Pod skórą - Michel Faber

Pod skórą

0,0

  • Autor:

  • Wydawnictwo:

    WAB

  • ISBN:978-83-7881-356-9
  • Format:EPUB + MOBI

Ekranizacja „Pod skórą” z brawurową rolą Scarlett Johansson w maju na ekranach kin!

Początek klasycznego dreszczowca – atrakcyjna Isserley przemierza szkockie szosy w poszukiwaniu mężczyzn-autostopowiczów, których usypia i wywozi na odludną farmę. Z pewnością porywaczka, seryjna morderczyni, może sadystka? Faber sprytnie dozuje napięcie, powoli odsłaniając tożsamość Isserley…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Don Kichot i Sancho Pansa

Mi­chel Fa­ber

POD SKÓRĄ

Przełożył Ma­ciej Świer­koc­ki

Dziękuję Jef­fo­wi i Fug­go, a szczególnie Evie, mo­jej żonie, za to, że spro­wa­dziła mnie z po­wro­tem na zie­mię.

1

Is­ser­ley za­wsze za pierw­szym ra­zem mijała au­to­sto­po­wi­cza, by zy­skać na cza­sie i do­brze mu się przyj­rzeć. Szu­kała potężnych mu­skułów: pociągającej góry mięsa na dwóch no­gach. Nie in­te­re­so­wały jej osob­ni­ki wątłe i kości­ste.

Wbrew po­zo­rom na pierw­szy rzut oka było jed­nak trud­no odróżnić mięśnia­ka od chu­chra. Wy­da­wałoby się, że sa­mot­ne­go au­to­sto­po­wi­cza na od­lud­nej szo­sie nie można nie za­uważyć, niby ma­jaczącego w od­da­li po­mni­ka albo si­lo­sa zbożowe­go, i że nad­jeżdżając z da­le­ka, da się go spo­koj­nie osza­co­wać, ro­ze­brać w myślach i otak­so­wać z dużym wy­prze­dze­niem. Ale Is­ser­ley już daw­no prze­ko­nała się, że to nie­praw­da.

Sama jaz­da po dro­gach Gór Ka­le­dońskich była za­da­niem wy­ma­gającym od niej kon­cen­tra­cji – bo­wiem za­wsze działo się tu więcej niż na pocztówkach z tych stron. Na­wet w opa­li­zującej ci­szy zi­mo­we­go świtu, choć nad po­la­mi po obu stro­nach szo­sy wi­siały jesz­cze mgły, nie można było się łudzić, że tra­sa A9 po­zo­sta­nie pu­sta przez dłuższy czas. Tu i ówdzie as­falt za­le­gały fu­trza­ste trup­ki nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych leśnych stwo­rzeń. Każdego ran­ka po­ja­wiały się nowe, a wszyst­kie upa­miętniały te za­mrożone w cza­sie chwi­le, kie­dy ja­kiejś żywej isto­cie szo­sa po­my­liła się z jej na­tu­ral­nym śro­do­wi­skiem.

Również Is­ser­ley często wy­pusz­czała się w trasę w tej po­rze przed­hi­sto­rycz­nej ci­szy i spo­ko­ju, gdy jej sa­mochód można było wziąć za pierw­szy au­to­mo­bil na zie­mi. Miała wte­dy wrażenie, że wylądowała w świe­cie, który zo­stał stwo­rzo­ny tak nie­daw­no, że góry wciąż jesz­cze będą się tu wypiętrzały, a le­si­ste do­li­ny za­le­je, być może, oce­an.

Mimo to, zwy­kle już po za­le­d­wie kil­ku mi­nu­tach, kie­dy wyjeżdżała swo­im au­tkiem na opu­sto­szałą, lek­ko pa­rującą drogę, po­ja­wiał się za nią sznur zdążających na południe po­jazdów. W do­dat­ku sa­mo­cho­dy te nie po­zwa­lały, by dyk­to­wała im tem­po niby owca-prze­wod­nicz­ka, pro­wadząca sta­do wąską ścieżką; jeśli więc nie przy­spie­szyłaby w ta­kiej sy­tu­acji, mu­siałaby zje­chać na po­bo­cze i dać się wy­prze­dzić trąbiącym na nią prze­raźli­wie kie­row­com.

Na do­bitkę tra­sa A9 była główną ar­te­rią, więc trze­ba było uważać na wszyst­kie łączące się z nią żyłki dru­gorzędnych dróg. Tyl­ko kil­ka skrzyżowań miało do­bre ozna­ko­wa­nie, jak­by za sprawą do­bo­ru na­tu­ral­ne­go – po­zo­stałe kryły się za drze­wa­mi. Nie należało lek­ce­ważyć tych skrzyżowań, cho­ciaż na wszyst­kich miała pierw­szeństwo prze­jaz­du – bo na każdym z nich mogła kryć się me­cha­nicz­na pułapka w po­sta­ci nie­cier­pli­wie ter­koczącego ciągni­ka, który – gdy­by na­gle za­je­chał jej drogę – sam nie ucier­piałby zbyt­nio wsku­tek nie­uwa­gi, ona na­to­miast skończyłaby gdzieś w ro­wie.

Naj­bar­dziej roz­pra­szały ją jed­nak po­wa­by oko­li­cy. Lśniąca deszczówka na po­bo­czu, stad­ko mew la­tających za siew­ni­kiem po gli­nia­stym polu, błysk desz­czu za dwo­ma albo trze­ma wzgórza­mi, a na­wet sa­mot­ny ostry­go­jad na nie­bie mógł spra­wić, że za­po­mi­nała nie­mal, po co wyjeżdża w trasę. Miała tak je­chać, oglądając wschód słońca i od­ległe far­my, których za­bu­do­wa­nia za­czy­nały się właśnie złocić, aż do cza­su, gdy gdzieś, znacz­nie bliżej, jakiś cie­ni­sty kształt zmie­niał się na­gle z gałęzi albo kupy śmie­ci w mięsi­ste­go dwu­no­ga z wyciągniętą ręką.

I wte­dy wra­cała jej pamięć, choć cza­sem do­pie­ro wte­dy, kie­dy go mijała, ocie­rając się nie­mal o pal­ce au­to­sto­po­wi­cza, które mogłaby zmiażdżyć, gdy­by były choć o kil­ka cen­ty­metrów dłuższe.

Gwałtow­ne ha­mo­wa­nie nie wcho­dziło w ra­chubę. Nie, Is­ser­ley spo­koj­nie trzy­mała stopę na pe­da­le gazu i nie wyłamy­wała się z ko­lum­ny sa­mo­chodów. Usiłowała tyl­ko za­re­je­stro­wać w pamięci wi­ze­ru­nek au­to­sto­po­wi­cza jak fo­to­gra­fię, kie­dy śmigała obok pośród in­nych aut.

Cza­sa­mi, gdy jadąc da­lej, ana­li­zo­wała w myślach za­pa­miętany ob­raz, roz­po­zna­wała w rze­ko­mym au­to­sto­po­wi­czu osob­ni­ka płci żeńskiej. Ale nie in­te­re­so­wała się sa­mi­ca­mi, a w każdym ra­zie nie w ten sposób. Niech je pod­wożą inni kie­row­cy.

Jeżeli au­to­sto­po­wicz był płci męskiej, za­zwy­czaj sta­rała się przyj­rzeć mu po­now­nie, chy­ba że już na pierw­szy rzut oka oka­zy­wał się cher­la­kiem. Uznaw­szy jed­nak, że zro­bił na niej od­po­wied­nie wrażenie, za­wra­cała, gdy tyl­ko mogła bez­piecz­nie wy­ko­nać ów ma­newr – oczy­wiście poza zasięgiem jego wzro­ku, nie chciała bo­wiem, aby domyślił się, że jest nim za­in­te­re­so­wa­na. Po­tem, jadąc prze­ciw­nym pa­sem dro­gi na tyle wol­no, na ile po­zwa­lał jej ruch na szo­sie, tak­so­wała sam­ca wzro­kiem po raz wtóry.

Bar­dzo rzad­ko, ale jed­nak zda­rzało się, że nie mogła po­tem od­na­leźć „swo­je­go” au­to­sto­po­wi­cza, co ozna­czało, że jakiś mniej ostrożny albo mniej wy­bred­ny kie­row­ca za­trzy­mał się i za­brał go, kie­dy za­wra­cała. Mrużyła wte­dy oczy, wpa­trując się w punkt, gdzie, jak się jej wy­da­wało, stał przed­tem sa­miec, wi­działa jed­nak tyl­ko pu­sty skraj wy­sy­pa­ne­go żwi­rem po­bo­cza. Jej wzrok prze­su­wał się następnie z szo­sy na pola albo w zarośla, sądziła bo­wiem, że mógł się w nich ukryć, aby oddać mocz. (Au­to­sto­po­wi­cze często tak ro­bi­li). Wy­da­wało się jej nie­pojęte, jak mógł zniknąć tak szyb­ko. Miał do­bre – a na­wet do­sko­nałe, wręcz ide­al­ne ciało – dla­cze­go za­tem zmar­no­wała okazję? Dla­cze­go nie za­brała go od razu?

Cza­sa­mi było jej trud­no po­go­dzić się z porażką i wte­dy po pro­stu je­chała da­lej całymi mi­la­mi w na­dziei, że ten, kto za­brał jej au­to­sto­po­wi­cza, wy­sa­dzi go gdzieś po dro­dze. Kro­wy po­pa­try­wały na nią głupko­wa­to, kie­dy pędziła szosą w mgiełce spa­lin zmar­no­wa­nej ben­zy­ny.

Za­zwy­czaj jed­nak au­to­sto­po­wicz stał dokład­nie tam, gdzie minęła go za pierw­szym ra­zem, cza­sem tyl­ko nie trzy­mał już ręki tak wy­so­ko jak wcześniej, a jego ubra­nie (szczególnie jeśli za­czy­nał padać deszcz) było bar­dziej łacia­te. Nad­jeżdżając z prze­ciw­nej stro­ny, mogła przez mo­ment przyj­rzeć się jego poślad­kom albo udom, lub też zo­ba­czyć, czy ma do­brze umięśnio­ne ra­mio­na. Umiała po­nad­to do­strzec w jego po­sta­wie coś, co zdra­dzało py­szałko­watą pew­ność sie­bie do­rod­ne­go sam­ca.

Prze­jeżdżając obok, pa­trzyła wprost na nie­go, aby zwe­ry­fi­ko­wać swo­je pierw­sze wrażenie i upew­nić się osta­tecz­nie, że nie wy­ol­brzy­mia jego syl­wet­ki siłą wy­obraźni.

Jeśli fak­tycz­nie wy­da­wał się od­po­wied­ni, za­trzy­my­wała sa­mochód i za­pra­szała au­to­sto­po­wi­cza do środ­ka.

Robiła to od lat. Nie­mal co­dzien­nie wyjeżdżała swoją sfa­ty­go­waną czer­woną to­yotą co­rollą na trasę A9 i krążyła po szo­sie. Na­wet kie­dy miała za sobą serię uda­nych zbliżeń i jej sa­mo­oce­na była chwi­lo­wo wy­so­ka, mar­twiła się, że au­to­sto­po­wicz, którego właśnie za­brała, może oka­zać się z per­spek­ty­wy cza­su ostat­nim na­prawdę do­rod­nym sam­cem: że może w przyszłości żaden mu nie dorówna.

Prawdę mówiąc, wy­zwa­nie, które po­dej­mo­wała, do­star­czało jej dresz­czy­ku uza­leżniającej jak nar­ko­tyk emo­cji. Bywało, że tuż obok niej sie­działo w sa­mo­cho­dzie wspa­niałe zwierzę, głęboko prze­ko­na­ne, że jadą do niej do domu, ona zaś po­tra­fiła w ta­kich sy­tu­acjach myśleć już o następnym tro­feum. Na­wet kie­dy po­dzi­wiała au­to­sto­po­wi­cza, przyglądając się elip­som jego mu­sku­lar­nych ra­mion albo roz­py­chającej jego ko­szulkę klat­ce pier­sio­wej, i roz­ko­szo­wała się myślą, jak wspa­niale będzie się pre­zen­to­wał nago, kątem oka śle­dziła skraj szo­sy na wy­pa­dek, gdy­by usiłował za­trzy­mać ją sa­miec ro­kujący jesz­cze większe na­dzie­je.

Dzi­siej­szy dzień nie zaczął się pomyślnie.

Prze­jeżdżając wia­duk­tem nad to­ra­mi ko­le­jo­wy­mi w po­bliżu sen­nej wsi Fe­arn, jesz­cze za­nim wje­chała na trasę, usłyszała stu­kot do­bie­gający znad przed­nie­go le­we­go koła. Wsłuchała się w ten dźwięk, wstrzy­mując od­dech i du­mając, co ma­szy­na próbuje jej po­wie­dzieć w tym swo­im oso­bli­wym, ob­cym języku. Czy stu­kot jest prośbą o po­moc? Ob­ja­wem chwi­lo­we­go złego hu­mo­ru? Przy­ja­ciel­skim ostrzeżeniem? Nasłuchi­wała jesz­cze przez chwilę, usiłując wy­obra­zić so­bie, w jaki sposób mogą się po­ro­zu­mie­wać sa­mo­cho­dy.

Czer­wo­na co­rol­la nie była jej naj­lep­szym au­tem – naj­bar­dziej tęskniła za sza­rym nis­sa­nem kom­bi, na którym na­uczyła się pro­wa­dzić. Re­ago­wał gładko i spo­koj­nie, pra­co­wał nie­mal bezdźwięcznie i był prze­stron­ny z tyłu – można w nim było zmieścić na­wet łóżko. Mu­siała jed­nak po­zbyć się go za­le­d­wie po roku.

Od tam­tej pory dys­po­no­wała kil­ko­ma mniej­szy­mi sa­mo­cho­da­mi, ale do­dat­ko­we wy­po­sażenie, prze­nie­sio­ne z nis­sa­na, spra­wiało w nich cza­sem kłopo­ty. Czer­wo­na co­rol­la pro­wa­dziła się sztyw­no i bywała nie­co na­ro­wi­sta. Niewątpli­wie bar­dzo chciała być do­brym sa­mo­cho­dem, miała jed­nak swo­je ogra­ni­cze­nia.

Za­le­d­wie kil­ka­set metrów przed zjaz­dem na szosę A9 Is­ser­ley na­tknęła się na zarośniętego młodzieńca wędrującego wol­nym kro­kiem po­bo­czem wąskiej dro­gi. Próbował za­trzy­my­wać sa­mo­cho­dy, unosząc kciuk w proszącym geście. Przy­spie­szyła, kie­dy go mijała, on zaś le­ni­wie wy­rzu­cił ramię w górę, wy­pro­sto­wując jesz­cze dwa pal­ce oprócz kciu­ka. Znała młodzieńca z wi­dze­nia, tak jak on ją. Obo­je należeli do miesz­kańców tych oko­lic, choć nig­dy nie spo­tka­li się oso­biście, nie licząc ta­kich właśnie prze­lot­nych chwil jak ta.

Is­ser­ley z za­sa­dy omi­jała miej­sco­wych jak naj­szer­szym łukiem.

Wjeżdżając na A9 w Kil­da­ry, spraw­dziła ze­gar na ta­bli­cy roz­dziel­czej. Co­raz wcześniej robiło się ja­sno: do­cho­dziła do­pie­ro ósma dwa­dzieścia czte­ry, a słońce wzeszło już wy­so­ko nad ho­ry­zont. Nie­bo, przesłonięte watą nie­ska­la­nych, białych, kłębia­stych chmur, było fio­le­to­we ni­czym si­niak i różowe jak mięso, co wróżyło, że wkrótce sta­nie się lo­do­wa­to przej­rzy­ste. Nie spad­nie śnieg, ale szron będzie się skrzyć go­dzi­na­mi, a po­wie­trze nie zdąży się na­grzać przed nocą.

Z punk­tu wi­dze­nia Is­ser­ley taki ja­sny, po­god­ny dzień jak ten sprzy­jał bez­piecz­nej jeździe, nie był jed­nak zbyt ko­rzyst­ny, jeśli cho­dziło o ocenę au­to­sto­po­wiczów. Szczególnie za­har­to­wa­ne oka­zy mogą wpraw­dzie pa­ra­do­wać w sa­mych ko­szu­lach, żeby chełpić się swoją tężyzną fi­zyczną, ale większość będzie otu­lo­na płasz­cza­mi i pa­ro­ma war­stwa­mi wełnia­nych tka­nin, co utrud­ni tak­sację. Bo prze­cież na­wet głodomór może spra­wiać wrażenie mięśnia­ka, jeśli się gru­bo ubie­rze.

Na ra­zie nie wi­działa w lu­ster­ku wstecz­nym żad­nych sa­mo­chodów, więc nadal sunęła z prędkością czter­dzie­stu mil na go­dzinę, po­niekąd także po to, by spraw­dzić, czy znad przed­nie­go koła wciąż do­bie­ga stu­kot. Doszła do wnio­sku, że uster­ka zniknęła. Było to, oczy­wiście, myśle­nie życze­nio­we, mogące jed­nak pod­nieść na du­chu kogoś, kto wy­ru­szył na po­ranną wy­prawę po całej nocy upo­rczy­we­go bólu, kosz­mar­nych snów i nie­spo­koj­nej, prze­ry­wa­nej drzem­ki.

Głęboko, z wysiłkiem wciągała po­wie­trze do płuc przez wąskie, małe, le­d­wie roz­war­te noz­drza. Było świeże, ostre i z lek­ka upa­jające, jak czy­sty tlen albo eter po­da­wa­ny przez maskę. Jej świa­do­mość tkwiła na roz­drożu między hi­per­ak­tywną jawą a po­wro­tem w sen i Is­ser­ley nie wie­działa, którą drogę osta­tecz­nie wy­bie­rze, jeśli coś nie po­bu­dzi jej wkrótce do działania.

Mijała różne miej­sca, gdzie usta­wia­li się zwy­kle au­to­sto­po­wi­cze, ale do­okoła nie było żywej du­szy. Tyl­ko szo­sa i pu­sty, sze­ro­ki świat.

Kil­ka zabłąka­nych kro­pli desz­czu roz­biło się na przed­niej szy­bie wozu, a wy­cie­racz­ki roz­ma­zały dwie ohyd­ne, mo­no­chro­ma­tycz­ne tęcze na wy­so­kości jej oczu. Is­ser­ley wy­cisnęła płyn ze spry­ski­wa­cza – wy­da­wało się, że stru­mień bił o szkło bez końca, za­nim wi­dok za oknem stał się znów wyraźny. Ta czyn­ność w pew­nym sen­sie jesz­cze bar­dziej po­zba­wiła ją sił, jak gdy­by pod­czas jej wy­ko­ny­wa­nia mu­siała na nią zużyć własne płyny ustro­jo­we.

Usiłowała wy­biec myślami naprzód, wy­obrażając so­bie, że już za­par­ko­wała gdzieś sa­mochód, a obok niej sie­dzi sma­ko­wi­ty, młody au­to­sto­po­wicz, którego owie­wa jej ciężki od­dech, a ona gładzi po głowie i obej­mu­je sam­ca w pa­sie, żeby ułożyć go w od­po­wied­niej po­zy­cji. Tego ro­dza­ju ro­je­nia nie wy­star­czały jed­nak, by mogła po­wstrzy­mać opa­dające po­wie­ki.

Kie­dy zaczęła już szu­kać od­po­wied­nie­go miej­sca, gdzie mogłaby zje­chać i zdrzemnąć się przez chwilę, za­uważyła za­rys ja­kiejś po­sta­ci tuż poniżej li­nii ho­ry­zon­tu. Ocknęła się na­tych­miast, ostrożnie roz­warła po­wie­ki i po­pra­wiła prze­krzy­wio­ne oku­la­ry. Ba­daw­czo przyj­rzała się w lu­ster­ku swo­jej fry­zu­rze i twa­rzy. Wydęła na próbę war­gi, czer­wo­ne ni­czym szmin­ka.

Mi­jając au­to­sto­po­wi­cza po raz pierw­szy, stwier­dziła, że jest płci męskiej, sto­sun­ko­wo wy­so­ki, sze­ro­ki w ba­rach i nie­dba­le ubra­ny. Próbował za­trzy­my­wać sa­mo­cho­dy, używając zarówno kciu­ka, jak i pal­ca wska­zującego, choć nie­co bez­rad­nie, jak gdy­by cze­kał na okazję całe wie­ki. Ale może po pro­stu nie chciał wy­da­wać się zbyt na­tar­czy­wy.

Gdy zawróciła, spo­strzegła, że au­to­sto­po­wicz jest jesz­cze całkiem młody, a włosy ma przy­cięte bar­dzo krótko, ni­czym pen­sjo­na­riusz któregoś ze szkoc­kich zakładów pe­ni­ten­cjar­nych. Jego ubra­nie było sza­robrązowe, jak błoto. To, co kryło się pod spodem, obie­cująco wy­py­chało jego kurtkę, ale czy były to mięśnie, czy też tłuszcz, mogło się do­pie­ro oka­zać.

Zbliżając się ku nie­mu po raz ostat­ni, za­uważyła, że sa­miec jest nie­prze­ciętnie wy­so­ki. Wpa­try­wał się w jej sa­mochód, być może uświa­da­miając so­bie, że wi­dział go już kil­ka mi­nut wcześniej, bo ruch na dro­dze był nie­wiel­ki. Mimo to wca­le nie ge­sty­ku­lo­wał ener­gicz­niej niż przed­tem, po pro­stu trzy­mał wciąż le­ni­wie wyciągniętą rękę. Tacy jak on nie zwy­kli się na­pra­szać.

Zwol­niła i za­trzy­mała się dokład­nie na wprost nie­go.

– Wska­kuj – po­wie­działa.

– Dzięki – od­parł fi­lu­ter­nie, wśli­zgując się na fo­tel pasażera po jej le­wej ręce.

Już z tego jed­ne­go słowa, które wy­po­wie­dział bez uśmie­chu, choć mu­siał uru­cho­mić od­po­wie­dzial­ne za uśmiech mięśnie twa­rzy, Is­ser­ley do­wie­działa się o nim tego i owe­go. Należał do lu­dzi, którzy uchy­lają się od po­dziękowań, jak gdy­by wdzięczność sta­no­wiła jakąś pułapkę. W oczach tego au­to­sto­po­wi­cza nie mogła zro­bić dla nie­go nic, co uczy­niłoby go jej dłużni­kiem; przyj­mo­wał wszyst­ko z do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza. Za­trzy­mała się, żeby go pod­wieźć – no, to do­sko­na­le. Cze­mu nie? Robi dla nie­go za dar­mo coś, za co zapłaciłby majątek, gdy­by wziął taksówkę, a on kwi­tu­je jej uprzej­mość jed­nym słowem: „dzięki”, jak­by była jego kom­pa­nem od kie­lisz­ka, który wyświad­czył mu właśnie jakąś ba­nalną, nie­istotną przysługę, pod­su­wając, na przykład, po­piel­niczkę.

– Nie ma za co – od­po­wie­działa Is­ser­ley, jak gdy­by jed­nak szcze­rze jej po­dziękował. – Dokąd się wy­bie­rasz?

– Na południe – po­wie­dział, patrząc na południe.

Minęła długa se­kun­da, po czym au­to­sto­po­wicz prze­ciągnął pas bez­pie­czeństwa przez pierś, niechętnie przy­znając w ten sposób, że do­pie­ro te­raz mogą ru­szyć.

– Tak po pro­stu, na południe? – za­gadnęła, spo­koj­nie włączając się do ru­chu i pamiętając, jak za­wsze, żeby uru­cho­mić kie­run­kow­skaz, a nie światła, wy­cie­racz­ki albo urządze­nie tłoczące ik­pa­tuę.

– Hmm… To zależy – po­wie­dział. – A ty dokąd je­dziesz?

Prze­pro­wa­dziła w myślach szybką kal­ku­lację, a po­tem spoj­rzała mu w twarz, za­sta­na­wiając się, jaką wy­zna­czyć mu rolę w swo­ich pla­nach.

– Jesz­cze nie wiem – od­parła. – Na początek chy­ba do In­ver­ness.

– Jeśli o mnie cho­dzi, może być In­ver­ness.

– Ale chciałbyś po­je­chać gdzieś da­lej?

– Aż do końca.

Nie­ocze­ki­wa­nie w lu­ster­ku wstecz­nym po­ja­wił się sa­mochód, Is­ser­ley mu­siała więc od­gadnąć in­ten­cje ob­ce­go kie­row­cy – a kie­dy po­now­nie odwróciła się do au­to­sto­po­wi­cza, jego twarz miała znów nie­prze­nik­nio­ny wy­raz. Czy ta ostat­nia uwa­ga była wy­razem szel­mow­skiej aro­gan­cji z jego stro­ny? Aluzją sek­su­alną? Czy może tyl­ko zwy­czajną kon­sta­tacją?

– Długo cze­kałeś? – za­py­tała, żeby go roz­drażnić i po­now­nie po­bu­dzić jego in­te­lekt.

– Słucham?

Za­mru­gał, bo za­sko­czyła go, kie­dy roz­pi­nał su­wak kurt­ki. Czy jego umysł nie po­tra­fił po­ra­dzić so­bie z za­da­niem po­le­gającym na roz­pięciu zam­ka i jed­no­cze­snym zro­zu­mie­niu pro­ste­go py­ta­nia? Prawą brew au­to­sto­po­wi­cza prze­ci­nała rysa wąskiej, czar­nej szra­my, nie­mal już za­go­jo­na: czyżby przewrócił się gdzieś po pi­ja­ne­mu? Białka jego oczu były bez ska­zy, włosy mył ostat­nio w nie­zbyt od­ległej przeszłości, nie śmier­dział – czy za­tem był po pro­stu głupi?

– Cho­dzi mi o miej­sce, z którego cię za­brałam – wyjaśniła. – Pytałam, czy długo tam stałeś?

– Nie wiem – od­po­wie­dział. – Nie mam ze­gar­ka.

Zerknęła na nad­gar­stek jego bliższej, pra­wej ręki. Był sze­ro­ki i moc­ny, porośnięty drob­ny­mi, złoci­sty­mi włoska­mi. Z prze­gu­bu wy­bie­gały dwie nie­bie­ska­we żyły, ciągnące się da­lej grzbie­tem jego dłoni.

– Ja­sne, ale czy wy­da­wało ci się, że długo cze­kasz?

Przez chwilę za­sta­na­wiał się nad tym py­ta­niem.

– No.

Uśmiechnął się sze­ro­ko. Jego uzębie­nie nie było w naj­lep­szym sta­nie.

Na zewnątrz, na tam­tym świe­cie, pro­mie­nie słonecz­ne roz­go­rzały z gwałtow­nie zwiększoną ener­gią, jak gdy­by przed­sta­wi­cie­le od­po­wie­dzial­nej za pracę słońca agen­cji za­uważyli przed chwilą, że gwiaz­da wy­ko­rzy­stu­je za­le­d­wie połowę za­le­ca­nej mocy. De­ska roz­dziel­cza rozbłysła ni­czym świetlówka, za­le­wając Is­ser­ley i au­to­sto­po­wi­cza pro­mie­nia­mi ul­tra­fio­le­to­wy­mi oraz czy­stym ciepłem, z którego zgrab­nie od­fil­tro­wa­no kęs chłodu. Ogrze­wa­nie w sa­mo­cho­dzie włączo­ne było na cały re­gu­la­tor, au­to­sto­po­wicz zaczął więc po chwi­li wier­cić się na fo­te­lu, usiłując zdjąć kurtkę. Ob­ser­wo­wała go ukrad­kiem, przyglądając się me­cha­nicz­nej pra­cy bi­cepsów i tri­cepsów, i grze mu­sku­la­tu­ry barków sam­ca.

– Mogę to położyć z tyłu? – za­py­tał, mnąc kurtkę w sze­ro­kich dłoniach.

– Ja­sne – od­po­wie­działa, spo­strzegłszy, jak fale mięśni ry­sują się pod ko­szulką au­to­sto­po­wi­cza, kie­dy odwrócił się, by rzu­cić kurtkę na jej leżący na tyl­nym sie­dze­niu ska­fan­der. Ma dość wy­dat­ny brzuch – pomyślała. To piwo, a nie zwały mięśni – ale nie bu­dzi większe­go obrzy­dze­nia. Za to wy­pukłość w jego dżin­sach wyglądała całkiem obie­cująco, cho­ciaż za­pew­ne two­rzyły ją przede wszyst­kim jądra.

Au­to­sto­po­wicz wresz­cie usa­do­wił się wy­god­nie na fo­te­lu i błysnął zębami, posyłając jej uśmiech okra­szo­ny reszt­ka­mi pa­skud­ne­go, szkoc­kie­go żar­cia, którym żywił się przez całe życie.

Od­wza­jem­niła uśmiech, za­sta­na­wiając się, czy uzębie­nie na­prawdę jest ta­kie istot­ne.

Wy­czu­wała, że jest bli­ska podjęcia osta­tecz­nej de­cy­zji. Właści­wie, szcze­rze mówiąc, była już zde­cy­do­wa­na i dla­te­go za­czy­nała dy­szeć.

Próbowała po­wstrzy­mać wypływ ad­re­na­li­ny, śląc sa­mej so­bie uspo­ka­jające sy­gnały i od­bie­rając je. W porządku, owszem, jest niezły: w porządku, tak, chce go mieć, naj­pierw jed­nak musi do­wie­dzieć się o nim cze­goś więcej. Nie może so­bie po­zwo­lić na upo­ko­rze­nie i nie po­win­na angażować się przed­wcześnie, by uwie­rzyw­szy już, że z nią po­je­dzie, nie do­wie­dzieć się później, że ma żonę albo dziew­czynę, która na nie­go cze­ka.

Gdy­by tyl­ko zaczął z nią roz­ma­wiać. Dla­cze­go jest tak, że atrak­cyj­ni au­to­sto­po­wi­cze za­wsze siedzą w mil­cze­niu,a po­kra­ki ględzą jak najęte bez żad­nej zachęty z jej stro­ny? Spo­tkała kie­dyś jed­no ta­kie nędzne stwo­rze­nie, które zdjąwszy ob­szerną kurtkę, odsłoniło wrze­cio­no­wa­te ra­mio­na i kurzą pierś, by już po kil­ku mi­nu­tach opo­wie­dzieć jej całe swo­je życie. A mu­sku­lar­ne sam­ce patrzą zwy­kle przed sie­bie albo rzu­cają bar­dzo ogólni­ko­we uwa­gi o świe­cie, od­pa­ro­wując py­ta­nia na te­ma­ty oso­bi­ste ze zręcznością i re­flek­sem spor­towców.

Mijały mi­nu­ty, a au­to­sto­po­wicz naj­wy­raźniej nie miał ocho­ty, żeby prze­rwać mil­cze­nie. Jed­nak sta­rał się przy­najm­niej na nią zer­kać, w szczególności zaś in­te­re­so­wały go jej pier­si. Ba, po­nie­waż zer­kając w bok, na­po­ty­kała jego ukrad­ko­we spoj­rze­nia, skłonna była przy­pusz­czać, że wolałby pew­nie, aby pa­trzyła wprost przed sie­bie, wte­dy bo­wiem mógłby ją ob­rzu­cać pożądli­wy­mi spoj­rze­niami dys­kret­nie, nie zdra­dzając się z ni­czym. No, to w porządku: niech się jej do­brze przyj­rzy, a wte­dy zo­ba­czy­my, czy to coś zmie­ni, czy nie. Poza tym zjazd w Evan­ton i tak był już nie­da­le­ko, mu­siała więc sku­pić się na sy­tu­acji na dro­dze. Po­chy­liła się nie­co do przo­du, pro­wadząc z miną zna­mio­nującą prze­sadną kon­cen­trację, i po­zwo­liła, żeby au­to­sto­po­wicz dokład­nie ją so­bie obej­rzał.

Na­tych­miast po­czuła na całym cie­le jego roz­ognio­ny wzrok, palący niby pro­mie­nie ul­tra­fio­le­to­we z in­ne­go niż słońce źródła, cho­ciaż z nie mniejszą mocą.

Za­sta­na­wiała się, och, była strasz­nie cie­ka­wa, jak on ją te­raz po­strze­ga w swo­jej pro­sto­dusz­nej, ob­cej nieświa­do­mości. Czy za­uważył, ile za­da­je so­bie dla nie­go tru­du? Wy­pro­sto­wała się, po­dając do przo­du pierś.

Au­to­sto­po­wicz spo­strzegł jej wysiłki, bez dwóch zdań.

Ma fan­ta­stycz­ne cyc­ki, ale Boże mój, poza tym le­d­wo ją widać. Jest maleńka – jak dzie­ciak, który wygląda przez szybę znad kie­row­ni­cy. Ile może mieć wzro­stu? Na stojąco naj­wyżej metr pięćdzie­siąt. Za­baw­na rzecz, że ko­bie­ty z najład­niej­szy­mi cyc­ka­mi są na ogół bar­dzo ni­skie­go wzro­stu. A ta dziew­czy­na naj­wi­docz­niej wie, że ma doj­rzałe pier­si, bo ślicz­nie je odsłania w wycięciu moc­no wy­de­kol­to­wa­nej bluz­ki. To dla­te­go w tym sa­mo­cho­dzie jest gorąco jak w pie­cu, no, oczy­wiście – żeby mogła pro­wa­dzić w ta­kiej ku­sej, czar­nej blu­zecz­ce i wie­trzyć te swo­je bu­fo­ry na oczach wszyst­kich – na jego oczach.

Poza tym wygląda jed­nak dość dziw­nie. Długie, chu­de ra­mio­na i potężne, sękate łokcie – nic dziw­ne­go, że nosi bluzkę z długi­mi ręka­wa­mi. Ma też sękate nad­garst­ki i duże dłonie. Mimo to, z ta­ki­mi cy­ca­mi…

Tak, ręce tej dziew­czy­ny jed­nak na­prawdę wyglądają dziw­nie. Są większe, niż można by sądzić po in­nych częściach jej ciała, a przy tym chu­de niby… ku­rze łapki. I po­kry­te zro­go­wa­ciałą skórą, jak gdy­by ciężko pra­co­wała fi­zycz­nie, może w ja­kiejś fa­bry­ce. Nie widać do­brze jej nóg, ale nosi ta­kie ohyd­ne spodnie-dzwo­ny w sty­lu lat sie­dem­dzie­siątych, które ostat­nio znów stały się mod­ne – spodnie w ko­lo­rze fos­fo­ry­zującej zie­le­ni, na litość boską – i buty, wyglądające na mar­ten­sy, ale jed­nak w żaden sposób nie da się ukryć, że nogi ma króciut­kie. Choć, mimo wszyst­ko, jej cyc­ki… Są jak… Jak… Nie wie­dział, do cze­go mógłby je przyrównać. W każdym ra­zie wyglądały za­je­biście przy­jem­nie, przy­tu­lo­ne do sie­bie w świe­tle wpa­dającego przez przed­nią szybę słońca.

Mniej­sza o cyc­ki: a twarz? No tak, te­raz jej do­brze nie wi­dział; nosiła taką fry­zurę, że mu­siałaby się odwrócić, aby mógł zo­ba­czyć twarz dziew­czy­ny. Miała gru­be, pro­ste, pu­szy­ste włosy my­sie­go ko­lo­ru, które zasłaniały na­wet jej po­licz­ki, kie­dy pa­trzyła przed sie­bie. Kusiło go, żeby wy­obra­zić so­bie piękną buzię, skrytą za tymi włosa­mi, twarz pio­sen­kar­ki albo ak­tor­ki, wie­dział jed­nak, że ni­cze­go ta­kie­go nie uj­rzy. Ba, kie­dy odwróciła się do nie­go, wi­dok jej ob­li­cza właści­wie go prze­ra­ził. Była to mała bu­zia w kształcie ser­ca, przy­po­mi­nająca twa­rzycz­ki elfów z ilu­stra­cji w baj­kach dla dzie­ci, o ide­al­nie ukształto­wa­nym no­sku i fan­ta­stycz­nie pełnych, łuko­wa­tych ustach su­per­mo­del­ki. Miała przy tym jed­nak pulch­ne po­licz­ki i nosiła oku­la­ry o naj­grub­szych so­czew­kach, ja­kie zda­rzyło mu się w życiu wi­dzieć: szkła powiększały jej oczy do tego stop­nia, że wy­da­wały się dwu­krot­nie większe od oczu nor­mal­ne­go człowie­ka.

Tak, na­prawdę oso­bli­wa z niej dziew­czy­na. Trochę la­ska ze Słonecz­ne­go pa­tro­lu, a trochę mała, za­su­szo­na sta­rusz­ka.

I pro­wa­dzi dokład­nie jak sta­rusz­ka. Je­dzie naj­wyżej pięćdzie­siąt na go­dzinę. A ten tan­det­ny ska­fan­der na tyl­nym sie­dze­niu – po co jej coś ta­kie­go? Na pew­no ma nierówno pod su­fi­tem. Na pew­no jest stuk­nięta. W do­dat­ku mówi z dzi­wacz­nym ak­cen­tem – to cu­dzo­ziem­ka, na bank.

Czy chciałby ją zerżnąć?

Pew­nie tak, jeżeli nada­rzyłaby się po temu oka­zja. Pew­nie pie­przyłaby się o wie­le le­piej niż Ja­ni­ne, szko­da gadać.

Ja­ni­ne. Chry­ste, to zdu­mie­wające, że już na samą myśl o niej stra­cił hu­mor. Do tej pory był prze­cież w świet­nym na­stro­ju. Do­bra, sta­ra Ja­ni­ne. Pamiętaj, jeżeli zbyt­nio cię po­no­si radość, wspo­mnij tyl­ko Ja­ni­ne. Jezu… Czy nie może po pro­stu o niej nie myśleć? Wy­star­czy spoj­rzeć na cyc­ki tej dziew­czy­ny, świecące w słońcu jak… Te­raz już wie­dział, jak wyglądają jej pier­si: przy­po­mi­nały księżyc. Właści­wie dwa księżyce.

– Co ro­bisz w In­ver­ness? – za­py­tał nie­ocze­ki­wa­nie.

– Pro­wadzę in­te­re­sy.

– Czym się zaj­mu­jesz?

Is­ser­ley za­du­mała się na chwilę. Mil­cze­li już tak długo, że za­po­mniała, za kogo po­sta­no­wiła podać się tym ra­zem.

– Je­stem praw­ni­kiem.

– Żar­tu­jesz?

– Nie żar­tuję.

– Ta­kim jak w te­le­wi­zji?

– Nie oglądam te­le­wi­zji.

W pew­nym sen­sie była to praw­da. Za­raz po swo­im przy­jeździe do Szko­cji nie­mal nie wyłączała te­le­wi­zo­ra, ale te­raz oglądała już tyl­ko wia­do­mości i od przy­pad­ku do przy­pad­ku frag­men­ty różnych pro­gramów, kie­dy ćwi­czyła.

– Pro­wa­dzisz spra­wy kar­ne? – pod­sunął au­to­sto­po­wicz.

Prze­lot­nie spoj­rzała mu w oczy. Kryła się w nich iskier­ka, którą może war­to było roz­dmu­chać.

– Cza­sa­mi – wzru­szyła, a ra­czej spróbowała wzru­szyć, ra­mio­na­mi. Wzru­szyć ra­mio­na­mi, pro­wadząc sa­mochód, było w ogóle zdu­mie­wająco trudną sztuczką, szczególnie jeśli miało się tak duże pier­si jak ona.

– Ja­kieś pi­kant­ne przestępstwa? – do­py­ty­wał się.

Zmrużyła oczy, patrząc w lu­ster­ko wstecz­ne, i zwol­niła, żeby mógł ją wy­prze­dzić volks­wa­gen ciągnący przy­czepę kem­pin­gową.

– A co to dla cie­bie zna­czy „pi­kant­ne przestępstwo”? – za­py­tała, kie­dy volks­wa­gen łagod­nie wśli­zgnął się przed nią.

– Bo ja wiem… – Au­to­sto­po­wicz wydał z sie­bie wes­tchnie­nie, które za­brzmiało boleśnie i fi­glar­nie za­ra­zem. – Na przykład gościu za­bi­ja swoją żonę, która kręci z in­nym fa­ce­tem.

– Może i pro­wa­dziłam kie­dyś po­dobną sprawę – od­po­wie­działa nie­zo­bo­wiązująco Is­ser­ley.

– I co, załatwiłaś go?

– Jak to, czy go załatwiłam?

– Do­stał dożywo­cie?

– A dla­cze­go zakładasz, że go nie bro­niłam? – uśmiechnęła się z przy­mu­sem.

– Och, wiesz, jak to jest: ko­bie­ty kon­tra mężczyźni…

Po­wie­dział to dziw­nym głosem: przygnębio­nym, roz­go­ry­czo­nym na­wet, a jed­nak flir­ciar­skim. Łamała so­bie głowę, jaka od­po­wiedź byłaby w tej sy­tu­acji naj­lep­sza.

– Nie mam nic prze­ciw mężczy­znom – po­wie­działa w końcu, w zamyśle­niu zmie­niając pas. – Szczególnie prze­ciw ta­kim, którym ko­bie­ty wyrządzają krzywdę.

Miała na­dzieję, że te­raz się otwo­rzy.

Ale au­to­sto­po­wicz mil­czał, a na­wet oklapł nie­co i osunął się na sie­dze­niu. Zerknęła na nie­go kątem oka, nie nawiązał z nią jed­nak kon­tak­tu wzro­ko­we­go, jak gdy­by po­gwałciła pewną umowną gra­nicę po­ufałości. Za­do­wo­liła się więc lek­turą na­pi­su na jego ko­szul­ce: brzmiał AC/DC, a niżej, większy­mi, wy­pukłymi li­te­ra­mi, BAL­L­BRE­AKER1. Nie miała zie­lo­ne­go pojęcia, co to może zna­czyć, i na­gle po­czuła, że nie na­dają na tych sa­mych fa­lach.

Doświad­cze­nie na­uczyło ją, że w ta­kich oko­licz­nościach nie należy robić ni­cze­go in­ne­go, jak tyl­ko wysyłać jesz­cze sil­niej­sze sy­gnały.

– Je­steś żona­ty? – spy­tała.

– Byłem – oświad­czył głucho. Na czo­le, poniżej jego przy­strzyżonych na jeża włosów, lśnił pot. Au­to­sto­po­wicz wsunął kciuk pod pas bez­pie­czeństwa, jak gdy­by się dusił.

– To pew­nie nie prze­pa­dasz za praw­ni­ka­mi – domyśliła się Is­ser­ley.

– Było w porządku – po­wie­dział. – Czy­sta spra­wa.

– Więc nie mie­liście dzie­ci?

– Sąd przy­znał dzie­ci żonie. Życzę jej po­wo­dze­nia – po­wie­dział ta­kim to­nem, jak gdy­by jego małżonka była jakąś od­ległą i nie­po­korną kra­iną, gdzie próby wpro­wa­dze­nia bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nych oby­czajów nie mają żad­ne­go sen­su.

– Nie chciałam być wścib­ska – po­wie­działa Is­ser­ley.

– W po­rzo.

Je­cha­li da­lej. To, co wy­da­wało się na­ra­stającą między nimi bli­skością, za­stygło w obopólnym skrępo­wa­niu.

Słońce wzniosło się po­nad dach sa­mo­cho­du, ob­le­wając przed­nią szybę ostrą, jed­no­litą falą bie­li, której blask mógł się oka­zać do­kucz­li­wy. Las po pra­wej stro­nie dro­gi prze­rze­dził się. Zastąpił go stro­my na­syp porośnięty gęsto pnącza­mi i prze­biśnie­ga­mi. Na­pi­sy w kil­ku nie­zna­nych Is­ser­ley języ­kach przy­po­mi­nały ob­co­kra­jow­com, by po­ru­sza­li się właściwą stroną dro­gi.

Tem­pe­ra­tu­ra w sa­mo­cho­dzie pod­niosła się na tyle, że na­wet Is­ser­ley, która do­brze zno­siła eks­tre­mal­ne wa­run­ki, po­czuła du­chotę. Oku­la­ry dziew­czy­ny za­czy­nały po­kry­wać się mgiełką pary, ale nie mogła ich te­raz zdjąć: au­to­sto­po­wicz nie po­wi­nien zo­ba­czyć jej nie­osłoniętych oczu. Lep­ka, wąska strużka potu spłynęła po­wo­li z szyi na mo­stek Is­ser­ley i za­stygła na krawędzi de­kol­tu, ale au­to­sto­po­wicz zda­wał się tego nie wi­dzieć. Bębnił cha­otycz­nie dłońmi w wewnętrzną część ud, wy­bi­jając rytm me­lo­dii, której nie po­tra­fiła roz­po­znać, a kie­dy zdał so­bie sprawę, że na nie­go pa­trzy, prze­rwał na­gle i splótł bezwładne ręce na ko­la­nach.

Co mu się stało, u li­cha? Co spo­wo­do­wało tę prze­rażającą prze­mianę? Właśnie kie­dy na­brała prze­ko­na­nia, że ich spo­tka­nie za­po­wia­da się bar­dzo obie­cująco, au­to­sto­po­wicz zaczął kar­leć w jej oczach – nie był tym sa­mym sam­cem, którego za­pro­siła do sa­mo­cho­du przed dwu­dzie­sto­ma mi­nu­ta­mi. Czyżby należał do tych nie­do­war­tościo­wa­nych dupków, których sek­su­al­na pew­ność sie­bie zni­ka, kie­dy przy­po­mnieć im o praw­dzi­wych ko­bie­tach? Czy może to była jej wina?

– Otwórz okno, jeśli chcesz – za­pro­po­no­wała.

Skinął głową, bez słowa.

Is­ser­ley wdepnęła ener­gicz­nie pedał gazu w na­dziei, że w ten sposób spra­wi mu przy­jem­ność. Ale au­to­sto­po­wicz wes­tchnął tyl­ko i usa­do­wił się głębiej na sie­dze­niu, jak gdy­by nie­zau­ważalne z jego punk­tu wi­dze­nia przy­spie­sze­nie przy­po­mi­nało mu je­dy­nie, że jadą wol­no do­nikąd.

Może nie po­win­na była po­da­wać się za praw­niczkę. Może sprze­daw­czy­ni albo przed­szko­lan­ka skłoniłaby go do bar­dziej oso­bi­stych wy­nu­rzeń. Ale ona wzięła go po pro­stu za czer­stwe­go twar­dzie­la; myślała na­wet, że ma za sobą kry­mi­nalną przeszłość, o której jej w końcu opo­wie, aby ją roz­drażnić albo spraw­dzić. Może na­prawdę bez­piecz­nie mogłaby się po­czuć przy nim tyl­ko jako go­spo­dy­ni do­mo­wa.

– A two­ja żona… – Podjęła na nowo te­mat, siląc się na krze­piący, kum­pel­ski, męski ton, ja­kie­go mógłby się spo­dzie­wać po kom­pa­nie od kie­lisz­ka. – Czy jej przy­zna­no dom?

– Tak… Nno… Nie… – Ode­tchnął głęboko. – Mu­siałem go sprze­dać i oddać jej połowę pie­niędzy. Po­tem wy­je­chała do Brad­ford, a ja zo­stałem tu­taj.

– Tu­taj, czy­li gdzie? – za­py­tała, ru­chem głowy wska­zując roz­poście­rającą się przed nimi drogę, aby przy­po­mnieć mu, jak da­le­ko tym­cza­sem go wy­wiozła.

– W Mil­na­fua… – za­chi­cho­tał, jak gdy­by wsty­dził się na­zwy tej miej­sco­wości.

W uszach Is­ser­ley słowo „Mil­na­fua” brzmiało zupełnie zwy­czaj­nie – prawdę mówiąc, zwy­czaj­niej niż Lon­dyn czy Dun­dee, bo miała nie­ja­kie trud­ności z wymówie­niem tych ostat­nich nazw. Spodo­bało się jej jed­nak, że zda­niem au­to­sto­po­wi­cza Mil­na­fua leży na końcu świa­ta.

– Nie można tam zna­leźć żad­nej ro­bo­ty, co? – pod­sunęła z na­dzieją, że po­ru­szy w nim swo­bodną, męską strunę współczu­cia.

– Wiem coś o tym – za­mru­czał. A po chwi­li, zdu­mie­wająco pi­skli­wie pod­nosząc głos, dodał: – Ale trze­ba się sta­rać, co nie?

Przyglądając mu się z nie­do­wie­rza­niem, po­twier­dziła swo­je przy­pusz­cze­nia co do po­sta­wy, jaką usiłuje przyjąć au­to­sto­po­wicz: jego słowa były wy­ra­zem żałosne­go opty­mi­zmu i tra­fiał nimi jak kulą w płot. Uśmie­chał się na­wet, a na jego twarz wystąpiła lśniąca war­stew­ka potu – za­pew­ne uznał na­gle, że nie­bez­piecz­nie jest przy­zna­wać się do nad­mier­nej gnuśności, jak gdy­by bał się wy­ja­wić, iż jest na zasiłku, po­nie­waż mogłoby to mieć dla nie­go poważne kon­se­kwen­cje. Może to jej wina, bo po­wie­działa mu, że jest praw­niczką? Czy prze­stra­szył się, że Is­ser­ley może przy­spo­rzyć mu ja­kichś kłopotów albo że pew­ne­go dnia okaże się, iż spra­wu­je nad nim coś w ro­dza­ju urzędo­wej ku­ra­te­li? Czy mogłaby te­raz prze­pro­sić go ze śmie­chem za ewi­dent­ne kłam­stwo i zacząć wszyst­ko od początku? Po­wie­dzieć, że han­dlu­je opro­gra­mo­wa­niem kom­pu­te­ro­wym albo odzieżą dla pu­szy­stych pań?

Duży zie­lo­ny dro­go­wskaz na skra­ju szo­sy po­wia­da­miał, ile mil dzie­li ich jesz­cze od Din­gwall i In­ver­ness: nie­wie­le. Po le­wej stro­nie zie­mia osu­wała się, odsłaniając połyskli­wy brzeg Cro­mar­ty Firth. Był odpływ, woda obnażyła skały i pia­sek. Na jed­nej ze skał, tęsknie ni­czym roz­bi­tek, sie­działa sa­mot­na foka.

Is­ser­ley przy­gryzła wargę, po­wo­li godząc się ze swo­im błędem. Praw­nicz­ka, sprze­daw­czy­ni, go­spo­dy­ni do­mo­wa: nie ma żad­nej różnicy. Jest dla niej nie­od­po­wied­ni i tyle. Po­de­rwała niewłaści­we­go fa­ce­ta. Który to już raz?

Tak, te­raz było oczy­wi­ste, co za­mie­rza ten wiel­ki, drażliwy za­bi­ja­ka. Je­dzie do Brad­ford od­wie­dzić żonę, a w każdym ra­zie dzie­ci.

Z jej punk­tu wi­dze­nia sta­no­wiło to poważne ry­zy­ko. Dzie­ci mogą wszyst­ko strasz­nie skom­pli­ko­wać. Choć bar­dzo pragnęła go mieć – do­pie­ro te­raz zaczęło do niej do­cie­rać, jak bar­dzo przy­wykła już do myśli, że go chce – to nie życzyła so­bie żad­nych kom­pli­ka­cji. Będzie mu­siała dać so­bie z nim spokój. Będzie mu­siała wy­sa­dzić go gdzieś po dro­dze.

Do końca podróży sie­dzie­li obo­je w mil­cze­niu, zro­zu­miaw­szy za­pew­ne, że są wza­jem­nie sobą roz­cza­ro­wa­ni.

Ruch gęstniał ze wszyst­kich stron; ugrzęźli w zdy­scy­pli­no­wa­nej ko­lej­ce sa­mo­chodów, prze­jeżdżających przez kil­ku­pa­smową, za­wie­szoną wy­so­ko niby cyr­ko­wa lina nitkę mo­stu Kes­sock. Is­ser­ley zerknęła na au­to­sto­po­wi­cza i po­czuła ukłucie zdu­mie­nia, uj­rzaw­szy, że odwrócony od niej sa­miec wpa­tru­je się w ma­jaczące da­le­ko w dole fa­bry­ki In­ver­ness. Upior­ne­mu, przy­po­mi­nającemu dzie­cięcą za­bawkę mia­stu, zbu­do­wa­ne­mu z pre­fa­bry­ko­wa­nej szpe­to­ty, przyglądał się z taką uwagą, z jaką jesz­cze nie tak daw­no po­dzi­wiał jej pier­si. Maleńkie ciężarówki zni­kające w fa­brycz­nych pasz­czach: oto, co go te­raz in­te­re­so­wało.

Trzy­mała się le­we­go pasa, jadąc szyb­ciej niż dotąd. Po pierw­sze, zmu­szały ją do tego inne po­jaz­dy, a po dru­gie, chciała jak najszyb­ciej mieć go z głowy. Zmęcze­nie powróciło ze zdwo­joną siłą; ma­rzyła o ja­kimś cie­ni­stym par­kin­gu, gdzie mogłaby oprzeć głowę o sie­dze­nie i zdrzemnąć się chwilę.

Po dru­giej stro­nie za­to­ki, gdzie most już sty­kał się z zie­mią, skon­cen­tro­wała się z au­ten­tycz­nym wysiłkiem, aby po­ko­nać ron­do, nie utknąć wśród zjeżdżających do mia­sta sa­mo­chodów i nie dać się zapędzić z ich sta­dem do In­ver­ness. Nie próbowała na­wet ukryć gry­ma­su nie­po­ko­ju w trak­cie tego ma­new­ru: i tak już prze­cież stra­ciła pasażera.

By jed­nak prze­rwać ciszę kil­ku ostat­nich, wspólnie spędzo­nych chwil, za­pro­po­no­wała mu coś na małą, pożegnalną po­ciechę.

– Pod­wiozę cię kawałek da­lej, za zjazd na Aber­de­en. Wte­dy będziesz miał przy­najm­niej pew­ność, że wszyst­kie sa­mo­cho­dy jadące tamtą drogą zmie­rzają na południe.

– Do­bra, faj­nie – po­wie­dział bez­na­miętnie au­to­sto­po­wicz.

– Kto wie? – próbowała mu się przy­po­chle­bić. – Może zdążysz do Brad­ford jesz­cze dzi­siaj wie­czo­rem?

– Do Brad­ford? – zmarsz­czył brwi, od­wra­cając się, żeby od­po­wie­dzieć. – A kto ci po­wie­dział, że jadę do Brad­ford?

– Nie je­dziesz zo­ba­czyć się z dziećmi? – przy­po­mniała mu.

Nastąpiła niezręczna pau­za.

– Nie wi­duję swo­ich dzie­ci – oświad­czył po chwi­li bez ogródek. – Nie wiem na­wet dokład­nie, gdzie miesz­kają, poza tym, że właśnie gdzieś w Brad­ford. Ja­ni­ne, moja była żona, nie chce mieć ze mną nic wspólne­go. Jeśli cho­dzi o nią, po pro­stu nie ist­nieję. – Pa­trzył przed sie­bie, jak gdy­by próbował ob­li­czyć, ile tysięcy miej­sco­wości leży na południu, i z ich sumą porówny­wał liczbę, do której można było spro­wa­dzić jego osobę.

– Do Brad­ford Ja­ni­ne przy­je­chała zresztą wie­le lat temu… – po­wie­dział. – Nie byłbym zdzi­wio­ny, gdy­by wy­pro­wa­dziła się już stąd na je­ba­ne­go Mar­sa.

– No to… Dokąd chciałbyś się dzi­siaj do­stać? – za­py­tała Is­ser­ley, zmie­niając bieg tak nie­zdar­nie, że w skrzy­ni roz­legł się okrop­ny zgrzyt.

Au­to­sto­po­wicz wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Może być Glas­gow – oznaj­mił. – Mają tam niezłe puby.

Za­uważyw­szy, że Is­ser­ley pa­trzy po­nad jego głową na zna­ki, które za­po­wia­dały zbliżające się nie­uchron­nie par­kin­gi, zo­rien­to­wał się, iż dziew­czy­na za­mie­rza go jed­nak wy­sa­dzić. Szyb­ko zdo­był się więc na ostat­ni i całkiem nie­sto­sow­ny przypływ kon­wer­sa­cyj­ne­go ani­mu­szu, którego źródłem było roz­go­ry­cze­nie.

– Le­piej sie­dzieć w pu­bie niż w Com­mer­cial Ho­tel w Al­ness z bandą sta­rych pier­dzie­li, którzy słuchają, jak jakiś kre­tyn śpie­wa pie­przoną Co­pa­ca­banę.

– A gdzie będziesz no­co­wał?

– Znam w Glas­gow paru fa­cetów – po­wie­dział, po­pa­dając zno­wu w przygnębie­nie, jak gdy­by ostat­nia erup­cja jego ener­gii rozpłynęła się tym­cza­sem w po­wie­trzu. – Muszę się tyl­ko na nich na­tknąć i tyle. Na pew­no gdzieś się kręcą po mieście. Świat jest mały, no nie?

Is­ser­ley pa­trzyła przed sie­bie na ośnieżone szczy­ty gór. Wy­da­wało się jej, że świat jest wiel­ki.

– Mmmh… – po­wie­działa, nie­zdol­na, by dzie­lić jego wy­obrażenia o tym, jak może przy­wi­tać go Glas­gow. Au­to­sto­po­wicz wy­czuł, o czym myśli, i w pro­stym, roz­pacz­li­wym geście otwo­rzył swo­je atle­tycz­ne dłonie, by za­de­mon­stro­wać, że nic w nich nie ukry­wa.

– Z dru­giej stro­ny zna­jo­mi mogą za­wsze człowie­ka za­wieść, co nie? – po­wie­dział. – Dla­te­go trze­ba mieć jakiś plan awa­ryj­ny.

Rap­tow­nie przełknął ślinę, a jabłko Ada­ma za­grało pod jego skórą, jak­by praw­dzi­we jabłko uwięzło mu w przełyku.

Is­ser­ley skinęła po­ta­kująco głową, usiłując nie oka­zy­wać emo­cji. Była cała zla­na po­tem, strużki chłodu spływały jej po ple­cach jak prąd elek­trycz­ny, a pier­si drżały od ude­rzeń bijącego moc­no ser­ca – jed­nak opa­no­wała się na tyle, by wziąć po­je­dyn­czy głęboki od­dech, za­miast od­dy­chać szyb­ko, ale płytko. Trzy­mając moc­no kie­row­nicę prawą dłonią, zerknęła w lu­ster­ko wstecz­ne, na dru­gi pas ru­chu, na szyb­kościo­mierz, i w końcu na au­to­sto­po­wi­cza.

Wszyst­ko ułożyło się do­sko­na­le, wszyst­ko wska­zy­wało, że po­win­no się to stać właśnie te­raz.

Widząc jej pod­nie­ce­nie, uśmiechnął się do niej nie­pew­nie, w gwałtow­nym geście unosząc ręce z ko­lan, jak gdy­by zbu­dził się, oszołomio­ny, zdając so­bie sprawę, że chy­ba cze­goś się jesz­cze od nie­go ocze­ku­je. Is­ser­ley od­wza­jem­niła jego sze­ro­ki uśmiech, do­dając mu otu­chy i nie­mal nie­po­strzeżenie ki­wając głową, jak gdy­by chciała w ten sposób po­wie­dzieć: „tak”.

Po­tem środ­ko­wym pal­cem le­wej ręki prze­sunęła nie­wielką dźwi­gnię poniżej kie­row­ni­cy.

Mógł to być przełącznik świa­teł, kie­run­kow­skazów albo wy­cie­ra­czek, ale nie obsługi­wał żad­ne­go z tych urządzeń, była to bo­wiem dźwi­gnia me­cha­ni­zmu tłoczącego ik­pa­tuę i uru­cha­miająca igły w sie­dze­niu fo­te­la pasażera, które wy­ska­ki­wały bez­sze­lest­nie z przy­po­mi­nających po­chwy bruz­dek w ta­pi­cer­ce.

Au­to­sto­po­wicz drgnął, kie­dy igły prze­biły jego dżinsy – po­czuł po jed­nym ukłuciu w każdy pośla­dek. Pa­trzył przy­pad­kiem w lu­ster­ko, wy­ra­zu twa­rzy sam­ca nie wi­dział jed­nak nikt prócz Is­ser­ley. Naj­bliższym po­jaz­dem była ol­brzy­mia ciężarówka z na­pi­sem PRO­DUK­TY ROL­NE, jed­nak znaj­do­wała się wciąż da­le­ko, a siedzący za przy­dy­mioną szybą kie­row­ca wy­da­wał się nie większy od owa­dziej główki. W każdym ra­zie wy­raz zdu­mie­nia po­ja­wił się na twa­rzy au­to­sto­po­wi­cza tyl­ko na chwilę, gdyż daw­ka ik­pa­tuy, jaką otrzy­mał, wy­star­czyłaby na obezwład­nie­nie znacz­nie tęższe­go sam­ca. Stra­cił przy­tom­ność, a głowa opadła mu na wyściełane wgłębie­nie zagłówka.

Drżącymi nie­znacz­nie pal­ca­mi Is­ser­ley prze­sunęła inną dźwi­gnię, a łagod­ne ty­ka­nie kie­run­kow­skazów wy­zna­czało te­raz rytm jej od­de­chu. Sa­mochód zbo­czył z dro­gi i spraw­nie zje­chał na par­king. Strzałka prędkościo­mie­rza opadła do zera; wóz stanął; sil­nik za­krztu­sił się i zgasł, choć może wyłączyła go sama Is­ser­ley. Było po wszyst­kim.

Jak za­wsze w ta­kich chwi­lach, wi­działa samą sie­bie jak­by z lotu pta­ka: ob­ser­wo­wała z góry swoją małą, czer­woną to­yotę, za­par­ko­waną w as­fal­to­wych na­wia­si­kach par­kin­gu. Ciężarówka z na­pi­sem PRO­DUK­TY ROL­NE prze­mknęła obok po pro­stej.

Po­tem, jak za­wsze, Is­ser­ley zaczęła spa­dać, z za­wrot­nej wy­so­kości. W końcu jej duch wstąpił z po­wro­tem w ciało i ude­rzyła głową o zagłówek, o wie­le moc­niej niż przed­tem au­to­sto­po­wicz. Dy­gocząc na całym cie­le, wciągała gwałtow­nie po­wie­trze do płuc. Dy­szała ciężko, trzy­mając się kie­row­ni­cy, jak­by bro­niła się przed dal­szym upad­kiem, w same trze­wia zie­mi.

Za­wsze po­trze­bo­wała trochę cza­su, by wy­do­stać się z po­wro­tem na po­wierzch­nię. Li­czyła wde­chy, po­wo­li zmniej­szając je do sześciu na mi­nutę. Po­tem roz­luźniła chwyt na kie­row­ni­cy i położyła ręce na brzu­chu. Za­wsze dziw­nie ją to uspo­ka­jało.

Kie­dy fala ad­re­na­li­ny na­resz­cie opadła i Is­ser­ley uspo­koiła się nie­co, powróciła do swo­ich prze­rwa­nych zajęć. Z obu stron słychać było szum prze­jeżdżających po­jazdów, lecz nie wi­działa ich, tyl­ko słyszała, bo za naciśnięciem od­po­wied­nie­go przy­ci­sku na de­sce roz­dziel­czej wszyst­kie szy­by w sa­mo­cho­dzie przy­brały ciem­no­bursz­ty­nową barwę. Nig­dy nie pamiętała chwi­li, w której wci­skała ten gu­zik – mu­siała to czy­nić w przypływie ad­re­na­li­ny. Pamiętała tyl­ko, że na tym eta­pie, kie­dy wra­cała do sie­bie, szy­by za­wsze były już przy­ciem­nio­ne.

Drogą prze­je­chał jakiś ma­syw­ny po­jazd – zadrżała zie­mia, a po sa­mo­cho­dzie Is­ser­ley prze­sunął się czar­ny cień. Od­cze­kała, aż znik­nie.

Następnie otwo­rzyła scho­wek w de­sce roz­dziel­czej i wyciągnęła z nie­go pe­rukę – męską, ale o kędzie­rza­wych, ja­snych włosach. Odwróciła się do za­stygłego w bez­ru­chu au­to­sto­po­wi­cza, po czym sta­ran­nie włożyła mu ją na głowę. Wygładziła parę nie­sfor­nych loków nad usza­mi i ostry­mi pa­znok­cia­mi skubnęła skraj pe­ruki, by wciągnąć ją sam­co­wi na czoło. Od­sunęła się nie­co, kry­tycz­nie oce­niając efekt swo­ich wysiłków, i do­ko­nała kil­ku ko­rekt. Au­to­sto­po­wicz przy­po­mi­nał już do złudze­nia wszyst­kich in­nych samców, ja­kich zda­rzyło się jej pod­wieźć, a po­tem, bez ubra­nia, będzie wyglądał nie­mal iden­tycz­nie jak tam­ci.

Później wy­garnęła ze schow­ka garść oku­larów w różnych opraw­kach, wy­brała od­po­wied­nią parę, po czym wsunęła ją au­to­sto­po­wi­czo­wi na nos i za uszy.

W końcu sięgnęła po leżący na tyl­nym sie­dze­niu ska­fan­der, zrzu­cając kurtkę sam­ca na podłogę. Ska­fan­der, jak się oka­zało, miał tyl­ko przód; ple­cy zo­stały wycięte. Okryła więc pierś pasażera tą ob­szytą fu­ter­kiem atrapą kurt­ki, wsu­wając mu brze­gi rękawów pod ra­mio­na i otu­lając kark prze­połowio­nym kap­tu­rem.

Był gotów do dal­szej podróży.

Wcisnęła przy­cisk i bursz­ty­no­wy od­cień zniknął z szyb, ni­czym prze­bie­gające wstecz zja­wi­sko dys­per­sji światła. Na zewnątrz wciąż był chłodny, po­god­ny dzień. Ruch nie­co zma­lał. Ma przed sobą dwie błogie go­dzi­ny, za­nim ik­pa­tua prze­sta­nie działać, ale od domu dzie­li ją za­le­d­wie pięćdzie­siąt mi­nut jaz­dy. W do­dat­ku do­cho­dzi do­pie­ro dzie­wiąta trzy­dzieści pięć. Mimo wszyst­ko idzie jej całkiem do­brze.

Przekręciła klu­czyk w sta­cyj­ce. Kie­dy sil­nik za­sko­czył, dał się znów słyszeć stu­kot, który za­nie­po­koił ją już wcześniej.

Będzie mu­siała się tym zająć, kie­dy wróci na farmę.

Przekład: Ma­ciej Świer­koc­ki

Re­dak­cja: Ja­rosław Skow­roński

Ko­rek­ta: Elżbie­ta Ja­ro­szuk, Anna Si­do­rek, Grażyna Na­wroc­ka

Skład i łama­nie: Tekst – Małgo­rza­ta Krzy­wic­ka

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-356-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.
i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.