Anna Karenina - Lew Tołstoj

Anna Karenina

0,0

Anna Karenina (1873-77) jest najważniejszą powieścią psychologiczną w dorobku pisarza. Już z pierwszego zdania dowiadujemy się, że autor będzie w niej poruszał problem rodziny oraz prawa jednostki do szczęścia osobistego. Małżeństwo Kareninów zostaje zniszczone przez wielką, ale występną miłość, kiedy Anna, porwana uczuciem do oficera huzarów, Wrońskiego, decyduje się opuścić dom. Od tej chwili popada w konflikt z otoczeniem, musi wybierać pomiędzy miłością do mężczyzny a miłością macierzyńską. W rezultacie w poczuciu rozczarowania, nękana poczuciem winy, nieuchronnie zmierza do tragicznego zakończenia...

Dodaj komentarz


To jedna z bardziej znanych powieści Tołstoja. Wielokrotnie ekranizowana (był nawet kiedyś miniserial). Nie zgodzę się jednak z przedmówczynią, że każdy powinien znać ta historię. owszem zainteresuje tych, którzy lubią opowieści o niespełnionych miłościach i arystokratyczny świat XIX wieku. Czy jednak powieść wciąga? Może i tak. Mnie jednak jakoś ta historia w żaden sposób nie porwała. Przeczytałem dość dawno i to tylko z powodu, że nie miałem nic innego pod ręką.


To wspaniała opowieść, według mnie zaliczająca się do klasyki, którą każdy powinien znać. Książka jest niezwykle ciekawa, w sumie nie dzieje się w niej jakoś szczególnie dużo, jednakże niezliczone namiętności i miłostki potrafią nieźle wciągnąć niczego nie spodziewającego się czytelnika. W ostatnim czasie powstał również film, który stworzony został właśnie na podstawie tej książki, muszę powiedzieć, że on również dobrze oddał teatralną atmosferę całej opowieści i jej zawiłości.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Anna Karenina

Wydawnictwo Zielona Sowa
Kraków

Tytuł oryginału:

Anna Karienina

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Redakcja:

Agnieszka Misiaszek

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-149-0

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

Mnie pomsta, ja oddam – mówi Pan.

I

Wszystkie szczęśliwe rodziny podobne są do siebie, każda zaś nieszczęśliwa jest nieszczęśliwą po swojemu.

W domu Obłońskich zapanował nieład. Żona dowiedziała się o stosunkach męża z guwernantką francuską i powiedziała mu, że nie może z nim dłużej mieszkać. Stan ten, trwający już trzeci dzień, dawał się we znaki i samym małżonkom, i wszystkim członkom rodziny, i domownikom, gdyż wszyscy widzieli, że wspólne ich mieszkanie nie ma przed sobą żadnego celu i że ludzie, którzy przypadkowo zeszli się w pierwszym lepszym zajeździe, więcej mają z sobą wspólnego, niż oni, członkowie rodziny i domownicy Obłońskich. Żona nie wychodziła ze swego pokoju, mąż od trzech dni nie był już w domu. Dzieci biegały po całym mieszkaniu; Angielka pokłóciła się z klucznicą i napisała do swej przyjaciółki, prosząc ją o znalezienie jej nowego miejsca; kucharz odszedł jeszcze poprzedniego dnia w czasie obiadu; pomywaczka i stangret również chcieli porzucić służbę.

Na trzeci dzień po zajściu, książę Stiepan Arkadiewicz Obłoński – Stiwa, jak go nazywano powszechnie – rano, jak zwykle o ósmej, obudził się nie w sypialni żony, lecz w swoim gabinecie, na safianowej kanapie. Ocknąwszy się, poruszył swe pełne, wypieszczone ciało na sprężynach kanapy, jakby miał zamiar znów zasnąć na dłuższy czas, przytulił twarz do poduszki, lecz nagle prędkim ruchem siadł na kanapie i otworzył oczy.

„Tak, tak, jak to było? – myślał, starając się przypomnieć sen. – Tak, jak to było? Tak! Alabin wydawał obiad w Darmsztadzie; nie, nie w Darmsztadzie, ale gdzieś w Ameryce. Tam, lecz tam Darmsztad był w Ameryce. Tak, Alabin wydawał obiad na szklanych stołach i stoły te śpiewały Il mio tesoro, i nie Il mio tesoro, ale coś ładniejszego i jakieś karafeczki, które były zarazem kobietami” – przypominał sobie Obłoński.

Stiepan Arkadiewicz mrugnął wesoło oczyma i z uśmiechem na ustach zamyślił się.

„Tak dobrze tam było, bardzo dobrze. Było tam tyle wspaniałych rzeczy, że nie dadzą się słowami wypowiedzieć, a na jawie nawet wyobrazić sobie ich nie można”. Zauważywszy pasmo światła, przenikające do pokoju przez niezupełnie szczelnie zasłonięte sukienną roletą okno, Stiepan Arkadiewicz z uśmiechem spuścił nogi z kanapy, włożył je w haftowane przez żonę pantofle (dostał je od niej w zeszłym roku na imieniny), obszyte złocistym safianem, i idąc za dawnym dziewięcioletnim przyzwyczajeniem, wyciągnął rękę ku miejscu, gdzie w sypialni żony wisiał zawsze jego szlafrok. W tej chwili Stiepan Arkadiewicz przypomniał sobie nagle, dlaczego nie śpi w pokoju żony, lecz w swoim gabinecie. Przestał się uśmiechać i zmarszczył czoło.

– Ach, a! a!... – mruknął, przypominając sobie wszystko, co zaszło. I przed oczyma stanęły mu znów wszystkie szczegóły nieporozumienia z żoną, całe jego położenie bez wyjścia i – co najbardziej go męczyło – cała jego wina.

„Tak, ona nie przebaczy i nie może przebaczyć. Co najgorsze jednak, to, że cała wina spada na mnie, a jednak nie jestem winien. W tym też leży cały dramat – myślał. – Ach! ach!... – wzdychał Stiepan Arkadiewicz z rozpaczą, przypominając sobie swe najbardziej przykre wrażenia z całego tego zajścia.

Najbardziej przykra była dla niego ta pierwsza chwila, kiedy wróciwszy z teatru w dobrym humorze i zadowolony, trzymając w ręku ogromną gruszkę dla żony, nie zastał jej w salonie, nie zastał również i w gabinecie, aż odnalazł ją w końcu w sypialni, nieszczęśliwą, trzymającą w ręku list, z którego dowiedziała się o wszystkim.

Ona, ta wiecznie zajęta i niezbyt bystra, jak mu się zdawało, Dolly, siedziała nieruchomo z listem w ręku i oczyma pełnymi przerażenia, rozpaczy i gniewu, patrzyła na męża.

– Co to? Co to takiego? – pytała, pokazując list.

I przypominając sobie wszystko, Stiepanowi Arkadiewiczowi, jak to często bywa, nie tyle było przykre samo zajście, ile odpowiedź, jaką dał żonie.

Stiepanowi Arkadiewiczowi zdarzyło się to, co się często zdarza ludziom, gdy udowodni im się niespodziewanie jakiś hańbiący ich bardzo postępek: nie potrafił nadać swej twarzy wyrazu, jakiego wymagała sytuacja, w jakiej znalazł się wobec żony. Zamiast obrazić się, zapierać, prosić o przebaczenie, nic sobie nawet z tego nie robić, wszystko to byłoby daleko lepsze od tego, co on zrobił. Na twarzy jego, najzupełniej mimo woli („refleksy mózgu”, pomyślał Stiepan Arkadiewicz, gdyż lubił bawić się w fizjologię) pojawił się jego zwykły, poczciwy, i dlatego też głupi uśmiech.

Tego głupiego uśmiechu Stiepan Arkadiewicz nie mógł sobie darować. Zobaczywszy ten uśmiech, Dolly drgnęła jakby z bólu fizycznego i ze zwykłą swą gwałtownością wybuchnęła potokiem gwałtownych wymówek i wybiegła z pokoju. Od tej chwili nie chciała widzieć się z mężem.

„Wszystkiemu winien ten głupi uśmiech – myślał Stiepan Arkadiewicz. – Lecz co robić, co robić?” – z rozpaczą powtarzał i nie mógł znaleźć odpowiedzi.

II

Stiepan Arkadiewicz należał do tych ludzi, którzy nie tają przed sobą prawdy, nie mógł oszukiwać się i wmawiać sam sobie, że żałuje swego postępku, nie mógł też teraz czuć wyrzutów sumienia, że on, trzydziestoczteroletni mężczyzna, nie był zakochany w żonie, matce pięciorga żywych i dwojga zmarłych dzieci, w kobiecie o rok tylko młodszej od niego, lecz pomimo to czuł cały ciężar swego położenia i żałował żony, dzieci i siebie. Potrafiłby też lepiej taić swoje postępki przed żoną, gdyby wiedział, ze wiadomość o nich tak fatalnie na nią podziała. Nigdy nie zastanawiał się głębiej nad tą kwestią, lecz jakoś zdawało mu się, że żona od dawna domyśla się, że nie jest jej wierny, i że patrzy na to przez palce. Stiepanowi Arkadiewiczowi zdawało się nawet, że żona, wyczerpana, postarzała przed czasem, nieładna już kobieta, niczym niewyróżniająca się, tylko dobra matka rodziny, powinna być pobłażliwa dla niego z samego poczucia sprawiedliwości. Tymczasem okazało się, że tak nie jest.

„Straszna, straszna historia! – powtarzał Stiepan Arkadiewicz i nie mógł nic wymyślić. – A tak dobrze szło wszystko do tego czasu, tacy byliśmy szczęśliwi! Ona była zadowolona i szczęśliwa dzięki dzieciom, ja nie przeszkadzałem jej w niczym, pozwalając zajmować się domem i dziećmi jak chciała. Co prawda, to niedobrze, że ona była guwernantką w naszym domu, zdecydowanie niedobrze, gdyż jest coś pospolitego, trywialnego w stosunku ze swą guwernantką. Ale z jaką guwernantką! (Stiepan Arkadiewicz przypomniał sobie z przyjemnością czarne żywe oczy mademoiselle Rolland i jej uśmiech). Lecz póki ona była w naszym domu, nie pozwalałem sobie na nic. A najgorzej, że ona już... zupełnie jakby naumyślnie... Lecz co robić, co robić?”

I Stiepan Arkadiewicz nie mógł dać sobie żadnej odpowiedzi, prócz tej ogólnej, którą daje życie na wszystkie najbardziej zawiłe i najtrudniejsze do rozwiązania pytania. Odpowiedź ta brzmi: „trzeba żyć chwilą, tj. zapomnieć się”. Lecz szukać tego zapomnienia we śnie nie można, przynajmniej przed nastąpieniem nocy nie można już wrócić do tej muzyki, którą wygrywały kobiety - karafeczki, trzeba zatem zapomnieć się snem życia.

„Potem to się wszystko okaże” – pomyślał Stiepan Arkadiewicz, wstał, naciągnął szary szlafrok z jedwabną, niebieską podszewką i odetchnąwszy głęboko, zwykłym prędkim krokiem swych ładnie zbudowanych nóg, które z taką łatwością unosiły jego pełne ciało, podszedł do okna, podniósł roletę i głośno zadzwonił. Na odgłos dzwonka wszedł w tej chwili stary przyjaciel, kamerdyner Mateusz, niosąc ubranie, obuwie i depeszę. Zaraz za Mateuszem wszedł golibroda z przyborami do golenia.

– Czy są papiery z biura? – zapytał Stiepan Arkadiewicz, biorąc depeszę i siadając przed lustrem.

– Leżą na stole – odpowiedział Mateusz, patrząc ze współczuciem na swego pana. Po chwili dodał z chytrym uśmiechem: – Właściciel remizy przysyłał.

Stiepan Arkadiewicz nic nie odpowiedział i tylko w lustrze popatrzył na Mateusza. Ze spojrzeń ich, które się spotkały, widać było, że zrozumieli się nawzajem. Stiepan Arkadiewicz zdawał się pytać spojrzeniem: „Po co ty mi to mówisz? Wiesz przecież sam!”.

Mateusz włożył ręce w kieszenie marynarki i nic nie mówiąc, dobrodusznie, z zaledwie dostrzegalnym uśmiechem, popatrzył na swego pana.

– Kazałem przyjść w niedzielę i zapowiedziałem, żeby do niedzieli nie trudzili i pana, i siebie – mówił dalej Mateusz, powtarzając z góry już widocznie przygotowane zdanie.

Stiepan Arkadiewicz domyślił się, że Mateusz chce tylko porozmawiać i zwrócić na siebie jego uwagę, otworzył depeszę, przeczytał ją, poprawiając w myśli poprzekręcane jak zwykle wyrazy, i twarz jego rozjaśniła się.

– Mateuszu, moja siostra Anna Arkadiewna przyjeżdża jutro – odezwał się, wstrzymując na chwilę błyszczącą, pulchną rękę golibrody, który golił mu różową dróżkę na podbródku, między długimi, gęstymi bokobrodami.

– Dzięki Bogu – rzekł Mateusz, dając do zrozumienia tą odpowiedzią, że on również, jak i pan jego, rozumie znaczenie tego przyjazdu, tj. że Anna Arkadiewna, ukochana siostra Stiepana Arkadiewicza, może dopomóc w pogodzeniu się męża z żoną.

– Sama czy z małżonkiem? – zapytał Mateusz.

Stiepan Arkadiewicz nie mógł mówić, gdyż golibroda robił coś właśnie koło jego górnej wargi, podniósł tylko jeden palec do góry.

Mateusz w lustrze kiwnął głową.

– Sama. Czy na górze przygotować?

– Zapytaj Darię Aleksandrownę, gdzie ona rozkaże.

– Darię Aleksandrownę?... – jakby z powątpiewaniem powtórzył Mateusz.

– Tak, powiedz jej. Weź tę depeszę, oddaj jej i spytaj się, jakie wyda polecenia.

„Chcesz spróbować!” – pomyślał Mateusz, lecz odpowiedział tylko: – Słucham.

Stiepan Arkadiewicz już się umył, uczesał i zaczynał się już ubierać, gdy Mateusz, stąpając powoli skrzypiącymi butami, z depeszą w ręku, wszedł do pokoju. Golibrody już nie było.

– Daria Aleksandrowna kazała powiedzieć, że wyjeżdża. Niechaj robią, jak się panu podoba – rzekł, śmiejąc się oczyma i, włożywszy ręce w kieszenie, przechylił głowę na bok i zaczął się przyglądać swemu panu.

Stiepan Arkadiewicz na razie nic nie odpowiedział, dopiero po chwili na ładnej jego twarzy pokazał się uśmiech, w którym odbijała się dobroć i smutek.

– No, i cóż, Mateuszu? – zapytał, kiwając głową.

– E, jakoś to będzie, panie! – odpowiedział Mateusz.

– Jakoś to będzie?

– Ma się rozumieć!

– Tak myślisz? A tam kto? – zapytał Stiepan Arkadiewicz, usłyszawszy za drzwiami szelest kobiecego ubrania.

– To ja – odezwał się twardy, lecz przyjemny głos kobiecy i zza drzwi wysunęła się surowa, ospowata twarz niańki, Matrieny Filemonowny.

– Cóż tam takiego, Matrieno? – zapytał Stiepan Arkadiewicz, podchodząc ku niej.

Pomimo tego, że cała wina leżała po stronie Stiepana Arkadiewicza i że on sam przyznawał się do tego, wszyscy w domu, nawet niańka, główna przyjaciółka Darii Aleksandrowny, trzymali jego stronę.

– Cóż tam takiego? – powtórzył niechętnie.

– Idź pan jeszcze raz przepraszać. Jak Bóg da. Męczy się biedaczka tak, że aż żal bierze patrzeć na nią, o, i w domu wszystko do góry nogami. Zlituj się nad dziećmi, panie. Niech pan przeprosi. Cóż robić...

– Kiedy mnie nie przyjmie...

– Ty, panie, w każdym razie zrób swoje. Pan Bóg jest miłosierny, do Niego się módl, panie, do Niego.

– No dobrze, idźcie już, Matrieno – odpowiedział Stiepan Arkadiewicz, oblewając się rumieńcem. – Podaj ubranie – zwrócił się do Mateusza i energicznym ruchem zdjął z siebie szlafrok.

Mateusz trzymał już przygotowaną koszulę i z widoczną przyjemnością włożył ją na pulchne i starannie pielęgnowane ciało swego pana.

III

Skończywszy się ubierać, Stiepan Arkadiewicz skropił się perfumami, poprawił mankiety i kołnierzyk koszuli, zręcznie porozmieszczał po kieszeniach papierosy, pugilares, zapałki, zegarek z podwójną złotą dewizką i brelokami, zmiął w ręku chustkę i czując, że jest czysty, zdrowy i fizycznie wesoły, pomimo swego nieszczęścia, kołysząc się z lekka na nogach, wyszedł do jadalnego pokoju, gdzie już czekała na niego kawa, a obok niej listy i dokumenty z biura.

Obłoński wziął się do czytania listów. Jeden z nich był bardzo nieprzyjemny, od kupca, który chciał nabyć las w majątku żony. Las ten trzeba było koniecznie sprzedać, lecz chwilowo, do czasu pogodzenia się z żoną, nie mogło o tym być mowy. Najnieprzyjemniejsza zaś była ta okoliczność, że za pogodzeniem się z żoną przemawiał pieniężny interes. Myśl, że kierując się interesem i chęcią sprzedania lasu, stara się o przebaczenie żony, obrażała Stiepana Arkadiewicza.

Przeczytawszy list, przysunął do siebie papiery biurowe, prędko przejrzał dwie sprawy, dużym ołówkiem robiąc na nich parę uwag, i zaczął pić kawę. Popijając wolno kawę z filiżanki, Stiepan Arkadiewicz rozwinął jeszcze wilgotną poranną gazetę i z uwagą oddał się lekturze.

Obłoński prenumerował i czytywał liberalną gazetę, niezbyt skrajną, lecz o takiej tendencji, której trzymała się większość. I pomimo tego, że ani nauka, ani sztuka, ani polityka nie interesowały go właściwie, jednak w tych sprawach trzymał się stale poglądów, których trzymała się większość i jego dziennik. Poglądy te zmieniał tylko wtedy, gdy zmieniała je większość; zresztą, nie on je zmieniał, one same zmieniały się w nim powoli.

Obłoński nie wybierał ani kierunków, ani poglądów, lecz te kierunki i poglądy same przychodziły do niego, zupełnie tak samo, jak nie wybierał fasonu kapelusza lub kroju surduta, lecz używał tych, które wszyscy nosili. Mieć zaś pewne poglądy, dla niego, obracającego się w pewnych sferach, odczuwającego potrzebę pewnej działalności umysłowej, potrzebę rozwijającą się w wieku dojrzałym, było tak samo konieczne, jak mieć kapelusz. Jeśli istniał jakikolwiek powód, dla którego kierunek postępowy bardziej mu przypadał do gustu, niż konserwatywny, którego trzymało się również wiele osób z jego sfery, to powód ten nie leżał w tym, że Stiepan Arkadiewicz uważał kierunek postępowy za rozumniejszy, lecz w tym, że pasował bardziej do trybu życia Stiepana Arkadiewicza. Postępowa partia twierdziła, że w Rosji wszystko jest złe, i rzeczywiście, Stiepan Arkadiewicz miał dużo długów, a pieniędzy faktycznie brakowało mu zawsze. Postępowa partia mówiła, że małżeństwo jest instytucją przestarzałą, i że koniecznie należy ją zmienić. I rzeczywiście, życie rodzinne dawało niezbyt wiele przyjemności Stiepanowi Arkadiewiczowi i zmuszało go do kłamstwa i wybiegów, tak niezgodnych z jego naturą. Postępowa partia mówiła, czyli, wyrażając się ściślej, kazała się domyślać, że religia jest niczym innym, jak tylko hamulcem dla barbarzyńskiej części ludności, i rzeczywiście, Stiepan Arkadiewicz nie mógł wytrzymać bez bólu w nogach nawet niedługiego nabożeństwa, i nie mógł zrozumieć, na co są potrzebne te wszystkie straszne i wzniosłe twierdzenia o tamtym świecie, kiedy jemu i na tym było bardzo wesoło. Jednocześnie Stiepanowi Arkadiewiczowi, lubiącemu pożartować, sprawiało przyjemność odezwać się czasami, że jeśli ktoś pyszni się swym pochodzeniem, to nie powinien zatrzymywać się na Ruryku i wyrzekać się protoplasty swego rodu. W taki sposób kierunek postępowy stał się nałogiem Stiepana Arkadiewicza, który lubił swój dziennik jak cygaro po obiedzie, za ten lekki zawrót głowy, jaki mu sprawiały jego teorie. I dzisiaj ze zwykłą przyjemnością przeczytał artykuł wstępny, dowodzący, że za naszych czasów zupełnie bez powodu powstaje krzyk, jakoby radykalizm zagrażał pochłonięciem konserwatywnych elementów i jakoby rząd obowiązany był przedsięwziąć środki ku zdławieniu hydry rewolucjonizmu, ponieważ – przeciwnie – zdaniem pisma niebezpieczeństwo polega na mniemanej hydrze rewolucyjnej, a w uporze tradycji, hamującej prawdziwy postęp itd. Stiepan Arkadiewicz przeczytał też i drugi artykuł, o tematyce ekonomicznej, w którym była mowa o Benthamie i Millu, i w którym odzywano się z przekąsem o ministerstwie. Z wrodzoną sobie bystrością Stiepan Arkadiewicz pojmował znaczenie każdej kąśliwej uwagi, przez kogo, pod czyim adresem i z jakiego powodu była wypowiedziana, i jak zwykle, sprawiało mu to pewną przyjemność. (Lecz dzisiaj przyjemność tę zatruwało wspomnienie rad Matrieny Filemonowny i tego, że w domu nie wszystko idzie jak najlepiej). Przeczytał też i o tym, że hrabia Benst wyjechał podobno do Wiesbadenu, i o tym, że nie ma już więcej na świecie siwych włosów, i o sprzedaży karety, lecz wiadomości te nie dostarczyły mu zwykłego ironicznego zadowolenia.

Skończywszy gazetę, drugą filiżankę kawy i kołacz z masłem, Stiepan Arkadiewicz wstał od stołu, strzepnął okruchy kołacza z kamizelki i odetchnąwszy, uśmiechnął się wesoło, nie dlatego, żeby nie miał nic przykrego na myśli – wesoły uśmiech wywołało dobre trawienie. Lecz ten wesoły uśmiech zaraz przypomniał mu o wszystkim i Stiepan Arkadiewicz zamyślił się.

Dwa dziecinne głosy dały się słyszeć za drzwiami – ojciec poznał głos Griszy, młodszego syna, i Tani, starszej córeczki – dzieci coś niosły i upuściły to.

– Mówiłam, że na dach nie można sadzać pasażerów! – krzyczała po angielsku dziewczynka. – Masz, zbieraj teraz!

– Wszystko idzie do góry nogami – pomyślał Stiepan Arkadiewicz – dzieci same biegają. – I podszedłszy do drzwi, zawołał na nie. Dzieci postawiły szkatułkę, która miała przedstawiać powóz, i przybiegły do ojca.

Dziewczynka, jego ulubienica, wbiegła śmiało, objęła ojca za szyję i śmiejąc się, zawisła na niej, ciesząc się jak zawsze, ze znanego sobie zapachu perfum, który się roznosił od ojcowskich bokobrodów. Pocałowawszy go w końcu w zaczerwienioną na skutek pochylenia twarz, na której w tej chwili odbijała się miłość ojcowska, dziewczynka odjęła ręce i chciała biec z powrotem, lecz ojciec zatrzymał ją.

– Jak tam mamusia? – zapytał, gładząc delikatną szyjkę dziewczynki. – Jak się masz? – rzekł, uśmiechając się do witającego się z nim chłopca.

Stiepan Arkadiewicz wiedział o tym dobrze, że mniej kocha chłopca i zawsze starał się być jednakowy dla dzieci. Lecz chłopczyk zawsze odczuwał to i nie odpowiedział uśmiechem na oziębły uśmiech ojca.

– Mama? Wstała... – odpowiedziała dziewczynka.

Stiepan Arkadiewicz westchnął. „Więc znów nie spała całą noc”.

– Cóż, czy wesoła?

Dziewczynka wiedziała, że ojciec poróżnił się z matką i że matka nie mogła być wesoła, a ojciec powinien wiedzieć o tym i że tylko udaje, pytając o to z takim lekceważeniem. Zarumieniła się więc za ojca, który natychmiast zrozumiał to i także się zarumienił.

– Nie wiem – odpowiedziała. – Mama nie kazała się uczyć, ale kazała iść na spacer do babci z miss Hull.

– No, więc idź, Taniusiu moja. Poczekaj tylko, małą chwilkę – odrzekł ojciec, przytrzymując ją i gładząc po delikatnej rączce, po czym zdjął z kominka postawione tam wczoraj pudełko z cukierkami i dał jej dwa, które najbardziej lubiła: czekoladkę i pomadkę.

– Dla Griszy? – zapytała dziewczynka, pokazując na czekoladkę.

– Tak, tak – i pogłaskawszy ją jeszcze po obnażonej szyjce, Stiepan Arkadiewicz pocałował córkę we włosy i pozwolił odejść.

– Kareta czeka – zameldował Mateusz. – I jakaś kobieta z prośbą – dodał po chwili.

– Czy długo już czeka? – zapytał Stiepan Arkadiewicz.

– Z pół godzinki.

– Mówiłem ci już tyle razy, żeby natychmiast meldować.

– Muszę przecież dać panu czas wypić kawę – odpowiedział Mateusz tym przyjacielsko-hardym tonem, na który gniewać się niepodobna.

– Proś więc prędzej – rzekł Obłoński, marszcząc się z niezadowoleniem.

Prosząca, żona sztabskapitana Kalinina, miała prośbę bezsensowną, której w żaden sposób nie można było spełnić, lecz Obłoński swym zwyczajem posadził ją, wysłuchał, nie przerywając całego jej opowiadania, udzielił jej szczegółowej rady, do kogo i w jaki sposób ma się zwrócić, i nawet napisał jej swym rozwlekłym, pięknym, wyraźnym pismem bilecik do jednego ze swych znajomych, który mógł jej trochę dopomóc.

Gdy sztabskapitanowa odeszła, Stiepan Arkadiewicz wziął kapelusz i, zatrzymawszy się na progu, zaczął sobie przypominać, czy nie zapomniał o czymś. Okazało się, że nie zapomniał o niczym, prócz tego, że chciał zapomnieć o żonie.

„Ach, tak! – opuścił głowę i piękna twarz jego przyjęła wyraz smutku. – Iść czy nie iść?” – mówił sam do siebie. I wewnętrzny głos mówił mu, że iść nie ma potrzeby, że prócz fałszu nic z tego nie wyniknie, że nie ma sposobu, aby poprawić ich stosunki, gdyż nie sposób uczynić ją znowu pociągającą i wzbudzającą miłość, lub jego zrobić starcem niezdolnym do kochania. Nic więcej nie mogło wyniknąć z tego prócz kłamstwa i fałszu, a kłamstwem i fałszem Stiepan Arkadiewicz brzydził się.

„Przecież kiedyś trzeba to zrobić, gdyż nie może tak być zawsze” – pomyślał Stiepan Arkadiewicz, starając się dodać sobie odwagi, po czym wyprostował się, wyjął papierosa, zapalił, pociągnął dwa razy i rzucił go w popielniczkę z masy perłowej, w kształcie muszli, po czym prędkim krokiem przeszedł salon i otworzył drugie drzwi do sypialni żony.

IV

Daria Aleksandrowna w białym kaftanie i ze spiętym z tyłu głowy warkoczem z rzadkich już, lecz kiedyś gęstych i przepięknych włosów, z zapadniętą, chudą twarzą, i z dużymi oczyma, w których malował się przestrach, stała pośród rzeczy porozrzucanych po pokoju, koło otwartej komody, w której czegoś przed chwilą szukała. Usłyszawszy kroki męża, odwróciła głowę, patrząc na drzwi i na próżno starając się nadać twarzy surowy i pogardliwy wyraz, czuła mimo woli, że boi się i jego, i mającego nastąpić spotkania. Przed chwilą chciała zrobić to, co chciała już robić dziesięć razy w ciągu tych trzech dni: odłożyć rzeczy swoje i dzieci, które chciała zabrać ze sobą do matki, lecz znów nie mogła zdecydować się na to. Ale teraz, tak jak poprzednio, mówiła sobie, że stan taki dłużej trwać nie może, że powinna cokolwiek przedsięwziąć, ukarać, zawstydzić go, zemścić się choć małą cząstką tego bólu, który on jej zadał. Wciąż jeszcze mówiła, że odejdzie od niego, lecz czuła, że to jest niemożliwe, gdyż nie mogła odwyknąć od uważania go za swego męża i od kochania go. Prócz tego czuła, że jeśli tutaj, w swoim własnym domu, zaledwie dawała sobie rady z pięciorgiem dzieci, to i jej, i dzieciom będzie jeszcze gorzej wszędzie, dokąd ona razem z nimi wszystkimi się przeniesie. I tak już w ciągu tych trzech dni najmłodszy zachorował, gdyż nakarmiono go złym rosołem, a reszta wczoraj prawie nie jadła obiadu. Dolly uznawała, że porzucać domu mężowskiego w żaden sposób nie można, lecz wciąż oszukiwała samą siebie, układając rzeczy i udając, że odjeżdża.

Ujrzawszy męża, Dolly zapuściła znów ręce w komodę, udając, że czegoś szuka, i obejrzała się na niego dopiero wtedy, gdy Stiepan Arkadiewicz już zupełnie podszedł ku niej. Lecz jej twarz, której chciała nadać stanowczy i surowy wyraz, zdradzała przestrach i cierpienie.

– Dolly! – odezwał się mąż cichym i bojaźliwym głosem, wsunąwszy głowę między ramiona i starając się nadać sobie wzbudzający litość i pokorny wygląd, lecz mimo to twarz jego jaśniała świeżością i zdrowiem.

Dolly jednym rzutem oka obrzuciła od stóp do głów jaśniejącą zdrowiem i świeżością postać męża. „Tak, on jest szczęśliwy i zadowolony! – pomyślała. – A ja?... i ta wstrętna dobroć, za którą wszyscy go tak lubią i chwalą – ja nienawidzę go za tę właśnie dobroć” – pomyślała i zacięła usta, przy czym mięśnie prawego policzka zaczęły jej drgać.

– Co panu potrzeba? – odezwała się prędkim, nie swoim, piersiowym głosem.

– Dolly! – powtórzył Stiepan Arkadiewicz drżącym głosem. – Anna przyjedzie dzisiaj.

– Cóż mnie to obchodzi? Ja jej nie mogę przyjmować! – zawołała.

– Lecz przecież trzeba, Dolly...

– Proszę stąd odejść! – nie patrząc na męża krzyknęła, i zdawało się, że krzyk ten spowodowany jest przez ból fizyczny.

Stiepan Arkadiewicz mógł być spokojny, gdy myślał o żonie, mogło mu się zdawać, że „jakoś to będzie”, jak się wyrażał Mateusz, i mógł spokojnie czytać gazetę i pić kawę. Lecz gdy zobaczył jej zmęczoną, zbolałą twarz, gdy usłyszał jej głos, w którym słyszeć się dawało poddanie się losowi i rozpacz, coś go ścisnęło w gardle i w oczach stanęły mu łzy.

– Mój Boże! Co ja narobiłem! Dolly! Na miłość boską!... Przecież... – nie mógł mówić dłużej, łkanie ścisnęło mu gardło.

Dolly zamknęła szufladę i spojrzała na męża.

– Dolly, cóż ja mogę powiedzieć?... Chyba to tylko, abyś mi przebaczyła... Zważ tylko sama, czy dziewięć lat pożycia nie może okupić chwili, chwili...

Ona spuściła oczy i słuchała, co on jej powie, i zdawała się błagać go, aby ją w jakikolwiek sposób przekonał.

– Chwili zapomnienia... – wymówił Stiepan Arkadiewicz i chciał mówić dalej, lecz Dolly, usłyszawszy ten wyraz, znów zacisnęła wargi jakby z bólu fizycznego i mięsień prawego policzka znów jej zaczął drgać.

– Proszę wyjść, proszę stąd wyjść! – krzyknęła jeszcze przeraźliwiej. – I proszę mi nie mówić nic więcej o swych chwilach zapomnienia i o swych...

Chciała wyjść, lecz potknęła się i musiała uchwycić za poręcz krzesła, żeby nie upaść. Twarz jej rozszerzyła się, wargi nadęły, a oczy napełniły się łzami.

– Dolly – odezwał się znowu mąż, który już płakał – na miłość boską, pomyśl o dzieciach, one przecież nic nie zawiniły! Ja jestem winien, mnie ukarz, każ mi odkupić moją winę, gotów jestem uczynić wszystko, co tylko będę mógł. Winien jestem, wiem o tym, i wyrazić nawet nie mogę, w jakim stopniu! No, Dolly, przebacz mi!

Dolly usiadła. Słyszał jej głośny i ciężki oddech i żal mu jej było niewypowiedzianie. Parę razy chciała zacząć mówić, lecz nie mogła; on czekał.

– Ty pamiętasz o dzieciach, żeby bawić się z nimi, a ja pamiętam naprawdę i wiem, że one zmarnują się teraz – odrzekła i widoczne było, że powtórzyła jedno z tych zdań, które w ciągu tych trzech dni nieraz musiała mówić sama do siebie.

Powiedziała mu „ty” i on, z wdzięcznością spojrzawszy na nią, chciał się zbliżyć i ująć ją za rękę, lecz ona ze wstrętem odsunęła się od niego.

– Ja pamiętam o dzieciach i dlatego wszystko, co tylko będę mogła uczynić, uczynię, żeby je ratować. Lecz sama jeszcze nie wiem, jak postąpię, gdyż nie wiem, w jakim przypadku mam je uważać za uratowane: czy wtedy, gdy wywiozę je od ojca, czy też wtedy, gdy zostawię je z przewrotnym, tak, z przewrotnym ojcem... Powiedz pan sam, czy po tym, co zaszło, możemy żyć razem? Czy to byłoby możliwe? Sam pan powiedz, czy to byłoby możliwe? – powtarzała podnosząc głos. – Po tym, jak mój mąż, ojciec mych dzieci, nawiązuje stosunek miłosny z guwernantką swych dzieci...

– Więc cóż robić? Cóż robić? – powtarzał smutno, sam nie wiedząc, co mówi, i coraz niżej i niżej pochylając głowę.

– Wzbudzasz pan we mnie wstręt i obrzydzenie! – zawołała, gorączkując się coraz bardziej. – Pańskie łzy to woda! Nigdy mnie pan nie kochał; nie ma w panu ani serca, ani szlachetności! Jesteś pan wstrętny dla mnie i obcy, tak, obcy zupełnie! – głosem pełnym bólu i uporu powtórzyła ten bolesny dla siebie wyraz „obcy”.

On patrzył na nią i upór, który odbijał się na jej twarzy, przeraził i zadziwił go. Nie rozumiał tego, że współczucie, jakie okazywał, drażni ją, gdyż widziała w nim tylko litość nad sobą, a nie miłość. „Ona nienawidzi mnie i nie przebaczy mi” – pomyślał sobie.

Nagle w drugim pokoju zapłakało dziecko. Daria Aleksandrowna zaczęła się przysłuchiwać i twarz jej złagodniała.

Przez parę sekund zdawała się namyślać, jakby nie zdając sobie na razie sprawy, gdzie się znajduje i co ma robić, wreszcie wstała i skierowała się ku drzwiom.

„Kocha przecież moje dziecko... – pomyślał Stiepan Arkadiewicz, zauważywszy zmianę, jaką krzyk dziecka wywołał na jej obliczu – moje dziecko, więc jakże może mnie nienawidzić?”

– Dolly, jeszcze jedno słowo – odezwał się, idąc za nią.

– Jeśli pan pójdziesz za mną, zawołam służbę i dzieci! Niech wszyscy wiedzą, żeś pan podły! Ja wyprowadzam się dzisiaj, a pan zostań tutaj razem ze swoją kochanką!

Powiedziawszy to, Daria Aleksandrowna wyszła i zatrzasnęła drzwi za sobą.

Stiepan Arkadiewicz westchnął, obtarł twarz i powoli wyszedł z pokoju. „Mateusz powiada, że jakoś to będzie, ale jak? Mnie nie wydaje się to możliwe. Ach, jakie to wszystko jest przykre i jak ona ordynarnie wykrzykiwała” – mówił sam do siebie, przypominając sobie krzyk żony i wyrazy: „podły” i „kochanka”. „Dziewczynki zapewne słyszały! Strasznie ordynarnie!” – Stiepan Arkadiewicz postał parę chwil, obtarł oczy i wyprostowawszy się, wyszedł z pokoju.

Był piątek i w jadalni stary zegarmistrz Niemiec nakręcał zegar. Obłoński przypomniał sobie swój żart o łysym zegarmistrzu, „że Niemiec sam był nakręcony na całe życie, aby nakręcać zegary”, i uśmiechnął się. Lubił dobry żart. „A może być, że jakoś to będzie! Niezłe powiedzenie:jakoś to będzie! – pomyślał. – Trzeba to będzie opowiedzieć komuś”.

– Mateuszu! – zawołał. – Przygotujcie z Marią w gościnnym pokoju wszystko dla Anny Arkadiewny! – wydał polecenie Mateuszowi.

– Słucham.

Stiepan Arkadiewicz włożył futro i wyszedł na ganek.

– Czy pan będzie na obiedzie w domu? – zapytał Mateusz, wyprowadzając go.

– Nie wiem jeszcze. Weź na wydatki domowe – rzekł, wyjmując dziesięć rubli z pugilaresu. – Czy wystarczy?

– Musi wystarczyć – odpowiedział Mateusz, zatrzaskując drzwiczki od karety i cofając się na ganek.

Tymczasem Daria Aleksandrowna, uspokoiwszy dziecko i domyśliwszy się po turkocie karety, że mąż już odjechał, powróciła do sypialni. Było to jedyne miejsce, w którym mogła zapomnieć o domowych kłopotach, a miała ich zawsze tyle na głowie, gdy tylko na chwilę wyszła. Już i teraz, w ciągu tych paru chwil spędzonych w dziecinnym pokoju, Angielka i Matriena Filemonowna zdążyły zadać jej parę pytań, na które z odpowiedzią nie można było zwlekać i na które tylko ona mogła dać odpowiedź: „Co włożyć dzieciom na spacer? Czy dać im mleka? Czy trzeba posłać po drugiego kucharza?”.

– Ach, dajcie mi święty spokój! – odpowiedziała i wróciła do sypialni, gdzie siadła na tym samym miejscu, na którym siedziała podczas rozmowy z mężem. Załamała wychudzone ręce, z których kościstych palców opadały pierścionki, i zaczęła przypominać sobie niedawną rozmowę, jaką miała z mężem.

„Wyjechał, lecz co z nią zrobił? – myślała. – Czyżby ciągle jeszcze się z nią widywał? Nie, nie, przebaczyć mu nie mogę. Nawet jeśli pozostaniemy w jednym domu, będziemy sobie obcy, na zawsze obcy! – powtórzyła, kładąc znowu nacisk na ten straszny dla niej wyraz. – A ja go tak kochałam, mój Boże, tak kochałam!... A czyż nie kocham go jeszcze i teraz? Czyż nie kocham go jeszcze bardziej niż przedtem? A najbardziej mnie przestrasza...” – lecz nie miała czasu dokończyć, gdyż Matriena Filemonowna stanęła w drzwiach.

– Może pani każe posłać po mego brata? – zapytała. – On potrafi ugotować obiad. Bo znów, tak jak wczoraj, dzieci nie będą nic jadły aż do szóstej godziny.

– Dobrze, zaraz przyjdę i wydam polecenia. Czy poszedł ktoś po świeże mleko?

I Daria Aleksandrowna oddała się cała codziennym sprawom i w nich ukoiła swój ból na jakiś czas.

 

Spis Treści
Anna Karenina
CZĘŚĆ PIERWSZA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
XXXIII
XXXIV
CZĘŚĆ DRUGA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
XXXIII
XXXIV
XXXV
CZĘŚĆ TRZECIA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
CZĘŚĆ CZWARTA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
CZĘŚĆ PIĄTA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
Śmierć
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
XXXIII
CZĘŚĆ SZÓSTA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
XXXII
CZĘŚĆ SIÓDMA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII
XXVIII
XXIX
XXX
XXXI
CZĘŚĆ ÓSMA
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
KONIEC
POSŁOWIE