Przedwiośnie - Stefan Żeromski

Przedwiośnie

0,0

"Przedwiośnie" to wybitna powieść Stefana Żeromskiego. Składa się z trzech części: „Szklane domy”, „Nawłoć”, „Wiatr od wschodu”.

Opowiada o życiu Cezarego Baryki, który wraca do ojczyzny, która odradza się po pierwszej wojnie światowej.

Dodaj komentarz


Żeromskiego albo się lubi, albo nie. Specyficzny styl jednak nie przysparza mu szerokiego grona czytelników. Gdyby nie to, że większość jego dzieł jest (była) lekturami z pewnością bym nie czytał. Wprawdzie „Przedwiośnie” jest najlepsze ze wszystkich powieści autora i zawiera nawet ciekawe (symboliczne) przemyślenia o Polsce (wizja szklanych domów). Dużo tu metafor i symboli. W sumie ciężko się czyta i raczej nie wciąga.


To również jedna z tych lektur, które całkiem mnie pochłaniają, niezwykle zauroczył mnie sposób w jaki została napisana, losy bohatera również nie dają czytelnikowi chwili wytchnienia, wszystko zaczęło się od niepozornej sielanki, na wielu okrutnych aktach kończąc. Myślę, że książkę warto przeczytać, bo jest ciekawa, odnosi się do historii Polski, losu Polaków, porusza ważne problemy polityczne, a na dodatek jest niezwykle ciekawa i wciągająca.


Podzielona na trzy części historia życia Cezarego Baryki, który przyszedł na świat i dorastał w Baku. „Przedwiośnie” to powieść polityczna, a tytuł książki ma znaczenie metaforyczne. Tak jak inne powieści Żeromskiego i ta nie była dla mnie lekką lekturą. Oczywiście nie można autorowi odmówić kunsztu i talentu, jednak cała polityczna otoczka, choć istotna dla naszego kraju była męcząca. Warto jednak poznać ten klasyk.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

RODOWÓD

 

Nie chodzi tutaj — u kaduka! — o herb ani o szeregi przodków podgolonych, z sarmackiemi wąsami i przy karabelach — ani wydekoltowane prababki w fiokach. Ojciec i matka — otóż i cały rodowód, jak to jest u nas, w dziejach nowoczesnych ludzi bez wczoraj. Z konieczności wzmianka o jednym dziadku, z musu notatka o jednym jedynym pradziadku. Chcemy uszanować nasyconą do pełna duchem i upodobaniem semickiem awersyę ludzi nowoczesnych do obciążania sobie pamięci wiadomościami, w którym kościele czy na jakim cmentarzu dany dziadek spoczywa.

Otóż — ojciec nosił nazwisko Baryka, imię Seweryn, które na rozłogach rosyjskich zbytnio nie raziło. »Siewieryan Grigoriewicz Baryka« — uchodziło wtedy, prześlizgiwało się niepostrzeżenie. Matka była niewidoczna, samoswoja, najzwyczajniejsza Jadwiga Dąbrowska, rodem z Siedlec. Całe prawie życie spędzając w Rosji, w najrozmaitszych jej guberniach i powiatach, nie nauczyła się dobrze mówić po rosyjsku, a duchem przemieszkiwała nie gdzieś tam na Uralu czy w Baku, w Symbirsku czy zgoła w Tule, lecz wciąż w Siedlcach. Tylko w Siedlcach, — choć to jedynie z listów i gazet wiedziała, — działy się dla niej rzeczy ważne, interesujące, godne wzruszenia, pamięci i tęsknoty. Wszystko inne, poza mężem i synem, była to przygodna, doczesna, przelotna suma rzeczy i zdarzeń, wzbudzająca coraz większą tęsknotę właśnie za Siedlcami. W najpiękniejszej miejscowości, — oazie naftowej pustyni, Baku, — kędyś na tak zwanym »Zychu«, w zatoce półwyspu Apszerońskiego, woniejącej od kwiatów i roślinności południa, gdzie przejrzyste morze szmerem napełniało cienie nadbrzeżnych gajów, pani Barykowa nie miała zawsze nic pilniejszego do nadmienienia, jak stwierdzenie, że na Sekule był »także« bardzo piękny staw, w Rakowcu były nadto łąki, — gdzie! piękniejsze, niż jakiekolwiek na świecie, a kiedy księżyc świecił nad Muchawką i odbijał się w stawie około młyna... Następowało nieuniknione ślimaczenie się w pośród długotrwałego wypominania piękności jakichś tam mokrych łąk pod Iganiami, lasku pod Stoczkiem, a nawet szosy ku Mordom, która, — żal się Boże! — także była we wspomnieniach pełna nie tylko błota, kurzu i stałych wybojów, lecz i uroku. Już poraz pierwszy, wnet po ślubie, jadąc przez Moskwę, pani Baryczyna (Jadwiga z Dąbrowskich) wsławiła się była pośród Polonii rosyjskiej rozmową z »jamszczykiem«. Gdy bowiem powóz, w którym siedziała, trząsł niemiłosiernie na wybojach »mostowej«, strofowała »kuczera«, siedzącego na koźle, obrzędowo i poniekąd urzędowo wypchanego sowicie we wszystkich kierunkach: — »Co to tutaj u was takie płoche bruki!« Powtarzała tę wymówkę raz, drugi i trzeci, w miarę zniecierpliwienia, aż do chwili katastrofy. Woźnica oglądał się na nią kilkakroć z oburzeniem, a gdy jeszcze raz powtórzyła okrzyk, uskarżający się na »płoche bruki«, zatrzymał swego siwka i wrzasnął:

 — »Da czto wy, barynia, w samom diele k moim briukam pristali! Płochije briuki, da płochije briuki! Isz babu! Płochije briuki, tak płochije, a tiebie baba, czto za dieło«!

Kiedyindziej, już jako małżonka dobrze sytuowanego urzędnika, pragnąc przyczynić się w miarę możności do powodzenia i awansów męża, zaszkodziła mu znamiennie swą niedostateczną znajomością arkanów mowy rosyjskiej. Było to na balu publicznym w mieście gubernialnem pod Uralem. Bal ów zaszczycił swą obecnością miejscowy gubernator, oraz jego dorastająca córka. Pani Barykowa po przetańczeniu walca miała szczęście znaleźć przypadkiem miejsce obok córki gubernatora, zapragnęła zawiązać miłą rozmowę z dziedziczką poduralskiej potęgi. Zapragnęła skorzystać z chwili, i coś zrobić dla męża przez pozyskanie przychylności córki gubernatora. Nie wiedziała, od czego zacząć rozmowę, wahała się i gubiła w niepokoju, coby tu powiedzieć... Wreszcie znalazła! Widząc śliczną różę, przypiętą do stanika uroczej gubernatorówny, pani Baryczyna z zachwytem, rozpływając się w uniesieniu, tonąc w uśmiechach uwielbienia, wyrzekła:

 — »Ach, kakaja u was krasnaja roża!«

Jakież było jej zdumienie, ba! przerażenie, gdy dziewczę gubernatorskie omdlewająco-bolesnym dyszkantem poczęło wołać w kierunku ojca:

 — Papieńka! Papieńka! Mienia zdieś obiżajut!

Skądże pani Jadwiga (z Dąbrowskich) mogła wiedzieć, że polska róża to nie »roża« tak, zdawało się, z brzmienia podobna!

Samo wyjście za mąż za Seweryna Barykę odbyło się w sposób niezwykły.

Siedząc już na dobrej posadzie, zdrowy, w sile wieku, przystojny »młody człowiek« postanowił ożenić się, oczywiście, w kraju. Wziął tedy urlop jednomiesięczny i w czasie, którym dowolnie rozporządzał, po odtrąceniu okresu podróży, wszystko załatwił: wyszukał sobie dozgonną towarzyszkę życia, wykonał prawidłowe »konkury«, zjednał sobie przychylność rodziców, »doznał wzajemności«, — (choć panna za czemś tam, czy za kimś srodze spazmowała), — wziął ślub, odbył podróż powrotną i nie spóźnił się ani o godzinę na swe stanowisko, kędyś u podnóża środkowego Uralu.

Seweryn Baryka nie otrzymał w młodości specyalnego wykształcenia i nie miał określonego zawodu. Gdy był czas po temu, nie bardzo mu się chciało zaprzątać sobie głowy nauką, a później okoliczności tak się ułożyły, że zapóźno już było przedsiębrać zdecydowane studya. Był tedy przez czas dość długi pospolitym typem człowieka, poszukującego jakiejkolwiek posady. Gdy zaś znalazł niezbyt odpowiednią, szukał cichcem innej, zyskowniejszej, w jakiejkolwiekbądź dziedzinie. Chodziło tylko o wysokość pensyi, mieszkanie, opał, światło, tantyemy i tym podobne dodatki, a co się za te tantyemy wykonywuje, to było najzupełniej obojętne. Trzeba nadmienić, iż Seweryn Baryka był człowiekiem z gruntu i do dna uczciwym, to też za najwyższą pensyę i za najobszerniejsze mieszkanie nie robiłby nic podłego. W granicy jednak, nakreślonej przez mieszczański rzut oka pomiędzy dobro i złe tego świata, gotów był robić wszystko co każą »starsi«. Rosya przedwojenna była wymarzoną areną dorobku dla ludzi tego typu, zwłaszcza pochodzących z »Królestwa«. Wiadomości, zaczerpnięte w »klasach« gimnazyalnych, wrodzona inteligencya, która wraz ze zdrowiem towarzyszyła poszukiwaczowi posady i na zawołanie zjawiała się nie siana i nie pielęgnowana, — wytrzymałość, odwaga, wesołość i pewna odrobina drwiny z »Moskala«, u którego się służy, lecz nad którym jednak panuje się mimo wszystko — torowały drogę od niższej do wyższej pozycji. Trzeba przyznać, że nie ostatnią rolę grała w tej operze protekcya, cicha, pokorna, dobra wróżka, prowadząca za rękę od niskiego do coraz wyższego rodaka, tu i tam zaczepionego nogą lub łokciem na tej rosyjskiej drabinie. Nie wiele upłynęło czasu od chwili ślubu w Siedlcach, aliści Seweryn Baryka był nie tylko ojcem urodziwego synka, — któremu nadano imię Cezary Grzegorz, — lecz i zasobnym w pewne oszczędności arrywistą. Sprawiedliwość nakazuje wyznać, że nie hulał, na byle co nie puszczał pieniędzy. Ciułał, jeżeli nie nagi i żywy grosz w złocie, to przedmioty: meble, dywany, biżuterye, nawet obrazy, nawet książki, — nie koniecznie dla ślęczenia nad nimi, lecz raczej, jako drogocenne precyoza. Gdy jednak zaszła potrzeba zetknięcia się ze światem ogładzonym i oczytanym, zjawiła się też nieunikniona konieczność czytania owych polskich, drogocennych bibliotecznych »białych kruków« w bogatych oprawach. Z tego zas częstotliwego czytania snuł się w życie duch pewien, jakoby zapach nikły, subtelny, niejasny. Wśród tomów, pooprawianych bardzo wspaniale w skórę złoconą, wyciskaną i pokrytą tytułami, leżał pewien tomik niepokaźny, specyalnie pielęgnowany, niczem w skarbcu klejnot najdroższy. Był to pamiętniczek z wojny 1831 roku, napisany i wydany na emigracyi przez autora bezimiennego o wyprawie generała Józefa Dwernickiego na Beresteczko i Radziwiłłów. Wśród mnóstwa perypetyi, opisanych szczegółowo i w sposób wysoce zagmatwany, była tam na stronicy trzydziestej siódmej podana wiadomość, iż do liczby piętnastu obywateli na Rusi, którzy do powstania przystąpili i całym swym majątkiem je poparli, należał Kalikst Grzegorz Baryka, dziedzic Sołowijówki z przyległościami. Był to w prostej linii dziad Seweryna Baryki. Dziad Kalikst swem przystąpieniem do powstania wpadł, jak to mówią, najfatalniej. Skoro bowiem generał Dwernicki po bitwie pod Boremlem nad Styrem, naciśnięty przez przeważające siły generała rosyjskiego Rüdigera, musiał pod Lulińcami przejść suchą granicą do Galicji, — rząd rosyjski rzucił się z całą zaciekłością na tych wszystkich, którzy ów ruch poparli. Sołowijówka została skonfiskowana, dom rodzinny najprzód zrabowany doszczętnie, a później spalony, a ów dziad Kalikst na ostatnim koniu z przeobfitej niegdyś stajni musiał ruszyć w świat, to znaczy w szarą i ciemną głębinę popowstaniowej biedy, — stał się z pana ubogim człowiekiem, trudem rąk na kawałek chleba zarabiającym w obczyźnie. Tekst wiadomości o tym fakcie, podany sucho, bez tkliwości, lecz szczegółowo, był z obu stron kartki zakreślony przez syna owego dziada Kaliksta, a ojca Seweryna. Dwaj ostatni, z powołanej wyżej Sołowijówki z przyległościami, posiadali już tylko wersyę, przytoczoną w broszurze, oraz ustnie podawaną legendę. Sołowijówka stała się mytem rodzinnym, klechdą, podawaną w coraz to innej postaci o czemś dalekiem, sławnem, dostojnem, przeogromnem. Sama ta legenda, jak to zwykle bywa z legendami, powiększyła dziadowskie bogactwa, rozszerzyła posiadłości, a samemu jego czynowi nadała piętno nadludzkiego niemal dzieła. Sucha notatka w rzadkiej broszurce bezimiennego autora stała się niejako wrzecionem, na które się nawijała pełna tajemnicy cienka i drogocenna nić wiary ubogich potomków. Wierzyli w jakąś swą wyższość, która ich w dumę wzbijała. Ojciec Seweryna pod tytułem broszury wypisał wielkiemi literami, nie wiadomo do kogo rozkaz stosując, do swego jedynaka, czy do całego szeregu potomnych: »Pilnować jak oka w głowie!« W istocie, Seweryn Baryka pilnował owej książeczki, jak oka w głowie. Wędrowała z nim po szerokiej Rosyi, leżąc cicho, na dnie kuferka, między brudnemi kołnierzykami i znoszoną bielizną, w sąsiedztwie niepowabnych skarpetek i brulionów podań o posady do rozmaitych dygnitarzy, gdy potomek lekkomyślnego a wspaniałego dziada był ubogi, jak mysz kościelna. Później spoczywała w szufladzie stolika, między najważniejszemi papierami. Trafiła do teki wyższego aferzysty, do skrytki drogocennego biura dygnitarza, wreszcie do szafy oszklonej, nabijanej bromami, pełnej cennych zabytków, rarytasów druku i oprawy. Nie można powiedzieć, żeby treść historycznego raptularzyka miała jakiś szczególnie głęboki związek z życiem duchowem Seweryna Baryki. Była ona jednak w tem życiu czemś dalekiem, sennem, nęcącem. Było w tej książeczce zawarte jakgdyby coś z religii, której się nawet nie wyznaje i nie praktykuje, lecz którą się z uszanowaniem toleruje. Było w niej coś z zapachu kwiatu na wiosnę, którego człowiek silny, praktyczny i zajęty interesami nie spostrzega, choćby nań patrzał, lecz który z niskiej ziemi i z cienia patrzy nań wiernie mimo wszystko i mimo wszystko woń swą ku niemu wylewa. Nadto do skromnego tomiku przyrosła pycha domowa i skryta ambicya: nie wypadło się, — do dyabła! — sroce spod ogona, jak pierwszy lepszy z tych, których się na drodze karyery spotyka i którym w pas kłaniać się trzeba.

Od niższej do wyższej idąc posady, rozmaite z kolei zamieszkując miasta, Seweryn Baryka znalazł się wreszcie w Baku, na tamecznych naftowych »przemysłach«, już jako urzędnik wyższy, mający pod sobą całbiuro. Skromne dawniej mieszkanie zamieniło się na apartament, którego posadzki zalegały perskie dywany. Na dywanach stanęły meble, nie jakieś tam artystyczne, lecz poprostu drogie, kryte bezcennemi kaukaskiemi atłasami. Ciężkie serwety nakryły stoły, a na ścianach zawisły »ręcznie malowane« prawdziwie olejne obrazy mistrzów, równie wysoko w składach mebli cenionych, jak same meble. Wiele naczyń ze srebra i złota przechowywały dębowe i orzechowe szafy, masywne, jak forteczne bastyony.

Wciąż jednakowo umiarkowane prowadząc życie, Seweryn Baryka po latach miał w banku złożonych oszczędności na czarną godzinę kilkaset tysięcy rubli. Był wysoko cenionym osobnikiem, solidną jednostką, cieszącą się powszechnem uszanowaniem w świecie, gdzie go los rzucił. Wyrastał na widoczną figurę w światku polskim. Cicha żona, pochlipująca stale i wiecznie, a coraz natarczywiej za miastem rodzinnem, wywarła już na męża wpływ taki, że czasem... nieraz... pachniała mu myśl powrotu do kraju, przeniesienia nad Wisłę domowego ogniska, podjęcia jakiejś tam szerszej pracy. Ale znakomita w Baku posada, grosz, napływający do kiesy istną strugą, — dobrobyt, spokój, — wreszcie kraj ów, mlekiem i miodem płynący — powstrzymywały na miejscu. Zjawiło się nawet pewne przyzwyczajenie do tamecznego właśnie dobrobytu. Ciepły klimat, znakomite i nadzwyczajnie tanie południowe owoce, łatwość otrzymania za nijaki grosz przepysznych jedwabiów, taniość pracy ludzkiej, możność spędzania pory upałów na Zychu, wygoda i dostatniość urządzenia domowego — nie wypuszczały z tego kraju.

Nieświadomie, czy podświadomie trzymało jeszcze przywiązanie do całego układu stosunków, do przepotęgi carsko-rosyjskiej, na której siedziało się, jak mucha na uprzęży, ściskającej łeb i boki dzikiego, obcego rumaka. Tak to, z roku na rok marząc o powrocie do kraju, a jednocześnie porastając w złote i srebrne pióra, Seweryn Baryka całą duszę wkładał w synka, w zdrowego i zażywnego Czarusia. Chłopiec ten miał od najwcześniejszych lat najdroższe nauczycielki francuskiego, angielskiego, niemieckiego i polskiego języka, najlepszych, drogo płatnych korepetytorów, gdy poszedł do gimnazyum. Uczył się wcale nieźle, a raczej uczyłby się był znakomicie, gdyby rozkochani w nim rodzice nie przeszkadzali swemi trwogami i pieszczotami, czy aby się nie przepracowuje i nie wysila zanadto. W zacisznym gabinecie, wysłanym puszystym dywanem, tak puszystym, że w nim stopa ginęła, ojciec i syn spędzali jaknajczęściej rozkoszne sam na sam. Chłopiec pierwszoklasista, leżąc na piersiach ojca, z głową przy jego głowie, i ojciec, kołyszący się na bujającym fotelu, wcałowywali sobie z ust w usta tabliczkę mnożenia, bajkę francuską, którą srogi nauczyciel francuskiego zadał na jutro, albo powtarzali do upadłego jakiś mały wierszyczek polski, żeby zaś nie zapomnieć dobrego wymawiania tej trudnej mowy. Szkoła robiła swoje. Czaruś stokroć lepiej mówił po rosyjsku, niż po polsku. Nie pomagało przestrzeganie w domu mowy polskiej, ani to, że służące były Polki. Pani domu, jak wiadomo, nie mogła wpłynąć na zruszczenie syna. Nie mógł również przyczynić się do zruszczenia Czarusia ojciec, — doskonale zresztą rozumiejący konieczność znajomości języka państwowego i kładący na tę konieczność nacisk wielki, — gdyż w tym okresie czasu już mu samemu pachniało to coś delikatne, miękie, pańskie, co z dalekiego kraju się niosło. Lecz życie samo, przepojone duchem rosyjskim, robiło swoje. Tak to dni Czarusia upływały w ramionach ojca i matki, na ich kolanach, pod ich rozkochanemi oczyma.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA. - SZKLANE DOMY

 Czaruś dostał był właśnie promocyę z klasy czwartej do piątej i skończył czternasty rok życia, gdy Seweryna Barykę, jako oficera zapasowego, powołano do wojska. — Wojna wybuchła. — Szybko, w ciągu paru dni idylla rodzinna została zdruzgotana. Cezary znalazł się sam z matką w osierociałem mieszkaniu. Gdy odprowadzał ojca na statek wojenny, odchodzący do Astrachania, nie czuł żadnego zgoła żalu. Nowość! Zajmowały go tysiące szczegółów, drobiazgów, dat, nazwisk, cyfr, związanych z przebraniem się ojca w mundur oficerski. Pakował walizkę, świetną walizkę ojcowską z grubej, żółtej skóry, z metalowem okuciem, z wyciśniętym inicyałem i mnóstwem wewnątrz tajemniczych przegródek. Nie podzielał i nie rozumiał zupełnie płaczu i spazmów matki, desperującej od świtu do nocy. Dopiero, gdy ojciec w gronie innych oficerów został na pokładzie, a on sam z matką na brzegu i kładkę z hałasem odepchnięto, Cezarek dostał napadu przerażenia, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Pod naciskiem tego uczucia wyciągnął ręce i począł krzyczeć, jak istny dzieciak. Lecz znaki uspakajające, które kreśliły w powietrzu białe ręce ojcowskie, uciszyły go tak nagle, jak nagle przyszła ta ślepa boleść dziecięca. Przecie to na krótko! Istne manewry! Wojna nie będzie trwała długo. Jakieś tam parę tygodni. Może miesiąc. Najwyżej dwa. Wał rosyjski przesunie się po polach wrogów, zmiażdży przeszkody, jak marchew czy kukurydzę, i wszystko wróci do normy. Tak mówili wszyscy i taką też opinię w spadku po ojcu odjeżdżającym otrzymał Cezary. Gdy z portu wracał do domu z matką, zaiste, jak grób milczącą, był już wesoły. Pocieszyło go to i owo, a nadewszystko perspektywa swobody. Ojciec, który go nigdy a nigdy nie karał, nigdy nawet nie łajał, a strofował półżartem, z lekką drwinką, dowcipkując, posiadał nad synem władzę żelazną, niezłomną. Wbrew łagodnemu uśmiechowi ojca, wbrew jego grzecznym zaleceniom i pokornym radom, dobrotliwym prośbom, rzuconym wśród umizgów i zabawy, — nic nie można było poradzić. Były to kanony i paragrafy woli, narzucone z uśmiechem i w gronie pieszczotek. Był to rząd samowładny i dyktatura tak niezłomna, iż nic, literalnie nic, nie mogło jej przełamać. Teraz ta żelazna obręcz rozluźniła się i samochcąc opadła. Przestrach paniczny w oczach matki: — co na to ojciec powie? — znikł. Ojciec usunął się z mieszkania i ze świata, a jego nieobecność powiedziała: — rób, co chcesz!

 Swoboda uszczęśliwiła Cezarka. Przerażeniem napełniła jego matkę.

 — Co teraz będzie? — szeptała, załamując ręce.

 Cezary nie zadawał sobie takich pytań. Przyrzekał matce, że będzie posłuszny, zupełnie taksamo, jakgdyby ojciec był obecny w gabinecie. Postanawiał być posłusznym i uspakajał matkę milionem najczulszych pieszczot. Lecz w gruncie rzeczy duszą i ciałem wyrywał, gdzie pieprz rośnie. Czego nie mógł u matki dopiąć samowolnemi kaprysami, to wypraszał umizgami, lub awanturą. On to teraz stawiał na swojem. Robił, co chciał. Nie dostrzegając granic tych obszarów, których mu dawniej nie wolno było przekraczać, rzucał się na prawo i na lewo, w tył i naprzód, — żeby wszystko dawniej zakazane dokładnie obejrzeć. Całe teraz dnie spędzał poza domem, na łobuzeryi z kolegami, na grach, zabawach, eskapadach i wagusach. Gdy się skończyły wakacye, »uczęszczał« do gimnazyum i pobierał w domu, jak dawniej, lekcye francuskiego i niemieckiego, angielskiego i polskiego języka, ale był to już raczej szereg awantur, a nieraz i bójek. Z każdym teraz »belfrem« zadzierał, wszczynał kłótnie i toczył nieskończone procesy, doznawał bowiem stale »niesprawiedliwości« i krzywd, za które znowu, jako człowiek honoru, musiał się mścić w sposób właściwy i za właściwy uznany w sferach miarodajnych, wśród »starych« kolegów piątej klasy. Zabawy, — zresztą niewinne, — łazęgostwo i urwisostwo, pochłonęły go, jak jakiś żywioł. W gronie kilku starych kolegów drałował z lekcyi i bujał po okolicy, a nawet nocą ganiał po ulicach, po jamach i wertepach, po zwaliskach gwebryjskich świątyń i ruinach starych meczetów. Wyrwawszy się z ojcowskiej uździenicy, nie mógł już znieść żadnego arkanu. Nieszczęsna matka traciła głowę, rozpływała się we łzach i gasła z niepokoju. Na widok tych łez gorzkich i nudzących go aż do śmierci, Cezary poprawiał się na dzień, z trudem — na dwa. Na trzeci już znowu gdzieś coś płatał. Wybijał szyby Tatarom, wdzierał się na płaskie dachy domów i, niewidzialny, strzelał z procy do domowników. Tam wywiercił dziurę w ścianie domu, tyłem odwróconego do ulicy, ażeby przez otwór przypatrywać się »żonom« milionera muzułmanina, chodzącym po bezdrzewnym ogródku bez czarczafów, czyli jedwabnych zasłon na twarzach, — tu zorganizował nieznośnemu belfrowi kocią muzykę. Nocą, bez celu i sensu wałęsał się po nieskończonym bulwarze nowego miasta, albo poprostu, jak bezpański pies, ganiał po zaułkach, po wąskich i stromych uliczkach starego, uwijał się w porcie, w brudach i czadach »czarnego miasta«, lub między wulkanami, których kratery wyrzucają słone błoto. Ta konieczność włóczenia się, bezcelowego cwałem wyrywania z miejsca na miejsce stała się nałogiem i pasyą. Nie mógł usiedzieć. Nadto — gry. Gry w piłkę, w pasek, w jakieś kamyki, »kiczki«, w wyświechtane gruzińskie kostki. Próżniacze dnie Cezarego napełnione były jednak niebylejakiemi pracami. Uczył się roli do teatru koleżeńskiego o treści rozbójniczej, który miał być odegrany sekretnie w zburzyszczach starych bakińskich fortalicyi. Budował wraz z innymi skrytki w skalnych pieczarach i w labiryncie starych murów, w celu przechowywania zakazanych książek, nieprzyzwoitych wierszy Puszkina i innych pornografów. Tamże leżał w ukryciu pewien wiekowy rewolwer bez naboi i przechowywany był ozdobny gruziński kinżał, którego ciosy jeszcze »na razie« dla nikogo nie były przeznaczone. Zarówno rewolwer, jak kinżał, owinięte w kolorowe bibułki i częstotliwie przewijane, czekały cierpliwie na swoje losy. Tymczasem urządzano napaści na burżujów, zarówno tatarskiego, jak ormiańskiego gatunku, mniej militarnemi narzędziami. Wystarczały do bicia szyb zwyczajne kamienie. Matka nie była w stanie utrzymać syna w domu, nakazać mu zmiany wyuzdanych obyczajów, dopilnować go i wyśledzić miejsca jego kryjówek. Bez przerwy niemal czekała na jego powrót. Gdy chwytał czapkę i pędem wylatywał z domu, coś podsuwało się do jej gardzieli i zapierało oddech. Nie miała już siły prosić urwisa, żeby nie chodził. Z początku udawał posłuszeństwo: czaił się, przymilał, wypraszał pozwolenie na bomblerkę. Później nabrał zuchwałego rezonu. Z czasem stał się impertynencki, drwiący, uszczypliwy, kłótliwy i napastliwy. A wreszcie nic sobie z matki nie robił. Zacisnęła zęby i milczała, przeżywając nieskończone godziny trwogi o jedynaka. To obce miasto stało się dla niej jeszcze bardziej obce, cudze, niepojęte, groźne, złowieszcze. Po wyjeździe męża wszystkiego się tutaj bała. Dopóki mąż był w domu, on był osobą, — ona cichym i pokornym cieniem osoby. Teraz ów cień musiał stać się figurą czynną. Cień musiał nabrać woli, władzy, decyzyi. Jakże ten mus był nieznośny, jak uciążliwy! Musiała wiedzieć o wszystkiem, przewidywać, zapobiegać, rozkazywać. Gubiła się w plątaninie swych obowiązków. Nie wiedziała, od czego zacząć, gdzie jest droga i jak nią iść. Wstydziła się i trwożyła. Przeżywała jedną z najsroższych tortur, torturę czynu, narzuconą niedołężnej bierności. Cierpiała, nie mogąc dać sobie rady. Trwoga o syna, który się, jak na złość, zlisił, dobijała ją. Jedyną ulgę znajdowała w ciągu nocy, kiedy chłopak twardo spał. Słyszała wtedy jego oddech, wiedziała, że jest obok niej i że mu nic nie zagraża. Ale sama wtedy nie spała. Popadła w bezsenność. Wolała jednak bezsenność białej nocy, niż trwogę białego dnia. Och, jakże dobrze jej było przyczaić się na legowisku, zasunąć się w kąt i patrzeć na śliczną głowę chłopca, owianą gęstwiną falistej czupryny i, — patrząc tak na niego, — o nim marzyć!... Jakiż śliczny, jakiż ukochany ten łobuz, ten urwis, ten włóczykij i zawalidroga!

 Co mu się też śni, — co tam przepływa pod czarującą płaszczyzną spadzistego czoła? Co też to widać w tych oczach głucho zamkniętych, pod cienistemi powiekami? Jakiś namiętny krzyk dobywa się z pulsującego gardła! Jakieś gwałtowne, dzikie, srogie widowisko jawi się przed nim, bo prosty nos naciąga się, jak cięciwa łuku, nozdrza drgają, a wargi niezrównanych ust odsłoniły grozę i groźbę prześlicznych białych zębów! Jaki to wilk! Cóż za pasya niestrzymana w tym sennym dziecka uśmiechu! A patrząc tak na głowę jedynaka, głęboko rozważała: — któż to jest, na Boga! ten chłopiec? Oto tajemnica niezbadana poczęła go w niej. Oto był maleńki i niedołężny, — kruszyna cielesna, byt zależny jedynie od niej, — cząstka jej całości, jakgdyby nowy organ jej ciała, ręka lub noga... Wykarmiła go, wypielęgnowała, wyhodowała. Z roku na rok rósł w jej rękach, w jej oczach, w jej objęciu Każdy dzień jego zależał od niej, z niej się poczynał, na niej się kończył. Siły swe przelała, życie swe przesączyła, kropla po kropli w jego siły. Nastawiła i wyprostowała drogi jego krwi. Nadała mu głos, krzyk, śpiew. A oto teraz obcy się staje i złowieszczy. Obraca się przeciwko niej. Z niego płynie na nią jakieś złe. Bezgraniczna miłość ku niemu przekształca się i przeradza na krzywdę słabego jej ciała i ducha omdlałego. Gdyby go tak bezgranicznie nie kochała, cóżby jej było, choćby się psuł i, gdzie chce, hasał? Ale, on bije w miłość, targa tą siłą, którą go obdarzył jej słaby ostatek mocy.

 Dniało nieraz, zanim znużona popadała w słaby półsen, w krótkie zapomnienie się, w półczuwanie. Budził ją każdy ruch chłopca, jego chrapanie, albo mowa przez sen. W tych stanach półświadomości zawsze uciekała z tych miejsc obcych »do domu«, to znaczy do Siedlec. Słyszała w głębi swej głowy stuk kół pociągu i widziała niezmierzone obszary pól, lasów, pustek i pastwisk tej ziemi przeogromnej, — Rosyi, — która była jej więzieniem. Skryte, radosne, iście złodziejskie marzenie podpowiadało jej perypetye czynu: zabrać Czarusia, zawiązać w węzeł trochę rzeczy i czmychnąć. Uciec z tego wygnania! Zwiać! Wiedziała w każdem ocknieniu, że to jest niemożliwe, że tego być nie może, że Seweryn nigdyby na to nie przystał. Czyż nie miałby prawa powiedzieć, że uciekła dlatego, że w Siedlcach jest Szymon Gajowiec? To imię i to nazwisko miało moc czarodziejską. Ono tu odsłaniało dawne, wiosenne poranki i letnie dni, których już niema na ziemi. Miała znowu siedemnaście lat i tę radość w sercu, której już niema na ziemi. Wiedząc o tem doskonale, że to jest gruby i śmieszny nonsens, była znowu sobą, dawną, młodą dziewczyną. Kochała znowu Szymona Gajowca sekretnie, skrycie, na śmierć, — jak wtedy. Była znowu na śmierć kochana przez tego wysmukłego, pięknego młodzieńca, — jak wtedy. Przeżywała swój niemy romans. Czeka znowu na jego wyznanie, — długo, tęsknie. Ale on nie powiedział jej nigdy ani słowa. Ani jednego westchnienia, ani jednego półsłóweczka! Tylko w tych ciemnych, głębokich oczach jego płonie miłość. Och, nie romans, nie miłostka, nie radosny flirt, lecz posępna miłość. Jakże mógł ośmielić się na wyznanie miłosne jej, pannie z »domu« siedleckiego on, biedny kancelista z »Pałaty«, a nadto pochodzący z chłopów podlaskich, czy tam z jakiejś drobnej zagonowej szlachty? To też milczał, aż się domilczał! Przyjechał Seweryn i wydano ją bez gadania. Wspominała znowu odjazd swój z mężem do Rosji. Stoi oto w oknie wagonu, uśmiechnięta, szczęśliwa, młoda mężatka. Mnóstwo ludzi, wszyscy znajomi, całe miasto. Gwar, kwiaty, uściski, pozdrowienia, życzenia. A w głębi peronu, zdala, sam jeden, oparty o framugę okna — tamten. Jęk przerzynał duszę nanowo. Widziała jego oczy i uśmiech, pełen śmiertelnej boleści. Wspominała dnie dawne, urocze chwile, kiedy przechadzali się nad wodą stawu w Sekule, nad wodą niezapomnianą, pokrytą wodnemi liliami. Pamiętała każde jego słowo owoczesne, cichą rozmowę o unii podlaskiej, o męczeństwach, katowaniach, przymusach. W duszy jego unia podlaska i cała owa kraina smutna a pełna tajemnicy, miała jakgdyby kaplicę swoją. On to jeden wiedział o wszystkiem, wszystko znał z aktów, z papierów urzędowych, z tajemnych raportów. On jeden stał nad drogami tego kraju, jak samotny krzyż. Jej tylko jednej powierzał sekrety. I tak go oto zdradziła... Wspominała wycieczkę jedną do Drohiczyna, drabiniastemi wozami, w licznem towarzystwie młodzieży. Jakże było wesoło, jaka wiosna była w duszach!

 Po drodze zatrzymano się obok starej unickiej kapliczki, zabitej gwoździami i skazanej na zagładę. Wspomniała sobie oczy Gajowca, oczy wzniesione na zeszłowieczny w głębi obraz. O, Boże, tego człowieka odrzuciła, podeptała, zabiła na duszy!... Wspominała po raz tysięczny ów list jego okrutny, gdy się rozeszła wieść, że wychodzi za Seweryna, — list na sześciu stronicach, błagalny, żebrzący, zamazany strugami łez, obłąkany list Gajowca. Podarła go wówczas, lecz słowa tego pisma żyły w jej duszy. Czytała je w pamięci swej, jak wtedy, na strychu, gdy targała włosy i omdlewała z rozpaczy. Na wspomnienie imienia tego człowieka, któremu nigdy nie uścisnęła ręki, do którego nie wyrzekła jednego czulszego wyrazu, wiosna ojczysta pachniała w jej duszy. On to był jej nauczycielem, przewodnikiem, cichym mistrzem, — ach, i wybranym ze wszystkich ludzi na ziemi! Wszystko przeszło, nastało straszne oddalenie w czasie, w przestrzeni, — narodził się Czaruś, — a przecie tamten człowiek nie umarł w duszy. Gdyby nawet nie było go już na ziemi, błogosławiła jego pamięć...

 Od męża nadchodziły listy dość często. Był na linii bojowej, gdzieś w Prusach wschodnich, ponad Mazurskiemi Jeziorami. Listy jego były jednostajne, niemal urzędowe, suche i zawierające zawsze tesame zwroty. Oczywiście nie skarżyła się mężowi na syna, — przeciwnie w sposób kłamliwy chwaliła go za cnoty, których ani cienia nie ujawniał. Ojciec dziękował w listach swych Cezaremu za tak chwalebne prowadzenie się i postępy w naukach. Matka odczytywała te ustępy zatwardziałemu recydywiście i osiągała na chwilę coś w rodzaju skruchy i żalu za grzechy. Ale niechże który z kolegów, jakiś tam Misza, czy Kola, gwiźnie pod oknem, już było po skrusze i mocnem postanowieniu poprawy! Raz tylko przystąpiło coś do Cezarka. Był zwyczaj, iż w miejscowej kaplicy katolickiej śpiewano w niedzielę na chórku. Cezary miał bardzo ładny głos i kilka już razy śpiewał solo przy akompaniamencie fis-harmonii. Ksiądz, Gruzin, wychowany w głębi Rosji i nieprzychylnie usposobiony dla Polaków, niechętnie zgadzał się na te śpiewy, jednak tolerował je ze względu na liczną polską kolonię. Pewnego jesiennego poranka Cezary śpiewał na chórku starą, pospolitą pieśń:

»O, Panie, co losy ludzkości dzierżysz w dłoni Swej,

Stojących na progu wieczności do łona przytulić chciej«...

 Gdy się zaniósł od samotnego śpiewu, chwyciło go coś za serce. Niepojęta, głucha tęsknota za ojcem sięgnęła do ostatecznej głębi w jego duszy. Czuł, że lada chwila zaniesie się od płaczu. Śpiew jego stał się przejmujący i piękniejszy ponad wszelką pochwałę. Stary, sterany, zapity urzędnik, który już słabo język polski pamiętał, ledwie mógł sobie dać radę z akompaniamentem, — drżącemi palcami, chwytał współtony, ażeby nic nie uronić, ażeby — uchowaj Boże! — nic nie zepsuć w tej pieśni, co się stała wieszczeniem ponadludzkiem, zaiste modlitwą przed Panem. Zdawało się słuchaczom, że to anioł niebiański zstąpił z kościelnego obrazu, stanął przy klawikordzie i zaśpiewał za grzesznych ludzi pieśń błagalną.

 

RESZTA DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

 

CZĘŚĆ DRUGA. - NAWŁOĆ

 

DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

 

CZĘŚĆ TRZECIA. - WIATR OD WSCHODU

 

DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

image.png

RODOWÓD

CZĘŚĆ PIERWSZA. - SZKLANE DOMY

CZĘŚĆ DRUGA. - NAWŁOĆ

CZĘŚĆ TRZECIA. - WIATR OD WSCHODU

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Stefan Żeromski

 

PRZEDWIOŚNIE

 

 

 

 

 

Projekt okładki: Avia Artis

 

W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie Stefana Żeromskiego.

Autor: Anonim.

 

 

Wydawnictwo Avia Artis

2017

 

ISBN 978-83-65810-61-8