Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - Stieg Larsson

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

0,0

Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika jak kamień w wodę. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera. Stojący na czele wielkiego koncernu magnat przemysłowy prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania zagadki zniknięcia Harriet. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, redaktor czasopisma "Millennium", przechodzi kryzys wartości i rezygnuje z obowiązków zawodowych. Podejmuje się niezwykłego zlecenia, opuszcza Sztokholm i osiada w niewielkiej wiosce na północy kraju. Po pewnym czasie dołącza do niego młoda ekscentryczna hackerka, Lisbeth Salander. Wspólnie, choć nie zawsze ramię w ramię, biorą pod lupę przeszłość klanu Vangerów i wykrywają prawdę o wiele bardziej mroczną i krwawą niż ta, którą spodziewali się odnaleźć...

Dodaj komentarz


Zafascynowany kryminałami skandynawskimi nie omieszkałem sięgnąć po szeroko reklamowaną trylogię „Millenium”. Najbardziej (pozytywnie) zaskoczyła mnie skomplikowana fabuła. Autor postarał się tez o dobrze nakreślone sylwetki bohaterów. Chłodny klimat Skandynawii został perfekcyjnie oddany. Same superlatywy? No nie do końca. Mimo, ze powieść mnie wciągnęła i czytało się szybko miałem dziwne odczucie, że już gdzieś poznałem ta historie. Nie chodziło o szczegóły, tylko o ogólne ramy. Wyszło po prostu troszkę stereotypowo. Jednak to tylko moje odczucia (dużo czytam kryminałów, więc mam dość wysokie wymagania)


Szczerze powiedziawszy, to musiał z lekka przycichnąć szum wokół serii, nim zdecydowałam się na lekturę. Okryty złą sławą Mikael Blomkvist, wydawca czasopisma Millenium na pewien czas postanawia zejść wszystkim z oczu. W tym czasie zajmuje się historią rodu Vangerów. Lecz jego zadanie ma również drugie dno. Jest naprawdę, naprawdę ciekawie. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” wciąga już od pierwszych stron i nie pozwala się oderwać do samego końca. Polecam.


Pierwsza powieść z cyklu Milenium. Świetna książka, o której chyba każdy słyszał (albo przynajmniej słyszał o filmie). Larsson kreuje świetnych bohaterów, których długo się pamięta. Autor świetnie opisuje chłodny klimat Skandynawii. Książkę czyta się jednym tchem, pochłania czytelnika od samego początku i nie wypuszcza, aż do końca. Bardzo absorbująca lektura. Dobrze mieć następną część pod ręką, by móc kontynuować czytanie. Polecam


Sprawnie napisany kryminał. Trzeba przyznać, że stopień zagmatwania fabuły jest jedną z mocnych stron tej powieści. Sporo tu napięcia i oczekiwania. Dla wielbicieli kryminału i... dla niezbyt wrażliwego czytelnika.
P.S.
@Aleksandra znów się "naprodukowała"


Larsson pisze koszmarne książki. Nie ma w nich nic szczególnie interesującego, bohaterowie są nawet sensowni, za to fabuła woła o pomstę do nieba. Nie polecam.


Rewelacja, bardzo dobra mieszanka kryminału, horroru i thrillera. Zgadzam się z poprzednimi opiniami, bohaterka - Lisbeth bardzo zapada w pamięć i jak dla mnie najlepsza postać książki. Polecam, szybko się z nią czytelnik upora!


Bardzo kiepska książka. Nie ma w niej nic interesującego.


Dziennikarz na skutek procesu o zniesławienie musi porzucić na jakiś czas swój zawód, co skrzętnie wykorzystuje potentat przemysłowy, proponując dziennikarzowi rozwiązanie zagadki zniknięcia kilkunastoletniej dziewczyny – zagadka tym trudniejsza, że zdarzyła się prawie czterdzieści lat temu. No, jak myślicie? Dali radę bohaterowie? Dali, a jakże, do tego odkrywając takie pokłady ciemnych, ohydnych i wstrząsających spraw, że nie ma co się dziwić, iż tomisko ma tyle stron.


Zazdroszczę Ci, drogi Czytelniku, jeżeli lektura tej książki jest dopiero przed tobą. Pamiętaj jednak, że to pożeracz czasu. Zostałeś ostrzeżony!


Świetnie napisana książka, którą czyta się jednym tchem. Szczególnie polecam tym, którzy nie są szczególnymi fanami kryminałów ale thrillerem bym jej nie nazwała. Wyjątkowa główna bohaterka, o niesamowitych zdolnościach, z "przeszłością", Lisbeth do zdecydowanie mocny punkt Millenium.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

STIEG
LARS­SON

MĘŻCZYŹNI, KTÓRZY
NIE­NA­WIDZĄ KO­BIET

Przełożyła Be­ata Wal­czak-Lars­son

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2014

Prawolubni.jpg

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Tytuł ory­gi­nału

MÄN SOM HA­TAR KVIN­NOR

Re­dak­cja

Grażyna Ma­sta­lerz

Skład i łama­nie

Ma­ria Ko­wa­lew­ska

Ko­rek­ta

Ewa Ja­strun

Co­py­ri­ght © Stieg Lars­son 2005

First pu­bli­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2005.

The text pu­bli­shed by agre­ement with Nor­stedts Agen­cy.

Co­py­ri­ght © for the co­ver il­lu­stra­tion by Nor­ma Com­mu­ni­ca­tion, Jörgen Einéus

Pho­to of Stieg Lars­son: Da­niel La­gerlöf

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Ja­cek San­tor­ski & Co Agen­cja Wy­daw­ni­cza, 2008

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku.
Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I po­pra­wio­ne

ISBN 978-83-7554-262-2

Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl
Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:
www.czarnaowca.pl

 

Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.

PRO­LOG

Li­sto­pa­do­wy piątek

TEN SCE­NA­RIUSZ po­wta­rzał się każdego roku. Ad­re­sat skończył właśnie osiem­dzie­siąt dwa lata. Jak zwy­kle otwo­rzył paczkę i zdarł ozdob­ny pa­pier. A później pod­niósł słuchawkę i wy­brał nu­mer byłego ko­mi­sa­rza kry­mi­nal­ne­go, który po przejściu na eme­ry­turę osiadł nad je­zio­rem Sil­jan. Mężczyźni uro­dzi­li się nie tyl­ko w tym sa­mym roku, ale dokład­nie tego sa­me­go dnia, co w tym kon­kret­nym przy­pad­ku za­kra­wało na coś w ro­dza­ju iro­nii losu. Wiedząc, że te­le­fon za­dzwo­ni za­raz po wi­zy­cie li­sto­no­sza, około je­de­na­stej, ko­mi­sarz pił spo­koj­nie kawę. W tym roku za­dzwo­nił już o dzie­siątej trzy­dzieści. Po­li­cjant ode­brał i nie przed­sta­wiając się, po­wie­dział:

– Hej.

– Przyszła.

– Jak wygląda tym ra­zem?

– Nie mam pojęcia, co to za roślina. Ale do­wiem się oczy­wiście. Kwiat jest biały.

– Zga­duję, że nie dołączo­no żad­ne­go li­stu?

– Nie, nie ma żad­nej wia­do­mości. Tyl­ko kwia­tek. I taka sama ram­ka jak w ubiegłym roku. Zwykła nie­dro­ga rzecz do sa­mo­dziel­ne­go mon­tażu.

– Stem­pel pocz­to­wy?

– Ze Sztok­hol­mu.

– Cha­rak­ter pi­sma?

– Jak za­wsze, dru­ko­wa­ne li­te­ry. Duże i pro­ste.

Tym sa­mym te­mat zo­stał wy­czer­pa­ny i przez dłuższą chwilę mężczyźni sie­dzie­li w mil­cze­niu po obu końcach li­nii. Eme­ry­to­wa­ny ko­mi­sarz roz­parł się wy­god­nie przy ku­chen­nym sto­le, pociągając fajkę.

Wie­dział, że nie spo­dzie­wa­no się już po nim żad­ne­go zbaw­cze­go czy choćby tyl­ko szczególnie in­te­li­gent­ne­go py­ta­nia, które mogłoby rzu­cić nowe światło na sprawę. Ten czas minął bez­pow­rot­nie daw­no temu. Roz­mo­wa dwóch pod­sta­rzałych mężczyzn miała ra­czej cha­rak­ter ry­tuału w ob­li­czu mi­ste­rium, które – oprócz nich – ni­ko­go nie in­te­re­so­wało.

ŁACIŃSKA NA­ZWA brzmiała Lep­to­sper­mum (Myr­ta­ce­ae) ru­bi­net­te. Roślina była nie­po­zorną, mniej więcej dwu­na­sto­cen­ty­me­trową krze­winką o drob­nych, po­dob­nych do igiełek wrzo­su list­kach. Nie­wiel­kie kwia­tusz­ki składały się z pięciu płatków. Po­cho­dziła z au­stra­lij­skie­go bu­szu i tam­tej­szych gór, gdzie rosła w gęstych kępach tra­wy. Na­zy­wa­no ją de­sert snow. Trochę później eks­pert z ogro­du bo­ta­nicz­ne­go w Up­psa­li stwier­dziła, że to rzad­ka roślina, tyl­ko spo­ra­dycz­nie upra­wia­na w Szwe­cji. W eks­pertyzie na­pi­sała, że jest spo­krew­nio­na z drzew­kiem her­ba­cia­nym i że często myli się ją z jej znacz­nie po­spo­lit­szym ku­zy­nem Lep­to­sper­mum sco­pa­rium, który po­ra­sta w nad­mia­rze Nową Ze­lan­dię. Różnica według eks­per­ta po­le­ga na tym, że końce płatków ru­bi­net­te zdo­bią mi­kro­sko­pij­ne różowe punk­ci­ki, na­dając im różowa­wy od­cień.

Ru­bi­net­te za­dzi­wiała bez­pre­ten­sjo­nal­nością. Nie miała żad­nej war­tości ko­mer­cyj­nej, żad­nych zna­nych właściwości lecz­ni­czych ani ha­lu­cy­no­gen­nych. Nie służyła jako pożywie­nie czy przy­pra­wa ani nie używa­no jej do pro­duk­cji na­tu­ral­nych barw­ników. Miała jed­nak pew­ne zna­cze­nie dla Abo­ry­genów, którzy tra­dy­cyj­nie uważali te­re­ny i roślin­ność wokół Ay­ers Rock za świętość. Wyglądało na to, że je­dy­ne za­da­nie rośliny o ka­pryśnej uro­dzie po­le­gało na by­ciu piękną i po­wabną.

W swo­im orze­cze­niu up­psal­ska bo­ta­nicz­ka pod­kreśliła, że de­sert snow należy w Au­stra­lii do rzad­kości, a w Skan­dy­na­wii sta­no­wi uni­kat. Sama rośliny nig­dy nie wi­działa, ale od ko­legów po fa­chu do­wie­działa się, że próbo­wa­no ją wpro­wa­dzić do jed­ne­go z göte­bor­skich ogrodów. Nie można też wy­klu­czyć, że w pry­wat­nych szklar­niach mają ją en­tu­zjaści eg­zo­tycz­nych roślin i inni bo­ta­ni­cy ama­to­rzy. Nie jest łatwa w upra­wie, po­nie­waż wy­ma­ga łagod­ne­go, su­che­go kli­ma­tu oraz zi­mo­wa­nia w ocie­plo­nym po­miesz­cze­niu. Nie sprzy­ja jej wa­pien­ne podłoże i po­trze­bu­je na­wad­nia­nia od spodu, bez­pośred­nio do ko­rze­nia. Trze­ba umieć się z nią ob­cho­dzić.

FAKT, ŻE ROŚLINA była w Szwe­cji nie­zmier­nie rzad­ka, teo­re­tycz­nie ułatwiał do­tar­cie do źródła właśnie tego eg­zem­pla­rza, ale w prak­ty­ce było to nie­możliwe. Nie ist­niały żadne re­je­stry ani li­cen­cje, które można było przej­rzeć i spraw­dzić. Nikt nie wie­dział, jak wie­lu pry­wat­nych ho­dowców w ogóle podjęło się upra­wy tak wy­ma­gającej rośliny – nie­wy­klu­czo­ne, że cho­dziło o jed­ne­go albo kil­ku­na­stu ogrod­ników z dostępem do na­sion i sa­dzo­nek, które bez tru­du można kupić bez­pośred­nio w fir­mie wysyłko­wej, u ja­kie­goś in­ne­go pa­sjo­na­ta albo w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym gdzie­kol­wiek w Eu­ro­pie. Krze­win­ka mogła być równie do­brze przy­wie­zio­na z Au­stra­lii. Od­na­le­zie­nie ho­dowcy wśród mi­lionów po­sia­da­czy cie­plar­ni czy zwykłej do­nicz­ki na po­ko­jo­wym pa­ra­pe­cie należało za­li­czyć do spraw bez­na­dziej­nych.

Ru­bi­net­te była tyl­ko jedną z sze­re­gu za­gad­ko­wych roślin, które pierw­sze­go li­sto­pa­da w gru­bej ko­per­cie za­wsze przy­cho­dziły na ten sam ad­res. Ga­tun­ki zmie­niały się, ale za­zwy­czaj były to piękne i sto­sun­ko­wo rzad­kie kwia­ty. Za­wsze spo­czy­wały na pa­pie­rze akwa­re­lo­wym, pie­czołowi­cie za­su­szo­ne i chro­nio­ne szkłem pro­stej ram­ki o wy­mia­rach dwa­dzieścia dzie­więć na szes­naście cen­ty­metrów.

ROŚLIN­NE MI­STE­RIUM nie było po­wszech­nie zna­ne, nig­dy nie ko­men­to­wały go me­dia, wie­działo o nim za­le­d­wie nie­wiel­kie, za­mknięte gro­no. Trzy­dzieści lat temu co­rocz­ne prze­syłki były przed­mio­tem ana­liz w Państwo­wym La­bo­ra­to­rium Tech­ni­ki Kry­mi­nal­nej. Ba­da­li je eks­per­ci dak­ty­lo­sko­pii, gra­fo­lo­dzy, po­li­cjan­ci z sek­cji do­cho­dze­nio­wo-śled­czej, ro­dzi­na i przy­ja­cie­le ad­re­sa­ta. Obec­nie dra­mat roz­gry­wał się już tyl­ko między trze­ma ak­to­ra­mi: pod­sta­rzałym ju­bi­la­tem, eme­ry­to­wa­nym po­li­cjan­tem i oczy­wiście nie­zna­jo­mym nadawcą pre­zen­tu. Po­nie­waż przy­najm­niej dwaj z nich osiągnęli za­cny wiek, kie­dy war­to zacząć przy­go­to­wa­nia do tego, co nie­unik­nio­ne, krąg za­in­te­re­so­wa­nych w naj­bliższym cza­sie mógł się zmniej­szyć.

Eme­ry­to­wa­ny po­li­cjant był doświad­czo­nym we­te­ra­nem. Nig­dy nie za­po­mni swo­jej pierw­szej in­ter­wen­cji, która po­le­gała na wsa­dze­niu do mam­ra agre­syw­ne­go i kom­plet­nie pi­ja­ne­go ma­szy­ni­sty w na­staw­ni, żeby nie na­py­tał jesz­cze więcej bie­dy so­bie sa­me­mu i in­nym. W trak­cie ka­rie­ry ko­mi­sarz za­my­kał kłusow­ników, mężów mal­tre­tujących żony, oszustów, złodziei sa­mo­chodów i pi­ja­nych kie­rowców. Spo­ty­kał włamy­wa­czy, ra­bu­siów, me­li­nia­rzy, gwałci­cie­li, a raz tra­fił na niezrówno­ważone­go ka­sia­rza z dy­na­mi­tem. Brał udział w dzie­więciu do­cho­dze­niach w spra­wie mor­der­stwa lub zabójstwa. W pięciu przy­pad­kach spraw­ca sam za­dzwo­nił na po­licję, by ze skruchą wy­znać, że właśnie za­ka­tru­pił swoją żonę, bra­ta czy in­ne­go członka ro­dzi­ny. W trzech do­cho­dze­niach szu­ka­no nie­zna­ne­go spraw­cy, dwa mor­der­stwa zo­stały wyjaśnio­ne w ciągu kil­ku dni, a trze­cie, we współpra­cy z Cen­tral­nym Biu­rem Śled­czym, w ciągu dwóch lat.

Dzie­wiąte udało się roz­wiązać, to zna­czy do­cho­dze­niow­cy wie­dzie­li, kto jest mor­dercą, ale do­wo­dy były tak nikłe, że pro­ku­ra­tor po­sta­no­wił za­wie­sić śledz­two. Wkrótce, ku nie­za­do­wo­le­niu ko­mi­sa­rza, spra­wa uległa przedaw­nie­niu. Ogólnie rzecz biorąc, miał za sobą im­po­nującą ka­rierę i po­wo­dy do za­do­wo­le­nia ze swo­ich do­ko­nań.

A jed­nak da­le­ki był od tego.

Spra­wa za­su­szo­nych kwiatów sta­no­wiła dla ko­mi­sa­rza bo­le­sny cierń, ciągle nie­roz­wiązaną, fru­strującą za­gadkę, której poświęcił nie­porówny­wal­nie więcej cza­su niż wszyst­kim in­nym.

Sy­tu­acja była podwójnie ab­sur­dal­na, po­nie­waż po dosłownie tysiącach go­dzin prze­myśleń, zarówno w pra­cy, jak i poza nią, ciągle nie po­tra­fił z pew­nością stwier­dzić, czy w ogóle ma do czy­nie­nia z przestępstwem.

Obaj mężczyźni wie­dzie­li, że oso­ba opra­wiająca roślinę w ram­ki używa ręka­wi­czek, nie zo­sta­wiając żad­nych od­cisków palców ani na drew­nie, ani na szkle. Wie­dzie­li, że nie­możliwe jest do­tar­cie do nadaw­cy. Wie­dzie­li, że po­dob­ne ram­ki są dostępne w każdym skle­pie fo­to­gra­ficz­nym czy pa­pier­ni­czym na całym świe­cie. Po pro­stu nie ist­niały żadne tro­py, którymi można by podążyć. Prze­syłki najczęściej wysyłane były ze Sztok­hol­mu, ale trzy­krot­nie z Lon­dy­nu, dwu­krot­nie z Paryża i z Ko­pen­ha­gi, raz z Ma­dry­tu i z Bonn oraz z – naj­bar­dziej za­gad­ko­we­go – Pen­sa­co­la w USA. O ile wszyst­kie po­zo­stałe mia­sta były zna­ny­mi sto­li­ca­mi, o tyle o ame­ry­kańskiej miej­sco­wości ko­mi­sarz nig­dy nie słyszał i mu­siał po­szu­kać jej w atla­sie.

POŻEGNAW­SZY SIĘ z ko­mi­sa­rzem, osiem­dzie­sięcio­dwu­let­ni ju­bi­lat sie­dział przez dłuższą chwilę nie­ru­cho­mo, z ocza­mi utkwio­ny­mi w au­stra­lij­skiej rośli­nie, o której na­zwie jesz­cze nie miał pojęcia. A później pod­niósł wzrok. Nad biur­kiem, w czte­rech rzędach po dzie­sięć i w piątym składającym się tyl­ko z czte­rech prze­szklo­nych ra­mek, wi­siały czter­dzieści trzy za­su­szo­ne kwia­ty. W naj­wyższym rzędzie bra­ko­wało jed­nej rośliny. Miej­sce nu­mer dzie­więć świe­ciło pustką. Krze­win­ka de­sert snow miała otrzy­mać nu­mer czter­dzieści czte­ry.

Po raz pierw­szy jed­nak wy­da­rzyło się coś, co od­bie­gało od co­rocz­ne­go sce­na­riu­sza. Zupełnie na­gle, bez ostrzeżenia, mężczy­zna zaczął płakać. Ten nie­spo­dzie­wa­ny wy­buch emo­cji po po­nad czter­dzie­stu la­tach zdzi­wił jego sa­me­go.

18 pro­cent szwedz­kich ko­biet doświad­czyło choć raz groźby ze stro­ny mężczy­zny.

CZĘŚĆ I

Bodźce

20 grud­nia – 3 stycz­nia

Roz­dział 1

Piątek 20 grud­nia

PRO­CES ZAKOŃCZYŁ SIĘ de­fi­ni­tyw­nie i wszyst­ko, co było do po­wie­dze­nia, zo­stało już po­wie­dzia­ne. Mężczy­zna ani przez se­kundę nie wątpił, że zo­stanie ska­za­ny. Wy­rok po­da­no do pu­blicz­nej wia­do­mości o dzie­siątej rano, te­raz pozo­stało tyl­ko uza­sad­nie­nie i ko­men­ta­rze re­por­terów cze­kających przed bu­dyn­kiem sądu re­jo­no­we­go.

Mi­ka­el Blom­kvist zo­ba­czył ich przez uchy­lo­ne drzwi i za­trzy­mał się na mo­ment. Nie chciał dys­ku­to­wać o orze­cze­niu sądu, które właśnie mu prze­ka­za­no, ale py­ta­nia były nie­unik­nio­ne – i kto jak kto, ale właśnie on wie­dział, że muszą zo­stać za­da­ne i że on sam musi na nie od­po­wie­dzieć. A więc tak czu­je się człowiek, który jest przestępcą – pomyślał. Po niewłaści­wej stro­nie mi­kro­fo­nu. Wy­pro­sto­wał się i próbował zmu­sić do uśmie­chu. Re­por­te­rzy nie po­zo­sta­li dłużni i – odro­binę onieśmie­le­ni – po­ki­wa­li życz­li­wie głowa­mi.

– No to zo­bacz­my… „Afton­bla­det”, „Expres­sen”, TT, TV4 i… je­steś z… aha, „Da­gens In­du­stri”. Ani chy­bi zo­stałem me­dialną gwiazdą – stwier­dził.

– Daj nam jakiś tekst, Kal­le Blom­kvist – ode­zwał się dzien­ni­karz jed­nej z popołudniówek.

Mi­ka­el Blom­kvist, którego pełne imię i na­zwi­sko brzmiało Carl Mi­ka­el Blom­kvist, jak za­wsze sta­rał się nie oka­zać iry­ta­cji na dźwięk tego sta­re­go przy­dom­ka. Dwa­dzieścia lat temu, w cza­sie swo­je­go pierw­sze­go dzien­ni­kar­skie­go zastępstwa, bez własne­go udziału i zupełnie przy­pad­ko­wo zde­ma­sko­wał szajkę ra­bu­siów, którzy w ciągu dwóch lat do­ko­na­li pięciu spek­ta­ku­lar­nych na­padów. Nie ule­gało wątpli­wości, że cho­dziło o jedną i tę samą grupę, która wy­spe­cja­li­zo­wała się w wy­jaz­dach na pro­wincję i ob­ra­bia­niu nie­wiel­kich banków. Ro­bi­li to z ze­gar­mi­strzowską wręcz pre­cyzją. Spraw­cy na­padów no­si­li la­tek­so­we ma­ski przed­sta­wiające po­sta­cie z filmów Wal­ta Di­sneya, toteż po­li­cja, nie bez ko­ze­ry, nadała im mia­no Ligi Ka­czo­ra Do­nal­da. Ga­ze­ty upie­rały się jed­nak przy poważniej­szej na­zwie i prze­chrzciły Ligę na Niedźwie­dzią Bandę, cho­ciażby ze względu na to, że ra­bu­sie dwu­krot­nie, bru­tal­nie i nie troszcząc się o los bliźnich, od­da­li kil­ka ostrze­gaw­czych strzałów, grożąc prze­chod­niom i zbyt do­cie­kli­wym świad­kom.

Szósty na­pad miał miej­sce w środ­ku lata w Östergötland. Jed­nym ze świadków był – znaj­dujący się właśnie w ban­ku – re­por­ter lo­kal­nej rozgłośni ra­dio­wej. Za­re­ago­wał zgod­nie ze służbo­wy­mi in­struk­cja­mi. Gdy tyl­ko ra­bu­sie opuścili bank, udał się do au­to­ma­tu te­le­fo­nicz­ne­go i zdał z całości re­lację, którą prze­ka­za­no słucha­czom na żywo.

Dwu­dzie­sto­trzy­let­ni Mi­ka­el Blom­kvist bawił wte­dy ze zna­jomą w dom­ku let­ni­sko­wym jej ro­dziców, nie­da­le­ko Ka­tri­ne­holm. Na­wet przesłuchującemu go później po­li­cjan­to­wi nie był w sta­nie wytłuma­czyć, dla­cze­go połączył aku­rat te fak­ty, ale gdy tyl­ko usłyszał w ra­diu o na­pa­dzie, pomyślał o czte­rech chłopa­kach wy­naj­mujących do­mek kil­ka­set metrów da­lej. Zo­ba­czył ich po raz pierw­szy parę dni wcześniej, gdy szedł ze zna­jomą na lody. Gra­li w bad­min­to­na. Prześli­zgnął się wzro­kiem po czte­rech atle­tycz­nie zbu­do­wa­nych blon­dy­nach z obnażony­mi tor­sa­mi. Naj­wy­raźniej zaj­mo­wa­li się kul­tu­ry­styką. Coś mu­siało jed­nak za­nie­po­koić Mi­ka­ela, po­nie­waż spoj­rzał na nich jesz­cze raz. Może dla­te­go, że mimo nie­sa­mo­wi­tej spie­ko­ty roz­gry­wa­li mecz z jakąś rzu­cającą się w oczy za­jadłością. To nie było zwykłe gra­nie dla za­bi­cia cza­su.

Nie miał żad­ne­go ra­cjo­nal­ne­go po­wo­du, żeby po­dej­rze­wać tych młodych mężczyzn o na­pad na bank, ale gna­ny nie­ja­snym prze­czu­ciem po­szedł na spa­cer i za­trzy­maw­szy się na wzgórzu z wi­do­kiem na do­mek za­miesz­ki­wa­ny przez chłopaków, stwier­dził, że jest on chwi­lo­wo opusz­czo­ny. Po mniej więcej czter­dzie­stu mi­nu­tach na podwórko wje­chało vo­lvo, z którego wy­sie­dli zna­jo­mi blon­dy­ni. Wyglądało na to, że bar­dzo im się spie­szy. Każdy dźwigał sporą torbę tre­nin­gową, co samo w so­bie mogło zna­czyć, że właśnie wykąpali się w je­zio­rze. Ale gdy je­den z nich wrócił do sa­mo­cho­du i wyciągnął jakiś przed­miot, który na­tych­miast przy­krył kurtką, Mi­ka­el na­wet ze swo­je­go sto­sun­ko­wo od­ległego punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go roz­po­znał sta­ry sza­cow­ny AK4. To był dokład­nie ten sam mo­del, z którym zupełnie nie­daw­no miał do czy­nie­nia pod­czas rocz­nej służby woj­sko­wej. Za­dzwo­nił na po­licję i opo­wie­dział o swo­ich ob­ser­wa­cjach. Było to pre­lu­dium do trzy­do­bo­we­go spek­ta­klu o oblężeniu dom­ku let­ni­sko­we­go, re­la­cjo­no­wa­ne­go nie­ustan­nie przez me­dia. Mi­ka­el, z sążni­stym ho­no­ra­rium fre­elan­ce­ra piszącego dla jed­nej z popołudniówek, zaj­mo­wał naj­lep­sze miej­sce na wi­dow­ni. Po­li­cja ulo­ko­wała swoją kwa­terę główną w za­par­ko­wa­nej nie­opo­dal przy­cze­pie kem­pin­go­wej.

Dzięki spra­wie Niedźwie­dziej Ban­dy Mi­ka­el stał się gwiazdą. Ceną sławy oka­zał się tytuł ar­ty­kułu, od którego nie mogła się po­wstrzy­mać kon­ku­ren­cyj­na popołudniówka: Kal­le Blom­kvist roz­wiązał za­gadkę. Pew­na star­sza fe­lie­to­nist­ka, au­tor­ka tego kpiar­skie­go tek­stu, po­zwo­liła so­bie na licz­ne alu­zje do stwo­rzo­nej przez Astrid Lind­gren po­sta­ci młode­go de­tek­ty­wa. Na do­miar złego ar­ty­kuł zi­lu­stro­wa­no ziar­nistą fo­to­gra­fią, na której Mi­ka­el z półotwar­ty­mi usta­mi i wznie­sio­nym w górę pal­cem wyglądał, jak gdy­by wy­da­wał in­struk­cje umun­du­ro­wa­ne­mu po­li­cjan­to­wi. W rze­czy­wi­stości wska­zy­wał mu drogę do wy­chod­ka.

BEZ ZNA­CZE­NIA był fakt, że Mi­ka­el nig­dy nie używał pierw­sze­go imie­nia i że nig­dy nie sy­gno­wał żad­ne­go tek­stu na­zwi­skiem Carl Blom­kvist. Tego dnia ku swo­jej roz­pa­czy zy­skał wśród ko­legów po fa­chu przy­do­mek Kal­le Blom­kvist. Prze­zwi­sko wy­ma­wia­no z drażniącą drwiną, wpraw­dzie nig­dy nieżycz­li­wie, ale też nig­dy z praw­dziwą życz­li­wością. Mi­ka­el nie cier­piał swo­je­go przy­dom­ka, choć oczy­wiście uwiel­biał książki Astrid Lind­gren. Do­pie­ro po wie­lu la­tach i kil­ku znaczących do­ko­na­niach dzien­ni­kar­skich po­czuł, że prze­zwi­sko zaczęło blednąć. A mimo to ciągle jesz­cze wzdry­gał się na dźwięk imie­nia młode­go de­tek­ty­wa.

Uśmiechnął się więc po­god­nie, zaglądając re­por­te­ro­wi popołudniówki w oczy.

– Wymyśl coś sam. Prze­cież two­je tek­sty za­zwy­czaj i tak są wy­ssa­ne z pal­ca.

Ton wy­po­wie­dzi nie był nie­przy­ja­zny. Wszy­scy obec­ni zna­li się przy­najm­niej z wi­dze­nia, a jego naj­bar­dziej za­go­rza­li kry­ty­cy zre­zy­gno­wa­li z przyjścia do sądu. Z jed­nym re­por­te­rem współpra­co­wał kil­ka lat temu, a jedną z ko­biet – Tę z TV4 – kie­dyś pra­wie udało mu się po­de­rwać.

– Do­stał pan tam porządnie po głowie – stwier­dził re­pre­zen­tant „Da­gens In­du­stri”, zde­cy­do­wa­nie nie­opie­rzo­ny żółto­dziób na zastępstwie.

– W rze­czy sa­mej – przy­znał Mi­ka­el. Inna od­po­wiedź była nie do pomyśle­nia.

– No więc jak się pan czu­je?

Mimo po­wa­gi sy­tu­acji ani Mi­ka­el, ani jego star­si ko­le­dzy nie mo­gli po­wstrzy­mać się od uśmieszków. Mi­ka­el wy­mie­nił błyska­wicz­ne spoj­rze­nie z TV4. „Jak się pan/pani czu­je?” to je­dy­ne py­ta­nie, ja­kie w mnie­ma­niu Poważnych Dzien­ni­ka­rzy Nie­roz­gar­nięci Re­por­te­rzy Spor­to­wi po­tra­fi­li zadać Zdy­sza­ne­mu Spor­tow­co­wi po dru­giej stro­nie mety. Ale po chwi­li Mi­ka­el spo­ważniał.

– Na­tu­ral­nie po­zo­sta­je mi tyl­ko ubo­le­wać, że sąd nie do­szedł do in­ne­go wnio­sku – od­po­wie­dział bar­dziej for­mal­nie.

– Trzy mie­siące więzie­nia i sto pięćdzie­siąt tysięcy od­szko­do­wa­nia. To ude­rzy dość moc­no po kie­sze­ni – ode­zwała się Ta z TV4.

– Przeżyję.

– Zażąda pan od Wen­nerströma prze­pro­sin? Poda mu rękę?

– Nie, nie sądzę. Moje zda­nie na te­mat mo­ra­le za­wo­do­we­go pana Wen­nerströma nie uległo szczególnej zmia­nie.

– Czy­li w dal­szym ciągu uważa go pan za łaj­da­ka? – za­py­tał młod­zik z „Da­gens In­du­stri”.

Za py­ta­niem krył się cy­tat z po­ten­cjal­nie ka­ta­stro­fal­nym nagłówkiem i Mi­ka­el niewątpli­wie pośli­zgnąłby się na skórce od ba­na­na, gdy­by nie fakt, że dzien­ni­karz sam za­sy­gna­li­zo­wał nie­bez­pie­czeństwo, na­zbyt gor­li­wie wy­su­wając mi­kro­fon. In­da­go­wa­ny za­sta­no­wił się więc kil­ka se­kund nad od­po­wie­dzią.

Uznaw­szy, że Mi­ka­el Blom­kvist na­ru­szył god­ność fi­nan­si­sty Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma, sąd ska­zał go za zniesławie­nie. Pro­ces do­biegł końca, ska­zany nie miał za­mia­ru odwoływać się od wy­ro­ku. Ale co by się stało, gdy­by nie­ostrożnie powtórzył swo­je zda­nie na scho­dach sądu? Do­szedł do wnio­sku, że nie chce znać od­po­wie­dzi.

– Uważałem, że ist­niały po­wo­dy, dla których opu­bli­ko­wałem po­sia­da­ne in­for­ma­cje. Sąd miał od­mien­ne zda­nie i muszę oczy­wiście za­ak­cep­to­wać fakt, że wszczęto postępo­wa­nie praw­ne. Te­raz, za­nim po­dej­mie­my de­cyzję co do przyszłych działań, w re­dak­cji dogłębnie prze­dys­ku­tu­je­my po­sta­no­wie­nia sądu. Nie mam nic więcej do po­wie­dze­nia.

– Ale za­po­mniałeś, że dzien­ni­karz musi umieć po­przeć swo­je opi­nie do­wo­da­mi – przy­po­mniała Ta z TV4 trochę ostrzej­szym to­nem.

Nie po­tra­fił za­prze­czyć. Byli do­bry­mi przy­ja­ciółmi. Miała neu­tral­ny wy­raz twa­rzy, ale Mi­ka­el do­strzegł w jej oczach cień roz­cza­ro­wa­nia i dez­apro­ba­ty.

Udzie­lał od­po­wie­dzi jesz­cze przez kil­ka trud­nych mi­nut. W po­wie­trzu wi­siało py­ta­nie, którego jed­nak żaden z dzien­ni­ka­rzy nie zadał, może dla­te­go, że do­ty­czyło żenująco nie­pojętej spra­wy: jak Mi­ka­el mógł na­pi­sać tekst tak to­tal­nie po­zba­wio­ny sub­stan­cji? Ze­bra­ni przed sądem re­por­te­rzy, z wyjątkiem zastępcy z „Da­gens In­du­stri”, byli we­te­ra­na­mi o dużym doświad­cze­niu. Dla nich od­po­wiedź na to py­ta­nie leżała poza gra­nicą zro­zu­mie­nia.

Ta z TV4 usta­wiła Blom­kvi­sta przed drzwia­mi ra­tu­sza i powtórzyła swo­je py­ta­nia przed ka­merą. Była bar­dziej życz­li­wa, niż na to zasługi­wał, i padało wy­star­czająco dużo do­brych cy­tatów, by za­do­wo­lić wszyst­kich re­por­terów. Hi­sto­ria mu­siała za­owo­co­wać tłusty­mi nagłówka­mi – tego nie dało się uniknąć – ale Mi­ka­el upo­rczy­wie po­wta­rzał so­bie, że tak na­prawdę nie cho­dzi o wy­da­rze­nie me­dial­ne roku. Do­staw­szy to, cze­go chcie­li, dzien­ni­ka­rze ro­ze­szli się do swo­ich re­dak­cji.

MIAŁ ZA­MIAR wrócić pie­szo, ale był wietrz­ny gru­dnio­wy dzień, a on sam dość zmar­z­nięty po wy­wia­dzie na świeżym po­wie­trzu. Gdy tak stał nie­zde­cy­do­wa­ny na scho­dach ra­tu­sza, zo­ba­czył wy­sia­dającego z sa­mo­cho­du Wil­lia­ma Bor­ga. Mu­siał w nim sie­dzieć dłuższą chwilę. Ich oczy spo­tkały się, twarz Bor­ga roz­jaśnił uśmiech.

– War­to było przy­je­chać, cho­ciażby po to, żeby zo­ba­czyć cię z tym do­ku­men­tem w ręce.

Mi­ka­el nie od­po­wie­dział. Zna­li się od piętna­stu lat. Pra­co­wa­li kie­dyś ra­zem na zastępstwie, w dzia­le go­spo­dar­czym jed­ne­go ze stołecz­nych dzien­ników. Może nie za­działała che­mia, ale właśnie wte­dy położyli pod­wa­li­ny pod do­zgonną wro­gość. W oczach Blom­kvi­sta Borg był nie tyl­ko kiep­skim re­por­te­rem, ale też męczącym, małost­ko­wym i pamiętli­wym człowie­kiem, który ka­to­wał oto­cze­nie idio­tycz­ny­mi żar­ta­mi i wyrażał się lek­ce­ważąco o star­szych, a więc bar­dziej doświad­czo­nych re­por­te­rach. Szczególnie nie cier­piał star­szych ko­biet w tym za­wo­dzie. Po pierw­szej kłótni przyszły następne, aż w końcu drob­ne utarcz­ki prze­ro­dziły się w oso­bi­sty an­ta­go­nizm.

Przez dłuższy czas spo­ty­ka­li się spo­ra­dycz­nie, ale pod ko­niec lat dzie­więćdzie­siątych zo­sta­li praw­dzi­wy­mi wro­ga­mi. Mi­ka­el na­pi­sał książkę o dzien­ni­kar­stwie go­spo­dar­czym, w której cy­to­wał frag­men­ty niemądrych ar­ty­kułów sy­gno­wa­nych na­zwi­skiem nie­przy­ja­cie­la. Borg jawił się więc jako Jędrek-Mędrek, który zro­zu­miaw­szy większość faktów na opak, wy­chwa­lał pod nie­bio­sa stojące na skra­ju eko­no­micz­nej ka­ta­stro­fy fir­my z branży in­for­ma­tycz­nej. Urażony re­por­ter nie do­ce­nił oczy­wiście ana­li­zy Mi­ka­ela i gdy na­tknęli się kie­dyś na sie­bie w knaj­pie, pra­wie doszło do ręko­czynów. W tym sa­mym cza­sie Borg pożegnał się z dzien­ni­kar­stwem i – za zde­cy­do­wa­nie wyższą pensję – zaczął pra­co­wać jako do­rad­ca w przed­siębior­stwie, które znaj­do­wało się w stre­fie za­in­te­re­so­wań fi­nan­si­sty Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma.

Pa­trzy­li na sie­bie dłuższą chwilę, a później Mi­ka­el obrócił się na pięcie i od­szedł. To był cały Borg. Przy­je­chał pod ra­tusz je­dy­nie po to, żeby się pośmiać.

Na przy­stan­ku za­trzy­mała się właśnie czter­dziest­ka i Blom­kvist wsko­czył do au­to­bu­su, żeby jak naj­szyb­ciej uciec. Wy­siadł przy Fri­dhem­splan i stał nie­zde­cy­do­wa­ny, ciągle z wy­ro­kiem w ręku. W końcu skie­ro­wał kro­ki do ka­wiar­ni Anna, mieszczącej się obok ko­men­dy po­li­cji.

Gdy usiadł z kawą lat­te i ka­napką, w ra­diu zaczął się południo­wy ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Jego hi­sto­ria upla­so­wała się na trze­cim miej­scu, po sa­mobójczym za­ma­chu bom­bo­wym w Je­ro­zo­li­mie i wia­do­mości o powołaniu rządo­wej ko­mi­sji do­cho­dze­nio­wej w spra­wie do­mnie­ma­ne­go two­rze­nia kar­te­li w prze­myśle bu­dow­la­nym.

Dzien­ni­karz cza­so­pi­sma „Mil­len­nium” Mi­ka­el Blom­kvist zo­stał w piątek rano ska­za­ny na trzy mie­siące więzie­nia za zniesławie­nie przed­siębior­cy Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma. W jed­nym z te­go­rocz­nych nu­merów, w głośnym ar­ty­ku­le o tzw. spra­wie Mi­no­sa Blom­kvist twier­dził, że Wen­nerström wy­ko­rzy­stał do han­dlu bro­nią państwo­we środ­ki, prze­zna­czo­ne pier­wot­nie na in­we­sty­cje prze­mysłowe w Pol­sce. Oprócz kary po­zba­wie­nia wol­ności sąd orzekł, że Mi­ka­el Blom­kvist ma zapłacić po­szko­do­wa­ne­mu 150 tysięcy ko­ron tytułem zadośćuczy­nie­nia. Ad­wo­kat Wen­nerströma, Ber­til Cam­ne­mar­ker, podał do wia­do­mości, że jego klient jest usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny wy­ro­kiem. To wyjątko­wo poważny przy­pa­dek pomówie­nia, sko­men­to­wał.

Wy­rok li­czył dwa­dzieścia sześć stron. Wyjaśniał po­wo­dy, dla których sąd w piętna­stu punk­tach uznał Mi­ka­ela za win­ne­go zniesławie­nia prze­mysłowca Han­sa-Eri­ka Wen­nerströma. Mi­ka­el skon­sta­to­wał, że każdy z punktów oskarżenia kosz­to­wał go dzie­sięć tysięcy ko­ron i sześć dni więzie­nia. Nie wli­czając kosztów pro­ce­su i ho­no­ra­rium ad­wo­ka­ta. Nie miał siły, żeby choć przez chwilę za­sta­no­wić się nad osta­tecz­nym ra­chun­kiem, pomyślał tyl­ko, że mogło być go­rzej; sąd unie­win­nił go co do sied­miu punktów oskarżenia.

Czy­tając sfor­mułowa­nia wy­ro­ku, czuł nie­przy­jem­nie na­ra­stające uczu­cie ciężkości w oko­li­cy żołądka. Zdzi­wił się. Od początku pro­ce­su wie­dział, że – o ile nie nastąpi cud – zo­sta­nie ska­za­ny. Rzecz nie ule­gała wątpli­wości, zdążył się więc po­go­dzić z tą myślą. Sto­sun­ko­wo bez­tro­sko prze­sie­dział dwa dni roz­pra­wy, by później przez je­de­naście ko­lej­nych – bez spe­cjal­nych emo­cji – cze­kać, aż sąd, prze­myślaw­szy wszyst­ko dogłębnie, sfor­mułuje tekst, który właśnie trzy­mał w ręce. Do­pie­ro te­raz, po zakończe­niu pro­ce­su, po­czuł się bar­dzo nie­swo­jo.

Miał wrażenie, że ko­lej­ny kęs chle­ba rośnie mu w ustach. Przełykając go z tru­dem, od­sunął ka­napkę na bok.

Po raz pierw­szy zo­stał uzna­ny za win­ne­go przestępstwa, w ogóle po raz pierw­szy był o coś po­dej­rza­ny i oskarżony. Orze­cze­nie sądu to w za­sa­dzie błahost­ka. Przestępstwo lek­kiej wagi. Prze­cież nie cho­dziło o na­pad z bro­nią w ręku, mor­der­stwo czy gwałt. Ale fi­nan­so­wo wy­rok będzie od­czu­wal­ny. „Mil­len­nium” nie było me­dial­nym okrętem fla­go­wym o nie­ogra­ni­czo­nych za­so­bach. Cza­so­pi­smu się nie prze­le­wało, ale wy­rok nie ozna­czał fi­nan­so­wej ka­ta­stro­fy. Pro­blem po­le­gał na tym, że Mi­ka­el miał udziały w „Mil­len­nium”, będąc jed­no­cześnie – co za­kra­wało na idio­tyzm – re­dak­to­rem cza­so­pi­sma i jego wy­dawcą. Od­szko­do­wa­nie, sto pięćdzie­siąt tysięcy ko­ron, za­mie­rzał zapłacić z własnej kie­sze­ni, co w za­sa­dzie ozna­czało po­zby­cie się pra­wie wszyst­kich oszczędności. Cza­so­pi­smo po­kry­wało kosz­ty pro­ce­su. Przy rozsądnym go­spo­da­ro­wa­niu po­win­no się udać.

Pomyślał o ewen­tu­al­nej sprze­daży swo­je­go pod­da­sza, co byłoby dość bo­le­snym roz­wiąza­niem. Pod ko­niec ra­do­snych lat osiem­dzie­siątych, kie­dy miał dobrą po­sadę i sto­sun­ko­wo wy­so­kie do­cho­dy, zaczął rozglądać się za porządnym miesz­ka­niem własnościo­wym. Od­rzu­cał ko­lej­ne pro­po­zy­cje pośred­ników, aż w końcu na­tknął się na sześćdzie­siąt pięć metrów kwa­dra­to­wych pod­da­sza przy Bel­l­mans­ga­tan. Po­przed­ni właści­ciel zaczął prze­ra­biać je na miesz­ka­nie, ale kie­dy na­gle otrzy­mał pro­po­zycję pra­cy w fir­mie in­ter­ne­to­wej za gra­nicą, sprze­dał je ta­nio jako lo­kal do re­no­wa­cji.

Nowy właści­ciel dokończył dzieło, nie przej­mując się szczególnie pier­wot­ny­mi szki­ca­mi ar­chi­tek­ta wnętrz. Wydał spo­ro pie­niędzy na urządze­nie kuch­ni i łazien­ki, nie przykładając wagi do resz­ty. Nie położył par­kie­tu i nie po­sta­wił ścian działowych, re­zy­gnując z pla­no­wa­nych dwóch po­koi. Ale wy­cy­kli­no­wał de­ski podłogo­we, po­bie­lił wap­nem ory­gi­nal­ne, chro­po­wa­te ścia­ny i zasłonił naj­większe nie­doróbki kil­ko­ma akwa­re­la­mi Ema­nu­ela Bern­sto­ne’a. W ten sposób po­wstało prze­stron­ne, otwar­te miesz­ka­nie z sy­pial­nią za regałem i nie­wielką kuch­nią od­dzie­loną ba­rem od po­ko­ju, który spełniał funkcję zarówno sa­lo­nu, jak i ja­dal­ni. Pod­da­sze miało dwa okna man­sar­do­we i jed­no w szczy­cie, z wi­do­kiem na dzie­siątki ka­mie­nic biegnących ku Rid­dar­hol­men i Starówce. Przez wąską szcze­linę między nimi Mi­ka­el wi­dział wodę przy Slus­sen i ra­tusz. Dzi­siaj nie byłoby go stać na po­dob­ne miesz­ka­nie i dla­te­go nie chciał się go po­zby­wać.

Ale ry­zy­ko utra­ty pod­da­sza to ba­ga­te­la w porówna­niu z uszczerb­kiem, ja­kie­go do­znał jego wi­ze­ru­nek za­wo­do­wy. Wie­dział, że na­pra­wia­nie tych szkód zaj­mie ogrom­nie dużo cza­su. Jeżeli w ogóle uda się je na­pra­wić.

Cho­dziło o za­ufa­nie. W naj­bliższej przyszłości nie­je­den re­dak­tor za­wa­ha się, za­nim po­dej­mie de­cyzję o pu­bli­ka­cji ar­ty­kułu pod­pi­sa­ne­go przez Blom­kvi­sta. Miał jesz­cze wy­star­czająco wie­lu przy­ja­ciół w branży, skłon­nych za­ak­cep­to­wać to, że padł ofiarą nieszczęśli­we­go zbie­gu oko­licz­ności, ale też nie mógł już po­zwo­lić so­bie na ko­lej­ny, choćby naj­mniej­szy błąd.

Naj­bar­dziej jed­nak bolało go upo­ko­rze­nie.

Mając w ręku wszyst­kie atu­ty, prze­grał z gang­ste­rem w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go. Z łaj­da­kiem pod­szy­wającym się pod giełdo­we­go re­ki­na. Z ja­pi­szo­nem, którego ad­wo­kat szcze­rzył zęby przez cały pro­ces.

Do kur­wy nędzy, jak mogło do tego dojść?

A PRZE­CIEŻ SPRA­WA Wen­nerströma zaczęła się tak obie­cująco, półtora roku temu, w wieczór świętojański, w kok­pi­cie żółtego jach­tu Mälar-30. Wszyst­ko było dziełem przy­pad­ku, za­początko­wa­ne­go za­chcianką ko­le­gi po fa­chu, obec­nie spe­ca od PR w sa­morządzie wo­jewódzkim. Chcąc za­im­po­no­wać swo­jej no­wej dziew­czy­nie, ko­le­ga ów wypożyczył po­chop­nie nie­wiel­ki jacht i za­pro­po­no­wał kil­ku­dniową, żywiołową, ale nie­po­zba­wioną ro­man­ty­zmu prze­jażdżkę po wo­dach ar­chi­pe­la­gu sztok­holm­skie­go. Dziew­czy­na, która właśnie opuściła Hal­l­sta­ham­mar, by stu­dio­wać w sto­li­cy, dała się prze­ko­nać po długich na­mo­wach, ale pod wa­run­kiem, że za­biorą ze sobą siostrę i jej chłopa­ka. Nikt z nich nig­dy nie po­sta­wił nogi na pokładzie żaglówki. Pro­blem po­le­gał na tym, że również PR-owiec był żegla­rzem bar­dziej w teo­rii niż w prak­ty­ce. Trzy dni przed pla­no­waną wy­prawą za­dzwo­nił zde­spe­ro­wa­ny do Mi­ka­ela, prze­ko­nując go do udziału w wy­ciecz­ce i przyjęcia roli piątego, obe­zna­ne­go z na­wi­gacją, członka załogi.

Początko­wo zupełnie nie­czuły na prośby, Mi­ka­el ugiął się, kie­dy usłyszał obiet­nicę kil­ku wspa­niałych dni re­lak­su w miłym to­wa­rzy­stwie i z dobrą kuch­nią. Z obiet­nic nic nie wyszło, a prze­jażdżka żaglówką prze­obra­ziła się w ka­ta­strofę o wie­le większą, niż Mi­ka­el po­tra­fił so­bie wy­obra­zić. Płynęli pięknym, choć śred­nio trud­nym szla­kiem Fu­ru­sund z prędkością nie­spełna dzie­sięciu węzłów, przy której dziew­czy­na PR-owca od razu za­padła na cho­robę morską. Jej sio­stra zaczęła kłócić się z chłopa­kiem i nikt nie wy­ka­zał choćby mi­ni­mum za­in­te­re­so­wa­nia sztuką żeglarską. Wkrótce stało się ja­sne, że obsługa jach­tu spo­cznie wyłącznie na Mi­ka­elu. Po­zo­sta­li uczest­ni­cy wy­ciecz­ki ogra­ni­cza­li się do udzie­la­nia życz­li­wych, acz prze­ważnie bez­war­tościo­wych rad. Po pierw­szym noc­le­gu w za­to­ce na Ängsö Mi­ka­el gotów był za­winąć do przy­sta­ni w Fu­ru­sund i wrócić do domu au­to­bu­sem. I tyl­ko de­spe­rac­kie prośby PR-owca skłoniły go do po­zo­sta­nia na pokładzie.

Następne­go dnia koło południa, wy­star­czająco wcześnie, by zna­leźć wol­ne miej­sce, przy­bi­li do po­mo­stu na wy­spie Ar­hol­ma. Przy­go­to­wa­li lunch i właśnie wrzu­ci­li coś na ruszt, gdy Mi­ka­el po raz pierw­szy za­uważył pla­sti­kową żółtą M-trzy­dziestkę wpływającą do za­to­ki pod grotżaglem. Pod­czas gdy łódź robiła spo­koj­ny zwrot, jej szy­per szu­kał miej­sca do za­cu­mo­wa­nia. Mi­ka­el, ro­zej­rzaw­szy się do­okoła, skon­sta­to­wał, że prze­strzeń między ich jach­tem a H-bo­atem po pra­wej bur­cie była praw­do­po­dob­nie je­dyną szcze­liną, w którą mogła wśli­zgnąć się wąska M-trzy­dziestka. Stojąc na ru­fie, wska­zał wolną prze­strzeń. Szy­per zbliżającego się jach­tu uniósł dłoń w geście po­dzięko­wa­nia i zmie­nił kurs. Sa­mot­ny żeglarz, taki, co to nie po­fa­ty­gu­je się, żeby włączyć mo­tor – za­no­to­wał Mi­ka­el. Usłyszał szczęk ko­twicz­ne­go łańcu­cha, a po kil­ku se­kun­dach zo­ba­czył spusz­cza­ny grotżagiel i uwi­jającego się jak w ukro­pie mężczyznę, który ma­new­rując ste­rem, by wpłynąć pro­sto w szcze­linę, jed­no­cześnie przy­go­to­wy­wał ko­niec liny na dzio­bie.

Mi­ka­el wspiął się na re­ling i wyciągając rękę, za­ofe­ro­wał po­moc. Nowo przy­były zro­bił ostat­nią zmianę kur­su i sunąc de­li­kat­nie, podpłynął per­fek­cyj­nie do rufy jach­tu. Roz­po­zna­li się do­pie­ro wte­dy, gdy mężczy­zna rzu­cił Mi­ka­elowi ko­niec liny. Ich twa­rze roz­pro­mie­nił sze­ro­ki uśmiech.

– Cześć, Rob­ban! – wy­krzyknął Mi­ka­el. – Gdy­byś ko­rzy­stał z sil­ni­ka, nie mu­siałbyś zdzie­rać far­by ze wszyst­kich łodzi w por­cie.

– Cześć, Mic­ke. Czy­li do­brze mi się wy­da­wało, że skądś cię znam! Chętnie bym użył sil­ni­ka, gdy­by tyl­ko dał się od­pa­lić. Bi­dak wy­siadł kom­plet­nie przy Rödlöga, dwa dni temu.

Po­da­li so­bie ręce przez re­ling.

Całą wiecz­ność temu, w la­tach sie­dem­dzie­siątych, Mi­ka­el Blom­kvist i Ro­bert Lind­berg byli li­ce­al­ny­mi ko­le­ga­mi, a może na­wet przy­ja­ciółmi. Ale, jak to często bywa z ko­le­ga­mi z ławy szkol­nej, roz­sta­li się za­raz po ma­tu­rze. Ob­ra­li różne dro­gi i w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat wi­dzie­li się za­le­d­wie czte­ry czy pięć razy. Ich nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie w por­cie na Ar­hol­ma było pierw­szym po sied­miu lub ośmiu la­tach. Przyglądali się so­bie ba­daw­czo. Ro­bert miał spa­loną słońcem twarz, zmierz­wio­ne włosy i dwu­ty­go­dnio­wy za­rost.

Na­gle Mi­ka­elo­wi zde­cy­do­wa­nie po­pra­wił się hu­mor. Pod­czas gdy PR-owiec ze swo­im pro­sto­dusz­nym to­wa­rzy­stwem wy­brał się na dru­gi kra­niec wy­spy, by potańczyć wokół uma­jo­ne­go słupa, Mi­ka­el za­par­ko­wał na M-trzy­dzie­st­ce i przy śle­dziu i wódce roz­ma­wiał z daw­nym ko­legą o du­pie Ma­ry­ni.

TEGO WIE­CZO­RU, gdy prze­sta­li już wal­czyć z osławio­ny­mi ar­holm­ski­mi ko­ma­ra­mi, prze­nieśli się pod pokład i wy­pi­li kil­ka ład­nych se­tek, roz­mo­wa przyjęła cha­rak­ter prze­ko­ma­rza­nia się na te­mat mo­ral­ności i ety­ki w świe­cie biz­ne­su. Każdy z nich wy­brał ka­rierę, która w pew­nym sen­sie do­ty­czyła fi­nansów państwa. Ro­bert skończył Wyższą Szkołę Han­dlową i wkro­czył w świat ban­ko­wości. Mi­ka­el po stu­diach dzien­ni­kar­skich poświęcił dużą część za­wo­do­we­go życia na de­ma­sko­wa­nie wątpli­wych in­te­resów właśnie w kołach ban­ko­wo-han­dlo­wych. Roz­mo­wa zeszła na pro­ble­my mo­ral­ne w związku z mi­lio­no­wy­mi od­pra­wa­mi „spa­do­chro­no­wy­mi”, za­początko­wa­ny­mi w la­tach dzie­więćdzie­siątych. Wygłosiw­szy mowę obronną na te­mat kil­ku „spa­do­chro­nia­rzy”, Lind­berg od­sta­wił kie­li­szek i przy­znał z niechęcią, że wśród fi­nansistów i ban­kowców z pew­nością ukry­wa się mimo wszyst­ko nie­je­den łaj­dak. Na­gle zmie­rzył Mi­ka­ela poważnym spoj­rze­niem.

– Mic­ke, je­steś do­cie­kli­wym dzien­ni­ka­rzem, zaj­mu­jesz się fi­nan­so­wy­mi przekrętami, dla­cze­go nig­dy nie na­pi­sałeś ni­cze­go o Han­sie-Eri­ku Wen­nerströmie?

– Nie wie­działem, że jest coś do na­pi­sa­nia.

– Za­cznij grze­bać. Mu­sisz trochę pogrze­bać, do diabła! Jak dużo wiesz o pro­gra­mie ZPP?

– Taa, jakiś pro­gram po­mo­cy z lat dzie­więćdzie­siątych. Cho­dziło o po­sta­wie­nie na nogi prze­mysłu w byłych de­mo­lu­dach. Zakończo­ny parę lat temu. Nig­dy się tym nie zaj­mo­wałem.

– ZPP to Zarząd Po­mo­cy Prze­mysłowej, pro­jekt wspo­ma­ga­ny przez rząd i kie­ro­wa­ny przez re­pre­zen­tantów około dzie­sięciu znaczących szwedz­kich firm. ZPP do­stał państwo­we gwa­ran­cje dla sze­re­gu pro­jektów, które uzgod­nio­no w po­ro­zu­mie­niu z rządami w Pol­sce i w kra­jach nad­bałtyc­kich. Dołączyła się LO1, jako rękoj­mia, że wschod­ni ruch ro­bot­ni­czy zo­sta­nie umoc­nio­ny według szwedz­kie­go mo­de­lu. For­mal­nie rzecz biorąc, cho­dziło o pro­jekt na za­sa­dzie „po­moc dla samopo­mocy”, pro­jekt, który miał umożliwić tam­tej­szym rządom sa­nację eko­no­miczną. W prak­ty­ce wyglądało to tak, że szwedz­kie przed­siębior­stwa otrzy­mały państwo­we do­ta­cje, żeby zo­stać współudziałowca­mi w przed­siębior­stwach wschod­nioeuropejskich. Ten cho­ler­ny cha­dec­ki mi­ni­ster należał do gorących zwo­len­ników ZPP. W pla­nach było otwar­cie zakładów pa­pier­ni­czych w Kra­ko­wie, re­no­wa­cja zakładu me­ta­lur­gicz­ne­go w Ry­dze, fa­bry­ka ce­men­tu w Tal­li­nie i tak da­lej. Pie­niądze przy­dzie­lało kie­row­nic­two ZPP, czy­li naj­ważniej­si z ważnych w świe­cie ban­ko­wo-prze­mysłowym.

– A więc pie­niądze po­dat­ników?

– Mniej więcej pięćdzie­siąt pro­cent sta­no­wiły do­ta­cje państwa, resztę po­kry­wały ban­ki i prze­mysł. Ale to ab­so­lut­nie nie była działalność cha­ry­ta­tyw­na. I ban­ki, i przed­siębior­stwa li­czyły na poważny zysk. W prze­ciw­nym ra­zie, kur­wa, w ogóle by się tym nie za­in­te­re­so­wały.

– O jak duże pie­niądze cho­dziło?

– Po­cze­kaj, słuchaj da­lej. Cho­dziło głównie o so­lid­ne szwedz­kie przed­siębior­stwa, które chciały wejść na wschod­ni ry­nek. Ta­kie potęgi jak ABB, Skan­ska i tym po­dob­ne. Żad­nych spe­ku­lantów in­ny­mi słowy.

– Uważasz, że Skan­ska nie zaj­mu­je się spe­ku­la­cja­mi? Czy to właśnie nie ich na­czel­ne­go wy­la­no z pra­cy po tym, jak po­zwo­lił któremuś ze swo­ich chłopta­siów prze­puścić pół mi­liar­da na szyb­kich in­te­re­sach? No a ich hi­ste­rycz­ne spe­ku­la­cje nie­ru­cho­mościa­mi w Lon­dy­nie i Oslo?

– Nie, no ja­sne, idiotów znaj­dziesz w każdym przed­siębior­stwie na całym świe­cie, ale wiesz prze­cież, o co mi cho­dzi. To są w każdym ra­zie fir­my, które przede wszyst­kim zaj­mują się pro­du­ko­wa­niem cze­goś. No wiesz, kręgosłup szwedz­kiej go­spo­dar­ki i te rze­czy.

– A jak się do tego wszyst­kie­go ma Wen­nerström?

– Wen­nerström jest dżoke­rem. Fa­cet po­ja­wia się znikąd, nie ma ko­rze­ni w prze­myśle ciężkim i w ogóle nie za bar­dzo pa­su­je do tego to­wa­rzy­stwa.

Mi­ka­el napełnił kie­li­szek re­imer­shol­mem i roz­parł się wy­god­nie, usiłując so­bie przy­po­mnieć, co wie o Wen­nerströmie. Jego wie­dza oka­zała się nie­spe­cjal­nie bo­ga­ta. Uro­dzo­ny gdzieś w Nor­lan­dii, w la­tach sie­dem­dzie­siątych założył tam firmę in­we­sty­cyjną. Za­ro­biw­szy trochę gro­sza, prze­pro­wa­dził się do Sztok­hol­mu, gdzie zro­bił błyska­wiczną ka­rierę. Po­wstała Gru­pa Wen­nerströma, którą później, w związku z otwar­ciem biur w Lon­dy­nie i No­wym Jor­ku, prze­chrzczo­no na Wen­nerstroem Gro­up. Nazwę przed­siębior­stwa zaczęto wy­mie­niać w tych sa­mych ar­ty­kułach co firmę Be­ijer. Wen­nerström han­dlo­wał ak­cja­mi i ob­li­ga­cja­mi, robił szyb­kie in­te­re­sy i po­ja­wił się w ta­blo­idach jako je­den z licz­nych świeżo upie­czo­nych mi­liar­derów z apar­ta­men­tem na Strandvägen, oka­załą po­siadłością let­nią na Värmdö i dwu­dzie­sto­trzy­me­tro­wym jach­tem, na­by­tym od nie­wypłacal­nej byłej gwiaz­dy te­ni­sa. By­strzak z no­sem do in­te­resów, bez wątpie­nia, ale całe lata osiem­dzie­siąte były de­kadą ta­kich by­strzaków i spe­ku­lantów na ryn­ku nie­ru­cho­mości. Wen­nerström nie wyróżniał się ni­czym szczególnym. Wręcz prze­ciw­nie, uni­kał rozgłosu i za­wsze po­zo­sta­wał w cie­niu Bar­dzo Ważnych Chłopców. Bra­ko­wało mu na­pu­szo­nych ma­nier Sten­bec­ka, nie obnażał się w pra­sie jak Bar­ne­vik. Nie uczest­nicząc w bo­omie związa­nym z nie­ru­cho­mościa­mi, in­we­sto­wał ma­so­wo w blo­ku ko­mu­ni­stycz­nym. Gdy w la­tach dzie­więćdzie­siątych z ba­lo­na uszło po­wie­trze i je­den dy­rek­tor za dru­gim zmu­szo­ny był do otwar­cia swo­jej spa­do­chro­no­wej od­pra­wy, fir­ma Wen­nerströma ra­dziła so­bie za­dzi­wiająco do­brze. Ani śladu skan­da­lu. A Swe­dish suc­cess sto­ry – pod­su­mo­wał sam „Fi­nan­cial Ti­mes”.

– To było w 1992. Wen­nerström nie­spo­dzie­wa­nie skon­tak­to­wał się z ZPP i oznaj­mił, że chce pie­niędzy. Przed­sta­wił plan, z pew­nością uzgod­nio­ny z in­we­sto­ra­mi w Pol­sce, plan otwar­cia fa­bry­ki pro­du­kującej opa­ko­wa­nia dla prze­mysłu spożyw­cze­go.

– Czy­li pusz­ki na kon­ser­wy?

– Nie do końca, ale coś w tym sty­lu. Nie mam pojęcia, ja­kie miał zna­jo­mości w ZPP, ale bez ni­cze­go do­stał sześćdzie­siąt mi­lionów ko­ron.

– To za­czy­na być in­te­re­sujące. Pozwól, że zgadnę: to był pierw­szy i ostat­ni raz, kie­dy ktoś wi­dział te pie­niądze.

– Błąd – po­wie­dział Lind­berg, uśmie­chając się ta­jem­ni­czo, po czym znów wlał w sie­bie kil­ka kro­pel wódki. – To, co wy­da­rzyło się później, jest zgod­ne z kla­sycz­nym spra­woz­da­niem fi­nan­so­wym. Wen­nerström na­prawdę otwo­rzył w Pol­sce, a dokład­niej w Łodzi, zakład pro­du­kujący opa­ko­wa­nia. Przed­siębior­stwo na­zy­wało się Mi­nos. W 1993 ZPP otrzy­mał kil­ka en­tu­zja­stycz­nych ra­portów. A później wszyst­ko ucichło. W 1994 Mi­nos na­gle padł.

RO­BERT LIND­BERG z hu­kiem po­sta­wił kie­li­szek, pod­kreślając siłę upad­ku.

– Pro­blem z ZPP po­le­gał na tym, że nie ist­niały stan­dar­dy spra­woz­daw­czości fi­nan­so­wej tych pro­jektów. Pamiętasz tam­te cza­sy? Kie­dy runął mur ber­liński, za­pa­no­wał wszech­ogar­niający opty­mizm. Wszędzie wpro­wa­dza­no de­mo­krację, minęła groźba woj­ny ato­mo­wej, a bol­sze­wi­cy w ciągu jed­nej nocy mie­li prze­mie­nić się w praw­dzi­wych ka­pi­ta­listów. Rząd chciał wzmoc­nić de­mo­krację na Wscho­dzie. Każdy prze­mysłowiec chciał załapać się na bu­dowę no­wej Eu­ro­py.

– Nie wie­działem, że ka­pi­ta­liści są tacy chętni do działalności cha­ry­ta­tyw­nej.

– Uwierz mi, to wet dre­am każdego ka­pi­ta­li­sty. Ro­sja i byłe de­mo­lu­dy to może naj­większy po Chi­nach nie­wy­ek­splo­ato­wa­ny ry­nek. Prze­mysłowcy nie mie­li żad­nych oporów, żeby przyjść rządowi z po­mocą, szczególnie gdy sami po­kry­wa­li za­le­d­wie ułamek kosztów. ZPP pochłonął łącznie po­nad trzy­dzieści mi­liardów ko­ron. Te pie­niądze po­dat­ników miały się zwrócić w for­mie przyszłych zysków. For­mal­nie ZPP po­wstał z ini­cja­ty­wy rządu, ale wpływy przed­siębiorców były tak duże, że w prak­ty­ce zarząd pra­co­wał sa­mo­dziel­nie.

– Ro­zu­miem. Czy kry­je się za tym jakaś sto­ry?

– Cier­pli­wości. Na początku nie było żad­nych kłopotów z fi­nan­so­wa­niem pro­jek­tu. Szwe­cji nie do­tknął jesz­cze szok wzro­stu stóp pro­cen­to­wych. Za­do­wo­lo­ny rząd we współpra­cy z ZPP mógł pod­kreślać swój wkład w bu­do­wa­nie de­mo­kra­cji na wscho­dzie Eu­ro­py.

– To było za rządów pra­wi­cy.

– Nie mie­szaj w to po­li­ty­ki. Tu­taj cho­dzi o pie­niądze i wsio raw­no, czy mi­ni­stro­wie po­chodzą z lewa, czy z pra­wa. No więc naj­pierw cała naprzód, później przyszły pro­ble­my wa­lu­to­we, a jesz­cze później kil­ku sza­lo­nych no­wo­de­mo­kratów – pamiętasz Nową De­mo­krację? – zaczęło na­rze­kać, że nikt nie ma wglądu w to, czym zaj­mu­je się ZPP. Któryś z tych chłopta­siów po­my­lił ZPP z Zarządem do spraw Roz­wo­ju Między­na­ro­do­we­go i myślał, że cho­dzi o jakiś pro­jekt po­mo­cy do go­oder w sty­lu Tan­za­nii. Wiosną 1994 powołano ko­misję, która miała zba­dać działalność ZPP. Wy­su­nięto za­rzu­ty wo­bec kil­ku pro­jektów, a jed­nym z pierw­szych pod­da­nych kon­tro­li był Mi­nos.

– I Wen­nerström nie po­tra­fił roz­li­czyć się z pie­niędzy?

– Prze­ciw­nie. Wen­nerström przed­sta­wił wyśmie­ni­te spra­woz­da­nie, z którego wy­ni­kało, że w firmę Mi­nos za­in­we­sto­wa­no po­nad pięćdzie­siąt czte­ry mi­lio­ny ko­ron. Ale oka­zało się, że w za­co­fa­nej Pol­sce ist­niały zbyt duże prze­szko­dy struk­tu­ral­ne, żeby no­wo­cze­sny prze­mysł mógł funk­cjo­no­wać bez pro­blemów. W re­zul­ta­cie ich przed­siębior­stwo zo­stało wy­par­te przez kon­ku­ren­cyj­ny nie­miec­ki pro­jekt. Niem­cy zaczęli wte­dy wy­ku­py­wać w naj­lep­sze cały blok wschod­ni.

– Po­wie­działeś, że do­stał sześćdzie­siąt mi­lionów.

– Właśnie. Pie­niądze z ZPP funk­cjo­no­wały jak nie­opro­cen­to­wa­ne pożycz­ki. Oczy­wiście w zamyśle przed­siębior­stwa miały spłacić część tej pożycz­ki w ciągu iluś tam lat. Ale Mi­nos zban­kru­to­wał, pro­jekt się nie powiódł, za co nie można było winić Wen­nerströma. I tu­taj państwo­wa gwa­ran­cja za­pew­niała, że stra­ty nie do­tkną go oso­biście. Po pro­stu nie mu­siał od­da­wać uto­pio­nych w Mi­nosie pie­niędzy, a poza tym miał też do­wo­dy na to, że utra­cił właśnie taką, a nie inną sumę własnych środków.

– No to zo­bacz­my, czy do­brze zro­zu­miałem. Rząd do­star­czył mi­liar­dy z budżetu i wspo­ma­gał dy­plo­matów, którzy otwie­ra­li od­po­wied­nie drzwi. Prze­mysłowcy do­star­czy­li pie­niędzy i użyli ich do in­we­sty­cji w jo­int ven­tu­re, z których później zgar­nia­li re­kor­do­we zy­ski: czy­li in­ny­mi słowy nic no­we­go. Kil­ku wy­gry­wa, kil­ku płaci ra­chun­ki, a my wie­my, kto ma jaką rolę do ode­gra­nia.

– Je­steś cy­ni­kiem. Państwo­we pożycz­ki miały być spłaco­ne.

– Po­wie­działeś, że były nie­opro­cen­to­wa­ne. A to zna­czy, że po­dat­ni­cy nie mie­li naj­mniej­szej szan­sy na jakąkol­wiek dy­wi­dendę za to, że do­star­czy­li for­sy. Wen­nerström do­stał sześćdzie­siąt ba­niek, z których za­in­we­sto­wał pięćdzie­siąt czte­ry. Co się stało z po­zo­stałymi sześcio­ma mi­lio­na­mi?

– W tym sa­mym mo­men­cie, w którym oka­zało się, że pro­jek­ty będą pod­da­ne kon­tro­li, Wen­nerström wysłał ZPP czek na sześć mi­lionów, dopłacając różnicę. Tak więc z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia spra­wa zo­stała załatwio­na.

RO­BERT ZA­MILKŁ i spoj­rzał wy­mow­nie na Mi­ka­ela.

– Wygląda na to, że Wen­nerström prze­pu­tał trochę pie­niędzy z ZPP, ale w porówna­niu z sumą pół mi­liar­da, która zniknęła ze Skan­ska, albo z od­prawą spa­do­chro­nową dy­rek­to­ra ABB, opie­wającą na po­nad mi­liard – co na­prawdę lu­dzi wzbu­rzyło – to nie są wiel­kie rze­czy do opi­sy­wa­nia – stwier­dził Mi­ka­el. – Dzi­siej­si czy­tel­ni­cy mają po dziur­ki w no­sie tekstów o nie­kom­pe­tent­nych gra­czach giełdo­wych, na­wet jeżeli cho­dzi o pie­niądze z budżetu. Czy masz coś więcej?

– Te­raz do­pie­ro się za­cznie!

– Skąd to wszyst­ko wiesz? O in­te­re­sach Wen­nerströma w Pol­sce?

– W la­tach dzie­więćdzie­siątych pra­co­wałem w Han­dels­ban­ken. Zgad­nij, kto przy­go­to­wy­wał ra­por­ty dla re­pre­zen­tan­ta ban­ku w ZPP?

– Aha! No to opo­wia­daj.

– No więc tak… w skrócie. Wen­nerström złożył w ZPP wyjaśnie­nie. Pod­pi­sa­no do­ku­men­ty. Oddał resztę pie­niędzy. Właśnie te sześć mi­lionów było bar­dzo spryt­nie pomyślane. Jeżeli ktoś stoi w przed­sion­ku z torbą pie­niędzy, które chce ci zwrócić, to nie po­dej­rze­wasz go, kur­wa, o nie­cne za­mia­ry.

– Przejdź do rze­czy.

– Ależ dro­gi Blom­kviście, prze­cież o to właśnie cho­dzi. ZPP był za­do­wo­lo­ny ze spra­woz­da­nia Wen­nerströma. In­we­stycję tra­fił szlag, ale nie można było ni­ko­mu po­sta­wić za­rzu­tu, że źle ją pro­wa­dzo­no. Przeglądaliśmy fak­tu­ry, trans­fe­ry i wszyst­kie inne do­ku­men­ty. Wszyst­ko było rze­tel­nie przed­sta­wio­ne. Wie­rzyłem w to. Mój szef w to wie­rzył. ZPP też wie­rzył, a rząd nie miał nic do do­da­nia.

– No to w czym tkwi szko­puł?

– Do­pie­ro te­raz hi­sto­ria za­czy­na być śli­ska – po­wie­dział Lind­berg, spra­wiając na­gle wrażenie za­dzi­wiająco trzeźwego. – Po­nie­waż je­steś dzien­ni­ka­rzem, to, co te­raz po­wiem, będzie off the re­cord.

– Od­wal się. Nie możesz opo­wia­dać mi nie­stwo­rzo­nych rze­czy, a później za­strze­gać się, że nie wol­no ich prze­ka­zać in­nym.

– Ja­sne, że mogę. To, co opo­wie­działem do tej pory, jest jak naj­bar­dziej ofi­cjal­ne. Jeśli chcesz, możesz prze­czy­tać spra­woz­da­nie. Co do resz­ty hi­sto­rii, której zresztą jesz­cze nie wy­ja­wiłem, mu­sisz po­trak­to­wać mnie jako ano­ni­mo­we źródło.

– Aha, ale według obo­wiązującej ter­mi­no­lo­gii off the re­cord zna­czy, że do­wie­działem się cze­goś w za­ufa­niu, ale nie wol­no mi o tym pisać.

– Mam w du­pie ter­mi­no­lo­gię. Pisz, co ci się po­do­ba, ale chcę po­zo­stać ano­ni­mo­wym źródłem. Ro­zu­mie­my się?

– Oczy­wiście.

Do­pie­ro po fak­cie zro­zu­miał, że popełnił błąd.

– To do­brze. Hi­sto­ria z Mi­no­sem miała miej­sce dzie­sięć lat temu, po upad­ku muru i po tym, jak bol­sze­wi­cy zaczęli się za­mie­niać w so­lid­nych ka­pi­ta­listów. Byłem jedną z osób, które badały pro­jekt Wen­nerströma, i cały czas nie opusz­czało mnie wrażenie, że coś w tym wszyst­kim cho­ler­nie śmier­dzi.

– Dla­cze­go nie po­wie­działeś nic w trak­cie kon­tro­li?

– Roz­ma­wiałem o tym z sze­fem. Ale nie można się było do ni­cze­go przy­cze­pić. Wszyst­kie pa­pie­ry były w porządku. Po­zo­stało mi tyl­ko pod­pi­sać się pod spra­woz­da­niem. Ale przez ko­lej­ne lata, za każdym ra­zem, gdy ze­tknąłem się z na­zwi­skiem Wen­nerströma, nie mogłem prze­stać myśleć o Mi­no­sie.

– Aha.

– Rzecz w tym, że kil­ka lat później, w połowie lat dzie­więćdzie­siątych, bank robił trochę in­te­resów z Wen­nerströmem. Zresztą dosyć spo­rych in­te­resów. Ale udały się tak so­bie.

– Zro­bił was w bam­bu­ko?

– Nie, nie aż tak. Za­ro­bi­liśmy i my, i on. Cho­dzi ra­czej o to, że… nie wiem na­prawdę, jak to wyjaśnić. Mówię te­raz o swo­im pra­co­daw­cy, a wolałbym tego uniknąć. Ale co mnie ude­rzyło, jak to się mówi – ogólne wrażenie nie było po­zy­tyw­ne. Me­dia przed­sta­wiają Wen­nerströma jako eko­no­miczną su­per­wy­rocz­nię. On z tego żyje. To jest jego ka­pi­tał.

– Wiem, co masz na myśli.

– A ja od­niosłem wrażenie, że ten fa­cet to jed­na wiel­ka bla­ga. Nie był jakoś szczególnie uzdol­nio­ny, jeżeli cho­dzi o eko­no­mię. Prze­ciw­nie, w niektórych kwe­stiach jego wie­dza była nie­wia­ry­god­nie płytka. Do­ra­dzało mu kil­ku nie­sa­mo­wi­cie by­strych young war­riors, ale sa­me­go Wen­nerströma nie cier­piałem ser­decz­nie.

– Okej.

– Mniej więcej rok temu po­je­chałem do Pol­ski, w całkiem in­nej spra­wie. Je­dliśmy ko­lację z kil­ko­ma in­we­sto­ra­mi z Łodzi i zupełnie przy­pad­ko­wo przyszło mi sie­dzieć obok pre­zy­den­ta mia­sta. Roz­ma­wia­liśmy o tym, jak trud­no było po­sta­wić polską go­spo­darkę na nogi i tak da­lej, i nie wiem już w związku z czym wspo­mniałem o Mi­no­sie. Mężczy­zna przez chwilę pa­trzył na mnie z ogrom­nym zdzi­wie­niem, jak gdy­by nig­dy nie słyszał o tej fir­mie, ale w końcu przy­po­mniał so­bie pro­jekt, z którego nig­dy nic nie wyszło. Skwi­to­wał to śmie­chem i dodał, cy­tuję: „Jeżeli to wszyst­ko, na co stać szwedz­kich in­we­storów, to wkrótce wasz kraj po­pad­nie w ruinę”. Łapiesz?

– Wy­po­wiedź świad­czy o tym, że pre­zy­dent Łodzi jest mądrym fa­ce­tem, ale mów da­lej.

– To zda­nie nie dawało mi spo­ko­ju. Następne­go dnia rano mu­siałem być na ze­bra­niu, ale później miałem wol­ne. Tyl­ko z czy­stej cie­ka­wości po­je­chałem zo­ba­czyć po­zo­stałości po fir­mie Mi­nos. Do­tarłem do nie­wiel­kiej wio­ski pod Łodzią, z knajpą w sto­do­le i sra­czy­kiem na podwórzu. Wiel­ka fa­bry­ka Mi­nos oka­zała się być kom­pletną ru­derą, roz­la­tującym się ma­ga­zy­nem z bla­chy fa­li­stej, który w la­tach pięćdzie­siątych po­sta­wiła Ar­mia Czer­wo­na. Spo­tkałem ochro­nia­rza, który mówił trochę po nie­miec­ku i którego ku­zyn pra­co­wał w Mi­nosie. Ku­zyn miesz­kał nie­da­le­ko, więc po­szliśmy do nie­go do domu. Ochro­niarz tłuma­czył. Je­steś cie­ka­wy, co po­wie­dział?

– Nie mogę się do­cze­kać.

– Mi­nos po­wstał w 1992. Za­trud­niał naj­wyżej piętnaście osób, głównie sta­re ko­bie­ci­ny. Pen­sja wy­no­siła trochę po­nad sto pięćdzie­siąt ko­ron mie­sięcznie. Naj­pierw nie było ma­szyn, więc pra­cow­ni­cy zaj­mo­wa­li się sprząta­niem ru­de­ry. Na początku paździer­ni­ka przyszły trzy urządze­nia do pro­duk­cji kar­tonów, ku­pio­ne w Por­tu­ga­lii. Używa­ne, znisz­czo­ne i to­tal­nie prze­sta­rzałe. Gdy­by oddać je na złom, nie byłyby war­te więcej niż kil­ka tysięcy. Wpraw­dzie działały, ale cały czas się psuły. Na­tu­ral­nie bra­ko­wało części za­mien­nych, co chwilę ro­bio­no prze­rwy w pro­duk­cji. Najczęściej po pro­stu ktoś z za­trud­nio­nych na­pra­wiał je pro­wi­zo­rycz­nie, do następnej awa­rii.

– To za­czy­na przy­po­mi­nać praw­dziwą sto­ry – przy­znał Mi­ka­el. – Co właści­wie pro­du­ko­wa­no w Mi­no­sie?

– W 1992 roku i do połowy 1993 ro­bi­li zwykłe pudełka kar­to­no­we na pro­szek do zmy­wa­rek, opa­ko­wa­nia na jaj­ka i ta­kie rze­czy. Później pa­pie­ro­we to­reb­ki. Ale fa­bry­ce ciągle bra­ko­wało ma­te­riału i nig­dy nie pro­du­ko­wa­li szczególnie dużo.

– To nie wygląda na jakąś ogromną in­we­stycję.

– Ob­li­czyłem. Łączne kosz­ty wy­naj­mu lo­ka­lu przez dwa lata to piętnaście tysięcy ko­ron. Na pen­sje wy­da­no mak­sy­mal­nie sto pięćdzie­siąt tysięcy, przyjąłem naj­bar­dziej hoj­ny wa­riant. Za­kup urządzeń i trans­port… fur­go­net­ka prze­wożąca kar­to­ny… przy­pusz­czal­nie dwieście pięćdzie­siąt tysięcy. Dołożyć trze­ba opłaty skar­bo­we za po­zwo­le­nia, trochę podróży tam i z po­wro­tem – w wio­sce po­ja­wiła się kil­ka razy tyl­ko jed­na oso­ba ze Szwe­cji. Taa, po­wiedz­my, że cała ope­ra­cja nie pochłonęła więcej niż mi­lion. Pew­ne­go dnia, la­tem 1993 roku, przy­szedł bry­ga­dzi­sta i po­wie­dział, że fa­brykę za­mknięto, a wkrótce później węgier­ska ciężarówka za­brała cały park ma­szy­no­wy. Exit Mi­nos.

POD­CZAS PRO­CE­SU Mi­ka­el często myślał o tym sobótko­wym spo­tka­niu. Większą część wie­czo­ru prze­ko­ma­rza­li się w li­ce­al­nym, ser­decz­nym to­nie, dokład­nie jak za szkol­nych czasów. Jako na­sto­lat­ko­wie dźwi­ga­li to samo eg­zy­sten­cjal­ne brze­mię. Jako dorośli byli so­bie właści­wie obcy, tak na­prawdę dzie­liło ich mnóstwo rze­czy. Pod­czas roz­mo­wy Mi­ka­el za­sta­na­wiał się na­wet, co spra­wiło, że w szko­le zo­sta­li przy­ja­ciółmi. Pamiętał Ro­ber­ta jako ci­che­go, pełnego re­zer­wy chłopca, sza­le­nie nieśmiałego wo­bec dziewcząt. W wie­ku do­rosłym od­no­sił suk­ce­sy jako… no, oso­ba związana za­wo­do­wo z ban­kiem.

Mi­ka­el nie wątpił ani przez mo­ment, że jego to­wa­rzysz wy­zna­wał poglądy sprzecz­ne z jego wizją świa­ta. Rzad­ko się upi­jał, ale to przy­pad­ko­we spo­tka­nie prze­obra­ziło nie­udaną wy­prawę w przy­jem­ny wieczór, kie­dy to po­ziom wódki w bu­tel­ce obniża się sta­le, choć bez pośpie­chu. Być może właśnie z po­wo­du pier­wot­nie lek­kie­go tonu roz­mo­wy Mi­ka­el nie po­tra­fił po­trak­to­wać opo­wieści Ro­ber­ta poważnie. Ale w końcu zbu­dził się w nim in­stynkt dzien­ni­ka­rza. Na­gle zaczął słuchać z ogromną uwagą i nie omiesz­kał wy­ka­zać lo­gicz­nych nieścisłości.

– Po­cze­kaj se­kundkę – po­pro­sił. – Wen­nerström to na­zwi­sko na to­pie, przy­najm­niej wśród giełdo­wych re­kinów. Jeżeli się nie mylę, jest mi­liar­de­rem…

– Sza­cu­je się, że Wen­ner­stro­em Gro­up sie­dzi na mniej więcej dwu­stu dwu­dzie­stu mi­liar­dach. Chcesz za­py­tać, dla­cze­go kre­zus tej kla­sy w ogóle zaprzątałby so­bie głowę oszu­stwem na skromną sumkę pięćdzie­sięciu mi­lionów?

– No… nie do końca. Ra­czej dla­cze­go w ogóle narażał się na tak duże ry­zy­ko, aranżując oczy­wi­sty szwin­del.

– Nie wiem, czy można uznać ten szwin­del za oczy­wi­sty. Całko­wi­cie ze sobą zgod­ni człon­ko­wie zarządu ZPP, bank, rząd i re­wi­zo­rzy Riks­da­gu przyjęli i za­ak­cep­to­wa­li spra­woz­da­nia Wen­nerströma.

– W każdym ra­zie cho­dziło o drobną sumę.

– Z pew­nością. Ale za­stanów się: Wen­ner­stro­em Gro­up to przed­siębior­stwo in­we­sty­cyj­ne, han­dlu­je wszyst­kim, co może przy­nieść zysk – pa­pie­ra­mi war­tościo­wy­mi, ob­li­ga­cja­mi, wa­lutą… you name it. Wen­nerström skon­tak­to­wał się z ZPP w 1992 roku, właśnie wte­dy, gdy ry­nek zaczął to­tal­nie tonąć. Pamiętasz je­sień 1992 roku?

– Czy pamiętam? Miałem wte­dy kre­dyt miesz­ka­nio­wy ze zmien­nym opro­cen­to­wa­niem, a w paździer­ni­ku Bank Cen­tral­ny pod­niósł stopę do pięciu­set punktów pro­cen­to­wych. Przez cały następny rok męczyłem się z dzie­więtna­sto­pro­cen­to­wy­mi od­set­ka­mi.

– Mmmm. To były cza­sy! – Ro­bert się uśmiechnął. – Ja też cho­ler­nie dużo wte­dy stra­ciłem. Również Hans-Erik Wen­nerström, tak jak inni przed­siębior­cy, bo­ry­kał się z po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi. Miał mi­lio­ny uwięzio­ne w przeróżnych pa­pie­rach, ale za­dzi­wiająco mało gotówki. Na­gle nie mógł zaciągnąć no­wych, bajońskich pożyczek. Za­zwy­czaj w ta­kiej sy­tu­acji lu­dzie po­zby­wają się kil­ku nie­ru­cho­mości i liżą rany po stra­tach. Ale w 1992 roku nikt za żadną cho­lerę nie chciał ku­po­wać nie­ru­cho­mości.

Cash-flow pro­blem.

– Właśnie. I Wen­nerström nie był osa­mot­nio­ny. Każdy han­dlo­wiec…

– Nie mów: han­dlo­wiec. Na­zy­waj ich, jak chcesz, ale używając określe­nia han­dlo­wiec, obrażasz całą poważną grupę za­wo­dową.

– …no to każdy re­kin giełdowy, każdy miał cash-flow pro­blems… Spójrz na to tak: Wen­nerström do­stał sześćdzie­siąt mi­lionów ko­ron. Oddał sześć ba­niek, ale do­pie­ro po trzech la­tach. Wy­dat­ki związane z Mi­no­sem nie mogły wy­nieść więcej niż jakiś mi­lion. Już same od­set­ki z sześćdzie­sięciu mi­lionów przez trzy lata są co nie­co war­te. W zależności od tego, jak za­in­we­sto­wał te pie­niądze, mógł je po­dwoić albo na­wet zdzie­sięcio­krot­nić. Wte­dy nie mówimy już o gównia­nych su­mach. A tak w ogóle, to na zdro­wie!


1 Land­sor­ga­ni­sa­tion – szwedz­ka Fe­de­ra­cja Związków Za­wo­do­wych (przyp. tłum.).