Odyssey One 6: Przebudzenie Odyseusza - Evan Currie

Odyssey One 6: Przebudzenie Odyseusza

5,0

Powstrzymać nieuniknione. Taka jest misja Erica Westona, kapitana okrętu Konfederacji „Odyseusz”, patrolującego rubieże przestrzeni Priminae i starającego się przewidzieć kolejne ataki Imperium. Dzięki stworzonemu przez Ziemian napędowi tranzycyjnemu ludzkość może mieć szansę w walce z przeważającymi siłami wroga. 

Gdy jednak „Odyseusz” stara się powstrzymać siły Imperium przed zdobyciem tajnych danych, które w nieodpowiednich rękach mogą doprowadzić do katastrofy, systemy okrętu zaczynają zachowywać się coraz bardziej chaotycznie, a załogę nawiedzają widmowe postacie. Weston i jego załoga muszą się zmierzyć nie tylko z wrogiem, ale i z własnym okrętem, który nagle wydaje się ożywać.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM 6

PRZEBUDZENIE ODYSEUSZA

Przekład Paweł Dembowski

Drageus

Warszawa 2018

W serii ODYSSEY ONE dotychczas ukazały się:

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

ODYSSEY ONE

TOM 2

W SAMO SEDNO

ODYSSEY ONE

TOM 3

OSTATNI BASTION

ODYSSEY ONE

TOM 4

W OGNIU WOJNY

ODYSSEY ONE

TOM 5

KRÓL WOJOWNIKÓW

Prolog

Systemy Imperium

Zwierzchniczka Misrem spoglądała na kosmiczną otchłań, ignorując punkciki światła.

Jej porażka w walce z napotkanym gatunkiem-anomalią była… irytująca. Oraz kosztowna, zarówno w aspekcie pozyskania cennych metali, jak i jej pozycji w Imperium. Oczywiście jakoś przetrwała śledztwo w tej sprawie. Aby ją pogrążyć, trzeba było więcej niż jednej nieudanej misji. Zwłaszcza zważywszy na szczątkowość informacji, jakimi dysponowała przed jej rozpoczęciem.

„Nie mówiąc już o sabotażu, który nastąpił w środku bitwy”.

Służby Wywiadowcze Imperium wciąż nie ustaliły jeszcze, w jaki sposób na pokład okrętów przemycono broń atomową. Oczywiście było mnóstwo potencjalnych podejrzanych. Imperium miało wielu wrogów, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych.

SWI doprowadzało do szału to, że lista wrogów, którzy chcieliby to zrobić, którzy mieli takie możliwości i szanse na taką operację oraz dostęp do broni atomowej, była krótka.

A nawet pusta.

Gdyby nie to, że kilka z jej okrętów przetrwało starcie i mogło zostać przebadanych przez SWI, Misrem zapewne zostałaby oskarżona o sfałszowanie danych. Jednak w obliczu dowodów wywiad był wyraźnie poruszony.

Dzięki temu, że trudno było wskazać winnych zaniedbań, Misrem zachowała swoje stanowisko i była gotowa bardziej niż kiedykolwiek, by wyruszyć ponownie w kosmiczną pustkę i odzyskać pozycję.

Na szczęście wkrótce miała nadarzyć się okazja.

Od kilku tygodni przybywały okręty, najpierw uzupełniające straty, a następnie wzmacniające flotę.

Przysiężni stali się nieakceptowalnym utrapieniem dla Rady Imperialnej. Utrapieniem, które istniało zbyt długo i okazało się zbyt dokuczliwe, by je po prostu zostawić. Drasinowie zawiedli, choć Misrem uznała, że nie trzeba było geniusza, aby to przewidzieć. Spuszczenie tych bestii ze smyczy stanowiło szaleństwo, niezależnie od rzekomych zabezpieczeń. Spodziewała się, że ta lekkomyślność będzie słono kosztować Imperium.

Na razie jednak dzień zapłaty nie nadchodził, a ona miała za zadanie sprawić, żeby Przysiężni gorzko pożałowali.

Słysząc odgłos kroków, Misrem odwróciła się.

– Kapitan Aymes – powitała serdecznie idącego w jej stronę mężczyznę.

– Zwierzchniczko – odparł, kłaniając się. – „Piar Cohn” jest w pełni naprawiony. Wszystkie systemy w normie.

– Doskonale – odparła, szczerze zadowolona.

„Piar Cohn”, jego załoga i kapitan narazili się dowództwu Imperium podczas swojej pierwszej interakcji z gatunkiem-anomalią. Ale nie podpadli tym zwierzchniczce Misrem.

Okręty, które napotkał „Cohn”, wydawały się na pierwszy rzut oka podobne do konstrukcji Imperium i Przysiężnych, ale widziała je w akcji. Były inne.

Od czasu tego odkrycia i od chwili, kiedy Aymes poświęcił własny okręt, by uratować ją i resztki załogi z okrętu flagowego, zasłużył sobie na koniec niełaski – przynajmniej w jej oczach.

Imperium zapewne wymagało więcej. Jak zawsze zresztą.

– Powrót „Cohna” oznacza, że nasze doświadczone okręty są w komplecie – stwierdziła. – A nowo przydzielone jednostki więcej niż zrekompensują straty. Spodziewam się, że niedługo otrzymamy rozkaz odlotu.

– Z powrotem na terytorium Przysiężnych, zwierzchniczko?

– Owszem. Tym razem z zębami i wolą walki.

„I misją rozpoznawczą” – pomyślała. Wiedzieli, że sektor Przysiężnych będzie większym wyzwaniem, niż do tej pory przypuszczano, i teraz rozumieli już dlaczego. Musieli tylko określić, jak bardzo dużym.

Potrzebowali informacji, szczególnie o nowo napotkanej grupie. Dopiero wtedy Imperium będzie mogło wznowić ekspansję.

Okręt Sojuszu Ziemskiego „Odyseusz”
Orbita Ziemi

Eric Stanton Weston stał samotnie na pokładzie obserwacyjnym „Odyseusza”, spoglądając na wypełniające otaczającą go czerń gwiazdy. Garstka z nich poruszała się, i to właśnie im przyglądał się uważnie.

Oczywiście nie były to gwiazdy. Przyglądał się bowiem światłom roju konstrukcyjnego, nowego wytworu ziemskiego Działu Badań Technicznych. Samoreplikujące się roboty, zbudowane dzięki połączeniu technologii Ziemian, Priminae i odrobinie inspiracji Drasinami.

Ten ostatni element martwił wielu ludzi, w tym jego, ale Eric od dawna wiedział, że technologia to narzędzie. Nawet ta, która stworzyła Drasinów. Nie było sensu gniewać się na narzędzie czy się go obawiać. Emocje należało zachować dla osoby je dzierżącej. Jako że ludzie posługujący się tym narzędziem byli Ziemianami, a nie władcami jakiegoś złowrogiego Imperium, na razie starał się nie oceniać samej technologii.

Chwilowo bardziej interesowało go, co robią niż jak.

Rój był elementem tytanicznego planu odbudowy Układu Słonecznego i zaczął jako relatywnie niewielka część całości, która wkrótce urosła do niezwykłej skali. Z użyciem materiałów pozostawionych na dawnej orbicie Marsa – bilionów martwych Drasinów i dwóch bezpańskich księżyców – Rój, początkowo jedynie samoreplikujący się, zaczynał budowę pierwszej naprawdę wielkiej ziemskiej konstrukcji.

W skali Kardaszewa była to nieduża rzecz, ale i tak robiła wrażenie. Pierwsze satelity znajdowały się już na orbicie słonecznej w okolicach Merkurego. Były kolektorami mocy, pobierającymi promieniowanie słoneczne i przechowującymi je na użytek innych projektów. Na razie w większości zasilały Rój, ale procent ten malał w miarę, jak powstawały nowe satelity.

Eric widział plany na przyszłość układu i mimo pewnych obaw co do źródeł technologii znalazł się pod wrażeniem rozmachu wizji jej projektantów.

Były to jednak plany na później. Teraz miał wciąż robotę do wykonania.

Weston rzucił ostatnie spojrzenie na mknące przez kosmiczną czerń światła. Pomyślał o wszystkich, którzy zginęli na Marsie, i odmówił cichą modlitwę, po czym opuścił pokład obserwacyjny.

Ranquil, planeta Priminae

Admirał Rael Tanner spoglądał na nocne niebo nad planetą Ranquil. Migające gwiazdy, widziane przez gęstą atmosferę, kiedyś pomagały mu w spokojnym namyśle, w czasach kiedy jego stanowisko było w zasadzie ceremonialne i nieszczególnie istotne.

Dostał awans głównie dlatego, że nikt ważniejszy nie chciał tej pracy, a wielu uważało ją za bezsensowną i niewdzięczną, zamykającą ścieżki awansu we flocie handlowej. W dniu, w którym został admirałem, miał mieszane uczucia. Czuł dumę i szczerą satysfakcję, bo nigdy nie gardził tymi, którzy chcieli bronić jego ludzi, ale odczuwał również pewną melancholię. Każdy, kto wstąpił do floty, chciał mieć własny statek i wolność, aby dowodzić nim wedle uznania, a Tanner nie był wyjątkiem od tej reguły.

Na tym stanowisku nie miał dostać ani tego, ani tego.

W tych wczesnych dniach gwiazdy wydawały się mu czymś cudownym i radosnym. Uczucia te zastąpił strach przyniesiony przez Drasinów, który nie opuszczał go nawet teraz, choć ulegli zniszczeniu. Czysta radość była może dobra dla dzieci, ale Tanner i tak za nią tęsknił i miał nadzieję, że kiedyś powróci.

„To raczej się nie spełni” – pomyślał.

Od czasu pierwszego ataku Drasinów na kolonie Priminae wszechświat ogarnął mrok. Światła odległych gwiazd nie zwiastowały już nieznanych cudów, lecz ponure niebezpieczeństwa. Jego lud nie był nigdy bardzo zainteresowany eksploracją, ale w każdym społeczeństwie znajdowali się tacy, których ciągnęło na pogranicze. W młodości należał do nich właśnie Tanner, z czasem wyrósł jednak z młodzieńczych marzeń.

Cenił bezpieczną i spokojną kulturę Ranquil w stopniu, którego by niegdyś nie zrozumiał. Zdawał sobie jednak sprawę, że wielu, nawet wśród Priminae, pragnęło czegoś innego.

Dawniej uznano by ich za utrapienie społeczeństwa. Nigdy nie satysfakcjonowało ich to, jak mają się sprawy, zawsze chcieli czegoś nowego. Dla tych, których zadowalało tradycyjne życie w koloniach, ten sposób myślenia był niezrozumiały, a nawet wstrętny.

Teraz ci sami ludzie, którzy byliby kiedyś uważani za nieco niewygodnych, stanowili trzon nowej floty.

Dla Tannera, który od dawna balansował na granicy obu obozów, zmiana wiatru oznaczała zbliżenie z młodymi. Priminae długo cieszyli się pokojem, ale stan ten miał się ku końcowi.

Nadszedł czas, aby spojrzeć w niepewne jutro z obawą, ale także z nadzieją. Tanner był pewien, że nadchodzi wojna. Raporty od jego przyjaciela, kapitana – teraz komodora – Westona jasno na to wskazywały.

Czy podobało się to konserwatystom, czy nie, czasy się zmieniały.

Tytuł oryginału: Odysseus Awakening

Text copyright © 2017 by Cleigh Currie

All rights reserved.

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL, SP. Z O.O.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-58-6

ISBN MOBI: 978-83-65661-59-3

Rozdział 1

Stacja Unity One

– Wejść.

Komodor Weston spokojnie wszedł do gabinetu, próbując nie dać po sobie poznać, że przeszedł go dreszcz. Znalazł się w innym biurze, w innym miejscu, ale wiedział, że nie będzie to miało znaczenia. Każda rozmowa tego rodzaju kończyła się dla niego i jego załogi walką na śmierć i życie.

– Pani admirał. – Uprzejmie skinął głową, gdy Amanda Gracen wskazała mu miejsce.

– Dzień dobry, komodorze – odparła Gracen, spoglądając na gwiazdy widoczne za jej biurkiem, po czym również siadając. – Czy pańska załoga wróciła już na pokład?

– W większości. Kilkorga brakuje, ale mają jeszcze parę godzin wolnego. Na okręcie wielkości „Odyseusza” zawsze ktoś się nieco spóźni, jak zapewne pani wie.

Gracen przechyliła głowę w bok z lekkim uśmiechem. Nigdy nie dowodziła okrętem kosmicznym, nie licząc krótkiej chwili na „Odyseuszu”, ale służyła w kanadyjskiej marynarce, a potem we flocie Konfederacji. Okręt z załogą tak liczną, jak ta na „Odyseuszu” w czasie wojny opuszczał czasem port bez jednego czy dwóch marynarzy.

Zdarzało to oczywiście rzadziej w czasie pokoju, częściowo dlatego, że grafik bywał nieco mniej napięty, a ludzie nie dezerterowali. Zwykle okazywało się, że ktoś zbytnio zabalował i albo upił się do nieprzytomności, albo został aresztowany.

Ręce do pracy zawsze były jednak w cenie, więc nie stosowano dotkliwych kar, chyba że chodziło o oficera.

– Tym razem nie musi pan odlatywać z niepełną załogą – stwierdziła po chwili admirał. – „Odyseusz” i reszta grupy dostaną misję patrolową, ale dokładny termin wylotu zależy od pana. Mamy jednak listę sektorów do zbadania.

Wyciągnęła ze sterty na biurku wyświetlacz elastyczny i podała go Westonowi.

– Znowu „Prometeusz”? – spytał, przyglądając się ekranowi.

– Częściowo – przyznała. – Włóczęgi Passera pracują w zawrotnym tempie, przyglądając się każdej gwieździe typu WTF, o której wiemy. Większość z nich nie budzi zastrzeżeń, ale mamy na tyle śladów zaawansowanej technicznie cywilizacji, czy też wielu cywilizacji, że myślimy o powołaniu specjalnego wydziału archeologicznego.

– Zapewne się przyda. – Weston przeleciał wzrokiem listę.

– Bez wątpienia. Problem w tym, że nie mamy dość okrętów, by to zrobić – powiedziała admirał Gracen i lekko się skrzywiła. – Co wydaje się niektórym nie przeszkadzać.

Weston na chwilę zamarł.

– Jak?

Aby zrobić to, co sugerowała admirał, ktoś musiałby mieć statek z napędem nadświetlnym, co nie wydawało się możliwe. Nie było szans, aby Konfederacja odtajniła szczegóły napędu tranzycyjnego, więc tylko… Teraz to on się skrzywił.

– Blok? – spytał, z góry znając odpowiedź.

– Sprzedają technologię, aby sfinansować rozwój floty – potwierdziła.

– Jezu. Mam nadzieję, że chociaż z jakimiś zabezpieczeniami.

Napęd nadświetlny Bloku oparty został na obliczeniach matematycznych dla napędu Alcubierre’a. Był dość funkcjonalny, zdecydowanie bardziej komfortowy niż napęd tranzycyjny, zwany też skokowym, choć również zdecydowanie wolniejszy. Problem w tym, że wymagał stworzenia studni grawitacyjnej, w którą nieustannie „wpadał” statek. Studnia przyciągała oprócz statku masę innych rzeczy, w tym promieniowanie. Więc w wypadku, gdyby zawiodły zabezpieczenia, cząstki o wysokiej energii mogłyby zostać uwolnione w momencie deceleracji. Wybuch promieni gamma, Hawkinga i Czerenkowa wystarczyłby, aby uczynić pobliską planetę, w której stronę skierowany byłby statek, niezdatną do życia.

Podczas inwazji Drasinów dowódca floty Bloku, Sun Ang Wen z krążownika „Weifang”, użył tej wady konstrukcyjnej jako broni masowego rażenia. Działania chińskiego kapitana prawdopodobnie uratowały Ziemię, dziesiątkując flotę najeźdźców, zanim zbliżyła się do planety. Jednak myśl o tym, że ta technologia miałaby znaleźć się w rękach cywili, na których nie można było polegać, jeśli chodziło o prawidłową konserwację sprzętu, przerażała Erica.

– Jeśli mogę coś zasugerować… – powiedział po chwili.

– Proszę. – Gracen machnęła ręką. – Zaakceptuję cokolwiek, co choć trochę przypudruje to gówno.

Roześmiał się lekko, po czym kontynuował.

– Niech Priminae pomogą z projektami silników. Być może jakoś je zabezpieczyli. Od setek lat używają podobnych.

– Tak, zaproponuję to.

Gdy już to usłyszała, Gracen była zaskoczona, że nikt inny tego nie zasugerował. Cóż, zapewne do niewielu tak naprawdę docierała myśl, że świat wchodzi w erę podróży nadświetlnych dla ludności. A pozostali mieli głowy zbyt wysoko w gwiazdach, by myśleć o konsekwencjach.

– Jeśli to się uda, może będziemy mogli zostawić egzoarcheologię zwyczajnym naukowcom, podczas gdy my skupimy się na obronie – dodała.

– Byłoby idealnie – odparł Weston, chichocząc. – Choć muszę przyznać, że myśl o dowodzeniu okrętem Konfederacji była czymś, co sprawiło, że złożyłem podanie na stanowisko kapitana „Odysei”.

– Zapewne nie tylko pan, komodorze – zapewniła go z lekkim uśmiechem Gracen.

– Powinniśmy eksplorować i odkrywać kosmos – odparł z powagą – zamiast planować kolejną wojnę, która skończy się śmiercią setek tysięcy, i to jeśli nam się poszczęści.

Gracen wzruszyła ramionami. Nie tyle nie zgadzała się z komodorem, co dużo wcześniej niż on zrezygnowała z marzeń o utopii. Trzy wojny, inwazja obcych i niezliczone ofiary wypaliły z jej mózgu te mrzonki. Jeśli taka przyszłość kiedyś nadejdzie, to chętnie przejdzie na emeryturę z satysfakcją, że zrobiła co trzeba.

A do tego czasu miała sporo rzeczy do zniszczenia i wielu ludzi do zabicia.

– Być może kiedyś – powiedziała.

– Ale nie dziś – odparł stanowczym głosem Weston. – Jakie mamy rozkazy, jeśli chodzi o kontakt z Imperium?

– Gdyby chcieli rozmawiać, podjąć negocjacje – poleciła. – Nie żebyśmy spodziewali się, że ich przekonamy, żeby dali nam spokój. Sprawy zaszły za daleko. Ale wszelkie informacje będą drogocenne. Jeżeli rozmowa nic nie da, nauczcie ich, że powinni byli jednak ją rozważyć.

– Tak, ma’am. – Weston wstał i zasalutował. – Za pozwoleniem?

– Proszę iść – odparła Gracen, odwracając fotel tyłem.

Spojrzała na kosmiczną otchłań poza biurem, przypatrując się ruchomym gwiazdom, które musiały być częściami Roju, pracującymi niestrudzenie nad jej osobistym projektem. Miała nadzieję, że nie będzie potrzebny, ale już dawno uznała, że nie urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą.

– Powodzenia, komodorze – szepnęła. – Wszyscy będziemy go potrzebować.

Wszystko wskazywało na to, że nadchodzi piekło.

Większość ludzi myślała, że przeszli je podczas inwazji Drasinów, ale Gracen obawiała się, że to był tylko pierwszy akt. Przez lata służby uznała, że nie należy bać się broni, lecz rąk, które ją dzierżą.

***

Komandor Stephen Michaels, dla przyjaciół Steph albo Stephanos, kroczył przez pokład startowy stacji Unity, koncentrując się na myśliwcach nowej generacji klasy Vorpal.

Inaczej niż jego dawne Archanioły, vorpale zaprojektowano przede wszystkim z myślą o walce w kosmosie, a nie w atmosferze. Jako że ich twórcy nie przejmowali się aerodynamiką, wyglądały nieco niezgrabnie, ale Steph widział je w przestrzeni i był pod wrażeniem ich możliwości.

Nie był to może Archanioł, ale i tak imponował.

– Komandorze?

Steph spojrzał i uśmiechnął się, rozpoznawszy kobietę.

– Pani bosman!

– Miło pana znów widzieć – uśmiechnęła się starsza bosman Corrin.

– Nie widziałem pani od… cholera, chyba od Kuźni.

– Przez kilka miesięcy służyłam na „Bellu”. Ale to nie było dla mnie, więc kiedy zwolniło się miejsce na „Wielkim E”, skorzystałam z okazji.

Steph był tylko nieco zaskoczony. Większość ludzi służących w obecnej Czarnej Flocie uznałaby przeniesienie z okrętu klasy Heros na jedyny lotniskowiec we flocie za rodzaj degradacji, ale sam to niekiedy rozważał. Pilotowanie „Odyseusza” było czasami ekscytujące, ale zwykle raczej żmudne. W głębi serca pozostał wciąż pilotem myśliwca, więc czuł zew vorpali, które znaleźć można było tylko na „Wielkim E”.

– Mają szczęście, że pani tu trafiła – stwierdził szczerze Steph.

Corrin westchnęła.

– Zapewne nie na długo. Mówi się, że „E” już jest przestarzały. Nie mieliśmy misji poza układem od czasu inwazji.

Steph zamyślił się. Nie było to zaskakujące, jako że „Enterprise” był drugim – i ostatnim – okrętem klasy Odyseja. Pracowano nad trzema kolejnymi i planowano jeszcze więcej, ale zostały one pożarte przez Drasinów podczas inwazji. Teraz nie miało sensu budować więcej okrętów klasy, dla której nie było miejsca w nowej flocie.

– Proszę zaczekać – powiedział komandor. – Prędzej czy później przypomną sobie, jak bardzo potrzebują ludzi takich jak my. Zawsze tak jest.

Zaśmiał się lekko i spojrzał na najbliższego vorpala.

– Wie pani, muszę coś wyznać. Sam myślałem o przeniesieniu, żeby tylko polatać sobie na tych cackach.

Uśmiechnęła się.

– Rozumiem to. To naprawdę niezłe maszyny.

– Widziałem parametry. Są w porządku – odparł z rozbawieniem. – Ale jestem pilotem Archanioła, wszystko inne przypomina stanie w miejscu.

– To brzmi jak wyzwanie, komandorze.

Steph i Corrin obrócili się, zaskoczeni nowym głosem.

Mówiła wysoka kobieta o półdługich czarnych włosach, opadających luźno na ramiona. Miała wyraziste rysy twarzy i muskularną budowę ciała, co wcale nie odwracało uwagi od chłodnego spojrzenia, jakim obdarzyła Stepha.

– Komandor porucznik Black – skinęła głową Corrin. – To komandor Michaels. Komandorze, to Alexandra Black, dowódczyni eskadry Excalibur.

– Komandorze poruczniku. – Steph skinął głową, przyglądając się przez chwilę kobiecie, zanim zdecydował, że jej gniew nie jest zupełnie serio.

Czasami trudno było takie rzeczy ocenić. Droczenie się z innymi rodzajami sił zbrojnych stanowiło jeden z podstawowych sposobów spędzania czasu w każdej grupie żołnierzy – im bardziej elitarnej, tym lepiej – ale niektórzy brali to zbyt poważnie. Prowokowanie ich było miłą rozrywką, lecz Steph chwilowo nie miał nastroju.

Jednak trochę szczerych drwin nie zaszkodzi.

– Latasz na tych zabawkach? – spytał z krzywym uśmiechem.

– Uważaj no, mądralo. Z tego, co ostatnio słyszałam, ty udajesz, że latasz na tej swojej barce.

Steph kpiąco się skrzywił.

– Ojej, to naprawdę by bolało, gdybym nie miał okazji zaprosić „Odyseusza” do prawdziwego tańca. A ty ile masz godzin w walce na karku?

– Sporo podczas inwazji i odbijania Ziemi – odparła Alexandra nieco defensywnie.

Jako że „Enterprise” tkwił w Układzie Słonecznym od czasu jego wyzwolenia, Steph wiedział, że jej eskadra nie spędziła w boju tyle czasu, ile by chcieli jej piloci. Teraz, gdy zaczynała się prawdziwa gwiezdna wojna, zapewne wszyscy z niecierpliwością czekali na walkę z kosmitami.

To coś, czego w pilotach, żołnierzach sił specjalnych i innych wysoko wyspecjalizowanych jednostkach często nie rozumieli cywile, a nawet inni wojskowi. W przeciwieństwie do większości ona i jej ludzie spędzili znaczną część życia, przygotowując się właśnie na tę chwilę. Każda tego typu jednostka chciała być w ogniu bitwy. Gdy powiedziano im, że na razie są uziemieni i nie mogą robić tego, o czym marzyli, zapewne byli wściekli.

Steph tylko kiwał głową, udając współczucie.

– Nie ma nic złego w rozwaleniu paru Drasinów. Na moim Archaniele nadal są wymalowane ich głowy.

– Zapewne pod całym tym kurzem? – odpowiedziała zręcznie. Z przyjemnością zauważyła, że jego twarz nieco się zachmurzyła. Tym razem trafiła w czuły punkt.

– Jak dzieci. – Bosman Corrin stanęła między nimi, przewracając oczami. – Żadnych bójek na moim pokładzie.

Oficerowie spojrzeli na starszą bosman z ukosa, ale Corrin się nie przejmowała. Przez większość kariery musiała radzić sobie z pilotami, z których każdy był od niej wyższy stopniem, ale i tak żaden nie chciał podpaść kobiecie, która zajmowała się naprawami ich sprzętu.

Oczywiście nie zrobiłaby nic, co zmniejszyłoby skuteczność bojową eskadry, to nie wchodziło w grę, ale Steph dobrze wiedział, że mogła uprzykrzyć życie pilotom innymi sposobami.

Głośno się roześmiał.

– Proszę nigdy się nie zmieniać, bosmanie. Ale warto pamiętać, że mojego myśliwca pani już nie naprawia.

– Naprawdę myśli pan, że nie mam odpowiednich kontaktów i na pańskiej bestii?

Steph na chwilę zamilkł, po czym westchnął i uniósł dłonie w geście kapitulacji.

– No dobra, wolę tego nie sprawdzać.

Corrin skinęła głową, zachowując profesjonalizm, ale nadal emanując bezczelnym samozadowoleniem, godnym reprymendy, gdyby oficer był w stanie dobrze ją uzasadnić. Steph czasami zastanawiał się, czy istniał jakiś kurs dla starszych podoficerów, który tego uczył, ale uznał, że musiałaby go zabić, gdyby mu o tym powiedziała, więc nie pytał.

– Jak rozumiem, pani bosman niewiele się zmieniła od czasu „Odysei”? – spytała Alexandra oschle.

– No nie wiem. Chyba nieco złagodniała.

Gdyby spojrzenia mogły zabijać, to, które posłała mu Corrin, postawiłoby ją przed plutonem egzekucyjnym. Jeśli podoficerowie brali lekcje dotyczące tego, jak być bezczelnym wobec oficerów i uniknąć konsekwencji, to oficerowie kończyli kurs, jak wkurzać podoficerów mówieniem rzeczy, które każdy inny wziąłby za komplement.

– Jeśli skończyliście już, drogie dzieci – powiedziała w końcu bosman – mam tu pracę do wykonania.

Alexandra bez słowa uniosła dłonie, podczas gdy Steph się ukłonił. Corrin przewróciła oczami i odeszła, dalej mamrocząc coś o „dzieciach”.

Steph odczekał, aż znajdzie się poza zasięgiem słuchu, po czym spojrzał na Alexandrę i powiedział:

– Macie szczęście, że jest tutaj.

Komandor porucznik parsknęła.

– Wiemy. Ale jej tego nie powiemy.

Steph zachichotał, doskonale wiedząc, o co chodzi.

– Oczywiście, że nie.

Pilotka szczerze się uśmiechnęła.

– No więc co cię tu sprowadza, bohaterze?

Steph rzucił okiem na lśniące kadłuby vorpali, po czym odpowiedział:

– Przyglądam się tylko najnowszym zabawkom. Brzydkie bestie. Oczywiście w najlepszym militarnym sensie tego określenia.

Alexandra rozumiała, co komandor ma na myśli. Czasami sprzęt wojskowy był na tyle brzydki, że nabierał przez to pewnego praktycznego uroku. To był właśnie jeden z tych przypadków.

Nie musząc się przejmować przystosowaniem do atmosfery, vorpale miały długie dźwigary z zamontowaną bronią, zbiornikami z paliwem i modułowe skanery, wysunięte z głównego kadłuba dla maksymalnej wydajności.

Tylko wojskowi mogli kochać coś takiego.

– Słyszałam, że „Odyseusz” odlatuje – odezwała się nagle Alexandra. – To prawda?

– Tak, ale dopiero za parę godzin ludzie mają być na pokładzie. Minie pewnie ze dwanaście, zanim wszyscy rzeczywiście się na nim znajdą, wiesz, jak to jest.

Alexandra skinęła głową, zamyśliła się i uśmiechnęła.

– Skoro już tu jesteś, może masz ochotę polatać?

Steph spojrzał jej prosto w oczy.

– Myślisz, że dałoby się załatwić?

– Proszę cię – parsknęła i pomachała do kogoś po drugiej stronie pokładu startowego.

Steph zobaczył, jak Alexandra podchodzi do oficera starszego o przynajmniej dwa stopnie.

– CAG – powiedziała, gdy Michaels poszedł za nią. – Przedstawiam panu, komandorze, to nasz CAG.

– Miło mi – powiedział Steph, podając mężczyźnie rękę.

CAG było nazwą pochodzącą jeszcze z czasów morskich lotniskowców, na których dowódcę pilotów zwano Commander Air Group. We flocie kosmicznej, z braku powietrza, oficjalna nazwa brzmiała Commander Space Group, ale stary tytuł został.

– Nawzajem, komandorze Michaels – odparł CAG. – Pańska reputacja zdecydowanie pana wyprzedza.

– Głównie dzięki lataniu za Raze’em tam, gdzie anioły nie zaglądają. – Steph machnął ręką. – Przeżyłem tylko dzięki odrobinie szczęścia.

– Tak zwykle bywa. – CAG spojrzał na Alexandrę. – Co jest, Black?

– Mamy gotową maszynę treningową? Myślałam, że może pokażę naszemu gościowi, jak się lata na porządnych myśliwcach.

CAG patrzył jej w twarz przez kilka długich sekund, aż w końcu wskazał drugi koniec pokładu.

– Trójka jest zatankowana. Miała być zajęta, ale cywile spóźnili się na prom. Możesz ją wziąć.

– Dzięki.

Steph podziękował skinieniem głowy, po czym poszedł za porucznik. Zdecydowanie nie chciał przegapić takiej okazji, jak lot w myśliwcu. Promy i okręty to nie było to samo.

Hangar promów

Eric spotkał się w hangarze ze swoją pierwszą oficer, komandor Miriam Heath, aby odlecieć stamtąd z powrotem na „Odyseusza”. Postawna blondynka była tam kilka minut wcześniej i robiła przegląd wahadłowca przed odlotem, gdy wszedł po rampie.

– Sir, wszystko gotowe, możemy odlatywać – powiedziała Heath. Specjalista od załadunku wcisnął przełącznik, który schował rampę do środka wahadłowca i zamknął właz.

– Dziękuję, pani komandor – powiedział Eric, idąc wzdłuż rzędów mężczyzn i kobiet, przygotowujących się na krótki lot przez czerń kosmosu. – Proszę zapiąć pasy i lecimy.

– Sir – odparła Heath, zajmując jeden z foteli.

Eric zajrzał jeszcze do kokpitu.

– Gotowi do startu, sir? – spytał porucznik marines przy sterach.

– Owszem, Hadrian. Nikogo przy lidarze?

– Nie, sir – odparł porucznik Hadrian. – Sporo ludzi wciąż nie wróciło z przepustki.

– Mogę? – Eric wskazał fotel obok niego.

– Proszę bardzo, sir – odparł Hadrian tak swobodnie, jak tylko potrafił.

Nie odmówiłby żadnemu oficerowi o stopniu komandora lub wyżej, ale z większością z nich Hadrian postępowałby bardziej formalnie. W przypadku Erica Westona zakrawało to jednak na świętokradztwo. Był marine przed wojną z Blokiem i jednym z wyzwolicieli Iwo Jimy. Dla marines wszyscy, którzy brali udział w tej bitwie, byli legendami, nawet wymoczki z marynarki. Cholera, nawet Japońskie Siły Samoobrony walczące w drugim oblężeniu Iwo Jimy zasługiwały na pewien szacunek.

Hadrian sprawdził wszystkie przyrządy, podczas gdy komodor usiadł po jego prawej stronie i zapiął pasy. Porucznik próbował mu się nie przyglądać ze zbyt wielką uwagą.

Niestety, nie udało mu się to, bo Eric westchnął.

– Jeśli panu przeszkadzam, poruczniku, mogę usiąść z tyłu.

– Nie, sir! – Hadrian pokręcił głową. – Przepraszam, sir. Po prostu… mój tata służył na Iwo.

Eric przyjrzał się przez chwilę młodemu oficerowi, po czym zapytał:

– Hadrian? Marshal Hadrian?

– Tak, sir. – Porucznik był w szoku, że komodor pamięta nazwisko jego ojca, który nie był oficerem i nie przeżył bitwy.

– Starszy sierżant Hadrian był naprawdę dobrym marine, z tego, co słyszałem od jednego ze swoich przyjaciół – powiedział Eric. – Dobrze widzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, poruczniku.

– Zawsze o tym marzyłem, sir – przyznał Hadrian, kończąc przegląd przyrządów i uruchamiając systemy wahadłowca. – Kumple taty nie mówili dużo o reszcie wojny, ale wszyscy mówili o Iwo, sir.

– Pewnie w większości kłamstwa – roześmiał się Eric. – Nie miałem z tym wiele wspólnego. Przybyłem ostatniego dnia. To tacy ludzie jak sierżant Hadrian byli legendami. Pański ojciec ze swoją jednostką i tym, co zostało z JSS, bronili wyspy przez trzy tygodnie, zanim się do nich przebiliśmy. Uważam, że był to punkt zwrotny wojny.

– Większość ludzi uważa, że Tokio – stwierdził Hadrian. Wahadłowiec zaczął wibrować po uruchomieniu silników.

– Tokio było bardziej cenną strategicznie bitwą – przyznał Eric. – Iwo Jima to bezwartościowy kawałek skały na zadupiu. Żadnej wartości strategicznej, inaczej niż w dwudziestym wieku. Nie było żadnego powodu, żeby toczyć tam taką bitwę, ale trzeba było postawić gdzieś granicę.

– Święta ziemia – powiedział cicho Hadrian.

Eric skinął głową, przypomniawszy sobie, jak to wtedy wyglądało. Ofensywa Bloku wzięła ich z zaskoczenia, dziesiątkując Piątą Flotę oraz wykurzając japońskie i amerykańskie siły z japońskich wód. JSS zostały zmiażdżone w początkowych starciach, a potrzeba wycofania się na Hokkaido zniszczyła ich morale.

Nie żeby ktokolwiek miał je wtedy wysokie.

Ludzie byli zmęczeni wojną po dekadach walk z tą czy inną organizacją terrorystyczną. Nikt nie chciał kolejnej misji policyjnej, nie mówiąc już o prawdziwej wojnie. Łomot, jaki modliszki Bloku spuściły starym F-35, których nadal używali marines, był dla wszystkich zaskoczeniem. Mając przewagę w powietrzu, siły Bloku rozjechały resztki oporu. Marynarka, marines i JSS musiały wycofywać się przed nimi jak wielka fala.

Na Iwo Jimie dowódca marines uznał, że ma dość. Major Gib zapisał w swoim dzienniku, że jeśli nic nie zrobią, będą musieli wycofywać się aż do Pearl Harbor, a nawet na Zachodnie Wybrzeże.

Wyspa była tak samo dobrym miejscem na ostatni bastion, jak każde inne.

Okopali się więc i w ciągu dwóch dni zmienili Iwo Jimę w fortecę.

Nie miało to krztyny sensu. Blok mógł, a nawet powinien po prostu rozwalić im okręty i ich ominąć, ale Gib odezwał się przez radio i powiedział dowódcy Bloku, że Iwo to święta ziemia i jeśli chce ją dostać, to po jego trupie. Godzinami prowokował admirała, a nawet całe dnie według niektórych opowieści.

A dowódca sił Bloku łyknął przynętę.

Największa bitwa wojny rozegrała się na wysepce, która nie obchodziła nikogo poza garstką marines.

Przez trzy tygodnie obrońcy odpierali falę za falą sił wroga, walczyli pod niebem o barwie ołowiu. I przez trzy tygodnie ci sami obrońcy zatrzymywali ofensywę Bloku.

Iwo Jima była podwójnie błogosławiona lub, jak niektórzy mówili, podwójnie przeklęta. Tamtejszy piach dwukrotnie spijał krew marines i Japończyków. Raz gdy zabijali się nawzajem i drugi, gdy walczyli ramię w ramię.

Po wojnie o wyspie praktycznie zapomniano, ale Gib miał rację co do jednego.

Była świętym miejscem.

– Tak – powiedział Eric, gdy prom ustawił się w pozycji startowej. – Tak było. Uświęcona krwią.

Hadrian skinął głową, postawiwszy silniki w stan gotowości. Czekali na sygnał.

– Byłem tam raz. Nic oficjalnego, ale klasy kończące akademię przekupywały pilotów, żeby nas tam wieźli.

– Tak, wiem – uśmiechnął się Eric. – Czy piloci wciąż udają, że nie mają ochoty lecieć na bezwartościową skałę dla garstki żółtodziobów z marines?

– Udają? – Hadrian spojrzał na niego zdumiony, niemal przegapiając pozwolenie na odlot. – To było na pokaz?

Eric roześmiał się lekko.

– Mnóstwo chłopaków z marynarki również tam zginęło, poruczniku. Wyciąganie pieniędzy od marines to dla nich dobra zabawa. Flota przydziela na to paliwo, są fundusze na specjalnym koncie.

– Nie wiedziałem – przyznał Hadrian, odpalając silniki. Z tyłu wahadłowca wybuchły białe płomienie plazmy.

– Nie macie wiedzieć – powiedział Eric, gdy ciąg wbił go w fotel. – Lepiej jest, gdy myślicie, że coś ryzykujecie, żeby oddać honory poległym. Dlatego marines zawsze pilnują, żeby ktoś to spontanicznie „zasugerował”. Zwykle ktoś z gościnnym wykładem, kto od niechcenia wspomni o własnej nieoficjalnej wycieczce.

– Sukin… – Hadrian ledwie powstrzymał się przed dokończeniem. Opuścili stację i znaleźli się pośród czerni. – On był podstawiony?

Eric otwarcie się roześmiał, starając wygodnie oprzeć się o fotel.

– W korpusie jest mnóstwo sprytnych oficerów i jeszcze sprytniejszych podoficerów. Proszę o tym nie zapominać, tylko starać się im dorównać.

Porucznik pokręcił głową. Był zmieszany. Z tej odległości widzieli już „Odyseusza” unoszącego się ponad habitatem stacji. Wielki okręt lśnił biało odbitym światłem Słońca.

Hadrian uruchomił główny napęd i wahadłowiec popędził w stronę „Odyseusza”.

– Ledwie jestem w stanie w to uwierzyć – przyznał po chwili. – Jest pan pewien?

Eric uśmiechnął się.

– Zrób coś, co przykuje uwagę generałów. Dowiesz się wtedy sam, gdy cię zaproszą, żebyś zmotywował nowych. A tymczasem… uważaj, jak lecisz, synu!

– Co? – Hadrian spojrzał przed siebie i jęknął, ciągnąc drążek sterowniczy gwałtownie w lewo. Coś przeleciało tuż obok nich.

– Co to było, do cholery?

– To – powiedział Eric, obracając się, by mieć obiekt na oku – był pokaz jednego z nowych myśliwców Czarnej Floty. Pilot uznał zapewne, że zabawi się kosztem wahadłowca marines.

Roześmiał się.

– Co mogę powiedzieć? Miał rację.

Porucznik nie spojrzał spod byka na swojego dowódcę, ale niewiele brakowało, by to zrobił.

***

– Przez ciebie ten marine będzie musiał zmienić gacie. Zadowolony? – spytała oschle Alexandra z tyłu maszyny szkoleniowej, cofając ręce, które prawie przejęły stery od mężczyzny na przednim siedzeniu.

Steph tylko zaśmiał się kpiąco.

– Wiesz co? – powiedział po chwili. – Muszę przyznać, że na tych vorpalach nieźle się lata. Są szybsze i zwrotniejsze nawet od mojego Archanioła.

– To najlepsze myśliwce, jakie stworzono – odparła Alexandra z dumą.

– Nie bądź taka zarozumiała. Powiedziałem, że są szybsze i zwrotniejsze, ale nadal mniej precyzyjne. W walce jeden na jeden wciąż wolałbym Archanioła. IN robi sporą różnicę.

Alexandra cieszyła się, że Steph nie widzi teraz jej skrzywionej twarzy. To właśnie interfejs neuronowy był technologią, która sprawiała, że Archanioły były tak śmiercionośne, a nie ich broń czy silniki. Z tego, co wiedziała, podczas wojny z Blokiem modliszki wroga były lepiej uzbrojone i szybsze.

Interfejs zmieniał jednak samolot dosłownie w przedłużenie pilota. Pozwalał na unikanie nadlatujących rakiet o centymetry. Można było wlecieć prosto w paszczę wroga i tańczyć między pociskami.

Niestety, liczba osób zarówno chętnych, jak i zdolnych do skutecznego połączenia się z interfejsem neuronowym była zawsze niewielka. Wielu miało problem z wbijaniem igieł w kark i nie potrafiło uspokoić się na tyle, żeby komputer porządnie odczytywał ich intencje.

Przez lata komputery stały się coraz lepsze, a system mniej intruzyjny, ale interfejs neuronowy pozostał dość kosztownym programem o relatywnie niewielkich możliwościach wykorzystania. Teraz, gdy większość pilotów Archaniołów sterowała okrętami, program był praktycznie martwy.

– No cóż – powiedziała po chwili. – Vorpale wciąż istnieją.

Była jednocześnie zadowolona i zła na siebie, gdy komandor nie odpowiedział.