania na manowce? A może manowce niekoniecznie są tym, czym być się zdają?

Zapewne nigdy nie poznamy odpowiedzi, która by nas zadowoliła. Ale pytać o takie rzeczy warto zawsze.

Teoria wydrążonej ziemi

Wśród wielu dziś już przebrzmiałych koncepcji, które pomimo swej archaiczności nadal przyciągają fantastów i maniaków, funkcjonuje teoria pustej lub wydrążonej Ziemi. W licznych plemiennych mitologiach, począwszy od Celtów, a skończywszy na Inkach, wierzono, że to właśnie w podziemiach znajdował się początek, skąd wynurzyli się nasi przodkowie, albo też w podziemiach znajdują się zaświaty, do których trafiamy po śmierci. Kto wie, czy nie jest to jakiś potężny atawizm, czy te wyobrażenia nie zrodziły się w pradawnych czasach, gdy paleolityczni łowcy malowali wizerunki zwierząt na ścianach jaskiń? Jeszcze nie tak dawno (w tej skali czasu) prezydent USA, John Quincy Adams (1767–1848), zaaprobował organizację wyprawy na północny biegun, która miała poszukiwać wejścia do wnętrza Ziemi. Plany te zostały przekreślone przez jego następcę – Andrew Jacksona.

Idea wydrążonej Ziemi nie należy jednak wyłącznie do świata mitologii czy fantastyki. W 1692 roku Edmund Halley (który miał też wiele innych niezwykłych pomysłów) zaproponował teorię wewnętrznej budowy Ziemi, zgodnie z którą nasza planeta to sferyczna powłoka o grubości około 500 mil. W jej wnętrzu znajdować się miały kolejne dwie powłoki o rozmiarach Wenus i Marsa, a na samym końcu jądro wielkości Merkurego. Nie sposób nie dostrzec tu dalekiego echa Keplerowskiej harmonii Wszechświata, czyli relacji pomiędzy platońskimi bryłami a orbitami pierwszych pięciu planet Układu Słonecznego. Wszystkie powłoki miały wirować z własnymi prędkościami kątowymi i mieć własne pole magnetyczne. W ten pomysłowy sposób Halley usiłował wyjaśnić wędrowanie biegunów magnetycznych. Przestrzenie pomiędzy powłokami miały być wypełnione świecącą atmosferą. Zdaniem Halleya zorza polarna to wyciek owego świecącego gazu do ziemskiej atmosfery.

Dwaj pisarze, Lyon Sprague de Camp i Willy Ley, rozpowszechnili apokryf o rzekomej teorii Eulera dotyczącej wydrążonej Ziemi, w której środku świeci wewnętrzne słońce. To by rozwiązywało zagadkę ciepła płynącego z wnętrza Ziemi, ale o tym chyba nie pomyślano. W rzeczywistości Euler nic takiego nie twierdził. W Lettres à une Princesse d’Allemagne (list XLIV) opisał eksperyment myślowy polegający na wrzuceniu kamienia do tunelu przechodzącego przez środek Ziemi. I to wszystko. Euler uważał Ziemię za ogromną kroplę cieczy pokrytą dość cienką skórką. Zapewne rozbawiłaby go wiadomość o przypisywanych mu poglądach.

Gdy Herschel odkrył pierwszą gwiazdę podwójną, szkocki fizyk, sir John Leslie (1766–1832), bynajmiej nie żaden maniak, lecz raczej rzetelny, mainstreamowy uczony z drugiego szeregu, miał zaproponować w miejsce jednego, dwa słońca wewnętrzne: Plutona i Prozerpinę. Tak przynajmniej twierdzili Sprague de Camp i Ley (także Jan Lamprecht[2] przypisuje ideę dwóch słońc właśnie Lesliemu). Jednak w pierwszym tomie niedokończonego dzieła Elements of Natural Philosophy Leslie mówi jedynie o pustej Ziemi, nie wspominając o żadnych wewnętrznych słońcach.

Żeby zrozumieć, jak mogło być w rzeczywistości, trzeba odwołać się do pewnych zapomnianych dziś wyobrażeń szkockiego fizyka[3]. Rozwijał on teorię „ściśliwości ciał”, częściowo opierającą się na wynikach doświadczeń Johna Cantona (1718-1772), który obalił pogląd o nieściśliwości wody, a następnie badał ściśliwość innych cieczy, dochodząc do wniosku, że maleje ona ze wzrostem gęstości. Zgodnie z dziś już zapomnianą teorią Lesliego, gęstość substancji zależy od ich właściwości sprężystych oraz odległości od środka Ziemi. Z jego obliczeń wynikało, że gęstość jądra Ziemi, jakikolwiek byłby jego skład, jest ogromna. A zatem Ziemia może mieć taką masę, jaką właśnie ma, jedynie pod warunkiem że w jej środku jest wiele wolnego miejsca. Ponieważ Leslie wykluczał istnienie próżni, naturalne stało się pytanie: co znajduje się w tej wolnej przestrzeni we wnętrzu naszego globu. Nie mogło to być powietrze, bo zdaniem Lesliego, także ono zostałoby w warunkach panujących w głębi Ziemi ściśnięte i zagęszczone. Te wolne przestrzenie powinny być zatem wypełnione przez jakąś inną łatwo rozprzestrzeniającą się substancję, o nietypowej elastyczności lub też silnym odpychaniu międzycząsteczkowym. Jedyną taką substancją, zdaniem Sir Johna, mogłoby być światło, co wyraził w niezwykle malowniczych słowach:

W ten sposób dochodzimy do najważniejszego i najbardziej uderzającego wniosku. Wielką centralną dziurą nie jest ciemna i ponura odchłań, którą wyobrażali sobie marzycielscy poeci. Przeciwnie, ta przestronna, wewnętrzna krypta musi zawierać najczystszą eteryczną esencję, światło w stanie najwyższego zgęszczenia, promieniujące intensywną światłością i zniewalającym splendorem[4].

Zapewne o wewnętrznym słońcu pomyślano jako o źródle światła wypełniającego ziemską pustkę, o którym pisał Leslie. Ale dlaczego miałyby być tam aż dwie gwiazdy?

W 1750 roku poważnym problemem stało się zagadnienie precesji[5] orbity Księżyca. Obliczenia wykonane przez Eulera, D’Alemberta oraz Clairauta dawały zaledwie połowę obserwowanej wartości. Aby wyjaśnić rozbieżność teorii z doświadczeniem, uczeni spróbowali kilku rozwiązań. Pierwsze było drastyczne i rewolucyjne: modyfikacja prawa powszechnego ciążenia, polegająca na wprowadzeniu dodatkowego oddziaływania o mniejszym zasięgu. Ta dodatkowa siła miałaby szybko maleć, więc nie miałaby istotnego wpływu na trajektorie planet oraz komet obiegających Słońce, jednak co innego ze znajdującym się w pobliżu nas Księżycem.

Druga hipoteza była fantastyczna: zakładała, że Księżyc ma większą masę, niż wcześniej myślano, i że ma kształt hantli, o takim akurat położeniu, iż jedna kula zasłania ziemskiemu obserwatorowi tę drugą. Hipoteza pustej Ziemi też mogłaby się przydać, ale Euler jej nie użył, co chyba dowodzi, że jej nie znał (w końcu wydrążona Ziemia to pomysł niemal realistyczny przy Księżycu o kształcie hantli), a jeśli znał, to nie uważał jej za godną uwagi. Ostatecznie Clairaut znalazł znacznie lepszy sposób obliczeń i teoria ugięła kark przed eksperymentem.

Tak naprawdę pojawiło się kilka różnych koncepcji pustej Ziemi. Francuski autor SF Pierre Versins (1923-2001) podzielił je na dwie podstawowe kategorie: calebasse (tykwa) i gruyère (szwajcaski ser). Do pierwszej kategorii należy model Halleya. Drugą (nieco bliższą geofizycznej prawdzie) opisał już Platon w Fedonie (tłumaczenie Władysława Witwickiego):

Otóż cała ziemia tak wygląda i to, co naokoło niej. A krain jest na niej mnóstwo, wedle tych jej zagłębień naokoło całej powierzchni; jedne głębsze i szersze niż ta zaklęsłość, którą my zamieszkujemy, drugie głębsze, a mają wejście mniejsze niż miejsce naszego pobytu, a są i płytsze od naszego, a szersze. Wszystkie te zapadliny otworami łączą się ze sobą pod ziemią w wielu różnych miejscach; są tak przejścia ciaśniejsze i szersze i są tam kanały […][6].

Pusta Ziemia stała się oczywiście niezwykle atrakcyjną pożywką dla literatury. Nie sposób wyliczyć tu wszystkich powieści, lepszych lub gorszych (zwykle jednak gorszych) eksploatujących koncept wewnętrznych światów zamieszkałych przez inteligentne istoty, będące czymś odwrotnym do dzisiejszych kosmitów. Najbardziej znaną z nich jest oczywiście Podróż do wnętrza Ziemi Juliusza Verne’a. Mało kto wie, że Giacomo Casanova, niesprawiedliwie postrzegany jedynie jako awanturnik i uwodziciel (przede wszystkim był wnikliwym obserwatorem świata), napisał obszerne dzieło Isocaméron (czyli taki dwa razy dłuższy Dekameron) opisujące przygody brata i siostry w podziemym, utopijnym świecie nazwanym Protokosmosem, zamieszkiwanym przez Megamikrów – kolorowe, androgyniczne karły, będące wegetarianami i pacyfistami, posługujące się muzycznym językiem. Książka ta pozostawała w zapomnieniu aż do 1822 roku, gdy w Niemczech ukazało się jej pierwsze wydanie.

Najciekawszym chyba literackim dziełem jest opublikowana w 1741 roku po łacinie (szybko jednak przetłumaczona na j. duński i angielski) książka Nicolai Klimii iter Subterraneum, Novam Telluris Theoriem ac Historiam Quintae Monarchie adhuc Nobic Incognita Exhibens[7] napisana przez, nazywanego Molierem Północy, Ludviga Holberga (1684–1754). Opisuje on gulliwerowskie przygody młodego Duńczyka, Nielsa Klima, który trafił do wnętrza pustej Ziemi. Niels przez pewien czas przebywa w któlestwie Potu, którego nazwa czytana wspak daje utop (wszak utopia oraz antyutopia były wtedy modnymi gatunkami literackimi), następnie zaś odbywa misję na niewielką, wewnętrzną planetę Nazar. Młodzieniec jest też zdumiony, napotkawszy inteligentne formy życia zupełnie inne niż na powierzchni.

[…] Wszędzie widziałem zielone, żyzne równiny i pola; pojawiło się również kilka drzew, ale (co zdumiewało najbardziej) te drzewa się poruszały. Byk zaczął na mnie ryczeć, a wtedy przerażony i skonsternowany spróbowałem wspiąć się na najbliższe. Ale kiedy skoczyłem na nie, wydało z siebie cichy głos, choć nieco przeraźliwy, nie inaczej niż rozgniewana pani. Otrzymałem, jak gdyby uczyniła to najszybsza ręka, potężne uderzenie, które całkowicie mnie oszołomiło i zwaliło mnie twarzą na ziemię […] Otworzywszy oczy ujrzałem wokół siebie cały zagajnik drzew, wszystkich w ruchu i ożywionych, a równina pokryta była drzewami i krzewami, choć jeszcze niedawno, było ich nie więcej niż sześć czy siedem. […] Nie miałem czasu na rozmyślania, bo jedno z tych drzew podeszło do mnie, opuszczając jedną ze swych gałęzi, która na końcu miała sześć wielkich pąków przypominających palce. Chwyciło mnie i porwało do góry, otoczone przez wiele innych drzew różnej wielkości i różnych gatunków nieustannie wydających z siebie artykułowane dźwięki, które jednak dla moich uszu brzmiały zbyt obco, bym mógł cokolwiek z nich uchwycić poza dwoma wciąż powtarzanymi słowami pikel emi. Słowa te (co zrozumiałem później) oznaczały „dziwna małpa”, ponieważ na podstawie budowy mojego ciała i sposobu ubierania się, stwierdziły, że jestem małpą, choć inną niż te, które żyły w owym kraju.

Jak się okazało, biedny Niels próbował wspiąć się na żonę burmistrza pobliskiego miasta. Drzewa przechodzące jego ulicami wzajemnie się pozdrawiały, opuszczając gałęzie, a im wyższa była ranga pozdrawianego, tym więcej gałęzi opuszczano. Na szczycie pnia drzewa miały podobne do ludzkich głowy, a zamiast korzeni dwie krótkie stopy; ich anatomia nie pozwalała poruszać się zbyt szybko. Niels został zaprowadzony do magistratu i osadzony w areszcie strzeżonym przez trzech potężnych strażników, z których każdy uzbrojony był w sześć siekier.

Mówiąc zwięźle, zrozumiałem, że mieszkańcami tego świata są drze-wa, i że były one obdarzone rozumem, a ja pogrążyłem się w zdumieniu wywołanym rozmaitością sposobów, którymi natura posługuje się, tworząc swoje istoty…

– stwierdził nieszczęsny przybysz z drugiej strony ziemskiej skorupy.

Ale dość już o biednym studencie. Revenons à nos moutons[8]. Czy pozostając na powierzchni Ziemi, możemy udowodnić, że nie jest (albo na odwrót, że jest) ona w środku pusta? Oczywiście tak, najprostszych dowodów dostarcza sejsmologia. Mechaniczne fale inaczej rozchodzą się w sferycznej powłoce, a inaczej w pełnej, choć posiadającej wewnętrzną strukturę kuli. Poza tym skorupa wydrążonej Ziemi musiałaby mieć większą gęstość niż ma w rzeczywistości, bo masę Ziemi przecież znamy. Nie wiadomo wcale, w jaki sposób taki dziwny, wydrążony obiekt miałby powstać, a przede wszystkim byłby on niestabilny i nawet gdyby jakoś już powstał, to szybko rozsypałby się.

Współczesna futurologia stworzyła zamiennik pustej Ziemi z własnym słońcem w środku. Jego autorem jest wybitny fizyk Freeman Dyson[9]. W 1959 roku opisał on w czasopiśmie Science hipotetyczny obiekt, który mogłaby zbudować wysoce rozwinięta cywilizacja. Sfera Dysona – bo tak nazwano ów twór – byłaby ogromną konstrukcją otaczającą gwiazdę, pozwalającą wykorzystać niemal całą wypromieniowaną przez nią energię.

Z kolei w 2004 roku szwajcarski architekt o poetycznym nazwisku Christian Waldvogel podczas Biennale Architektury w Wenecji zaproponował projekt artystyczny nazwany Globusem Cassus[10]. Cóż z tego, że Ziemia nie jest pusta? Przekształćmy ją zgodnie z naszymi fantazjami, na miarę naszych potrzeb i aspiracji, i przenieśmy się na jej wewnętrzną powierzchnię! Kto wie, co wtedy się wydarzy. Może Paruzja? Ale czy aby nie tak myśleli pierwsi osadnicy wyruszający do Nowego Świata?

Młodości, podaj mi skrzydła

Grecki filozof i interpretator snów, Artemidor z Daldis, w dziele poświęconym interpretacji sennych widziadeł, zatytułowanym Oneirocritica[11], twierdził, że sen o lataniu ptasim sposobem, czyli za pomocą skrzydeł, zapowiada powodzenie w jakiejś ważnej dla śniącego sprawie. Przestworza są przeciwieństwem podziemi, chtonicznej macicy, mają one apolliński, czyli męski charakter. Jak wszyscy dobrze wiemy – dla Ikara lot skończył się tragicznie. Ikar jeszcze nie był mężczyzną i nie sprostał obrzędowi przejścia.

Niezbyt dobrze (choć nie aż tak tragicznie jak lot Ikara) zakończył się wyczyn żyjącego w XI wieku angielskiego benedyktyna Eilmera z Malmesbury. Pochodzący z tego samego opactwa, wybitny kronikarz William (czerpiący wiedzę jeśli już nie z bezpośredniego źródła, to przynajmniej z nie tak jeszcze odległej miejscowej tradycji), w 1125 roku napisał w Gesta Regum Anglorum[12]:

Był człowiekiem wykształconym w dojrzałym wieku, zaś w młodości zaryzykował czyn wyjątkowej śmiałości. W pewnien sposób, niezbyt dobrze mi znany, zamocował skrzydła do rąk i do nóg tak, że myląc baśń z prawdą, mógł lecieć niczym Ikar, a pochwyciwszy wiatr na szczycie wieży, przeleciał ponad Furlong[13]. Jednak pod wpływem siły wiatru oraz zawirowań powietrza i świadomości nierozważności tego postępku upadł, połamał obie nogi i kulał już do końca życia. Swoje niepowodzenie tłmaczył tym, że zapomniał o ogonie.

Dokładnie taki sam błąd popełnił, zdaniem XVII-wiecznego marokańskiego historyka, Ahmeda Mohammeda al-Maqquariego, żyjący w XI-wiecznej Andaluzji berberyjski uczony Abbas Abu Al-Qasim Ibn Firnas Ibn Wirdas al-Takurini[14]:

Jednym z wielu ciekawych doświadczeń, które przeprowadził, była próba lotu. W tym celu pokrył się piórami, przytwierdził sobie skrzydła, wyszedł na wzniesienie zgodnie ze świadectwem kilku godnych zaufania pisarzy, którzy widzieli ten wyczyn, przeleciał znaczną odległość, jak gdyby był ptakiem. Jednak lądując w miejscu z którego wystartował, mocno zranił plecy nie wiedząc, że ptaki lądując opuszczają ogon, on zaś o ogonie zapomniał.

Współczesny owemu lotnikowi poeta, Mu’min ibn Said z Kordoby, napisał, że: odziawszy ciało w pióra sępa, leciał szybciej niż feniks… A jednak błąd chyba leżał gdzie indziej; Abbas Ibn Firnas zapomniał o najbardziej naturalnym dla muzułmanina sposobie latania, na dywanie.

Pierwszym, który podszedł do zagadnienia skrzydeł systematycznie i naukowo, był Leonardo da Vinci. Uważał on, że ptak lata zgodnie z prawami matematyki. Leonardo obserwował lot ptaków i nietoperzy, rysował projekty i budował modele, a jednak i on nie odniósł sukcesu, mimo że w dzieciństwie nad jego kołyską przeleciał jastrząb[15]. Przeprowadzony w 1496 roku (a więc niedługo po sukcesie Kolumba) test jego maszyny latającej skończył się niepowodzeniem. Podobno w tych próbach zginął jeden z jego uczniów, skacząc ze skrzydłami ze wzniesienia Monte Cerreto w pobliżu Florencji.

Nie miał szczęścia również inny śmiałek, brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru nad Dunajcem, czyli Franz Ignatz Jäschke (1724–1775), rodem z Polkowitz, kameduła, który według znanej legendy, w 1753 roku miał na własnoręcznie zbudowanych skrzydłach, korzystając ze sprzyjających wiatrów, zalecieć z Trzech Koron aż nad Morskie Oko, gdzie błyskawicą poraził go i strącił w przepaść rozgniewany anioł.

Legendę o bracie Cyprianie zapisał w 1807 roku Krystian Genesisch, przeor klasztoru w Kieżmarku, łacińska kronika mistrza z Rymawskiej Soboty podaje zaś, że po udanej próbie lotu biskup Nitry nakazał spalić w Spiskiej Białej „diabelski wóz” mnicha z Pienin. Natomiast to, co zrobił z tej legendy w swojej romantycznej balladzie spiski pisarz Ernst Lindner, bardziej nadaje się do opowieści o doktorze Fauście niż do pienińskich kronik.

W rzeczywistości, opowieść o latającym mnichu musieli przynieść w Pieniny niemieccy osadnicy w latach 1786–1788 sprowadzeni do Lechnicy i okolicznych wiosek przez cesarza Józefa II.

Podobne historie bardzo popularne były na terenie Szwabii, gdzie w klasztorze premonstratensów w Schussenried aż do XIX wieku przechowywano skrzydła tamtejszego mnicha – Kaspara Mohra (1575–1625), który przy lądowaniu kończącym dwugodzinny lot miał, tak jak poprzednicy, złamać nogę. W klasztornej bibliotece do dziś można podziwiać fresk przedstawiający mnicha z umocowanymi do ramion anielskimi skrzydłami pokrytymi gęsimi piórami, poruszanymi za pomocą nóg, których ruchy przenosiły na skrzydła łączące je z nimi rzemienie. Wydaje się jednak, że zakonni bracia mieli ambiwalentny stosunek do tego wyczynu. Mnisi jeszcze po stu latach historię tego lotu uważali za ostrzeżenie dla bezbożników, którzy zuchwale ważą się gwałcić od Boga dane prawa natury.

Aleksander Kraushar, w wydanej w 1908 roku broszurce Aeronauci Francuzcy w Warszawie w r. 1831[16], w której opisuje loty balonowe, jakie odbywały się w stolicy, wspomina, że znacznie wcześniej:

[…] karkołomnych wzlotów z „latającą maszyną” – niby współczesny nam Farman[17], – próbował w Krakowie za Władysława IV-go, Łukasz Piotrowski, szlachcic podlaski, „pisarz sławny gramatyki łacińskiej’’, autor dyalogów, co to – według świadectwa F.M. Sobieszczańskiego – podczas przedstawienia w bursie Nowodworskiej, z przedmieścia  R   e t o r y k ą  zwanego, na  t  e a t r u m  przed dach przeleciał i, po odprawionej scenie, z powrotem na swoje odleciał miejsce […].

Wszystkich tych śmiałków, marzących o przypięciu skrzydeł, prześcignął Tytus Liwiusz Burattini, wykształcony w Padwie i Wenecji włoski uczony, duchowy uczeń Galileusza, który najpierw w Egipcie mierzył piramidy i obeliski, przerysowywał hieroglify, zapuszczał się w czeluście grobowców i uczył się miejscowych języków, a potem przez Niemcy przybył do Polski, gdzie osiadł na stałe.

Najpierw zatrzymał się w Krakowie, gdzie związał się nie tylko z włoską społecznością miasta, ale też z księdzem Stanisławem Pudłowskim (1597–1645), rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, pierwszym matematykiem, który zaproponował, by jednostki miar oprzeć na wymiarach Ziemi i zjawiskach fizycznych; polskim uczonym, który osobiście znał Galileusza i Torricellego. Z czasem Burattini zadomowił się nad Wisłą; otrzymał indygenat, starostwa, został krakowskim burgrabią, królewskim budowniczym i architektem; ożenił się.

W naszej historii najgłośniej zapisał się jako zarządca mennic, który w czasie permanentnego kryzysu, w jakim pogrążyła się Rzeczpospolita za panowania Wazów, bił miedziane szylingi (tak zwane boratynki). Szybko wybuchła wymierzona weń zajadła kampania; wiadomo – zły jest szeląg. O monecie tej zaczęto rozpowiadać, że zawiera szkło i dlatego się kruszy. Pomimo wyroków banicji wydanych przez trybunały piotrkowski i lubelski Burattini w końcu oczyścił się z oskarżeń. Jednak finansowo wyszedł na tym (w przeciwieństwie do Rzeczpospolitej) raczej kiepsko, końcowe straty przewyższały początkowe, niemałe nawet, zyski. Ostatecznie zmarł aż w takiej biedzie, że nie było go za co quam privatissime schować[18]. Podobne spory otaczały postać Andrzeja Tymffa bijącego nazwane jego imieniem monety o obniżonej zawartości srebra – zgodnie z porzekadłem dobry dowcip wart jest akurat tymfa. Ale Tymffowi wcale do śmiechu nie było, oskarżony o nadużycia, wybrał rozwiązanie inne niż Burattini; nie bronił się, lecz zbiegł do Brandenburgii.

Jednak prawdziwą pasją Burattiniego była nauka: mechanika, optyka oraz astronomia. Przemilczymy tu egiptologię, bo opis kraju faraonów utracił w 1645 roku, gdy w drodze z Polski do Wenecji, na Węgrzech, został napadnięty przez zbójców, a jego traktat o wylewach Nilu, Nuova dimostrazione dell’inondazione del Nilo, należy raczej zaliczyć do rodzaju scientia curiosa niż do nauk wchodzących w skład klasycznego kanonu wiedzy. Wspomnimy tylko o maszynie arytmetycznej oraz o idei stworzenia jednolitego systemu miar (traktat Misura Universale, wydany w 1675 roku w Wilnie), którego podstawową jednostką miał być metr katolicki – długość wahadła sekundowego. Katolicki nie ma tu oczywiście konotacji religijnej, oznacza po prostu powszechny. Jego system był oparty na uniwersalnym wzorcu czasu (okres obrotu Ziemi) oraz na dwóch stałych: gęstości wody i stałej grawitacji. Oczywiście nie jest to aż tak proste – długość wahadła sekundowego zależy od szerokości geograficznej. Ale w tamtych czasach była to myśl nowatorska. Jednak Polacy ponad uczonych, artystów i kupców przekładają królów, żołnierzy i kaznodziei, dlatego powszechnie znani są ksiądz Skarga oraz Andrzej Bobola, a nie ksiądz Pudłowski; i prawie nikt nie wie, kto, kiedy i gdzie wymyślił nazwę metr.

W 1647 roku, w księdze Il volare non e imposible come fin hora universalmente e state creduto, opisał Burattini dwuosobową aerodynę napędzaną skrzydłami poruszanymi mięśniami jednego z pasażerów (drugi w tym czasie odpoczywał) kręcącego korbami sprzężonymi ze skrzydłami i ogonem za pomocą systemu dźwigni i sprężyn. Latający smok, istota telluryczna i aerialna zarazem – jakiż to doskonały symbol zjednoczenia pierwiastka żeńskiego z męskim! Nic dziwnego, że nitrzański biskup zniszczył „diabelski wóz” brata Cypriana.

Smok Burattiniego miał być zaopatrzony w busolę i spadochron[19]. Skrzydła maszyny miały zwężać się w trakcie ruchu[20], natomiast do sterowania pojazdem służył ogon. Musiało to być bardzo skomplikowane urządzenie, bo miało aż osiem skrzydeł. Jak napisał sam pomysłodawca[21]:

[…] urządzenie przeze mnie wynalezione nie będzie można zrobić większe, jak mi się zdaje, niż na dwie osoby, ponieważ nie tylko wymaga ono wielkiej siły do poruszania skrzydeł, lecz wymaga też wielkiej szybkości, które to dwie rzeczy jak pokazałem, cechuje ogromna wzajemna antypatia; zaprawdę w budowie mojego urządzenia – jak można zobaczyć – spłatałem jak gdyby figla naturze posłużywszy się wielością ruchów sobie przeciwnych, które nie mało pomagają w unoszeniu, czegoby nie sprawiały, gdyby były proste.

Półtorametrowej wielkości model, napędzany mechanizmem sprężynowym i z kotem na pokładzie, podobno odbył jeden udany lot. Jednak druga próba zakończyła się awarią mechanizmu i katastrofą. Po prezentacji modelu król Władysław IV polecił, aby Burattiniemu wypłacić ze skarbca 500 talarów, on zaś zobowiązał się za to zbudować wielkiego smoka, który doleci, zaledwie w 12 godzin, aż do Konstantynopola, pokonując w tym czasie tysiąc mil[22]. Konstruktor zadeklarował, że będzie pracował pour rien, a jedynie w przypadku pomyślnej realizacji planów oczekuje une honnête récompense (godziwego wynagrodzenia). Jednak szwedzki potop ostatecznie przekreślił te wszystkie ambitne plany.

Z niezbyt wiarygodnej wiadomości o cudownej propozycji latania, zamieszczonej w paryskiej Gazette 14 stycznia 1648 roku[23], przedstawionej przez pewnego inżyniera, który przybył ofiarować swój rozum królowi polskiemu, wynika, że Burattini dwukrotnie narażał własne życie, a zatem nasz dzielny konstruktor osobiście próbował wzbić się w powietrze. Des Noyers, sekretarz królowej Marii Gonzagi, poinformował o pracach Tytusa Burattiniego samego Robervala (w jego papierach przechował się rysunek smoka) oraz Mersenne’a, ponieważ we Francji latającą maszynę budował d’Esson z Reims.

Si j’avais la Machine de Pologne – j’irais vitae…

pisał Martin Mersenne[24] w liście do Constantina Huygensa, a zakonnica Angélique Arnauld z Port-Royal, w liście adresowanym do Marii Gonzagi, zażartowała, że mogłaby przybyć do Polski drogą powietrzną, a zatem nie oglądając świata i dzięki temu nie łamiąc zakonnych ślubów[25]. Wieści płynące z Polski wywołały duży rezonans nie tylko we Francji, ale również w Anglii, w Niderlandach oraz w Niemczech.

Jednak ornitoptery zwane również aerodynami i bardziej swojsko – skrzydłowcami, okazały się ślepą uliczką, która nie powiodła ludzkości ku przestworzom. Zdobyły je lżejsze od powietrza balony, a po nich samoloty, szybowce i lotnie. W 1709 roku portugalski duchowny, Bartolomeu Lourenço de Gusmão (1684-1724), przedstawił królowi Janowi V petycję, w której prosił o wydanie mu patentu na machinę latającą, zdolną przebyć 200 mil w ciągu doby, i taki patent otrzymał. Nie wiadomo dokładnie, czym ona była, ale nazwa „Pasarolla”, jak też późniejsze XVIII-wieczne kopie rysynków sugerują, że mógł to być ornitopter dodatkowo wyposażony w żagiel. „Wróbel” ten miałby stać się podstawą powietrznej floty wojennej królestwa Portugalii. Wszystko jednak prawdopodobnie zakończyło się na demonstracji maleńkiego modelu. Skrzydłowiec nie mógł ziścić naszych snów o lataniu, jeśli nie miał to być jedynie dość krótki lot Ikara. Giovanni Alfonso Borelli, włoski fizjolog, fizyk i matematyk uznany za ojca biomechaniki, udowodnił w wydanej w 1680 roku rozprawie De motu animalium, że ludzkie mięśnie nie są na tyle sprawne, by za ich przyczyną nasze ciała mogły unosić się w powietrzu ptasim sposobem. A ksiądz de Gusmão zasilił wkróce szeregi balonistów.

Umysł ludzki poprzez długie studia i częste obserwacje doszedł zaprawdę do poznania najprzedziwniejszych tajemnic, toteż niektórzy mieli odwagę utrzymywać, że do czego człowiek się przyłożył, to osiągnął, z wyjątkiem paru nielicznych wypadków, jakimi są: latanie, perpetuum mobile, kwadratura koła, długości i niektóre jeszcze inne…[26].

Takimi słowy Tytus Liwiusz Burattini otworzył wspomniany już traktat Il volare non e imposible come fin hora universalmente e state creduto. Dalej zaś pisał:

Trudności zaś napotykane w wypadku latania były tak wielkie, że przez badaczy zostały zaniechane […] Ja jednakże od najmłodszych lat trudziłem mój umysł wynalezieniem na to sposobu, wydawało mi się bowiem dziwne, żeby umysł ludzki nie był zdolny poprzez swą wiedzę dojść do tego, co z natury zostało udzielone innym istotom od nas niższym, zważywszy, że choć natura nie kazała nam żyć w wodzie, to jednak własnym przemysłem uczymy się pływać i to nie tylko na powierzchni, lecz i przez dobry przeciąg czasu pod wodą, który to żywioł, ze względu na oddech jest nam przeciwny.

Morze jest brzuchem rekina pełnym ryb

Świat podwodny, jakże tajemniczy i dziwny, od zawsze przyciągał uwagę człowieka. Jak śpiewa bowiem Iva Bittová, czeska skrzypaczka i pieśniarka: moře je břžicho žraločí plné ryb…

Obszerny opis najprzeróżniejszych morskich istot, De monstris marinis, obejmujący sześćdziesiąt ich rodzajów, przedstawił Tomasz z Cantimpré (1201–1272). Wspomnimy krótko pistera, ogromne niczym słup wody monstrum żyjące u wybrzeży Galii, które zatapia okręty i przeraża marynarzy, ale poza tym jest wiernym obrazem świętego Augustyna. Pominiemy barchorę, fastaleonazydracha, nadmieniając tylko, że gdy jakikolwiek abides wyjdzie na ląd, staje się na ów krótki czas astoasem, zupełnie jednak nie przejmie nas ta niemiła okoliczność, iż tingus wypełza na brzeg (oczywiście jeśli wieje północny wiatr) prawą stroną, wraca zaś lewą, nie zatrzymamy się nawet na moment przy testeumluligo. Pominiemy je, by od razu dobrać się do potworów morza wschodniego[27]:

Zgodnie z tym, co pisze Pliniusz, w morzach wschodnich żyją potwory tak olbrzymie, że wywołują burze i wichury, podnoszą morze z dna, a woda uniesiona sztormem bije aż do chmur. W historycznych traktatach napisane jest, że Aleksander Wielki popłynął naprzeciw tych potworów ze swą flotyllą, jak gdyby prowadził wojsko przeciw szykom nieprzyjaciela.

W ten zgrabny sposób przeskoczyliśmy od razu do Megaleksandrosa. Arystoteles powiada w Problematach, że Aleksander Macedoński odwiedził dno morza podczas oblężenia Tyru. Pod wodę miał zejść nawet dwukrotnie. Za pierwszym razem, kiedy w wieku jedenastu lat opuścił się na morskie dno w szklanej beczce. To co tam ujrzał, podobno skłoniło go do refleksji bardziej przystającej świętemu Augustynowi niż przyszłemu zdobywcy Persji, że świat jest stracony i skazany na potępienie…[28]. Jednak to nie dzwon nurkowy jest przedmiotem tej opowieści, ale łódź podwodna. Jeśli potrafimy pod wodą pływać, to czemu nie mielibyśmy tego czynić łodzią? Wszak taki morał płynie z traktatu Burattiniego poświęconego lataniu, które jest sztuką – nikt chyba nie zaprzeczy – dużo bardziej wymagającą! Opowieści o Aleksandrze odsłaniają jednak nader istotną kwestię. Przyczyny, dla których człowiek schodzi pod wodę, są dwojakie: ciekawość oraz wojna.

Gdybyśmy chcieli wymienić wszystkich wizjonerów i inwentorów, to oczywistym nietaktem byłoby pominięcie Leonarda da Vinci (co czynimy, wspominając o spadochronie), ale nieustanne przypominanie jego niespożytej inwencji byłoby nudne i irytujące. Skupimy się razej na mniej znanych wynalazcach.

Wcześniej, bo w 1472 roku, wenecki inżynier wojskowy Roberto Valturio (1405–1475) opisał podwodny okręt w dziele De re militari, w następnym zaś stuleciu William Bourne (1535–1582), angielski matematyk i marynarz, w 1578 roku przedstawił swoje plany w dziele Inventions or Devises. Jednak pierwszym, który to marzenie urzeczywistnił, był Cornelius Jacobszoon van Drebbel (1572–1633). W 1620 roku, korzystając z planów Bourne’a, zbudował dla Royal Navy pierwszą podwodną łódź, która w przeciągu trzech godzin przepłynęła w zanurzeniu na głębokości od 4 do 5 metrów trasę z Westminsteru do Greenwich. Trzeci model łodzi Drebbela napędzany był sześcioma wiosłami i mógł zabrać na pokład szesnaście osób. Jednym z pasażerów był król Jakub I, pierwszy monarcha podróżujący pod wodą. Jednak Royal Navy nie była zainteresowana tym wynalazkiem. Admiralicja okazała się bardzo konserwatywna.

Od samego okrętu Drebbela ważniejszy był wynalazek, dzięki któremu wioślarze i pasażerowie nie podusili się w tej stosunkowo niewielkiej, wykonanej z drewna i natłuszczonej skóry łupinie. Prawdopodobnie (bo Drebbel utrzymywał ten sekret w tajemnicy) tlen był produkowany przez ogrzewanie saletry. Powstający przy tym tlenek lub wodorotlenek potasu ma zdolność absorbowania dwutlenku węgla. Drebbel mógł się o tym dowiedzieć na praskim dworze Cesarza Rudolfa II od polskiego alchemika i dyplomaty, pozostającego na służbie i Habsburga, i króla Zygmunta Wazy, Michała Sędziwoja (1566–1636), którego należy uważać za odkrywcę tlenu. W słynnej księdze Novum Lumen Chymicum, która od 1604 do 1778 roku miała w Europie aż 53 wydania i którą w swych bibliotekach mieli jeszcze Lavoisier i Newton, pisał Michał Sędziwój o pokarmie życia ukrytym w powietrzu, a który zestalony znajduje się w soli filozoficznej albo w magnesie, jak Sędziwój nazywał saletrę.

Zainteresowanie podwodnymi okrętami wzrosło dopiero wtedy, gdy zrozumiano, że mogą one stać się groźną bronią. W 1718 roku chłop Jefim Nikonow przedstawił plany Skrycie Działającego Okrętu carowi Piotrowi Wielkiemu. Historia to niczym z rosyjskiej bajki, oto zwykły cieśla, pokonawszy rozliczne przeszkody ze strony złych urzędników, w końcu jednak dociera do monarchy, po czym w petersburskiej stoczni buduje swój nieporadny podwodny okręt o kształcie beczki. Okręt cieśli Nikonowa miał być uzbrojony w zupełnie nowy rodzaj broni, który można by nazwać pierwowzorem torped. Testy zanurzeniowe nie były jednak zachęcające, okręt nieustannie przeciekał, i po śmierci cara ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu.

Pierwszy okręt podwodny, który do pewnego stopnia przełamał dawne ograniczenia techniczne, to jednoosobowy Turtle, zbudowany przez Buschnella w 1777 roku i użyty w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Miał on umieszczać minę w podwodnej części kadłuba nieprzyjacielskiego okrętu i z oddali ją detonować. Także on w niczym nie przypominał dzisiejszych opływowych konstrukcji. Miał kształt kurzego jajka (pływającego „w pozycji pionowej”) o rozmiarach zaledwie dwóch i pół metra.

W 1850 roku różne okręty podwodne (które próbował sprzedawać rządom Niemiec, Danii, Francji, Wielkiej Brytanii, Austrii, Rosji i Stanów Zjednoczonych) budował niemiecki inżynier Wilhelm Bauer (1822–1875). Jego pierwsza konstrukcja to Brandtaucher, mierzący osiem metrów długości i posiadający trzyosobową załogę. Dwóch ludzi obracało pionowe, ogromne koło napędzające śrubę, a kapitan sterował okrętem, po podpłynięciu zaś do nieprzyjacielskiej jednostki, za pomocą szczelnej rękawicy gumowej, przytwierdzić miał do niej minę. Pierwsza próba, w dodatku publiczna, zakończyła się w 1851 roku klęską. Brander Bauera zatonął w Zatoce Kilońskiej. Wilhelm Bauer i jego załoga wydostali się ze śmiertelnej pułapki dopiero po sześciu godzinach. Rząd Szlezwika-Holsztynu odmówił finansowania dalszych prac. W tej sytuacji Bauer zdecydował się na wyjazd do Rosji i tam zbudował kolejny okręt – Morskiego diabła. Jego Seeteufel był konstrukcją bardziej udaną, bo w przeciągu czterech miesięcy dokonał 133 zanurzeń. Jednak pech nie opuszczał Bauera i ostatnie zanurzenie zakończyło się katastrofą. Konstruktorowi nigdy więcej nie udało się zdobyć funduszy na nowe wynalazki.

Na długo zanim w Rosji pojawił się Bauer, podwodnym okrętem zainteresował się (więziony w Twierdzy Pietropawłowskiej za udział w spisku Waleriana Łukasińskiego) szlachcic spod białoruskiego Mińska, Kazimierz Czarnowski (1791–1847). Przeczytawszy w gazecie Morskoj telegraf artykuł poświęcony problemom dotyczącym budowy łodzi podwodnej, Czarnowski napisał list do cara Mikołaja I, twierdząc, że jest w stanie w ciągu sześćdziesięciu dni zbudować okręt, którym można będzie pływać pod wodą i opuszczać się na morskie dno w celu zbierania znajdujących się tam roślin oraz pereł, jak również można będzie wykorzystać go jako okręt wojenny. Pozostający na służbie cara, francuski inżynier wojskowy generał major Bazen, wskazał co prawda na niedoskonałość projektu, ale go zaaprobował. Czarnowski został przeniesiony do Twierdzy Szlisselburskiej, ale popadając coraz bardziej w depresję, pozbawiony technicznego zaplecza oraz literatury, pracował powoli, aż w końcu jego projekt został w 1832 roku odrzucony.

Wybitnym konstruktorem okazał się inny Polak, pracujący w Austrii, w Rosji i we Francji, Stefan Drzewiecki (1844–1938), notabene pierwszy inżynier, który uważał, że możliwy jest lot maszyny cięższej od powietrza. Drzewiecki wybudował w Rosji kilka podwodnych okrętów; od łodzi napędzanej siłą ludzkich mięśni, aż do okrętu elektrycznego (1882 rok). Napęd był zresztą piętą achillesową wszystkich okrętów podwodnych. W XIX wieku zdecydowanie najlepiej radziły sobie (i osiągały największe rozmiary) na kartach powieści:

Oto są, panie profesorze, szczegółowe dane o statku, którym pan płynie. Zbudowany jest w kształcie wydłużonego cylindra o stożkowatych dnach. Przypomina wyraźnie cygaro – ksztalt przyjęty już w tego rodzaju konstrukcjach budowanych w Londynie. Długość owego cylindra wynosi, od wierzchołka do wierzchołka stożków dokładnie 70 metrów, największa szerokość zaś – 8 metrów[29].

Tak opisywał budowę okrętu podwodnego Nautilus kapitan Nemo, czyli książę Dakkar (który zanim został Hindusem, miał być Polakiem), bohater słynnej powieści Verne’a. Prawdziwy Nautilus, zbudowany przez Roberta Fultona (1756–1815) dla rewolucyjnej Francji, był znacznie mniejszy – liczył niewiele ponad 6 metrów długości i metr szerokości i jak inne tego rodzaju konstrukcje był napędzany śrubą poruszaną przez najbardziej uniwersalny i niezawodny napęd – mięśnie człowieka. Fulton wykorzystał pedały. Natomiast w żegludze nawodnej Nautilus Fultona napędzany był żaglem. Jednak nie było dane Nautilusowi pływać pod banderą Francji. Minister marynarki, De Gres, oznajmił konstruktorowi, że jest to wynalazek nikczemny i nadaje się dla korsarzy. W Anglii przyjęto Fultona z entuzjazmem, ale wszystko skończyło się podobnie. John Jervis, Pierwszy Lord Admiralicji, oświadczył: Jeżeli my skorzystamy z tego wynalazku, inne narody zechcą zrobić to samo i to zadałoby naszemu panowaniu na morzu największy cios, jaki można sobie wyobrazić[30].

Z Nautilusem wiąże się pewna zabawna historia, będąca dosko-nałym materiałem dla autora sensacyjnych powieści historycznych. W 1812 roku, Jakub Fryderyk Hoffmann, wybitny skądinąd lekarz i uczestnik powstania kościuszkowskiego, zarazem przyszły profesor Uniwersytetu Warszawskiego, dziękując za wybranie go członkiem Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, oświadczył:

Kiedy w r. 1794 mężny, największy nasz Naczelnik, Kościuszko, którego pamięć, póki życia mojego, święta mi będzie, został w niewolę wzięty, przedłożono w Towarzystwie Patryotycznym, którego ja członkiem byłem, jakim sposobem można tego szlachetnego męża uwolnić? Pomiędzy wszystkich podanych sposobów żaden mi się nie podobał. Powziąłem więc w sobie ten zamiar wynaleść sposób, jakim by go z Petersburga pod wodą uprowadzićć można. Myśl tę podał mi Nautilus Pompilius, a mechanika, w połączeniu z fizyką oraz trzy tygodnie rozmyślania, układ i poprawa – dopomogły mi wynaleźć plan do pewnego rodzaju bacika, w którym można, podług upodobania, pod wodą lub na wodzie, na morzu nawet płynąć, a tym sposobem można by, pomimo wszelkiego prześladowania, niedaleko odległe brzegi szwedzkie osiągnąć. Kto widział morze, sam po niem żeglował, łatwo może poznać, z jakimi przeszkodami przy takiej pracy Herkulesowi walczyć przychodziło; można wszelako te wszystkie przeszkody i śmiercią grożące niebezpieczeństwa szczęśliwie przezwyciężyć, gdyż przeczuć każde z nich można sposobem wynalezionym, który by je usunął. Dlatego, przy budowli takiego statku, osobliwie trzeba mieć wzgląd na jego kształt, ciężkość, równowagę i, ile możności, wolny widok, na kształt, ułożenie i sposób wolnego poruszania wioseł, na sposób, aby można, podług upodobania, statkowi ulżyć lub cięższym zrobić, a tem samem go zanurzać lub na wodę wynosić, osobliwie zaś na to, aby można powietrze, potrzebne do oddychania, w miejscu zamkniętym, dobre i czyste zachowywać. Przeciwko tym wszystkim trudnościom znajdują się sposoby, które są, ile możności, proste i bez wielkiego ambarasu. Gdy później nie potrzeba było użyć tego statku na uprowadzenie jeńca Kościuszki, a ułożony plan na nic mi się nie przydał, dałem go w r. 1798 z należytym opisem, będąc w Rzymie, przy legionach polskich, Naczelnikowi jenerałowi S. Cyr, wówczas dowódzcy, który plan ten ministrowi marynarki do Paryża przesłał. Żadnej więcej o tem wiadomości nie powziąłem, aż dopiero tę, którą dwa razy w gazetach wyczytałem, a to, że pewny Foulton, w Brest, taki statek do zanurzania zrobił, w którym się można było dwie godziny pod wodą znajdować i pływać w różne strony. Poznałem w obu razach, podług opisu gazety, mój plan, którego wykonanie słusznie panu Foulton się należy, jednak wynalazku jemu odstąpić nie mogę. Plan ten był w Warszawie ułożony i mógłby być tak dobrze, jak gdzie indziej przez mnie wykonany, gdyby tego potrzeba było[31].

Hoffmann nieustannie oskarżał Fultona o przywłaszczenie sobie idei, co jednak nie miało żadnych podstaw, poza raczej dość przypadkową zbieżnością w czasie. Pomysły Hoffmanna w odróżnieniu od dzieła Fultona – mało były realistyczne i niewiele miały wspólnego z techniką. Należały raczej do gatunku literackiej fantastyki.

A zatem, jeśli nie liczyć Die Forelle – pierwszego funkcjonalnego podwodnego okrętu wojennego, zbudowanego w Niemczech według pomysłu Raymondo Lorenzo d’Equevilley Montjustin, to dopiero obie wojny światowe wyposażyły armie w podwodne okręty. Jednak na samym początku marynarka niemiecka nie była projektem Die Forelle zainteresowana, dlatego okręt został sprzedany do Rosji, gdzie służył we Władywostoku. Era straszliwych U-bootów miała dopiero nadejść.

Zbyt wiele mówimy tutaj o wojnie. Woda jest organicznym, wewnętrznym symbolem kobiecości – powiada Gaston Bachelard[32]. Jest też pramaterią Talesa, αʿρχή[33] (arche), a jako oczywisty archetyp, logicznym czyni skojarzenie morza z brzuchem (o którym śpiewa urodzona na Morawach Iva Bittová), przerażając tym mężczyznę. Rekin jako symbol seksualny: ta metafora zapewne spodobałaby się Zygmuntowi Freudowi – również pochodzącemu z Moraw. Schodząc pod wodę, powracamy do płodowego okresu naszego życia.

Butelka Kleista

Nie, to bynajmniej nie jest pomyłka! Nie będziemy tu mówić o butelce[34] Kleina (die Kleinische Flasche), czyli o pewnym rodzaju powierzchni jednostronnej, ale o butelce Kleista (die Kleistche Flasche), inaczej butelce lejdejskiej, czyli o pierwszym kondensatorze. Za wynalazcę tego urządzenia powszechnie uznawany jest Pieter van Musschenbroek (1692–1761), profesor uniwersytetu w Lejdzie, który w 1746 roku swoje urządzenie opisał w liście adresowanym do badaczy francuskich, René de Réaumura i Jean-Antoine Nolleta. Jednak w rzeczywistości było to nie pierwsze i nie ostatnie – odkrycie równoczesne. Drugim wynalazcą, a chronologicznie nawet pierwszym (1745 rok), był Ewald Jürgen Georg von Kleist (1700–1748).

Kleist pochodził z prastarego pomorskiego rodu (niektóre źródła o trudnej do oceny wiarygodności podają, że o słowiańskich, być może łużyckich korzeniach), związanego z dworem Gryfitów oraz, wywodzącymi się jeszcze od obodryckich władców, książętami Meklemburgii. Pamięć tego faktu (albo może rodowa legenda) musiała być żywa, jako że jeszcze w XVIII w. wśród Kleistów można było spotkać imiona Bogislaff, Primislaff i Kazimir. Kleistowie najczęściej wybierali karierę wojskową, lecz nie tylko; jednym z wyjątków był wybitny dramaturg (i równie słynny samobójca) Heinrich von Kleist (1777–1811). Zaskakujące jest, że Heinrich von Kleist studiował również (co prawda niedługo) matematykę oraz fizykę na uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Z kolei Paul Ludwig Ewald von Kleist (1881–1954) niemiecki feldmarszałek, brał udział w inwazji na Polskę w 1939 roku, zmarł potem w radzieckiej niewoli, odsiadując wyrok 25 lat więzienia. Natomiast Ewald von Kleist-Schmenzin (1890–1945), monarchista, działacz chrześcijański i antysemita, konserwatywny prawnik, przeciwnik nazizmu i propagator (co musi zdumiewać) idei francuskiej rewolucji, został stracony za udział w zamachu na Hitlera.

Po ukończeniu gimnazjum akademickiego w Gdańsku i dwuletnich studiów prawniczych w Lejdzie, odziedziczywszy po wuju majątek w Kamieniu Pomorskim, Ewald von Kleist został dziekanem kapituły przy katedrze w Kamieniu. Jedynym jego stałym obowiązkiem było sprawowanie opieki nad szkołą katedralną. Żył na prowincji, co wiązało się z zabójczą dla uczonego izolacją, która z jednej strony wpływała niekorzystnie na psychiczne zdrowie Kleista, lecz z drugiej pozwalała na badanie zjawisk „elektryzujących” wiele wybitnych europejskich umysłów, z dala od zgiełku wojny, która wówczas toczyła się w południowych i środkowych Niemczech.

W dniu 11 października 1745 roku, po wielu próbach dokonał dzieła swego życia, było nim przeprowadzenie udanej próby z kondensatorem elektrycznym. Według projektu Kleista było to naczynie ze szkła wypełnione wodą i zatkane korkiem przebitym na wylot miedzianym drutem. Butelkę można było naładować elektrycznie, najpierw elektryzując pałeczkę (na przykład szklaną), a potem dotykając nią drutu. Poprzez drut i wodę ładunek dostawał się do środka naczynia, gdzie gromadził się na jego wewnętrznych ściankach. Pojemność elektryczną można było znacznie zwiększyć, pokrywając szkło od zewnątrz i wewnątrz folią (staniolem), która przewodziła prąd.

Na pomysł, w jaki sposób można zmagazynować energię elektryczną, Ewald von Kleist wpadł nieco przypadkiem: otóż po postawieniu na cynowym talerzu naelektryzowanej szklanki wody i dotknięciu talerza doznał silnego uderzenia, co nasunęło mu myśl o gromadzeniu ładunku. W liście wysłanym 19 grudnia 1745 roku do profesora Johanna Gottloba Krügera z Hale, który zamieścił go później w swoim dziele Historia Ziemi, von Kleist opisał doświadczenia, jakie przeprowadził. Oto jeden z opisów:

Jeśli włoży się gruby drut, gwóźdź itp. do wąskiego szklanego naczynia lekarskiego i naelektryzuje, wówczas następują szczególnie silne działania; naczynie powinno być suche i ciepłe. Dodanie do środka rtęci lub spirytusu polepsza efekty. Po wyjęciu naczynia z maszyny elektryzującej pojawił się na nim płonący pencillus[35], tak, że mogłem przejść 60 kroków i w pokoju było jasno[36].

O dokonanym odkryciu Ewald von Kleist poinformował listem z 4 listopada 1745 roku Johanna Lieberkühna, członka i sekretarza sekcji fizyki Berlińskiej Akademii Nauk, a następnie wysłał swoją wiadmość do kolegi z czasów gimnazjum w Gdańsku Pawła Swietlickiego (1699–1756), który wówczas sprawował obowiązki diakona w gdańskim kościele św. Jana oraz był członkiem Towarzystwa Przyrodniczego w Gdańsku. On zaś zainteresował wynalazkiem innego gdańszczanina Daniela Gralatha (1708–1767), również członka Towarzystwa Przyrodniczego i późniejszego burmistrza miasta.

Daniel Gralath po ukończeniu Gdańskiego Gimnazjum Akademickiego studiował w Halle, potem w Lejdzie oraz w Marburgu. Już w trakcie gimnazjalnej nauki zaczął prowadzić własne badania, które zostały zebrane w krótkich łacińskich rozprawach o meteorach wodnych, o pochodzeniu źródeł i o magnetyzmie. Zbudował pierwszą w świecie baterię butelek lejdejskich, czyli inaczej butelek Kleista, i wyjaśnił ich działanie. Zmierzył również siłę, jaka działa między naładowanymi okładkami butelki, a ponadto napisał pierwszą w historii księgę dotyczącą elektrostatyki (jest to 3-tomowa Historia Elektryczności opublikowana w latach 1747, 1754 i 1756) oraz stworzył bibliografię wszystkich dzieł poświęconych elektrostatyce (Biblioteka elektryczna). W uznaniu jego naukowych dokonań Towarzystwo Naukowe w Getyndze (Königliche Societät der Wissenschaften zu Göttingen) powołało go na swego członka. W 1742 roku założył Towarzystwo Przyrodnicze w Gdańsku (Societas physicae experimentalis), które działało aż do 1936 roku. Z przewodniczenia tej organizacji wycofał się zniechęcony intrygami na polskim dworze królewskim, w jakie uwikłało się Towarzystwo.

Wśród jego publikacji znajdują się opisy porażenia prądem owada, zapalania spirytusu iskrą elektryczną czy wstrząsów wywoływanych przez elektryczność w łańcuchu ludzi trzymających się za ręce (była to bardzo popularna w owych czasach prezentacja zjawisk elektrycznych). Niestety Gralath zbyt często ograniczał się do jakościowego opisu zjawisk, pomijając ich opis ilościowy. Po prostu nie potrafił opisywać swoich wyników ze pomocą matematycznego wzoru. A szkoda, bo pomiarów siły działających pomiędzy okładkami butelki dokonał na 40 lat przed badaniami Coulomba.

Gralath nawiązał kontakt z Ewaldem von Kleistem i rozpoczął podobne do jego prób eksperymenty. Po kilku miesiącach uczeni z Berlina i Halle oświadczyli, że nie udało im się powtórzyć opisanego doświadczenia i pewnie z tego powodu dokonane w Kamieniu odkrycie nie zostało rozsławione, a Kleist pozostał mało znany. Tym, komu jako pierwszemu udało się potwierdzić wyniki Kleista, był właśnie Gralath, który w 1746 roku przeprowadził badania w siedzibie Towarzystwa w Zielonej Bramie w Gdańsku.

Naukowa przygoda Kleista wktótce się zakończyła. W sierpniu 1747 roku Ewald Georg von Kleist został powołany przez króla pruskiego Fryderyka II Wielkiego na stanowisko prezesa Sądu Królewskiego w Koszalinie, które piastował niedługo; zmarł 10 grudnia 1748 roku. W 1898 roku, w 150. rocznicę jego śmierci, starosta powiatowy w Kamieniu Ewald von Massow, wmurował w ścianę domu Ewalda von Kleista, przy Placu Katedralnym, tablicę pamiątkową z następującą dedykacją:

Ku światłej pamięci Dziekana Katedry, Prezydenta Sądu Królewskiego Ewalda Jürgena von Kleista, ur. 10 czerwca 1700, zm. 10 grudnia 1748, który mieszkał 25 lat w tym domu (dawna kuria dziekańska) i w październiku 1745 roku wynalazł butelkę wzmacniającą prąd elektryczny (butelkę Kleista). Ufundowano w Kamieniu 10 grudnia 1898 roku przez wdzięcznych mieszkańców miasta.

Biograf rodu Kleistów, pastor Kypke, napisał: był on – Edwald von Kleist – ojcem nowoczesnej telegrafii[37]. Pierwsza depesza nadana przez Towarzystwo Telegraficzne Marconiego brzmiała: Ewald Jürgen von Kleist. Pochodzenie tej niepotwierdzonej w żadnym innym źródle informacji nie jest jasne.

Po 1945 roku los, który niejednokrotnie może być rozumiany jako eufemistyczna nazwa ludzkiej głupoty, nawet po śmierci nie szczędził pomorskiego wynalazcy, ponieważ z niewyjaśnionych przyczyn usunięto tablicę pamiątkową. Jej dalsze losy nie są znane. Jeszcze na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, w zbiorach muzeum katedralnego w Kamieniu znajdowała się oryginalna butelka Kleista i inne urządzenia wykonane przez pomorskiego uczonego, między innymi pierwszy kondensator o zmiennej pojemności. Do 1945 roku stanowiły one część ekspozycji udostępnionej publiczności, potem, jak wszystko na to wskazuje, trafiły do magazynów. Dzisiaj nikt chyba nie wie, co się z tymi cennymi zabytkami stało. Pozostały jedynie obawy, że jako przedmioty niesakralne zostały uznane za bezwartościowe i wyrzucone, a kto wie, być może nawet zniszczone.

Machina meteorologica i Złoty Diviš

Na brzegu Dzikiej Orlicy, w wiosce Helvíkovice, która dziś jest przedmieściem sudeckiego Žamberku, stoi niewielki dom wybudowany w stylu charakterystycznym dla regionu Gór Orlickich. Urodził się w nim wynalazca Wacław Divíšek, który na kartach nauki zapisał się jako Prokop Diviš (1698–1765). Kiedy po śmierci ojca gospodarstwo objął jego starszy brat, chłopiec zamiast zostać pomocnikiem cieśli albo kowala, jak wielu jego rówieśników w tamtym regionie, dzięki pomocy pochodzącego z Žamberku rektora szkoły Henryka Dušíka rozpoczął naukę w jezuickim kolegium w Znojmie. Następnie wstąpił do Zakonu Premonstratensów, gdzie obronił doktoraty z teologii oraz z filozofii w Salzburgu i w Ołomuńcu. Jednak, pomimo rozległego wykształcenia w innych dziedzinach, pasją jego życia stały się nauki przyrodnicze.

W 1753 roku w Petersburgu, mierząc natężenie pola elektrycznego w atmosferze, w wyniku uderzenia piorunem, śmierć poniósł profesor Georg Wilhelm Richmann. Dla Prokopa Diviša stało się to impulsem do napisania krótkiej łacińskiej rozprawy o sprowadzaniu elektrycznych nabojów z chmur do ziemi, którą skończywszy, posłał Petersburskiej Akademii Nauk. Rozprawa pozostała raczej niezauważona, ponieważ miała dość dziwaczną formę. Zaczynała się od biblijnych cytatów i dalej rozwijała się w kierunku ekstrawaganckiej elektroteologicznej teorii.

Po śmierci profesora Richmanna, która w świecie nauki wywołała duży wstrząs, zaprzestano prowadzenia ryzykownych eksperymentów. Prokop Diviš postanowił zająć się zagadnieniem bezpieczeństwa i rozpoczął prace nad przyrządem meteorologicznym, któremu nadał nazwę machina meteorologica. W zamierzeniu nie był to piorunochron, lecz urządzenie, które miało chronić przed gromadzeniem się ładunków w chmurach, czyli miało zapobiegać wyładowaniom atmosferycznym. W 1754 roku owa meteorologiczna maszyna była już gotowa. Był to zespół czterystu ostrzy umieszczonych na maszcie, połączonych z ziemią łańcuchami, które miały za zadanie wysysać elektryczne ładunki z chmur. O ile w laboratoryjnych eksperymentach Prokop Diviš potrafił tego dokonać (a nawet popisywał się tą umiejętnością na wiedeńskim dworze), o tyle skala zjawiska, jakim jest burza, o czym jednak Diviš w tamtej epoce nie mógł wiedzieć, czyni to niemożliwym.

Za wynalazcę piorunochronu (1752 r.) uważany jest Beniamin Franklin (1706–1790). Cel amerykańskiego uczonego, przechwytywanie piorunów, był jednak dużo skromniejszy, a konstrukcja znacznie prostsza niż ta zbudowana przez Propkopa Diviša, wystarczało bowiem zaledwie jedno ostrze. Naukowy konkurent Franklina, zasłużony w badaniach nad elektrycznością, pierwszy profesor fizyki doświadczalnej w Paryżu, ksiądz Jean-Antoine Nollet (1700–1770) był wielklim przeciwnikiem budowy piorunochronu, a jako właściwy środek zaradczy zalecał bicie w dzwony. Piorunochron, twierdził Nollet, to urządzenie grzeszne, ponieważ jest wynikiem sprzeciwu wobec woli Boga. A poza tym on przecież przed piorunami nie broni, wręcz przeciwnie, ściąga je na dom, co akurat jest prawdą, ale właśnie w ten sposób (jeśli instalacja jest poprawnie wykonana) zapewnia większe bezpieczeństwo.

Jak wiadomo, Franklin był jednym z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Z tym faktem wiąże się pewna anegdota. Gdy w Europie zaczęto zakładać piorunochrony, żywą dyskusję wywołało pytanie, jakie zakończenie piorunochronu jest lepsze: tępe, czy też może ostre, za którym opowiadał się Franklin. Niechętny Franklinowi król Jerzy III Hannowerski usiłował wymusić na Royal Society uznanie pierwszego rozwiązania za lepsze. Na naciski króla prezydent stowarzyszenia i lekarz w jednej osobie John Pringle odparł: Sir, nie potrafię zmieniać praw ani zjawisk natury. Jednak, aż tak wielka bezczelność nie mieściła się w głowie króla Jerzego: w takim razie – odparł władca – lepiej poddaj się do dymisji[38].

Meteorologiczna maszyna Prokopa Diviša nie wysyłała, co prawda, elektryczności z chmur, niemniej jednak dobrze działała jako piorunochron. Dosyć komiczny był koniec owego urządzenia, który przypadł na bardzo suche lato roku 1759. W Příméticach szerzyły się plotki, że to właśnie owa dziwaczna rzecz stojąca przy plebani rozgania chmury. Wobec tego, w 1760 roku chłopi wtargnęli do probostwa i piorunochron zniszczyli. Jednak w rok później, po katastrofalnych burzach, mieszkańcy wsi zmienili zdanie i poprosili o odbudowanie urządzenia. Minęło jeszcze piętnaście lat i na zamku Měšice pod Pragą w 1775 roku umieszczono pierwszy piorunochron według pomysłu Franklina. Było to dziesięć lat po śmierci přímétickiego wynalazcy.