Sympatyk - Viet Thanh Nguyen,NGUYEN VIET THANH

Sympatyk

0,0

"Laureat Nagrody Pulitzera.

Kwiecień 1975, ogarnięty chaosem Sajgon, ostatnie chwile przed wkroczeniem oddziałów Północy. Generał armii południowowietnamskiej popija whisky w swojej willi i z pomocą zaufanego kapitana sporządza listę tych, którym będzie dane wejść na pokład ostatniego samolotu odlatującego z kraju. Generał i jego rodacy zaczynają nowe życie w Los Angeles, nie zdając sobie sprawy, że są obserwowani: kapitan, narrator opowieści, okazuje się podwójnym agentem. „Jestem szpiegiem, śpiochem, kretem, człowiekiem o dwóch twarzach” – Sympatyk, jak sam o sobie mówi, jest synem Wietnamki i Francuza; po ukończeniu amerykańskiego uniwersytetu wrócił do Wietnamu, by walczyć za sprawę komunizmu. Jeszcze długo po upadku Sajgonu będzie donosić swoim mocodawcom z Wietkongu o każdym ruchu generała. Kiedy jednak jego lojalność zostanie zakwestionowana, zrobi coś, co będzie go prześladować do końca życia.

W powieści znajduje odbicie wiele osobistych przeżyć Nguyena. Autor, urodzony w 1971 roku w Wietnamie, w 1975 roku znalazł się w Stanach Zjednoczonych jako uchodźca, wcześniej przebywszy prawie 200 kilometrów, by z matką i bratem dostać się do najbliższego portu. Podobnie jak bohaterowie powieści, Nguyen i jego bliscy osiedlili się w Kalifornii. Tworząc postać głównego bohatera, czerpał z doświadczeń dorastającego w Ameryce uchodźcy. Komitet nagrody Pulitzera określił „Sympatyka” jako „złożoną historię imigranta, opowiedzianą gorzkim, konfesyjnym tonem człowieka o dwóch umysłach, mającego dwie ojczyzny: Wietnam i Stany Zjednoczone."

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tytulowa

Tytuł oryginału: The Sympathizer

Ilustracja i projekt okładki: Krzysztof Rychter

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska, Aleksandra Janecka

Copyright © 2015 by Viet Thanh Nguyen

All rights reserved.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

© for the Polish translation by Radosław Madejski

ISBN 978-83-287-0397-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Lan i Ellisonowi

Strzeżmy się przy słowie „katusza” zasępiać zaraz twarze.

W tym właśnie wypadku jest dość do zastrzeżenia,

dość do odjęcia – pozostaje nawet dość do śmiechu.

F. Nietzsche, Z genealogii moralności. Pismo polemiczne

tłum. Leopold Staff, Kraków 2006, s. 125

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

Podziękowania

ROZDZIAŁ 1

Jestem szpiegiem, śpiochem, kretem, człowiekiem o dwóch twarzach. A także o dwóch umysłach, co chyba nie dziwi. Nie jestem jakimś osobliwym mutantem z komiksu czy horroru, choć niektórzy właśnie tak mnie traktowali. Po prostu umiem spoglądać na problem z dwóch przeciwnych stron. Czasami sobie schlebiam, uważając to za talent, zresztą chyba jedyny, jaki posiadłem, choć muszę przyznać, że nie ma się czym chwalić. Ale kiedy sobie uświadamiam, że właściwie nie potrafię patrzeć na świat w inny sposób, nie jestem pewien, czy w ogóle można to nazwać talentem. Wszakże talent jest darem, który wykorzystujemy, a nie siłą, która wykorzystuje nas. Talent, któremu ulegamy zamiast z niego korzystać, może się obrócić przeciwko nam. Ale w czasie, od którego zaczyna się ta opowieść, mój sposób postrzegania świata wydawał się raczej zaletą, a nie zagrożeniem, bo taką właśnie postać przybierają niektóre zagrożenia na pierwszy rzut oka.

Moja opowieść zaczyna się w kwietniu, najokrutniejszym z miesięcy. To był miesiąc, w którym trwająca od bardzo dawna wojna straciła swój impet, jak to z wojnami bywa. To był miesiąc, który dla ludzi w tym małym zakątku świata znaczył wszystko, a dla prawie całej reszty świata nie znaczył nic. To był miesiąc, który przyniósł koniec wojny i początek… cóż, słowo „pokój” nie jest tutaj odpowiednie, prawda, mój drogi komendancie? Czekałem na ten miesiąc od pięciu lat, zamknięty w willi za murem zwieńczonym zwojami drutu kolczastego i najeżonym odłamkami szkła, które połyskiwały w słońcu. Miałem tam własny pokój, podobnie jak teraz, kiedy mam własny pokój w twoim obozie, komendancie. A raczej pojedynczą celę, nazywając rzeczy po imieniu, a zamiast gosposi, która codziennie przychodziłaby sprzątać, przydzieliłeś mi strażnika o dziecinnej twarzy, który w ogóle nie dba o porządek. Ale nie narzekam. Do spisania tych zwierzeń potrzebuję wyłącznie zacisznego kąta, w którym wcale nie musi być czysto.

Wprawdzie nocą w willi generała nikt mi nie przeszkadzał, za to w dzień trudno było o chwilę spokoju. Jako jedyny z oficerów mieszkałem w jego domu, byłem jedynym kawalerem w jego sztabie i cieszyłem się pozycją najbardziej zaufanego adiutanta. Co rano, zanim odwiozłem go do położonego nieopodal biura, zasiadaliśmy razem do śniadania przy tekowym stole w jadalni i analizowaliśmy meldunki. Na drugim końcu stołu jego żona doglądała czwórki dobrze wychowanych nastolatków. Krzesło najstarszej córki, która przebywała na studiach w Ameryce, stało puste. Wprawdzie nie każdy żywił obawy, jak to wszystko się skończy, ale w zachowaniu generała dało się odczuć wyraźny niepokój. Ten szczupły mężczyzna o nienagannej prezencji był zaprawionym w bojach weteranem, który w pełni zasłużył na swoje liczne odznaczenia. Pociski i odłamki pozbawiły go trzech palców. Okaleczoną dłoń mogli zauważyć wszyscy, ale tylko rodzina i najbliżsi powiernicy wiedzieli, że nie ma dwóch palców u lewej stopy. Życie bardzo rzadko zmuszało go do wyrzeczeń, a jedynym, czego musiał sobie odmawiać, było wypicie butelki przedniego burgunda w towarzystwie przyjaciół, którzy wiedzieli, że do kieliszków z winem nie wrzuca się kostek lodu. Był epikurejczykiem i chrześcijaninem, właśnie w takiej kolejności, człowiekiem wierzącym, który pokładał ufność w dobrej kuchni i Bogu, a także w swojej żonie i dzieciach oraz we Francuzach i Amerykanach. Ci ostatni jego zdaniem mieli nam do zaoferowania dużo lepsze wzorce niż inni zagraniczni szarlatani – Karol Marks, Włodzimierz Lenin i Przewodniczący Mao – którzy opętali naszych braci z Północy, a także część tych z Południa. Nie myślcie, że kiedykolwiek czytał dzieła któregoś z tych mędrców! To było moje zadanie – jako jego adiutant i oficer wywiadu przygotowywałem dla niego streszczenia Manifestu komunistycznego albo Czerwonej książeczki, a on tylko wybierał stosowną okazję, aby popisać się znajomością wrogiej ideologii. Najbardziej upodobał sobie tytuł jednej z rozpraw Lenina, który cytował, ilekroć zachodziła potrzeba.

– Panowie – mówił, stukając w blat stołu twardymi knykciami. – Co robić?

Wydawało się niestosowne uświadamiać generałowi, że tak naprawdę to Nikołaj Czernyszewski jako pierwszy zadał to pytanie w tytule swojej książki. Ale kto teraz pamięta o Czernyszewskim? Liczył się Lenin, człowiek czynu, który przywłaszczył sobie te słowa.

Ale gdy nadszedł ów kwiecień, najbardziej ponury z miesięcy, stojąc w obliczu tego pytania, generał, który zawsze potrafił znaleźć jakieś rozwiązanie, nie wiedział już, co robić. Zawsze pełen wiary w cywilizacyjną misję Zachodu i amerykański styl życia uległ w końcu zwątpieniu. Nagle zaczął cierpieć na bezsenność i snuł się po swojej willi, a jego pobladła twarz przybrała zielonkawy odcień, jakby zachorował na malarię. Przez kilka tygodni, odkąd w marcu załamał się nasz front na Północy, stawał z posępną miną w drzwiach mojego biura albo pokoju, w którym byłem zakwaterowany, żeby podzielić się ze mną strzępkami najnowszych wiadomości. Miałem na nie reagować, jak sobie życzył, mówiąc: „Ależ nie, panie generale!” albo: „Nie do wiary!”. Nie mogliśmy uwierzyć, że Buon Ma Thuot, słynące z plantacji kawy malownicze górskie miasteczko, w którym się wychowałem, na początku marca zostało splądrowane. Nie mogliśmy uwierzyć, że prezydent Thieu, którego imię zaczęliśmy wymawiać jak przekleństwo, z niewiadomych przyczyn nakazał odwrót naszym siłom broniącym gór. Nie mogliśmy uwierzyć, że Da Nang i Nha Trang upadły, a nasi żołnierze strzelali cywilom w plecy, kiedy uciekający tłum wdzierał się na łodzie i barki. W zaciszu swojego biura sumiennie fotografowałem te doniesienia, wiedząc, że ich widok ucieszyłby Mana, mojego łącznika. Ja również czerpałem z nich radość, gdyż zwiastowały nieuchronny upadek reżimu, ale nie mogłem nic poradzić na to, że czułem się wstrząśnięty niedolą tysięcy ginących nieszczęśników. Być może współczucie dla nich było niepoprawne z politycznego punktu widzenia, ale gdyby żyła moja matka, spotkałby ją taki sam los. Była ubogą kobietą, a ludzi ubogich nikt nie pyta, czy chcą wojny. Tych biedaków nikt nie pytał, czy chcą umierać z pragnienia, dryfując po morzu wzdłuż wybrzeża, albo czy chcą być rabowani i gwałceni przez żołnierzy, którzy mieli ich chronić. Żadna z tysięcy ofiar nawet sobie nie wyobrażała, jak przyjdzie jej zginąć, tak samo jak nam nie mieściło się w głowie, że Amerykanie, których uważaliśmy za swoich przyjaciół, dobroczyńców i obrońców, byli głusi na nasze prośby, kiedy potrzebowaliśmy więcej pieniędzy. A co byśmy zrobili z tymi pieniędzmi? Wydalibyśmy je na amunicję, paliwo i części zamienne do karabinów, samolotów i czołgów – tych samych, które dostaliśmy od nich w prezencie. Dali nam igły i strzykawki, a teraz przewrotnie wstrzymali dostawę narkotyków. Najwięcej kosztuje nas to – mawiał generał – co dostajemy za darmo.

Po każdej rozmowie albo posiłku przypalałem generałowi lucky strike’a, który tlił się zapomniany w jego palcach, podczas gdy on siedział zapatrzony tępo przed siebie. Pewnego kwietniowego dnia, kiedy rozżarzony papieros wyrwał go z zadumy, a z jego ust padło jedno z tych słów, na które nie powinien sobie pozwalać przy stole w obecności rodziny, generałowa uciszyła rozchichotane dzieci i powiedziała:

– Nie wydostaniemy się stąd, jeśli będziesz dłużej zwlekać. Powinieneś poprosić Claude’a o samolot.

Generał udał, że tego nie słyszy. Jego żona miała trzeźwy umysł rachmistrza, nosiła się sztywno jak instruktor musztry, a jej ciało nawet po pięciu ciążach zachowało młodzieńczą figurę. Była jedną z tych kobiet, których powierzchowność sprawia, że nasi wykształceni w paryskich szkołach malarze sięgają po najbardziej pastelowe odcienie akwareli i rozprowadzają je najbardziej zamaszystymi pociągnięciami pędzla. Mówiąc krótko, była wcieleniem idealnej Wietnamki. Ten uśmiech losu napawał jej męża wdzięcznością i zarazem przerażeniem.

– Myślę, że czas poprosić Claude’a o samolot – zwrócił się do mnie, rozcierając pozostałość okaleczonego palca.

Dopiero kiedy przestał oglądać swój kikut, zerknąłem na generałową, która tylko nieznacznie uniosła brwi.

– Słuszna decyzja, panie generale – powiedziałem.

Claude był Amerykaninem i najbardziej zaufanym z naszych przyjaciół. Łączyła nas wielka zażyłość i pewnego razu przy butelce burbona wyznał mi, że w jednej szesnastej jest Murzynem.

– Ach, to wyjaśnia, dlaczego masz czarne włosy, łatwo chwytasz opaleniznę i tańczysz cza-czę, jakbyś był jednym z nas – powiedziałem mocno podchmielony.

– Mówią, że Beethoven też miał domieszkę czarnej krwi.

– Teraz rozumiem, dlaczego nikt nie potrafi tak zaśpiewać Happy Birthday jak ty.

Znaliśmy się od ponad dwudziestu lat. W 1954 roku wypatrzył mnie na barce wśród tłumu uchodźców i poznał się na moich zdolnościach. Podobno zajmował się wówczas pomocą humanitarną, a ja byłem nad wiek rozwiniętym dziewięciolatkiem i zdążyłem już całkiem nieźle opanować angielski, którego nauczył mnie jeden z pierwszych amerykańskich misjonarzy. Teraz Claude pracował w ambasadzie Stanów Zjednoczonych, gdzie rzekomo parał się promowaniem turystyki w naszym ogarniętym wojną kraju. Nietrudno się domyślić, że musiał wylewać siódme poty, mobilizując ducha amerykańskiej przedsiębiorczości, aby sprostać temu zadaniu. W rzeczywistości Claude był agentem CIA, który zaczynał swoją karierę w Wietnamie, kiedy jeszcze rządzili tu Francuzi. CIA nazywała się wtedy OSS, a Ho Chi Minh liczył na jej pomoc w walce przeciwko ówczesnym okupantom. Zacytował nawet słowa ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, wygłaszając deklarację niepodległości naszego kraju. Wuj Ho, jak twierdzili jego przeciwnicy, mówił ludziom to, co chcieli usłyszeć, ale Claude wierzył, że przynajmniej zna oczekiwania swoich słuchaczy.

Zadzwoniłem do niego z biura i poinformowałem go po angielsku, że generał stracił już całą nadzieję. Claude słabo mówił po wietnamsku, a po francusku jeszcze gorzej, za to jego angielski był doskonały. Wspominam o tym tylko dlatego, że nie o każdym z jego rodaków można powiedzieć to samo.

– To już koniec – oznajmiłem i kiedy te słowa wydostały się z moich ust, dotarło do mnie wreszcie, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Myślałem, że Claude będzie protestował, próbując mnie przekonać, że na naszym niebie wkrótce zjawią się amerykańskie bombowce albo przybędzie nam na ratunek amerykańska kawaleria powietrzna, ale on oszczędził mi złudzeń.

– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział.

W tle słyszałem pomruk stłumionych odgłosów. Wyobraziłem sobie pogrążoną w chaosie ambasadę, dalekopisy przegrzane od nieustannej wymiany pilnych depesz między Sajgonem i Waszyngtonem, pracujący bez wytchnienia personel i wszechobecny odór nieuchronnej klęski, z którym nie radził sobie żaden klimatyzator. Mimo nerwowej atmosfery Claude zachowywał spokój – spędził tutaj tyle czasu, że prawie się nie pocił w tropikalnym zaduchu. Wprawdzie umiał się zakradać w ciemności, ale w naszym kraju nie miał szans wtopić się w tłum. Jak na wykształconego faceta wyglądał osobliwie; miał umięśnioną sylwetkę, jakby w przeszłości trenował wioślarstwo, i wyhodował sobie całkiem pokaźny biceps. Podczas gdy nasi intelektualiści byli zazwyczaj bladymi cherlakami w grubych okularach, Claude mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt, miał sokoli wzrok, a kiedy co rano robił dwieście pompek, żeby zachować formę, kazał młodemu Nungowi, który usługiwał mu w domu, siadać sobie na plecach. W wolnym czasie czytał i ilekroć zjawiał się w naszej willi, miał pod pachą jakąś książkę. Kiedy odwiedził nas kilka dni później, przyniósł Komunizm w Azji a destrukcja w stylu orientalnym Richarda Hedda.

Książka była dla mnie, a generał dostał butelkę jacka daniel’sa – wolałbym ten drugi prezent, gdybym mógł wybierać. Mimo to przyjrzałem się dokładnie miękkiej okładce pokrytej tak entuzjastycznymi komplementami, jakby książkę zachwalały dziewczęta z fan clubu, a nie dwaj sekretarze obrony, pewien senator, który spędził w naszym kraju dwa tygodnie, i słynny prezenter telewizyjny, który w swoich wypowiedziach naśladował Mojżesza w kreacji Charltona Hestona. Przyczyna owego zachwytu tkwiła w wymownym podtytule: Dlaczego marksizm zagraża Azji i jak się przed nim bronić? Kiedy Claude napomknął, że wszyscy czytają ten praktyczny poradnik, powiedziałem, że też chciałbym się z nim zapoznać. Generał, który od razu otworzył butelkę, nie był w nastroju do dyskusji o książkach ani do błahych pogawędek, kiedy osiemnaście nieprzyjacielskich dywizji okrążało stolicę. Chciał rozmawiać o samolocie, a Claude obracając w dłoniach szklaneczkę whisky, oznajmił, że jedyne, co zdoła zorganizować, to C-130 poza oficjalnym przydziałem. Na pokładzie tej maszyny mieściło się dziewięćdziesięciu dwóch spadochroniarzy z pełnym wyposażeniem, o czym generał doskonale wiedział, gdyż służył w wojskach powietrznodesantowych, zanim prezydent osobiście mianował go szefem policji. Problem polegał na tym, że sama jego rodzina liczyła aż pięćdziesiąt osiem osób i chociaż nie za wszystkimi przepadał, a tak naprawdę niektórych nie znosił, żona nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby nie uratował wszystkich jej krewniaków.

– A moi podwładni, Claude? – zapytał generał nienaganną angielszczyzną. – Co z nimi będzie?

Obaj zerknęli w moją stronę. Starałem się zachować mężny wyraz twarzy. Nie byłem wysokim rangą oficerem sztabowym, ale jako adiutant najlepiej znałem kulturę amerykańską i uczestniczyłem we wszystkich spotkaniach generała z Amerykanami. Niektórzy moi rodacy władali angielskim tak samo biegle jak ja, chociaż większość nie potrafiła zapanować nad akcentem, ale prawie nikt nie potrafił tak jak ja dyskutować o rozgrywkach baseballowych, żenujących wybrykach Jane Fondy i wyższości Rolling Stonesów nad Beatlesami. Gdyby jakiś Amerykanin słuchał mnie z zamkniętymi oczami, nie zorientowałby się tak łatwo, że ma do czynienia z cudzoziemcem. Rzeczywiście, kiedy rozmawiałem z nimi przez telefon, często brali mnie za jednego ze swoich. Rozmówcy, z którymi spotykałem się oko w oko, nie kryli zaskoczenia moim wyglądem i prawie zawsze dopytywali się, jakim cudem zdołałem tak doskonale opanować ich język. Spodziewali się, że podobnie jak miliony mieszkańców jednej z tych republik bananowych stanowiących dominium Stanów Zjednoczonych w najlepszym wypadku potrafię wydukać kilka zdań łamaną angielszczyzną skażoną obcym akcentem. Oburzały mnie takie uprzedzenia. To dlatego zawsze z taką skwapliwością demonstrowałem biegłą znajomość angielskiego, zarówno w mowie, jak i w piśmie. Zasobem słownictwa i poprawnością gramatyczną górowałem nad przeciętnym Amerykaninem. Nieobce mi były zarówno salonowe, jak i rynsztokowe niuanse, toteż bez trudu pojąłem, co miał na myśli Claude, kiedy określał ambasadora mianem „dupy wołowej” i „głupiego fiuta”, gdy ten usilnie nie przyjmował do wiadomości wiszącej nad miastem nieuchronnej klęski.

– Oficjalnie nie ma mowy o żadnej ewakuacji – wyjaśnił. – Nie zanosi się, abyśmy prędko się stąd ruszyli.

Generał, który nigdy nie podnosił głosu, tym razem zrobił wyjątek.

– A nieoficjalnie zostawiacie nas na lodzie – wykrzyknął. – W dzień i w nocy z lotniska startują samoloty. Każdy, kto współpracował z Amerykanami, przychodzi do waszej ambasady po wizę wyjazdową. Ewakuowaliście już wszystkie swoje żony i matki, ewakuowaliście dzieci i sieroty. Więc jak to możliwe, że jako jedyni nie macie pojęcia o tym, co się dzieje?

Claude miał na tyle przyzwoitości, żeby zrobić zakłopotaną minę, i wyjaśnił, że gdyby zarządzono ewakuację, w mieście doszłoby do zamieszek, a wtedy tłum prawdopodobnie zwróciłby się przeciwko tym Amerykanom, którzy pozostali na miejscu. Tak było w Da Nang i Nha Trang, gdzie po ucieczce Amerykanów zapanował chaos. Mimo tych alarmujących wydarzeń atmosfera w Sajgonie była zadziwiająco spokojna, a większość mieszkańców zachowywała się jak przeżywający kryzys małżonkowie, którzy desperacko trzymają się razem, dopóki nie wyjdzie na jaw prawda o ich zdradach. W tym przypadku prawda była taka, że Stany Zjednoczone zatrudniały tu co najmniej milion osób na różnych stanowiskach, od pucybutów po oficerów zorganizowanej na amerykańską modłę armii, wysługując się nimi bezwstydnie za marne grosze. Większość tych ludzi zdawała sobie sprawę, że jeśli komuniści zwyciężą – choć nikt nie chciał wierzyć, że do tego dojdzie – czeka ich więzienie albo śmierć, a młode dziewczęta będą zmuszone wygniatać łóżka barbarzyńców. A czemu miałoby być inaczej? Takie właśnie plotki rozpuszczała CIA.

– A więc… – zaczął generał, ale Claude szybko wszedł mu w słowo.

– Ma pan do dyspozycji jeden samolot i proszę się uważać za szczęściarza.

Generał nie zamierzał błagać o więcej. Dopił whisky i zaczekał, aż jego gość zrobi to samo, po czym nie przerywając ani na chwilę kontaktu wzrokowego, uścisnął mu dłoń na pożegnanie. Powiedział mi kiedyś, że Amerykanie lubią patrzeć ludziom w oczy, zwłaszcza kiedy pieprzą ich od tyłu. Ale Claude nie postrzegał tej sytuacji w taki sposób. Wyznał nam na odchodnym, że inni generałowie zabiegają tylko o miejsca dla najbliższej rodziny. Nawet Bóg i Noe nie mogli wszystkich ocalić. W każdym razie nie ocalili.

Ale czy nie mogli? Co powiedziałby na to mój ojciec? Był katolickim księdzem, ale nie przypominałem sobie, aby ten ubogi duchowny kiedykolwiek wspominał o potopie, choć muszę przyznać, że na nabożeństwach byłem obecny tylko ciałem. Ale niezależnie od tego, co mogli zrobić Bóg i Noe, nie ulegało wątpliwości, że gdyby tylko nadarzyła się okazja, każdy oficer ze sztabu generała mógłby ocalić setkę swoich krewnych, a także każdego pociotka, którego byłoby stać na łapówkę. Relacje rodzinne w Wietnamie często bywały skomplikowane i pełne subtelności, i chociaż jako jedyny syn potępionej kobiety czasami tęskniłem za rodziną, teraz mi jej nie brakowało.

Tego samego dnia prezydent ustąpił z urzędu. Już od wielu tygodni spodziewałem się, że prezydent ucieknie z kraju w sposób typowy dla dyktatorów, i nie poświęcałem mu wiele uwagi zajęty przygotowywaniem listy ewakuowanych. Wprawdzie generał był skrupulatny, nawykły do szybkiego podejmowania trudnych decyzji i przywiązywał wagę do najdrobniejszych szczegółów, ale to zadanie powierzył mnie. Sam był zajęty sprawami urzędowymi – każdego ranka czytał raporty z przesłuchań, uczestniczył w posiedzeniach sztabu generalnego i uzgadniał przez telefon ze swoimi powiernikami, jak utrzymać miasto i jednocześnie przygotować się do jego opuszczenia, co stanowiło tak ryzykowny manewr jak gra w gorące krzesła przy akompaniamencie ulubionej melodii.

Sporo myślałem wtedy o muzyce, bo kiedy nocami pracowałem nad listą w swoim pokoju, słuchałem w radiu wojskowej rozgłośni AFN. Piosenki grupy Temptations, Janis Joplin i Marvina Gaye’a zazwyczaj pomagały znosić przeciwności losu i sprawiały, że drobne przyjemności stawały się wręcz cudowne, ale w tamtych chwilach tak nie było. Każde pociągnięcie mojego pióra, którym wykreślałem jakieś nazwisko z listy, było jak wyrok śmierci.

Wszystkie nazwiska naszych ludzi, od najniższych rangą oficerów po samego generała, znajdowały się na kartce, którą tamta dziewczyna wepchnęła sobie do ust, kiedy przed trzema laty wdarliśmy się do jej domu przez wyłamane drzwi. Ostrzeżenie, które przekazałem Manowi, nie dotarło do niej na czas, więc kiedy policjanci przyciskali ją do podłogi, nie miałem innego wyjścia, jak wetknąć palce do jej ust i wyciągnąć zaśliniony zwitek papieru. Jego istnienie dowodziło, że przyzwyczajeni do inwigilacji członkowie Wydziału Specjalnego sami znaleźli się pod lupą. Nawet gdybym został z nią sam na sam, nie mogłem zaryzykować dekonspiracji, mówiąc, że jestem po jej stronie. Wiedziałem, jaki los ją czeka. W celach przesłuchań Wydziału Specjalnego każdy zaczynał mówić i mogłaby mnie wydać wbrew sobie. Była młodsza ode mnie, lecz na tyle bystra, by zdawać sobie sprawę, co ją spotka. Gdy nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, zobaczyłem w jej oczach szczerą nienawiść do sługusa opresyjnego reżimu, za którego mnie uważała. A potem, podobnie jak ja, przypomniała sobie rolę, którą musiała odgrywać.

– Panowie, błagam! – krzyczała. – Jestem niewinna! Przysięgam!

Trzy lata później wciąż siedziała w naszej celi. Trzymałem na biurku jej teczkę, która przypominała mi o nieudanej próbie uratowania agentki. Man przyznał, że to była również jego wina, ale miał nadzieję, że gdy nadejdzie dzień wyzwolenia, osobiście otworzy drzwi jej celi. W teczce znajdowało się jej zdjęcie wykonane tuż po aresztowaniu – miała wtedy dwadzieścia dwa lata – i drugie, sprzed kilku miesięcy, na którym widać było przygasłe oczy i przerzedzone włosy. Nasz areszt był jak wehikuł czasu, a więźniowie starzeli się znacznie szybciej niż na wolności. Widok jej twarzy, dawnej i obecnej, pomógł mi podjąć decyzję o ocaleniu kilku osób i skazać na zgubę wiele innych, z których część nawet darzyłem sympatią.

Przez kilka dni układałem i poprawiałem listę, tymczasem obrońcy Xuan Loc zostali wybici co do nogi, a po drugiej stronie granicy Phnom Penh wpadł w ręce Czerwonych Khmerów. Niedługo potem nasz były prezydent chyłkiem umknął na Tajwan. Claude, który pod osłoną nocy odwoził go na lotnisko, zwrócił uwagę, że jego niezwykle ciężkie walizki pobrzękiwały metalicznie, prawdopodobnie wypełnione po brzegi złotem z naszego państwowego skarbca. Powiedział mi o tym nazajutrz z samego rana, kiedy zadzwonił z informacją, że nasz samolot odlatuje za dwa dni. Późnym popołudniem moja lista była gotowa. Oznajmiłem generałowi, że postanowiłem kierować się zasadą równości i wolą większości, wybierając oficera najwyższego stopniem; oficera, którego wszyscy uważali za najbardziej uczciwego; oficera, którego towarzystwo ceniłem najbardziej, i tak dalej. Generał zaakceptował mój sposób rozumowania i jego nieuchronne następstwa, czyli fakt, że spora liczba wyższych rangą oficerów posiadających bogatą wiedzę i niechlubny staż pracy w Wydziale Specjalnym zostanie w Sajgonie. Koniec końców, mój wybór padł na pułkownika, majora, kapitana i dwóch poruczników. Dla siebie zarezerwowałem jedno miejsce i trzy dla Bona oraz jego żony i syna, który był moim chrześniakiem.

Kiedy generał przyszedł do mnie tego wieczoru z opróżnioną już do połowy butelką whisky, żeby wspólnie poużalać się nad naszym losem, poprosiłem go, aby zgodził się zabrać z nami Bona. Nie miałem rodzeństwa, ale z Bonem jeszcze w czasach szkolnych zawarłem braterstwo krwi. Drugą taką osobą był Man. We trójkę ślubowaliśmy sobie nawzajem dozgonną wierność, nacinając swoje dłonie i wymieniając rytualne uściski, aby nasza młodzieńcza krew wymieszała się ze sobą. W portfelu nosiłem czarno-białą fotografię Bona i jego rodziny. Bon wyglądał jak przystojny facet, który padł ofiarą ciężkiego pobicia, ale on po prostu miał taką twarz. Nawet spadochroniarski beret i starannie wyprasowany mundur polowy w kamuflażu tiger stripes nie były w stanie odwrócić uwagi od jego odstających uszu i cofniętego podbródka. Całości dopełniał płaski nos, który podobnie jak jego poglądy polityczne był mocno przekrzywiony w prawo. Jego żonę Linh jakiś poeta mógłby porównać do księżyca w pełni, mając na myśli nie tylko zaokrąglone rysy, ale również upstrzoną kraterami blizn po trądziku powierzchnię. Było dla mnie niepojęte, jakim cudem tych dwoje spłodziło tak urocze dziecko jak Duc, a może po prostu zadziałało tu prawo matematycznej logiki, zgodnie z którym dwa minusy dają plus.

– Chociaż tyle mogę zrobić – powiedział generał, oddając mi zdjęcie. – On jest spadochroniarzem. Gdyby cała nasza armia składała się ze spadochroniarzy, wygralibyśmy tę wojnę.

Gdyby… Ale w obliczu niepodważalnych faktów nie było miejsca na gdybanie. Stałem przy oknie ze szklaneczką whisky i wyglądałem na podwórze, gdzie w dwustulitrowej beczce po paliwie płonęły tajne dokumenty, napełniając upalną noc jeszcze większym upałem. Generał wstał z fotela i zaczął się przechadzać po moim ciasnym pokoju. Miał na sobie tylko bokserki i podkoszulek na ramiączkach, a jego nieogoloną twarz pokrywał szary cień zarostu. W takim stanie widywała go tylko służba, rodzina i ja. W ciągu dnia, kiedy przyjmował gości w swojej willi, miał przylizane pomadą włosy i nosił wykrochmalony mundur khaki, na którym było więcej baretek niż wstążek we włosach dziewczynki startującej w konkursie piękności. Ale tego wieczoru, gdy wszechobecną ciszę rozpraszały tylko sporadyczne odgłosy wystrzałów, pozwolił sobie na utyskiwanie, rozżalony postępowaniem Amerykanów, którzy obiecali uwolnić nas od komunizmu, jeśli będziemy wypełniać ich polecenia.

– Sami wywołali tę wojnę, a teraz, kiedy nie mają już siły jej prowadzić, sprzedali nas – powiedział, napełniając moją szklaneczkę. – Ale możemy mieć pretensje tylko do samych siebie. W swojej naiwności uwierzyliśmy, że dotrzymają słowa. I nie mamy dokąd uciec jak tylko do Ameryki.

– Są gorsze miejsca – odparłem.

– Być może. Przynajmniej ujdziemy z życiem, by znowu wrócić do walki. Ale teraz mamy przejebane na całej linii. Jaki toast nadaje się na taką okazję?

Zastanawiałem się przez chwilę, zanim w mojej głowie pojawiła się odpowiedź.

– Niech to nagła krew zaleje.

– Otóż to.

Zapomniałem już, skąd znam ten zwrot ani co dokładnie oznacza; pamiętałem tylko, że obił mi się o uszy podczas mojego kilkuletniego pobytu w Ameryce. Generał też był w Ameryce, choć tylko przez kilka miesięcy, w pięćdziesiątym ósmym, jako jeden z młodych oficerów wysłanych na szkolenie pod kierunkiem Zielonych Beretów w Fort Benning, gdzie zaszczepiono mu trwałą awersję do komunizmu.

W moim przypadku indoktrynacja na nic się nie zdała. Byłem już konspiratorem i uczyłem się podstaw szpiegowskiego fachu, gdy jako stypendysta i jedyny przedstawiciel mojego narodu studiowałem na niewielkim otoczonym lasem uniwersytecie o nazwie Occidental, którego motto brzmiało „Occidens Proximus Orienti”. Spędziłem sześć beztroskich lat w zalanej słońcem i rozmarzonej Kalifornii, w której rodził się ruch hippisowski, ale nie przykładałem się zbytnio do zgłębiania tajników budowy autostrad, sieci kanalizacyjnych czy innych użytecznych obiektów. Zamiast tego poznawałem amerykański sposób myślenia, bo właśnie taką misję powierzył mi Man. Przygotowywałem się do wojny psychologicznej. Poznawałem amerykańską historię i literaturę, doskonaliłem znajomość gramatyki i przyswajałem slang, paliłem trawkę i straciłem dziewictwo. Mówiąc krótko, nie tylko ukończyłem studia i zdobyłem tytuł naukowy, ale stałem się ekspertem we wszystkich dziedzinach związanych z Ameryką. Nawet dziś pamiętam całkiem dokładnie, że po raz pierwszy czytałem słowa największego amerykańskiego filozofa, Ralpha Waldo Emmersona, siedząc na trawniku pod jakarandami, których opalizujące liście mieniły się w słońcu. Na soczystej czerwcowej trawie opalały się smagłolice studentki o egzotycznej urodzie ubrane w skąpe podkoszulki i szorty, które odciągały moją uwagę od czarnych rzędów liter pokrywających białą stronę – „Głupia stałość jest ulubieńcem ciasnych umysłów”. Żadna z myśli Emmersona nie oddawała tak trafnie charakteru Ameryki, ale nie był to jedyny powód, dla którego podkreśliłem te słowa kilka razy. Już wtedy uderzyło mnie, że to samo można by powiedzieć o naszej ojczyźnie, której mieszkańców cechuje tyle sprzeczności.

Rankiem w dniu ewakuacji zawiozłem generała do jego biura w komendzie policji. Moje biuro mieściło się tuż obok i tam wezwałem pięciu wybranych oficerów, których przyjąłem jednego po drugim.

– Wylatujemy dziś w nocy? – zapytał podenerwowany pułkownik, spoglądając na mnie szeroko otwartymi oczami, w których szkliły się łzy.

– Tak.

– A moi rodzice? Rodzice mojej żony? – dopytywał major, znany z niepohamowanego apetytu stały bywalec chińskich restauracji w dzielnicy Cholon.

– Zostają.

– A moi bracia, siostry i ich dzieci?

– Też.

– A służba i niańki?

– Też.

– A walizki, ubrania, kolekcja porcelany?

– Tak samo.

Kapitan, który z powodu choroby wenerycznej lekko utykał, zagroził popełnieniem samobójstwa, jeśli nie znajdę dodatkowych miejsc dla jego bliskich, ale stchórzył, kiedy zaoferowałem mu swój rewolwer. Za to dwaj młodzi porucznicy okazali wdzięczność. Obaj zawdzięczali karierę rodzinnym koneksjom i teraz podrygiwali nerwowo jak marionetki.

Zamknąłem drzwi za ostatnim z oficerów. Od dalekiej kanonady drgały szyby w oknach, a na wschodzie zobaczyłem ognistą łunę i skłębione chmury dymu. Nieprzyjacielska artyleria podpaliła magazyn amunicji w Long Binh. Przepełniony jednocześnie żalem i satysfakcją sięgnąłem do szuflady, w której trzymałem butelkę jima beama. Na dnie zostało jeszcze kilka łyków. Gdyby moja nieszczęsna matka żyła, przestrzegłaby mnie, żebym nie pił za dużo, bo może mi to zaszkodzić. Ale jak tu nie pić, mamo? Każdy, kto znalazłby się w tak trudnym położeniu jak ja, desperacko chwytałby się wszystkiego, co dawało szansę na pokrzepienie. Dopiłem burbona i wróciłem do willi generała, jadąc w rzęsistej ulewie, która zwiastowała nadejście pory deszczowej. Niektórzy mieli nadzieję, że monsun spowolni nacierające dywizje z Północy, ale moim zdaniem było to nierealne. Zrezygnowałem z kolacji i zacząłem się pakować. Włożyłem do plecaka przybory toaletowe, parę spodni, bawełnianą koszulę w kratę z domu towarowego J.C. Penney w Los Angeles, mokasyny, trzy zmiany bielizny, elektryczną szczoteczkę do zębów kupioną od złodzieja na pchlim targu, oprawioną w ramkę fotografię matki, kilka kopert pełnych zdjęć z Wietnamu i Ameryki, aparat marki Kodak i książkę Hedda.

Plecak dostałem w prezencie od Claude’a z okazji ukończenia studiów. To była najbardziej wytworna rzecz, jaką miałem. Można go było nosić na plecach, a po odpięciu szelek zamieniał się w poręczny sakwojaż. Wykonany z miękkiej brązowej skóry przez renomowanego rzemieślnika z Nowej Anglii pachniał intensywnie i tajemniczo jesiennymi liśćmi, grillowanym homarem i chłopięcym internatem, w którym unosi się woń potu i spermy. Z boku miał wytłoczony mój monogram, ale największą jego osobliwością było podwójne dno. Każdy powinien mieć w bagażu taką skrytkę, mówił Claude, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Nie zdawał sobie sprawy, że ukryłem w niej miniaturowy aparat Minox, prezent od Mana, który kosztował kilka razy więcej, niż zarabiałem w ciągu roku. To nim fotografowałem pewne tajne dokumenty, do których miałem dostęp. Pomyślałem, że może jeszcze do czegoś się przydać. Na koniec przejrzałem swoje książki i płyty. Większość z nich kupiłem w Stanach Zjednoczonych i wszystkie ożywiały we mnie jakieś wspomnienia, ale miałem za mało miejsca, żeby zabrać Elvisa czy Dylana, Faulknera czy Twaina. Choć mogłem na nowo uzupełnić swoje zbiory, z ciężkim sercem włożyłem je do pudła kartonowego, na którym wykaligrafowałem nazwisko Mana. Teraz były zbytecznym balastem, podobnie jak moja gitara, która leżała na łóżku, prezentując swe krągłe kształty.

Skończyłem pakowanie i służbowym citroënem pojechałem po Bona. Żandarmi przepuszczali mnie przez punkty kontrolne, widząc generalskie gwiazdki na przykręconej do zderzaka tabliczce. Przejechałem na drugą stronę rzeki, gdzie wzdłuż nabrzeża ciągnęły się prymitywne baraki zamieszkane przez uchodźców ze wsi. Ich domy i gospodarstwa padły ofiarą żołnierzy ze skłonnościami do piromanii i zwyczajnych podpalaczy, którzy odnaleźli swoje powołanie, służąc w artylerii. Za tym chaotycznym skupiskiem ruder, w głębi Czwartej Dzielnicy, Bon i Man czekali na mnie w ogródku piwnym, gdzie przesiedzieliśmy wspólnie więcej godzin, niż zdołałbym zliczyć. Przy stolikach roiło się od żołnierzy, a ich karabiny stały oparte o krzesła. Każdy z nich miał włosy obcięte tuż przy skórze, jakby wojskowy fryzjer chciał wyeksponować kształt jego czaszki na użytek jakiegoś okrutnego eksperymentu frenologicznego. Bon postawił przede mną szklankę piwa, ale nie pozwolił mi jej tknąć, dopóki nie podał mi grzanki.

– Za spotkanie – powiedział, unosząc swoje piwo. – Następny toast wzniesiemy na Filipinach.

Sprostowałem, że tak naprawdę na Guam, ponieważ filipiński dyktator Marcos ma już dosyć uchodźców i przestał ich przyjmować. Bon jęknął i przyłożył sobie zimną szklankę do czoła.

– A myślałem, że gorzej być nie może – rzekł. – Teraz Filipińczycy patrzą na nas z góry?

– Zapomnij o Filipinach – odezwał się Man. – W takim razie wypijmy za Guam. Mówią, że tam zaczyna się dzień Ameryki.

– A nasz dzień się skończy – mruknął Bon.

W przeciwieństwie do mnie i Mana był prawdziwym patriotą, republikaninem, który zgłosił się na ochotnika do wojska. Szczerze znienawidził komunistów po tym, jak członkowie lokalnego kolektywu zmusili jego ojca, który był naczelnikiem wioski, aby ukląkł na placu i wygłosił samokrytykę, a następnie wpakowali mu kulę w głowę tuż za uchem. Zdany wyłącznie na siebie Bon był gotów rzucić się w wir straceńczej walki i bić się do ostatniego naboju, ale Man i ja przekonaliśmy go, żeby pomyślał o żonie i synu. Ucieczka do Ameryki to nie dezercja, mówiliśmy mu, ale strategiczny odwrót. Okłamaliśmy go, mówiąc, że Man również opuści miasto wraz z rodziną, jednak on tak naprawdę postanowił zostać, żeby być świadkiem wyzwolenia Południa przez komunistów z Północy, którymi Bon tak pogardzał.

– Jesteśmy braćmi krwi. – Man zacisnął długie delikatne palce na jego ramieniu. – I zawsze będziemy, nawet jeżeli przegramy tę wojnę, nawet jeżeli stracimy nasz kraj.

Spojrzał na mnie oczami wilgotnymi od łez. Nasze braterstwo było ponad tym wszystkim.

– Masz rację – powiedział Bon, energicznie kiwając głową, żeby zamaskować wzruszenie. – A więc precz, smutki i żale. Wypijmy za nadzieję. Wrócimy tu, żeby odzyskać nasz kraj, prawda?

On również skierował wzrok w moją stronę. Nie wstydziłem się łez. Ci dwaj przyjaciele byli lepsi od rodzonych braci, ponieważ wybraliśmy siebie nawzajem.

– Za powrót – powiedziałem, unosząc szklankę. – I za nasze braterstwo, które będzie trwać wiecznie.

Wypiliśmy piwo do dna, zamówiliśmy następną kolejkę, po czym obejmując się ramionami w braterskim uścisku, zaczęliśmy śpiewać przy akompaniamencie duetu, który występował w przeciwległym kącie ogródka. Gitarzysta był długowłosym dekownikiem, którego chorobliwie blada cera sugerowała, że przez ostatnie dziesięć lat całe dnie spędzał w domu właściciela baru, a wychodził tylko w nocy. Towarzyszyła mu wokalistka o tak samo długich włosach i melodyjnym głosie ubrana w długą jedwabną tunikę w kolorze dziewiczego rumieńca, która otulała jej smukłą sylwetkę. Śpiewała piosenkę z repertuaru Trinh Cong Sona, ludowego artysty, którego uwielbiali nawet spadochroniarze.

Jutro wyjeżdżam, najdroższa.

Pamiętaj, by czekać na mnie tu.

Jej głos przebijał się przez gwar rozmów i plusk deszczu. Serce mi zadrżało. Nie byliśmy narodem, który wyrusza na wojnę, kiedy rozlegną się trąby i werble. Nie, my walczyliśmy przy akompaniamencie pieśni miłosnych, bo dla Azji byliśmy tym, czym Włochy dla Europy.

Jutro wyjeżdżam, najdroższa.

A miejskie noce nie są piękne już.

Gdyby Bon wiedział, że widzi Mana po raz ostatni przed długoletnią rozłąką, prawdopodobnie nie zgodziłby się wejść na pokład samolotu. Jeszcze w czasach szkolnych uważaliśmy się za trzech muszkieterów. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Man rozbudził w nas fascynację Dumasem, przede wszystkim dlatego, że był to znakomity powieściopisarz, ale również ze względu na jego korzenie. Jako Mulat ćwierćkrwi murzyńskiej z powodu swojego pochodzenia wzgardzony przez Francuzów, którzy skolonizowali również nasz kraj, stał się dla nas wzorcem. Man, który mnóstwo czytał i miał dar opowiadania, prawdopodobnie zostałby nauczycielem literatury w naszym liceum, gdyby nie wybuchła wojna. Nie tylko przetłumaczył na nasz język ojczysty trzy kryminały Earla Stanley Gardnera z cyklu z Perrym Masonem, ale również napisał niezbyt ciekawą powieść zainspirowaną twórczością Zoli, którą usiłował wydać pod pseudonimem. Studiował kulturę amerykańską, choć nigdy nie odwiedził Stanów Zjednoczonych, podobnie jak Bon, który właśnie zamówił następną kolejkę i wypytywał mnie, czy w Ameryce są ogródki piwne.

– Mają tam bary i supermarkety, gdzie zawsze możesz kupić piwo – odparłem.

– A są tam piękne kobiety, które śpiewają takie piosenki?

– Pięknych kobiet tam nie brakuje, ale nie śpiewają takich piosenek.

Po krótkiej przerwie gitarzysta uderzył w struny, wydobywając pierwszy akord następnej piosenki. Rozpoznałem Yesterday Beatlesów.

– Za to śpiewają takie rzeczy jak ta – powiedział Man.

Kiedy we trzech przyłączyliśmy się do wokalistki, w oczach zakręciły mi się łzy. Zacząłem się zastanawiać, jak by się nam żyło, gdyby o naszych losach nie decydowała wojna, gdyby nie rządzili nami przekupni tchórze i gdyby nasz kraj nie był beznadziejnym przypadkiem utrzymywanym przy życiu jedynie dzięki zastrzykom amerykańskiej pomocy. Nie znałem żadnego z tych młodych żołnierzy, którzy nas otaczali, mimo to było mi żal ich wszystkich i wypełniało mnie mroczne przeczucie, że w ciągu kilku dni mogą zginąć albo odnieść rany, trafić do niewoli, zaznać upokorzeń albo przepaść bez wieści. Byli moimi wrogami, a jednak uważałem ich również za towarzyszy broni. Ich ukochane miasto stało w obliczu nieuchronnej klęski, za to z mojej perspektywy czekało je rychłe wyzwolenie. Ich świat chylił się ku upadkowi, ale dla mnie była to tylko zmiana na lepsze. I tak oto przez dwie minuty śpiewaliśmy wspólnie, wkładając w to całe serce, przejęci tęsknotą za przeszłością, ale odwracaliśmy wzrok od tego, co miało nadejść. Czułem się jak pływak, który obrócił się na plecy, żeby patrzeć w niebo, kiedy prąd znosi go w stronę wodospadu.

Kiedy wyszliśmy, przestało wreszcie padać. Paląc papierosy, staliśmy u wylotu zalanej deszczem alejki, która prowadziła prosto do ogródka piwnego, gdy z mroku wyłoniło się trzech żołnierzy piechoty morskiej w zachlapanych piwem bluzach polowych. Śpiewali, idąc chwiejnym krokiem, i choć minęła dopiero szósta, byli już mocno wstawieni. Każdy miał M16 przewieszony niedbale przez ramię i dwa granaty przyczepione do pasa po obu stronach klamry, które z daleka wyglądały jak zapasowa para jąder. Chociaż wszystko, co mieli na sobie, pochodziło z amerykańskich fabryk, tak jak całe wyposażenie naszej armii, nie sposób było ich pomylić z Amerykanami. Hełmy, które nosili, były dostosowane do amerykańskich rozmiarów i nasi żołnierze wyglądali w nich jak płody dotknięte wodogłowiem. Jeden z komandosów zauważył mnie w ostatniej chwili i nie zdołał już uniknąć zderzenia, a kiedy klnąc, uniósł brzeg poobijanego stalowego garnka, który zsunął mu się na czoło, zobaczyłem jego mętne oczy.

– Cześć – wybełkotał. – A co to? Policjant? Czego szukasz wśród prawdziwych żołnierzy?

Miał smrodliwy oddech i mówił z tak silnym południowym akcentem, że ledwie go rozumiałem. Man strzepnął na niego popiół z papierosa.

– Ten policjant jest kapitanem – upomniał go. – Zasalutujcie wyższemu stopniem, poruczniku.

– Skoro pan tak mówi, majorze… – odezwał się drugi komandos, również w randze porucznika.

– Do dupy z majorami, pułkownikami i generałami – powiedział ten trzeci, też porucznik. – Prezydent się ulotnił, generałowie tak samo… Jak zwykle chronią własne tyłki, a co z nami? Zostawili nas tutaj, żebyśmy osłaniali ich odwrót. Jak zwykle.

– Jaki odwrót? – zapytał ten drugi. – Przecież nie mamy już dokąd się wycofać.

Trzeci porucznik pokiwał głową.

– Tak, już po nas.

– Właściwie to jesteśmy martwi – dodał pierwszy. – Dać się zabić to całe nasze zadanie.

Odrzuciłem niedopałek.

– Jeszcze nie zginęliście – powiedziałem. – Wracajcie na swoje posterunki.

Pierwszy marine jeszcze raz przyjrzał się mojej twarzy i podszedł tak blisko, że nasze nosy prawie się stykały.

– A kim ty jesteś?

– Nie pozwalajcie sobie, poruczniku! – krzyknął Bon.

Żołnierz dźgnął mnie palcem w pierś.

– A ja ci powiem, kim jesteś.

– Lepiej nie – odparłem.

– Bękartem! – krzyknął, a dwa pozostali parsknęli śmiechem i zawtórowali mu. – Bękart!

Wyjąłem rewolwer i przyłożyłem lufę do czoła komandosa. Jego koledzy nerwowo sięgnęli do swoich karabinów, ale ich ręce zastygły w bezruchu. Byli pijani, ale jeszcze nie na tyle, aby się łudzić, że okażą się szybsi od moich przyjaciół.

– Jest pan nietrzeźwy, poruczniku, zgadza się? – zapytałem, nie mogąc zapanować nad drżeniem głosu.

– Tak – wykrztusił. – Tak jest.

– I dlatego pana nie zastrzelę.

W tym momencie ku mojej wielkiej uldze usłyszeliśmy eksplozję pierwszej z bomb. Wszyscy spojrzeliśmy na północny zachód, skąd dobiegł huk, po którym rozległy się następne.

– To lotnisko – rzekł Bon. – Pięćsetfuntowe bomby.

Niewykluczone, że co do jednego i drugiego się nie mylił. Z miejsca, w którym staliśmy, nie widać było niczego oprócz kłębów czarnego dymu, które po chwili zasnuły niebo. Potem rozpętała się taka kanonada, jakby wszystkie lufy w mieście zaczęły ziać ogniem w okolicy lotniska; suche staccato broni ręcznej przeplatało się z basowym dudnieniem dział, a pociski smugowe przeszywały nocne niebo pomarańczowymi ściegami. Schowałem rewolwer do kabury, kiedy zwabieni nagłą wrzawą mieszkańcy okolicznych ruder wylegli do okien i drzwi. Otrzeźwieni obecnością tylu świadków porucznicy wsiedli do jeepa i odjechali, klucząc między motorynkami, które przemykały ulicą. Jednak tuż przed skrzyżowaniem jeep gwałtownie zahamował i cała trójka wygramoliła się z niego, ściskając swoje M16. Chociaż z oddali wciąż dobiegał huk kolejnych wybuchów, a na chodniki wylegało coraz więcej gapiów, poczułem się nieswojo, widząc, jak zalani żółtawym światłem latarni ulicznej marines spoglądają na nas złowrogo. Tymczasem oni skierowali lufy w niebo i przy wtórze dzikich okrzyków opróżnili magazynki do ostatniego naboju. Po plecach ciekła mi strużka potu, a serce kołatało coraz szybciej, ale uśmiechnąłem się do swoich przyjaciół, jak gdyby nic się nie stało, i zapaliłem kolejnego papierosa.

– Idioci! – krzyknął Bon.

W odpowiedzi marines obrzucili nas wyzwiskami, a następnie wrócili do samochodu, który ruszył i po chwili znikł za rogiem. Kiedy Man pożegnał się z nami i odjechał swoim jeepem, rzuciłem Bonowi kluczyki do citroëna. Odległe strzały i wybuchy ucichły, a mój przyjaciel zasiadł za kierownicą i przez całą drogę do swojego mieszkania wyklinał na korpus piechoty morskiej. Nie odzywałem się. Po marines nie można było się spodziewać dobrych manier, za to należało od nich oczekiwać, że wykażą się odpowiednim instynktem w sytuacji zagrożenia. A co do obelgi, którą mnie uraczyli, sama w sobie nie wytrąciła mnie z równowagi tak bardzo, jak moja reakcja na nią. Powinienem był przywyknąć do takich określeń, ale jakoś nie potrafiłem. Moja matka była rdzenną Wietnamką, a ojciec cudzoziemcem i odkąd pamiętam, obcy i znajomi z upodobaniem wypominali mi moje pochodzenie, opluwając mnie i nazywając bękartem, choć czasem dla urozmaicenia najpierw mnie wyzywali, a dopiero potem pluli.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

ROZDZIAŁ 2

Nawet teraz strażnik o dziecinnej twarzy, który codziennie kontroluje moją celę, nazywa mnie bękartem, kiedy przyjdzie mu ochota. Nie jestem tym zaskoczony, chociaż liczyłem na lepsze traktowanie ze strony pańskich ludzi, komendancie. Przyznaję, że to słowo wciąż sprawia mi przykrość. Może dla odmiany mógłby nazywać mnie kundlem albo mieszańcem, jak niektórzy już robili? Albo metysem, bo takiego określenia używali Francuzi, kiedy nie nazywali mnie Euroazjatą? To ostatnie słowo dodawało mi romantycznego poloru w oczach Amerykanów, ale na Francuzach nie robiło wrażenia. Nadal od czasu do czasu widywałem ich w Sajgonie, nostalgicznych kolonizatorów, którzy uporczywie tkwili w tym kraju nawet po upadku swojego imperium. Spotykali się w Le Cercle Sportif, gdzie sącząc Pernod, przeżuwali wspomnienia jak befsztyk tatarski i powracali do tego, co działo się przed laty na sajgońskich ulicach, którym nadawali francuskie nazwy: Boulevard Norodom, rue Chasseloup-Laubat albo Quai de l’Argonne. Miejscowych, którzy ich obsługiwali, traktowali z nowobogacką arogancją, a kiedy się pojawiałem, przyglądali mi się podejrzliwie jak celnicy podczas kontroli granicznej.

Ale to nie oni wymyślili tego Euroazjatę, lecz rezydujący w Indiach Anglicy, którzy też nie wyobrażali sobie życia bez podjadania czekoladowych specjałów. Tak samo żołnierze amerykańskiego korpusu ekspedycyjnego podczas wojny na Pacyfiku nie potrafili się oprzeć lokalnym pokusom. Oni również stworzyli kombinowane słowo, którym określali takich jak ja – Amerazjata. Chociaż w odniesieniu do mnie było błędne, nie mogłem mieć Amerykanom za złe, że brali mnie za jednego ze swoich, ponieważ tropikalny przychówek armii amerykańskiej mógłby zaludnić niewielkie państwo. Moi rodacy w swoim upodobaniu do eufemizmów nazywali takich jak ja prochem życia. Z Oxford English Dictionary, do którego zaglądałem podczas studiów na Occidental, dowiedziałem się, że bardziej fachowo można mnie określić mianem „dziecka pozamałżeńskiego”, podczas gdy w świetle prawa wszystkich znanych mi krajów byłem synem z nieprawego łoża. Matka nazywała mnie swoim owocem miłości, lecz wolałbym o tym nie wspominać. Za to ojciec miał najlepsze podejście. W ogóle się do mnie nie zwracał.

Nic więc dziwnego, że czułem przywiązanie do generała, który, podobnie jak moi przyjaciele Man i Bon, nigdy nie szydził z mojego niechlubnego pochodzenia.

– Interesuje mnie tylko, jak dobry jesteś i co robisz, nawet jeśli to, co każę ci robić, nie będzie takie dobre – powiedział, kiedy przyjmował mnie do swojego sztabu.

Nieraz wykazałem się kompetencją, a przygotowanie do ewakuacji było ostatnim dowodem mojej umiejętności balansowania na granicy prawa i bezprawia. Wybrałem odpowiednich ludzi, zorganizowałem autobusy i co najważniejsze, zapłaciłem łapówki za bezpieczny przejazd. Rozdzieliłem je z puli dziesięciu tysięcy dolarów powierzonej mi przez generała, który poprosił o pieniądze swoją żonę.

– To nieprawdopodobna suma – rzekł, kiedy piliśmy herbatę w jego salonie.

– Sytuacja jest nieprawdopodobna – odparłem. – Ale to hurtowa transakcja za dziewięćdziesiąt dwie osoby.

Generałowa nie mogła się z tym nie zgodzić, jak każdy, kto słuchał krążących po mieście plotek. Podobno ceny wiz, paszportów i miejsc w samolotach sięgały tysięcy dolarów, a różniły się między sobą w zależności od standardu podróży i poziomu histerii. Ale żeby zapłacić łapówkę, trzeba było mieć odpowiednie kontakty. Nam pomógł pewien major o szemranej reputacji, z którym zaprzyjaźniłem się w nocnym klubie na Nguyen Hue. Przekrzykując dudnienie psychodelicznej muzyki, pochwalił mi się, że służy jako oficer dyżurny na lotnisku. Teraz w zamian za stosunkowo skromną opłatę w wysokości tysiąca dolarów poinformował mnie, którzy strażnicy nie będą stwarzać problemów i gdzie mogę znaleźć ich dowódcę.

Wszystko było dopięte na ostatni guzik, gdy o siódmej wieczorem przyprowadziłem Bona wraz z jego żoną i synkiem na miejsce zbiórki. Pod bramą willi czekały dwa niebieskie autobusy. Ich okna były osłonięte drucianą siatką, od której miały się odbijać granaty, przynajmniej teoretycznie, o ile nie miały napędu rakietowego, bo gdyby miały napęd rakietowy, pasażerów chroniłaby już tylko modlitwa. Na dziedzińcu czekały zaniepokojone rodziny, a generałowa stała na schodach willi w otoczeniu służby. Na twarzach jej dzieci malował się wyraz posępnej obojętności, kiedy z tylnego siedzenia citroëna patrzyły na Claude’a i generała, którzy palili papierosy, stojąc przed maską w świetle reflektorów. Trzymając listę pasażerów, wywoływałem kolejne osoby wraz z rodzinami, sprawdzałem nazwiska i kierowałem ich do autobusów. Zgodnie z instrukcją każdy dorosły i nastolatek mógł zabrać tylko niewielką walizkę albo torbę podróżną, ale niektóre dzieci przyciskały do piersi swoje ulubione kocyki albo lalki, których porcelanowe twarze o zachodnich rysach wykrzywiały fanatyczne uśmiechy. Ostatni wszedł do autobusu Bon, podpierając ramieniem Linh, która prowadziła za rękę ich synka. Duc był już na tyle duży, że pewnie stawiał kroki, a w wolnej dłoni ściskał żółte jo-jo, które dostał ode mnie w prezencie. Zasalutowałem mu, a chłopiec przystanął, żeby uwolnić rękę z uścisku matki, i ze skupioną miną odpowiedział na mój salut, przykładając palce do czoła.

– To już wszyscy – oznajmiłem generałowi.

– W takim razie ruszajmy – odparł, przygniatając niedopałek obcasem.

Na koniec generał pożegnał się z kamerdynerem, kucharką, pokojówką i trzema młodziutkimi niańkami. Niektóre służące błagały, żeby zabrać je ze sobą, ale generałowa stanowczo odmówiła, gdyż była przekonana, że jej mąż i tak wykazał się nadzwyczajną wspaniałomyślnością, płacąc za ewakuację swoich oficerów. Oczywiście miała rację. Słyszałem, że pewien generał, któremu zaoferowano miejsca w samolocie dla jego podwładnych, sprzedał je ludziom gotowym zapłacić więcej. Teraz generałowa pochlipywała, a wraz z nią służba, i tylko sędziwy kamerdyner w purpurowej apaszce na obwisłej szyi zachował spokój. Był już w podeszłym wieku, kiedy poznał generała, który wtedy był dopiero porucznikiem, i obaj przeszli przez piekło Dien Bien Phu, służąc pod komendą Francuzów. Stojąc u podnóża schodów ze zwieszoną głową i z czapką w ręku, generał nie potrafił spojrzeć starcowi w oczy.

– Wybacz mi – powiedział i to był jeden jedyny raz, kiedy słyszałem, że przeprasza kogoś innego niż własna żona. – Służyliście nam dobrze, a my nie okazaliśmy wam wdzięczności, ale żadnemu z was nie stanie się krzywda. Zabierzcie z willi, co tylko chcecie, a potem odejdźcie stąd. Gdyby ktoś pytał, nie przyznawajcie się, że pracowaliście dla mnie. A ja ślubuję wam uroczyście, że nie ustanę w walce o nasz kraj.

Kiedy generał zaczął szlochać, podałem mu swoją chusteczkę. Zapadło milczenie, które po chwili przerwał kamerdyner.

– Mam do pana tylko jedną prośbę.

– Co takiego, mój przyjacielu?

– Chciałbym dostać pański pistolet, żebym mógł się zastrzelić.

Generał pokręcił głową i otarł łzy moją chusteczką.

– Nie możesz tego zrobić – powiedział. – Idź do domu i czekaj na mnie, a kiedy tu wrócę, dam ci swój pistolet.

Stary wiarus chciał zasalutować, ale generał uścisnął mu dłoń. Cokolwiek mówią o nim dzisiaj, mogę jedynie zaświadczyć, że tamtego wieczoru był szczery i wierzył we wszystko, co mówił, nawet jeżeli były to kłamstwa, co nie odróżniało go zbytnio od innych.

Madame wręczyła służącym koperty wypchane dolarami, których grubość odpowiadała pełnionej funkcji, a potem wsiadła do citroëna. Generał zwrócił mi chusteczkę i zasiadł za obciągniętą skórą kierownicą, aby w tej ostatniej podróży osobiście poprowadzić kolumnę na lotnisko. Skierowałem kroki w stronę drugiego autobusu, ale Claude kazał mi wsiąść do pierwszego i pilnować, żeby kierowca się nie zgubił. Przystanąłem przy bramie i po raz ostatni spojrzałem na willę, którą zbudowali pochodzący z Korsyki właściciele plantacji kauczuku. Obok niej rósł okazały tamaryndowiec, którego gałęzie górowały ponad okapem dachu, a zwieszające się z nich podłużne strąki wyglądały jak rozczapierzone palce trupów. Kamerdyner, kucharka i służące wciąż stali u podnóża schodów, a kiedy im pomachałem, posłusznie unieśli ręce, żeby odpowiedzieć na mój pożegnalny gest. Trzymali bielejące w księżycowej poświacie koperty, które okazały się biletami donikąd.

* * *

koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji