Dawid Copperfield - Karol Dickens,Charles Dickens,przeł. Wilhelmina Kościałkowska,przeł. Cecylia Niewiadomska

Dawid Copperfield

0,0

"Dawid Copperfield" to słynna powieść Karola Dickensa opowiadająca historię od narodzin tytułowego bohatera aż do jego wieku dojrzałego. Wiele wątków z tej powieści Karola Dickensa ma ewidentny charakter autobiograficzny.

 

Dodaj komentarz


Wspaniała powieść znanego wszystkim pisarza Charlesa Dickensa, na jej podstawie nakręcono również film. Głównym bohaterem książki jest tytułowy Dawid Copperfield, który na naszych oczach dojrzewa. Jest to niezwykle emocjonująca opowieść, która zabiera czytelnika w magiczny świat, jakiego nie znajdziemy w żadnej innej książce. Dickens nie bez powodu zyskał sławę. To jest jedna z tych książek, które powinno się znać i jest to pozycja w pełni na takie miano zasługująca. Polecam.


Sentymentalna, liryczna podróż w czasie do wiktoriańskiej Anglii. Piękna opowieść o Dawidzie Copperfieldzie, który wkracza w dorosłe życie i poznaje smak dorosłości. Dickens kreuje wyraziste, barwne postacie, którym nie brakuje groteskowości i okrucieństwa, i które na długo zapadają w pamięć. Historia momentami smutna i tragiczna, nie brakuje jej jednak elementów humorystycznych. Dickens w całej swojej okazałości wart przeczytania i wart tego by do niego wracać.


Wyjątkowa książka, w pewnym momencie trudno mi było się od niej oderwać. Podoba mi się, że wraz z każda stroną, z każdym dodatkowym dniem, rokiem widzimy jak bohater zmienia swoje spostrzeżenia o otaczającym go świecie. Bardzo życiowe, fantastycznie ujęte. Wspaniale „zaprojektowani” bohaterowie, którzy są dokładnie wymyśleni i przedstawieni. Wspaniale się to czyta, można się poczuć jak dodatkowy bohater, członek rodziny.


Jedna z tych pozycji, która zmusza nas, podczas czytania ostatnich stron, do odkładania jej co chwilę. Tylko w ten sposób można opóźnić nieuchronny moment odczytania ostatniej linijki tekstu. "David Copperfield" ukazuje, jak wielki dar do tworzenia i opisywania postaci posiadał Dickens.


Książka pełna emocji, opowiedziana wspaniale. Bohaterowie są wielowymiarowi a opisy nie są nudne.


Cudownie się to czytało. Magii książek Dickensa nie da się opisać.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

CZĘŚĆ I. - DZIECIŃSTWO.

 

I. SZCZĘŚLIWE DZIECIŃSTWO.

 

U rodziłem się — pogrobowcem.

 Mój ojciec umarł, nim przyszedłem na świat, i z ogromnym smutkiem myślałem sobie nieraz, że nigdy mię nie widział!

 Pierwsze moje wspomnienie o nim — to biały marmurowy kamień przy kościele, pod którym „spoczywa“, jak mi powiedziano. Myślałem o nim nieraz i z dziwnem uczuciem ściskało mi się serce w ciemne wieczory zimowe, kiedy, bawiąc się z mamą w ciepłym i jasnym pokoju, mimowoli spojrzałem w okno. Jakiż samotny musiał tam być pod kamieniem, kiedy nam tutaj tak ciepło i przyjemnie. I to naprawdę straszne, że tu, w jego domu, drzwi przed nim zamknięte.

 Głową rodziny, t. j. osobą najstarszą w rodzinie, była ciotka mojego ojca, a więc moja babka cioteczna, miss Betsy Trotwood (Trotuud). Babka Trotwood podobno miała burzliwe życie: wyszła zamąż za człowieka, który źle z nią postępował, a ponieważ była bardzo energiczna, więc się z nim rozstała, odsunęła się od świata i ludzi, powróciła do panieńskiego nazwiska i zamieszkała sama ze służącą w małym domku nad brzegiem morza niedaleko Duwru. W tym czasie tak obrzydli jej mężczyźni, że gdyby to od jej woli zależało, prawdopodobnie nie byłoby ich wcale na świecie.

 Ojciec w młodym wieku był jej ulubieńcem: poczęści go wychowała i kochała jak syna, lecz wzamian wymagała posłuszeństwa. Kiedy się dowiedziała, że ojciec wbrew jej woli ożenił się z mamą, była obrażona śmiertelnie i zerwała z nim wszelkie stosunki. Mamy nie znała, nie widziała nigdy, lecz nazwała ją dzieckiem, woskową laleczką, ponieważ miała wtedy dopiero lat 18, złote włosy, błękitne oczy i niezmiernie łagodny wyraz twarzy.

 Ojciec od mamy był dwa lata starszy, ale wątły, słabego zdrowia i w rok po ślubie umarł. Wtedy mama została samiuteńka jedna, bo nikogo z krewnych nie miała.

 Pewnego dnia w marcu, przed mojem jeszcze urodzeniem się, siedziała mama smutna w bawialnym pokoju i często podnosiła do oczu chusteczkę. Była naprawdę dzieckiem, nie miała w charakterze takiej siły i stanowczości, jak ciotka, więc czuła się strasznie samotną, opuszczoną i nieszczęśliwą. Zdawało jej się, że chyba też umrze, bo jakże iść przez życie samej jednej między obcymi?

 Wtem w ogrodzie spostrzegła nieznaną osobę: wysoką, szczupłą damę w ciemnym stroju, zmierzającą stanowczym krokiem ku drzwiom.

 Mama tak się przelękła, że się schowała za krzesło, lecz służąca wpuściła ciotkę, bo to była miss Betsy Trotwood, i otworzyła jej drzwi do pokoju, gdzie znajdowała się mama.

 Ciotka objęła pokój badawczem spojrzeniem i naturalnie zaraz spostrzegła mamę za fotelem. Skinęła, aby zbliżyła się do niej, lecz jej zsunięte czoło i przenikliwe oczy tak przerażały mamę, że zaledwie mogła stać o własnej sile.

 — Zapewne pani Copperfield? — spytała chłodno, a gdy mama skinęła głowę, dodała: — Jestem Betsy Trotwood, musiałaś pani słyszeć o mnie?

 Mama nie mogła dłużej wstrzymać się od płaczu i szlochała, zasłoniwszy twarz rękami.

 Ciotka kilkakrotnie potrząsnęła głową, ruszyła ramionami i, ująwszy mamę za ramię, posadziła ją znowu na krześle przy ogniu, który palił się na kominku.

 — Oj, dziecko, dziecko — mówiła łagodnie — potrzebne ci to było? Do lalek w twoim wieku? Ale nie płacz, to się już nanic nie zda.

 Mama jednak nie mogła uspokoić się tak odrazu, a gdy nakoniec odsłoniła oczy, ujrzała ciotkę, stojącą przy oknie i patrzącą w ogród, gdzie wiatr wiosenny zginał jeszcze nagie gałęzie wiązów, a zachodzące słońce rozpalało w chmurach żółte i czerwone blaski.

 Mama nie śmiała poruszyć się z miejsca, zmrok zapadał zwolna, ogarniała ją dziwna trwoga.

 Nagle miss Trotwood odwróciła się od okna i spojrzała z litością na bladą twarz mamy.

 — Jesteś chora, moje dziecko — przemówiła. — Tu jest zimno i zziębłaś. Naturalnie, ręce jak lód. Trzeba zawołać służącej, żeby ci przyniosła gorącej herbaty. Jak się nazywa?

 — Peggotty — słabym głosem wyszeptała mama. — To mi nic nie pomoże. Zdaje mi się, że muszę umrzeć.

 — Głupstwo — powiedziała energicznie ciotka — Herbata cię rozgrzeje. A co do Peggotty, nie słyszałam, jak żyję, podobnego imienia pomiędzy chrześcijanami.

 Mama zaczęła się usprawiedliwiać.

 — Dawid ją tak nazywał, bo ma imię moje, ale teraz...

 — Głupstwo — powtórzyła ciotka — wszystko jedno. Herbata zrobi ci dobrze i będę mogła wreszcie rozmówić się z tobą, w jakim celu tu przyjechałam.

 To powiedziawszy, wezwała Peggotty, kazała jej podać szklankę gorącej herbaty, sama poprawiła przygasający ogień i, zająwszy miejsce naprzeciw mamy, czekała aż się uspokoi.

 — Przyjechałam dlatego... — zaczęła nakoniec. — Wiem, że spodziewasz się córeczki.

 — Może synka — szepnęła mama bardzo cicho.

 — Nie spieraj się — rzekła miss Betsy — będzie córka. Otóż chcę ci powiedzieć, że od chwili urodzenia biorę ją pod opiekę. Będę jej chrzestną matką, dam jej swoje imię i będzie się nazywała Betsy Trotwood Copperfield. Uważam ją za swoje dziecko i niczego wam odtąd nie zabraknie. Naprawdę to będę miała aż dwie córki.

 — A jeśli będzie chłopczyk? — zapytała mama.

 — Widzę, że lubisz się sprzeczać — odezwała się ciotka surowo. — Czy i z Dawidem tak postępowałaś?

 Na te słowa mama wybuchnęła płaczem i płakała tak strasznie, że zrobiło jej się słabo, a wezwana Peggotty uznała za najlepsze położyć ją do łóżka.

 W parę godzin potem byłem już na świecie. Ciotka oczekiwała mnie z niepokojem i zdaje się z niecierpliwością.

 — Jakże mała? — było jej pierwsze pytanie, gdy głos mój usłyszała.

 — Mały zdrów — rzekła wesoło Peggotty — tęgi chłopak. Będzie pociecha dla pani.

 Ciotka spojrzała na nią dziwnym wzrokiem. Następnie, nic nie mówiąc, włożyła kapelusz, płaszczyk, rękawiczki, otworzyła drzwi do ogrodu, wyszła i zniknęła, jakby jej nigdy nie było. Obraziła się, że przyszedłem na świat, i nie chciała mnie nawet widzieć.

 Odtąd nie pokazała się więcej. Nie wiedziałbym o jej istnieniu, gdyby najpierw Peggotty, a następnie mama nie opowiedziała mi tego wszystkiego. Biegły lata i życie płynęło nam cicho, może nawet szczęśliwie, o ciotce nie myśleliśmy zupełnie, poprostu zapomnieliśmy o niej.

 Inne wspomnienia zarysowały się w mojej pamięci, niby obrazy, które gdzieś widziałem. Najdawniejszy z nich tak wygląda.

 Na podłodze w dużym pokoju klęczą czy siedzą niedaleko od siebie dwie postaci: mama i Peggotty, a ja przebiegam od jednej do drugiej. Mama trzyma mię ztyłu za sukienkę, a Peggotty woła i wyciąga ręce. Potem Peggotty trzyma, a mama mię woła i uśmiecha się tak prześlicznie.

 Bardzo dobrze pamiętam mamę i Peggotty tak niepodobne, że mogłem je zawsze odróżnić zdaleka. Mama szczupła, wysoka, bardzo biała, z masą złotych włosów wysoko na głowie i słodkiemi, jak niebo błękitnemi oczami, a Peggotty niska, bardzo gruba, twarda, z czerwoną twarzą i rękami; jej bardzo czarne oczy zdawały się rzucać jakiś cień na twarz, bardzo czarne włosy, nisko wtyle głowy upięte, miały połysk granatowy.

 Pamiętam i nasz dom tak doskonale, że mógłbym narysować każdy pokój. W suterenie była kuchenka Peggotty, z wyjściem na podwórze, gdzie znajdował się gołębnik bez gołębi i psia buda bez psa. Zato było tu dużo drobiu, a kury wydawały mi się groźnemi i ogromnemi ptakami. Gdakały, jeśli im stanąłem na drodze, a jeden wielki kogut wzlatywał aż na płot i patrzył na mnie w sposób bardzo podejrzany. Gęsi znowu, przechodząc niekiedy za płotem, wyciągały zawsze ku mnie długie szyje, i nieraz potem śniły mi się w nocy, niby dzikie zwierzęta, któremi byłem otoczony.

 Z kuchenki do pokoju przebiegałem zawsze przez bardzo długi, półciemny korytarz, na którego końcu znajdowała się śpiżarnia, miejsce tajemnicze i pełne ponęty, bo mama i Peggotty zawsze tam znalazły dla mnie jakiś wyborny przysmaczek, choć nie chciały mi nigdy opowiedzieć, co chowały we wszystkich pudełkach i skrzynkach, poustawianych na półkach pod ścianą.

 Przez frontowe wejście prosto z długiej sieni na prawo i na lewo były bawialne pokoje: jeden, w którym codziennie spędzaliśmy wieczory z mamą i Peggotty, która wciąż była z nami, jak tylko skończyła robotę, a drugi paradniejszy, „od święta i gości“. Ale tam było smutniej. Peggotty mi opowiedziała, że tutaj leżał w trumnie tatuś, kiedy umarł, i wszystko było czarne i żałobne, i wszyscy w czarnych sukniach, kiedy go wyprowadzali na cmentarz.

 Bałem się tego obrazu, ale powracał często i zawsze wtedy czułem, jak dreszcz zimny przesuwał mi się po plecach wzdłuż ciała.

 Mój pokoik był obok pokoju mamy, a przez okno widziałem cmentarz przy kościele. I dotąd zdaje mi się, że nigdzie na świecie niema takiej zielonej trawy, takich drzew cienistych i takiego spokoju pod białemi krzyżami.

 Widać też było kościół. Pamiętam w kościele naszą ławkę z wysokiem oparciem i tuż obok okno, przez które mogłem widzieć nasz dom caluteńki. Peggotty co chwila patrzała w to okno, czy tam nie kradnie złodziej lub czy się nie pali, lecz jeśli ja to samo chciałem zrobić, marszczyła zaraz czoło i dawała mi znaki, żebym zwrócił oczy na księdza. Ale przecież nie mogłem patrzeć na księdza ciągle. Wiedziałem, że niezawsze bywa tak ubrany, i myślałem, że się rozgniewa, dlaczego tak mu się przyglądam. A gdyby mię zapytał o to przy wszystkich ludziach? Więc odwracałem oczy i musiałem ziewać, choć wiedziałem, że to źle ziewać w kościele. Spoglądam na mamę, lecz mama udaje, że mnie nie widzi, spoglądam w drzwi otwarte i widzę barana, prawdziwego barana, który się namyśla, czy może zajrzeć do kościoła.

 Tak mi się strasznie nudzi, że chciałbym koniecznie coś zrobić, i boję się, że powiem co głośno. Przyglądam się ścianom i białym tablicom, oczy takie zmęczone, że zamykam je na chwilę, słyszę głosy i śpiewy, potem wszystko cichnie, i nagle spadam z ławki z okropnym łoskotem.

 Peggotty mię porywa i wynosi nawpół żywego ze strachu.

 A teraz patrzę na dom nasz od drogi: okna otwarte, i białe firanki lekko się poruszają, a świeże i słoneczne powietrze napływa do chłodnego pokoju. Na wysokiem drzewie kołysze się wielkie, opuszczone gniazdo.

 Ale weselej jeszcze z tamtej strony, gdzie jest podwórko z pustym gołębnikiem i psią budą, zamknięte wysokim parkanem i ogromną kłódką przy bramie. Tu na drzewach takie owoce, jakich nigdy w życiu nigdzie potem nie widziałem, a mama z koszyczkiem chodzi pomiędzy grządkami i zbiera pyszny agrest albo zrywa śliwki. Stoję przy niej i czasem — prawie nieumyślnie — ściągam słodką jagodę i staram się zjeść ją nieznacznie.

 To znów minęło lato, wicher i zimno na świecie, drzewa straciły liście, stoją nagie, a w bawialnym pokoju płonie ogień na kominku, i mama tańczy ze mną, póki jej sił nie zabraknie.

 Potem pada na krzesło tak strasznie zmęczona, że nie może oddychać, a ja patrzę na nią, i widzę, że jest śliczna, i wiem, że się z tego cieszy. Rozsypały jej się śliczne złote włosy, bawi się niemi i zwija je w palcach.

 Takie są najwcześniejsze moje wspomnienia. Nie pamiętam, kiedy zacząłem się uczyć, lecz przypominam sobie potem lekcje z mamą, które były bardzo przyjemne, ponieważ czytaliśmy bardzo ciekawe książki. Nie wiem, czy dobrze się uczyłem, ale mama miała zawsze twarz łagodną i nie gniewała się nigdy.

 Była zresztą tak dobra, że nie mogę nawet wyobrazić jej sobie rozgniewaną.

 Oboje baliśmy się trochę Peggotty i zwykle ulegaliśmy jej żądaniom. Widzę teraz i rozumiem, że była nietylko moją, ale naszą opiekunką, i przywykliśmy jej słuchać.

 Był wieczór i już późno. W bawialnym pokoju siedziałem sam z Peggotty i czytałem jej o krokodylach. Musiały to być rzeczy bardzo zajmujące, gdyż pamiętam, że słuchała mię z dziwną uwagą, czoło miała zmarszczone, brwi zsunięte i twarz pochmurną, a oczy tak daleko gdzieś wpatrzone, jakgdyby tam w przestrzeni widziały straszliwego krokodyla.

 Od niejakiego czasu mama wychodziła dość często wieczorami do znajomych, i widziałem, że Peggotty nie jest z tego zadowolona. Więc chciałem ją zabawić, czytając głośno piękne książki, ale dziś byłem jakoś okropnie zmęczony i śpiący. Oczy mi się kleiły i ledwo już mogłem usiedzieć na swojem wysokiem krzesełku, a jednak za nic w świecie nie byłbym spać poszedł, nie doczekawszy się powrotu mamy. Wkońcu senność ogarnęła mię do tego stopnia, że Peggotty zaczęła powiększać mi się w oczach i przybierać ogromne kształty.

 Przezwyciężyłem wielką ociężałość i zacząłem palcami otwierać powieki. Widziałem ją przed sobą, pochyloną nad cerowaniem przy blasku woskowej świecy. I nagle przyszła mi do głowy myśl dziwna.

 — Peggotty — rzekłem — czy ty miałaś męża?

 — W imię Ojca i Syna! — krzyknęła Peggotty, cofając się przede mną. — A tobie znowu co przyszło do głowy?

 Krzyknęła tak głośno, że rozbudziłem się zupełnie i tembardziej pragnąłem zaspokoić swoją ciekawość.

 — Powiedz mi — powtórzyłem — czy nie miałaś męża? Przecie jesteś piękna kobieta.

 — Nie mam męża i nie miałam, dzięki Bogu — odpowiedziała szorstko. — Skąd ci do głowy przyszły takie myśli?

 — Nie wiem, ale mi powiedz: czy każda kobieta może mieć tylko jednego męża?

 — Spodziewam się — odpowiedziała.

 — A jeśli ten umrze? Czy może wziąć sobie drugiego?

 — Jak jej się podoba — mruknęła niechętnie, ruszając ramionami.

 Nagle pochyliła się ku mnie, odłożyła na bok pończochę, którą cerowała, objęła moją głową i mocno przycisnęła do siebie. Wiem napewno, że uścisnęła mię mocno, bo zwykle przy silniejszym ruchu odrywały się z lekkim trzaskiem guziki u jej stanika, zapinanego ztyłu. I teraz usłyszałem najwyraźniej dwa lekkie prztyczki przy staniku.

 — Poczytajże mi o tych krokodylach — powiedziała, biorąc na nowo pończochę. — Taka jestem ciekawa.

 Niebardzo rozumiałem, z czego dziś Peggotty jest niezadowolona, dlaczego mię ściska, a potem znowu pragnie słuchać o krokodylach, ale zacząłem czytać. Nie wiem, czy trwało to długo, lecz skończyliśmy już o krokodylach i zacząłem nowy rozdział o aligatorach, gdy u furtki ozwał się dzwonek.

 Pobiegliśmy otworzyć. Weszła mama, a za nią jakiś pan wysoki, z bardzo pięknemi czarnemi włosami i brodą po obu stronach twarzy. Widziałem go już w niedzielę, bo nas odprowadzał z kościoła do domu. Mama wyglądała ślicznie. Uśmiechnęła się do mnie, objęła serdecznie i ucałowała mię w czoło i w głowę. Obcy pan patrzył na to z jakimś dziwnym uśmiechem i powiedział, że jestem szczęśliwszy od króla, czy coś tam podobnego.

 — Dlaczego? — zapytałem, patrząc przez ramię mamy.

 Poklepał mię po głowie, a ponieważ z tego powodu ręka jego dotknęła włosów mamy, więc cofnąłem się przed nim żywo.

 — Dewi! — szepnęła mama jakgdyby z wyrzutem.

 — Kochany chłopiec — rzekł gentleman głośno. — Wcale mu się nie dziwię.

 Twarz mamy stała się jeszcze piękniejsza i taka różowa, jak nigdy przedtem nie widziałem. Powiedziała mi słodko, że jestem niegrzeczny, że nie trzeba być takim, ale jednocześnie tuliła mię do siebie i czułem jej serdeczny uścisk. Potem odwróciła się znów do obcego, przepraszała i dziękowała, że miał z nią tyle kłopotu, i mówiąc: dobranoc, podała mu rękę.

 Gentleman pochylił głowę w odpowiedzi i znowu spojrzał na mnie jakimś dziwnym wzrokiem.

 — Dobranoc, chłopcze — rzekł bardzo uprzejmie.

 — Dobranoc — odpowiedziałem.

 — Podaj mi rękę i bądźmy odtąd przyjaciółmi.

 Ponieważ prawą rękę miałem w dłoni mamy, więc podałem mu lewą.

 — O, tak nie można, Dewi! — zaśmiał się jegomość.

 Mama puściła zaraz moją rękę, ale się uparłem postawić na swojem i podałem mu lewą.

 Potrząsnął nią mocno, nazwał mię dzielnym zuchem i, raz jeszcze pożegnawszy nas ukłonem, skierował się do furtki i wyszedł na ulicę.

 Peggotty natychmiast przekręciła głośno klucz w zamku, a ja z mamą weszliśmy do pokoju.

 Lecz mama nie usiadła dzisiaj przy kominku i nie wzięła mię na kolana, wypytując, co robiłem przez ten wieczór, tylko chodziła, nucąc, jakby o mnie zapomniała.

 Wtem weszła Peggotty z zapaloną świecą i stanęła naprzeciw mamy. Zdawało mi się, że patrzy tak na nią, jakbyśmy zbroili co złego. Przypomniałem sobie, że jest bardzo późno, i to prawda, że powinniśmy spać oboje.

 W tej samej chwili oczy jakoś mi się zamknęły, uczułem, że zasypiam, że mi bardzo wygodnie na niskim fotelu, ale słyszałem ciągle głosy rozmawiających.

 Nagle — nie wiem dlaczego — obudziłem się zupełnie. Spojrzałem na mamę, miała twarz, zalaną łzami, — spojrzałem na Peggotty, łzy jej płynęły po twarzy.

 — Nie taki, o, nie taki! — powtarzała głośno, łkając i z trudem wymawiając słowa. — Grzech, nieszczęście, krzywda dziecka!

 — Boże! — jęknęła mama, chwytając się za głowę. — Ja doprawdy zwarjuję. Jakiem prawem tak do mnie mówisz? Jestem zupełnie sama na tym świecie, nikt się za mną nie ujmie i dlatego... i dlatego...

 — Dziecko — szepnęła łagodniej Peggotty. — Kto ma dziecko, sam nie jest i nie może myśleć o sobie.

 — A więc jestem złą matką? — zapytała mama. — Przebaczam ci, Peggotty, boś niesprawiedliwa przez miłość dla niego, ale jesteś niesprawiedliwa. Mój Boże, ileż nocy przepłakałam, myśląc, jak ja potrafię go wychować sama jedna, niedoświadczona. Chłopiec potrzebuje ojca, rzecz wiadoma. Ja potrzebuję także opiekuna, oboje go potrzebujemy i bardzo.

 — Nie takiego, nie takiego! — zaczęła znów głośno i łkając Peggotty.

 Mama wybuchnęła płaczem i ja także.

 Wtedy mama przypomniała sobie, że tu jestem, i rzuciła się ku mnie. Objęła mię mocno, tuliła do siebie, czułem łzy jej na swojej twarzy, a pośród łkań szeptała słodkie słowa.

 — Zła jestem matka, Dewi? Za mało cię kocham? Powiedz, czy to prawda? Czy Peggotty kocha cię więcej ode mnie?

 Oburzyłem się na to i zerwałem z krzesła, Peggotty wykonała ruch taki, jakby chciała rzucić na ziemię lichtarz z zapaloną świecą, lecz postawiła go tylko na stole, zbliżyła się do mamy, wzięła mię z jej kolan, zaniosła na górę i, zapewne, rozebrała i położyła do łóżka, ale tego już nie pamiętam.

 Jeszcze coś mię zbudziło, otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą pochyloną twarz mamy. Siedziała zapłakana i patrzyła na mnie, jej ręka dotykała mojej głowy i spoczywała na ramieniu.

 Uczułem się bardzo szczęśliwy.

 Nie pamiętam dobrze, ile czasu upłynęło, zanim ujrzałem znowu gentlemana o czarnych włosach, wiem tylko, że to była znów niedziela. Odprowadził nas z kościoła do domu, bo chciał zobaczyć prześliczną geranję, która zakwitła w oknie. Zdawało mi się jednak, że za mało ją podziwiał, chociaż namówił mamę, żeby ułamała dla niego jeden kwiatek.

 To mi się nie podobało. Byłem o niego zazdrosny i nic mu odtąd nie wierzyłem, bo powiedział, że ten kwiatek ułamany będzie mu do końca życia przypominał piękną niedzielę. Choć byłem małym chłopcem, ale już rozumiałem, że kwiatek najdalej za parę dni zwiędnie, a pogoda także nie była zbyt piękna. Doprawdy, mama jest zanadto dobra, udając przez grzeczność, że wszystkiemu wierzy.

 On był z tego zadowolony i przychodził do nas dość często, a jeżeli nie przyszedł, spędzałem wieczory sam z mamą, bo Peggotty teraz miała ciągle jakieś zajęcie i rzadko do nas przychodziła.

 Zato mama wtedy była taka dobra. Czytywaliśmy razem, mama mi opowiadała jakieś prześliczne historje. Mówiła, że chciałaby, żebym był bardzo mądry. Że mężczyzna musi być mądry i dzielny, bo jest opiekunem kobiety. Że nikomu, nikomu nie powinienem wierzyć, gdyby mi mówił, że ona mię nie kocha.

 Jakże mógłbym uwierzyć takiej rzeczy?

 Pewnego dnia w jesieni byłem z mamą w ogrodzie od ulicy, kiedy zobaczyliśmy pana Murdstone konno. Zatrzymał się przy furtce, pocałował mamę w rękę i powiedział, że jedzie obejrzeć yacht czyli mały statek swego przyjaciela, i jeśli mama pozwoli, zabrałby mię z sobą. Mogę siedzieć przed nim na siodle.

 Dzień był ciepły i piękny, nigdy jeszcze w życiu nie jechałem konno na siodle, więc miałem ogromną ochotę, a mama chętnie zezwoliła.

 Pobiegłem do Peggotty, żeby się trochę przebrać i przyczesać, a pan Murdstone z mamą spacerowali tymczasem po alei, wpobliżu furtki, oczekując mego powrotu,

 Peggotty była jakoś w złym humorze, niebardzo delikatnie przyczesała mi włosy, nie mogła znaleźć szczotki, żeby oczyścić ubranie, wkońcu jednak wyrwałem się uszczęśliwiony i pobiegłem znowu do furtki.

 Za chwilę zwolna jechałem ulicą, oglądając się jeszcze na mamę.

 Było mi bardzo dziwnie siedzieć przed panem Murdstone i od czasu do czasu odwracałem głowę, aby na niego spojrzeć. Jego bardzo czarne oczy wydawały mi się dziwne, jakby puste, ale musiałem przyznać, że jest bardzo piękny. Miał świeżą cerę, rysy regularne, prześliczne czarne włosy, brwi prawie zrośnięte i purpurowe usta.

 Nad morzem zatrzymaliśmy się przed zajazdem, pan Murdstone oddał konia człowiekowi, a sam wszedł ze mną do pokoju, gdzie czekało na niego dwóch przyjaciół.

 Palili cygara i byli otoczeni dymem, lecz ujrzawszy pana Murdstone, podnieśli się z hałasem i witali go głośnemi okrzykami.

 — Myśleliśmy, że już nie żyjesz!

 — Zawcześnie, moi drodzy.

 — Cóż to za kota znalazłeś po drodze?

 — To Dewi Copperfield — uśmiechnął się mój opiekun.

 — Aha — mruknął z nich jeden — mniej potrzebny dodatek do czarującej wdowy?

 — Ostrożnie! — rzekł pan Murdstone. — Są tu ciekawe uszy.

 — Gdzie? — spytał obcy, rozglądając się po ścianach i suficie.

 I ja także spojrzałem wgórę, gdyż zrobiło mi się nieprzyjemnie.

 — Janka z Sheffield — rzekł pan Murdstone.

 Obaj panowie wybuchnęli śmiechem, a ja doznałem ulgi, gdyż przedtem zdawało mi się, że rozmawiają o mnie. Daleko wolę przecież, że o Janku.

 Śmieli się obaj długo i podawali mi ręce, potrząsając moją bardzo mocno, wreszcie jeden zapytał:

 — A cóż Janek mówi o tym interesie? Czy bardzo zachwycony?

 — Wątpię — odrzekł pan Murdstone — ale to rzecz przyszłości. Obecnie, zdaje mi się, niewiele rozumie.

 Znowu śmieli się głośno. Jeden z nich zadzwonił i służący przyniósł na tacy biskwity, szklanki i butelkę. Nalali dla mnie także i bardzo mi smakował słodki napój! Podniosłem swoją szklankę i zawołałem głośno:

 — Niechaj zwiędną ciekawe uszy Janka!

 Wszyscy podnieśli szklanki i zrobiło się bardzo wesoło.

 Udaliśmy się wreszcie na pokład prześlicznego yachtu. Pan Murdstone z przyjaciółmi zamknęli się w kajucie i czytali jakieś papiery, a ja zostałem na pokładzie z chłopcem, który miał dużą głowę, rude włosy i grube niebieskie ubranie, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Oprowadzał mię wszędzie, pokazywał wszystko, o co go zapytałem, ale niezawsze mogłem zrozumieć, co mówił.

 Wróciliśmy do domu dopiero wieczorem, pan Murdstone zasiadł z mamą przy kominku, a ja poszedłem na herbatę, do Peggotty, opowiadałem jej długo o yachcie i wreszcie znalazłem się w łóżku.

 Mama przyszła, zanim usnąłem, i chociaż bardzo mi się spać chciało, znów kazała sobie opowiedzieć wszystko, co widziałem i słyszałem na wycieczce. Zapewne byłem senny i źle opowiadałem, bo mię nie rozumiała i kazała sobie powtarzać to samo, wkońcu ucałowała mię serdecznie.

 Wydaje mi się, jakby to było nazajutrz, ale prawdopodobnie było znacznie później.

 Znów siedzieliśmy we dwoje z Peggotty w bawialnym pokoju, gdyż mama poszła na wizytę. Ona cerowała przy świecy pończochy, a ja czytałem jej o krokodylach albo, bardzo być może, o innych jakich potworach. Peggotty, jak zawsze, słuchała uważnie i spostrzegłem, że często wpatruje się we mnie z otwartemi ustami, jakby miała co powiedzieć lub zapytać. Ale nic nie mówiła, więc czytałem dalej, przyjemnie podniecony jej uwagą.

 — Dewi — zaczęła wreszcie, opuszczając pończochę na kolana — cobyś powiedział na to, żebyśmy się we dwoje wybrali na wycieczkę na parę tygodni? Moglibyśmy pojechać do brata mego, do Yarmouth, nad morzem. To byłaby przyjemność.

 Patrzyłem na nią ogromnie zdziwiony, chęci mi nie brakowało, ale... ale...

 — A jaki jest ten brat twój? — zapytałem.

 — Oh! — odparła Peggotty, wznosząc wgórę oczy i ręce. — To jest najlepszy człowiek, jaki może być na świecie. A oprócz tego jest tam przecie morze, statki, łódki, rybacy, bawiłbyś się z Chamem.

 Cham to był jej bratanek.

 Propozycja Peggotty była tak olśniewająca, że nie śmiałem wierzyć, aby się ziścić mogła. Zrobiło mi się ogromnie gorąco, ale pomyślałem o mamie. Czyby mię puściła z Peggotty?

 — Mama nie pozwoli — odezwałem się, tłumiąc westchnienie.

 — Kto wie — odparła, lekko ruszając ramionami, z dziwnym wyrazem twarzy. — Chcesz, to zapytam, jak tylko powróci dziś jeszcze.

 Przeraziłem się prawie tym pośpiechem.

 — Dobrze — rzekłem niepewnym głosem. — Ale cóż się stanie z mamą? Nie może tu być sama w pustym domu.

 Peggotty bardzo długo i uważnie oglądała pończochę, wsuniętą do cerowania na rękę, zdawało się, że koniecznie chce w niej znaleźć dziurę.

 — Czy słyszysz? — powtórzyłem. — Mama nie może przecież zostać sama.

 — Pocóż ma zostać sama? — odezwała się wreszcie Peggotty. — Może się także wybrać na wizytę. Tyle ma znajomych.

 — To prawda! — zawołałem. — Jeśli mama zechce, jeśli mama pozwoli... Ach, to będzie dopiero prawdziwa przyjemność!

 Naturalnie musiałem czekać, aż powróci, aby tę sprawę załatwić odrazu, i chyba jeszcze nigdy nie oczekiwałem jej z takiem upragnieniem.

 Nadeszła wreszcie i pozwoliła odrazu, nie okazując nawet wielkiego zdziwienia. Byłbym się nad tem może zastanowił, gdyby projekt wycieczki nie pochłonął mię tak całkowicie, gdybym mógł jeszcze myśleć o czem innem.

 Wszystko układało się tak dziwnie prędko. Mama dała pieniądze na moje życie i podróż, Peggotty układała w niewielkiej walizce moje suknie i bieliznę, obuwie, wszystko to było takie niezwyczajne, nowe. Nazajutrz zrana mieliśmy wyjechać i dużobym dał za to, żeby mi pozwolili tę noc ostatnią przespać w ubraniu i butach.

 Kiedy dziś o tem myślę, doznaję dziwnego uczucia, że mi tak pilno było rozstać się z drogą mamą i kochanym domem, porzucić całe szczęście lat dziecięcych, które tu upłynęły niby dzień pogodny, i nie miałem przeczucia, iż żegnam to wszystko na zawsze.

 Mieliśmy jechać pocztą i pierwszy spostrzegłem, że konie stanęły przed domem. Peggotty wyniosła natychmiast walizki, ja pożegnałem mamę i usiadłem prędko na siedzeniu. Ale mama stanęła obok przy powozie i wyciągnęła do mnie obie ręce. Spostrzegłem, że ma łzy w oczach, i wybuchnąłem płaczem. Mama płakała także.

 Wreszcie konie ruszyły. Obejrzałem się jeszcze: mama stała przed domem. Znowu wyciągnęła ręce i zawołała tak głośno, że woźnica stanął. Przybiegła do nas i okryła mię pocałunkami.

 — Dewi, mój drogi Dewi! — powtarzała. — Mama cię kocha bardzo.

 Nakoniec ruszyliśmy. Jeszcze raz się obejrzałem i ze zdziwieniem spostrzegłem obok mamy pana Murdstone. Coś do niej mówił, rozkładając ręce, i nie wiem, dlaczego przyszło mi do głowy, że mówi o mnie i że jest tego zdania, iż nie powinna płakać z powodu mego wyjazdu.

 — Co mu do tego? — pomyślałem sobie, zdziwiony jego obecnością, i zrobiło mi się dziwnie nieprzyjemnie.

 Peggotty też spojrzała za siebie i musiała wykonać jakiś ruch gwałtowny, bo słyszałem kilkakrotny trzask guzików, odrywających się od jej stanika.

 

 

II. ROZKOSZNA WYCIECZKA.

 

 Był to chyba najleniwszy koń na świecie ten, którym jechaliśmy, — szedł ze spuszczoną głową, i nic go to nie obchodziło, że ktoś się niecierpliwi i chciałby prędzej być u celu. Woźnica mówił, że on słucha tylko bata, lecz prawdę mówiąc, i ten nasz woźnica był najzupełniej podobny do konia. Tak samo zwiesił głowę i zdawał się drzemać, właściwie nie wiem, po co on siedział na koźle, bo tak samo jechalibyśmy i bez niego.

 Na pociechę Peggotty miała duży koszyk, pełen wybornych rzeczy. Trzymała go na kolanach i otwierała często, bo inaczej doprawdy trudnoby było wytrzymać. Myślałem, że jej ciężko z takim dużym koszem, ale odpowiedziała, że nie jedziemy przecież do Londynu, i stąd się domyśliłem, że w drodze do Londynu wszystko cięży daleko więcej.

 Przez tego konia często drzemaliśmy. Wtedy Peggotty opierała czoło o pokrywkę koszyka i chrapała tak głośno, że byłbym temu nigdy nie uwierzył, gdybym nie słyszał sam, na własne uszy.

 Stawaliśmy też często w przydrożnych zajazdach i to wszystko tak mię zmęczyło, że byłem zadowolony, kiedy wreszcie z daleka ujrzeliśmy Yarmouth.

 Objąłem wzrokiem wielką piaszczystą równinę, ciągnącą się wzdłuż morza gdzieś bez końca, i mimowoli nasunęły mi się wątpliwości, czy rzeczywiście ziemia jest taka kulista, jak piszą w geografji. Może ten pan nie widział Yarmouth? Albo — chyba że tu jest może biegun?

 Peggotty nie mogła mi tego wytłumaczyć.

 Im bardziej zbliżaliśmy się do miasteczka, tem wyraźniej w niem widziałem wiele braków i nie kryłem tych spostrzeżeń przed Peggotty. Mojem zdaniem, byłoby lepiej odsunąć trochę domy od wybrzeża i odgrodzić od wody jakim murem lub wałem. Lecz Peggotty odpowiedziała mi z żywością, że trzeba przyjąć rzeczy tak, jak są, a oprócz tego wiadomo, że Yarmouth jest najpiękniejszem miastem w świecie, o czem każdy powinien wiedzieć.

 Zastanowiłem się nad jej słowami i, wjechawszy w ulice miasta, zacząłem zmieniać zdanie. Przedewszystkiem uczułem mocny zapach ryby i smoły, potem otoczył mię ruch nadzwyczajny. Kręcili się majtkowie w swoich niezgrabnych sukniach, turkotały wozy po nierównym bruku, a ponieważ słońce świeciło, więc wesołość panowała nadzwyczajna.

 Wyraziłem szczerze swój zachwyt Peggotty i przyjęła go z zadowoleniem.

 — Otóż Cham na nas czeka — powiedziała, zatrzymując się przed gospodą, gdzie stał wysoki chłopiec z kędzierzawą głową i bardzo szerokiemi ramionami.

 Zdziwiłem się, że mię poznał i powitał mojem imieniem, chociaż go nie widziałem nigdy w życiu, bo nigdy nie był w naszym domu. Ale zaprzyjaźniłem się z nim bardzo prędko, zwłaszcza gdy mię posadził na swoich szerokich ramionach. Miał na sobie płócienną bluzę i takie sztywne spodnie, że mogły same stać, choćby w nich nóg nie było. Nie będę już nic mówił o jego kapeluszu, który nosił nie na głowie, ale na bardzo bujnych pokręconych włosach. To wszystko utwierdzało mię w powziętem przekonaniu, że Yarmouth jest miasteczkiem pełnem osobliwości, i zasługuje na uznanie świata.

 Cham, niosąc mię na plecach, dźwigał jeszcze w ręku walizkę, a Peggotty szła obok niego z drugim naszym pakunkiem. Mijaliśmy ulice pełne ruchu i ujrzeliśmy nakoniec przed sobą tylko ogromne morze i puste wybrzeże.

 — Oh, i nasz dom! — wesoło rzekł Cham, ruszając głową.

 Spojrzałem w tym kierunku, jak mogłem najdalej na pustkowie, na morze, znowu na brzeg, lecz domu nie widziałem nigdzie ani śladu. Był tylko jakiś statek, zagrzebany w piasku, z długą rurą zamiast komina, lecz nic więcej przed sobą nie widziałem, nic nie przypominało ludzkiego mieszkania.

 — Gdzie dom? — spytałem Chama. — Widzę tylko okręt na piasku.

 — To właśnie — odparł chłopiec. — Tu mieszkamy.

 Gdyby stanął przede mną pałac Alladyna z „Tysiąca i jednej nocy“, nie mógłbym być nim więcej zachwycony. Więc tu będziemy mieszkać, w tym okręcie? Co za rozkosz! Wydał mi się cudowny i prześliczny.

 Bo czyż można wymyślić coś zabawniejszego: mieszkanie w okręcie na ziemi. Były tam małe drzwiczki od ziemi aż do dachu i maleńkie okienka w ścianach, ale rzecz najważniejsza, że to był prawdziwy okręt, który niegdyś pływał po morzu i nie spodziewał się wcale, że będzie kiedyś ludzkiem mieszkaniem na lądzie.

 W środku było nadzwyczajnie czysto i tak miło, jak tylko można sobie wyobrazić. Stół stał na środku, pod ścianą komoda, w górze przybity zegar, a na komodzie oparta o ścianę taca malowana: jakaś pani w ogrodzie, z parasolką, i chłopczyk, biegnący za kółkiem. Przed tacą położona była gruba biblja, pewno dlatego, żeby nie mogła upaść, bo potłukłaby wszystkie kubki i spodeczki, ustawione dokoła na komodzie. Na ścianach wisiały prześliczne obrazy z Pisma świętego: Abraham w czerwonej sukni i Izaak w niebieskiej, Daniel w żółtej, pomiędzy zielonemi lwami. Dalej był piękny malowany okręt z prawdziwym drewnianym sterem. Pod ścianami stały skrzynki i kuferki, zastępujące krzesła, a w belki pod sufitem wbite ogromne haki, których przeznaczenia nie mogłem sobie wytłumaczyć.

 Peggotty spoglądała na mnie wciąż z uśmiechem, widząc, jak bardzo wszystko mi się tu podoba. Kiedy się rozejrzałem już dokładnie, otworzyła maleńkie, malenieczkie drzwiczki i pokazała mi moją kajutkę. Niepodobna sobie nawet wyobrazić, jaki to był prześliczny i mały pokoik, z malutkiem oknem, małem lusterkiem na ścianie, w którem mogłem się przejrzeć, stojąc. Ramy lustra były z muszelek. W kącie małe łóżeczko, jakby dla mnie zrobione, a na małym stoliku błękitny kubek z kwiatami. Ściany były tak białe, a pokrycie na łóżku tak jaskrawe, że musiałem mrużyć oczy, patrząc na nie.

 Jedna rzecz wszakże dziwiła mię najbardziej od początku w tym zachwycającym domku, to szczególny i dziwnie mocny zapach ryby. Po bardzo krótkim czasie, gdy wyjąłem chustkę z kieszeni, pachniała tak, jakgdybym zawinął w nią raka.

 Powiedziałem to pocichu Peggotty.

 — Nie dziw się — odpowiedziała. — Mój brat jest rybakiem, łowi ryby i raki morskie, które następnie sprzedaje. Ryby i raki także stanowią tutaj główne pożywienie, suszą się tu na słońcu, a koło domu znajdziesz pełno muszelek i skorup.

 Zrozumiałem sprawę dokładnie i nie dziwiła mię więcej.

 Na progu tego domku powitała nas bardzo uprzejmie kobieta w dużym białym fartuchu, którą widziałem zdaleka, siedząc na ramionach Chama. Obok niej stała prześliczna dziewczynka w niebieskich paciorkach na szyi, imieniem Emilka. Chciałem ją pocałować, lecz uciekła.

 Usiedliśmy do stołu i podano obiad: małe rybki gotowane, kartofle i masło, wszystko wyśmienite. Mnie Peggotty nałożyła cały talerz i zajadałem z ogromnem zajęciem, kiedy wszedł jakiś człowiek o łagodnej twarzy, lecz cały zachlapany błotem.

 Peggotty się zaśmiała, on ją poklepał po twarzy, a potem pocałował, z czego domyśliłem się zaraz, że musi być jej bratem. Znał mnie także (nie wiem skąd), gdyż zaraz się przywitał i powiedział uprzejmie:

 — Prosto tu u nas, Dewi, aleśmy ci radzi i chcielibyśmy bardzo, żeby ci dobrze było.

 Podziękowałem grzecznie i odpowiedziałem, że musi mi być dobrze w tak prześlicznem miejscu.

 Pan Peggotty był rad niezmiernie, lecz nim usiadł do stołu, musiał umyć się przedtem w całym kotle gorącej wody, bo — jak sam mówił — zimna nie zmyłaby błota. Kiedy się znów ukazał, był daleko ładniejszy, ale taki czerwony, iż przyszło mi na myśl, że jest podobny do raka, który też w gorącej wodzie z czarnego staje się czerwony.

 Po herbacie wieczorem siedzieliśmy wszyscy wkoło dużego stołu i dopiero wtedy odczułem najmocniej, jak tu miło i błogo w tym jasnym i ciepłym pokoju, kiedy tuż za oknami mgła, wicher i zimno. Pan Peggotty zapalił fajkę, a ja uczułem się usposobiony do swobodnej rozmowy z tymi dobrymi ludźmi.

 — Proszę pana — zacząłem — czy pan dlatego nazwał syna Chamem, że mieszkają państwo w tej arce?

 Pan Peggotty poważnie spojrzał na mnie i namyślał się nad czemś głęboko.

 — Ja mu nie dawałem żadnego imienia — odezwał się nareszcie.

 — Żadnego? A dlaczego nazywa się Chamem?

 — Tak nazwał go ojciec, brat mój, Joe.

 — Ach! — zdziwiłem się bardzo. — Więc jego ojciec nie żyje?

 — Utonął — rzekł pan Peggotty z westchnieniem.

 Ogromnie mię zdziwiło to odkrycie. Może tak samo mylę się co do Emilki, więc spytałem niepewnym głosem:

 — Ale Emilka przecież pańska córka?

 — Nie, Dewi. Tom, mój szwagier, był jej ojcem.

 — Był? Więc nie żyje? — szepnąłem z westchnieniem.

 — Utonął — odparł rybak.

 Zrobiło mi się smutno, ale zapragnąłem wyjaśnić rzecz zupełnie, to też po chwili milczenia odezwałem się znowu.

 — Pan wcale nie ma dzieci?

 — Nie, Dewi, nie mam żony ani dzieci.

 — Nie ma pan żony? — Szeroko otworzyłem oczy i spojrzałem na kobietę w czystym białym fartuchu. — Ja myślałem...

 — To pani Gummidge — rzekł rybak. — Wdowa po przyjacielu, który także utonął.

 Peggotty zaczęła mówić o czem innem i dobrze zrobiła, bo za wiele już tych ludzi utonęło. Wkrótce nadeszła pora udania się na spoczynek. Peggotty zaprowadziła mię do mego łóżka, pani Gummidge z Emilką miały taki sam pokoik w przeciwnym końcu izby i zabrały z sobą Peggotty, a na żelaznych hakach, które mię zaciekawiały, zawieszono hamaki dla Chama i pana Peggotty.

 Doznałem rozkoszy, wyciągnąwszy się w czystem łóżeczku, sen kleił mi powieki, ale jednocześnie słyszałem za ścianą tak groźne wycie wichru i ryk morza, iż zacząłem lękać się burzy, a może nawet drugiego potopu. Lecz przypomniałem sobie, że jesteśmy w arce, i to uspokoiło mię zupełnie. Z okrętem przecież nie można utonąć, zwłaszcza, że pan Peggotty jest z nami.

 Zasnąłem też spokojnie i zbudziło mię poranne słońce. Zagrało śliczną tęczą w muszlach koło lustra i na ten widok wyskoczyłem z łóżka, ażeby nie marnować tak pięknego czasu.

 Po śniadaniu pobiegliśmy z Emilką zbierać muszelki i kamyczki na wybrzeżu. Było to dla nas najmilsze zajęcie i nigdy nam się nie nudziło. Podziwiałem, że Emilka spostrzega muszelki i kamyczki tak szybko i oddaje mi najpiękniejsze.

 — Ja tu zostanę — rzekła, kiedy nie chciałem przyjąć — i znajdę sobie więcej, może daleko ładniejszych, a ty masz czasu mało.

 — Z ciebie prawdziwy marynarz — odparłem, chcąc powiedzieć jej coś grzecznego.

 — O nie — odpowiedziała Emilka, potrząsając głową energicznie — ja się boję morza.

 — Boisz się? — zapytałem z wyrazem wyższości, przybierając odważną minę. — Ja nie boję się wcale.

 — Morze jest złe, okrutne — szepnęła Emilka — widziałam. Widziałam, jak rozbiło statek większy od naszego domu w drobne szczątki.

 — Ale to nie ten statek, gdzie był...

 Nie śmiałem skończyć.

 — Myślisz o moim ojcu? Nie, tego statku nie widziałam nigdy. I ojca nie pamiętam. Byłam jeszcze bardzo mała.

 Wzruszyło mię to podobieństwo z moim losem i zacząłem opowiadać jej o sobie. Ja też nie znałem ojca i on nie widział mię nigdy, ale jestem bardzo szczęśliwy. Mam taką dobrą mamę, że już nie może być lepsza, i żyjemy we troje w ślicznym domku. Bardzo tam jest miło i zawsze tak będzie. A ojciec mój spoczywa na miejskim cmentarzu, gdzie jest cicho, zielono i prześlicznie; drzewa szumią nad jego grobem gałązkami, a ptaszki od rana śpiewają mu pieśni.

 Emilka słuchała mię z ogromnem zajęciem i wtedy przyszło mi na myśl, że ona nie ma matki dobrej i kochającej, a grób jej ojca nieznany nikomu tam na dnie groźnego morza.

 Żal mi się zrobiło serdecznie Emilki i pokochałem ją za to.

 — Wuj Peggotty musi być dobry dla ciebie — zauważyłem z mocnem przekonaniem.

 — Wuj Dan? O, jaki dobry! Gdybym była bogata, kupiłabym mu śliczne niebieskie ubranie z diamentowemi guzikami, żółte spodnie, aksamitną czerwoną kamizelkę, ogromny złoty łańcuch, wysoki kapelusz, srebrną fajkę i całe pudełko pieniędzy!

 Nie wątpiłem ani na chwilę, że brat Peggotty na takie skarby zasługuje, lecz nie mogłem go sobie w tym stroju wyobrazić. Nie powiedziałem tego, żeby Emilce nie zrobić przykrości, więc zapytałem tylko:

 — Chciałabyś być bogata?

 Spojrzała na mnie, pokręciła główką i rozśmiała się głośno.

 — Naturalnie, że chciałabym — zawołała. — Mielibyśmy wtedy dosyć pieniędzy dla wszystkich. Wuj Dan nie wypływałby na morze w czasie burzy i każdy biedny rybak miałby u nas pomoc.

 Słowa Emilki bardzo mi się podobały i wypowiedziałem jej moje uznanie. Nie zdziwiła się wcale, tylko zapytała mię znowu:

 — Więc nie boisz się morza naprawdę?

 Spojrzałem na pieniące się, grzywiaste fale, które jakgdyby z gniewem o brzeg uderzały, i zrozumiałem, że są silniejsze ode mnie, a jednak stanowczo potrząsnąłem głową.

 — Nie boję się — odpowiedziałem — i zdaje mi się, że ty nie boisz się także: idziesz samym brzegiem, bliżej wody ode mnie i wcale nie uważasz, czy nie wpadniesz.

 — O! — zawołała. — Tego nie boję się przecież! Ale gdy burza, wicher, błyskawice, a wuj Dan z Chamem daleko na morzu, wtedy czuję, jak drży mi serce, zdaje mi się, że słyszę, jak wołają ratunku; wtedy nie mam ani minuty spokoju. I dlatego tak bardzo chciałabym być bogata.

 Zrozumiałem ją dobrze, ale z niepokojem śledziłem jej ruchy, gdy prawie zuchwale zbliżała się do skraju stromego wybrzeża i pochylała nad głębią.

 — Mogłabyś upaść — rzekłem.

 Rozśmiała się głośno srebrnym, wesołym śmiechem i bez namysłu wbiegła na gruby pień drzewa, leżący tak, że koniec wystawał dość daleko nad wodą. Wbiegła nań lekko, stanęła, odwróciła się znowu ku mnie, a za chwilę znalazła się na ziemi.

 — Tego się wcale nie obawiam — rzekła — ani troszeczkę!

 Szliśmy dalej po piasku, zbierając muszelki i wrzucając do wody gwiazdy morskie, które leżały tu umierające. Cham wreszcie wezwał nas na obiad, a potem poszliśmy we dwoje do miasta.

 Tym sposobem zwiedzaliśmy coraz dalej okolice naszego domku, robiąc coraz nowe odkrycia i znajdując bezcenne skarby, które przynosiliśmy do domu. Wśród tak ciekawych i ważnych zatrudnień dni mijały nam szybko i niespostrzeżenie i nie mogłem prawie uwierzyć, że minęły już dwa tygodnie, kiedy Peggotty przypomniała o powrocie. Wuj Dan w przeddzień wyjazdu przewiózł nas łódką po morzu.

 Cham towarzyszył nam czasem w wycieczkach: sadzał „na barana“ i wchodził dość głęboko do wody, co sprawiało mi trochę strachu i bardzo dużo uciechy. Obejrzeliśmy także parę statków, lecz wydały mi się mniej piękne od tego, w którym mieszkaliśmy.

 Nadszedł nakoniec smutny dzień wyjazdu. Z głębokim żalem i ściśniętem sercem żegnałem wuja Dana, panią Gummidge, Chama, Emilkę, ci dwoje odprowadzili nas do miasta. O jakież przykre było ostatnie rozstanie, choć nie przyszło mi na myśl, że może ich więcej w życiu nie zobaczę.

 Gdy Yarmouth zniknęło mi z oczu, spojrzałem przed siebie i pocieszyłem się myślą, że zobaczę znów mamę, do której się szczerze stęskniłem. Nie wspominałem o niej w ciągu tych dwóch tygodni, zajęty ciągle nowością wrażeń i zabawą, ale teraz, zbliżając się do domu, coraz silniej czułem potrzebę przytulenia się do jej piersi i spojrzenia w te słodkie, ukochane oczy. Zaczynałem z Peggotty rozmowę o mamie, ale ona, nie wiem dlaczego, odpowiadała mi jakoś niechętnie, jakby nierada była, że powracamy do domu.

 Pomimo to byliśmy coraz bliżej; już dojeżdżamy: znana okolica, poznaję drogę, drzewa. Dzień pochmurny i szary, niebo grozi deszczem, wiatr chłodny — a tam widać nasz domek.

 Zaledwie mogłem usiedzieć w powozie. Stanęliśmy przed furtką, wyskakuję pierwszy, biegnę, dzwonię, drżę cały, aby rzucić się w objęcia mamy, która nam drzwi otwiera, wtem ze zdziwieniem widzę obcą twarz przed sobą: służącą, której nie znam.

 — Peggotty — mówię, odwracając się do Peggotty z dziwnem ściśnięciem serca i dreszczem przestrachu — czy mamy niema w domu?

 — Jest, Dewi — odpowiada, biorąc mię za rękę. — Dlaczego się tak śpieszysz, zaczekaj chwileczkę, muszę ci coś powiedzieć.

 — Co się mamie zrobiło? — zawołałem już przerażony. — Nie wyszła do furtki i tutaj jej niema, mama chora... albo...

 Nie śmiałem wymówić ostatniego słowa, lecz Peggotty je zgadła po mojej bladości, po tem, że musiałem się oprzeć o ścianę, tak nogi drżały pode mną.

 — Mama żyje! — zawołała takim głosem, że uwierzyłem odrazu. — Chodź za mną, dowiesz się zaraz wszystkiego.

 I wziąwszy mię za rękę, pociągnęła mocno za sobą do kuchenki.

 Byliśmy tutaj sami, ona usiadła na krześle, ja stałem przerażony, czekając, co powie.

 — Powinnam była powiedzieć ci wcześniej — zaczęła już Peggotty bez mego pytania — ale tak schodziło, chciałam codzień, chciałam...

 — Co się stało? — szepnąłem nawpół żywy.

 — Nic się nie stało, Dewi, mama zdrowa, tylko, tylko... masz znowu ojca...

 — Ojca? — powtórzyłem, blednąc, gdyż w tej chwili ujrzałem cichy cmentarz i grób otwarty, pusty.

 — Drugiego ojca — poprawiła się Peggotty.

 — Drugiego ojca?

 — Musisz go przywitać — zaczęła znów Peggotty. — Chodźmy.

 — Wcale go nie chcę widzieć.

 — Ani mamy?

 Przestałem się opierać. Wzięła mię za rękę i zaprowadziła do tej pięknej bawialni. Na kominku palił się ogień, przy nim w dużem krześle siedziała mama, a z drugiej strony pan Murdstone. Kiedy drzwi otworzyłem, mama opuściła robotę i podniosła się z krzesła prędko, ale jakby z bojaźnią.

 — Spokojnie, Klaro! Panuj nad sobą! Pamiętaj! — mówił pan Murdstone zwolna i z naciskiem. — Jak się masz, Dewi, mój chłopcze.

 Podałem mu rękę. Po chwili dopiero zbliżyłem się do mamy i pocałowałem ją jakoś „spokojnie“. Mama pocałowała mię także, uderzyła parę razy lekko po ramieniu i zabrała się napowrót do roboty.

 Nie mogłem patrzeć na nią, nie mogłem też patrzeć na niego, lecz wiedziałem, że on nie spuszcza z nas oczu. Stanąłem przy oknie i wyglądałem na ogród, gdzie biedne kwiaty pochyliły głowy pod tchnieniem zimnego wiatru.

 Wyszedłem stąd, jak tylko mogłem się oddalić. Chciałem uciec do swego pokoiku, ale się przekonałem, że już tam nie mieszkam. Przeniesiono mię dalej. Z jakiemś ciężkiem, zmrożonem sercem rozglądałem się dokoła: wszystko było inaczej, jakby w innym domu. Wybiegłem na podwórze, lecz musiałem się cofnąć natychmiast: z pustej budy wyskoczył ogromny czarny pies i groźnie warczał na mnie.

 

III. OJCZYM.

 

DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

IV. DO SZKOŁY.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

V. WŚRÓD KOLEGÓW.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

VI. OSTATNIE CHWILE SZCZĘŚCIA W RODZICIELSKIM DOMU.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

VII. SIEROCTWO.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

VIII. NA WŁASNYM CHLEBIE.

 

DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

IX. BEZDOMNY.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

X. NOWE ŻYCIE.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

CZĘŚĆ II. - MŁODOŚĆ.

 

XI. SZKOLNE CZASY W CANTERBURY.

 

DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XII. PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XIII. ZŁE I DOBRE DUCHY.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XIV. MIŁOŚĆ.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XV. BURZA.

 

DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XVI. STAJĘ DO WALKI Z LOSEM.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XVII. SPÓŁKA WICKFIELD I HEEP.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XVIII. DORA.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XIX. PRAWDA I MIŁOŚĆ ZWYCIĘŻA.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XX. KWIATY I CIERNIE.

 

 DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

 

XXI. SZCZĘŚCIE.

 

DOSTĘPNE W PEŁNEJ WERSJI.

image.png

CZĘŚĆ I. - DZIECIŃSTWO.

I. SZCZĘŚLIWE DZIECIŃSTWO.

II. ROZKOSZNA WYCIECZKA.

III. OJCZYM.

IV. DO SZKOŁY.

V. WŚRÓD KOLEGÓW.

VI. OSTATNIE CHWILE SZCZĘŚCIA W RODZICIELSKIM DOMU.

VII. SIEROCTWO.

VIII. NA WŁASNYM CHLEBIE.

IX. BEZDOMNY.

X. NOWE ŻYCIE.

CZĘŚĆ II. - MŁODOŚĆ.

XI. SZKOLNE CZASY W CANTERBURY.

XII. PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ.

XIII. ZŁE I DOBRE DUCHY.

XIV. MIŁOŚĆ.

XV. BURZA.

XVI. STAJĘ DO WALKI Z LOSEM.

XVII. SPÓŁKA WICKFIELD I HEEP.

XVIII. DORA.

XIX. PRAWDA I MIŁOŚĆ ZWYCIĘŻA.

XX. KWIATY I CIERNIE.

XXI. SZCZĘŚCIE.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Karol Dickens

 

DAWID COPPERFIELD

 

 

 

 

Tłumaczenie: Anonim

 

Projekt okładki: Avia Artis

 

W projekcie okładki wykorzystano portret Karola Dickensa.

Autor: Jeremiah Gurney

 

 

Wydawnictwo Avia Artis

2017

 

ISBN 978-83-65810-70-0