Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu - Marcin Mortka

Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu

0,0

W pięknym, magicznym Szepczącym Lesie mieszka sympatyczny wiking Tappi. Ma wielu przyjaciół, równie magicznych jak on. Jest renifer Chichotek i kruk Paplak, myśliwy Haste i kowal Sigurd, są Elfy i pradawne duchy lasu – Dziadek Wodospad, Dąb Starodziej… Ale jest też zły jarl Surkol, który mieszka na Ostatnim Morzu, w zamku wzniesionym na grzbiecie wieloryba i który zamyka Sigurda w lochu. Tappi i jego przyjaciele ruszają niezwłocznie w niebezpieczną podróż, aby uwolnić przyjaciela. Po drodze spotyka ich wiele przygód, z których szczęśliwie wychodzą cali…

Magiczny Las pomaga tym, którzy mają dobre serca… Jeśli masz ochotę zajrzeć do Chaty Tappiego, posłuchać bajek Gawędziarza, jakie opowiadał w pewną gwieździstą noc, poznać olbrzyma Głabrzycha i sprawdzić, jaki czar rzuciła na niego Skrzypicha, a nawet pobawić się w berka z Wichrem, zapraszamy do Szepczącego Lasu…

Dodaj komentarz


Tappi jest Wikingiem. Nie jest to jednak straszny zbój tylko krzepki olbrzym o gołębim sercu. Tappi ma wielu przyjaciół (choćby nieodłączny towarzysz renifer Chichotek). Wraz z nimi przeżywa wiele wspaniałych przygód. Jak na dobrą pozycję dla dzieci przystało książka przemyca wartości, które w życiu są ważne (np. uczciwość, uczynność). Poszczególne historie są ciekawe i zainteresują niejedno dziecko. Świetna, interesująca, zabawna i mądra książka.


Czy w opowieściach o wikingach muszą być pełne brutalności i krwi? Nie, zwłaszcza gdy jest to historia dla najmłodszych napisana przez Marcina Mortkę. Książka stworzona z myślą o synach autora epatuje dobrocią, przyjaźnią i przyjaźnią. Tappiego trudno nie polubić, a jego przygody przyciągną uwagę każdego smyka. Wspaniała lektura dla najmłodszych, ale też dla dorosłych, gdyż warto nad nią spędzić czas wraz ze swoim dzieckiem.


Bajki, których bohaterem jest Wiking. Tappi jednak nie należy do tych siejących przerażenie wojowników. To sympatyczny olbrzym o gołębim sercu. Książka podkreśla siłę przyjaźni, dobra i uczciwości.


Tappi jest tak przesympatycznym bohaterem, że sympatyczniejszego chyba nie ma. Pokochaliśmy go z bratem od pierwszych stron książki. Polecam każdemu, kto kocha niebanalne przygody w dziecięcych bajkach.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg

Tekst: Mar­cin Mort­ka

Ilu­stra­cje: Mar­ta Kur­czew­ska

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka So­bich

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Adam­ska

Skład i ła­ma­nie: Ber­nard Pta­szyń­ski

© Co­py­ri­ght for text by Mar­cin Mort­ka

© Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o., Kra­ków 2012

All ri­ghts re­se­rved

ISBN: 978-83-265-0360-3

Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kra­ków, ul. Ce­giel­nia­na 4a

www.zie­lo­na­so­wa.pl

wy­daw­nic­two@zie­lo­na­so­wa.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­je­mu syn­ko­wi Mi­chał­ko­wi

1-3_jpg
1-4_jpg
1-5_jpg

1-6_jpg

Opo­wieść pierw­sza,
w któ­rej po­zna­je­my Tap­pie­go

Da­le­ko, da­le­ko stąd, po­śród wy­so­kich gór i zie­lo­nych la­sów, nad brze­ga­mi wiel­kiej za­to­ki, miesz­kał so­bie wi­king o imie­niu Tap­pi.

Pew­nie chciał­byś wie­dzieć, kto to jest wi­king. Je­śli spy­tasz Ma­mu­się lub Ta­tu­sia, to za­pew­ne po­wie­dzą ci, że wi­king to groź­ny, chci­wy roz­bój­nik mor­ski, któ­ry ma dłu­gą bro­dę, sro­gą minę oraz miecz, któ­ry jest za­rów­no dłu­gi, jak i sro­gi. I będą mie­li ra­cję, ale nie masz się cze­go oba­wiać, bo Tap­pi wca­le nie przy­po­mi­na in­nych. No, a w każ­dym ra­zie nie do koń­ca.

Rze­czy­wi­ście jest wiel­ki, tak wiel­ki, że gdy idzie przez las, to naj­wyż­sze drze­wa na wszel­ki wy­pa­dek co­fa­ją ga­łę­zie, żeby o nie nie za­ha­czył. I ma dłu­gą bro­dę, tak dłu­gą, że któ­re­goś dnia za­gnieź­dzi­ła się w niej ro­dzin­ka wie­wió­rek i wy­leźć nie chcia­ła. Zda­rza się też, że na ru­mia­nej, za­wsze uśmiech­nię­tej twa­rzy Tap­pie­go po­ja­wia się sro­ga mina, ale dzie­je się tak rzad­ko, głów­nie za­raz po tym, jak jego brzu­szy­sko za­bur­czy z gło­du.

Ale na pew­no nie moż­na po­wie­dzieć, by Tap­pi był groź­ny czy chci­wy. Cóż, zda­rzy­ło mu się raz czy dru­gi, że spu­ścił la­nie kil­ku bez­czel­nym trol­lom, ale mo­żesz mi wie­rzyć, że nig­dy nie skrzyw­dził­by swe­go przy­ja­cie­la. A bar­dzo ła­two jest zo­stać przy­ja­cie­lem Tap­pie­go – wy­star­czy uśmiech­nąć się i po­ma­chać doń ręką, a na za­wsze tra­fisz do jego ser­ca. Bo mu­sisz też wie­dzieć, że ser­ce Tap­pie­go jest rów­nie wiel­kie jak jego brzu­szy­sko i znaj­dzie się w nim miej­sce dla wie­lu, wie­lu przy­ja­ciół.

1-7_jpg

A ze wszyst­kich lu­dzi na świe­cie Tap­pi naj­bar­dziej lubi dzie­ci. Chcesz wie­dzieć dla­cze­go? A to dla­te­go, że dzie­ci nie po­tra­fią się mar­twić, ale za to do­sko­na­le zna­ją się na sło­dy­czach, przez co Tap­pi świet­nie się z nimi do­ga­du­je.

To co? Bo­isz się na­sze­go wi­kin­ga? Czy może chciał­byś po­słu­chać kil­ku we­so­łych opo­wie­ści z jego udzia­łem? Je­śli tak, to po­proś Ma­mu­się lub Ta­tu­sia, by prze­wró­cił kart­kę, a sam przy­kryj się grzecz­nie i za­mknij oczka. I wi­taj w pięk­nej, śnież­nej kra­inie wi­kin­ga Tap­pie­go.

1-8_jpg

1-9_jpg

Opo­wieść dru­ga,
w któ­rej Tap­pi robi za­pa­sy na zimę i do­wia­du­je się, że w le­sie le­piej nie śpie­wać

Tap­pi sie­dział so­bie nad brze­giem za­to­ki i tłukł ka­mie­niem o ka­mień, przy­glą­da­jąc się róż­no­ko­lo­ro­wym iskier­kom, któ­re z chi­cho­tem ucie­ka­ły na boki. Tak go ta za­ba­wa po­chło­nę­ła, że na­wet nie za­uwa­żył dzi­kie­go Wi­chru, któ­ry nad­le­ciał znie­nac­ka i za­wył mu pro­sto do ucha:

– Ziii­ma iii­dzie!

Wy­stra­szo­ne iskier­ki ucie­kły, a sam Tap­pi obej­rzał się nie­za­do­wo­lo­ny. Nie lu­bił Wi­chru, bo ten za­wsze psuł mu fry­zu­rę. Tap­pi był bo­wiem bar­dzo ele­ganc­kim wi­kin­giem i raz w mie­sią­cu pra­co­wi­cie roz­cze­sy­wał wło­sy i bro­dę wiel­ki­mi gra­bia­mi. Nie­ste­ty, zło­śli­wy Wi­cher po­ja­wiał się w chwi­lę póź­niej i psuł cały efekt. Roz­złosz­czo­ny Tap­pi już chciał unieść pięść i po­gro­zić Wi­chro­wi, gdy na­gle zro­zu­miał, że ten ma ra­cję. Li­ście opa­da­ły z drzew, a w po­wie­trzu czuć było chłód.

– A to do­pie­ro! – zląkł się Tap­pi. – Rze­czy­wi­ście idzie zima! Trze­ba się na­tych­miast za­brać za ro­bie­nie za­pa­sów!

Jak po­sta­no­wił, tak zro­bił. Wpadł do swej Cha­ty, aż ta stęk­nę­ła ze zdzi­wie­nia, po­rwał prze­past­ny wo­rek i w te pędy po­gnał do wie­wiór­ki Śmi­gacz­ki.

– Śmi­gacz­ko! – za­wo­łał za­sa­pa­ny. – Daj mi pro­szę orze­chów, a uży­czę ci kil­ku wło­sów z mej bro­dy, byś mia­ła z cze­go zro­bić cie­płe le­go­wi­sko na zimę!

Po­tem po­pę­dził do swe­go przy­ja­cie­la, niedź­wie­dzia Brzu­cha­cza, by po­pro­sić go o kil­ka pla­strów mio­du. W za­mian obie­cał opo­wie­dzieć kil­ka nud­nych ba­jek, któ­re po­mo­gły­by mi­sio­wi za­paść w sen zi­mo­wy. Od­wie­dził też kil­ka in­nych le­śnych stwo­rzeń, miesz­ka­ją­cych w Szep­czą­cym Le­sie, a te chęt­nie dzie­li­ły się z nim swy­mi za­pa­sa­mi, bo wie­dzia­ły, że do­bro­dusz­ny wi­king sam rów­nież nie opu­ścił­by ich w po­trze­bie. Poza tym do­brze pa­mię­ta­ły, że nie ma dźwię­ku gło­śniej­sze­go od bur­cze­nia w wiel­kim brzu­szy­sku Tap­pie­go i na wszel­ki wy­pa­dek wo­la­ły unik­nąć wy­słu­chi­wa­nia tych grzmo­tów zimą. Roz­ra­do­wa­ny wi­king przy­cią­gnął więc do Cha­ty wiel­ki wór pe­łen sma­ko­wi­to­ści.

– Dłu­uuuga ziiii­ma! – za­wył znów Wi­cher.

1-10_jpg

– Dłu­ga? – Tap­pi stra­cił do­bry na­strój. – Oj, nie­do­brze. Nie star­czy mi więc je­den wo­rek je­dze­nia. Mu­szę po­gnać do kup­ca Pa­si­brzu­cha.

Się­gnął pod łóż­ko i wy­cią­gnął sa­kiew­kę z bursz­ty­na­mi, któ­re zna­lazł na pla­ży, gdy ba­wił się z fa­la­mi w go­ni­twę. Na­stęp­nie opróż­nił swój prze­past­ny wór, za­rzu­cił go so­bie na ra­mię i wy­ru­szył do kra­mu kup­ca Pa­si­brzu­cha. Wi­cher zaś przy­cup­nął mu na ra­mie­niu.

– Wi­taj, Tap­pi! – za­wo­łał Pa­si­brzuch, wi­dząc zbli­ża­ją­ce­go się wi­kin­ga. – Cóż cię do mnie spro­wa­dza?

– Jak to co? Zima idzie! – po­uczył go z mą­drą miną Tap­pi. – Je­dze­nia chcia­łem ku­pić! Chle­ba, ma­sła, szyn­ki, kieł­ba­sy, a przede wszyst­kim cia­stek z mio­dem!

Ku­piec Pa­si­brzuch uwiel­biał bursz­ty­ny i w za­mian za sa­kiew­kę ob­da­ro­wał Tap­pie­go mnó­stwem je­dze­nia. Wi­king był tak wzru­szo­ny jego hoj­no­ścią, że po­sta­no­wił wy­na­gro­dzić Pa­si­brzu­cha pio­sen­ką. Na­brał tchu i za­czął śpie­wać naj­gło­śniej jak po­tra­fił. Od pierw­szej zwrot­ki po­za­my­ka­ły się w domu drzwi i okien­ni­ce, od dru­giej za­czął sy­pać się dach i nim za­czął trze­cią, prze­stra­szo­ny ku­piec uciekł w las.

– Cóż to? – zdzi­wił się Tap­pi. – Za­wsze są­dzi­łem, że Pa­si­brzuch lubi mu­zy­kę!

Sło­wa te kie­ro­wał do Wi­chru, ale i ten zdą­żył już umknąć, prze­ra­żo­ny dzi­kim śpie­wem wi­kin­ga.

Tap­pi wzru­szył więc ra­mio­na­mi, za­rzu­cił wo­rek na ple­cy i ru­szył w dro­gę po­wrot­ną przez je­sien­ny las. Dziw­ne za­cho­wa­nie kup­ca Pa­si­brzu­cha nie da­wa­ło mu jed­nak spo­ko­ju, po­sta­no­wił za­śpie­wać jesz­cze raz i spraw­dzić, czy aby nie po­my­lił się w tek­ście.

Za­ry­czał więc, aż się za­trzę­sły drze­wa, a wiel­ka chmu­ra, któ­ra wła­śnie pla­no­wa­ła skro­pić do­lin­kę Tap­pie­go desz­czem, zmie­ni­ła za­miar i skrę­ci­ła w in­nym kie­run­ku.

Śpiew niósł się echem przez las, pło­sząc zwie­rzę­ta i strą­ca­jąc ostat­nie li­ście z drzew, aż do­tarł do uszu trol­la Gbur­ka, któ­ry wła­śnie ob­gry­zał smęt­nie ko­rzeń so­sny i za­sta­na­wiał się, co po­cząć w związ­ku ze zbli­ża­ją­cą się zimą. Usły­szaw­szy nie­sio­ną echem pieśń Tap­pie­go, aż pod­sko­czył za­chwy­co­ny, gdyż w jego pu­ściu­teń­kiej gło­wie nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wi­ła się myśl.

– Tak może śpie­wać tyl­ko czło­wiek szczę­śli­wy! – po­wie­dział sam do sie­bie. – A czy może być inny po­wód do szczę­ścia jak tyl­ko mnó­stwo je­dze­nia?

1-11_jpg

Nikt mu nie od­po­wie­dział, a za­tem roz­ra­do­wa­ny troll przy­tak­nął sam so­bie i raź­no po­pę­dził przez las na spo­tka­nie roz­śpie­wa­ne­go wi­kin­ga.

Być może Ma­mu­sia lub Ta­tuś opo­wia­da­li ci już o trol­lach. Je­śli nie, to mu­sisz wie­dzieć, że są to wiel­kie, żar­łocz­ne stwo­ry o ogrom­nych brzu­chach i bar­dzo ma­łych móżdż­kach. Jako że wiecz­nie tra­pi je głód, je­dzą co po­pad­nie, gdzie po­pad­nie i ile po­pad­nie. Nie mają w związ­ku z tym wie­lu przy­ja­ciół, a Tap­pi, któ­ry sam pod­jeść uwiel­biał, nie zno­sił ich jesz­cze bar­dziej od zło­śli­we­go Wi­chru. Gdy po­czuł, jak drży zie­mia pod cięż­ki­mi kro­ka­mi bie­gną­ce­go trol­la, po­dra­pał się po czo­le, aż po­szły iskry i po­wie­dział sam do sie­bie:

– Oho, nie­do­brze! Zda­je się, że Gbu­rek chce mi ode­brać moje za­pa­sy na zimę!

Za­zwy­czaj Tap­pi nie lu­bił bie­gać, gdyż twier­dził, że brzuch mu od tego pu­sto­sze­je i bro­da się plą­cze, ale tym ra­zem po­pę­dził szyb­ciej od wia­tru. Kil­ka je­le­ni przy­sta­nę­ło, zdu­mio­nych pręd­ko­ścią wi­kin­ga i le­d­wie usko­czy­ło na bok, gdy w ślad za nim uka­zał się Gbu­rek.

– Ho, ho, Tap­pi! – za­wo­łał ra­do­śnie, szcze­rząc swe wszyst­kie czte­ry zę­bi­ska. Swe­go cza­su miał ich co praw­da wię­cej, ale że trol­le gry­zą co po­pad­nie i nie­zbyt dba­ją o czy­stość, to po­wy­pa­da­ły mu ob­ra­żo­ne.

– Gwał­tu, rety, to na­praw­dę trol­li­sko! – za­wo­łał prze­stra­szo­ny Tap­pi i po­pę­dził jesz­cze szyb­ciej, aż drze­wa po­spiesz­nie usu­wa­ły mu swo­je ko­rze­nie z dro­gi, bo­jąc się, że je po­wyw­ra­ca. Tyl­ko sę­dzi­wy Dąb Sta­ro­dziej nie zdo­łał w porę cof­nąć swych ma­syw­nych ko­rze­ni. Tap­pi prze­sko­czył je bez tru­du, lecz troll, za­pa­trzo­ny tyl­ko w wo­rek z je­dze­niem, pod­ska­ku­ją­cy na ple­cach wi­kin­ga, nie za­uwa­żył ich w porę i rym­nął na zie­mię z ta­kim hu­kiem, że wie­wiór­kom aż pod­sko­czy­ły orze­chy w dziu­plach. W mię­dzy­cza­sie Tap­pi zdo­łał do­biec do Cha­ty i za­trza­snąć za sobą drzwi.

– Otwie­raj! – za­żą­dał roz­złosz­czo­ny troll i prych­nął, bo od upad­ku na­pcha­ło mu się zie­mi do nosa.

– Ani mi się śni! – od­rzekł har­do Tap­pi.

– Otwie­raj, bo… – po­gro­ził troll.

– Bo co? – za­py­tał zu­chwa­le wi­king, a Cha­ta aż się na­bur­mu­szy­ła.

W isto­cie, nie miał się cze­go oba­wiać. Cha­ta zbu­do­wa­na była z moc­ne­go drew­na i sta­wia­ła czo­ła naj­groź­niej­szym na­wet bu­rzom, a drzwi nasz dziel­ny wi­king zro­bił z gru­be­go dębu i za­opa­trzył w moc­ny za­mek. Troll Gbu­rek był jed­nak zbyt roz­złosz­czo­ny, by po­rząd­nie się za­sta­no­wić, co zresz­tą nie wy­cho­dzi­ło mu do­brze, na­wet gdy był w po­god­nym na­stro­ju.

Przy­padł do drzwi i szarp­nął za klam­kę. Nic.

Za­mach­nął się pię­ścią i wal­nął nią w drzwi. Da­lej nic, tyl­ko so­bie łapę po­tłukł.

Roz­pę­dził się i ude­rzył w drzwi bar­kiem. Wciąż nic, Cha­ta na­wet nie drgnę­ła.

– Nie­do­cze­ka­nie two­je! – wo­łał Tap­pi dum­ny ze swe­go dzie­ła.

– Tak? – wark­nął Gbu­rek, co­fa­jąc się. I wte­dy do­strzegł okno.

Gdy­by chwi­lę wcze­śniej nie ude­rzył gło­wą o zie­mię, może i by się do­my­ślił, że jest zbyt wiel­ki, by w ten spo­sób do­stać się do cha­ty Tap­pie­go. Tym­cza­sem pod­biegł do naj­bliż­sze­go z okien, wziął za­mach i z trza­skiem wbił gło­wę do środ­ka.

– Mam cię! – wrza­snął nie­świa­dom, że tam, gdzie zmie­ści się gło­wa, nie­ko­niecz­nie prze­ci­śnie się wiel­kie, brzu­cha­te ciel­sko.

Wy­stra­szo­ny Tap­pi aż pod­sko­czył, mało w su­fit nie rąb­nął. Za­raz po­chwy­cił naj­bliż­szy przed­miot – a była to wiel­ka, cięż­ka pa­tel­nia, na któ­rej sma­żył swą ja­jecz­ni­cę z dwu­na­stu jaj – i z ca­łej siły rąb­nął w wiel­ki trol­li łeb. Gbu­rek za­to­czył się do tyłu i padł na zie­mię, ale je­śli Tap­pi my­ślał, że to ko­niec jego kło­po­tów, po­my­lił się i to moc­no.

– Sko­ro nie chcesz mnie wpu­ścić do swej cha­ty, sam się do niej do­sta­nę! – burk­nął jak na Gbur­ka przy­sta­ło, ze­rwał się na rów­ne nogi, po­chwy­cił za ścia­nę od dołu i szarp­nął. Trza­snę­ło, zgrzyt­nę­ło, Cha­ta za­ję­cza­ła prze­cią­gle, a po­tem za­bu­ja­ło raz i dru­gi. Wy­stra­szo­ny nie na żar­ty Tap­pi zro­zu­miał, że roz­złosz­czo­ny troll uniósł cały dom nad swój wiel­ki łeb, na któ­rym rósł już pa­tel­nia­ny guz.

– Na po­moc… – bąk­nął, choć był dziel­nym wi­kin­giem i nig­dy nie pro­sił o po­moc na dar­mo. – Na po­moc!

1-12_jpg

A choć krzy­czał gło­śno, troll Gbu­rek dźwi­ga­ją­cy cha­tę nad gło­wą stę­kał jesz­cze gło­śniej i nikt z przy­ja­ciół Tap­pie­go – ani niedź­wiedź Brzu­chacz, ani wie­wiór­ka Śmi­gacz­ka, ani na­wet bóbr Chro­bo­tek – nie usły­sze­li jego wo­ła­nia. Usły­szał je na­to­miast Wi­cher, któ­ry krą­żył do­oko­ła i prze­ga­niał chmu­ry z miej­sca na miej­sce. Po­pę­dził w dół, zo­ba­czył, co się świę­ci i na­tych­miast przy­padł do Gbur­ka, by po­ła­sko­tać go we wło­cha­te pa­chy.

– Oho­ho­ho­ho! – chi­cho­tał roz­ba­wio­ny Gbu­rek. – Ale śmiesz­ne, hihi!

Tak go roz­ba­wi­ło ła­sko­ta­nie Wi­chru, że za­po­mniał o Cha­cie, któ­rą nadal dźwi­gał nad gło­wą. Cha­ta na­to­miast nie za­po­mnia­ła, że mnó­stwo waży i z ło­mo­tem zwa­li­ła się trol­lo­wi na łeb, a Wi­cher, za­do­wo­lo­ny ze spła­ta­nia tak do­bre­go psi­ku­sa, uciekł da­le­ko nad mo­rze, by opo­wie­dzieć o wszyst­kim swym ku­zy­nom, Wia­trom Mor­skim.

1-13_jpg

Tap­pie­go zaś cze­ka­ło mnó­stwo pra­cy. Mu­siał naj­pierw po­dźwi­gnąć Cha­tę i wy­wlec spod niej Gbur­ka, któ­re­mu na gło­wie wy­rósł dru­gi guz, jesz­cze więk­szy od pierw­sze­go, a po­tem zro­bić wiel­kie po­rząd­ki, bo od gbur­ko­wych wy­czy­nów wszyst­ko się po­roz­sy­py­wa­ło. Za­mia­ta­na i pu­co­wa­na Cha­ta aż po­mru­ki­wa­ła z za­do­wo­le­nia, bo każ­dy dom – o czym na pew­no mó­wi­ła Ci już Ma­mu­sia – uwiel­bia być sprzą­ta­ny, a za­pra­co­wa­ny Tap­pi po­sta­no­wił so­bie, że od tej pory nie bę­dzie już po­krzy­ki­wał w le­sie.

– Ba, na­wet śpie­wać nie będę – obie­cał so­bie, wspar­ty o mio­tłę. – Bo a nuż ko­lej­ne li­cho obu­dzę?

1-14_jpg

1-15_jpg

Opo­wieść trze­cia,
w któ­rej Tap­pie­mu naj­pierw bra­ku­je to­wa­rzy­stwa, a po­tem prze­ko­nu­je się, że dzię­ki od­wa­dze moż­na wie­le zy­skać

Na­sta­ła zima, mroź­na i nie­ubła­ga­na. Za­to­kę skuł gru­by lód, a las przy­sy­pał gę­sty, pu­szy­sty śnieg. Tap­pi sie­dział w swej chat­ce i po­wo­li do­cho­dził do wnio­sku, że za­czy­na się nu­dzić.

Z po­cząt­ku po­sta­no­wił, że prze­śpi zi­mo­wą porę jak niedź­wie­dzie, lecz co rusz bu­dził go wiel­ki głód. Czym dłu­żej spał, tym głód był więk­szy, a że Tap­pi nie prze­pa­dał za go­to­wa­niem, zro­zu­miał, że to chy­ba nie jest naj­lep­szy po­mysł. Z nu­dów pró­bo­wał tań­czyć, lecz pa­ro­krot­nie ude­rzył gło­wą o su­fit, co znie­chę­ci­ło go do dal­szych prób. Śpie­wać wo­lał nie pró­bo­wać, gdyż pa­mię­tał, czym to się ostat­nio skoń­czy­ło.

Po­zo­sta­wa­ły mu więc roz­mo­wy z Cha­tą, któ­ra od­po­wia­da­ła je­dy­nie krót­ki­mi skrzyp­nię­cia­mi, znu­dzo­na tak samo jak on.

Ogień trza­skał w ko­min­ku. Na dwo­rze trza­skał mróz. Tap­pi spał, jadł i nu­dził się.

Aż któ­re­goś dnia, kie­dy to słoń­ce prze­bi­ło się przez chmu­ry, wi­king wcią­gnął na sie­bie gru­by ko­żuch, przy­piął nar­ty i ru­szył na po­szu­ki­wa­nie ko­go­kol­wiek, z kim mógł­by po­roz­ma­wiać.

Las wy­glą­dał prze­pięk­nie w swej śnież­nej sza­cie, ale był ci­chy i ta­jem­ni­czy. Dąb Sta­ro­dziej mil­czał, za­mar­z­nię­ty od ko­rze­ni aż po ga­łę­zie. Mil­czał rów­nież Dzia­dek Wo­do­spad, któ­ry za­mie­nił się w je­den wiel­ki so­pel lodu. Niedź­wiedź Brzu­chacz, bóbr Chro­bo­tek i wie­wiór­ka Śmi­gacz­ka od daw­na drze­ma­ły w swych cie­płych nor­kach. Tap­pi jeź­dził po ci­chut­kim, za­klę­tym le­sie co­raz smut­niej­szy, prze­świad­czo­ny, że zimę przyj­dzie mu spę­dzić cał­kiem sa­mot­nie.

I wte­dy ktoś ukłuł go bo­le­śnie w sie­dze­nie.

– Au! – wrza­snął Tap­pi i pod­sko­czył wy­so­ko. Ob­ró­cił się w po­szu­ki­wa­niu dow­cip­ni­sia, ale za­uwa­żył je­dy­nie roz­ko­ły­sa­ne, oszro­nio­ne krza­ki i drob­ny, umy­ka­ją­cy kształt.

– Hej! – za­wo­łał. – Za­cze­kaj!

Ode­pchnął się kij­ka­mi i po­pę­dził na nar­tach przez za­śnie­żo­ny las, ści­ga­jąc ucie­ki­nie­ra.

– Po­cze­kaj! – za­wo­łał. – Kim je­steś?

Nie­zna­jo­my za­trzy­mał się i roz­pę­dzo­ny Tap­pi za­uwa­żył, że było to zwie­rzę – drob­ne, z cien­ki­mi nóż­ka­mi i dłu­gi­mi róż­ka­mi. Stwo­rzon­ko za­trzy­ma­ło się, z cie­ka­wo­ścią ob­ró­ci­ło łe­bek, a gdy Tap­pi był już bli­sko, z ca­łej siły wierz­gnę­ło i wzbi­ło chmu­rę śnież­ne­go pyłu. Wi­king wpadł w sam jej śro­dek i ośle­pio­ny ude­rzył pro­sto w drze­wo. Łup­nął, aż po­nio­sło się echo, a wy­rwa­ne ze snu drze­wo mruk­nę­ło z pro­te­stem.

– Hej! – krzyk­nął Tap­pi. – To nie­spra­wie­dli­we! Prze­cież ja nie chcia­łem ci zro­bić nic złe­go!

Z da­le­ka do­biegł go tyl­ko zło­śli­wy chi­chot zwie­rząt­ka.

– Po­cze­kaj, już ja ci po­ka­żę! – burk­nął Tap­pi, wy­tarł śnieg z oczu i po­pę­dził w ślad za nim.

Mu­sisz wie­dzieć, że Tap­pi nie­zwy­kle rzad­ko wpa­dał w gniew, lecz kie­dy już do tego do­cho­dzi­ło, cały Szep­czą­cy Las za­mie­rał ze stra­chu. Wi­king pę­dził te­raz jak wi­cher z roz­wia­ną bro­dą, czer­wo­ny ze zło­ści, a drze­wa na wszel­ki wy­pa­dek usu­wa­ły mu się z dro­gi. Wi­dział już wy­raź­nie zwie­rząt­ko, któ­re za­trzy­ma­ło się zno­wu, jak­by na nie­go cze­ka­ło.