Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi - Fabrice Hadjadj

Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi

0,0

Książka Hadjadja wymyka się schematom. To rodzaj zaskakujących świeżością spojrzenia medytacji na temat zmartwychwstania, przechodzących w filozoficzne refleksje nad naszą codziennością. Autor z właściwą sobie swobodą zestawia obrazy biblijne, odchodzi od znanych nam klasycznych interpretacji, nie wchodząc przy tym w konflikt z prawdami wiary.

„Teza, która przyświeca tej niewielkiej książeczce, jest następująca: objawienia Zmartwychwstałego mają zdecydowanie przyziemny charakter. Jeśli ukazuje się uczniom, to nie po to, żeby wszyscy zapomnieli o Bożym świecie, zapatrzeni w niesamowitą wizję. Wręcz przeciwnie – przypomina nam o miłości bliźniego. Uczy nas spojrzenia z góry, spojrzenia na te same rzeczy, które widzą wszyscy śmiertelnicy, ale z perspektywy Ducha.”

„Zmartwychwstały niczym nie przypomina (…) nadludzi. Jego chwała lgnie do codzienności. Właśnie osiągnął absolutny szczyt doskonałości, i co? I nic. Nie znalazł lepszego zajęcia, niż pogaduszki i kolacyjka z przyjaciółmi. Zachowuje się jak zwykły człowiek, co samo w sobie stanowi niezbity dowód na to, że jest Bogiem (żaden zwykły człowiek nie dąży do tego, by postrzegano go jak zwykłego człowieka, ba, przejawiamy niezbyt chwalebną skłonność do przesady i zrobilibyśmy wszystko, byle tylko sprawiać wrażenie, że jesteśmy jako bogowie). Zmartwychwstały nie organizuje pokazu żonglerki ciałami niebieskimi, bo ich obroty są od stworzenia świata posłuszne Jego woli. Nie emanuje splendorem zdolnym przyćmić gwiazdy na gali oscarowej, chciałby raczej sprawić, żeby to nasze gęby rozpromieniły się radością. I już dziś sprawia, że wilk mieszka wraz z barankiem, bo przecież posłał swoich uczniów jak owce między wilki (Łk 10,3)... a mnie udziela łaski, żebym mógł dochowywać wierności żonie i co wieczór iść z nią do łóżka.”

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

Tytuł oryginału

Résurrection. Mode d’emploi

 

© Magnificat SAS, 15–27, rue Moussorgsky, 75018 Paris, 2016

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo W drodze, 2017

 

Redaktor prowadzący: Ewa Kubiak

Redakcja: Agnieszka Czapczyk

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Paulina Jeske-Choińska

Redakcja techniczna: Justyna Nowaczyk

Skład i layout: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Łysakowski

 

Ilustracja na okładce

Michelangelo Merisi da Caravaggio, fragment obrazuNiewierny
Tomasz
(ok. 1595–1596)

 

Publikacja powstała dzięki wsparciu finansowemu

Likus Hotele i Restauracje

logo.png

 

ISBN 978-83-7906-143-3

 

 

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2017

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl


Strona tytułowa

 

 

 

 

Wszystkim, których rozczarowała książka
Samobójstwo, instrukcja obsługi, poświęcam
ten mały przewodnik praktyczny inaczej.

 

 

Strona tytułowa

 

 

WPROWADZENIE

Ach! Jakże byłoby upojnie, gdyby dokładnie w chwili, gdy sypią na nas piach, z trumny trysnął niespodziewany, cudowny fletowy trel! Cóż za niespodzianka! Jakaż lekcja dla rodzin!… Oto pierwszy umarlak, który nie schodzi z tego świata nadaremno, lecz zaskoczywszy, zrozumiawszy w końcu wszystkie łaski Wiosny! Wywrotowiec Cieni! Cmentarny trubadur! Błazen pajacujący w Otchłani Świata!… Chciałbym nim być! Tym i nikim innym, do diaska!

Louis-Ferdinand Céline, Guignol’s band

 

 

ornament.png

Od zawsze byłem człowiekiem wierzącym. Nie ma w tym niczego specjalnie dziwnego, jako że pochodzę z rodziny ateuszy. Najpierw, jak w bogów, wierzyłem w rodziców (i nie musiałem nawet się wysilać, żeby zniszczyć to bóstwo – samo dość szybko spadło z piedestału). Wierzyłem też w Chantal Goyę, kiedy śpiewała, że „królik ranka tego zabił myśliwego”. Wierzyłem w Aktarusa, księcia Euphor, i jego bojowego robota Goldoraka. Wierzyłem w amerykańskiego pioniera Charlesa Ingallsa i Domek na prerii (choć w to akurat, niestety, zbyt krótko – mieszkałem w najeżonej wysokościowcami dzielnicy La Défense). Potem wierzyłem w dziewczynę miesiąca, której zdjęcia publikował „Playboy”. Ba, wierzyłem, że jedzenie materializuje się na regałach supermarketów (i dotąd mam trudności, by wyobrazić sobie, ile czasu potrzebuje jabłko, żeby dojrzeć, albo indyk, żeby nabrać apetycznych kształtów). Był nawet taki moment, kiedy uwierzyłem, że moja płeć to tylko konstrukt społeczny, fikcyjny „rodzaj” (ale w następnej chwili przeszła obok mnie piękna dziewczyna i nagle okazało się, że to, co uważałem za fikcję, tętni życiem, jak drzewo obudzone przez wiosenne słońce). Wierzyłem w rewolucję francuską i w rewolucję socjalistyczną, chociaż mój ojciec, członek związku zawodowego CFDT, miał umiarkowane poglądy.

Nie minęło wiele czasu, a uwierzyłem w Nietzschego, przekonany, że dzięki niemu znajdę się Poza dobrem i złem, a także w Georges’a Bataille’a, choć byłem nieco zbyt nieśmiały, żeby na serio poświęcić się uprawianiu dyscypliny, jaką jest orgia. Potem przyszedł czas na Hegla – wierzyłem, że w nim odnajdę wspólny mianownik wszystkich moich wcześniejszych wierzeń. A kiedy „wiedza absolutna” przestała mi wystarczać, uwierzyłem w Céline’a i jego ewangelię Podróży do kresu nocy. Wierzyłem też – przyznaję – w buddyzm zen i siadywałem, wraz z szefami działów handlowych wielkich firm oraz z nauczycielkami w wieku przedemerytalnym, by kontemplować cud mojej wewnętrznej pustki. Równocześnie – rzecz oczywista – mocno wierzyłem w siebie samego. A jeszcze mocniej wierzyłem w to, że jestem niewierzący.

I wreszcie, pewnego pięknego dnia, cały ten mistycyzm prysł, zmieciony strumieniem życia. Przypomniałem sobie, że jestem Żydem i Francuzem, a w starych książkach, napisanych nieco archaicznym francuskim, przeczytałem, że Bóg stał się żydem. I tak stałem się chrześcijaninem, a nawet katolikiem. Czasy, kiedy byłem łatwowierny, minęły. Zapanował obiektywizm – kategoryczny i często bardzo upokarzający.

Zasada rzeczywistości

Wiara w cieślę z Galilei, niejakiego Jezusa, który umarł, a potem zmartwychwstał w Jerozolimie, „pod Poncjuszem Piłatem” (czyli w pewnej niewielkiej prowincji Cesarstwa, zarządzanej przez rzymskiego urzędnika), nadzwyczaj skutecznie sprowadziła mnie na ziemię. Wiara ta jest zbyt szczegółowo określona, żeby pozwolić na luksus bujania w obłokach abstrakcyjnych „nauk” czy „duchowości”. Szczególnie ostrym kryterium, które nie pozwala odejść od zasady rzeczywistości, jest fakt zmartwychwstania Jezusa. Wierzyli weń rybacy, którzy potrafili podnosić oczka sieci, budowniczowie katedr, mnisi, którzy karczowali puszcze i uprawiali ziemię, słowem – ludzie mający porządny fach w ręku, praktyczni i zdroworozsądkowi. Wiara w Zmartwychwstałego była dla nich takim samym konkretem, jak siew zboża na wiosnę czy stawianie murów romańskiej bazyliki. Ba, była wręcz fundamentem – opierali się na niej, wieńcząc kamienne sklepienie, gdy dzieła ich rąk dojrzewały jak kłosy zboża na polu.

Wszystkie ewangelie wielkanocne trzymają się zasady rzeczywistości i, co bardzo frustrujące, naszym imaginacjom i fantazmatom grają na nosie. Bo gdy myślimy o człowieku uwielbionym, otoczonym chwałą Bożą, wyobraźnia niezawodnie podsuwa nam wizję kogoś emanującego splendorem zdolnym przyćmić gwiazdy na gali oscarowej i dokonującego rzeczy niesłychanych – żonglującego ciałami niebieskimi, przywracającego harmonię świata, tak że „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą”1 (Iz 11,6)… Nic z tego. Trzeba nam pogodzić się z faktem, że Chrystus zmartwychwstały w ogóle do takiego obrazu nie pasuje. Owszem, znamy epizod z siecią tak pełną ryb, że nie można jej było wyciągnąć na łódź, i scenę wniebowstąpienia, podczas której pojawiło się nagle dwóch facetów w bieli i wylało na zgromadzonych kubeł zimnej wody, przerywając im kontemplację nadnaturalnego zjawiska słowami: „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” (Dz 1,11), ale poza tym – ani jednego cudu. A może jednak Jezus po zmartwychwstaniu dokonuje cudów? Takich cudów na opak, cudów dyskrecji i delikatności, prostoty i zwyczajności?

Zauważmy rzecz ciekawą – nie można powiedzieć, by zmartwychwstały Jezus olśniewał otoczenie. Nie bije od Niego blask taki jak na górze Tabor, wydaje się nawet, że stracił swoją dawną charyzmę. Maria Magdalena bierze Go za prostego ogrodnika, uczniowie idący do Emaus są przekonani, że zostali skazani na towarzystwo najmniej rozgarniętego spośród mieszkańców Jerozolimy, a apostołowie, którzy wypłynęli na jezioro, myślą zapewne, że z brzegu woła do nich jakiś emerytowany rybak… Skruszył więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani, a jednak, z jakąś zdumiewającą skromnością, dąży do tego, żeby nie wyróżniać się z tłumu. „Stanął pośród nich” (Łk 24,36; por. J 20,19 i 26). Ewangelie podkreślają to pełne delikatności zachowanie Jezusa. Pośród nich, a więc bez pompy, ze zwykłą zażyłością, która jest bardziej niezwykła niż najbardziej wstrząsające, fantastyczne objawienie, bo jeśli już mowa o zmartwychwstaniu, to oczekujemy właśnie wstrząsającego i fantastycznego objawienia.

Tak dalece jesteśmy przekonani o słuszności tych oczekiwań, że zdarza się nam wyczytywać z ewangelii więcej, niż zostało w nich napisane. Oto Jezus przechodzi przez ściany, wypowiada tajemnicze, ezoteryczne słowa, pojawia się znikąd, w świetlistej aureoli… Ależ nic podobnego! On po prostu stawał między uczniami. Mówił: „Pokój wam!”, co jest równie zwyczajnym powitaniem, jak gdyby powiedział „dzień dobry”. Dzielił się chlebem, jadł pieczoną rybę, posilał się razem z nimi i wyjaśniał im Pisma, tak jak opowiada się przy stole jakąś ciekawą historię, która się nam ostatnio przydarzyła. Zamiast urządzić im demonstrację siły – mógłby, na przykład, potęgą umysłu zgiąć jakąś żelazną sztabę – pokazuje swoje rany. Zwyczajny cud polegałby na tym, że rany zniknęłyby bez śladu. Tutaj – zostają, na wieczność.

U źródła rzeczywistości

Okazuje się, że istnieje działanie jeszcze doskonalsze, niż dokonywanie czynów niezwykłych – można nasycić światłem zwyczajne życie. Jezus nie mógłby postępować inaczej, skoro jest Słowem stwarzającym i zbawczym – tym, które zarazem stwarza i zbawia, zbawia to, co zostało przezeń stworzone, bo inaczej nic nie dostąpiłoby zbawienia (to Słowo niczego nie odwołuje, nie unieważnia, przeciwnie, ujmuje się za „owocem ziemi i pracy rąk ludzkich”). To On wymyślił zwyczajne życie jako rzecz całkowicie nową i jedyną w swoim rodzaju. Czy mógłby teraz odwrócić się od niego z pogardą? Nie mógłby, więc je odkupuje, przywraca mu godność, pokazuje, jak bardzo jest niezwykłe. Owszem, raz czy drugi zaszalał i zrobił parę rzeczy naprawdę spektakularnych – chorzy odzyskiwali zdrowie, gdy tylko dotknęli Jego szaty, czyjeś drugie śniadanie zamieniło się w solidny posiłek dla tysięcy głodnych ludzi. Ale przyznajmy, że tych kilka wydarzeń, które miały miejsce w ciągu trzech z trzydziestu trzech lat Jego ziemskiego życia, to raczej słaby wynik, zwłaszcza jak na kogoś wszechmocnego.

I nie bez powodu tak właśnie rzeczy się mają. Gdyby Jezus sprawił, że na gołej ziemi pojawiłoby się w jednej chwili wielkie miasto, z wrażenia moglibyśmy zapomnieć, że to On stwarza i utrzymuje w bycie cały wszechświat. Gdyby pstryknął palcami i domy zbudowały się same, może nie dostrzeglibyśmy, że zrobił już coś o wiele bardziej godnego uwagi – stworzył ludzi, którzy mają ręce, nogi, głowy na karku i doskonalą sztukę budowania, bo obdarzył ich stosownymi zdolnościami. Mojżesz wyciąga rękę i – rzecz niesamowita – wody Morza Czerwonego rozstępują się, ukazując suchą ziemię. Jezus, przedwieczne Słowo, jest twórcą Morza Czerwonego, aż po najmniejszą z jego rozmigotanych fal. Nie byłoby więc niczym specjalnie dziwnym, gdyby gestem rozdzielił je na dwoje. Kiedy rozkazuje wichrowi i ucisza burzę na Jeziorze Galilejskim, robi coś najnaturalniejszego pod słońcem. Naprawdę zaskakuje dopiero wówczas, kiedy prosi Samarytankę, aby ta dała Mu wody.

Jeśli czyni cuda, to w taki sposób, by uniknąć spektakularnego efektu. Zbawiciel nie przesłania sobą Stwórcy, bo przecież to jest jeden i ten sam Bóg. Dlatego rzeczy niezwykłe, których dokonuje, nie mają odrywać od zwyczajnego życia, ale sprawiać, że na nim właśnie się skupimy. Bo zwyczajne życie w Nim samym wzięło początek i jest szczególnym miejscem działania Jego opatrzności. Przywraca więc wzrok niewidomemu – po to, żeby ów człowiek z zachwytem odkrył, że może zwyczajnie, jak każdy, widzieć. Uzdrawia teściową Piotra, żeby Piotr mógł się zachwycać tym, że ma teściową (mamy tu zatem do czynienia z cudem piętrowym). Wskrzesza Łazarza, żeby ten za jakiś czas mógł znaleźć się znowu na łożu śmierci, tym razem już bez odwołania.

Ujmijmy rzecz w następujący sposób – regulamin określający godziny odwiedzin jest konieczny, żeby mogło w ogóle dojść do jakiegokolwiek spotkania, ze wszystkim, co w nim nieoczekiwane i zaskakujące. Czasami jednak można zrobić wyjątek, odejść od planu, właśnie dlatego, że uznaje się go za sensowny i przydatny. Dyrektor szkoły, który zatwierdził rozkład zajęć, może go na chwilę odwołać i urządzić małą, niezaplanowaną imprezkę, podczas której przypomni wszystkim, że dzwonek rozbrzmiewa nie po to, żeby wytresować uczniów niby psy Pawłowa, ale po to, by stworzyć warunki umożliwiające bardzo nietypowe spotkanie – oto banda młokosów z fryzurami na Alfa i kolczykami w nosie spędzi czterdzieści pięć minut w towarzystwie ekscentrycznego, brodatego Profesorka Nerwosolka. W innych okolicznościach do takiego zdarzenia z całą pewnością by nie doszło. Na tej samej zasadzie cuda przerywają zwyczajny bieg rzeczy po to właśnie, żebyśmy przetarli oczy zasnute mgłą rutyny i dostrzegli wyjątkowość naszego zwyczajnego życia. Cuda pochodzą ze źródła rzeczywistości, i to w sposób bardziej bezpośredni niż sama rzeczywistość. Cud to taka sytuacja, gdy rzeczywistość podnosi kieckę i pozwala zerknąć na swoją nieziemską genezę. Człowiek gapi się, bo ma oczy, nie ma w tym nic niezwykłego. Ale kiedy staje się cud i niewidomy od urodzenia zaczyna widzieć – zwyczajnie, jak każdy – dostrzegamy, czym tak naprawdę jest wzrok. To dar Niewidzialnego. I podobnie, zdrowa teściowa jest prezentem od Przedwiecznego, śmierć natomiast – okazją, byśmy dali z siebie wszystko…

Chwała i codzienność

Dotykamy tu jednej z najbardziej frapujących zagadek istnienia. Nazwijmy ją pojednaniem chwały i codzienności. Tylko miernota może zadowolić się codziennością, nie aspirując do czegoś więcej, to rzecz oczywista. Z drugiej strony jednak, postawa człowieka, który pławi się w glorii i chwale, otoczony blaskiem fleszy, ale nie umie ucieszyć się codziennym wschodem słońca, jest nie mniej żałosna. Iluż artystów poczuło nagły przypływ weny, by tylko uniknąć odkurzania mieszkania? Iluż myślicieli stworzyło wspaniałe systemy filozoficzne ku chwale człowieka, bo oblatywał ich cykor na samą myśl, że mogliby związać się na dobre i na złe z jakąś babą? Wielcy zdobywcy podbijali mocarstwa, bo nie radzili sobie z uprawianiem własnego ogródka. Pisarze płodzili arcydzieła, bo przerażała ich wizja wychowywania dzieci. Nadludzie, ci z przyszłości, to najgorsze ze wszystkich niedołęgi. Ich bioniczne superprotezy są absolutnie nieczułe, więc nigdy nie przeżyją rewolucji, jaką może wywołać jedna, ulotna pieszczota. Nigdy nie doświadczą szczęścia człowieka, który dotyka gładkiej powierzchni mebla wykonanego własnymi rękami. Jeśli szczytem ich marzeń jest stałe połączenie z nośnikami pamięci o rozmiarze tysiąca petabajtów, to dlatego, że nie było im dane „przypatrzeć się ptakom w powietrzu” ani „liliom na polu” (Mt 6,26.28). Jeśli spodziewają się osiągnąć nieśmiertelność dzięki aktualizowanym co sekundę badaniom diagnostycznym, to dlatego, że nie ma niczego, za co gotowi byliby oddać życie (w rezultacie nieśmiertelni będą żyć krócej niż wielu śmiertelnych – zaskakująco szybko poczują chęć, by osobiście doświadczyć dobrodziejstwa, jakim są najnowsze osiągnięcia w dziedzinie eutanazji). Obsesja supermocy obnaża ich niemoc. Nie są w stanie dostrzec niezwykłości w tym, co zwyczajnie widzialne, ucieszyć się bliskością tego, co bliskie, być pod wrażeniem każdego wrażenia zmysłowego…

Zmartwychwstały niczym nie przypomina takich nadludzi. Jego chwała lgnie do codzienności. Właśnie osiągnął absolutny szczyt doskonałości. I co? I nic. Nie znalazł lepszego zajęcia, niż pogaduszki i kolacyjka z przyjaciółmi. Zachowuje się jak zwykły człowiek, co samo w sobie stanowi niezbity dowód na to, że jest Bogiem (żaden zwykły człowiek nie dąży do tego, by postrzegano go jak zwykłego człowieka, ba, przejawiamy niezbyt chwalebną skłonność do przesady i zrobilibyśmy wszystko, byle tylko sprawiać wrażenie, że jesteśmy jako bogowie). Zmartwychwstały nie organizuje pokazu żonglerki ciałami niebieskimi, bo ich obroty są od stworzenia świata posłuszne Jego woli. Nie emanuje splendorem zdolnym przyćmić gwiazdy na gali oscarowej, chciałby raczej sprawić, żeby to nasze gęby rozpromieniły się radością. I już dziś sprawia, że wilk mieszka wraz z barankiem, bo przecież posłał swoich uczniów „jak owce między wilki” (Łk 10,3)… A mnie udziela łaski, żebym mógł dochowywać wierności żonie i co wieczór iść z nią do łóżka.

Kto rano wstaje…

Teza, która przyświeca tej niewielkiej książeczce, jest następująca: objawienia Zmartwychwstałego mają zdecydowanie przyziemny charakter. Jeśli ukazuje się uczniom, to nie po to, żeby wszyscy zapomnieli o Bożym świecie, zapatrzeni w niesamowitą wizję. Wręcz przeciwnie – przypomina nam o miłości bliźniego. Uczy nas spojrzenia z góry, spojrzenia na te same rzeczy, które widzą wszyscy śmiertelnicy, ale z perspektywy Ducha. Ewangelista Jan ujmuje to zwięźle: „Duch bowiem jeszcze nie był, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony” (J 7,39). Jezus wyjaśnia dokładniej w mowie pożegnalnej przed męką: „Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was” (J 16,7).

Dopełnieniem Paschy jest Pięćdziesiątnica. Owszem, wyjście z Egiptu to wspaniała historia, ale byłaby tragicznie smutna, gdyby Izraelici wyrwali się z niewoli tylko po to, żeby każdy z nich mógł zostać małym faraonem. Owszem, podziwiamy Zwycięzcę śmierci, ale Jego tryumf okazałby się straszną porażką, gdyby wierzący w Niego wyzbyli się lęku przed śmiercią tylko po to, żeby nadąć się pychą, w pogardzie mieć dzieło Stwórcy i wyrzucić z pamięci obraz pokornego Odkupiciela. Uwielbienie Jezusa musi prowadzić do tego, by Zmartwychwstały zniknął sprzed oczu uczniów i posłał im Pocieszyciela, Ducha, który tchnie życie w codzienność i sprawia, że zaciera się granica między tym, co zwyczajne, i tym, co niezwykłe.

Czasowniki, które w naszych przekładach Biblii przetłumaczono na podniosłe i uroczyste „zmartwychwstać”, po grecku oznaczają bardzo prozaiczne czynności: obudzić się, wstać. Podnieść się na nogi. Tak anioł Gabriel zwraca się do Józefa: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę” (Mt 2,13). Jezus poleca paralitykowi: „Wstań, weź swoje łoże i idź” (Mk 2,11). Cóż bardziej banalnego, niż stać na własnych nogach? Potrzeba eksparalityka, byśmy uzmysłowili sobie, że jest to nie lada przywilej. A kiedy człowiek ten własnymi rękami podnosi łoże, na którym go dotąd noszono, przywilej okazuje się podwójny. Obłożnie chory staje się noszowym. (Noszowi często zapominają o tym, jak bardzo są uprzywilejowani. Myślą, że przede wszystkim pomagają innym, podczas gdy to ich przecież Bóg utrzymuje w pionie…). Niedawny paralityk niesie łoże, do którego był przykuty, niczym transparent obwieszczający, że doświadcza właśnie swoistej, niebagatelnej przyjemności. I jest w tym lepszy od najpotężniejszego androida, cudu nowoczesnej technologii, który planuje zastąpić przestarzałe, nieefektywne nogi napędem atomowym.

Podobnie – być ojcem to rzecz najzwyczajniejsza na świecie. Daleko nie szukając, ojcem został nawet nasz własny staruszek. Mamy więc skłonność, by sądzić, że lepiej jest zostać specjalistą w jakiejś elitarnej, innowacyjnej dziedzinie. A przecież ani Maria, ani Józef nie pracowali w takim sektorze. Mijają lata i wieki, a Święta Rodzina wciąż pokazuje, że to nie postęp techniczny czy rozwój artystyczny, ale właśnie macierzyństwo i ojcostwo są najbardziej niezwykłym i wiecznie nowym wyzwaniem ludzkości. Aniołowie zstępują z nieba z powodu takiego właśnie banału, a na wieść o wynalezieniu hiperzaawansowanej sztucznej inteligencji ruszyć się im nie chce (chyba że trzeba coś namieszać w programie).

Technika idzie do przodu, tworząc coraz doskonalsze maszyny głównie po to, żebyśmy mogli spokojnie umościć się pod kocykiem i zrelaksować, oglądając ulubiony serial. Natomiast Chrystus zmartwychwstał przede wszystkim po to, żebyśmy mogli wstać rano, tak po prostu, i dziękować za to Bogu. Nawet jeśli w kuchni nie czeka na nas najnowszej generacji ekspres do kawy Nespresso.

Instrukcja obsługi
„instrukcji obsługi”

Istnieje publikacja o smutnej sławie, zatytułowana Samobójstwo, instrukcja obsługi2. Czytelnik znajdzie tam wyczerpującą listę instrukcji, jak strzelić sobie w łeb albo zatrzymać akcję serca. Niestety, w kwestii zmartwychwstania trudno o skuteczną samoobsługę. Odebrać sobie życie – to jest do zrobienia. O wiele trudniej byłoby sobie życie dać. Można skoczyć z szóstego piętra, ale jak się dźwignąć, kiedy się leży sześć stóp pod ziemią? Człowiek jest w stanie wyeliminować się spośród żyjących, ale wstać z martwych nie potrafi.

Zupełnie tak samo jest z początkiem życia. Tu też nie ma samoobsługi. Tak samo, jak niepodobna o własnych siłach zmartwychwstać, nie można bez pomocy przyjść na świat. A jednak – ciężki to cios dla naszej pychy – urodziliśmy się. Ktoś zauważy z pewnością, że owszem, człowiek jako jednostka nie może sam siebie sprowadzić na świat, ale człowiek jako gatunek jest do tego zdolny. Czyż nie płodzimy dzieci? Natomiast zmartwychwstanie jest niemożliwe tak samo dla jednostki, jak i dla gatunku. Zbudowana przeze mnie analogia z pewnością ma ograniczenia, ale może prowadzić do wniosku, że urodzenie się jest dla człowieka trudniejsze do osiągnięcia niż zmartwychwstanie. Może właśnie dlatego najnowsza technologia stawia sobie za cel, żeby jednostkę ludzką wyprodukować, eliminując konieczność narodzin. Cóż, to zrozumiałe.

Akceptacja faktu, że zostało się urodzonym, jest rzeczą trudniejszą i de facto bardziej podstawową, niż akceptacja perspektywy zmartwychwstania. Po części dlatego, że świadomość, iż urodziliśmy się ze związku pewnej pani z pewnym panem, jest mniej ekscytująca niż wizja odrodzenia w Bogu. Ale też dlatego, że jeśli raduje nas perspektywa życia wiecznego, musi to oznaczać, iż już tutaj, na tym łez padole, gdzieś pomiędzy strefą przemysłową a galerią handlową, nastawiliśmy się na to, żeby cieszyć się życiem. Po co chcieć żyć wiecznie, jeśli już teraz życie nam obrzydło? Jeśli narodzin nie uważamy za rzecz zwyczajnie cudowną, po co nam cud zmartwychwstania? Z drugiej strony, wiara w zmartwychwstanie sprawia, że dostrzegamy cud, jakim są zwyczajne narodziny. Jeśli mamy zaakceptować fakt, że przyszliśmy na świat tu i teraz, z ciałem, któremu wiele brakuje do ideału, po to, żeby wieść życie pełne trudu oraz cierpienia w zdegradowanym środowisku i wreszcie zdechnąć, prawdopodobnie w przykrych okolicznościach, to musimy wierzyć, że za tym wszystkim kryje się jakiś głębszy sens. Perspektywa zmartwychwstania sprawia, że żadnych narodzin nie możemy uznać za bezsensowne czy daremne (w religiach, które nie uznają zmartwychwstania, narodziny są z reguły postrzegane jako dopust albo degradacja; wyznawcy tych religii nie popełniają samobójstwa, bo jedyne, co mogłoby ich zadowolić, to gdyby się w ogóle nie urodzili). Tak czy inaczej, zarówno wiara w zmartwychwstanie, jak i akceptacja własnych narodzin wpisują się w tę samą postawę – afirmację życia. Życia, które nas przewyższa, zawsze jest o krok przed nami i nieustannie nas zaskakuje.

Niniejsza instrukcja obsługi nie zagwarantuje więc, że „to zadziała” (tak jak tego oczekujemy od broszury dołączonej do komputera albo do pistoletu). Jej intencją jest, żebyśmy nie rozstawali się z życiem. Niech doświadczenie życia okaże się ważniejsze niż korzyść majątkowa, prawda istnienia ważniejsza niż możliwość zainkasowania.

1 Fragmenty biblijne cytowane za: Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Pallottinum, Poznań 2003.

2 Claude Guillon, Yves le Bonniec, Suicide, mode d’emploi, éditions Alain Moreau, Paris 1982.

Książka nie tylko zawiera rys historyczny, ale także opisuje różne techniki i sposoby popełnienia samobójstwa. Przeciwnicy uznali publikację za szkodliwą i niemoralną, a wręcz – podżegającą do odebrania sobie życia. Rozegrała się trwająca kilka lat batalia, po której we Francji wydano zakaz sprzedaży – przyp. red.