Niebo ze stali - Robert M. Wegner

Niebo ze stali

0,0

Wozy wygnanych niegdyś koczowników stanęły u stóp gór, które oddzielają ich od upragnionej wolności. Losy Szóstej Kompanii Górskiej Straży, dziewczyn z wolnego czaardanu i małej dziewczynki z rodu Verdanno zaczynają się splatać… Zanim na niebie o barwie stali wzejdzie słońce, wyżyna spłynie krwią.

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza to pełna rozmachu epicka powieść ze świata wielu narodów, języków, wierzeń i egzotycznych kultur. Losy bohaterów potrafią wycisnąć łzę z oka największych twardzieli, a pióro Roberta M. Wegnera sprawia, że czytelnik kocha i nienawidzi wraz z nimi. I wraz z nimi staje naprzeciw przeznaczenia.

Dwa poprzednie tomy (Opowieści z meekhańskiego pogranicza. PółnocPołudnie i Opowieści z meekhańskiego pogranicza WschódZachód) otrzymały liczne wyróżnienia i nagrody – m.in. Nagrodę im. Janusza A. Zajdla, Sfinksa oraz tytuły Książek Roku portalu Katedra.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Robert M. Wegner

Niebo ze stali

Opowieści z meekhańskiego pogranicza




Warszawa 2013

Spis treści

Prolog
Część I. Smak żelaza
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Część II. Smak krwi
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
INDEKS
¤
Robert M. Wegner
Niebo ze stali
Opowieści z meekhańskiego pogranicza
ISBN: 978-83-61187-65-3

Wydawca:
Powergraph
ul. Cegłowska 16/2
01-803 Warszawa
tel. 22 834 18 25
e-mail: powergraph@powergraph.pl
www.powergraph.pl

Copyright © 2012-2013 by Robert M. Wegner
Copyright © 2012-2013 by Powergraph
Copyright © 2012-2013 for the cover by Rafał Kosik
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.

PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik
REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik
REDAKCJA: Michał Cetnarowski, Kasia Sienkiewicz Kosik
KOREKTA: Maria Aleksandrow

Wyłączna dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j.
ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki
tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Pro­log

Chło­piec stoi w mroku i wodzi wzro­kiem po około trzy­dzie­stu twa­rzach. Należą do innych dzieci, więk­szość z nich jest w jego wieku. Dni smutku ledwo się skoń­czyły, nie­mal wszyst­kie twa­rze noszą ślady bia­łej farby; tylko kil­koro dziew­cząt prze­wią­zało jesz­cze włosy na znak żałoby. Nie znały innego spo­sobu, by oka­zać uczu­cia. A teraz to…

Patrzy na nich spo­koj­nie. Pocho­dzą z róż­nych kla­nów i szcze­pów, ale we wszyst­kich są naj­starsi i przez ostat­nie lata stali się przy­wód­cami reszty.

— Stra­ci­li­śmy więk­szość mło­dych wojow­ni­ków — zaczyna i obser­wuje, żadna twarz się nie krzywi, w żad­nych oczach nie zapala się sprze­ciw. — Ple­miona będą przez wiele lat słabe, a jed­nak zro­biły to, co zro­biły.

Zaci­ska dło­nie, aż paznok­cie wbi­jają mu się w skórę.

— Gdy­bym mógł, zabił­bym ich. Spa­lił wozy, wyrżnął wszyst­kie ich konie, żeby patrzyli na to i pła­kali. Zdrajcy… prze­klęci…

Bra­kuje mu słów, więc spluwa na zie­mię i roz­ciera plwo­cinę stopą.

— Od dziś będę wojow­ni­kiem Klanu Zła­ma­nego Kła. — Takie słowa w ustach dzie­się­cio­let­niego chłopca mogłyby wywo­łać uśmiech, gdyby nie jego oczy. — Będę w bitwie nosił ozdoby mojego wuja i jeź­dził konno. Nazy­wam się Amu­reh.

Kiwają gło­wami. Gdy ska­cze się głową naprzód z urwi­stego brzegu do rzeki, nie można zatrzy­mać się w locie.

— Wuj powie­dział, że dosta­niemy część ich ziem. A jeśli spró­bują na nie wró­cić… Będę cze­kał.

Wyj­muje nóż i głę­boko nacina wnę­trze pra­wej dłoni. Zaci­ska pięść i wygląda to tak, jakby wyci­skał krew z powie­trza.

— Zosta­nie bli­zna. — Jedna z dziew­czy­nek patrzy na niego z uwagą.

— Wiem. I za każ­dym razem, gdy zaci­snę dłoń na broni, będę pamię­tał. Rozu­miesz?

— Tak.

 

 

 

Część I

Smak żelaza

Roz­dział 1

Głę­bo­kie doliny mają to do sie­bie, że są pokrzyw­dzone, jeśli cho­dzi o świa­tło. Cień zalega w nich jesz­cze długo po tym, gdy rów­niny czy pła­sko­wyże wygrze­wają się już w pro­mie­niach słońca, a wil­goć po poran­nej rosie, która gdzie indziej znika w kilka chwil, tu potrafi utrzy­mać się przez wiele godzin. Zwłasz­cza przy połu­dniowo-wschod­nim krańcu takiej doliny, w pobliżu jed­nego z licz­nych w tej oko­licy stru­mieni. Ubra­nia, choćby suszone przez cały dzień i scho­wane w natłusz­czone sakwy, ran­kiem są wil­gotne i draż­nią czło­wieka nie­przy­jem­nym, lep­kim chło­dem. Trzeba nie­ustan­nie pil­no­wać, by rze­mie­nie, pan­ce­rze, buty, pochwy mie­czy i sza­bel, pasy i inne skó­rzane czę­ści ekwi­punku były nale­ży­cie impre­gno­wane, bo nie ma gor­szej rze­czy niż kil­ku­dniowy patrol w butach, które zaczy­nają cię ocie­rać.

Ken­neth ni­gdy nie wybrałby dla swo­ich ludzi takiej oko­licy na kwa­tery. Cztery sza­łasy, posta­wione chyba jesz­cze przed ostat­nią wojną z koczow­ni­kami, miały cha­rak­ter aż nadto tym­cza­so­wego schro­nie­nia, na doda­tek zbu­do­wano je w miej­scu, gdzie słońce zagląda tylko na kilka godzin w ciągu dnia, co odci­snęło na budow­lach swój ślad. Pleśń, poro­sty i mchy doko­nały rado­snej inwa­zji na drewno, część desek zni­kła,
a z pod­łogi – jeśli można tak nazwać ubitą glinę – kieł­ko­wały tu i ówdzie chwa­sty. Gdy więc mie­siąc temu żoł­nie­rze Szó­stej Kom­pa­nii dostali roz­kaz, by się tu prze­nieść, nie tyle napra­wili, ile odbu­do­wali sza­łasy, łata­jąc dachy, ubi­ja­jąc na nowo kle­pi­ska i utrzy­mu­jąc dzień i noc ogień na pale­ni­skach, by osu­szyć ściany, naj­le­piej jak się dało.

Mimo wszystko wil­goć towa­rzy­szyła im nie­mal przez cały czas.

I chłód. I iry­ta­cja.

Niebo zaczy­nało się deli­kat­nie różo­wić, za godzinę szczyty na wschod­nich krań­cach doliny powinny posma­ko­wać słońca, a cały nie­bo­skłon przy­bie­rze kolor zim­nego błę­kitu, tak jasnego, jakby był pół­kulą wypo­le­ro­wa­nej do poły­sku stali. Dopiero gdy słońce wynu­rzy się cał­kiem znad hory­zontu, świat przy­wdzieje nor­malne barwy – biel śnie­go­wych czap zało­żo­nych przez szczyty, czer­nie i sza­ro­ści skał pod nimi, ciemną zie­leń igla­stych lasów pora­sta­ją­cych niż­sze par­tie gór i nie­śmiałą zie­leń wcze­sno­wio­sen­nych traw w doli­nach. Kolory domi­nu­jące w Ole­ka­dach dawały się zli­czyć na pal­cach obu rąk.

Przy­naj­mniej masku­jąc się, nie trzeba zbyt­nio kom­bi­no­wać.

Ken­neth powoli, nie wyko­nu­jąc gwał­tow­niej­szych ruchów, spoj­rzał w lewo, potem w prawo, dał sygnał. Widział dwóch z trójki pozo­sta­łych war­tow­ni­ków, obaj unie­śli dło­nie w górę.

Wszystko w porządku.

Dowódca ostatni idzie spać, a pierw­szy wstaje, ta reguła Gór­skiej Straży była jedną z tych nie­pi­sa­nych, odwiecz­nych i nie­wzru­szo­nych, któ­rych prze­strze­gał kon­se­kwent­nie i bez żad­nych ustępstw na rzecz zmę­cze­nia czy wygody. Lecz miał i drugą, bar­dziej oso­bi­stą – dowódca trzyma wartę ze swo­imi żoł­nie­rzami. To była jego zasada, od któ­rej ostat­nio Var­henn i pozo­stali dzie­sięt­nicy pró­bo­wali go odzwy­czaić. Bo to zły nawyk jest – mówił zawsze jego naj­star­szy pod­ofi­cer. Jeśli bowiem ktoś naprawdę spró­buje nas podejść nocą, to war­tow­nicy mogą pierwsi dać gar­dła i kom­pa­nia zosta­nie bez dowódcy. Więc Ken­neth powi­nien spę­dzać noce w sza­ła­sie, prawda? Ale porucz­nik, zazwy­czaj skłonny słu­chać rad Veler­gorfa, tym razem przy­po­mniał wszyst­kim, że ma w sobie trzy czwarte wessyr­skiej krwi.

Uparł się.

Bo w Belen­den, tysiąc mil na zachód stąd, żaden z jego żoł­nie­rzy nie pomy­ślałby nawet, żeby coś takiego zapro­po­no­wać. Ken­neth razem z nimi sta­wał na war­cie, czaił się w zasadz­kach, wal­czył w pierw­szej linii. Z dru­giej strony – ta myśl była tro­chę kwa­śna – jak się ma trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu ludzi, to się ma tylko pierw­szą linię.

Wokół sza­ła­sów rosło tro­chę krza­ków, kol­cza­stych krze­wów i małych drze­wek. Nie kazał ich wykar­czo­wać, bo do ściany lasu mieli ledwo pięć­dzie­siąt jar­dów, więc lepiej nie uła­twiać sprawy poten­cjal­nym strzel­com. Poza tym war­tow­nicy mogli się wśród nich przy­czaić, zasty­gnąć nie­ru­chomo, roz­pły­nąć w tle. Tak jak on teraz, przy­kuc­nięty, w płasz­czu obwie­szo­nym gałąz­kami i obsy­pa­nym zeszło­rocz­nymi liśćmi, w pół­mroku przed­świtu prak­tycz­nie nie­wi­doczny.

Polu­jemy, pomy­ślał. Sami nie wiemy na co, ale zasta­wiamy sidła, mając cichą nadzieję, że to, co się zła­pie, okaże się zają­cem, a nie niedź­wie­dziem. Bo to jest w naszej natu­rze: gdy nad­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo, nie cho­wamy się w zam­kach i za pali­sa­dami, jak tutej­sza szlachta, tylko zasta­wiamy pułapkę. Bo na sarny polu­jesz z nagonką, a na gór­skiego lwa z przy­nętą. Bo…

Uniósł lewą dłoń.

Wszystko w porządku.

O nogę opie­rał mu się cie­pły cię­żar. Kenwa – drugi w hie­rar­chii psów kom­pa­nii – wyglą­dał, jakby spał, lecz posta­wione uszy i lek­kie drgnię­cia mię­śni świad­czyły, że czuwa. Bergh Maws, odpo­wie­dzialny za psy kom­pa­nii, potra­fił je ukła­dać jak nikt. Zwie­rzęta były człon­kami oddziału nie­mal na takich samych pra­wach jak ludzie, cią­gnęły sanie, tro­piły, wal­czyły, stały na war­cie, nawet pobie­rały żołd. Co mie­siąc z kasy pułku kom­pa­nia dosta­wała kilka orgów na dodat­kową karmę. Kilka orgów to koszt połowy krowy, ale tuzin wiel­kich, ważą­cych po sto pięć­dzie­siąt fun­tów psów pora­dzi sobie z taką ilo­ścią mięsa bez żad­nych pro­ble­mów. Lecz tylko głu­piec – i to głu­piec pozba­wiony wyobraźni – pró­bo­wałby oszu­ki­wać, oszczę­dza­jąc na nich. Źle odży­wiony i zanie­dbany pies to pies chory. A chory pies to zwie­rzę ospałe, nie­mrawe i słabe. Psy Szó­stej Kom­pa­nii nale­żały do naj­bar­dziej zadba­nych w pułku i odpła­cały nie­wzru­szoną wier­no­ścią i posłu­szeń­stwem, co obec­nie miało szcze­gólne zna­cze­nie.

Od trzech mie­sięcy w górach ginęli ludzie.

Zaczęło się w poło­wie zimy. Ktoś wyszedł z domu i nie wró­cił, kilku kup­ców, któ­rzy wybrali się saniami w krótką podróż po wio­skach w pół­noc­nej czę­ści Ole­ka­dów, prze­pa­dło bez wie­ści, trzech myśli­wych zasta­wia­ją­cych sidła na okryte zimo­wym futrem lisy nie poja­wiło się w umó­wio­nym miej­scu. Na początku nikt nie łączył tych spraw, w górach, w każ­dych górach, mogły się zda­rzyć dzie­siątki rze­czy, zdolne wysłać duszę czło­wieka do Domu Snu. Lawiny, ban­dyci, gór­skie lwy, lód na rzece, który nagle pęka pod sto­pami, pechowy upa­dek koń­czący się zła­ma­niem karku. Nic nie­zwy­kłego.

Lecz potem zna­le­ziono ludzi Saenoha.

Saenoh Czarna Gęba był jed­nym z nie­licz­nych ban­dy­tów, któ­rzy ośmie­lali się poka­zy­wać bli­żej niż trzy­dzie­ści mil od zamku Keh­lo­ren. Więk­szość zbó­jów wobec zwięk­sze­nia liczeb­no­ści Gór­skiej Straży w tych oko­li­cach wynio­sła się na pół­noc lub połu­dnie, ale ten nie. Uparł się, i tyle. Jedni twier­dzili, że miał w jed­nej z pobli­skich wio­sek kobietę i jakieś dzieci, któ­rych nie chciał zosta­wić w oba­wie przed zawist­nymi sąsia­dami, według innych był po pro­stu głupi. Tak czy ina­czej, gdy ci zawistni sąsie­dzi dali znać wła­dzom, gdzie ukrywa się banda, do wska­za­nych jaskiń posłano dwie kom­pa­nie Straży.

Ken­neth nie brał udziału w tej misji, jego oddział jako jeden z nowych ogra­ni­czał się do prze­pa­try­wa­nia naj­bliż­szej oko­licy, zapo­zna­wa­nia z tere­nem, odnaj­dy­wa­nia i ucze­nia się na pamięć taj­nych szla­ków i ście­żek. Ale ci, któ­rzy wró­cili… plotki o tym, co zna­leźli… o ludziach Saenoha, któ­rych ktoś ukrzy­żo­wał, przy­bi­ja­jąc do ścian jaskini żela­znymi huf­na­lami, wbi­tymi z taką siłą, że nie dało się ich wyjąć ze skały.

Czter­na­stu ban­dy­tów. Podobno nie było śla­dów walki. Podobno dwóch jesz­cze żyło. Podobno tro­pi­ciele stra­cili ślad zabój­ców po kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach, a woj­skowy cza­ro­dziej nie potra­fił nic odczy­tać.

Plotki i mro­żące krew w żyłach opo­wie­ści – tylko tyle zostało, bo obie kom­pa­nie bio­rące udział w tej akcji natych­miast wysłano na połu­dnie gór, do naj­bar­dziej odda­lo­nej od zamku warowni. I podwo­jono liczbę patroli w oko­licy.

Ale to nie pomo­gło. W ciągu następ­nych dwóch mie­sięcy zni­kło pięć oddzia­łów Gór­skiej Straży, kolej­nych pięć ostat­nio. To nie były duże oddziały, naj­wy­żej kil­ku­na­sto­oso­bowe, wysłane w celu spraw­dza­nia stanu gór­skich szla­ków i kon­tak­to­wa­nia się z odle­glej­szymi pla­ców­kami, ale w żaden spo­sób nie dało się wyja­śnić ich znik­nię­cia oraz faktu, że na razie nie odna­le­ziono żad­nego ciała, choć wszy­scy spo­dzie­wali się, że wio­senne roz­topy wyja­śnią zagadkę.

Pułki Pierw­szy, Dzie­wiąty i Dwu­dzie­sty Szó­sty Gór­skiej Straży two­rzyły tak zwany Regi­ment Wschodni, od lat ofi­cjal­nie nazy­wany Bękar­tami Czar­nego, i w prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych puł­ków Straży miały nieco inne metody dzia­ła­nia. Ole­kady były dłu­gie, lecz sto­sun­kowo wąskie, na mapach wyglą­dały jak zaciek na ścia­nie albo sta­lak­tyt zwi­sa­jący ze skle­pie­nia. Nie dało się ich kon­tro­lo­wać tak, jak oko­lic Belen­den – gdzie funk­cjo­no­wał jeden pułk, jedna główna sie­dziba i patrole roz­sy­łane z niej we wszyst­kie strony.

Twier­dza Keh­lo­ren znaj­do­wała się nie­mal w poło­wie gór, a żeby mieć pie­czę nad ich pół­noc­nym i połu­dnio­wym krań­cem, dowódz­two utrzy­my­wało w tam­tych oko­li­cach silne warowne obozy. Zimą mię­dzy nimi a główną sie­dzibą regi­mentu krą­żyły patrole Straży, które naj­czę­ściej korzy­stały z psich zaprzę­gów. Prze­no­szono roz­kazy, wie­ści, leki, trans­por­to­wano ran­nych i cho­rych, któ­rych nie dało się wyle­czyć na miej­scu. Kawer Monel, dowódca regi­mentu, uwa­żał, że taka aktyw­ność nawet w cza­sie naj­sroż­szej zimy utrzy­muje ludzi i zwie­rzęta w dobrej for­mie i daje świa­dec­two, że Gór­ska Straż czuwa.

Ostat­nie trzy mie­siące – strata ponad stu ludzi i pra­wie dwu­stu psów – udo­wod­niły, że w Ole­ka­dach poja­wiła się nowa siła, z którą nale­żało się liczyć.

Potem nade­szły wie­ści, szybko potwier­dzone, że ktoś wymor­do­wał załogi kilku wież straż­ni­czych, któ­rymi miej­scowa szlachta tak chęt­nie ozda­biała gra­nice swo­ich posia­dło­ści. Obsadę poste­run­ków znaj­do­wano w więk­szo­ści mar­twą, a tych, któ­rzy prze­żyli, zostali strasz­li­wie oka­le­czeni i zawsze pró­bo­wali póź­niej popeł­nić samo­bój­stwo. Poja­wiły się też plotki, że w nie­któ­rych wio­skach i osa­dach zgi­nęły całe rodziny.

Znik­nię­cia i mordy, mordy i znik­nię­cia. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że obie te sprawy łączą się, że stoi za nimi ta sama siła, i to nie byle jaka, bo żeby wypro­wa­dzić w pole tro­pi­cieli Gór­skiej Straży, ich psy i woj­sko­wych cza­ro­dzie­jów, trzeba było spo­rych umie­jęt­no­ści. Nawet miej­scowe Szczury roz­kła­dały ręce, choć – jak zaraz po przy­by­ciu na miej­sce wyja­śnił Ken­ne­thowi jeden z wyż­szych rangą ofi­ce­rów – Wywiad Wewnętrzny miał tu zawsze mało ludzi. Oko­liczną szlachtę uwa­żano za tak wierną Cesa­rzowi, że Szczu­rza Nora nie widziała powodu, by utrzy­my­wać w Ole­ka­dach więk­szy gar­ni­zon. Wszy­scy zatem byli ska­zani na plotki, podej­rze­nia i insy­nu­acje. A te zamie­niały całą oko­licę w sto­dołę wypeł­nioną po dach sia­nem, cze­ka­jącą na dziecko z krze­si­wem.

Szczyty na wschod­nim krańcu doliny zaró­żo­wiły się, a niebo przy­brało kolor stali z błę­kit­nym poły­skiem, znak, że czeka ich kolejny piękny dzień. Ken­neth poru­szył się lekko, odpo­wie­dział na sygnał swo­ich ludzi, roz­luź­nił. Wyglą­dało na to, że znów nic się nie wyda­rzy. Sam nie wie­dział, czy cie­szy go to, czy mar­twi. Mimo iż mieli już oka­zję badać ślady napast­ni­ków, nawet Wilk nie zdo­łał wiele z nich wyczy­tać. A cze­ka­nie na walkę z czymś, czego się nie zna, jest jedną z naj­gor­szych rze­czy dla żoł­nie­rza. To dla­tego, gdy mie­siąc temu dostał roz­kaz, by opu­ścić twier­dzę i zakwa­te­ro­wać kom­pa­nię w tych opusz­czo­nych sza­ła­sach, przy­jął go nie­mal z ulgą. Miej­sce było kiep­skie, ale lepiej, że Szó­sta będzie dzia­łać, że spró­buje prze­jąć ini­cja­tywę, choćby tylko zasta­wia­jąc pułapkę z sobą w roli przy­nęty, niż gdyby miała tkwić w twier­dzy i odli­czać czas do znik­nię­cia kolej­nego patrolu.

Leżący u stóp porucz­nika pies zastrzygł uszami i obna­żył zęby, nie wyda­jąc jed­nak naj­mniej­szego dźwięku. Zza naj­bliż­szego krzaczka wybiegł zając, zatrzy­mał się, sta­nął słupka, rozej­rzał. Ken­neth uśmiech­nął się pod nosem. Jeśli nawet zające nas nie wyczu­wają, pomy­ślał, to zna­czy, że nas tu nie ma. Że jeste­śmy czę­ścią tej polany, tak jak zie­mia, krzaki i stru­myk. I że jeste­śmy cho­lerną Gór­ską Strażą i żadne kropki na mapie tego nie zmie­nią.

Kropki na mapie. To był główny powód, dla któ­rego kil­ku­set żoł­nie­rzy od mie­siąca zaj­mo­wało pozy­cje wokół twier­dzy. Przy każ­dej kropce – ozna­cza­ją­cej wymor­do­waną załogę wieży, rodzinę górali czy zagi­niony patrol – znaj­do­wała się data. Trzy mie­siące temu; dwa; pół­tora; mie­siąc. Im bli­żej Keh­lo­renu posta­wiono kropkę, tym data była śwież­sza, a kro­pek wię­cej. Ostat­nia, sprzed kilku dni, znaj­do­wała się ledwo pięć mil od zamku. To była wieża straż­ni­cza, pię­ciu ludzi uto­pio­nych w becz­kach i szó­sty z wyłu­pio­nymi oczami i obcię­tym języ­kiem. Pięć mil! Godzina szyb­kiego mar­szu, pół godziny truchtu. Pod samym nosem Czar­nego Kapi­tana.

Kawer Monel pra­wie dostał szału, gdy się o tym dowie­dział, i na litość Pani, Ken­neth wcale mu się nie dzi­wił. To wyglą­dało pra­wie jak pro­wo­ka­cja, przty­czek w nos, tym bar­dziej że tego, który prze­żył, odpro­wa­dzono pod wieżę i uwol­niono. I rzecz jasna napast­nicy nie zosta­wili żad­nych śla­dów. Porucz­nik do tej pory pamię­tał minę Wilka. Cawe Kaln miał świa­do­mość swo­ich ogra­ni­czeń i przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści, że może zgu­bić trop, ale zawsze ist­niały ku temu kon­kretne powody. A to był już trzeci raz, gdy ślad roz­pły­wał się w powie­trzu, więc naj­lep­szy tro­pi­ciel kom­pa­nii zaczy­nał cho­dzić sfru­stro­wany.

Oczy­wi­ście ist­niało pro­ste i logiczne wyja­śnie­nie. Jeśli bez śladu ginie mniej wię­cej kom­pa­nia Straży, jeśli odna­le­zione ofiary nie sta­wiały oporu, a napast­ni­ków nie dało się wytro­pić, to wszystko wska­zy­wało na uży­wa­nie magii. A okru­cień­stwo mor­dów suge­ro­wało kogoś opę­ta­nego przez Moc.

Szó­sta Kom­pa­nia miała już do czy­nie­nia z sza­lo­nymi cza­row­ni­kami, lecz to, co teraz się działo, wyda­wało się zbyt… wyra­cho­wane. Nawet te kropki na mapie, gdyby je połą­czyć według dat, utwo­rzy­łyby coś w rodzaju spi­rali. A w jej cen­trum znaj­do­wał się zamek Keh­lo­ren.

Bar­dziej oczy­wi­stego rzu­ce­nia wyzwa­nia Gór­skiej Straży nie można było sobie wyobra­zić.

Sza­rak stał i roz­glą­dał się oczyma jak czarne, szklane paciorki, po czym opadł na cztery łapy i poki­cał dalej. Tak, Szó­sta była naprawdę dobra w przy­go­to­wy­wa­niu zasa­dzek.

I o to wła­śnie zapy­tał Ken­ne­tha Kawer Monel, gdy mie­siąc temu szu­kał oddzia­łów, które mia­łyby oto­czyć twier­dzę dodat­ko­wym kor­do­nem ochron­nym – czy dacie sobie radę na zewnątrz? Spi­rala jesz­cze się nie wyło­niła z kro­pek na mapie, lecz dowódca Regi­mentu Wschod­niego zapewne już czuł, co się święci. Poza tym ist­niała stara woj­skowa zasada, że jeśli nie wia­domo, co się dzieje, trzeba zna­leźć ludziom cokol­wiek do roboty, więc kilka kom­pa­nii szybko wylą­do­wało w pry­mi­tyw­nych obo­zo­wi­skach roz­rzu­co­nych na krań­cach doliny, z bli­żej nie­okre­ślo­nym zada­niem, by „mieć wszystko na oku”.

Ten stary żoł­nier­ski żar­cik, mówiący, że jak nie wia­domo, co robić, to się bawimy w „manie wszyst­kiego na oku”, śmie­szył chyba tylko tych, któ­rzy przez mie­siąc nie musieli noco­wać w paster­skich sza­ła­sach, trzy­ma­jąc podwójne warty i robiąc z sie­bie przy­nętę. Ken­neth sam nie wie­dział, czy liczy na to, że tajem­ni­czy zabójcy ośmielą się zaata­ko­wać jego kom­pa­nię i straż­nicy będą wresz­cie mogli spoj­rzeć im w oczy, czy też ma nadzieję, że kolejna noc upły­nie spo­koj­nie. Mor­dercy ni­gdy nie ude­rzyli na oddział więk­szy niż tuzin żoł­nie­rzy, ni­gdy nie zaata­ko­wali wieży z pełną obsadą ani sil­nie chro­nio­nej kara­wany kupiec­kiej. Ale, jak nie­raz powta­rzał Veler­gorf, ni­gdy trwa tylko do pierw­szego razu.

Z tym że ten pierw­szy raz, na który cze­kali kolejną noc, chyba nie wyda­rzy się dziś.

Świ­tało. Nad doliną poniósł się głę­boki, dźwięczny głos rogu. Po chwili odpo­wie­działy mu kolejne. Gosz­czący w Ole­ka­dach Ver­danno witali słońce na swój spo­sób.

Porucz­nik nie obej­rzał się w stronę, skąd dobiegł dźwięk. Już to widział, ruch przy­po­mi­na­jący budzące się mro­wi­sko. Dzie­siątki tysięcy ludzi i zwie­rząt, karne czwo­ro­boki obo­zów, ze ścia­nami głę­bo­kimi na kilka rzę­dów pojaz­dów, olbrzy­mie tabuny koni wypeł­nia­jące śro­dek doliny. A to prze­cież nie wszy­scy, ponoć miało do nich doje­chać jesz­cze kilka tysięcy wozów.

Od jakie­goś czasu nawie­dzała porucz­nika myśl, że Czarny kazał oto­czyć dolinę kor­do­nem dodat­ko­wych poste­run­ków także po to, by chro­nić swo­ich gości. Gdyby doszło do mordu na Woza­kach… Ken­neth obej­rzał już sobie ich z bli­ska. Nie wyglą­dali na spo­koj­nych i miłu­ją­cych pokój paste­rzy, jak to opi­sano w cesar­skim roz­ka­zie. Nie z tymi swo­imi nożami noszo­nymi na ple­cach, z wozami o bur­tach jak zam­kowe mury i całą tą bro­nią, którą zawsze trzy­mali pod ręką i na widoku. Pośrodku doliny zdą­żyli już wydep­tać kilka okrą­głych pla­ców ćwi­czeb­nych, po któ­rych dzień i noc pędziły rydwany, sza­lała ukryta z cięż­kimi tar­czami pie­chota, a uda­jące ludzi bele słomy jeżyły się set­kami strzał. I wszy­scy ci ciem­no­włosi, śnia­dzi przy­by­sze z ledwo skry­waną nie­cier­pli­wo­ścią popa­try­wali na wschód. Plotki mówiły, że jedna z kom­pa­nii Bękar­tów zna­la­zła szlak, któ­rym można się dostać na Wyżynę Lythe­rań­ską wozem.

Naj­wy­raź­niej sza­leń­stwo w tych górach było czymś nor­mal­nym.

Ken­neth uniósł prawą dłoń i dał sygnał. Jeden z żoł­nie­rzy wstał, otrze­pał płaszcz z masko­wa­nia i prze­cią­gnął się demon­stra­cyj­nie. Ten po dru­giej stro­nie sza­ła­sów robił w tej chwili to samo. Porucz­nik i ostatni z war­tow­ni­ków ani drgnęli. Opra­co­wali tę tak­tykę dwa lata temu, po schwy­ta­niu bandy Benca Wenha, byłego żoł­nie­rza i straż­nika kara­wa­no­wego, doświad­czo­nego, odważ­nego i zadzior­nego. Znał pół­nocne rejony Nowego Rewen­dath jak wła­sną kie­szeń i przez wiele mie­sięcy wodził Gór­ską Straż za nos, a Szó­sty Pułk miał za mało ludzi, żeby urzą­dzić na niego praw­dziwą obławę, więc trzy­dzie­stu wyrzut­ków, któ­rych Benc był hersz­tem, nie raz i nie dwa wymy­kało się z zasa­dzek. Jego banda naj­czę­ściej sto­so­wała linię jaw­nych i ukry­tych war­tow­ni­ków, dwóch czy trzech stało na widoku i okrzy­ki­wało się przez noc, a kolej­nych dwóch lub trzech masko­wało się i trzy­mało straż w mil­cze­niu. Jeśli komuś uda­łoby się podejść nie­spo­dzie­wa­nie i zaata­ko­wać pierw­szych, ci dru­dzy mieli dość czasu, by wsz­cząć alarm.

W trak­cie pierw­szego star­cia kom­pa­nia dostała po nosie: ledwo zdjęli war­tow­ni­ków, roz­le­gły się prze­ni­kliwe gwizdy i zamiast ude­rzyć na śpią­cych zbó­jów, Szóstki tra­fiły na mur włóczni i topo­rów. Odsko­czyli wtedy, pozy­cja ludzi Benca nie nada­wała się do fron­tal­nego ataku, a Ken­neth miał ze sobą tylko dwie dzie­siątki. Mie­siąc póź­niej, już w peł­nym skła­dzie, wytro­pili ich w jed­nej z jaskiń Wyso­kich Hal. I cze­kali do bla­dego świtu, gdy do trzech war­tow­ni­ków sto­ją­cych przed kry­jówką bandy dołą­czyło dwóch kolej­nych, spryt­nie ukry­tych wśród pobli­skich skał.

Zdjęli wszyst­kich salwą z kusz i ude­rzyli na resztę, nim oprzy­tom­niała.

Od tam­tego czasu kom­pa­nia miała żela­zną zasadę, że ni­gdy, przeni­gdy wszy­scy war­tow­nicy nie ujaw­niają swo­ich pozy­cji, dopóki cały oddział nie będzie na nogach.

Zawsze warto uczyć się na cudzych błę­dach.

Dwóch żoł­nie­rzy zaczęło cho­dzić mię­dzy sza­ła­sami, łomo­cząc w ściany. Zaczy­nał się kolejny dzień.

* * *

Sie­dziba dowódcy regi­mentu znaj­do­wała się oczy­wi­ście w zamku, choć to, że Kawer Monel wybrał sobie kom­natę nie­mal na szczy­cie naj­wyż­szej wieży, zakra­wało na kiep­ski żart. Sto dwa­dzie­ścia scho­dów powo­do­wało, że czło­wiek docie­rał do gene­rała zasa­pany i spo­cony, a sto­jąc przed nim, mógł tylko wysłu­chać roz­ka­zów i wydy­szeć „tak jest”.

I być może wła­śnie o to cho­dziło.

Ken­neth nauczył się nie spie­szyć w dro­dze na górę. Oczy­wi­ście to, że każe cze­kać Czar­nemu Kapi­ta­nowi tro­chę dłu­żej niż pozo­stali młodsi ofi­ce­ro­wie, z pew­no­ścią zostało zauwa­żone, ale gene­rał ni­gdy nie dał po sobie poznać, że taka postawa mu się nie podoba. W ogóle, jak porucz­nik zdą­żył się prze­ko­nać, mimo wybu­cho­wego cha­rak­teru dowódca Gór­skiej Straży w Ole­ka­dach w spra­wach pod­le­głych mu oddzia­łów zawsze był kon­kretny i zasad­ni­czy.

Mimo wszystko Ken­neth dotarł na szczyt wieży lekko zdy­szany. Wziął głę­boki oddech i zapu­kał.

— Wejść!

Kom­nata była kwa­dra­towa, z oknem pośrodku każ­dej ściany. Wąskie okna przy­po­mi­nały raczej strzel­nice niż otwory wpusz­cza­jące świa­tło, ściany stra­szyły byle jak obro­bio­nymi kamie­niami, które ide­al­nie paso­wały do poczer­nia­łych ze sta­ro­ści desek pod­łogi. Jedyne wypo­sa­że­nie sta­no­wiło pro­ste łóżko, kilka szaf, stół i krze­sło. I żela­zny kosz, sto­jący na żela­znej pły­cie i żarzący się węglami, choć aby porząd­nie ogrzać pomiesz­cze­nie, potrzeba by kominka sze­ro­kiego na dzie­sięć stóp. Chłód i wil­goć wręcz pro­mie­nio­wały z murów. Przy tym wnę­trzu nawet sza­łasy nad stru­mie­niem wyda­wały się przy­tulne. Cokol­wiek mówić, Kawer Monel nie wyma­gał od swo­ich ludzi wię­cej niż od sie­bie.

— Jest pan, porucz­niku.

Gene­rał uniósł głowę znad roz­ło­żo­nych na stole papie­rów i obrzu­cił go uważ­nym spoj­rze­niem. Ken­neth zdą­żył się przy­zwy­czaić do tych spoj­rzeń, które wyglą­dały, jakby zaraz za nimi miała pole­cieć wią­zanka na temat dłu­go­ści wło­sów, nie­chluj­nej brody, nie­do­sta­tecz­nego wypo­le­ro­wa­nia pan­ce­rza i butów, czyli wszyst­kich tych rze­czy, o które upier­dliwy ofi­cer mógł ochrza­nić młod­szego stop­niem. Czarny Kapi­tan miał różne nie­przy­jemne nawyki, ale upier­dliwy nie był.

— Jak minęła kolejna noc?

— Spo­koj­nie, panie gene­rale.

— Widzę. — Papiery zostały odsu­nięte w róg stołu, Kawer Monel oparł brodę na dło­niach i uśmiech­nął się lekko, co wyglą­dało, jakby bolał go ząb. — Wie pan, porucz­niku, że w grun­cie rze­czy nie jest pan naj­lep­szym dowódcą.

Ken­neth spoj­rzał na ścianę za jego ple­cami, przy­brał obo­jętną minę.

— Oba­wiam się, że nie rozu­miem, panie gene­rale.

— Wyda­łem roz­kaz, by pięć kom­pa­nii zajęło sta­no­wi­ska wokół doliny i miało oko na wszystko. — Uśmiech posze­rzył się. — Gdy byłem porucz­ni­kiem, też tak to nazy­wa­li­śmy. Ale do rze­czy. Cztery z tych kom­pa­nii oko­pały się w miej­scach, gdzie kaza­łem im się zatrzy­mać. Oto­czyły się kor­do­nem war­tow­ni­ków i psów, palą ogni­ska, wywrza­skują hasła i odzewy dzie­sięć razy na godzinę i to tak, że aż tu je sły­szę. Piąta nato­miast wydaje się całe noce spę­dzać na zasłu­żo­nym odpo­czynku, cicho i spo­koj­nie. Potrafi pan to wyja­śnić?

— Nasz obóz jest rów­nie dobrze strze­żony, jak pozo­stałe.

— Wiem o tym, panie porucz­niku. Gdyby było ina­czej, twoi ludzie robi­liby wła­śnie sto okrą­żeń wokół zamku w peł­nym rynsz­tunku, a ty sie­dział­byś w lochu. — Gene­rał wypro­sto­wał się i strzep­nął jakiś paproch z blatu. — Wysła­łem kilku zaufa­nych zwia­dow­ców, by was spraw­dzili. Niech pan nie robi takiej miny, porucz­niku, nie mie­li­ście szans ich dostrzec, to nasz teren. Sądzę, że w Nowym Rewen­dath wy mogli­by­ście tak podejść moich chłop­ców, ale tutaj to my znamy wszyst­kie ścieżki i krzaczki. W każ­dym razie byli pełni podziwu. Inne kom­pa­nie odstra­szają nie­bez­pie­czeń­stwo, wy je wabi­cie. Co byście zro­bili, gdyby ci zabójcy zła­pali przy­nętę?

— Zabi­li­by­śmy ich.

Ken­neth wciąż gapił się w ścianę, ale czuł, jak spoj­rze­nie dowódcy błą­dzi po jego twa­rzy.

— Tak. Szybka i zde­cy­do­wana odpo­wiedź, godna ofi­cera Straży.

Kawer Monel wstał i pod­szedł do znaj­du­ją­cego się za sto­łem okna. Odwró­cił się i przy­siadł na wąskim para­pe­cie.

— Wła­ści­wie powi­nie­nem pana pochwa­lić, gdyby nie to, że ma pan pod­krą­żone oczy i spra­wia wra­że­nie potwor­nie zmę­czo­nego. A prze­mę­czony ofi­cer nie jest w sta­nie dowo­dzić w cza­sie walki. Nie potrafi szybko myśleć ani decy­do­wać. To źle. Widy­wa­łem już oddziały, które nie­prze­my­ślany lub za późno wydany roz­kaz posy­łał na rzeź.

Porucz­nik ode­rwał wzrok od ściany i popa­trzył na Czar­nego Kapi­tana, który miał taką minę, jakby wła­śnie robił komuś żart. Nie patrzył w oczy Ken­ne­tha, co było tym bar­dziej dener­wu­jące. Gdy ktoś taki jak Kawer Monel nie patrzy ci w oczy, to zna­czy, że jest źle.

— Trzy­ma­nie warty wraz ze swo­imi ludźmi czy cho­dze­nie w szpicy na patrolu jest dobre w spo­koj­nych i cywi­li­zo­wa­nych pro­win­cjach, jakie macie na zacho­dzie. Ale nie tu i nie teraz. Zbyt bra­kuje mi dobrych ofi­ce­rów.

Porucz­nik rze­czy­wi­ście musiał być zmę­czony, dopiero po chwili bowiem jego nie­po­kój wzrósł. Veler­gorf wspo­mi­nał Monela jako zim­no­krwi­stego, twar­dego jak krze­mień sukin­syna, który gdy wszystko było w porządku, wrzesz­czał na swo­ich ludzi, wyzy­wał i klął. Nato­miast kiedy zaczy­nał chwa­lić, wszy­scy cho­dzili na palusz­kach, jakby ktoś wło­żył im w por­tki gniazdo os. A on, Ken­neth-lyw-Dara­wyt, chyba wła­śnie usły­szał coś w rodzaju kom­ple­mentu. Naj­wy­raź­niej Czarny Kapi­tan zamie­rzał mu podać rękę, trzy­ma­jąc w dłoni zatrutą igłę.

— Czy­ta­łem wła­śnie po raz kolejny raport puł­kow­nika Gewanra na temat prze­biegu służby pana i pań­skiej kom­pa­nii. I gdy­bym nie sły­szał o puł­kow­niku naprawdę dobrych rze­czy, zaczął­bym sądzić, że mnie okła­muje. Wie pan dla­czego?

— Nie, panie gene­rale.

— Bo zgod­nie z tym rapor­tem wysłał mi swój naj­lep­szy oddział.

Cho­lera, drugi kom­ple­ment.

— Na­dal nie rozu­miem, panie gene­rale. Szó­sty Pułk ma kilka innych, rów­nie zasłu­żo­nych kom­pa­nii, a my jeste­śmy w nim naj­młod­szym oddzia­łem.

— I naj­bar­dziej zna­nym. Przy­naj­mniej w oko­li­cach Belen­den. Rajdy na tereny ahe­rów, zli­kwi­do­wa­nie grupy prze­klę­tych cza­row­ni­ków, kilka roz­bi­tych dużych band, schwy­ta­nie szpiega, odna­le­zie­nie zimą zagi­nio­nego hra­biego Hen­dera-sed-Falera, i to pod­czas zamieci, doszczętne znisz­cze­nie trzy­stu­oso­bo­wej bandy Nawera Ta’Klaw, nawet tutaj o tym usły­sza­łem. Do tego pochwały na piśmie dla więk­szo­ści żoł­nie­rzy, prawo nosze­nia wła­snego znaku, i tak dalej. W rapor­cie wasz dowódca opi­sy­wał kom­pa­nię, jakby była panną na wyda­niu. Taką nie­zbyt uro­dziwą i z małym posa­giem.

Ken­neth potrze­bo­wał dłuż­szej chwili, by zro­zu­mieć alu­zję.

— Czyli uważa pan, panie gene­rale, że kła­mał?

— Ofi­cer Straży innemu ofi­ce­rowi Straży? — Uśmie­szek błą­dzący na bla­dych war­gach dowódcy pogłę­bił się. — Ni­gdy. Powiedzmy, że uwa­ża­łem, iż nieco kolo­ry­zo­wał.

Wygląd gene­rała odpo­wia­dał powszech­nym wyobra­że­niom o zim­no­krwi­stych sukin­sy­nach wszel­kiego auto­ra­mentu. Blada cera, krótko ścięte włosy, gładko ogo­lona twarz, jasno­nie­bie­skie, naj­czę­ściej zmru­żone oczy. Dla­tego gdy się uśmie­chał, czło­wiek miał wra­że­nie, że zaraz dosta­nie nożem w bebe­chy.

— Jesie­nią wysła­łem paru ludzi na zachód, żeby o was popy­tali i zadali kilka pytań puł­kow­ni­kowi Gewan­rowi. Nic spe­cjal­nego, wędru­jąc wzdłuż gór, sta­rali się zebrać infor­ma­cje o więk­szo­ści kom­pa­nii, które mi dosłano. W przy­padku Szó­stej w zasa­dzie potwier­dzili wszystko, co było w rapor­cie. Miej­scowi cią­gle was dobrze wspo­mi­nają.

Jeśli ten uśmiech miał być przy­ja­zny, to Ken­neth wolał nie wie­dzieć, jak wygląda taki zło­śliwy.

— Puł­kow­nik posze­rzył nieco opis, który zawarł w ofi­cjal­nym rapor­cie. Podobno star­li­ście się z bojową dru­żyną Szczu­rzej Nory.

— Przez pomyłkę, panie gene­rale. Nie ujaw­nili się nam. A potem była nocna walka…

— … w któ­rej każdy, kto nie nosi płasz­cza, to wróg. Wiem. Ale to po ich stro­nie zostało kilku zabi­tych i ran­nych. I ktoś w Norze posta­no­wił się na was ode­grać?

— Tak sły­sza­łem.

— Więc puł­kow­nik wysłał was tu, żeby ochro­nić oddział? Zna pan to powie­dzonko, ze stru­mie­nia do rzeki? Miej­scowe. Zresztą nie­ważne. — Monel mach­nął ręką. — Żałuję, że wię­cej kom­pa­nii nie weszło w drogę Szczu­rom.

— Nie rozu­miem — wyrwało się porucz­ni­kowi.

— Zeszłego lata wzdłuż gór poszedł roz­kaz, że dla wzmoc­nie­nia Regi­mentu Wschod­niego każdy pułk ma wysłać tutaj jedną kom­pa­nię. Zresztą tak powstała Szó­sta, nie­praw­daż? Kawa­łek papieru, kilka dzie­sią­tek z róż­nych miejsc, młody ofi­cer bez kon­kret­nego przy­działu, pie­czątka i mamy kom­pa­nię. Jakich ludzi pan dostał?

— Naj­lep­szych.

O, teraz wyja­śniło się, jak wygląda zło­śliwy uśmiech Czar­nego Kapi­tana. Ściany kom­naty zda­wały się pokry­wać szro­nem.

— Andan-key-Tref­fer – trzy­krot­nie mia­no­wany do stop­nia dzie­sięt­nika, dwa razy zde­gra­do­wany, w tym raz za obrazę ofi­cera. Bergh Maws – podej­rze­nia o nad­uży­cia, czyli kra­dzież zapa­sów z kuchni woj­sko­wej. Cawe Kaln – nagana za lek­ce­wa­żący sto­su­nek do prze­ło­żo­nych. Tenh-kea-Dyn­sah – podej­rze­nia o kon­takty z lokal­nymi ban­dami. Malawe Gryn­cel – nagana za znisz­cze­nie mie­nia o znacz­nej war­to­ści… — Gene­rał zawie­sił głos. — Mam wymie­niać dalej? Poza tym na pal­cach obu rąk mogę poli­czyć tych, któ­rzy mają za sobą wię­cej niż dzie­sięć lat służby. Dostał pan kiep­ski mate­riał i prze­kuł go w świetny oddział.

Jesz­cze jeden kom­ple­ment. Czarny Kapi­tan naj­wy­raź­niej zamie­rzał wysłać Szó­stą na samo dno pie­kła.

Andan rze­czy­wi­ście miał paskudny cha­rak­ter, ale jego poprzedni dowódca był po pro­stu upier­dli­wym gnoj­kiem, Bergh zbyt kochał psy, żeby pozwo­lić im gło­do­wać, zwłasz­cza kiedy kwa­ter­mistrz w jego poprzed­nim pułku kan­to­wał na ich racjach. Fakt, że kwa­ter­mistrz ten tra­fił potem do lochu, nie wpły­nął na wykre­śle­nie nagan z kar­to­teki dzie­sięt­nika. Tenh miał kilku kuzy­nów, któ­rych inni kuzyni podobno gdzieś zbó­jo­wali. Nic nie­zwy­kłego, bo wła­ści­wie w rodzi­nie każ­dego straż­nika, gdyby zagłę­bić się dosta­tecz­nie w więzy pokre­wień­stwa, był ktoś taki, ale chło­pak miał też za długi język i za bar­dzo się tym prze­chwa­lał. Malawe wpadł po pijaku do studni, a to, co tam zosta­wił, wyma­gało jej dokład­nego wyczysz­cze­nia. I tak dalej. Jeśli spoj­rzeć na każdy przy­pa­dek osobno, jego ludzie nie wypa­dali gorzej niż inni straż­nicy. Lecz jeśli zebrać je do kupy, to Czer­wone Szóstki miały naj­wyż­szą śred­nią wykro­czeń i nagan w zachod­niej czę­ści Ansar Kir­reh.

Gene­rał patrzył na niego i już się nie uśmie­chał.

— Dostał pan, porucz­niku, odpadki z innych kom­pa­nii. Naj­gor­sze, naj­bar­dziej krnąbrne dzie­siątki. A teraz, jak pan sądzi, jaki mate­riał dosta­łem ja?

Ken­neth prze­niósł spoj­rze­nie na ścianę.

— Nie wiem, panie gene­rale.

— Dobry. — Nie musiał patrzeć, by wie­dzieć, że Kawer Monel znów uśmie­cha się zło­śli­wie. — Szcze­rze mówiąc, lep­szy, niż myśla­łem. Z dwu­dzie­stu trzech puł­ków Gór­skiej Straży wysłano do mnie dwa­dzie­ścia trzy kom­pa­nie. W więk­szo­ści w nie­peł­nym skła­dzie, więc zamiast ponad dwóch tysięcy ludzi, dosta­łem ich tysiąc pię­ciu­set. Ale jak na Straż, to i tak spora siła. Tylko że – tak jak w przy­padku Szó­stej Kom­pa­nii – dowódcy oddzia­łów, któ­rym naka­zano się podzie­lić ludźmi, wybie­rali tych naj­mniej war­to­ścio­wych. Krnąbr­nych, mniej roz­gar­nię­tych, świeżo zacią­gnię­tych i tak dalej. Ósmy pułk przy­słał mi kom­pa­nię skła­da­jącą się z samych rekru­tów, osiem­dzie­się­ciu trzech mło­ko­sów, któ­rzy nor­mal­nie powinni przynaj­mniej jesz­cze rok albo dwa ćwi­czyć szer­mierkę i strze­la­nie, zanim pozwo­lił­bym im wycho­dzić na patrole. Dowódca Ósmego po pro­stu zebrał wszyst­kich goło­wą­sów z pułku, utwo­rzył z nich kom­pa­nię i wysłał na wschód. Poroz­ma­wiam z nim o tym przy naj­bliż­szej oka­zji.

Porucz­nik usły­szał sze­lest papie­rów.

— Mimo wszystko w takiej masie ludzi zna­la­zło się kilku, z któ­rymi nawet ja nie za bar­dzo wiem, co zro­bić — w gło­sie Czar­nego Kapi­tana nie można było usły­szeć niczego poza praw­dzi­wym zakło­po­ta­niem. — To zna­czy, porucz­niku lyw-Dara­wyt, gdy­bym miał wię­cej czasu, moje Bękarty zmie­ni­łyby ich w żoł­nie­rzy naj­wyż­szej próby, ale teraz, gdy w górach giną ludzie, a na doda­tek mamy na gło­wie gości… Pro­szę mi powie­dzieć, dla­czego pełni pan warty z wła­sną kom­pa­nią? — rzu­cił znie­nacka.

Pro­szę. W ich roz­mo­wie po raz pierw­szy padło „pro­szę”. Po raz pierw­szy, odkąd Ken­neth tra­fił pod dowódz­two Czar­nego. Naj­pierw seria kom­ple­men­tów, a teraz „pro­szę”. Już nie żyjemy, prze­mknęło mu przez głowę.

— Jest nas tylko czter­dzie­stu — odpo­wie­dział, ostroż­nie dobie­ra­jąc słowa, lecz po czę­ści zgod­nie z prawdą. — Gdy każdy czło­wiek się liczy, dowódca nie może zaj­mo­wać uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji.

— Poza tym dowódca nie zasy­pia, zanim jego żoł­nie­rze nie znajdą noc­legu, pierw­szy wstaje, ostatni idzie spać, nie je, dopóki jego ludzie są głodni, i tak dalej. Znam te zasady, porucz­niku. Nie są ujęte w regu­la­mi­nie armii, ale żaden ofi­cer Straży nie może ich lek­ce­wa­żyć, jeśli chce wyjść ze swo­imi ludźmi w teren i wró­cić. — Papiery zasze­le­ściły ponow­nie. — Pan jed­nak posze­rzył te zwy­czaje, trzyma wartę, cho­dzi na szpicy, wyrywa się naprzód wtedy, gdy powi­nien zostać z tyłu. Odkąd objął pan dowódz­two, Szó­sta stra­ciła tylko kilku ludzi i mam wra­że­nie, że stara się pan utrzy­mać ten stan za wszelką cenę. Nawet ryzy­ku­jąc wła­sne życie wtedy, gdy powi­nien ryzy­ko­wać życie żoł­nie­rzy. Mam rację?

Szcze­rze mówiąc, Ken­neth ni­gdy nie myślał o tym w ten spo­sób. Wycho­dził na szpicę, szedł w nie­bez­pieczne miej­sca, sta­wał w pierw­szej linii, bo po pro­stu nie przy­szło mu do głowy, że można ina­czej. Uwa­żał się za straż­nika i tyle.

— Nie sły­szę odpo­wie­dzi.

Porucz­nik spoj­rzał wresz­cie na dowódcę, w ostat­niej chwili powstrzy­mu­jąc się od wzru­sze­nia ramio­nami.

— Bo nie wiem co odpo­wie­dzieć, panie gene­rale.

— Rozu­miem. Niech więc będzie, że ma pan za mało żoł­nie­rzy, porucz­niku. Szcze­rze mówiąc, ja rów­nież uwa­żam, że cztery dzie­siątki to nie kom­pa­nia. Dla­tego posta­no­wi­łem przy­dzie­lić wam nowych ludzi. Tu jest roz­kaz. — Kawer Monel poma­chał trzy­maną w ręku kartką. — Obej­mie pan dowódz­two nad Sta­jen­nymi. Trzy­dzie­stu czte­rech straż­ni­ków. Powo­dze­nia.

* * *

Poranne prze­cią­ga­nie się to dla każ­dego swo­isty rytuał, jakby wyko­nu­jąc te wszyst­kie ruchy, czło­wiek sta­wał się na chwilę kapła­nem skła­da­ją­cym hołd Opie­kunce Snu. Pro­blem z Dagheną pole­gał na tym, że w takich chwi­lach była wyjąt­kowo wie­rzącą i zaan­ga­żo­waną kapłanką.

Kailean naj­pierw omal nie wypa­dła z łóżka, potem dostała łok­ciem po żebrach, wresz­cie coś wal­nęło ją w twarz. I wszystko do wtóru prze­cią­głego „uuuuuch”.

— Cze­kaj — mruk­nęła, pró­bu­jąc owi­nąć się kocem. — Zaraz znajdę sza­blę i poga­damy.

— Oj, daj spo­kój — dobie­gło z pół­mroku. — Zaczy­namy kolejny piękny dzień. Zaraz przyj­dzie tu ten prze­klęty Szczur i będzie nas uczył. I popra­wiał, i zmu­szał do zapa­mię­ty­wa­nia mnó­stwa nie­po­trzeb­nych rze­czy. Pozwól na chwilę przy­jem­no­ści swo­jej księż­niczce. Uuuuch, ależ mia­łam sen.

W ostat­nim zda­niu czaił się szel­mow­ski, lekko roz­ma­rzony uśmiech. Kailean mimo wszystko poczuła zain­te­re­so­wa­nie.

— O naszym Szczu­rze?

— No co ty? O… Zresztą, nie powiem ci.

— Cze­kaj no, ty… zarazo, o, już widzę. Wczo­raj świet­nie ją wyostrzy­łam, słowo. To o kim?

— Nie powiem. A żeby mnie ciach­nąć, musia­ła­byś wyleźć z łóżka. Już to widzę.

Miała rację, psia­krew. Każ­dego ranka wyj­ście spod koca było wyzwa­niem. Kailean przy­wy­kła do noc­le­gów w róż­nych miej­scach, w szo­pach, staj­niach, na gołej ziemi, i sądziła, że wie, co to wysy­sa­jący każdą odro­binę cie­pła ziąb, ale zamek Keh­lo­ren nauczył ją nowych rze­czy. Te mury były stare, miały pra­wie czte­ry­sta lat i chyba ni­gdy w swo­jej histo­rii nie zostały nale­ży­cie ogrzane.

Dla dziew­czyn wybrano kom­natę w jed­nej z przy­sa­dzi­stych, naroż­nych wież, gdzie dwie zewnętrzne ściany od stu­leci pie­ściły się z wia­trem i desz­czem, i chyba przez to prze­jęły część wła­ści­wo­ści jed­nego i dru­giego. Były lodo­wate i mokre nie­mal przez cały czas, a w jed­nym z naroż­ni­ków skra­pla­jąca się nocą woda two­rzyła małą kałużę. Posadzka w dotyku przy­po­mi­nała zamar­z­niętą sadzawkę, a z sufitu potra­fiła spaść za koł­nierz pod­stępna kro­pla. Na doda­tek wąskie okno wycho­dziło na pół­noc, więc słońce ni­gdy tu nie zaglą­dało, a jedy­nym źró­dłem świa­tła było kilka świec i mała lampka. Żad­nego kominka, żad­nego pieca, nawet kosza z żarem. Zła wen­ty­la­cja – wyja­śnił Ekken­hard, gdy popro­siły o coś takiego.

Od kilku dni zasta­na­wiały się, czy nie lepiej byłoby im w lochu.

Daghena prze­cią­gnęła się jesz­cze raz, znów łok­ciem tra­fia­jąc Kailean w żebra. W kom­na­cie znaj­do­wały się dwa poje­dyn­cze łóżka, ale po pierw­szej nocy zsu­nęły je i spały razem, dzie­ląc się odro­biną cie­pła. Spraw­dzało się to nie­źle, tylko poranki, skła­da­jące się z posztur­chi­wa­nia i prób zawład­nię­cia oboma kocami, były nie­zmien­nie iry­tu­jące.

— To która wycho­dzi i zapala lampę? — Kailean nie zadała sobie trudu wysu­nię­cia głowy spod przy­kry­cia.

— Inra-lon-Weris oczy­wi­ście — obcy głos docho­dził spod ściany. — Nie do przy­ję­cia jest, by księż­niczka Gee’nera z rodu Fren­wel­sów wsta­wała pierw­sza, pod­czas gdy jej dama do towa­rzy­stwa wyle­guje się w łóżku.

Koce pofru­nęły do góry, zanim padło słowo „księż­niczka”, a przy sło­wie „towa­rzy­stwa” obie były już na nogach, jedna z sza­blą, druga z nożem i bran­so­letką z kilku kamy­ków powią­za­nych rze­my­kiem w rękach. Kobieta sie­dząca pod ścianą skoń­czyła zda­nie, mając przed twa­rzą dwa ostrza i błysz­czący dzi­wacz­nie tali­zman. Nawet nie mru­gnęła.

— Ekken­hard uprze­dził mnie, że cze­goś takiego mogę się spo­dzie­wać, ale muszę stwier­dzić, że i tak mnie zasko­czy­ły­ście. Noc­legi pod gołym nie­bem z nie­przy­ja­ciółmi mogą­cymi czaić się gdzieś w ciem­no­ściach, nie­praw­daż moje dro­gie? Warty na wro­gim tere­nie, gdy od was zależy życie towa­rzy­szy. Broń zawsze pod ręką i cią­gła czuj­ność, mam rację?

Obca sie­działa na krze­śle z taką god­no­ścią, jakby to był tron. Wypro­sto­wana, z siwie­ją­cymi wło­sami zacze­sa­nymi w malutki kok, w czar­nej sukni zła­ma­nej tylko bielą koł­nie­rzyka i man­kie­tów. Dło­nie zło­żyła na podołku. W bla­dej twa­rzy zwra­cały uwagę ciemne prze­ni­kliwe oczy.

Kailean opu­ściła sza­blę.

— A mimo to weszłaś tutaj, a my cię nie usły­sza­ły­śmy. Kim jesteś? Zawo­dową skry­to­bój­czy­nią?

Kobieta potrzą­snęła głową.

— Nie, moja droga. Jestem kimś groź­niej­szym, kimś, kto może podejść do cie­bie o każ­dej porze dnia i nocy. Kimś, kto może cię ubie­rać i roz­bie­rać, doty­kać nagą, grze­bać w bie­liź­nie, spraw­dzać listy, podać tru­ci­znę w jadle i napoju, wykraść każde doku­menty, odkryć każdy sekret. Kimś, kogo nie dostrze­gasz, kto poru­sza się jak cień na samym skraju widze­nia, lecz zawsze jest pod ręką. — Uśmiech­nęła się, nie­spo­dzie­wa­nie ład­nie i życz­li­wie. — Jestem zawo­dową słu­żącą od trzy­dzie­stu lat.

Mach­nęła dło­nią w stronę Dagheny.

— Twój nóż, skar­bie. Była­byś tak uprzejma? I to, co trzy­masz w dru­giej ręce też.

Daghena zawa­hała się, po czym opu­ściła broń.

— Dobrze. Muszę wspo­mnieć Ekken­har­dowi, że warunki, jakie wam zapew­nił, są bar­dziej niż skan­da­liczne. Zimno, ciemno i wil­gotno. Pew­nie stąd wasze stroje, jak mnie­mam?

Spoj­rzały na sie­bie. Grube koszule, weł­niane por­tki i skar­pety. O co jej cho­dzi?

Ubrana na czarno kobieta wyko­nała ruch, jakby zamie­rzała wstać, i zamarła ze szty­chem sza­bli przy piersi.

— Nie przed­sta­wi­łaś się… moja droga. — Kailean pozwo­liła sobie na zło­śli­wość, ale dla pod­kre­śle­nia powagi deli­kat­nie poru­szyła bro­nią. — Rzu­ce­nie imie­niem Szczura to za mało. Zbyt wielu go zna. Weszłaś tu bez zapro­sze­nia, a u nas, na Wscho­dzie, można dostać za to sza­blą po łbie. Powiedz mi coś wię­cej albo zwią­żemy cię i pocze­kamy na naszego opie­kuna.

Kobieta opa­dła na krze­sło, ponow­nie splo­tła palce na podołku i uśmiech­nęła się samymi oczami.

— Ekken­hard chyba was nie doce­nia. — Prze­krzy­wiła głowę, uważ­nie mie­rząc Kailean wzro­kiem. — Wspo­mi­nał coś o dwóch gąskach z pro­win­cji, które idą na rzeź, ale nie jeste­ście takie naiwne, jak sądzi. Mam rację?

Sza­bla deli­kat­nie oparła się o jej mostek.

— Dobrze. — Uśmiech z oczu nie znik­nął. — Ty jesteś Kailean-ann-Ale­wan, przy­brana córka Woza­ków Ver­danno, a ona to Daghena Oany­ter z rodu Weghein, z ple­mie­nia Heary­sów. Obie macie za zada­nie wcie­lić się w wozacką księż­niczkę i jej towa­rzyszkę i udać do zamku hra­biego Cyw­rasa-der-Malega. Waszym zada­niem będzie spraw­dze­nie, dla­czego więk­szość mor­dów i zagi­nięć w Ole­ka­dach ma miej­sce w pobliżu jego ziem. Ty, dro­gie dziecko — spoj­rzała na Daghenę — masz być bar­ba­rzyń­ską księż­niczką, bo twoja uroda, cał­kiem inte­re­su­jąca zresztą, pasuje do tego, jak miej­scowi wyobra­żają sobie taką osobę. Kailean ma odgry­wać Inrę-lon-Weris, Meekhankę czy­stej krwi, którą księż­niczka wynaj­muje jako towa­rzyszkę i nauczy­cielkę języka. Ponie­waż ostat­nia wielka kara­wana ma przy­być dopiero za kilka dni, a Wozacy nie zgo­dzi­liby się, by ich księż­niczka opu­ściła obóz, nim wszystko zosta­nie nale­ży­cie przy­go­to­wane, mamy jesz­cze tro­chę czasu, by nauczyć was ról. Prze­ko­na­łam cię?

— Tak. — Kailean cof­nęła sza­blę. — Co teraz?

— Teraz wró­ci­cie do łóżka, zanim się prze­zię­bi­cie.

Usia­dły na łóżku, cho­wa­jąc prze­mar­z­nięte stopy pod kocami, ale wciąż trzy­ma­jąc broń na widoku. Kobieta wyda­wała się nie zwra­cać na to uwagi.

— Mam na imię Besara i to musi wam wystar­czyć. Może­cie do mnie mówić pani Besaro i od tej chwili będę waszą nauczy­cielką ety­kiety. Musi­cie ją poznać w takim stop­niu, by wasza… misja nie zakoń­czyła się zaraz za bramą zamku hra­biego.

— Ale…

— Cisza! Ja mówię, wy słu­cha­cie. To lek­cja pierw­sza i doty­czy ona zwłasz­cza cie­bie, panno Inro. Jesteś damą do towa­rzy­stwa wynaj­mo­waną za pie­nią­dze. Takie osoby nie pyskują, nie odzy­wają się nie­py­tane i nie rzu­cają ponu­rych spoj­rzeń spode łba. Tak jak ty teraz. Wypro­stuj się!

Kailean unio­sła głowę.

— Dobrze. Musisz zro­zu­mieć, że wyda się podej­rzane, jeśli towa­rzyszka księż­niczki nie będzie miała choć odro­biny ogłady. Nikt nie uwie­rzy, że człon­kini kró­lew­skiego rodu wyna­jęła dzie­wu­chę zgar­niętą z pastwi­ska. Nie doko­nam cudu i nie zamie­nię cię w zawo­dową damę do towa­rzy­stwa, mówiącą kil­koma języ­kami, gra­jącą na kil­ku­na­stu instru­men­tach, cytu­jącą filo­zo­fów i poetów. Ale mogę cię przy­go­to­wać do ode­gra­nia two­jej rólki: Inry-lon-Weris, trze­ciej córki kupca, który stra­cił więk­szość majątku, bo źle zain­we­sto­wał. Pie­nię­dzy wystar­czyło na posagi jedy­nie dla star­szych sióstr, które wydały się już i mają dzieci. Nie­spo­dzie­wa­nie w zeszłym roku wasz ojciec umarł i zosta­łaś sama. Sio­stry nie­zbyt chęt­nie przy­ję­łyby cię pod swój dach, zresztą tobie się do tego nie spie­szyło. Zamiast tego pra­co­wa­łaś jako guwer­nantka, ucząc dzieci byłego wspól­nika ojca. Ekken­hard wspo­mi­nał, że umiesz czy­tać i pisać. Miał rację?

— Tak.

— Dosko­nale. To mały szcze­gół, ale ważny, jako dama do towa­rzy­stwa musisz to umieć. Gdy twój pra­co­dawca zaczął poświę­cać ci wię­cej uwagi, niż powi­nien, ucie­kłaś i przy­ję­łaś pro­po­zy­cję księż­niczki. Woza­ków znasz dość dobrze, bo dora­sta­łaś w pobliżu Man­del­len, a twój ojciec han­dlo­wał z nimi przez lata. Dla­tego gdy księż­niczka Gee’nera zaczęła szu­kać nowej damy do towa­rzy­stwa, bo poprzed­nia nie zde­cy­do­wała się na podróż na pół­noc, przy­ję­łaś tę pracę. Jako sie­rota bez majątku nie mia­łaś nic do stra­ce­nia, a księż­niczka płaci wystar­cza­jąco dobrze, byś w kilka mie­sięcy odło­żyła na solidny posag. Nadą­żasz, czy mówię za szybko?

— Nadą­żam. — Kailean popra­wiła się na łóżku. — Ale po co mi to?

— Bo w zamku hra­biego będziesz miała nie­zbyt jasny sta­tus. Coś mię­dzy słu­żącą a damą do towa­rzy­stwa. Nie­wy­klu­czone, że część czasu spę­dzisz z dala od księż­niczki. Wola­ła­bym tego unik­nąć, ale są spo­tka­nia, na które po pro­stu nie zapra­sza się kogoś spoza ary­sto­kra­cji. Wtedy będziesz miała oka­zję pokrę­cić się po zamku, a służba zawsze lubi plotki i opo­wie­ści. Tak naprawdę — spoj­rze­nie czar­nych oczu zro­biło się bar­dzo poważne — twoja rola jest trud­niej­sza niż jej. Wozacy są dla tutej­szych ludzi cał­ko­witą zagadką, bandą bar­ba­rzyń­ców ze wschod­nich ste­pów. Nawet w cza­sach gdy kara­wany Ver­danno jeź­dziły jesz­cze po Wyży­nie Lythe­rań­skiej, nie utrzy­my­wano z nimi bliż­szych kon­tak­tów, Ole­kady to praw­dziwy mur gra­niczny. Gdyby Gee’nera zaczęła nagle jeść, trzy­ma­jąc łyżkę pal­cami stóp, nawet się nie skrzy­wią, bo wia­domo, że wszy­scy bar­ba­rzyńcy tak jedzą. Ale dziew­czyna z meekhań­skiej rodziny to co innego. To cie­bie będą pod­py­ty­wać o księż­niczkę, i to zarówno słu­żący, jak i lepiej uro­dzeni. Z pew­no­ścią zosta­niesz przed­sta­wiona hra­biemu i nie­wy­klu­czone, że zechce on poroz­ma­wiać z tobą na osob­no­ści. Twoja histo­ria musi być pro­sta, krótka, nie­mal banalna. Ale masz ją zapa­mię­tać w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, bo pew­nie nie­je­den raz będziesz musiała ją powtó­rzyć. Każdy błąd może być dla was ostat­nim. Jakieś pyta­nia?

— Dla­czego oko­lice Man­del­len?

— Bo stam­tąd, jak sły­sza­łam, pocho­dzi­cie. To uła­twia sprawę, nie musisz się uczyć nazw wszyst­kich mia­ste­czek i wio­sek, nie musisz zapa­mię­ty­wać nowych szcze­gó­łów. Poza tym mimo wszystko tutejsi cza­sem ruszają się z gór. Hra­bia wysyła ludzi, by kupo­wali dla niego koń­skie uprzęże, skóry czy bydło, bo tak jest taniej, niż korzy­stać z pośred­nic­twa kup­ców. Bra­ta­nek hra­biego chęt­nie jeź­dzi na połu­dnie, by na Ste­pach polo­wać na dro­pie, wilki i inną zwie­rzynę. Ist­nieje cień szansy, że on sam – albo ktoś z jego orszaku – widział cię kie­dyś w innych oko­licz­no­ściach. Pamięć ludzka działa wybiór­czo, ktoś może zapa­mię­tać twarz, ale nie przy­po­mni sobie, skąd ją zna. Jeśli wspo­mnisz, że miesz­ka­łaś w oko­li­cach Man­del­len, umysł tego kogoś — Besara postu­kała pal­cem w skroń — sam dopo­wie sobie resztę. Nagle zacznie pamię­tać, że widział cię na jakiejś ulicy, gdzie towa­rzy­szy­łaś ojcu. Tak to działa.

— A jak wyja­śnimy to?

Kailean pod­nio­sła prawą dłoń, poka­zu­jąc zgru­bie­nia od cię­ciwy na pal­cach.

— Łucz­nic­two to żaden pro­blem. Nawet wśród miej­sco­wych dziew­cząt to popu­larna roz­rywka, a tutaj nie­któ­rzy sądzą, że na Wscho­dzie każdy musi zabić co naj­mniej trzech Se-koh­land­czy­ków, i to zanim będzie mógł usiąść do obiadu. Uczy­łaś się strze­lać od naj­młod­szych lat, tak jak twoje sio­stry, bo takie jest życie na pogra­ni­czu. Gorzej wygląda sprawa blizn.

— Blizn?

Cienki palec wska­zał na Daghenę.

— Ty masz bli­znę po sza­bli na lewym barku, coś, co wygląda jak ślad po strzale, która prze­szyła ci łydkę, i poszar­paną bli­znę tuż nad pra­wym bio­drem. Ona — wska­zała na Kailean — bli­znę na lewym ramie­niu, na łydce coś, co wygląda jak rana zadana widłami, na ple­cach dwa ślady w oko­li­cach pra­wej nerki oraz bli­znę po dłu­gim, ale na szczę­ście płyt­kim cię­ciu bie­gną­cym przez prawe udo. Ład­nie się zro­sła ta rana, i to nawet bez szwów.

Przez chwilę mil­czały, skon­ster­no­wane.

— Wczo­raj­sza kąpiel — Daghena była szyb­sza. — Ten szczu­rzy pomiot…

— Obie­cał, że nie będzie was pod­glą­dał żaden męż­czy­zna, i dotrzy­mał słowa. A dzięki temu nie musi­cie się teraz roz­bie­rać, żebym mogła was obej­rzeć.

Przez chwilę mie­rzyły się wzro­kiem i Kailean nagle nabrała pew­no­ści, że gdyby ta nie­wy­soka prze­cież, drobna kobieta w skrom­nej sukni kazała, to rze­czy­wi­ście sta­łyby teraz z Dagheną gołe i pozwa­lały się oglą­dać jak kla­cze na targu.

Bo tak kazał Laskol­nyk.

— Macie bli­zny jak zawo­dowi żoł­nie­rze. Dla jed­nej czy dwóch mogła­bym wymy­ślić jakąś bajeczkę, o napa­dzie sprzed lat czy upadku z konia wprost na ster­czący z ogro­dze­nia gwóźdź, ale takiej kolek­cji nie zatu­szuje żadna wia­ry­godna histo­ria. Wpro­wa­dzimy zatem ver­dań­ski oby­czaj, zgod­nie z któ­rym nikt poza naj­bliż­szym oto­cze­niem nie ma prawa zoba­czyć księż­niczki krwi bez ubra­nia. Nie wiem, kto z wami poje­dzie, Ekken­hard wciąż się jesz­cze nad tym zasta­na­wia, ale z pew­no­ścią nie będzie to duży orszak, więc hra­bia zapro­po­nuje wam kilka słu­żą­cych do posług. Trzy­maj­cie je na dystans, uwa­żaj­cie, co przy nich mówi­cie, i nie pozwól­cie, by zoba­czyły was nago. Kąpiel tylko w towa­rzy­stwie Inry, pod osłoną jakichś para­wa­nów. To samo doty­czy cie­bie, choć tu ści­słej pry­wat­no­ści nie da się tak łatwo uspra­wie­dli­wić, możesz korzy­stać z wody po kąpieli jej ksią­żę­cej wyso­ko­ści. Zro­zu­mia­ły­ście?

Przy­tak­nęły.

— Od teraz wpro­wa­dzamy też kilka nowych zasad. Po pierw­sze Kailean i Daghena nie ist­nieją. W tej kom­na­cie prze­by­wają tylko Inra i Gee’nera. Tak macie się do sie­bie zwra­cać i tylko na te imiona reago­wać. Przy czym ty, Inro, masz zacho­wy­wać w sto­sunku do księż­niczki pełen sza­cunku dystans. Może to być sza­cu­nek pod­szyty sym­pa­tią, ale żad­nego posztur­chi­wa­nia, prze­kli­na­nia i głu­pich odzy­wek. Ona płaci ci sporo pie­nię­dzy, a jeśli stra­cisz tę pracę, nie będziesz miała gdzie się podziać, bo jesteś tylko ubogą sie­rotą. Myśl w ten spo­sób, bo jeden błąd i może­cie zgi­nąć. Pamię­taj­cie, po co tam idzie­cie. Jeśli podej­rze­nia Szczu­rzej Nory są praw­dziwe, wasze życie zależy od jed­nego nie­wła­ści­wego gry­masu i uśmie­chu. Rozu­mie­cie?

Cho­lera, Kailean popra­wiła się na łóżku, na pewno jeste­śmy od niej sil­niej­sze i na doda­tek mamy broń, ale to ona tu rzą­dzi. To nie gra żelaza i stali, ale pod­stę­pów i sekre­tów. Zaci­snęła dło­nie.

To nie nasz świat.

Przy­tak­nęła.

— Po dru­gie od teraz ubie­ra­cie się w — Besara uśmiech­nęła się uro­czo — odpo­wied­nie stroje. Cho­dzi­ły­ście kie­dyś w sukien­kach, prawda? Nie, nie… to tylko żar­cik, ale koniec z por­t­kami i szy­tymi na męską modłę koszu­lami. Dla cie­bie, Inro, mam kilka sukie­nek, skrom­nych, ale w dobrym guście, dla księż­niczki kilka tra­dy­cyj­nych ver­dań­skich ubio­rów, cał­kiem ład­nych. Do tego poń­czo­chy, bie­li­zna, tro­chę kosme­ty­ków. Żad­nych sza­bel, noży, szty­le­tów.

— Mamy wejść z gołymi rękami mię­dzy wilki?

— Zdzi­wisz się, dziecko, ile broni może mieć przy sobie skromna dama do towa­rzy­stwa i co można zro­bić czło­wie­kowi za pomocą zwy­kłego lusterka z pole­ro­wa­nej stali. Pokażę wam. Po trze­cie — zakla­skała ener­gicz­nie — koniec z chło­dem i wil­go­cią.

Drzwi otwo­rzyły się i wszedł Ekken­hard z jesz­cze jed­nym męż­czy­zną. Tasz­czyli zawie­szony na drągu żela­zny kosz wypeł­niony po brzegi wiel­kimi oto­cza­kami. Nawet sie­dząc na łóżku, dało się wyczuć bijące od nich gorąco.

— Przy­niosą jesz­cze jeden i będą je wymie­niać kilka razy dzien­nie. W takich warun­kach, jakie mamy tutaj, czło­wiek wolno myśli i źle zapa­mię­tuje ważne rze­czy. A to bar­dzo nie­do­brze, mam rację?

Obie popa­trzyły na kosz, czer­wo­nego z wysiłku Szczura i uśmiech­nęły się sze­roko. Dzień chyba skoń­czy się lepiej niż wszyst­kie poprzed­nie.

— Ma pani oczy­wi­ście rację, pani Besaro.

* * *

Key’la myk­nęła w krzaki i przy­lgnęła do ziemi. Ostra gór­ska trawa dra­pała nie­przy­jem­nie nagie ramiona, ale ona nie zwra­cała na to uwagi. Nee’wa była już bli­sko i lada moment mogła ją zauwa­żyć. Ni­gdy jej nie znajdą. Ni­gdy, ni­gdy, ni­gdy!

Wtu­liła twarz w kępkę mchu i wstrzy­mała oddech.

Ni­gdy!

Sio­stra wyszła zza drzewa, rozej­rzała się z nieco prze­stra­szoną miną, otwo­rzyła usta, lecz po chwili zre­zy­gno­wała z nawo­ły­wa­nia. Nie ma sensu nawo­ły­wać kogoś, kto ucieka, wykrzy­ku­jąc, że już NI­GDY nie wróci. Przy­naj­mniej dopóki ten ktoś nie ochło­nie i sam nie będzie chciał zostać odna­le­ziony.

No i oczy­wi­ście pozo­sta­wała jesz­cze sprawa lasu. Drzew, krza­ków, kęp trawy wyglą­da­ją­cych jak sierść jakichś przy­cza­jo­nych bestii, cieni, dziw­nych sze­le­stów, tajem­ni­czych odgło­sów i tego, że grunt – zamiast jak bogo­wie kazali leżeć pła­sko – wzno­sił się, coraz więk­szą stro­mi­zną, a drzewa, tylko dzięki jakimś magicz­nym sztucz­kom, rosły pio­nowo. I tego, że zwy­czaj­nie dyszała po prze­bie­gnię­ciu ledwo połowy mili, bo nogi nie przy­wy­kły do wspi­naczki.

Prze­ra­ża­jące miej­sce.

Key’la patrzyła, jak Nee’wa mija jej kry­jówkę i idzie dalej. Nie ode­zwała się, nawet nie drgnęła, mimo że i twarz sio­stry, i cała syl­wetka wyra­żały niemą prośbę. Znajdź się, znajdź się, pro­szę! Prze­pra­szam!

Nie! Ni­gdy jej nie wyba­czy tego, co powie­działa! Ni­gdy! I ni­gdy nie wróci do domu!

Wszystko zaczęło się dziś rano. Obo­zo­wi­ska wciąż się roz­ra­stały, kolejne wozy wjeż­dżały do doliny nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem i zaj­mo­wały wyzna­czone miej­sca. Powstało już osiem wiel­kich czwo­ro­bo­ków, a miały się poja­wić jesz­cze dwa. Czter­dzie­ści tysięcy wozów, naj­więk­sze zgro­ma­dze­nie Ver­danno w histo­rii. I oby nie ostat­nie, powta­rzał ojciec, a jego posępna twarz marsz­czyła się wtedy gniew­nie.

Key’la nie bar­dzo orien­to­wała się w tym wszyst­kim.

Mieli jechać na wschód, tak wszy­scy mówili, a wyru­szyli na pół­noc; mieli ode­brać Se-koh­land­czy­kom zie­mię przod­ków, piękną, wielką wyżynę, po któ­rej wozy Ver­danno jeź­dziły przez tysiąc lat, a wje­chali mię­dzy wyso­kie, strome niczym mury zamku szczyty, które wyglą­dały, jakby były gotowe zmiaż­dżyć ich swoim cię­ża­rem. Wiel­kie wozy bojowe, wyda­łoby się nie­zwy­cię­żone na Ste­pach, tutaj, w obli­czu tych gór, sta­wały się nagle takie… takie kru­che. Ludzie w obo­zach sta­rali się nie patrzeć na ota­cza­jące ich wierz­chołki, omi­jali je wzro­kiem, sku­piali uwagę na naj­bliż­szym oto­cze­niu, sprzą­ta­niu, goto­wa­niu posił­ków, dba­niu o zwie­rzęta, ćwi­cze­niach. A wie­czo­rami, gdy słońce cho­wało się za gra­nie, szybko zamy­kali się w wozach i szli spać.

Tylko nie Nee’wa. Śred­nia sio­stra wymy­kała się wie­czo­rami na jakieś tajem­ni­cze spo­tka­nia, nie­zau­wa­żona, bo Ana’we spę­dzała te chwile w gro­nie doro­słych już kobiet i panien na wyda­niu, piku­jąc grube, skó­rzane maty, które miały chro­nić grzbiety i boki koni w cza­sie walki, opie­rza­jąc drzewce strzał, warząc lecz­ni­cze maści i dria­kwie. W trak­cie tych spo­tkań dostojne matrony obser­wo­wały dys­kret­nie urodę dziew­cząt, ich zręcz­ność w pracy, ogładę, grzecz­ność i skrom­ność. Choć ojciec krę­cił na to nosem i powta­rzał, że te stare kobyły patrzą raczej na ich stroje i na to, ile złota i sre­bra dziew­czyna na sie­bie założy; jakby i tak wszy­scy nie wie­dzieli, jaki mają­tek mają sąsie­dzi.

Mimo wszystko jasne było, że naj­star­sza z sióstr wysta­wia się na sprze­daż. Liczba mło­dych męż­czyzn, któ­rzy ostat­nio przy­cho­dzili do kuźni z byle dro­bia­zgiem do naprawy, była impo­nu­jąca. Ich sąsie­dzi w obo­zie śmiali się, że córka napę­dza And’ewer­sowi klien­tów. I jako panna na wyda­niu sypiała ona teraz na wozie ojca, w spe­cjal­nie dla niej prze­zna­czo­nej czę­ści z osob­nym wej­ściem.

A Nee’wa, korzy­sta­jąc z tego, że w wozie sypial­nym zostały we dwie, wymy­kała się wie­czo­rami i wra­cała dopiero nad ranem, roz­grzana, zaru­mie­niona i zdy­szana. Key’la wresz­cie nie wytrzy­mała i powie­działa jej, że wie o tych noc­nych wyciecz­kach i że jeśli Nee’wa nie zabie­rze jej ze sobą, wszystko powie ojcu.

„Ty mały szpiclu”. Star­sza sio­stra wysy­czała jej to w twarz z taką miną, że przez chwilę myślała, że Druga ją ude­rzy. „Woła­ła­bym, żebyś to ty umarła, a nie mama!”.

Key’la wypa­dła wtedy z sypial­nego, wymknęła się przez przej­ście w murze wozów bojo­wych i pomknęła w stronę lasu. Smyr­gnęła mię­dzy pnie, sły­sząc, jak sio­stra bie­gnie za nią, ale to nie miało zna­cze­nia.

Jak ona mogła?! Jak mogła?!

Zanim się zorien­to­wała, bie­gła pod górę, wspi­na­jąc się mię­dzy drze­wami, cze­pia­jąc korzeni i kęp trawy, coraz wyżej i wyżej. Na ostrym źdźble roz­cięła palec, roz­darła tunikę na jakiejś gałęzi, prze­ci­ska­jąc się przez krzaki, zosta­wiła na nich garść wło­sów. Nie­ważne.

Jak mogła?! Jak?!

Dopiero teraz, gdy leżała na ziemi – wdy­cha­jąc zapach poszy­cia, mchu, mokrej ziemi, roz­kła­da­ją­cych się igieł i liści – poczuła, jak wstrząsa nią szloch. Nee’wa!

Jak mogła?

Key’la zapła­kała bez­gło­śnie, tak jak nauczyła się tego przez dłu­gie mie­siące po śmierci mamy, jakby obok spała czuj­nym snem któ­raś z sióstr.

Ja też bym wolała umrzeć, żeby tylko mama żyła.

Ni­gdy nie wróci! Ni­gdy, ni­gdy!

Z tej czę­ści lasu, gdzie znik­nęła Nee’wa, dobiegł ją nagle trzask gałęzi i coś jakby stłu­miony okrzyk. Dziew­czynka prze­stała pła­kać, wsłu­chała się w nagłą ciszę. Jej sio­stra pew­nie się prze­wró­ciła, pomy­ślała mści­wie, dobrze jej tak. Zaraz będzie wra­cać, brudna i w potar­ga­nym ubra­niu. I dobrze! A jak ją ojciec tak zoba­czy, to będzie miała karę!

Cze­kała, nasłu­chu­jąc kro­ków wra­ca­ją­cej sio­stry, nie­ru­choma jak przy­cza­jone zwie­rzątko. Nic. Cisza. Cisza abso­lutna, umil­kły wszel­kie ptaki i drobne stwo­rze­nia, i nawet wiatr prze­stał sze­le­ścić w koro­nach drzew. Las zamarł.

Key’la nagle zorien­to­wała się, że sama stara się nie drgnąć i nie­mal nie oddy­cha, jakby ten nie­wi­dzialny całun ciszy, który spo­wił oko­licę, i jej spę­tał członki. Coś się stało, coś złego, co ode­brało głos wszel­kim żywym stwo­rze­niom. Wyobraź­nia pod­su­nęła jej obraz sio­stry leżą­cej z roz­bitą głową w jakiejś jamie czy wykro­cie, i z tym obra­zem złość i gniew gdzieś się ulot­niły. Trzeba biec po pomoc… Pode­rwała się, zro­biła dwa kroki w stronę obozu i sta­nęła, pora­żona jedną myślą. Nie znaj­dzie już tego miej­sca. Nawet jeśli spro­wa­dzi pomoc, nie odnaj­dzie tego frag­mentu lasu, tych drzew i krze­wów. Las jest wszę­dzie taki sam. A Nee’wa będzie tam leżeć w jakiejś dziu­rze, póki nie umrze.

Jak mama.

Key’la ode­tchnęła głę­boko, otrze­pała tunikę i ruszyła w ślad za sio­strą. Krzyk roz­legł się ledwo kilka chwil po tym, jak stra­ciła ją z oczu, nie mogła odejść daleko. Byleby nie wpaść do tej samej jamy. Prze­szła przez zaro­śla i zna­la­zła się na nie­wiel­kiej polance, pośrodku któ­rej rosła potężna sosna.

To nie jama, zro­zu­miała.

Było ich trzech, ubra­nych dzi­wacz­nie, w kap­tu­rach rzu­ca­ją­cych głę­bo­kie cie­nie na twarz. Jeden trzy­mał Nee’wę za ręce, drugi sie­dział na nogach dziew­czyny i wodził dłońmi po jej ciele: pier­siach, brzu­chu, szyi. Szep­tał coś, zbyt cicho, by roz­po­znać słowa. Ostatni przy­glą­dał się temu z boku; ręce zało­żone na piersi, nogi sze­roko roz­sta­wione. Ten wła­śnie ją spo­strzegł, nie zdzi­wił się, nie krzyk­nął ostrze­gaw­czo, tylko oczy bły­snęły mu spod kap­tura i wyko­nał krótki gest, a nogi Key’li nagle pode­rwały się w powie­trze, prze­le­ciała w powie­trzu dobre dzie­sięć stóp i wal­nęła na zie­mię obok sio­stry. Coś spa­dło jej na plecy, unie­ru­cho­miło.

Patrzyła, bo tylko to mogła zro­bić, jak ten, który doty­kał Nee’wę, sięga pod ubra­nie i wyciąga nóż. Długi, szary i bez wąt­pie­nia ostry. Odwró­cił się ku przy­wódcy i zamarł. Key’la ni­gdy nie widziała tak nija­kiej, bez­barw­nej twa­rzy. Jakby coś spłu­kało z niej wszyst­kie kolory. I te oczy, mar­twe jak u śnię­tej ryby.

Nagle coś dotknęło jej szyi i poczuła chłód. Nóż, zro­zu­miała w jed­nej, prze­ra­ża­jąco krót­kiej chwili. Taki sam, jaki gła­dził teraz skórę jej sio­stry. Zabiją nas – świa­do­mość tego, co zaraz się sta­nie, para­li­żo­wała jak tru­ci­zna krą­żąca w żyłach. Zabiją, a potem pójdą sobie, jakby nic się nie stało. W sza­rych oczach sto­ją­cego pod drze­wem męż­czy­zny roz­sia­dła się lodo­wata obo­jęt­ność. Wyda­wał się znu­dzony tym, co robi, i tym, gdzie jest. Key’la wie­działa, jakiś szó­sty zmysł pod­po­wia­dał jej, że w chwili, gdy odwróci się do nich ple­cami, znikną z jego pamięci. Tak nie­wiele zna­czyły.

— Prze­szka­dza­cie.

To, że się ode­zwał, było tak zaska­ku­jące, że z początku nie zro­zu­miała, co mówi, mimo iż posłu­gi­wał się meekhem.

— Jeste­śmy bli­sko, ale wy prze­szka­dza­cie. Uciek­nie nam. Ale możemy doko­nać wyboru. Jedna umrze, druga nie. Która?

Nee’wa szarp­nęła się, zapisz­czała. Key’lę ogar­nęło para­li­żu­jące odrę­twie­nie. Jak to: umrze? Czym innym jest spo­dzie­wać się, a czym innym usły­szeć wyrok, wypo­wie­dziany bez­na­mięt­nym, obo­jęt­nym tonem.

A potem kilka rze­czy wyda­rzyło się jed­no­cze­śnie.

Wężowy splot wysko­czył znad krze­wów ota­cza­ją­cych polankę, spadł na głowę tego, który się ode­zwał, i pocią­gnął go w tył. Męż­czy­zna nawet nie jęk­nął, sap­nął tylko, zachar­czał, wcze­pił się pal­cami w dła­wiącą gar­dło pętlę, a wtedy coś wysko­czyło zza krza­ków, wysoko, jakby wyrzu­cone kata­pultą, spa­dło mu na plecy i szarp­nęło pazu­rami, a gar­dło zaata­ko­wa­nego zmie­niło się w plu­jący krwią kra­ter.

Męż­czyźni przy­trzy­mu­jący sio­stry na ziemi pode­rwali się, się­gnęli po broń. A stwo­rze­nie, które ich zaata­ko­wało, już było mię­dzy nimi.

Ten, który sie­dział na ple­cach Key’li, zachły­snął się nagle, zaświ­stał dzi­wacz­nie, zato­czył do tyłu. Drugi wydał zdu­mione, pełne nie­do­wie­rza­nia stęk­nię­cie, coś wypa­dło mu z dłoni wprost przed twarz Key’li, nie, to była jego dłoń, odcięta w nad­garstku, palce wolno pro­sto­wały się, uwal­nia­jąc ręko­jeść dłu­giego noża. Dziew­czynka widziała to wyraź­nie, dłoń była blada, o dłu­gich pal­cach i równo przy­cię­tych paznok­ciach, takie szcze­góły ude­rzały w nią, jakby groza fil­tro­wała to, co dzieje się wokół, nie potra­fi­łaby powie­dzieć, jakie ten męż­czy­zna miał spodnie i ile zro­bił kro­ków, lecz dłoń o równo przy­cię­tych paznok­ciach zapa­mięta do końca życia. W następ­nej chwili obcy zagul­go­tał, zła­pał się drugą ręką za szyję i znikł w krza­kach.

Ostatni z napast­ni­ków odsko­czył pod sto­jące pośrodku polanki drzewo, oparł się ple­cami o pień, jakby zma­lał, zwarł w sobie. W obu rękach trzy­mał noże.

A ten… to, co ich zaata­ko­wało, prze­pa­dło. Key’la ośmie­liła się unieść głowę, rozej­rzeć – nic. Dwa trupy, trzeci napast­nik jak wro­śnięty w drzewo, cisza. Nie, nie cisza, sze­lest z lewej, potem z pra­wej, trzask gałązki, odgłos roz­trą­ca­nych liści. Męż­czy­zna pod drze­wem się­gnął do kap­tura, odrzu­cił go na plecy. Miał jasne, nie­mal blade oczy, szare, jakby szpa­ko­wate włosy, zwy­kłą twarz. Nic nad­zwy­czaj­nego. A jed­nak… Key’la może i minę­łaby go na jakiejś ulicy, nie oglą­da­jąc się ani razu, lecz teraz odkryła, że nie może ode­rwać wzroku. W męż­czyź­nie było coś nie­ludz­kiego, trzy­ma­jące broń ręce nawet nie drgnęły, pierś zda­wała się nie poru­szać, oczy nie strze­lały na boki. Tkwił nie­ru­chomo, jak spę­tany zaklę­ciem, jakby trupy pla­miące krwią zie­mię nie miały z nim nic wspól­nego.

A potem ode­zwał się, a ona nic nie zro­zu­miała. To było krót­kie zda­nie, ledwo parę słów rzu­co­nych obo­jęt­nym, jakby znu­dzo­nym tonem, i to z pew­no­ścią nie w meekhu. Ani w żad­nym innym języku, z któ­rym Key’la zetknęła się, żyjąc w tym wie­lo­ple­mien­nym kotle, jakim była wschod­nia gra­nica.

I nade­szła odpo­wiedź. Coś śmi­gnęło wokół pnia na wyso­ko­ści szyi męż­czy­zny, owi­nęło się wokół niej, a jego samego przy­ci­snęło do drzewa. Oba noże sko­czyły ku pętli, ostrza wśli­zgnęły się pod linkę, pró­bo­wały ją prze­ciąć, widać było, jak prężą się mię­śnie, jak męż­czy­zna wkłada wszyst­kie siły w próbę powstrzy­ma­nia nie­unik­nio­nego. A linka prze­su­nęła się nagle w prawo i zaraz w lewo, nabrzmiała czer­wie­nią, pijąc krew z roz­cię­tych tęt­nic, i nie bacząc na ostrza noży, cięła dalej.

Męż­czy­zna zachar­czał, pochy­lił się tak mocno w przód, że ode­rwał szyję od pnia, ale po chwili rzę­ził już tylko i dygo­tał, szar­pał się, orał butami wil­gotną od krwi zie­mię. Oba noże wypa­dły mu z rąk, a on sam zawisł w pół­przy­sia­dzie. A linka piło­wała dalej, ocie­ra­jąc się o kręgi. A potem z wil­got­nym mla­śnię­ciem jeden jej koniec znikł za drze­wem i nie­do­szły mor­derca upadł mię­dzy korze­nie.

Cisza.

Taka, jak przed mniej wię­cej kwa­dran­sem. Ani jeden ptak, ani jedno zwie­rzę nie dawało znaku życia. Las wstrzy­mał oddech.

Sio­stry leżały na ziemi, obok nich trzy trupy, po tajem­ni­czym napast­niku ani śladu. I nagle gdzieś zaćwier­kał ptak, dzię­cioł wystu­kał szybki rytm na korze pobli­skiego drzewa. Cisza ode­szła.

— Nee’wa…

Sio­stra spoj­rzała na nią błęd­nym wzro­kiem, oczy miała jak spodki.

— Key… Key, zna­la­złam cię.

— Tak… zna­la­złaś… Dla­czego szep­czesz?

— A ty?

— Nie wiem… Chodźmy do obozu…

Wstały powoli, nie patrząc na trupy, wzięły się za ręce. Dłoń Nee’wy była zimna jak lód.

— Wiesz, gdzie jest obóz?

— Wystar­czy, że będziemy szły w dół.

— Kto…?

— Nie wiem, Nee. Ale cie­szę się, że przy­szedł. Chodź. Chodź za mną.

Ruszyły w dół, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Gdy tylko wydo­stały się z polanki, a krzewy odcięły je od widoku okrop­no­ści, przy­spie­szyły. Key’la jed­nak zatrzy­mała się nagle, odwró­ciła, szyb­kim ruchem dotknęła ust i serca.

„Dzię­kuję”.

Roz­dział 2

Sta­jenni. Ken­neth spoj­rzał jesz­cze raz po twa­rzach swo­ich dzie­sięt­ni­ków i uznał, że jeśli on sam miał taką minę, gdy Kawer Monel wrę­czał mu roz­kaz, to tylko przy­pad­kiem unik­nął nagany za lek­ce­wa­że­nie star­szego stop­niem albo nie­sub­or­dy­na­cję. Sta­jenni – odpadki z odpad­ków.

Czarny miał rację w dwóch spra­wach.

Po pierw­sze – oddziały, które przy­słano, żeby wzmoc­nić Regi­ment Wschodni, były naj­mniej war­to­ściowe ze wszyst­kich, jakie dowódcy puł­ków mieli pod ręką. Nie­któ­rzy posu­wali się do tego, że for­mo­wali kom­pa­nie spe­cjal­nego prze­zna­cze­nia, wybie­ra­jąc po kilka dzie­sią­tek – albo wręcz po kil­ku­dzie­się­ciu żoł­nie­rzy – z pułku i wysy­łali ich na wschód. Nikt, a już na pewno żaden nor­malny ofi­cer, dobro­wol­nie nie pozbę­dzie się naj­lep­szych ludzi, nie odda ich pod obce dowódz­two. Gdyby nie ta nie­szczę­sna potyczka ze Szczu­rami, Szó­sta naj­pew­niej na­dal sta­cjo­no­wa­łaby w Belen­den.

A po dru­gie, to mimo wszystko byli dobrzy żoł­nie­rze. Może tro­chę bar­dziej nie­zdy­scy­pli­no­wani, bar­dziej krnąbrni czy też mniej doświad­czeni niż śred­nia w Gór­skiej Straży, lecz na­dal straż­nicy. Nie na darmo pierw­szy kon­trakt w Straży zawie­rano naj­czę­ściej na rok. Na próbę. Po roku odcho­dzi­łeś, zosta­wa­łeś albo byłeś mar­twy. Żaden z tych, któ­rzy dotarli w Ole­kady, nie słu­żył kró­cej niż rok.

Oczy­wi­ście mógł z nimi być ten sam pro­blem, który Ken­neth miał na początku ze swo­imi ludźmi. Poczu­cie krzywdy za nie­słuszne usu­nię­cie z rodzi­mego pułku i prze­nie­sie­nie na obcy teren. Nie­mniej wszy­scy wie­dzieli, że będą słu­żyć pod Kawe­rem Mone­lem – Czar­nym Kapi­ta­nem, u boku jego Bękar­tów. Ken­neth nie­raz roz­ma­wiał w kan­ty­nie z innymi ofi­ce­rami czy podofi­ce­rami i żaden z nich nawet się nie skrzy­wił, wspo­mi­na­jąc prze­nie­sie­nie. Służba w Ole­ka­dach to był zaszczyt.

Ale i tak w takiej masie żoł­nie­rzy zna­la­zła się garstka, z którą nawet Czarny nie wie­dział, co zro­bić. To zna­czy, jak sam powie­dział, zamie­niłby ich w żoł­nie­rzy, gdyby dać mu czas, ale czasu nie miał. W zamian za to posta­no­wił dołą­czyć ich do Szó­stek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki