Star Force 10: Wygnaniec - B.V. Larson

Star Force 10: Wygnaniec

0,0

Świeżo upieczony podporucznik Cody Riggs idzie w ślady ojca, legendarnego Kyle’a Riggsa. Wraz ze swoją narzeczoną, podporucznik Olivią Turnbull, udaje się w podróż kosmiczną, jednak nie jest im pisana miła wycieczka po układach Federacji. Los rzuca ich okręt setki lat świetlnych od domu, a jedyna droga powrotu jest odcięta. Zmuszony walczyć z wrogo nastawionymi kosmitami oraz własną załogą, Riggs obejmuje dowodzenie nad krążownikiem liniowym Nieustraszony i staje przed wyzwaniami, jakie mu się nie śniły. Czekają go rozpaczliwe zmagania o przetrwanie i powrót do domu.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
 Star Force 10. Wygnaniec

Rozdział 2

Piętnaście lat po tym, jak Marvin spopielił wszystkie kury na farmie taty, ukończyłem Akademię Sił Gwiezdnych ze stopniem podporucznika i cieszyłem się krótką przepustką przed rozpoczęciem czynnej służby. Byłem z tego dumny i tato też. Zaproponował mi piwko w piwnicy, a jedna butelka szybko zmieniła się w tuzin. Piliśmy w najlepsze, gdy przyszła mama. Stanęła u szczytu schodów prowadzących do pomieszczenia, które czasem nazywała „browarem”, i poinformowała mnie, że przyleciała Olivia – a to wszystko zmieniało.

Olivia była moją dziewczyną. I to nie byle jaką. Spotykaliśmy się przez zaledwie semestr, ale czułem, że to ta jedna jedyna w całym wszechświecie, którą pewnego dnia poślubię.

Śmiejąc się, ruszyłem na górę chwiejnym krokiem. Tato poszedł za mną. Na twarzach mieliśmy szerokie, wywołane piwem uśmiechy. Mama zareagowała na nasz widok ponurą miną. Nigdy nie lubiła, gdy się upijaliśmy. Myślę, że w przeszłości tato bywał nie najmilszy, kiedy przesadził z alkoholem.

Spodziewałem się zastać Olivię w salonie, ale była na dworze. Podszedłem do okna i wtedy go zobaczyłem. Kosmiczny jacht jej ojca, Chart, stał na podwórku między traktorami a nową stodołą. Szczęka mi opadła. Czym prędzej wybiegłem na zewnątrz.

– Poważnie? – zapytałem.

Obdarzyła mnie ślicznym uśmiechem lśniących od błyszczyka warg i kiwnęła głową. Była bogatą i atrakcyjną Brytyjką. Gdy spędzaliśmy wspólnie czas, prawie nie przestawałem szczerzyć się z radości.

– Wybieramy się na przejażdżkę, Cody – powiedziała.

Jedyną osobą, która nie uważała, że ukończenie szkoły należy uczcić lotem w kosmos pod wpływem alkoholu, była moja mama. Oczywiście miała rację, ale byłem zbyt szczęśliwy, żeby jej słuchać. Westchnęła, przewróciła oczami i z wymuszonym uśmiechem życzyła nam przyjemnej podróży.

Weszliśmy z Olivią na pokład Charta, zanim ktokolwiek wymyślił dobry powód, aby nas powstrzymać. Tato krzyknął coś za nami, a ja pomachałem mu, nawet się nie odwracając. Miałem świadomość, że mama liczyła na to, że spędzę przepustkę z rodziną, spokojnie ciesząc się obecnością najbliższych. Jednak musiało stać się inaczej. Pod względem osobowości wdałem się raczej w tatę niż w mamę, a to oznaczało wplątywanie się w „sytuacje”.

Kiedy dorastałem, narobiłem sobie więcej siniaków i nabiłem więcej guzów niż przeciętny dzieciak. Już samo nazwisko Riggs było jak wrzód na tyłku, choć z innych powodów, niż może się wydawać. Od urodzenia byłem znanityzowany i ulepszony mikrobami, więc musiałem bardzo uważać, broniąc się przed dupkami chcącymi sprawdzić, czy zasługuję na swoją reputację. Samo nazwisko sprawiało, że jacyś faceci w barze chcieli mi obić gębę, a ja musiałem się postarać, żeby nie wygrać z przesadną łatwością.

Mniejsze ryzyko śmierci albo kalectwa sprawiało, że częściej pakowałem się w kłopoty. Tak jak wtedy, gdy pożyczyłem sobie ścigacz grawitacyjny i wleciałem nim na wieżę ciśnień na terenie Akademii z plecakiem pełnym puszek z farbą w sprayu. Byłem lekko pijany i postanowiłem obwieścić światu, że nie mogę przestać myśleć o swojej nowej dziewczynie i koleżance z grupy, Olivii Turnbull. Nigdy nie udowodnili, że to byłem ja, a nawet gdyby, to co by zrobili? Wyrzucili Cody’ego Riggsa z Akademii?

Wkroczywszy na pokład jachtu, wzbiliśmy się w powietrze i szybko opuściliśmy atmosferę. Po wejściu na orbitę podlecieliśmy do stacji paliwowej i ustawiliśmy się w kolejce.

Wyglądałem przez przedni bulaj z nanoszkła. Na ziemi Chart, smukły kosmiczny jacht ojca Olivii, wydawał się ogromny, rozmiarami i kształtem przywodząc na myśl przedwojenne odrzutowce pasażerskie. Ale tutaj, na orbicie, był zaledwie stateczkiem, zwłaszcza w porównaniu z ogromnym pancernikiem Sił Gwiezdnych, który widziałem po lewej.

– Oto nasza przyszłość – powiedziała Olivia, gdy obserwowaliśmy, jak okręt dokuje do stacji i zaczyna tankować. – Któregoś dnia zostaniemy kapitanami.

– Myśl ambitniej – odparłem. – Zostaniemy admirałami.

Zaśmiała się gardłowym śmiechem, który uwielbiałem.

Szybko przyszła kolej na nasze tankowanie. Pilot Turnbullów zabrał nas tutaj z farmy, a teraz zręcznie manewrował. Sam miałem ochotę to robić, ale facet był nieugięty i wypełniał polecenia co do joty. Stwierdziłem, że nie warto się spierać w obecności dziewczyny. Później, kiedy znajdziemy się w głębokim kosmosie, dobiorę się do przyrządów sterowniczych i pokażę jej prawdziwy pilotaż.

Spojrzałem na Olivię, prześlizgując się wzrokiem po jej zgrabnej sylwetce. Miała wysokie kości policzkowe, godne modelki, i ciemne, proste włosy. Mogła pochwalić się długimi nogami, a jej sylwetka miała akurat tyle ponętnych kształtów, żeby wyglądać wysmukle i seksownie. Zaczęliśmy się spotykać już w szkole i od razu poznałem, że to strzał w dziesiątkę.

„Nie dość, że ładna, to jeszcze z pieniędzmi” – pomyślałem. Turnbullowie należeli do najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin na Wyspach Brytyjskich. A ja byłem Riggsem. Wspólnie posiadaliśmy sławę, fortunę i odwagę. Czego można chcieć więcej?

Olivia wyszczerzyła ząbki, dostrzegłszy moje badawcze spojrzenie. Nachyliła się i szepnęła mi do ucha:

– O czym myślisz?

– Zastanawiam się, jak szerokie są koje na tym jachcie.

Prychnęła i pokręciła głową.

– Tylko jedno ci w głowie.

Objąłem ją i pocałowałem, ale nie próbowałem niczego więcej. Nie chciałem się spieszyć.

Planowałem „zadziałać”, gdy tylko zostawimy za sobą stację paliw. Musiała się spodziewać, że zrobię pierwszy krok, bo inaczej nie sprowadziłaby mnie tutaj. Nasza relacja nabierała rumieńców.

Jako świeżo upieczeni oficerowie mieliśmy zgłosić się do służby dopiero za dwa miesiące. Zamierzaliśmy więc spędzić trochę czasu, latając po Układzie Słonecznym, i przeżyć ostatnią przygodę przed rozpoczęciem intensywnego kursu pilotażu. Oboje już jako nastolatki zdobyliśmy uprawnienia do pilotowania cywilnych modeli, takich jak Chart. Poza tym mózg statku potrafił samodzielnie kierować maszyną.

Nagle jacht podskoczył i szarpnął. Rzuciłem ostre spojrzenie pilotowi, ale mnie zignorował. Wiedziałem, że gdybym to ja siedział za sterami, zbliżylibyśmy się znacznie łagodniej. Przylgnęliśmy do magnetycznych zaczepów stacji orbitalnej, a do zbiornika zaczęło płynąć bogate w deuter i tryt paliwo do generatora fuzyjnego. W tym momencie pilot wstał i powiedział:

– Tutaj wysiadam. Życzę państwu przyjemnej podróży.

W spojrzeniu, którym mnie obdarzył, było chyba coś w rodzaju pogardy. Może to przez zazdrość o laskę u mojego boku, a może raczej przez reputację Riggsów.

Olivia kiwnęła głową. Patrzyliśmy, jak pilot opuszcza niewielki mostek statku.

– Wróci promem i zajmie się następnym zadaniem – oznajmiła Olivia, tak jakby mnie to obchodziło.

Poczuliśmy kolejne wstrząsy, gdy zautomatyzowana stacja napełniała zbiornik paliwem. Usiadłem i zacząłem dopasowywać ustawienia przyrządów do swoich preferencji. Zapowiadała się niezła zabawa. Kilka minut później odłączyliśmy się od zaczepów. Zgodnie z poleceniem Olivii wyznaczyłem kurs na pierścień Tyche. Wciąż nie chciała zdradzić, dokąd dokładnie lecimy.

– Ruszamy na przygodę – obwieściła, a potem z jej kuszących ust nie padło ani jedno słowo.

Gdy oddaliliśmy się od stacji i opuściliśmy orbitę Ziemi, kazałem Olivii zapiąć pasy. Nawet przy wysokiej klasy polach inercyjnych, jakimi dysponował statek, lepiej było uważać, a ona była szczególnie narażona, bo nie przeszła jeszcze terapii nanitami. Fotele otoczyły nasze plecy i boki osłonami z inteligentnego metalu, z których wyrosły wypustki opasujące nas w kilku miejscach. Nie było to wygodne, ale zapewniało bezpieczeństwo.

Popchnąłem przepustnicę, zwiększając dopływ mocy do trzech wielkich silników. Chart, będący jachtem wyścigowym, miał mocy pod dostatkiem. Uwielbiałem te przyspieszenia. Człowiek odnosił wrażenie, że podłoga się przechyla, bo przeciążenia wyczuwało się pomimo działających pól inercyjnych – które specjalnie zredukowałem, żebyśmy poczuli kopa. Wystrzeliliśmy z orbity jak pocisk, mknąc w przestrzeń międzyplanetarną.

– Czy jest coś lepszego od tych przeciążeń? – zapytałem, przekrzykując ryk silników.

– Nie ma za co – odpowiedziała Olivia.

– A, tak, dzięki, że pozwoliłaś mi pilotować.

– Tylko nie mów ojcu – powiedziała, mając na myśli lorda Granthama Turnbulla, którego rodzina i przyjaciele znali po prostu jako lorda Granthama.

Wreszcie zmniejszyłem moc silników, żeby Olivia mogła odetchnąć. Pozwoliłem grawitacji się ustabilizować i zredukowałem przyspieszenie. Lecieliśmy teraz miarowo w kierunku Tyche. Mieliśmy dotrzeć do celu za kilka dni. Za czasów taty potrwałoby to znacznie dłużej, ale dzięki nowej technologii statki mogły utrzymywać ciągłe przyspieszenie, podczas gdy pasażerowie niemal tego nie zauważali.

Mózg zameldował, że kilka czujników na kadłubie wymaga naprawy. Zmarszczyłem brwi i pomyślałem, że tak drogi jacht powinien być lepiej zadbany. A może to ja przesadziłem z szybkością i je uszkodziłem?

Zostawiliśmy pilotaż mózgowi statku, a sami siedzieliśmy tylko, wpatrzeni w gwiazdy. Olivia wtuliła się we mnie. Podróż rozpoczynała się cudownie.

– Spójrz – powiedziałem. – Plejady.

– Siedem Sióstr… zabawne. Zawsze chciałam mieć więcej sióstr, ale cóż… jedna chyba musi wystarczyć.

– No tak. Przykro mi. – Znałem tę historię: jej mama umarła podczas narodzin Olivii, co w czasach nanitów i innych cudów medycyny było zdumiewające. – Może my będziemy mieć siedem córek? Co ty na to?

– Brzmi wspaniale. – Przysunęła się bliżej. – Hmm. Milutko.

– O tak.

– Na pewno nie masz ochoty na coś więcej? – zapytała i pocałowała mnie namiętnie.

Wiedziałem, że to będzie ta noc. Robiliśmy aluzje, a ja próbowałem każdej sztuczki, jaką znałem, ale jak dotąd nie wyszliśmy z Olivią poza fazę pocałunków. Co ciekawe, dzięki temu jeszcze bardziej mnie do niej ciągnęło. Fakt, że się nią nie znudziłem i nie poszedłem poszukać sobie nowej dziewczyny, odczytałem jako oznakę przywiązania. Zabawne, że facet potrafi sam siebie zaskoczyć.

– Oczywiście, że chcę więcej – powiedziałem. – Sprawdźmy te koje.

Ruszyła w kierunku części mieszkalnej, a ja podążyłem za nią. Stanęła przed moją kajutą i weszła do środka, a potem zamknęła mi przed nosem drzwi z inteligentnego metalu.

– Daj mi się przygotować – poprosiła.

Mruknąłem coś z niezadowoleniem i podszedłem do najbliższego bulaju. Spoglądałem w kosmos przez potrójną warstwę nanoszkła. Na niebie świeciło więcej gwiazd, niż można zobaczyć z górskiego szczytu na Ziemi.

Katastrofa spadła na nas, gdy już zaczynałem się zastanawiać, co ona tam robi. Zaczęło się od dziwnego stukania, a potem usłyszałem dźwięk rozdzieranego metalu. Zarejestrowałem to pierwszy, bo mój ulepszony nanitami słuch był bardziej wyczulony.

– Co to? – zapytałem, rozglądając się.

– Co takiego? – zawołała Olivia przez drzwi.

Nagle statkiem wstrząsnęła eksplozja, a drzwi z inteligentnego metalu zmieniły się w setki metalicznych kropelek. W kadłubie ziała wyrwa, dokładnie przed Olivią. Fala uderzeniowa rzuciła nami o pokład. Grad odłamków niemal natychmiast zawrócił, by wraz z wysysanym powietrzem opuścić kajutę. Cokolwiek się tu stało, przebiło wiele warstw zewnętrznego kadłuba, który miał nas w teorii zabezpieczać przed zagrożeniami z kosmosu.

Na wpół oślepiony, zerwałem się na nogi. Ręce miałem poharatane wybuchem, ale zaciskając zęby, dałem radę nimi poruszać. Już czułem, jak nanity i mikroby w moich żyłach pędzą do uszkodzonych tkanek.

Na szczęście próżnia nie wyssała nas w przestrzeń, ale za to przyciągnęła Olivię do dziury w kadłubie i przez sekundę bałem się, że różnica ciśnień wyrwie z niej wnętrzności. Szarpnąłem ją i oswobodziłem, wzbijając chmarę zamarzniętych kropelek krwi, które przypominały dryfujące rubiny. Straciliśmy grawitację i powietrze. Tylko niezwykłe właściwości mojego ciała utrzymywały mnie w ruchu – ale wiedziałem, że nie potrwa to długo.

Moją pierwszą myślą było przywrócić ciśnienie – dla dobra Olivii. Ja mogłem przetrwać w całkowitej próżni minutę albo nawet dłużej, ale ona nie.

Rzuciłem się na drugi kraniec kajuty, do wyrwy, i chwyciłem sterczące kawałki ściany, powyginane do środka jak folia aluminiowa. Zawarty w nich inteligentny metal próbował uszczelnić otwór, ale potrzebował trochę pomocy, więc zacząłem z powrotem odginać poszarpane krawędzie, aż dotknęły się nawzajem i zaczęły proces zasklepiania kadłuba.

Gdy tylko metal z grubsza uszczelnił kadłub, przycisnąłem głowę do naściennego głośnika i wrzasnąłem ostatkiem powietrza, jakie zostało mi w płucach:

– Chart, rozpocznij awaryjne przywracanie ciśnienia!

Nawet w próżni wibracje powinny przejść przez moją czaszkę i dotrzeć do mózgu statku. Chwilę później moje wysiłki zostały nagrodzone ciepłym podmuchem z kratek wentylacyjnych.

Zostałem z Olivią, słuchając syku wdmuchiwanego do środka powietrza. Wróciła też grawitacja, a dryfujące kropelki krwi posypały się na podłogę i moje plecy.

Teraz, gdy odzyskiwaliśmy już powietrze i temperaturę, skupiłem uwagę na dziewczynie. Leżała nieruchomo na podłodze, twarzą do dołu. Nadal wyciekała z niej krew – była wszędzie.

Przewróciłem ją na plecy i z przerażeniem odkryłem, że cała jej twarz i tułów też są pokryte krwią. Ewidentnie była w szoku. Zaczęła znów oddychać, ale nierówno i chrapliwie. Wodziła wzrokiem dookoła, jakby widziała wszystko oprócz mnie.

– Olivia! Olivio, czy mnie słyszysz? – zapytałem nagląco.

– Cody? – Na moment skupiła wzrok na mojej twarzy, ale zaraz jej spojrzenie znów zmętniało, a głowa opadła. Zrozumiałem, że musiała się w coś uderzyć. Z jej czaszki zwisał strzęp oderwanej skóry z włosami.

Musiałem ją zabrać do pokładowego automatu medycznego – drogiej zabawki łączącej elektroniczny mózg ze wszystkimi przyrządami chirurgicznymi, programami diagnostycznymi i lekami, jakie da się upchnąć do urządzenia o rozmiarach trumny. Było równie zaawansowane, jak wojskowe jednostki do intensywnej opieki, z których korzystały Siły Gwiezdne. Wiedziałem, że automat zdoła jej pomóc.

Musiał.

Z łomoczącym sercem i bluzgami na ustach wziąłem Olivię na ręce. Oparłem się barkiem o hermetyczne drzwi i krzyknąłem do mózgu statku:

– Otwieraj drzwi do mesy!

– Nie mogę wykonać polecenia. Nie przywrócono ciśnienia w zewnętrznym korytarzu.

Warknąłem ze wściekłości, zaniosłem ją do innych drzwi i przeszedłem przez kuchnię. Przez cały ten czas czułem płynącą mi po rękach krew, która kapała na podłogę. W gorączkowym pośpiechu biegłem korytarzami, okrężną drogą zbliżając się do automatu medycznego. Wreszcie trafiłem na kolejne hermetycznie zamknięte drzwi.

– Chart, otwieraj te cholerne drzwi! – wydarłem się.

– Nie mogę wykonać polecenia. Nie przywrócono ciśnienia w zewnętrznym korytarzu.

– Czy automat medyczny znajduje się po drugiej stronie tej grodzi? – zapytałem.

– Potwierdzam.

– Otwórz awaryjne przejście w ścianie.

– Rozkaz odrzucony. Tylko upoważniony personel może wydawać rozkazy awaryjne zagrażające życiu pasażerów.

Krzyknąłem i kopnąłem w ścianę, aż się nieco wgięła. Wiedziałem, że Olivia umrze, jeśli nie umieszczę jej w automacie.

– Jedyna upoważniona osoba jest nieprzytomna! Musisz mieć jakiś protokół obejścia tych przepisów!

Maleńka jak główka szpilki kamerka omiotła mnie i Olivię.

– Przyznano tymczasowe upoważnienie.

Inteligentny metal zaczął się rozpływać i formować okrągły otwór pośrodku ściany, tworząc tunel łączący przeciwległe pomieszczenia. Nie czekając, aż się powiększy, przecisnąłem się na drugą stronę i zakrwawioną ręką wcisnąłem przycisk otwierania automatu. Pokrywa z nanoszkła uniosła się, a wtedy położyłem Olivię w podobnej do trumny kapsule. Zatrzasnąłem wieko i uruchomiłem automat medyczny, który zajął się nią wszystkimi czterema ramionami. Wbił w ciało igły i czujniki, odpalił skalpele laserowe i zaczął zręcznie rozcinać ubranie.

Odwróciłem wzrok. Nie mogłem patrzeć, jak maszyna kroi miłość mojego życia. Mdliło mnie.

Zachodziłem w głowę, co się, do cholery, stało. Czyżby trafił w nas meteoroid rozpędzony tak bardzo, że przebił się przez trzy warstwy kadłuba? Nie przychodziło mi do głowy inne wyjaśnienie.

Byłem głupi, a Olivii przyszło zapłacić cenę za moją beztroskę. Powinienem się uprzeć, żeby przed podróżą poddała terapii nanitami. Wyznaczono nam termin za dwa miesiące, ale wiedziałem, że nasze rodziny były dostatecznie wpływowe, by załatwić zabieg wcześniej. Zamierzałem udać, że przyjmuję zastrzyk z nanitów jako dorosły, aby zataić fakt, że w rzeczywistości byłem znanityzowany przez całe życie.

– Proces nieudany – oznajmił niespodziewanie automat. – Funkcje życiowe słabną. Zostaną zastosowane radykalne środki ratowania życia, chyba że upoważniony personel postanowi inaczej.

– Radykalne środki? Jakie radykalne środki? – Popatrzyłem na ekrany, próbując cokolwiek pojąć z odczytów medycznych. To cholerstwo było podobno szczytem techniki. Rozpaczliwie próbowałem przypomnieć sobie, co słyszałem o możliwościach takich modeli.

Automat nie odpowiedział.

– Nanity. Zamierzasz ją znanityzować – powiedziałem.

Rodzice wstrzyknęli mi nanity we wczesnym dzieciństwie, lecz Olivia miała dostać zastrzyk dopiero po otrzymaniu pierwszego przydziału. W Siłach Gwiezdnych było to wymogiem do pełnienia służby. Nanomaszyny rekonstruowały ludzkie ciało od środka, a potem już zawsze żyły w symbiozie z organizmem gospodarza. W wyniku tego latający w kosmos ziemscy wojskowi szybciej dochodzili do zdrowia, byli silniejsi i mieli lepszy refleks niż zwyczajni ludzie. A Olivia wciąż jeszcze była „naturalną” kobietą.

– Rozpoczynam wstrzykiwanie nanitów. Radykalny zabieg ratowniczy w toku. Proszę odsunąć się od pokrywy.

Nie wiedzieć czemu posłuchałem. Odsunąłem się od półokrągłego wieka z nanoszkła. Ostrzeżenie nadeszło w samą porę, bo nagle szyba pokryła się siateczką pęknięć, gdy coś uderzyło w nią z siłą pocisku. Rozejrzałem się odruchowo i dopiero po chwili dotarło do mnie, co się dzieje.

Choć Olivia została uśpiona, jej ciało reagowało na wlewające się do żył nanity, które teraz rekonstruowały tkanki dziewczyny. Napędzane bólem i adrenaliną konwulsje uszkadzały szybę automatu, choć pęknięcia już powoli znikały, gdy szkło się naprawiało. Miałem nadzieję, że wytrzyma.

Po kilku minutach Olivia trochę się uspokoiła, więc znów się nad nią pochyliłem. Skóra dziewczyny wyglądała, jakby wiły się pod nią robaki, a ona sama krzywiła się z bólu i szarpała głową, jak gdyby śniąc najstraszniejszy koszmar, jaki można sobie wyobrazić. Miałem ochotę coś rozwalić, zwłaszcza że nie wiedziałem, jak ta terapia na nią wpłynie. Nanity były zdeterminowane, ale głupie – realizowały program odbudowy mięśni i kości nawet wtedy, gdy pacjent już zmarł. Tato opowiadał mi o pogrzebach, na których chowano zwłoki marines w nienaruszonym stanie, bo nanity naprawiły ciała, choć nie utrzymały ludzi przy życiu.

Usiadłem na podłodze i zacząłem obrzucać sam siebie ciągiem wyzwisk tak obelżywych, że mama doznałaby szoku, a i tato byłby zaskoczony. Nigdy nie miałem skłonności do obwiniania się, ale teraz mogłem doświadczyć poczucia winy w całej pełni. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym zrobić. Próbowałem przypomnieć sobie hinduską modlitwę o uzdrowienie, której nauczyła mnie w dzieciństwie mama, ale nie umiałem przywołać słów z pamięci.

– Radykalne środki ratownicze zawiodły – obwieścił jakiś czas później automat medyczny. Zerwałem się na równe nogi i położyłem dłonie na szybie. Odniosłem wrażenie, że Olivia spokojnie śpi, ale nie umiałem poznać, czy oddycha.

Gorączkowo sprawdziłem odczyty funkcji życiowych. Zobaczyłem tylko płaskie, czerwone linie.

Rąbnąłem ręką w nanoszkło, znów pokrywając je siateczką pęknięć, a potem bezwładnie osunąłem się na podłogę. Zacząłem głęboko oddychać, ale i tak miałem wrażenie, że do moich płuc nie dociera powietrze.

Chciało mi się wrzeszczeć na tę głupią maszynę, ale wiedziałem, że to nie pomoże. Nawet w pełni zautomatyzowane urządzenie może pracować lepiej, gdy obsługujący je człowiek przynajmniej przeczyta instrukcję, a ja tego nie zrobiłem. Właściwie to całkiem spieprzyłem sprawę, wskakując sobie beztrosko na Charta prosto z farmy, bez odprawy poświęconej bezpieczeństwu i bez choćby pobieżnego zapoznania się z systemami tego konkretnego statku. Cztery lata szkolenia w Akademii wyparowały mi z głowy przy pierwszej okazji.

Nie wierzyłem ludziom, którzy nazywali mnie aroganckim dupkiem – aż do teraz. Mieli w stu procentach rację, a Olivia leżała martwa, bo mnie wydawało się, że oboje jesteśmy nieśmiertelni.

Gdy wreszcie odzyskałem oddech, zacząłem się zastanawiać, jak doszło do tego „wypadku” i – co najważniejsze – kto jest za niego odpowiedzialny.

Rozdział 3

Co innego mi zostało oprócz powrotu na Ziemię? Wcześniej nie mogłem się doczekać, aż zasiądę za sterami, a teraz jedyne, czego chciałem, to cofnąć czas. Miałem ochotę się upić i pójść spać. Może kiedy się obudzę, odkryję, że to był tylko zły sen? Kazałem mózgowi jachtu wylądować na posesji rodziny Olivii. Musiałem się z nim przez chwilę spierać, ale gdy już go przekonałem, że personel dowódczy nie żyje, uruchomił się jakiś protokół awaryjny i statek mnie posłuchał.

A potem upiłem się i zasnąłem.

Wylądowaliśmy na angielskiej prowincji. Był szary, deszczowy dzień, który idealnie oddawał moje uczucia. W drodze powrotnej przekazałem ojcu Olivii absolutne minimum informacji – wiedział tylko tyle, że stało się coś strasznego. Na dwór wyszło kilkudziesięciu służących, dozorców, masztalerzy i ochroniarzy, w sumie jakieś siedemdziesiąt osób. Wszyscy obserwowali, jak wielki jacht osiada na lądowisku na tyłach posiadłości, w pobliżu niewielkiego stawu.

Po rampie wbiegł personel medyczny, a ja bez słowa wskazałem im drogę do automatu. Nie wyciągałem stamtąd Olivii. Jeśli istniała choćby maleńka szansa, że się myliłem i jednak dałoby się ją uratować, ta maszyna i jej nanity stanowiły jedyną nadzieję.

Lord Grantham Turnbull powitał mnie nienagannym uściskiem dłoni, z lodowatą miną i plecami wyprężonymi jak struna.

– Tak mi przykro, proszę pana – zacząłem. Długo przygotowywałem się na tę chwilę, ale teraz wszystko, co planowałem powiedzieć, wydało mi się bezcelowe. – Pańska… – Tyle udało mi się wykrztusić, zanim mój umysł odmówił posłuszeństwa, uciekając przed bólem. – Przykro mi – powtórzyłem.

– Dziękuję – powiedział sztywno starszy mężczyzna. Spojrzał na statek. Gdy zauważył uszkodzenia, zmrużył oczy. – Co się dokładnie stało?

– Wiem niewiele więcej niż to, co już panu mówiłem. Coś w nas uderzyło, a może wybuchło, i zrobiło dziurę w ścianie mojej kajuty. Olivia ucierpiała najbardziej. Zaniosłem ją do automatu medycznego tak szybko, jak się dało, ale było za późno.

– W ścianie twojej kajuty? – zapytał, świdrując mnie wzrokiem.

– Tak, proszę pana. – Nie było sensu unikać faktów, więc postanowiłem niczego nie upiększać. Przecież nie byliśmy za młodzi, by ze sobą sypiać.

– Więc to coś było wymierzone w ciebie.

Część mnie poczuła ulgę, że nie rozzłościł się za rozdziewiczenie mu córki. Inna część skupiła się na wnioskach, jakie wynikały z jego słów.

– Pan myśli, że to nie był wypadek?

Lord Grantham pokręcił głową.

– W młodości zdobyłem trochę doświadczenia w wysadzaniu. Górnictwo i takie tam. I to – powiedział, wskazując na wyrwę w kadłubie – była eksplozja. Na tyle słaba, żeby nie zniszczyć statku, tylko zabić ciebie. Myślę, że o to chodziło. Olivia miała przeżyć i to ty powinieneś wrócić w trumnie.

Spojrzałem na niego z zaskoczeniem i rozżaleniem. Poczułem kolejną falę wyrzutów sumienia.

Grantham ze smutkiem w oczach położył mi dłoń na ramieniu.

– Bóg mi świadkiem, że znajdę ludzi, którzy to zrobili.

– Dziękuję, proszę pana. Jeśli jest coś, co mogę zrobić…

– Dam ci znać. – Jego ton dawał jasno do zrozumienia, że za nic nie dopuściłby do śledztwa nieobliczalnego Cody’ego Riggsa.

Mniej więcej wtedy lekarze zeszli z rampy, prowadząc unoszącą się na repulsorach kapsułę automatu medycznego z ciałem Olivii w środku. Wszyscy patrzyli na to ze smutkiem i nikt nie protestował, gdy załadowali ją do ambulansu. Domyśliłem się, że władze musiały odbębnić swoje procedury, choćby nie wiem co.

– Panie Riggs, mam pewne sprawy do załatwienia. Jak sądzę, poznaliście się już z Adrienne? – Lord Grantham odwrócił się do uderzająco pięknej młodej kobiety, która stała w pobliżu. Bardzo przypominała Olivię, choć w przeciwieństwie do swojej siostry brunetki miała włosy w odcieniu ciemnego blondu. Wyglądała też na bardziej wysportowaną. Olivia mówiła, że siostra sporo ćwiczyła i w przeszłości pracowała jako instruktorka jogi, a efekty wciąż były widoczne w postaci zgrabnie wyrzeźbionego ciała. Jeśli dobrze pamiętam, była o rok starsza od Olivii i robiła na Oxfordzie doktorat z inżynierii przemysłowej. Myślę, że była wyjątkowo utalentowana, a Olivia często się nią chwaliła.

– Tak, znamy się – powiedziałem ponurym, matowym głosem.

Adrienne przez moment wpatrywała się w moją wyciągniętą dłoń, po czym uścisnęła ją stanowczo. Jednocześnie lustrowała moją twarz, jak gdyby szukając w niej odpowiedzi. Niestety, podobnie jak ona, miałem tylko pytania.

– Adrienne się tobą zajmie. Życzę miłego dnia – tymi słowami pożegnał mnie lord Grantham. Odwrócił się, żeby nadzorować swoich ludzi, którzy już tłoczyli się wokół statku.

Adrienne poprowadziła mnie w kierunku głównej rezydencji. Zamiast brać elektryczny wózek, przeszliśmy kilkaset metrów piechotą. Milczeliśmy. Stawiałem nogę za nogą w nadziei, że grawitacja Ziemi wyssie ze mnie cały ból. Siostra Olivii nie zadawała pytań, a ja czułem się zbyt otępiały, żeby cokolwiek mówić z własnej inicjatywy. Nie byłem jeszcze gotów.

Na miejscu Adrienne pokazała mi salon i zostawiła samego. Nie zaproponowała, żebym u nich przenocował. Odniosłem wrażenie, że się wścieka i mnie obwinia. Nic dziwnego. Sam siebie obwiniałem.

Wreszcie automatyczny służący przyniósł moją torbę. Zostawiłem rzeczy na statku, bo wiedziałem, że śledczy zechcą je przeszukać. Stwierdziłem, że nie zaszkodzi, jeśli jak najszybciej oczyszczą mnie ze wszystkich zarzutów, z wyjątkiem głupoty.

Z braku innego zajęcia zadzwoniłem po taksówkę, żeby pojechać do Akademii, która mieściła się jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów od posiadłości Turnbullów. Już się tam nie uczyłem, ale zawsze to jakieś znajome miejsce. Wolałem nie wchodzić w drogę pogrążonej w żałobie rodzinie. Tak czy inaczej, musieli widzieć we mnie źródło tragedii.

Gdy dotarłem do miejsce, znalazłem sobie pusty pokój w akademiku i spałem prawie do południa.

W sezonie letnim Akademia Sił Gwiezdnych opustoszała. Po wręczeniu dyplomów moi znajomi rozpierzchli się po całym świecie. Nie miałem z kim pogadać. Został mi tylko powrót do domu, więc pojechałem na lotnisko. Dzięki współczesnej technologii lotów suborbitalnych dwie godziny później byłem w Kalifornii.

Mama przytuliła mnie ze smutną miną, a tato przywitał uściskiem dłoni i klepnięciem w plecy. Wcześniej wysłałem im wiadomość, więc z grubsza znali sytuację, ale nie miałem ochoty rozmawiać o szczegółach. Doceniałem współczucie w ich spojrzeniach, ale naprawdę nie chciałem rozmawiać o emocjach, zwłaszcza z mamą. Może kiedyś, ale nie teraz.

Ojciec chyba to rozumiał. Za swoich czasów naoglądał się śmierci i wiedział, jak sobie z nią radzić. Po prostu skinął głową w kierunku swojego małego królestwa w piwnicy, gdzie czekała na nas lodówka pełna piwa i szafka z mocniejszymi trunkami. W którymś momencie, długo po tym, jak w okolicy dwunastej butelki przestałem je liczyć, straciłem przytomność. Zostawił mnie śpiącego na starej, znajomej kanapie.

Kolejny dzień spędziłem tak samo, a potem jeszcze następny, aż wreszcie przyszła wiadomość od Adrienne. Gdy zapuchniętymi oczami wpatrywałem się w telefon, przypomniałem sobie, że nawet się nie pożegnałem. Po prostu tamtego dnia nie wydało mi się to istotne. Byłem w szoku: w wiadomości podała datę i godzinę pogrzebu Olivii, który miał odbyć się nazajutrz. Chciałem do niej zadzwonić, ale w końcu tylko odpisałem, że przyjadę.

Trzeźwienie po trzech dniach picia było przykre, ale konieczne. Znanityzowanemu mężczyźnie, takiemu jak ja albo tato, trudniej się upić. Z drugiej strony, nigdy nie miałem porządnego kaca. Długi gorący prysznic i kilkunastokilometrowa przebieżka postawiły mnie na nogi. Pod koniec, gdy już zwalniałem do truchtu, zauważyłem pracującego na dworze ojca. Podszedłem do niego.

– Co mam teraz zrobić, tato? – zapytałem.

Majstrował akurat przy jednym z traktorów.

– A co chcesz?

Mimowolnie zacisnąłem pięści.

– Ktokolwiek za tym stoi… chcę go dopaść.

– Co cię powstrzymuje?

Patrzyłem na niego przez chwilę.

– Jestem teraz oficerem Sił Gwiezdnych. Nie mogę robić szumu i otwierać drzwi kopniakami.

– A co innego twoim zdaniem mają robić oficerowie Sił Gwiezdnych?

– Jest inaczej niż za twoich czasów, tato. Mamy zasady, a ja nie jestem naczelnym dowódcą.

Potrząsnął głową.

– Do diabła z zasadami, chłopcze. Gdyby ktoś próbował mnie zabić i gdyby to twoja mama zginęła, czego byś ode mnie oczekiwał?

Miał trochę racji. Poczułem, jak rozpala się we mnie ogień.

– Oczekiwałbym, że zaczniesz robić szum i otwierać drzwi kopniakami. Tak jak wtedy, kiedy Sandra…

Tato wyszczerzył zęby.

– Teraz gadasz z sensem. Jesteś Riggsem, synu. Naginaj zasady albo je łam, jeśli będzie trzeba. A ja cię wesprę albo wyciągnę z kłopotów. Starzy znajomi ciągle są mi winni przysługę czy dwie.

Poczułem pęczniejącą w sercu dumę ze swojego nazwiska i z wiary, jaką pokładał we mnie ojciec. Miał rację. Musiałem coś zrobić. Nawet jeśli postawią mnie przed sądem wojennym, zawsze mogłem po odsiadce wrócić do domu i pracować na farmie. Odetchnąłem chrapliwie i wyprostowałem plecy.

– Dzięki, tato. Tak właśnie zrobię.

Spakowałem torbę, przytuliłem po raz ostatni mamę, a potem wskoczyłem do najbliższego transportera suborbitalnego do Wielkiej Brytanii. Adrienne odebrała mnie z lotniska.

– Jak się trzymasz? – zapytałem, wrzucając swoją torbę na tylne siedzenie i wsiadając do auta.

– Dobrze – skłamała. – Przepraszam, że to ja cię odbieram. Ojciec zaprzągł całą służbę do pracy przy… – przełknęła tkwiącą w gardle grudę – przy pogrzebie.

– Nie ma problemu.

Przez chwilę na nią zerkałem, aż wreszcie się zorientowała.

– O co chodzi? – zapytała łagodnie.

– Po prostu życie jest takie absurdalne. Może tylko użalam się nad sobą, nie wiem. Po jej śmierci wszystko zdaje mi się nierealne, a teraz ty… jesteś jak jej duch. Siedzisz tu ze mną i żyjesz.

– Chyba wiem, co masz na myśli. Też za nią tęsknię.

– Adrienne… – Spojrzałem na jej profil, tak bardzo podobny do profilu Olivii. – Czy twój ojciec czegoś się dowiedział?

– Nic mi nie mówi. – Adrienne uderzyła dłonią w kierownicę. – Zdaje mu się, że w ten sposób mnie chroni. Szkoda, że nic nie możemy zrobić. – Zerknęła na mnie. – Może tobie coś zdradzi.

– Lepiej, żeby tak zrobił.

– Nie naciskaj za mocno. Wiesz, jaki on jest.

Nie odpowiedziałem. Zamierzałem naciskać tak mocno, jak uznam za stosowne. Musiałem poznać odpowiedzi.

Gdy dotarliśmy do posiadłości, pokazała mi mój pokój. Praktycznie się nie rozpakowałem. Głowę zaprzątały mi inne myśli.

Tak jak przewidywałem, uroczystość pogrzebowa była wystawna. Gdy rzucałem czerwoną różę na opuszczaną do grobu trumnę, odkryłem, że jestem zbyt wściekły, by ronić łzy.

Później wszyscy sączyli herbatę i niemrawo skubali przystawki, mamrocząc uprzejme słowa, które łagodziły ich żal, ale nie mój. Po jakimś czasie wymknąłem się do swojego pokoju. Ci wszyscy ludzie byli dla mnie całkiem obcy, z wyjątkiem Adrienne. Jako ostatnia kobieta w rodzinie, została wśród żałobników, by przyjmować niekończące się kondolencje.

Wreszcie goście sobie poszli. Nie miałem w sumie planu działania, ale musiałem zacząć od jachtu i ustalenia przebiegu wydarzeń. Było na to pewnie za wcześnie, ale nie mogłem czekać, więc odszukałem lorda Granthama. Służący wskazał mi drogę do jego gabinetu, gdzie pan domu siedział za biurkiem, czytając raporty.

– Tak, Riggs, o co chodzi? – Jego ton balansował między uprzejmą rezerwą a opryskliwością.

– Chciałbym dowiedzieć się, co pan odkrył, sir.

– Śledztwo wciąż trwa. – Zamknął teczkę, której zawartość przeglądał.

– Chętnie usłyszałbym coś więcej, sir.

Twarz lorda Granthama ściągnęła się.

– Usłyszysz, co trzeba, kiedy będzie trzeba. Na razie powiem tylko, że podejrzewam sabotaż i zamach na twoje życie.

Kontakty z tak wpływowymi ludźmi zawsze są trudne. Rozmawiając z osobą o niższym statusie społecznym, oczekują, że ten ktoś zamknie się i zrobi, co mu każą. Ale ja nie byłem jednym z jego sługusów, a moje nazwisko miało taki sam prestiż, jak jego.

– Sir, nie mogę tak po prostu czekać i nic nie robić. Podobnie jak Olivia, jestem oficerem Sił Gwiezdnych. Muszę coś robić, muszę się angażować. Niech mi pan przydzieli jakieś zadanie przy śledztwie albo chociaż powie coś więcej.

– Riggs, sprawą zajmuje się ponad dwudziestu profesjonalistów, nie licząc służb bezpieczeństwa i policji. Naprawdę nic tu nie zdziałasz. Nie wspominając o fakcie, że nie łączą nas więzy rodzinne, a od śmierci mojej córki również towarzyskie. A teraz z góry dziękuję za niewtrącanie się. Życzę miłego dnia.

– Ale…

– Powiedziałem „miłego dnia”. – Głos miał twardy jak stal.

Z trudem poskromiłem temperament i wyszedłem z gabinetu. Aż we mnie kipiało. Przez jakiś czas chodziłem bez celu po rezydencji, skupiając na sobie ciekawskie spojrzenia służących. W sali bilardowej zastałem kilkunastu mężczyzn, którzy pili i palili w ramach czegoś w rodzaju nieoficjalnej kontynuacji stypy. Wprosiłem się do nich, szukając raczej alkoholu niż towarzystwa, i łykałem kieliszek za kieliszkiem drogiej whiskey, prawie nie czując smaku.

Nie rozumiałem, czemu lord Grantham nie dopuszczał mnie do sprawy. Dotychczas traktował mnie bardzo uprzejmie, choć zawsze podejrzewałem, że miał pewne zastrzeżenia co do tego, czy nadaję się na męża dla Olivii. Wpadła mi do głowy pewna myśl: czy to absolutnie wykluczone, że właśnie on próbował mnie zabić?

Pomysł nie był całkiem pozbawiony logiki, ale w końcu go odrzuciłem, z trzech powodów. Po pierwsze, próba zamachu na własnym jachcie automatycznie czyniłaby go podejrzanym. Po drugie, to trochę naciągane, żeby facet, który ma tyle do stracenia, próbował mnie zabić. Przecież nie byłem jakimś lecącym na kasę pasożytem, który chciał położyć łapę na rodzinnej fortunie. Po trzecie, zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak – i faktycznie poszło. Nie wyobrażałem sobie, że mógłby w ten sposób ryzykować życie córki.

To były moje ostatnie składne myśli tej nocy. Później alkoholowe otępienie przyćmiło frustrację i poszedłem spać do swojego pokoju.

Rozdział 1

Nazywam się Cody Riggs i jestem synem żywej legendy – a to na co dzień nie jest zbyt sympatyczne.

Mój ojciec swego czasu narobił sobie mnóstwo wrogów. Przez długie lata wojen z makrosami dowodził ziemskimi armiami i flotami, które prowadził do niezliczonych bitew. Siły Gwiezdne walczyły z mechanicznymi najeźdźcami w kosmosie, w powietrzu, na lądzie, nawet pod wodą. Zginęły miliardy ludzi, a ogromne połacie naszej planety zostały zupełnie zniszczone i wyjałowione. Później przez krótki czas mój ojciec rządził całą Ziemią jako imperator. Większość ludzi pozytywnie oceniała rolę, jaką odegrał w tych dniach, ale nie wszyscy. Jeśli wierzyć tym, których zaślepił żal po utracie bliskich, moja rodzina wypełzła prosto z czeluści piekieł.

Kiedy dorastałem, nieszczęśni dorośli, którym przypadła opieka nade mną, często mówili, że mam „problem z nastawieniem”. Twierdzili, że nie słucham autorytetów. Nazywali mnie zbuntowanym i upartym. Ale ja widziałem to inaczej. Ciekawość miałem we krwi i wolałem robić rzeczy po swojemu. Indywidualność jest nagrodą sama w sobie.

Myślę, że skupiali się na mnie z powodu nazwiska. Cokolwiek robiłem, przyglądano mi się uważniej niż normalnemu dzieciakowi. Tak jak mówiłem, życie w cieniu ojca to nic fajnego.

Jeśli miałbym wymienić jedną rzecz, która podobała mi się w byciu synem Kyle’a Riggsa, byłaby to okazja spotykania ciekawych osób. Pewnie najbardziej interesującą był osobliwy robot imieniem Marvin, ekscentryczna metalowa istota, którą tato zbudował dawno temu. Nie, to nie tak. Marvin praktycznie sam siebie zmontował, prawie od zera.

Gdy spotkałem go po raz pierwszy, miałem mniej więcej osiem lat. Pierwszą rzeczą, jaką Marvin zrobił, było zwrócenie uwagi na to, że wyglądam jak genetyczne połączenie moich rodziców. Miałem chude ręce, jasnobrązową skórę, duże oczy i ciemne, krótko ścięte włosy.

Marvin planował zatrzymać się u nas na kilka dni we wrześniu i choć chciał mieszkać w naszym domu – zaproponowałem nawet, że będę dzielił z nim pokój – Jasmine, moja mama, nie pozwoliła na to. Stanowczym gestem wskazała na stodołę, a Marvin odpełzł tam na swoich wijących się mackach.

Marvin już taki był. Wysłanie do stodoły odebrał jako obrazę. Nie lubił nawet, gdy nazywało się go robotem. Wolał, gdy uważano go za prawdziwą osobę – oczywiście sztucznie stworzoną, ale jednak osobę, będącą w dodatku obywatelem Federacji.

Jak dla mnie, w niczym nie przypominał normalnego człowieka – co było plusem, bo inaczej by mnie nudził. Był niesamowicie inteligentną i dziwną elektromechaniczną istotą. Fascynował mnie. Podczas większości bitew, jakie toczyła Ziemia, stał po stronie ludzkości i w wielu przypadkach przyczynił się do naszego zwycięstwa. Istniało wiele dowodów na to, że więcej niż raz ocalił nas wszystkich. Ale bywało też tak, że o mały włos nie doprowadził do wyginięcia gatunku. Jak mówiłem, ciekawy gość.

Pierwsza i ostatnia wizyta Marvina na farmie rodziców trwała jakieś dwa tygodnie. Większość tego czasu spędził w stodole, gdzie kazali mu mieszkać, ale od czasu do czasu opuszczał ją i kręcił się wokół posesji.

Pewnego rześkiego, jesiennego poranka, gdy szedłem na przystanek autobusu szkolnego, zauważyłem Marvina, który wybrał się akurat na jeden ze swoich pozornie bezcelowych spacerów. Nagle w pośpiechu zawrócił w kierunku stodoły i zniknął w środku. Ja tymczasem, nic sobie z tego nie robiąc, dalej szedłem do autobusu.

Minęło wiele lat, a ja wciąż mam przed oczami to, co stało się później…

Autobus stał i czekał, aż do niego wsiądę. Unosił się jakieś dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Był trzydzieści metrów ode mnie, a pod nim migotała niebieskawa poświata pola siłowego. Pracujące repulsory wzbijały kurz, który kłębił się i wirował. To zabawne, jak niektóre obrazy zostają w naszej pamięci po latach.

Otwarte drzwi autobusu były blisko – ale niedostatecznie.

Usłyszałem pierwszą, ogłuszającą eksplozję. Ułamek sekundy później moje plecy obmyła fala gorąca. Uczucie było takie, jakbym stał za blisko buchającego żarem paleniska.

Spojrzałem za siebie – nie mogłem się powstrzymać. W niebo wystrzelił słup pomarańczowego ognia. Po stodole nie został nawet ślad, a w jej miejscu rozpętało się piekło. Najbardziej zapadły mi w pamięć płonące kury. Biegały w panice po podwórku, podobne do kulek bawełny, które ktoś nasączył benzyną i podpalił – żywe kule ognia z nóżkami.

Puściłem się biegiem w kierunku drogi. Za moimi plecami wzbijały się w niebo jaskrawe płomienie. A potem druga eksplozja – jeszcze silniejsza – zwaliła mnie z nóg. Gdy otworzyłem oczy po sekundzie albo dwóch, nie miałem już brwi i rzęs. Przemknęło mi przez myśl, że tak właśnie czuje się człowiek, na którego zionął smok.

Próbowałem wstać i pobiec do drogi, ale autobus już ruszył, żeby ocalić resztę dzieci. Padłem więc znów na ziemię i poczołgałem się w stronę drogi. Tato mnie tego nauczył. „Synu, kiedy wszystko się spieprzy – powtarzał – kładź się i pełznij na brzuchu”.

Gdy obejrzałem się na szalejące płomienie, które pochłonęły naszą stodołę, zauważyłem Marvina. Wyczołgał się z ognia. Macki mu dymiły. Widziałem, że żyje, choć jest uszkodzony.

Z determinacją brnąłem w stronę drogi. Wzdłuż chodnika biegł rów, w którym mogłem się schronić na wypadek, gdyby sprawy miały potoczyć się jeszcze gorzej.

Nim do niego dotarłem, coś mnie chwyciło i uniosło. Syknąłem i zacząłem się szarpać, bo myślałem, że to Marvin, i spodziewałem się, że przypali mnie jak żegadłem swoimi rozpalonymi mackami. Okazało się jednak, że to mama. Nie wyglądała na zadowoloną. Zadziwiająco szybko zaniosła mnie do domu i dopiero wtedy odstawiła na ziemię.

– Nic mi nie jest – powtarzałem, ale ona zdawała się mnie nie słyszeć.

– Ten cholerny robot – powiedziała w przerwie między wiązankami brzydkich słów. – Trzeba go było zezłomować lata temu.

Nigdy nie dowiedziałem się, co dokładnie poszło nie tak w naszej stodole. Rodzice też tego chyba nie rozgryźli. Ale z pewnością byli wkurzeni.

Brutalnie wyrzucili Marvina z posesji. Znalazłem mackę, którą oderwał mu tato. Moi rodzice nie byli zwykłymi ludźmi. W przeszłości należeli do Sił Gwiezdnych, co oznaczało, że zostali znanityzowani, a tato został w dodatku zmodyfikowany genetycznie.

Macka była osmalona i wciąż gorąca. Nie przestała działać – wiła się w popiołach długo po wygaśnięciu płomieni. Gdy trochę przestygła, podniosłem ją i zacząłem bawić się na werandzie, strzelając nią jak biczem.

Mama w tym czasie poszła do domu po apteczkę. Gdy wróciła, żeby opatrzyć mi rany, nie była zbyt zadowolona, że trzymam w rękach wijącą się pamiątkę. Kazała mi rzucić trofeum na ziemię.

Nie byłem poważnie ranny. Jasne, w moich plecach utkwiło kilka podobnych do gwoździ drzazg. Nie wbiły się jednak głębiej niż na dwa-trzy centymetry i w sumie nawet nie czułem bólu. Mama chyba przejmowała się nimi bardziej niż ja. Powyciągała drzazgi, a każde skaleczenie traktowała jak ranę postrzałową.

Rodzice zawsze wiedzieli, że jestem nietypowy pod względem fizycznym. Kąpiele mikrobowe zmieniły tatę na zawsze, a część jego ulepszonego DNA przypadła i mnie w udziale. Byłem więc odpornym dzieciakiem i zawsze ignorowałem ból, który rówieśników doprowadziłby do łez.

Gdy mama nacierała mnie nanitami do zasklepiania ran, wbijałem wzrok w tamtą mackę. Wiła się jak żywe stworzenie. I chyba faktycznie nim była – przynajmniej w tym samym sensie co Marvin.

Minęła godzina i po stodole zostało już tylko pogorzelisko. Kury zmieniły się w małe, okrągłe kupki popiołu. Nadal pamiętam tamten zapach – mieszankę dymu drzewnego i odoru palonych piór.

Chciałem zachować mackę na pamiątkę, ale mama nie pozwoliła. Zabrała ją i nigdy jej już nie zobaczyłem.

Kiedy zapytałem, czy Marvin jeszcze kiedyś wróci, tato powiedział, że z nim są zawsze jakieś kłopoty i że nie umie zachowywać się cicho ani normalnie. Stwierdził, że jeśli kiedyś Marvin wróci, to tylko dlatego, że czasy się zmieniły i sprawy znów przybrały zły obrót dla ludzkości – innymi słowy, kiedy będziemy go potrzebować.

Wówczas nie bardzo to rozumiałem. Tato próbował mi wytłumaczyć, że ten robot jest diabłem i aniołem w jednej osobie. Tamtego dnia na pierwszy plan wybiła się jego szatańska strona. Dopiero po latach naprawdę pojąłem słowa taty.

Tytuł oryginału: Star Force #10. Outcast

Copyright © 2014 by Iron Tower Press, Inc.
All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:
Drageus Publishing House Sp. z o.o.
ul. Kopernika 5/L6
00-367 Warszawa
e-mail: drageus@drageus.com
www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-82-1
ISBN MOBI: 978-83-65661-83-8

Rozdział 4

Obudziłem się w środku nocy z czystym umysłem i zalążkiem planu. Ubrałem się, wymknąłem na korytarz i najciszej jak się dało zamknąłem drzwi. Nie założyłem butów, więc bezszelestnie stąpałem korytarzem, licząc drzwi i zakręty, aż dotarłem na miejsce.

Uniosłem dłoń, żeby zapukać, ale zmieniłem zdanie i nacisnąłem klamkę. Drzwi otworzyły się gładko, a ja wślizgnąłem się do środka. Blask księżyca wlewał się przez wysokie okna i padał na śpiącą Adrienne.

Nagle się podniosła.

– Riggs? – syknęła, włączając lampkę na szafce nocnej i podciągając kołdrę pod szyję.

– Tak, to ja.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz?

– Wpadłem, żeby się spotkać. – Odstawiłem torbę i usiadłem w ozdobnym fotelu przy łóżku.

– Lepiej, żeby to nie była jakaś chora romantyczna fantazja, w której zastępuję ci Olivię.

Uniosłem ręce w obronnym geście.

– Nic z tych rzeczy, Adrienne. Chcę po prostu wiedzieć, co się dzieje, a twój ojciec trzyma mnie na dystans.

– Mogłeś przyjść porozmawiać wcześniej, a nie w środku nocy. Zanim postanowiłeś się upić. Tak, widziałam, jak się przyssałeś do tamtej butelki.

– No, teraz już wytrzeźwiałem. Jestem tu i cię potrzebuję.

– Riggs…

– Nie w tym sensie. Posłuchaj, dobra? Powiedz, co wiesz. To znaczy musiałaś coś słyszeć.

– Nie wolno mi o tym mówić. Poza tym niewiele tego jest.

– Powiedz – poprosiłem z naciskiem.

– Podsłuchałam jedną rzecz. Śledczy powiedział, że siłę ładunku wyliczono dokładnie tak, żeby zabić osobę w kajucie, ale nie zniszczyć reszty statku.

Kiwnąłem głową.

– Więc to na pewno próba zamachu.

– Tak sądzę.

Nachyliłem się i zajrzałem jej w twarz.

– Wtedy, w samochodzie, mówiłaś, że chcesz coś zrobić. To było na poważnie?

– No jasne.

– No to się ubieraj. Musisz mi pomóc wejść na jacht.

– Czemu? Myślisz, że odkryjesz coś, co inni przeoczyli?

– Nie. Chcę go ukraść i polecieć tam, gdzie chciała mnie zabrać Olivia. To moja jedyna poszlaka.

Na chwilę zaniemówiła. Wpatrywała się we mnie z otwartymi oczami.

– Nabierasz mnie?

– Mówię serio.

Po chwili zastanowienia oznajmiła:

– Jeśli chcesz mojej pomocy, lecę z tobą.

– Mowy nie ma. Wystarczy, że Olivia zginęła. Twojego życia nie będę ryzykował.

– Nie masz nic do gadania. To jacht mojego ojca i zareaguje tylko na moje dane biometryczne, a ty nawet nie wiesz, dokąd moja siostra chciała cię zabrać.

Zmrużyłem oczy.

– A ty wiesz?

– Była moją siostrą. Oczywiście, że wiem. Rozmawiałyśmy prawie codziennie.

– Więc dokąd mieliśmy lecieć?

Pokręciła głową.

– Powiem ci, jak wyruszymy. Słyszałam o tobie. W przeciwnym razie zostawisz mnie i zabierzesz statek.

– Ludzie zmyślają o mnie takie historie. Nazwisko Riggs to czasem przekleństwo. Po prostu wpuść mnie na pokład i daj mi polecieć.

Z uporem pokręciła głową i skrzyżowała ręce na piersi. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Nie zanosiło się na to, że dziewczyna ustąpi.

– Cholera, nie mam na to czasu – powiedziałem. – Dobra, wygrałaś. Pakuj się i lecimy.

Trzeba przyznać, że szybko była gotowa. Niezauważeni wymknęliśmy się z rezydencji tylnymi drzwiami. Adrienne zatrzymała się przez chwilę na patio. Odczekaliśmy, aż strażnik zniknie za rogiem, a potem pobiegliśmy po mokrym trawniku do pobliskiego zagajnika. Nikt nigdy nie zwraca uwagi na ludzi, którzy chcą opuścić chronione miejsce.

Za zagajnikiem poprowadziłem ją ścieżką w kierunku jachtu, który stał na swoich saniach obok stawu. Adrienne położyła dłoń na płytce modułu biometrycznego przy głównym włazie, a ten się otworzył.

Zaraz po wejściu wymusiłem na Adrienne, żeby nadała mi uprawnienia personelu dowódczego. Niemożność wydawania statkowi poleceń kosztowała mnie cenny czas w sytuacji kryzysowej i nie zamierzałem powtórzyć tego błędu. Sprawdziłem też, czy nowy automat medyczny jest w pełni zaopatrzony w środki lecznicze.

– Na pewno nie chcesz się znanityzować przed odlotem? – zapytałem.

Zadrżała, masując ramiona, choć wcale nie było zimno.

– Nie. Nigdy nie podobała mi się wizja maleńkich robotów w moich żyłach, choćby nie wiem jak bardzo były pożyteczne.

Nie sprzeczałem się, bo potrzebowałem jej pomocy. Musieliśmy odlecieć, zanim nas złapią. Jak najszybciej odhaczyłem kolejne pozycje z listy procedur kontrolnych. Kląłem, że tracimy czas, ale nie zamierzałem bez potrzeby ryzykować. Upewniłem się, że wszystkie uszkodzenia zostały naprawione dzięki wymianie komponentów, zastosowaniu nanitów konstrukcyjnych i przeprogramowaniu inteligentnego metalu. Na koniec wyłączyłem transponder, żeby nie mogli nas śledzić.

Wreszcie wystartowaliśmy, najciszej jak się dało. Gładko wzbiliśmy się w powietrze, a opływowy kształt jachtu ciął atmosferę niczym delfin wodę, gdy repulsory nas rozpędzały. Mogliśmy przekroczyć barierę dźwięku, ale nie chciałem wytworzyć gromu dźwiękowego. Lepiej, żeby lord Grantham jak najpóźniej odkrył, co zrobiliśmy.

– Domyślam się, że lecimy do orbitalnej stacji paliwowej? – zapytała, gdy lekko odchyliłem drążek sterowniczy.

– Tak – odpowiedziałem. – Tam musieli umieścić bombę.

– Zgadzam się, bo ojciec kazał skrupulatnie przeanalizować nagrania monitoringu na naszej posesji i śledczy niczego nie znaleźli. Mózg Charta wykrył niewielkie odchylenie masy statku po opuszczeniu stacji. Przybyło mu tylko parę kilo, za mało, żeby wywołać alarm.

– Może to dlatego bomba była mała. Większa zostałaby wykryta.

– Tak myślę.

Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Dopiero teraz zrozumiałem.

– Więc jednak wiesz to i owo na temat śledztwa?

Adrienne wzruszyła ramionami.

– No, skoro i tak zwinęliśmy ojcu jacht… Przyznam, że podsłuchiwałam, ile się tylko dało.

– Świetnie.

Uśmiechnąłem się. Jacht pędził w górę niczym rakieta z dawnych czasów, tyle że bez strumienia gazów wylotowych. Ciągle przyspieszaliśmy, a powietrze było coraz rzadsze. Dwie minuty później dotarliśmy na skraj kosmosu, a za kolejnych dwadzieścia mieliśmy znaleźć się przy stacji orbitalnej, gdzie statki napełniały baki przed wyruszeniem w czerń kosmosu.

Adrienne zapytała:

– Więc co będziemy robić na stacji? Ludzie ojca już przesłuchali załogę i skonfiskowali nagrania.

Odwróciła się od przedniej szyby i spojrzała prosto na mnie.

– Nie lecimy tam, żeby prowadzić śledztwo. Ktokolwiek podłożył bombę, już dawno zniknął, a poza tym, tak jak mówiłaś, wszystkim zajęli się zawodowcy. Nie, my potrzebujemy tylko zatankować, jak każdy przed długą podróżą. Wolę to zrobić teraz, bo potem mogliby nas zatrzymać.

Wkrótce dotarliśmy na stację. Tym razem kazałem mózgowi zachować szczególną ostrożność i raportować każde odchylenie od normy. Wszystko szło gładko, bez stuknięć i szarpnięć, które pamiętałem z poprzedniego lotu. Pstryknąłem palcami i zapytałem:

– Przesłuchali pilota, który był z nami ostatnim razem?

– Tak, jest niewinny. Pracuje dla nas od lat.

Wykrzywiłem wargi. To by było zbyt proste. Mimo wszystko, z perspektywy czasu, spojrzenie, którym mnie obrzucił, wydawało się podejrzane.

Po zatankowaniu powoli oddaliłem Charta od stacji i ruszyłem tą samą trasą, co poprzednio, choć tym razem normalnym tempem, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Obrałem kurs na pierścień Tyche, prowadzący do Alfa Centauri.

Adrienne znów obróciła w moją stronę fotel drugiego pilota.

– No dobra, geniuszu, więc jak się mamy przedostać przez ten pierścień, żeby nas nie złapali?

– Myślałem, że po prostu przelecimy przez niego z wielką prędkością. Nadam komunikat, kto jest na pokładzie, więc wstrzymają ogień, nawet jeśli nas dogonią. Statku kosmicznego nie da się zatrzymać w pokojowy sposób, a założę się, że nie zechcą użyć siły.

– Ale mogą aresztować nas, kiedy dotrzemy na miejsce.

– No tak – westchnąłem. – Nie jestem pewien, jak sobie z tym poradzę, ale coś wymyślę. A przy okazji, dokąd lecimy?

– Do układu Thora. Ale tak naprawdę nie musisz niczego wymyślać. – Uśmiechnęła się do mnie figlarnie.

Uniosłem brew.

– Nie muszę?

– Zostawiłam ojcu karteczkę. Napisałam, co zrobiliśmy i że ma tego nie zgłaszać, jeśli chce, żebym się do niego jeszcze kiedykolwiek odezwała. Więc dla wszystkich wokół jesteśmy tylko bogatymi turystami w kosmosie.

Wyszczerzyłem zęby.

– Masz jaja, dziewczyno. Całkiem jak… – Z przerażeniem ugryzłem się w język.

Adrienne kaszlnęła.

– Całkiem jak Olivia, to chciałeś powiedzieć?

– O Boże, bardzo cię przepraszam.

– W porządku. Była bystrą dziewczyną. Kochałam ją i wiem, że ty też. Czemu miałoby mi przeszkadzać, że mnie z nią porównujesz?

Próbowałem wychwycić w jej głosie nutkę goryczy, ale niczego takiego nie usłyszałem – tylko odrobinę smutku. Mimo wszystko postanowiłem, że muszę bardziej uważać na słowa.

Uzyskaliśmy pozwolenie od stacji kontrolnej i przelecieliśmy przez pierścień, nawet nie zwalniając. Zamiast tracić prędkość, przyspieszyliśmy jeszcze bardziej w układzie Alfa Centauri. W ten sam sposób dotarliśmy aż do Thora. Spędziliśmy tych kilka dni na rozmowach, które bez końca krążyły wokół każdego aspektu tego, co się stało, oraz wokół potencjalnych sprawców. Jednak za mało wiedzieliśmy, żeby dojść do sensownych wniosków.

Próbowałem wyciągnąć z niej cel wyprawy, ale zawsze z uśmiechem odmawiała. Chyba lubiła otaczać się aurą tajemniczości, choć dostawałem od tego szału. Znów poruszyłem kwestię terapii nanitami i dodałem, że gdyby Olivia się jej poddała, miałaby szanse przeżyć. Adrienne mimo wszystko odmówiła.

Wreszcie dotarliśmy do ostatniego pierścienia w łańcuchu. Przelecieliśmy przez niego i znaleźliśmy się w układzie Thora. Ten układ podwójny był domem Skorupiaków, zanim zacięte bitwy zmieniły tutejsze trzy wodne księżyce w nienadające się do zamieszkania kawałki skał.

Thor miał trzy pierścienie, co było nietypowe. Jeden prowadził do martwego słońca, kosmicznego ślepego zaułka. Drugi, przez który właśnie przelecieliśmy, wiódł do Edenu. Ostatni tkwił na wpół zatopiony w płaszczu Yale, jednego z dawnych światów Skorupiaków. Od dawna był wyłączony i martwy.

– Więc jesteśmy na miejscu? – zapytałem Adrienne, która siedziała w napięciu, ewidentnie czekając, aż coś powiem.

Delektowała się dramaturgią. Tak samo zrobiłaby na jej miejscu Olivia. Ta myśl mnie otrzeźwiła.

– Pytam poważnie. Dokąd teraz?

– Wiesz o pierścieniu na Yale, prawda? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Tak. Wyłączyły go makrosy i od tamtej pory nie udało się go uruchomić. Ojciec uważa, że po drugiej stronie wciąż mogą być maszyny i gromadzić siły, ale nikt nie chce o tym słuchać.

Adrienne uniosła rękę na znak, że zboczyłem z tematu.

– Tak, jakieś dwadzieścia lat temu przyleciała tu wielka ekspedycja. Nic nie zdziałali, więc Siły Gwiezdne zostawiły tylko stację orbitalną i parę dronów szpiegowskich, żeby miały oko na nieczynny pierścień. Ale teraz w tajemnicy próbują ponownie.

– Kto konkretnie?

– Opłacany przez flotę zespół cywilnych naukowców. Jest z nimi nawet jeden Skorupiak, bo układ kiedyś należał do nich.

– A skąd niby o tym wiesz, skoro to tajne informacje?

– Mam swoje sposoby.

Nagabywałem ją jeszcze przez chwilę, ale nie zdradziła nic więcej.

– Więc to miała być niespodzianka od Olivii – powiedziałem, wpatrzony w Yale.

Zgodnie ze słowami Adrienne wokół księżyca dryfowała jakaś jednostka. Okręt wojenny Sił Gwiezdnych.

– Tylko zaczekaj, aż dotrzemy na miejsce – powiedziała moja towarzyszka.

Tego wieczoru Chart ogłosił, że statek się odwróci i zacznie stopniowo hamować. Chwilę po wykonaniu manewru mózg odezwał się ponownie:

– Potencjalna anomalia w rufowej ładowni.

Te słowa przykuły moją uwagę. Gdy odwiedzaliśmy stację paliwową, kazałem statkowi uważać na wszelkie odchylenia od normy, choćby nie wiadomo jak małe.

Słyszałem w jego głosie wahanie. Podejrzewam, że sformułowanie „choćby nie wiadomo jak małe” można różnie interpretować. W praktyce musiała istnieć jakaś granica, poniżej której anomalie były ignorowane, bo w przeciwnym razie każda drobina kosmicznego pyłu wywoływałaby fałszywy alarm. Może po prostu zapasy w ładowni przesunęły się podczas manewru.

– Jakiego typu jest ta anomalia? – zapytałem.

– Typ nieznany. – Tyle się dowiedziałem. No dobrze, będę musiał pociągnąć Charta za język. Sztuczne mózgi nie słyną z wyobraźni.

– Jakie parametry zostały przekroczone? – spróbowałem. – Masa? Skład chemiczny? Ruch? Energia?

To zapytanie wreszcie skłoniło umysł statku do zdradzenia jakiegoś konkretu:

– Żaden z powyższych. Pojedyncze parametry nie wykraczają poza normę w dostatecznym stopniu, jednakże po uwzględnieniu ich wszystkich w obliczeniach istnieje ponad pięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa wystąpienia anomalii.

– Daj mi dźwięk i obraz we wszystkich pasmach z wnętrza ładowni rufowej.

Na kilku ekranach wyświetliły się różne ujęcia w widmie widzialnym, podczerwieni, ultrafiolecie i innych pasmach.

– Co to? – zapytała Adrienne, biorąc rysik i kreśląc nim kółko na inteligentnym ekranie.

– O cholera – powiedziałem na widok mechanicznego potwora, który nagle zniknął, gdy wszystkie kamery zgasły. Odruchowo szarpnąłem głową, słysząc w głośnikach metaliczny dźwięk, który też gwałtownie ucichł. Przypominał drapanie i przesuwanie czegoś ciężkiego. – To makros.

– Włączono alarm – rozległ się ostry głos Charta. – Wykryto nieuprawnione wejście na pokład.

– Zostań tutaj. Zamknij mostek na cztery spusty – poleciłem Adrienne.

– Daj mi broń – zaproponowała. – Będę cię osłaniać.

– Nie przeszłaś szkolenia, prawda?

– Umiem strzelać.

– Dobra – powiedziałem – ale trzymaj się z tyłu. Jeśli coś pójdzie bardzo źle, musisz zatrzasnąć właz i usiąść za sterami. Skontaktuj się z Siłami Gwiezdnymi.

– Więc chcesz tam iść sam i zgrywać bohatera?

– Jestem oficerem Sił Gwiezdnych. Załatwianie makrosów to moja praca.

Wreszcie przestała się spierać i kiwnęła głową.

– W porządku, Cody, jaki jest plan?

– Maszyna musiała się jakoś dostać na pokład, może jeszcze na stacji, i założę się, że planuje skończyć to, co zaczęła. Stare maszyny pewnie mają tu nadal swoją bazę, tak jak tato zawsze powtarzał. Budują flotę, żeby znowu zaatakować ludzkość i jej sojuszników. A może to jakiś nowy model wypuszczony przez Niebieskich. Może tamci wysyłają niewielkie maszyny w przestrzeń Ziemian, żeby szpiegowały i dokonywały zamachów w ramach zemsty za zbombardowanie ich planety. Jeśli zdobędę dowody… wtedy może śmierć Olivii nie pójdzie na marne.

Adrienne spojrzała na mnie, jakby miała odmienne zdanie, ale tylko kiwnęła głową.

– Idź.

Pobiegłem do szafki z uzbrojeniem. Już wcześniej sprawdziłem, jaką broń trzymano na pokładzie. Zero wojskowego sprzętu, ale nawet cywilne statki wolno było wyposażyć w naprawdę pokaźne uzbrojenie. Nigdy nie wiadomo, na co człowiek trafi.

Metalowa szafka zadrżała i otworzyła się po zeskanowaniu mojej dłoni. Przypiąłem do paska spory pistolet i zarzuciłem na plecy największy karabin laserowy, jaki wpadł mi w ręce. Był na tyle potężny, że w zestawie znajdowały się gogle polaryzujące. Mając na uwadze słowa Adrienne, wziąłem drugi zestaw broni dla niej i zaniosłem na mostek, żeby mogła się obronić.

A potem ruszyłem zapolować na cholerstwo, które zabiło moją dziewczynę.

– Chart! – krzyknąłem, idąc korytarzem. – Jakiego rodzaju makrosem jest intruz?

– Zapytanie niezrozumiałe. Odniesienie „makros” niejasne.

– Intruz, czyli anomalia.

Głupi cywilny mózg. Nie miał pojęcia, czym jest makros. Pewnie nawet nigdy nie widział żadnych filmów dokumentalnych. Prawo powinno nakazywać wszystkim mózgom posiadanie podstawowych informacji o naszym wrogu. Producenci cywilnych mózgów pewnie wierzyli, że wszystkie makrosy zostały zniszczone, ale ja przyznawałem rację ojcu. Mogły tam być, kryjąc się, rozbudowując i mnożąc jak zaraza, gotowe w każdej chwili ujawnić się i zaatakować.

– Anomalia jest mechanicznym konstruktem.

Za wiele się nie dowiedziałem.

– Nadal siedzi w ładowni na rufie?

– Tak.

Przebiegłem przez dwoje drzwi prowadzących do przedsionka śluzy i szybko wcisnąłem się w kombinezon. Jeszcze nie zamykałem osłony twarzy. W przypadku utraty ciśnienia zatrzaśnie się automatycznie, a ja nie chciałem się martwić o zapas powietrza. Za to makros nie miałby nic przeciwko. W zasadzie, gdyby był sprytny, mógłby zdehermetyzować każde pomieszczenie i każdą gródź na swojej drodze. Dla maszyny zabijanie nieznanityzowanych ludzi to łatwizna. Zastanawiałem się, czemu jeszcze tego nie zrobił. Pewnie czekał na odpowiedni moment, żebyśmy bez śladu rozpłynęli się w przestrzeni kosmicznej. Bylibyśmy po prostu „zaginieni w kosmosie”.

– Chart, anomalia to intruz. Melduj, kiedy intruz przemieści się do innego pomieszczenia albo korytarza.

– Rozkaz przyjęty. – Głos nie dodał nic więcej, więc założyłem, że makros nie ruszył się z ładowni. Przemierzałem rufową część statku, aż dotarłem do maszynowni. Umieszczono tu trzy wysokowydajne silniki, zostawiając tylko tyle miejsca, by dało się między nimi przecisnąć podczas serwisowania. Wszedłem między nie i znalazłem panel dostępu, który mogłem otworzyć, by przez niego strzelić.

– Chart, potwierdź: intruz nie opuścił ładowni.

– Potwierdzam.

– Jak jest uzbrojony?

– Proszę uściślić.

– Czy posiada jakąś broń palną?

– Żadnej nie wykryto.

– A ładunki wybuchowe?

– Żadnych nie wykryto.

To musiał być jakiś podstawowy model, może robotnik wyposażony tylko w szczypce albo narzędzia, których w razie potrzeby da się użyć do walki. W porządku, stwierdziłem, że dam sobie radę. Mój ojciec zjadał takie maszyny na śniadanie i radził sobie z nimi gołymi rękami – jeśli wierzyć krwawym filmom dokumentalnym, które oglądałem w dzieciństwie. A kiedy byłem starszy, tato pokazał mi część surowych, nieobrobionych nagrań rzezi, rozpaczy i śmierci, jaką siały makrosy. Dopiero wtedy poznałem prawdę.

– Jest duży?

– Ma około półtora metra średnicy. Masa: trzysta kilogramów.

Nie słyszałem o tak małych makrosach. Może to miniaturowy model, a może został uszkodzony?

– Czy intruz wygląda na sprawnego?

Chart odpowiedział:

– Intruz sprawia wrażenie uszkodzonego. Szczegółowa ocena jest niemożliwa. W bazie danych nie istnieje maszyna, z którą można by go porównać.

– Co robi?

– Najprawdopodobniej rekonstruuje się.

Cholera. Więc jakimś sposobem na pokład wślizgnął się niewielki makros. Zdołał uniknąć wykrycia przez czujniki i zaszyć się w ładowni, a teraz wykorzystywał komponenty statku, żeby się rozbudować. Nie mogłem na to pozwolić. A jednak… musiałem działać z głową. Jednej dziewczyny nie zdołałem obronić. Pomyślałem, że jeśli stracę drugą, poważnie zastanowię się nad tym, by umieścić lufę pistoletu pod podbródkiem i zbryzgać sufit własnym mózgiem, bo najwyraźniej jestem bezużyteczny jako oficer Sił Gwiezdnych.

– Chart, jesteś w stanie unieruchomić intruza?

– Tak.

– Więc to zrób, na miłość boską!

– Rozkaz przyjęty. Intruz unieruchomiony.

Odetchnąłem z ulgą. Chart pewnie użył swoich macek przeładunkowych do pochwycenia maszyny, tak samo jak robiły to oryginalne okręty nanitów. Ten makros musiał być mały i słaby.

– Istnieje ryzyko, że się uwolni?

– Tak.

Omal nie spanikowałem, ale…

– Jak wielkie?

– 0,00958 procent na przestrzeni funkcjonowania niniejszej jednostki.

No tak. Maszyny wszystko brały dosłownie. Nawet najbystrzejsze ze sztucznych mózgów potrzebowały czasu, by nauczyć się przyzwyczajeń swoich właścicieli, a ja byłem tu od niedawna.

– Chart, jeśli nie powiem inaczej, wszystkie odpowiedzi masz zaokrąglać do najbliższej liczby całkowitej.

– Nowe parametry ustawione.

– No to czy jest szansa, że intruz się uwolni?

– Nie.

Doskonale. Zaokrąglił prawdopodobieństwo do zera. Miałem na pokładzie jeńca.

– Koniecznie powiadom mnie i Adrienne, jeśli stan intruza ulegnie zmianie. Aha, i dopilnuj, żeby pozostał tak nieruchomy, jak to tylko możliwe. Nie pozwól, żeby się odbudowywał ani w żaden inny sposób korzystał z zasobów i systemów statku.

– Rozkaz przyjęty.

Z ulgą stwierdziłem, że już nie muszę otwierać panelu w podłodze maszynowni i ryzykować, strzelając wewnątrz statku. Nie miałem pojęcia, co znajduje się w ładowni, ale nie dało się wykluczyć, że były to materiały łatwopalne albo gazy pod dużym ciśnieniem. Statek teoretycznie został naprawiony, ale i tak wolałem nie strzelać, zwłaszcza poza atmosferą.

Gdy wracałem na mostek, mózg oznajmił:

– Przepisy Sił Gwiezdnych dotyczące kontroli przestrzeni kosmicznej nakazują złożyć doniesienie o jakichkolwiek sytuacjach kryzysowych w ciągu godziny.

Zastanowiłem się nad tym. Spotkanie makrosa pewnie podpadało pod jakąś pozycję na liście parametrów.

– Czy przepisy definiują sytuację kryzysową?

– To personel dowódczy decyduje, co jest sytuacją kryzysową.

Jak kiedyś stwierdził tato, z maszynami jest tak, że zawsze znajdzie się luka.

– No dobrze, więc ja decyduję, że to nie jest sytuacja kryzysowa.

– Nowa definicja przyjęta.

Dotarłszy na mostek, zapytałem Charta:

– Czy w pobliżu znajdują się jakieś inne anomalie albo intruzi? Coś, co wykracza poza normę? Coś, co nie powinno się zdarzyć podczas tej podróży?

Mózg statku wahał się przez chwilę – pewnie zaokrąglając swoje szacunki do pełnych procentów – a potem powiedział, że nie. Miło było to słyszeć. Przynajmniej nie zakradały się do nas kolejne makrosy. Na wszelki wypadek włączyłem radar i puściłem w okoliczną przestrzeń jeden impuls. Niczego nie znalazłem. Trochę ryzykowałem, bo w ten sposób mogłem zdradzić naszą pozycję, ale perspektywa natrafienia na drugą anomalię była groźniejsza.

– Wylądujmy – powiedziałem do Adrienne.

– Leć dalej w kierunku Yale – odpowiedziała.

– Więc mówisz, że tam stacjonuje okręt floty, tak?

– Tak, krążownik liniowy Nieustraszony, pod dowództwem mojego stryja, sir Williama Turnbulla.

Przeklinałem w myślach durny mózg statku, który nie domyślił się, że od kilku dni na pokładzie ukrywał się pasażer na gapę. Stwór musiał przejść w stan uśpienia, żeby uniknąć wykrycia. Zważyłem w dłoni broń.

– Idę rzucić okiem na tego makrosa. Kamery w ładowni nie działają, a ja wolę się upewnić, czy czegoś nie kombinuje.

– Dobrze. Uważaj na siebie.

Kiwnąłem głową i ruszyłem w kierunku rufy.

– Czy wewnątrz panuje normalne ciśnienie? – zapytałem mózg.

– Tak.

– Otwórz drzwi.

Portal rozsunął się, a w środku zapaliły się światła.

Ładownia była zastawiona po sufit zapasami i tylko pośrodku zostało trochę pustej przestrzeni. Widziałem czarne, segmentowe ramiona przeładunkowe, które zwieszały się z góry.

Uniosłem karabin laserowy i włożyłem gogle ochronne, a potem zacząłem powoli kroczyć przejściem między kontenerami, aż ukazały w całej okazałości ramiona, oplątujące makrosa jak dwa pytony. W ich objęciach dostrzegłem płaski metalowy kształt, coś, co wyglądało na sztuczny mózg i kilka wypustek podobnych do nanitowych macek. To dziwne, bo kończyny makrosów bywały z reguły bardziej toporne, zaprojektowane z myślą o brutalnej sile, a nie giętkości. Rzuciła mi się również w oczy kamera, a potem druga, i jeszcze coś, co wyglądało jak butla z gazem i kilka fragmentów metalowych półek przymocowanych nanitami konstrukcyjnymi, w które wyposażano każdy statek. Maszyna musiała rozbudowywać swoją strukturę, korzystając z tego, co było pod ręką, czy raczej macką. Kamery na wypustkach śledziły każdy mój ruch.

Opuściłem karabin laserowy i wyłączyłem go, żeby niczego przypadkiem nie spalić, podniosłem gogle na czoło i odezwałem się do wpatrzonej we mnie istoty.

Pomimo dziwacznego wyglądu rozpoznałem tę maszynę. Odżyło we mnie dawne wspomnienie eksplodującej stodoły i fruwających drzazg.

– Cześć, Marvin – powiedziałem.