Wszyscy patrzą - Megan Bradbury

Wszyscy patrzą

0,0

Nowy Jork, miasto, które inspiruje. Miasto, które przyciąga. Miasto, w którym wszyscy trwają w oczekiwaniu na to, co się za chwilę zdarzy.

            1967. Robert Mapplethorpe wie, że jest artystą. Od dzieciństwa w Queens marzy mu się gorączkowy, podniecający rytm śródmiejskiego życia, napór ciał. Chce, aby na niego patrzono, pragnie być znany.

            1891. Walt Whitman już osiągnął sławę i wszedł w podeszły wiek. Wciąż jednak ciekawy jak dziecko, wciąż pełen pasji, wraz ze swoim przyjacielem i biografem, Bucke’em, wyrusza w podróż do miasta, które zawsze uwielbiał, miasta, które było sceną jego największych triumfów i porażek.

            1922. Robert Moses, człowiek z wizją. Stojąc na brzegu Long Island wie, co tu może powstać. Idąc ulicą na Brooklynie, potrafi ujrzeć jej przyszłość. To ktoś, kto zbuduje nowoczesny Nowy Jork.

            2013. Edmund White wraca do Wielkiego Jabłka. To miasto jego młodości i dorosłego życia, a także miłości. Teraz wspomina dni leniwych rozkoszy, noce ekstazy i euforii. Od tamtego czasu minęło jednak wiele lat.  

Wszyscy patrzą to opowieść o ludziach, którzy określili Nowy Jork. Poprzez życie i perspektywę tych wybitnych twórców, artystów i myślicieli, jak również poprzez ich ikoniczne dzieła, które oddają jego kwintesencję, zostaje ukazany portret miasta. Złożonego, barwnego, wstrętnego, kuszącego, ulegającego ciągłym zmianom i ewolucji. Ten intymny i epicki w swoim rozmachu obraz to wyraz miłości do Nowego Jorku i jego mieszkańców.    

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Strona tytułowa

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
ROZDZIAŁ 25
ROZDZIAŁ 26
ROZDZIAŁ 27
ROZDZIAŁ 28
ROZDZIAŁ 29
ROZDZIAŁ 30
ROZDZIAŁ 31
ROZDZIAŁ 32
ROZDZIAŁ 33
ROZDZIAŁ 34
ROZDZIAŁ 35
ROZDZIAŁ 36
ROZDZIAŁ 37
ROZDZIAŁ 38
ROZDZIAŁ 39
ROZDZIAŁ 40
ROZDZIAŁ 41
ROZDZIAŁ 42
ROZDZIAŁ 43
ROZDZIAŁ 44
ROZDZIAŁ 45
ROZDZIAŁ 46
ROZDZIAŁ 47
ROZDZIAŁ 48
ROZDZIAŁ 49
ROZDZIAŁ 50
ROZDZIAŁ 51
ROZDZIAŁ 52
ROZDZIAŁ 53
ROZDZIAŁ 54
ROZDZIAŁ 55
ROZDZIAŁ 56
ROZDZIAŁ 57
ROZDZIAŁ 58
ROZDZIAŁ 59
ROZDZIAŁ 60
ROZDZIAŁ 61
ROZDZIAŁ 62
ROZDZIAŁ 63
ROZDZIAŁ 64
ROZDZIAŁ 65
ROZDZIAŁ 66
ROZDZIAŁ 67
ROZDZIAŁ 68
Przypisy
Źródła
Podziękowania

Tytuł oryginału:

EVERYONE IS WATCHING

 

Redakcja językowa: Marta Gorajska

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce:

© AR Pictures / Shutterstock

© Alinute Silzeviciute / Shutterstock

Korekta: Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący: Małgorzata Głodowska

 

Copyright © Megan Bradbury 2016

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

 

Wydanie I

 

ISBN 978-83-8015-547-3

 

 

 

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.
ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
www.czarnaowca.pl
Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl
Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl
Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

 

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

 

 

 

 

 

Benowi

 

 

 

 

 

Chociaż książkę tę zainspirowało prawdziwe miasto oraz życie i twórczość autentycznych postaci, należy ją traktować jako fikcję literacką. Jeśli czerpie z istniejących dzieł, źródła podano na końcu.

„Historię tworzą masowe tęsknoty”1.

Don DeLillo, Podziemia

  1. Przełożył Michał Kłobukowski. [wróć]

ROZDZIAŁ 1

Robert Mapplethorpe wydziera stronę z czasopisma i wycina nożyczkami tors, nogę i fiuta faceta. Nakleja te części ciała na kartkę. Leży w ciemnym pokoju na Brooklynie. Jest rok 1967. Słyszy, jak po domu kręcą się inni ludzie. Ma wrażenie, że czas upływa, ale jego to nie dotyczy. To przejmujące uczucie, aż gniecie go w dołku. Czuje drgania powodowane przez metro.

Kiedy idzie mostem Brooklińskim, ma wrażenie, jakby był na szczycie świata. Metro jest brudne i pełne życia. Stukot pociągu to muzyka, graffiti w wagonie – dzieło sztuki. Wychodzenie z metra na ulicę jest jak wstępowanie do nieba. Na tłocznych ulicach śródmieścia miasta nigdy nie czuje się samotny.

Pewnej nocy w ciemnym pokoju na Brooklynie Robert budzi się ze snu. W progu stoi kobieca postać, obramowana ostrym światłem.

– Szukam kogoś – mówi. – Wiesz, gdzie go mogę znaleźć?

Odwraca od niego twarz w stronę światła.

Robert nie śpi. Ma otwarte oczy. Nie jest w stanie się odezwać.

Robert ponownie widzi dziewczynę w sklepie, w którym pracuje. Na początku przychodził tam dla jednej pięknej rzeczy, perskiego naszyjnika w oknie, potem także dla tej dziewczyny.

Ona nie chce sprzedać naszyjnika. Pragnie zachować go dla siebie.

– Pozwolę ci go kupić, jeśli obiecasz, że mi go oddasz – mówi.

Dziewczyna będzie później twierdzić, że ich przeznaczeniem było się poznać – będzie to jeden z tematów ich rozmów, czy była w tym ręka Boga, czy diabła – i że stanowią dwie połówki jabłka.

Wracając na Brooklyn, Robert przesuwa palcami po naszyjniku w kieszeni. Czuje jego ciężar. Przypominają mu się paciorki różańca z dzieciństwa. Ile za to Zdrowaś, Mario? – zastanawia się.

Ponownie widzi tę dziewczynę w parku Tompkins Square. Czarne niebo jest pełne gwiazd. Tej nocy nie wydają się takie odległe. Rysunki, które później wykona, będą nawiązywać do przestrzeni i życia po śmierci, dwóch magicznych, bo nieopisywalnych kwestii.

Dziewczyna nagle znajduje się przy nim. Według niego jest odzwierciedleniem albo afirmacją jego myśli. Mówi bardzo szybko. On zgadza się ze wszystkim, co wychodzi z jej ust – tylko po to, żeby na nią patrzeć.

Idą zygzakiem po ulicach miasta. Ona porusza się szybciej od niego. Ciągnie go za sobą. On unosi się w powietrzu, nic nie waży. Dziewczyna ma na imię Patti. On przedstawia się jako Bob.

– O nie. Mogę mówić do ciebie Robert? – pyta.

Robert pochodzi z Floral Park w okręgu Queens. Floral Park jest pracownią malarską, w której powstają martwe natury i wszystko jest starannie poustawiane. Drzwi domów są pomalowane na ten sam kolor, trawniki przystrzyżone na tę samą wysokość. Przed każdym domem powiewa na wietrze ten sam gwiaździsty sztandar, który zimą zamarza. Chodnik jest zamieciony, a trawa zadbana.

Ośmioletni Robert siedzi na dywanie w salonie i nawleka dla matki koraliki na sznurek. Robi swój pierwszy naszyjnik. Dźwięk z telewizora jest przyciszony. Chłopiec pochłonięty pracą spogląda przez mgłę dymu papierosowego. Ma blisko matkę i dywan – miękki i ciepły, kątem oka widzi migający ekran i dobiera korale, najpierw ten, potem tamten. Nigdy się nie myli. Umieszcza każdy koralik tak, jak mu się podoba: najpierw ten, potem tamten i tamten.

Ojciec Roberta codziennie dojeżdża do pracy w mieście godzinę i dwadzieścia minut, ale nie narzeka.

Teraz siedzi w wagonie metra i czyta poranne wydanie gazety. Składając je na czworo, ustępuje miejsca młodej kobiecie, chwyta się skórzanego pasa i kołysze w rytm ruchu pociągu – hamowanie i do przodu – czytając z przerwami gazetę. Przed dojazdem do Nowego Jorku przeczyta cały dział komentarzy.

W wolnym czasie Harry Mapplethorpe zajmuje się zbieraniem ryb tropikalnych i znaczków. Jest także zapalonym fotografem. Sam wywołuje filmy i robi odbitki zdjęć. Interesuje go nie tyle efekt, ile proces powstawania zdjęcia.

Robert chodzi na lekcje religii. Tak bardzo boi się diabła, że ze strachu skręca go w żołądku. To diabeł jest siłą sprawczą. Za grzech wprawdzie można uzyskać przebaczenie, ale Robert nie bardzo wierzy w Boga. Robert wierzy w magię. Robert lubi ceremoniał kościelny. Paciorki różańca i krucyfiksy. Podoba mu się ułożenie przedmiotów na ołtarzu. Z upodobaniem nosi świece i opłatki na mszę. Od dymu kadzidła kręci mu się w głowie. Ksiądz mówi, że Bóg stale patrzy. Roberta cieszy myśl, że ktoś nad nim czuwa.

Robert siedzi w szafie w domu we Floral Park wśród pościeli i koców, przeglądając czasopismo dla nudystów. Spogląda na pokazane tam ciała, kobiety grające w siatkówkę, ich potężne, wyciągnięte za piłką sylwetki, rzeźbione postacie mężczyzn obok nich, z naprężonymi muskułami. Zaczyna się masturbować. Czuje zapach proszku do prania i ciepłych ręczników. Patrzy na kolejne zdjęcia, jedno ciało, a potem drugie, kolejne ciała.

Robert Mapplethorpe będzie mówił: „Dobrze jest pochodzić z Floral Park, bo dobrze się stamtąd wyrwać”. Będzie to powtarzał, kiedy stanie się sławny. Będzie podkreślał różnicę między miejscem, z którego pochodził, a miejscem, w którym później zamieszkał.

Szesnastoletni Robert rusza prosto na 42nd Street. Omija bezdomnych, alfonsów, biznesmenów, okrąża stojące na światłach samochody. Próbuje dostać się do kina, ale nie ma pieniędzy – biletowy go odgania i wpuszcza innych. Jest mu niedobrze. Wydaje mu się, że to Kościół katolicki próbuje się do niego dobrać, więc mówi Chrystusowi, żeby się odpieprzył, i biegnie ulicą. Musi coś zobaczyć. Zatrzymuje się przed dobrze znanym mu kioskiem. Kiedy wchodzą tam dwaj mężczyźni, wślizguje się za nimi. Podkrada się do stojaka z czasopismami, sunąc po nich wzrokiem. Czasopisma są zapakowane w celofan, a fiuty zaklejone taśmą. Gapi się na okładki. Uświadamia sobie, że chciałby utrwalić tę chwilę – ten właśnie moment, to gniecenie w brzuchu. Pragnie powycinać zdjęcia i z sylwetek facetów oraz ich fiutów zrobić dzieło sztuki. Chwyta, co może, i wybiega.

Ale właściciel sklepu i facet za ladą przez cały czas mają go na oku. Od początku wiedzą, po co tu przyszedł, bo od młodości znają takie historie – cholera, sami wtedy robili to samo.

– Trzymaj go, Joe!

Facet staje Robertowi na drodze.

– Co tam masz, chłopcze? Lekturę na weekend? Co z nim zrobić?

– Ma miłą buzię, puść go. Nie chciałeś nic złego, prawda, chłopcze? Co z tobą, mały? Nie umiesz mówić?

Robert kopie faceta w krocze i ucieka.

Nie ma lepszego miasta niż Nowy Jork dla dzieciaka, który chce zniknąć w tłumie.

W 1963 roku Robert wstępuje do Pratt Institute i zostaje przyjęty do bractwa Pershing Rifles. Wkłada ciemny mundur i staje w szeregu. Rozbierają go i zawiązują mu opaskę na oczy, a potem musztrują. Na koniec wpychają w odbyt lufę strzelby. Przywiązują do penisa cegłę i każą rzucić nią na drugi koniec pomieszczenia. To wszystko nie przenika do jego wnętrza. Robi, co mu każą. Chce dojść do granic i w ten sposób się zmienić. Otacza się mocnym pancerzem. Przechodzi transformację. Chce gdzieś przynależeć. Chce być kimś.

W letnie wakacje 1964 roku, mając siedemnaście lat, Robert nadzoruje grę losową w pawilonie belgijskim na Wystawie Światowej w Queens. Podczas przerwy na lunch je wafle na stoisku z waflami. Do palców przyklejają mu się kryształki cukru. Jest pogodny dzień. Rodziny, dzieci w wózkach, z balonami trzymanymi w rękach albo przywiązanymi do uchwytów wózków przystają u wejścia do kościoła, podnoszą głowy i spoglądają na wieżę. Z karuzeli dochodzi muzyka. Spódniczki i marynarki kręcących się na niej dzieci zlewają się w jedną smugę. Maluchy się śmieją.

Robert zlizuje z palców cukier i przechodzi przez plac. Patrzy w głąb otwartej hali w stronę Manhattanu, ale jedyne, co widzi, to nieprzenikniony tłum, swetry bliźniaki, brudne T-shirty, letnie żakiety w cukierkowych kolorach, natapirowane włosy, dzieci na wrotkach pociągane za kark przez matki, mężczyzn w garniturach, kapelusze – wszyscy ci ludzie z hot dogami w dłoniach wlewają się wejściem i mrowią w alejkach; idą prosto na niego, zmierzając do kolejki jednotorowej. Mają przygotowane pieniądze.

Tory i wagony kolejki wznoszą się w niebo. Widzi strzeliste pawilony i platformy widokowe, z których zwiedzający oglądają wystawę. Widzi ich dyndające nogi. Pochylają się i wyginają, żeby zobaczyć, co jest na dole.

Robert przepycha się przez tłum i kieruje z powrotem w stronę belgijskiego łuku. Musi dotrzeć na Manhattan, tam będzie mógł być sobą. Słyszy płaczące dzieci i widzi, jak przebiegają pod łukiem, w kierunku fontanny i otoczonych międzynarodowymi flagami stawów pośrodku. Turyści przybywają z Manhattanu z lodami i dłońmi w klejących uściskach dzieci. Nie czuje się jednym z nich.

Robert wycina zdjęcie ciężarowca i nakleja na jego krocze czerwone przezroczyste kółko. Wykonuje kolaże z tego, co wpadnie mu w ręce. Takie rzeczy chciałby oglądać. Wykładowcom w Pratt Institute nie podobają się jednak jego prace. Nie rozumieją tego, co robi Robert. Proszą go, żeby im objaśnił, ale nie potrafi. Odchodzi z college’u, bo wiedzieć o czymś zbyt dużo jest niebezpiecznie. Jest tam za wielu nauczycieli. Zresztą żaden z niego student, nigdy nim nie był i nie będzie; jest artystą.

Nie rozumiecie, kim jestem! Jestem artystą! Jestem kimś! Ojciec jednak nie patrzy Robertowi w oczy. W ogóle na niego nie patrzy. Nie podoba mu się to, jak Robert się ubiera. Nie podoba mu się to, co Robert mówi. Wynoś się stąd – mówi. Robert pakuje swoje rzeczy. Jedzie metrem na Manhattan. Rytm pociągu to rytm jego pulsu. Tak właśnie jest, kiedy stanowi się środek, centralny punkt wszystkiego. Nic nie widać – tylko czarną dziurę, odwracasz się, ale nic nie znajdujesz. Oto Robert Mapplethorpe przybywa spoza, żeby znaleźć się w, zmierza prosto do centrum Manhattanu.

ROZDZIAŁ 2

Edmund White wychodzi przez rozsuwające się automatycznie drzwi terminalu i staje na końcu kolejki do taksówek. Jest 2013 rok. Na chodniku stoją walizki i torby podróżne. Ludzie przed nim wyciągają szyje, wypatrując taksówek.

Edmund przymyka oczy.

Widzi parking i miasto, swoją przeszłość i przyszłość, intensywnie błękitne niebo. Nowy Jork. Ziemisty, drażniący, pozbawiony wyrzutów sumienia. Edmund cmoka, przytykając suchy język do podniebienia. To nieprzyjemne. Jest niewyspany. Powroty nie są łatwe.

Podczas jazdy billboardy zlewają się ze sobą za oknem taksówki. Oto cmentarze w Queens, tłum nieboszczyków. Jestem już stary, myśli Edmund, osłaniając się przed słońcem. Opuszcza szybę – spaliny, pył. Kierowca stuka w dzielącą ich plastikową przegrodę, wskazuje napis: „Nie otwierać okna, taksówka jest klimatyzowana”.

Wjeżdżają do miasta mostem Queensborough, arkadą stalowych wsporników, które dzielą widok na prostokąty; oto panorama East Side, szczerbaty uśmiech Manhattanu, niezwykły wykres, wysokie i długie budynki, przecinane strzelistymi wspornikami. Zagłębiają się w śródmieście.

Wiosna odchodzi. Nad Columbus Circle i wejściem do Central Parku unosi się rozświetlana słońcem mgiełka. Oto smukłe i lekkie londyńskie platany. Przy fontannie siedzą ludzie, patrzą na grającego saksofonistę; jego instrument błyszczy w słońcu jak złoto. Leniuchują z wyciągniętymi nogami, są na luzie.

Edmund staje przed kamienicą przy West 30th Street. Odwraca głowę, żeby zobaczyć swoje odbicie w przeszklonych drzwiach wejściowych. Jest ubrany w pognieciony kremowy garnitur i niebieski krawat. Przekrzywiony. Ma zarumienione policzki; wygląda, jakby zaciągnięto go tu wbrew woli. Puka w szklane drzwi. Boli go głowa. Być może od słońca. Mieszkał w Nowym Jorku przez wiele lat i wie, że nowojorskie lato potrafi dać się we znaki. Asystentka jego wydawcy pokaże mu to mieszkanie, kiedy przyjdzie. Edmund czeka po słonecznej stronie ulicy. Buty wyczyścił jeszcze w Paryżu. Tu wręcz lśnią. Może daje mu się we znaki nie słońce, ale presja czasu.

Lato zwykle spędzał na Fire Island. Parki na Manhattanie zawsze były okiełznane, ujęte w karby, podczas gdy wydmy i plaże Fire Island były dzikie, naturalne. Wtedy miał ochotę zrzucić ubranie, swobodnie spacerować w słońcu i kąpać się w oceanie. Był odprężony i spokojny, młody człowiek z przyszłością. Całe jego życie wydawało się czyste jak woda, przyjazne jak ciepły piasek. Fire Island była jego wyspą. Samotny ląd pełen ludzi, a potem pusty. Ludzi, którzy osłaniali oczy przed słońcem gorącymi brązowymi dłońmi.

Long Island się powiększa za sprawą nanoszonego przez fale piasku. Ta nowa ziemia zmienia kontekst tego, co już tam jest. Edmund nie wie, co myśleć o miejscu, które się rozszerza i rozszerza.

Co roku trzeba ręcznie sadzić piaskownicę zwyczajną, żeby wydmy nie zostały zmyte przez ocean. Nie wie, co myśleć o miejscu, które pozostawione samemu sobie po prostu znika.

Zawsze tak jest – myśli Edmund. Mimo wspomnień o swobodnej beztrosce uważa, że to zasady trzymają ludzi w ryzach. Wiedział to dawniej i wie teraz, że oprócz seksu za tymi wydmami czai się czas. Wszyscy mamy jakieś doświadczenia – powiedział kiedyś dziennikarz prowadzący z nim wywiad – jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Edmund White wciąż trzyma rękę na pulsie.

Edmund White?

Odwraca się i widzi kobietę z podkładką do pisania i wyciągniętą ręką.

– Przykro mi, że musiał pan czekać – mówi. – Wejdziemy do środka?

Wkraczają do chłodnego, klimatyzowanego holu.

– Podoba mi się nazwisko White. Brzmi jak zapowiedź czegoś świeżego, jak czysta pościel.

W windzie wciska guzik z numerem pięć. Piąte piętro.

Lustrzane ściany windy ukazują zniekształcone odbicie Edmunda White’a. Kobieta stojąca obok niego czyta podane przez niego parametry z kartki przypiętej do podkładki błyszczącym metalowym klipsem: Edmund White, mieszkanie z jedną sypialnią, niedaleko metra i głównych środków transportu; poniedziałek; najem i tak dalej.

Jego paryskie mieszkanie miało balkon z widokiem na dach kościoła. Chłodne powiewy wiatru szeleszczące kartkami. Szum deszczu. Rozmowy. Francuski wpływający do środka jak lekka bryza. Końcówki wyrazów, szorstkie i niedokończone. Historia, której nie znał. Język, którego nie rozumiał. Oddech, drżący i niepewny. Duże ciało kochanka, ciepłe i pełne życia. Rozciągnięty czas, cudowny i nieprzemijający.

To mieszkanie na planie litery „L” ma być tymczasowe. Jego położenie w kamienicy wyznaczają ostre, proste linie, kwadraty, kąt desek podłogowych w miejscu, w którym Edmund stoi, wyraźne krawędzie okna w czarnych ramach, z parapetem. Nic nie może się tu dostać ani stąd wydostać. Okna są pozamykane, szumi klimatyzacja. Ręczniki w łazience wiszą równo w szeregu. Żołądek Edmunda jest ściśnięty do rozmiaru orzecha.

Niebawem wybierze przyjemne miejsce w Chelsea albo na Upper West Side. Będzie przywodziło na myśl przyszłość. Dużo będzie trzeba w nim zrobić, naprawić, zmienić. Edmund pójdzie kupić nowe meble, dzieła sztuki, obrazy, półki na książki i same książki. Każe przewieźć tam swoje stare rzeczy. Po powrocie od razu zabierze się do pracy. Wyłoży wszystkie notatki na stół. Przeczyta je od deski do deski. Podzieli swoje życie na rozdziały. Przestudiuje plan miasta. Napisze, jak to było w przeszłości. Przypomni sobie brudne ulice miasta. Przypomni sobie samego siebie. Przypomni sobie własne początki w latach sześćdziesiątych, kiedy przyjechał do miasta, które było na skraju upadku, tak jak on. Zestawi ten temat, schyłek miasta, z własnym poczuciem, że wszystko się dopiero zaczyna, jakby ktoś włączył światło i Edmund mógł wreszcie zobaczyć świat.

Asystentka włącza światło w kuchni i otwiera drzwi do sypialni. Prowizoryczne łóżko zostało zepchnięte pod ścianę. Na materacu są szare plamy. Edmund nie ma pościeli. Będzie musiał pójść ją kupić. Będzie musiał pójść i kupić wiele rzeczy – ubrania i sprzęty kuchenne. Wszystko to będzie nowe, nieużywane. Otworzy okno i wpuści do środka świeże powietrze.

– Mam dla pana dokumenty – mówi asystentka, kładąc teczkę na kanapie.

Otwiera ją i wyjmuje papiery. Poszło jej oczko w rajstopach, na lewej łydce, z tyłu. Rajstopy są jak welon. Nie mogę cię dotknąć, myśli Edmund. Patrzy, co kobieta robi z dokumentami. Szeleszczą kartki. Nie spieszy jej się. Nie ma dokąd pójść. Dobrze się czuje, tu, z Edmundem White’em. Edmund White to sławny pisarz. Edmund White jest autorem wielu książek. Zapyta go, czy tak samo jak na dokumentach podpisuje się pod dedykacjami w swoich książkach, a on odpowie, że nie wie. Odpowie, że nie jest maszyną, że nie może bezkarnie podpisywać raz po raz książki za książką. Nie jest tym człowiekiem ze zdjęcia, które zrobiono przed wieloma laty. Jest kimś innym. Innym Edmundem White’em. Myśli pani, że ten człowiek to ja, a tamten Edmund White, tamten, to ktoś obcy, nieznajomy z przeszłości. Człowiek na zdjęciu to tamten Edmund White.

ROZDZIAŁ 3

Robert Moses spogląda przez okno pociągu, patrząc na miasteczka i wioski Long Island. Jest 1922 rok. Tu i tam dostrzega ocean, płynące po nim łodzie, odbijające się od wody słońce. Po wyjeździe z miasta widzi w oddali lasy, wiele akrów. Nie wie, do czego są wykorzystywane. A potem lasy znikają.

Moses uwielbia miasteczko Babylon na Long Island, wynajmuje tam z żoną domek. Spaceruje cichymi uliczkami i schodzi na plażę. Pływa samotnie w oceanie. Widać, że jest silny, ale i elegancki. Przecina wodę bez plusków – wręcz po niej sunie. Najbardziej lubi wzburzony ocean. Lubi mieć potężnego przeciwnika, także w pracy. Gdyby spojrzeć na niego z góry, można by pomyśleć, że widzi się maszynę – pozostawia prosty ślad na wodzie, przecinając ją swoim ciałem, tymi grubymi szerokimi ramionami, szerokimi umięśnionymi plecami.

Robert Moses gorliwie pracuje dla gubernatora, ale chciałby robić jeszcze więcej. Większość nowojorczyków nie może popływać sobie w oceanie. Dzieci grają w koszykówkę na ruchliwych ulicach. Pływają w East River, zanieczyszczonej odpadami i śmieciami. Rodziny mieszkają w przeludnionych czynszówkach, slumsach bez dostępu do ogrodów czy parków publicznych. Lata na Manhattanie są mordercze. Ludzie się męczą. Ci, którzy mają automobile, jadą na Long Island. Ale to, co na mapie wygląda na godzinną przejażdżkę, w rzeczywistości staje się wielogodzinną wyprawą, bo drogi są beznadziejne. Wszyscy próbują się gdzieś wyrwać, ale nie ma dokąd ani jak. Godzinami tkwią w korkach. Powoli przejeżdżają obok posiadłości najbogatszych rodów w Ameryce, Morganów i Vanderbiltów. Mijają kolumnady i biegnące za bramami podjazdy, wieżyczki zamków, bujne wypielęgnowane trawniki bogaczy.

Idąc do domu ze stacji w Babylon, Moses myśli o tamtym obszarze leśnym, który codziennie widzi z pociągu. Trzeba wykorzystać każdy skrawek ziemi.

Robert składa wizytę w ratuszu Babylon i pyta, czy mógłby zobaczyć mapę wyspy.

– Tamte lasy wzdłuż brzegu – pyta urzędnika – czemu służą?

– Zaopatrują w wodę stary Brooklyn – odpowiada urzędnik. – Tam się ją przechowuje, na wypadek niedoboru. Z tego, co wiem, nigdy z niej nie korzystano.

Robert Moses dostaje samochód z kierowcą. Jedzie przez Long Island, wzdłuż Merrick Road. Na końcu drogi wysiada z auta, pokonuje ogrodzenie i zagłębia się w las. Idzie wśród zarośli, paproci i dzikiej trawy, przedziera się przez jeżyny. To nie jakiś tam lasek, ale liczący trzy tysiące pięćset akrów bór. Odnajduje cztery zbiorniki wodne z liliami, szczupakami i pstrągami. Odnajduje większy zbiornik wodny niż staw w Central Parku. Widzi to wszystko w okamgnieniu, rekreacyjny teren parkowy z kortami tenisowymi, boiskiem bejsbolowym, polem golfowym, stołami piknikowymi, szlakami turystycznymi, jeziorami, w których się pływa, i jeszcze przestrzenią, żeby wybudować drogę prowadzącą nad ocean i na nowiutką publiczną plażę.

Moses czyta o legendach Great South Bay, o rozbitych statkach i rybakach. Wypytuje miejscowych poławiaczy ostryg o wyspę: które jej części są niezbadane? Jak można się tam dostać?

Kupuje małą łódź. Jego żona nadaje jej nazwę „Bob”. Robert wypływa nią sam i lustruje brzeg Long Island. Szuka ukrytych zatoczek, klifów, wydm i lasów.

Na południowym wybrzeżu Long Island rozciąga się piaszczysta mierzeja nazywana Jones Beach, dostępna jedynie drogą wodną. Moses przybija tam łodzią, którą wyciąga na brzeg. Siada na pustej plaży, która rozciąga się daleko jak okiem sięgnąć – biały jak śnieg piasek na wschód i zachód.

Moses eksploruje Jones Beach, wędruje wzdłuż niej w jedną i w drugą stronę. Siada i myśli. Przedziera się przez zarośla i brodzi w wodzie. Pływa w oceanie. Unosząc się na falach, znowu spogląda na plażę.

Moses ponownie zabiera lunch na łódź i wypływa w rejs. Płynie się gładko, pod nim tylko szklista woda, a na kadłubie „Boba” jego własny cień. Jak ocean długi i szeroki nie widać innej jednostki pływającej. Na niebie ani jednej chmurki. Moses kieruje się na wschód ku Fire Island, kolejnej piaszczystej mierzei. Gasi silnik i wyciąga łódź na brzeg. Osłania oczy przed słońcem. Idzie przez wydmy, piaskownicę zwyczajną, dzikie bagna. Tego wszystkiego nie ma na żadnej z map, które oglądał. Miejsce jest dzikie, nieskalane. Czyste. Niezanieczyszczone ani niezatłoczone jak Coney Island, nie ma tu nachalnych naganiaczy ani podejrzanych lokali. Żadnych szemranych typów. Tylko sama natura. Idealne środowisko, niezapisana karta. I to miejsce jeszcze się powiększa. Moses stoi bowiem na samym środku bardzo długiej plaży, chociaż według mapy powinien znajdować się tu ocean. Fale w sposób naturalny stworzyły nowy ląd. To wartość, jaką przynosi upływ czasu, myśli Moses.

Moses walczy z grubymi rybami z ratusza, instytucjami, aferzystami, populistami i idealistami, finansistami, właścicielami ziemskimi, inżynierami, gubernatorem i burmistrzem. Wszyscy się sprzeciwiają. Mówią, że nie ma na to pieniędzy. Mówią, że nikt nie chce nowych dróg ani mostów, nikomu nie są potrzebne publiczne plaże. Gubernator Al Smith nie jest zwolennikiem sportu ani rekreacji. Nie lubi oglądać meczów bejsbolowych. Nie zamierza biegać. A to jego musi przekonać Moses.

Al Smith urodził się na Lower East Side w 1873 roku. Nauczył się pływać w East River, skacząc razem z kolegami z rozpadających się pomostów do brudnej wody. Płynące rzeką śmiecie stanowiły element krajobrazu. Jego świat ograniczał się do Lower East Side, bo tam żył cały świat, tworząc największe skupisko różnych nacji w Ameryce. Jego podwórkiem, placem zabaw, były ulice, bieżniami – ciemne alejki, wodopojami – wysadzone studzienki, torem przeszkód – chodniki z wypaczonymi płytami. Z okna czynszówki, w której mieszkał, widział zakończenie budowy mostu Brooklińskiego. Pochodził z rodziny włosko-irlandzkiej. Wiedział, jak to jest być kimś obcym, zmuszonym korzystać z nadarzających się okazji. Nie był wykształcony jak inni politycy. Nie rozumiał ich, kiedy mówili. Nie znał procedur ustawodawczych. Zabierał do domu projekty ustaw i czytał je starannie. Czytał wszystko, co mogło mu pomóc zrozumieć. Nie był uprzywilejowany, ale cieszył się sympatią ludzi. Umiał z nimi postępować. Patrzył im w oczy. Mówił wprost, co myśli. Znał wszystkich w sąsiedztwie. Wiedział, jak im się żyje. Mieszkał nie w zamożnym domu w centrum miasta jak inni politycy, ale na obrzeżach.

Dlaczego więc słuchał Roberta Mosesa? Tego wykształconego i oczytanego gówniarza po Yale? Czy zauważył w jego oczach zadatki na porządnego człowieka? Czy zgadzał się z jego poglądami? Na początku ten młody człowiek miał ich wiele.

Moses nakłania Ala Smitha, żeby wysiadł z auta, i pokazuje mu, gdzie będzie przebiegać aleja. Objaśnia plan dojazdu do mostu i przeprawy na mierzeję, na której powstanie Jones Beach.

Moses wyjaśnia: Tu będzie dochodzić główna aleja, a tam będzie wejście do wschodniego budynku z kabinami do przebierania się; po obu stronach drogi na grobli znajdą się parkingi; tu obok powstanie bufet z promenadą biegnącą wzdłuż oceanu, a za nią będzie plaża. W regularnych odstępach ustawimy stanowiska ratowników, przed punktem pierwszej pomocy umieścimy szatnie, a w nich ubikacje, prysznice, szafki i pomieszczenia do zmiany pieluch. Tam powstanie amfiteatr, kolista ściana zewnętrzna i kamienne ławy, za sceną znajdą się łazienki i garderoby. Będą baseny do pływania i skoków, leżaki, stoły i krzesła, a obok restauracja. Dalej urządzimy tereny sportowe, pole do gry w shuffleboard, boiska do tenisa i tenisa stołowego, wrotkarnie i minigolf. A tam dalej będzie znowu zacieniony teren rekreacyjny. Zasadzimy trawę, żeby zatrzymać wydmy. Potrafi pan to sobie wyobrazić, panie gubernatorze?

– O mój Boże – odpowiada Smith.

W 1924 roku Al Smith mianuje Roberta Mosesa szefem Long Island State Park Commission, komitetu budowy parków na wyspie. Moses bierze swojego ochroniarza i samochód z szoferem; obchodzi ogrody na tyłach posiadłości na wyspie, pokazując swoje nowe pełnomocnictwa wydane przez ratusz. Notuje wymiary działek. Mierzy ziemię taśmą i fotografuje. Instruuje swoich ludzi, żeby robili to samo. Patrząc na okazałe rezydencje, przenika je wzrokiem. W ogóle nie słyszy protestów właścicieli. Widzi, jak może tu być bez tych domów, bez tych ludzi, którzy stoją mu na drodze.

Al Smith łapie Mosesa pod ramię i zabiera go na spacer po Lower East Side. Idą Orchard Street, potem Delancey, w górę Bowery, przechodzą na Mott Street. Przeciskają się przez tłumy tłoczące się przy ulicznych straganach. Smith zatrzymuje się, żeby podać dłoń kilku osobom.

– Al! – mówią. – Jak się ma Katie? Mogę uścisnąć panu rękę?

Smith zwraca się do Mosesa: – Tak się rządzi miastem. Trzeba być przygotowanym na spotkania ze zwykłymi ludźmi.

Moses kilkakrotnie odwiedza pewną farmę na Long Island. Początkowo jest najbardziej ujmującym człowiekiem, jakiego ta rodzina kiedykolwiek poznała; spacerując po otwartych polach, niedbale zarzuca marynarkę od garnituru na szerokie ramię. Zatrzymuje się, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Rodzina czeka, żeby ten ważny człowiek przemówił. Można by odnieść wrażenie, że w tym, co tu robią, widzi kawałek nieba. Do licha, pewnie da im pieniądze, żeby to całe miejsce pozostało niezmienione. Po powrocie do chałupy Moses pomaga kobiecie zaparzyć kawę i opowiada o swoim dzieciństwie w Connecticut, jak wspaniale było żyć na takiej otwartej przestrzeni. Wypytuje ją o dzieci: czy są zdrowe? Czy dobrze im się żyje na wsi? Wyjaśnia, że dzieciom z Manhattanu nie jest tak łatwo – brak przestrzeni, brud, choroby. Gdyby zabrać je stamtąd i pokazać tę farmę, nie uwierzyłyby własnym oczom.

Ale długo tak nie będzie, mówi Moses. Prędzej czy później zjawią się tu deweloperzy i rozdrapią tę ziemię pod budowę nowych domów. Nowy Jork w niedługim czasie stanie się wielkim miastem, nic tylko budynki. Chodzi jednak o to, żeby dostęp do tych okolic mieli wszyscy. Żeby ci, którzy mieszkają w mieście, mogli odwiedzać je co jakiś czas. Powinniście zobaczyć twarze tych dzieci. Na ich widok pękłoby wam serce. Żeby polepszyć ich warunki życiowe, muszę tylko poprowadzić jedną prostą drogę z Brooklynu na Long Island. Tam zbuduję swoją plażę. Jak prosperuje gospodarstwo? – pyta Moses nie mężczyznę, ale w dalszym ciągu kobietę. Jej wahanie mówi samo za siebie. Dam wam dobre pieniądze za tę ziemię. Droga nie będzie przebiegać obok domu. Zarobicie wystarczająco, żeby kupić sobie farmę gdzieś indziej.

– Nie chcemy innej farmy – odpowiada mężczyzna. – Nie chcemy pańskich pieniędzy.

– Przemyślcie to – odpowiada Moses.

– Nie sprzedamy ziemi – oświadcza mężczyzna.

Moses bierze marynarkę i kapelusz. Dziękuje kobiecie za kawę i żegna się z wszystkimi.

Następnym razem przywozi z sobą armię mężczyzn w garniturach. Wchodzi do kuchni i rzuca na stół nowe plany. Mówi, że pieniądze, które oferuje, stanowią już połowę pierwotnej sumy. A droga, która wcześniej miała biec szczytem wzgórza, teraz będzie przebiegać obok domu.

Mężczyzna mówi: – Nie mogę się na to zgodzić… wezmę prawnika… będę…

Moses się śmieje.

W ciągu pół roku rodzina traci farmę.

Merrick Road trzeba poszerzyć i przekształcić w aleję; żeby połączyć Long Island z piaszczystą mierzeją, należy zbudować jeszcze dwie drogi. Moses będzie musiał wznieść most nad wodą, a także podnieść mierzeję, żeby można było ją zabudować. Nie pyta o zgodę właścicieli posiadłości na Long Island. Przychodzi na ich ziemie i zaczyna je mierzyć. Widzą go z okien sypialni i wzywają ochronę. Moses wraca z uzbrojonym strażnikiem i zgodą gubernatora. Właściciele pozywają go do sądu i przez jakiś czas wygląda na to, że nie będzie miał swojej ukochanej plaży. Spotyka się z krytyką za to, że nie korzysta z właściwych kanałów, nie negocjuje z drugą stroną. Używa siły i już.

– Racjonalne metody są nieskuteczne – odpowiada na to.

Moses czeka, aż zrobi się gorąco, bo wtedy wszyscy mają ochotę wybrać się na plażę. Wtedy wygłasza przed sądem mowę, opisując warunki bytowe zwykłych ludzi w upalne nowojorskie dni: brakuje przestrzeni na rekreację i ochłodę, podczas gdy najbogatsze rody w Ameryce bawią się na Long Island jak na prywatnym placu zabaw. Teraz gazety mają o czym pisać. Moses zbawcą. Moses bohaterem. Ludzie go uwielbiają. Gdzie są nasze plaże? Umrzeć za odrobinę świeżego powietrza! Moses już od jakiegoś czasu zdaje sobie sprawę, że ten, kto jest za plażą, ten jest za ludźmi. Robi się tak upalnie, że wszyscy są za plażą. Całe miasto oszalało na jej punkcie.

Sąd jednak nie wie, że Moses już zaczął budowę swojej plaży. Kazał wyciąć lasy i położył fundamenty pod drogi dojazdowe. Wymierzył cały teren i sprowadził materiały budowlane. I co teraz? Czy sąd w tym kraju nakaże przerwanie robót o wartości setek tysięcy dolarów?

Moses mówi: – Kiedy wbijesz pierwszy słup, nie każą ci go wyciągnąć.

ROZDZIAŁ 4

Richard Maurice Bucke stoi na peronie kolejowym w rześki pogodny ranek 1891 roku. Czeka na Walta Whitmana. Widzi pośpiech ludzi niknących w zadymionym powietrzu i wyłaniających się z niego z książkami w wydaniu kieszonkowym. Inni pasażerowie wsiadają do pociągu, żeby rozpocząć podróż, lecz dla Bucke’a ten moment stanowi początek końca, ponieważ on i Walt po przybyciu do Nowego Jorku się rozdzielą.

Bucke trzyma w dłoni notes, w którym napisze kolejną biografię Walta. Gdy teraz myśli o tamtej pierwszej, wydaje mu się nieadekwatnie cienka i nieaktualna. Obecnie mógłby napisać o swoim przyjacielu jeszcze pięć albo sześć tomów.

Bucke zetknął się ze Źdźbłami trawy, kiedy usłyszał, jak czytano je na przyjęciu. Później doznał serii wrażeń, połączonych z sobą niczym koraliki na sznurku. Nie żył już w realnym świecie, tylko takim, jaki pozostawia po sobie poetyckie objawienie. Znalazł się w dolinie między rzeczywistością a prawdą poetycką, bo posiadł słowa, nie znając ich autora. A pragnął poznać tego człowieka. W końcu odnalazł go w jego domu w Camden. Długo rozmawiał z Waltem o jego poezji. Od tamtej pory próbuje opisać swojego przyjaciela, ale im więcej o nim pisze, tym trudniej mu go przedstawić. Nie może rzucić jego postaci na kartkę, przyszpilić jej, przygwoździć. Walt jest wspaniały. Bucke przypomina sobie, jak wracał do domu z tamtego przyjęcia, przepojony światłem i ogniem. Wydawało mu się, że świat się wali. I to wrażenie pozostało. Nie jest łatwo żyć z nagłą świadomością tego, co można, czuć ją we krwi, gorącą i straszną.

Bucke przechodzi na środek peronu. Horyzont za torami kolejowymi stanowi migocącą linię. Tragarze wnoszą bagaże do pociągu i je z niego wynoszą. Bucke jednak widzi zdecydowane ruchy nieznajomych, którzy mają rozpocząć nowe życie. Może i on to zrobi. Jest gotowy. Czeka. A Walt jak zwykle się spóźnia.

Walt patrzy na tragarza, który stoi oparty o piramidę kufrów. Można by odnieść wrażenie, że ta piramida, wysoka i solidna jak on, jest przedłużeniem jego ciała. Ten człowiek śni. Nie słyszy hałasu, syku pary, głosów. Te kufry w końcu zostaną rozdzielone i rozmieszczone po całym wagonie, a tragarz zostanie na stacji. Walt usiądzie w przedziale i pociąg odjedzie. Być może zobaczy tego człowieka z pociągu, jak stoi na peronie, podczas gdy pociąg będzie się oddalał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki