Skarb kafryjskich władców - Louis-Henri Boussenard

Skarb kafryjskich władców

0,0

Druga część cyklu "Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów"

Aleksander, Albert i Joseph, rozłączeni na skutek dramatycznych wypadków, odnajdują się na Złotym Polu nieopodal Wodospadów Wiktorii, gdzie Joseph pokonuje w pojedynku potężnej postury Amerykanina. Gdy jeden z górników bierze Aleksandra za słynnego buszrendżera Sama Smitha, feta na cześć Joseph przeradza się w obławę na trzech Francuzów. Na czele górników stają dwaj spośród braci Burów. Dzięki Meksykaninowi, który sekundował Josephowi podczas pojedynku, Francuzi uchodzą prześladowcom. Chcą się przeprawić przez Zambezi łodzią Aleksandra. Po drodze spotykają buszrendżera, sobowtóra Aleksandra.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia  powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
okl_skarb-ebook.jpg

Strona przedtytułowa

 

 

 

Louis-Henri Boussenard

 

Skarb kafryjskich władców

Louis-Henri Boussenard

boussenard.jpg 

Louis-Henri Boussenard urodził się w Escrennes 4 października 1847 roku, a zmarł w Orleanie 11 września 1910 roku.

Był autorem powieści przygodowych, a także, podążając śladem Juliusza Verne’a, kilku fantastycznonaukowych. Za życia nadano mu przydomek francuskiego Ridera Haggarda, niezwykle poczytnego w tym czasie angielskiego autora powieści przygodowych. Obecnie jest bardziej znany w Europie Wschodniej niż w krajach frankofońskich (np. w Rosji wydano czterdzieści tomów jego utworów).

Po studiach medycznych poświęcił się pisaniu. Bardzo dużo podróżował po francuskich koloniach, zwłaszcza w Afryce. W tym czasie rząd francuski powierzył mu misję naukową w Gujanie. Podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku szybko został ranny i tym przykrym doświadczeniem można tłumaczyć mocno nacjonalistyczne poglądy, którym dał wyraz w kilku swoich powieściach. Miał także negatywny stosunek do Anglików i Amerykanów, co wyjaśnia, dlaczego tak mało jego utworów przełożono na język angielski.

Jego opowiadania i powieści ukazywały się w licznych czasopismach, takich jak „Le Figaro”, „Le Petit Prisien”, czy „Journal des voyages”.

Bohaterowie jego powieści podróżują po całym świecie, są wystawiani na wszelkie niebezpieczeństwa, ale zawsze triumfuje dobro, a źli ludzie zostają ukarani.

Boussenard napisał bardzo dużo powieści, z których większość można ująć w cykle. Do najbardziej znanych należą: „Saga Friqueta (Wróbelka)” o przygodach paryskiego urwisa, cykl liczący 20 tomów (w Polsce ukazały się dwa pierwsze tomy: W niewoli u ludożercówKorsarze mórz południowych); „Robinsonowie z Gujany”, liczący 9 tomów (w Polsce Galernicy Gujany, obejmujący dwa pierwsze tomy); „Bez Grosza”, liczący 5 tomów (w Polsce Dusiciele w Bengalu, drugi tom cyklu); „Lodowe piekło”, zawierający 6 tomów (w Polsce: Piekło wśród lodówKapitan Łamigłowa); „Tajemnice Pana Syntezy”, liczący 4 tomy (w Polsce dwa tomy: Tajemnica doktora SynteseNiezwykła podróż doktora Syntese), czy wreszcie cykl „Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów”, składający się z 3 tomów.

Strona tytułowa

Louis-Henri Boussenard

diam01_001.jpg 

Skarb kafryjskich władców

Druga część cyklu

Niebezpieczne Przygody Trzech Francuzów w Krainie Diamentów

 

Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak

Strona redakcyjna

Dwudziesta siódma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Drugi tom serii:

„Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

 

Tytuły oryginału francuskiego: Le Trésor des rois Cafres

 

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2015

 

24 ilustracje, w tym 2 kolorowe: Jules-Descartes Férat

(zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego)

Ilustracje na okładce i w tekście podkolorowała Barbara Linda

 

Redakcja i korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Projekt okładki: Barbara Linda

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2016

 

ISBN 978-83-64701-82-5 (całość)

ISBN 978-83-64701-84-9 (część druga)

Rozdział I

Bijatyka na Złotym Polu – Wyrażenia niemające w sobie nic ewangelicznego, ozdobione kilkoma policzkami – Dziwaczny pojedynek – Nóż przeciwko rewolwerowi – W namiocie – Niezwykłe przygody pierwszego górnika – Bohaterskie wyczyny Sama Smitha, „buszrendżera” – Historia bryłki złota wartej pięćdziesiąt tysięcy franków i diamentu wielkiego jak orzech laskowy – Trzy strzały i jedno pchnięcie nożem

 

diam02_001.jpg 

Caray1…! Powtarzam, że jesteś nikczemnikiem!

– Nikczemnikiem…! Ja!?

– Tak, ty! Powtórzę to ze sto razy, chociaż mierzysz dwa metry od czubka głowy do pięt, jesteś gruby jak hipopotam i silny jak pięcioletni byk… Nikczemnik…! nikczemnik…! nikczemnik…!

– Zabiję cię jednym uderzeniem pięści!

– Spróbuj…!

– Rozwalę kulą głowę.

– Nic z tego. Za dużo krzyczysz. Obrażam cię, a ty zamiast spełnić swoje groźby, potrafisz tylko ryczeć. Wyśmiewam się z twoich pięści i rewolweru, świński Jankesie2! Nędznik i fanfaron3! Gdyby któryś z czcigodnych dżentelmenów zechciał pożyczyć mi nóż, to spuszczę ci całą krew, jak jakiemuś zwykłemu wieprzowi z Chicago.

Tak obrażony, olbrzym wydał okrzyk wściekłości, rzucił się na swego rozmówcę mającego najwyżej pięć stóp4 wzrostu, chwycił go jedną ręką za liche odzienie zaledwie okrywające opalony w gorącym słońcu tors, podniósł jak dziecko i przez dwie sekundy szukał wzrokiem miejsca, by nim łupnąć o ziemię.

diam02_002.jpg 

Mały człowieczek, odważny aż do szaleństwa, wykorzystał na złapanie oddechu tę chwilę, w której wisiał zawieszony w powietrzu, i z całej siły spoliczkował z jednej i z drugiej strony olbrzyma, zaskoczonego taką niezwykłą odwagą.

Trzask…! Prask…! Dwa potężne policzki wydały dźwięk tłuczonych talerzy. Pośród licznych świadków tego dziwacznego wydarzenia przebiegł pomruk zdziwienia i podziwu.

Jeszcze niezbyt zadowolony z czynu, który był bardziej upokarzający niż bolesny, mały człowieczek oparł jedną stopę na piersi trzymającego go osobnika, zaparł się i z całej siły się odepchnął. Odzienie nie wytrzymało, drąc się z suchym trzaskiem, i pozostało w sękatych palcach zbitego z tropu mastodonta5.

Jego zwinny przeciwnik wykonał zwycięskie salto w tył, stanął ponownie na dwie nogi i wykrzyknął, zanosząc się od śmiechu:

Caray…! Dobrze jest być ubranym w łachmany. Czyż nie tak, dżentelmeni…? A teraz, jeśli chcecie zabawić się jak panowie lordowie, posłuchajcie mnie. Niech któryś z was da mi nóż. Zamierzam, co również wam teraz głośno oświadczam, wywlec na wierzch flaki temu bydlakowi. Na świętą krew…! Ten tchórz nie wie, z kim ma do czynienia! Chcę mu pokazać, jak biorą się do dzieła tacy jak ja, którzy przed zostaniem poszukiwaczami złota walczyli z bykami na plaza6 w Barcelonie…!

Jego przemowie towarzyszył gromki śmiech i wrzawa, z której dało się wychwycić poszczególne osobliwe wypowiedzi:

– Francuz ma rację.

– On nie jest Francuzem, lecz Hiszpanem.

– Nieważne, to twardy zuch i Dick ma to, na co zasłużył.

– On nie ma racji. Nie obraża się takiego dżentelmena jak Dick…

– Nie można, ot tak sobie, go spoliczkować.

– Ależ tak… tak… brawo!

– Nie…! Nie…! Niech się biją.

– Ech, na wszystkie demony…! Tego właśnie pragnę! – zripostował nieznajomy. – Czy jest tu chociaż jeden, który mnie zgani, jeśli potraktuję tego gbura tak, jak na to zasługuje?! Lecz kto tu powinien czuć się obrażony, proszę ja was? Przybyłem do kopalni wyczerpany i bez grosza przy duszy. Ale przecież ubóstwo nie jest ułomnością, czyż nie tak? Podano mi szklankę wody. Ten nędznik widząc, że nie mam czym zapłacić, tak jak on za szklaneczkę sherry zapewne skradzionym złotem, przewrócił moją szklankę i śmiał mi się prosto w nos…! Dżentelmeni, czy jest pośród was choć jeden, który nie roztrzaskałby mu łba…? Ja zemszczę się na swój sposób. Zamierzam go przedziurawić i wytoczyć z jego wnętrzności szklankę krwi…! Oto, co zamierzam zrobić.

Burza oklasków przyjęła tę stanowczą deklarację i natychmiast przystąpiono do zawierania zupełnie niesamowitych zakładów na ewentualność pojedynku, do którego wszystko zmierzało.

– Pojedynek! To jest to… Brawo…! Ja stawiam na głowę tego małego Francuzika!

– Sto funtów7 na Dicka…!

– Trzymam!

– Dwieście na Francuza…!

– Zawarty!

– Dick zrobi z niego papkę.

– Nic podobnego. Francuz puści mu krew jak wieprzkowi!

– Tym lepiej! Ten bydlak Dick już nas nudzi!

– Popatrzcie, już uzbroił swój rewolwer. Roztrzaska mózg biednego małego diabełka zanim ten wykona jakikolwiek ruch…

– Och, tak nie może być! Chcemy pojedynku. Uczciwego pojedynku. W diggin8 tak rzadko można się rozerwać… Jeśli Dick go zamorduje, to zwołamy zebranie i zastosujemy prawo Lyncha9.

Nagle zbliżył się pewien Meksykanin o oliwkowej cerze, z głową przykrytą dużym słomkowym kapeluszem, ubrany w krótką kurtkę i otwarte aż do kostek obszerne spodnie, rzucił na ziemię papierosa i ukłoniwszy się ceremonialnie, powiedział:

Caballero10, zechce mi wasza dostojność uczynić zaszczyt i przyjąć mnie na sekundanta?

– Cały honor po mojej stronie, señor11. Przyjmuję z wdzięcznością.

– Wasza dostojność prosił o nóż. Oto moja navaja12. Jest to najlepsza broń, jaką znam, do „rozpruwania skóry”.

– Wasza dostojność mnie uszczęśliwia. Dziękuję, caballero.

W tej chwili między nimi pojawił się pewien Anglik o rudej brodzie i chłodnym, ale mimo wszystko sympatycznym wyrazie twarzy.

– Ten dżentelmen – powiedział – nie może walczyć nożem z master13 Dickiem uzbrojonym w rewolwer. Proponuję, żeby obaj czcigodni mistrzowie zmierzyli się w szlachetnej walce na pięści. Utwórzmy ring i go ahead14…!

Dick, pobudzony, rozjuszony, szarpiący się, nie chcący o niczym słyszeć, rzucił twardym głosem:

– Boks, rewolwer, nóż, wszystko mi jedno, co mi jest potrzebne, bylebym go zabił!

– Tymczasem ja – odparł Francuz – podtrzymuję, że jako obrażony mam prawo wyboru broni. Wybieram nóż. Co do ciebie, panie nieruchawy, wybierz sobie, co ci najbardziej odpowiada. W sumie nie ma to znaczenia, najważniejsze, żeby moja szklanka była pełna claret15 wyciągniętego z twoich żył. Taki jest mój zamiar. Dżentelmeni, przecież macie ochotę się zabawić, czyż nie tak…?

– Tak…! Tak…! Dlatego tu jesteśmy!

– Pięknie! Oto, co proponuję. Ustawimy się, mój przeciwnik i ja, dwadzieścia kroków od siebie, bez prawa zbliżania się. On użyje rewolweru, a ja swego noża.

Ogromny wybuch śmiechu przyjął tę osobliwą propozycję, której nieprzewidywalność pozwalała wątpić, że jej autor jest w posiadaniu zdrowych zmysłów.

Nawet Meksykanin, który pożyczył mu swoją navaja, śmiał się szczerze jak człowiek wiedzący, co to wszystko oznacza. W tym samym czasie można było zobaczyć wydłużające się twarze tych, którzy w zawartych zakładach postawili na małego człowieczka.

Francuz ponownie zaczął mówić dźwięcznym głosem, wibrującym jak odpowiadające na uderzenia młoteczków cymbały.

– Dżentelmeni, chcę wam pokazać coś, czego jeszcze nigdy nie widzieliście. Zanim użyję mojej broni, przetrzymam trzy strzały tego człowieka. Przyznaję mu zatem trzy kule, których może użyć. Pierwszą, ponieważ jestem Francuzem, drugą, gdyż jest pijany, i wreszcie trzecią, ponieważ on się boi. Och, bądźcie zupełnie spokojni… Nie zdoła mnie trafić! Jeśli chodzi o mnie, postawię się mu i nie będę ruszał się z miejsca. Mój nóż trafi go w sam środek gardła, między dwa krańce kołnierza rozchylonej koszuli. Dżentelmeni, będę gotowy, kiedy tylko zechcecie.

Ostatnie słowa Francuza ostatecznie wzbudziły entuzjazm zebranych, którzy wyrażali swoje zadowolenie żywymi gestami i gromkimi okrzykami, wyrzucanymi we wszystkich językach świata i w najprzeróżniejszych tonacjach. Ów śmiały osobnik, którego spokój w tak jaskrawy sposób kontrastował z wściekłością Amerykanina, natychmiast urósł w ich oczach do rangi bohatera.

– Och, jeszcze jedno słówko! Ponieważ ten osobnik, którego nazywacie Dickiem, na pewno nie trafiając we mnie, roztrzaska wiele naczyń stołowych, byłoby dobrze odłożyć jako zabezpieczenie pewną sumę pieniędzy albo żądać, żeby stanął przed bufetem. Inaczej, kiedy go zabiję, szef tej oberży będzie zdolny zażądać ode mnie, żebym zapłacił za wyrządzone szkody, a przecież miałem honor was powiadomić, że nie mam przy sobie ani jednego sou16.

Jakież okrzyki, jakież entuzjastyczne tupania wybuchły wobec takiego dowodu zimnej krwi! Rozległy się trzy gromkie, jednogłośnie brzmiące okrzyki „hurra!”. Świadkowie tego dziwacznego pojedynku odsuwali się, tworząc jakby ogrodzenie pola walki i pozwalając policzyć kroki, by stworzona została wymagana odległość między przeciwnikami.

Byli tam Europejczycy, pośród których dominował element angielski i niemiecki, liczni Irlandczycy, których niedola wygnała z rodzinnego kraju, oraz kilku Belgów. Następnie Amerykanie z kozimi bródkami, Meksykanie, Wenezuelczycy, Argentyńczycy, a pomiędzy tymi wszystkimi Chińczycy z kosmykami włosów związanymi w kok, z żółtawymi twarzami niewzruszonych magotów17, przemykający się pomiędzy tymi różnorodnymi grupkami. Wszyscy ci ludzie, prawie pozbawieni skrupułów, przegrane dzieci diggins, przybyli z pól diamentowych po popełnieniu wielu grzeszków, teraz zebrali się w dorzeczu Zambezi18, być może przyciągnięci bardziej entuzjastycznymi i emocjonalnymi niż prawdziwymi opowieściami awanturników, którzy ostatnio badali i przeszukiwali te okolice. Mówiono o bogatych placerach rozciągających nieopodal Wodospadów Wiktorii19, położonych, jak wiadomo, na 25° 41’ długości geograficznej wschodniej, licząc od południka Greenwich, i 17° 41’ szerokości południowej20. Podobno na tych ziemiach, tylko z rzadka odwiedzanych przez podróżników i badaczy, można było napotkać w ogromnych ilościach diamenty i złoto. Nowina ta, prawdziwa czy fałszywa, zupełnie wystarczyła, by przyciągnąć ze wszystkich stron pierwszych górników i kopaczy. Teraz było ich tutaj około tysiąca, ryjących w ziemi, jak do tej pory bez żadnych większych sukcesów, starających się gorliwie, bez wątpienia tytułem pociechy, przemienić ostatnie kawałki złota w płyny, tyleż rozpalające, co bardzo różnorodne.

Dzisiaj diggin świętowała. Ci ludzie, prawie wszyscy niewierzący, rygorystycznie przestrzegali prawa do niedzielnego odpoczynku. Jak łatwo było zauważyć, nie czyniono tego z powodu religijnego ducha, ale dobrej okazji, by się zabawić na całego i pić do ostatnich granic wytrzymałości oraz możliwości fizycznych, a raczej ich braku.

Jakikolwiek byłby motyw takiego postępowania, olbrzymi prostokątny namiot wykonany z białego płótna, solidnie rozpięty na mocnych palikach, tworzący główny „zabytek” przyszłego miasta, był dosłownie przepełniony bardzo zajętą i podnieconą publiką. Farmaceutyczne mikstury, tak lubiane w pałacach Anglosasów, krążyły bezustannie, pozostawiając za sobą dziwaczną woń zespolonych razem lekarstw i perfum: wyróżniały się swoją innością nienazwane szampany, niebieskawe wina o fioletowym odcieniu, przypominającym kolorem stoły z surowego drewna, spirytusy, na które chemia organiczna na próżno poszukiwałaby odpowiednich formuł, które paliły jak sto diabłów, wydzielając jednocześnie cierpkie odory zwęglonych cząstek roślinnych, ku niesamowitej radości wszystkich tych pijaków, których przeżarte gardła nie mogłyby się zadowolić substancjami mniej palącymi, chociaż zupełnie nieszkodliwymi dla organizmów.

Silne podrażnienie wywoływane wchłanianiem tych strasznych napitków wystarczyłoby, by wyjaśnić motyw kłótni, która prawdopodobnie doprowadzi do śmierci człowieka, a taka ewentualność stała się tematem wszystkich rozmów. Jak to można było stwierdzić, powód kłótni był bardzo błahy, skoro chodziło o przewrócenie, być może przez nieuwagę, zwykłej szklanki z wodą przez jednego z pijących, który nie miał nic wspólnego ze swoim przeciwnikiem, przynajmniej spoglądając z punktu widzenia stanu trzeźwości. Jednak w tak bardzo wymieszanych społecznościach, złożonych z rozgorączkowanych osobników, którym znane są dobrze najpotworniejsze ekscesy, którzy nie znają żadnych wędzideł, wyłączywszy brutalną siłę, takie incydenty natychmiast nabierają kapitalnej ważności.

Poza tym ten pijący, a raczej ten pijany, był Amerykaninem. Otóż wiadome jest wszystkim bezceremonialne grubiaństwo przedstawicieli tej rasy jankesów, którzy są nawet nazywani „ludźmi będącymi w połowie krokodylami, a w połowie końmi”, więc zupełnie nie należy się dziwić, że w czasie spotkania doszło do takiego prostego incydentu, takiego casus belli21, choćby pijący wodę był najmniej wrażliwym człowiekiem na świecie. Wszystko inne to były już tylko usprawiedliwienia. Amerykanin zanosił się gromkim śmiechem, obracając w zębach duży kawałek tytoniu, żując go z wielkim upodobaniem i czasami posyłając pod same stopy obcego mężczyzny duże porcje czarniawej śliny. Phi! Biedak, który pije wodę! Czy to może być ktoś znaczący?! Poza tym miał nie więcej jak pięć stóp wzrostu i zdawał się ważyć co najwyżej sto funtów. Człowiek posiadający takie gabaryty, nie będąc „wart” przynajmniej sto tysięcy dolarów, jest nikim, zwykłą mszycą, natrętnym insektem, którego można się pozbyć jednym prztyczkiem.

Taka była przynajmniej ocena zebranych ludzi. Ale zdarzyło się, że ów owad się postawił, i uczynił to z wielką mocą, a zarazem z całym dostojeństwem. Obraził olbrzyma, zadrwił z niego, obsypał go wrogimi okrzykami i z diabelskim mistrzostwem spoliczkował…! Obiecał także rozpruć go w brutalny sposób i postawił mu takie warunki, że doprawdy, w jednej chwili rozbawił wszystkich swoich zwolenników, może z wyjątkiem kilku osobników skrajnie podporządkowanych Amerykaninowi, który, jak się wydawało, chętnie rozdawał z jednakową łatwością szturchańce i szklaneczki grogu22, skoro tylko pojawiła się ku temu stosowna okazja.

Trzymający zakłady za małym Francuzem na wyścigi ofiarowywali mu różnego rodzaju napoje, wypytywali o jego potrzeby, chcieli dać mu jedzenie, rozweselali go, wzmacniali, by przed swoim przeciwnikiem prezentował dobrą minę, ale przede wszystkim po to, żeby sprawił, iż mogli wygrać zakłady. Francuz wszystkim odmawiał – uprzejmie, aczkolwiek z wielką stanowczością. Przyjął jedynie od Meksykanina jednego papierosa, którego dymem z rozkoszą się zaciągał, cały czas zimnym wzrokiem wpatrując się we właściciela pomieszczenia, zajętego naciąganiem dwóch równoległych długich sznurów wzdłuż całej długości płóciennego domu. Widzowie ustawili się po obu stronach tych teoretycznych barier, między którymi mieli stanąć walczący.

Podczas gdy Amerykanin raz po raz wlewał ogromne porcje grogu w szeroko otwarty krater swego gardła, w oczekiwaniu na rozpoczęcie pojedynku rozbrzmiały na nowo jeszcze żywsze rozmowy i dyskusje, na chwileczkę przerwane kłótnią.

– Czy wiesz – powiedział do jednego Irlandczyka obdarty Argentyńczyk, brązowy jak drzwi pagody – że jest tutaj Sam Smith?

Nazwisko to, wypowiedziane cichym, prawie bojaźliwym głosem, wywołało u jego rozmówcy dziwaczny odruch zdziwienia i ciekawości.

– Sam Smith, buszrendżer23…?

– Król buszrendżerów, mój kamracie. Cesarz rabusiów, monarcha wyjętych spod prawa, wielki wódz hultajów, którzy nas okradają, kiedy tylko znajdziemy „koszyk pomarańczy”24.

– Cicho! zamknij się! Nie jest ostrożnie tak mówić o Samie, który wszędzie ma swoich wysłanników. Ale, ale, więc go widziałeś? Skąd wiesz, że przebywa w naszej okolicy?

– Ech, on jest wszędzie, gdzie można dokonać dobrego napadu! Po grabieżach w New Rush zatrzymał dyliżans, który wiózł wydobyte diamenty z kopalni Old de Beers25, a pewnego dnia widziano go w Nelson’s Fountain26, gdzie, jak się mówi, zamordował górnika, który pojawił się tam zaledwie dwa dni wcześniej.

– Opowiedz nam o tym, dżentelmenie.

– Za chwilę. Najpierw zobaczmy pojedynek.

– Czy wie pan, że chodzą słuchy, jakoby był związany z trzema Burami27…? – zapytał wielce rozgorączkowany Belg.

– Są to Klaas, Cornelis i Pieter28.

– Osadnicy z Vaalu29…?

– Właśnie stamtąd.

– Mylicie się. Sam Smith zawsze działa w pojedynkę. Ma oczywiście swoich współpracowników, którzy fanatycznie go słuchają i którym od czasu do czasu daje do obgryzienia jakąś kość…

– Poza tym jest to prawdziwy dżentelmen z głównych traktów…

– Wspaniałomyślny jak lord…

– Silny jak słoń…

– Okrutny jak tygrys…

– Żarłoczny jak lichwiarz…

– Krótko mówiąc, najlepszy na dolę i niedolę!

– Skąd pochodzi? Kim jest?

– Opowiada się o nim dziwne rzeczy. Podobno długo był przywódcą buszrendżerów w Australii. Dowodził bandą liczącą ponad pięciuset ludzi, nie obawiając się ani Boga, ani diabła… Bogactwa, jakie posiadali, były nie do policzenia. Generalny gubernator Australii był przy nich tylko małym chłopczykiem. Na nieszczęście ich interesy podupadły…

– Powiedziałeś dżentelmenie: „na nieszczęście”!

– Powiedziałem „na nieszczęście” z punktu widzenia sztuki obrabowywania swoich bliźnich… Widząc, że jego zbrodnicze rzemiosło, któremu oddawał się z prawdziwym zamiłowaniem, zagrożone jest bezrobociem, którego czas trwania mógł być nieokreślony, widząc także, że dobrze namydlone sznury konopne zawisają na wszystkich drzewa australijskiego buszu, mój Smith postanowił wyzyskiwać diamentonośne claims30 i złotonośne diggins w Afryce Południowej.

– Jeśli mówisz w ten sposób, wygląda na to, że go znasz…?

– Widziałem go zaledwie dwa razy i to w okolicznościach, których na pewno tak prędko nie zapomnę.

– Opowiedz nam o tym, bardzo prosimy!

– Chętnie, skoro tak bardzo nalegacie. Ale zawiadomcie mnie, kiedy Dick i Francuz zaczną się bić. Postawiłem zakład na tego drugiego i mam nadzieję, że jeśli wygram, to będę mógł postawić wam taki grog, jakiego nigdy nasz gospodarz nie podał od czasu, jak zaczęliśmy przemywać nadbrzeżne ziemie Zambezi.

– Brawo! Jesteś prawdziwym górnikiem!

– Pierwszy raz zobaczyłem Smitha mniej więcej przed trzema tygodniami.

– Niemożliwe…! A drugi…?

– Było to wczorajszego ranka…

– W jakim miejscu?

– Zaledwie dwie mile stąd. Przede wszystkim jednak muszę wam powiedzieć, że jak będziecie mi tak ciągle przerywali, to nie będę w stanie zaspokoić waszej ciekawości. Miejcie trochę cierpliwości. Moja podwójna przygoda streści się do dwóch krótkich opowieści. Otóż za pierwszym razem powracałem znużony, ale rozradowany z prospekcji31 pośród skał stanowiących przedłużenie tych, które tworzą Wodospady Wiktorii. Poszukiwania okazały się bardzo owocne. Niezależnie od pięknych ziarenek złota wypychających mój pas, niosłem także w skórzanej torbie przewieszonej przez ramię przeogromną bryłkę wielkości dwóch pięści.

– Coś takiego! Ten nugget32 musiał ważyć co najmniej ze dwanaście kilogramów, nieprawdaż…?

– Możesz sobie policzyć szesnaście, mój towarzyszu, złota pierwszego gatunku, za które płaci się trzy franki za gram w dobrej francuskiej walucie. Memu nuggetowi można było zatem przypisać wartość dwóch tysięcy funtów szterlingów, czyli około pięćdziesięciu tysięcy franków.

Arrah…! – wykrzyknął Irlandczyk. – Za to można by pić przez całe życie!

– Zatem szedłem, podśpiewując sobie pod nosem, kiedy nagle z zarośli dobiegł do mnie chropowaty głos nakazujący mi się zatrzymać. Naturalnie nic takiego nie uczyniłem, jedynie szybko uzbroiłem rewolwer i przyspieszyłem kroku. Wtem rozległ się huk wystrzału. Poczułem gwałtowne uderzenie w rękę, w której trzymałem broń. Mój rewolwer, rozwalony przez kulę, wyleciał, nie wiem jak i gdzie. Z gęstwiny wyskoczył wielki mężczyzna, wierzcie mi, bardzo dobrze ubrany, i stanął przede mną, trzymając w ręce dwustrzałowy karabin, a z jego prawej lufy wydobywał się jeszcze dym. Łotrzyk pękał ze śmiechu, cały czas patrząc takim wzrokiem, że zacząłem drżeć. „– Co za uparciuch! – odezwał się drwiącym głosem. – Gdyby posłuchał pan mego nakazu i po bratersku podzielił się zdobyczą pańskiej prospekcji, byłby pan jeszcze posiadaczem swego pistoletu. Ponadto pozostałby pan właścicielem połowy złota. Teraz jednak będzie konieczne, żeby opróżnił pan swoje kieszenie i poszedł dalej ubogi jak nie przymierzając Irlandczyk”.

diam02_003.jpg 

– Nie próbowałeś się opierać…?

– Po co? Moja czaszka posłużyłaby za pojemnik na dobre kule, tuzin za funt szterling, i nie miałbym także w tym momencie okazji, by opowiedzieć wam o mej niemiłej przygodzie. Posłuchałem więc bez ociągania, gdyż dżentelmen z traktu wydawał się gdzieś spieszyć. „– Bardzo rozsądnie, mój chłopcze – mówił dalej sardonicznym tonem. – Kiedy później będziesz miał okazję spotkać Sama Smitha, buszrendżera, przypomnij sobie, że jego najmniejsze życzenia są rozkazami”. „– Ależ dżentelmenie – odpowiedziałem nieśmiało, gdyż zapewniam was, byłem zupełnie ogłupiały – nie wiedziałem, że mam do czynienia z Waszą Dostojnością…”. „– Ach tak! Czyżby zatem znalazł się ktoś na tyle śmiały, by podążać moimi śladami? Kto ośmiela się bez mego zezwolenia podnosić podatek nałożony przez buszrendżerów? Jestem jedynym, słyszysz mnie dobrze?, jedynym, który przeciwstawia się waszej policyjnej ochronie i drwi sobie z wyroków sędziego Lyncha! Na Boga! Jeśli mam konkurenta, powiedz mi o tym bez żadnej bojaźni, a w takim przypadku osobiście go zlinczuję!”. „– Nie, nie, dżentelmenie. Myślałem jedynie, że jest pan zajęty gdzie indziej”. Zaczął śmiać się na cały głos, bezwstydnie włożył mój skarb do swojej kieszeni, zostawiając na ziemi kilka ziarenek złota, gwizdnął na swego konia, zwinnie wskoczył na siodło i zanim użył ostróg, powiedział do mnie: „Już cię znam. Przez sześć miesięcy nie będziesz zmuszony płacić kontrybucji. Pozbieraj te drobiazgi, które podoba mi się tobie zostawić, i nie zapominaj, że następnym razem masz się ze mną podzielić”. Potem spokojnie odjechał, zostawiając mnie na drodze wściekłego i zmieszanego…

– Bez wątpienia, było po czym.

– Niech mnie Bóg skarze! Oto dzielny towarzysz.

– To demon, z którym trzeba będzie się rozliczać.

– Wkrótce się o tym przekonamy.

– Co z dalszym ciągiem… dalszym ciągiem twojej historii? Opowiedz o drugim spotkaniu…

Opowiadający pochłonął ogromną szklankę napitku, jakby chciał wyrzucić z siebie natrętne wspomnienie nieprzyjemnej przygody i mówił dalej:

– Było to, jak już miałem zaszczyt wam powiedzieć, wczoraj rano, jakieś dwie mile od wodospadów. Wracałem z kolejnej prospekcji, która już nie była tak owocna jak poprzednia. Nie miałem w kieszeni ani jednego grama złota, zapasy żywności skończyły mi się już dwa dni wcześniej, więc powracałem, umierając z głodu i potykając się na każdym kroku. Złamany zmęczeniem i potrzebą jedzenia, w pewnej chwili stoczyłem się do parowu znajdującego się poza jakimikolwiek uczęszczanymi drogami. Upadek był tak ciężki, że straciłem przytomność. W myślach na zawsze pożegnałem się z diggins i darmowymi posiłkami, które zawsze miały miejsce po obfitych zbiorach. Obudziło mnie wrażenie chłodu. Otworzyłem oczy i zobaczyłem jak przez mgłę wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, uśmiechającego się pod długimi, jasnymi wąsami, którego twarz kryła się pod gęstym, płowym zarostem. Osobnik ów zwilżał moje czoło chustką umoczoną w pobliskiej kałuży i od czasu do czasu przerywał tę czynność, by intensywnie nacierać moje ciało. „– No cóż, mój towarzyszu, masz wielkie szczęście, że zjawiłem się tutaj w poszukiwaniu jarząbka, którego wcześniej zestrzeliłem, by go spożyć na śniadanie. Sępy, które w tej chwili krążą nad nami w powietrzu, dokonałyby sekcji zwłok na całkowicie żywym organizmie…”. Wybełkotałem słowa podziękowania i chciwie przyssałem się do manierki pełnej cape brandy33, którą podał mi mój zbawca. „– Ta serwatka zapewne cię rozweseliła, nieprawdaż? – kontynuował z jowialną serdecznością. – Teraz będziesz mógł powrócić do diggin. Masz za co kupić jedzenie dzisiaj wieczorem?”. „– Nie mam ani szylinga34, dżentelmenie”. „– Chociaż ty ich nie masz, to ja posiadam kapitał i przyjmij ode mnie to, co ci ofiarowuję, żebyś mógł wypić za moje zdrowie”. Natychmiast wydobył ze swej ładownicy35 małą skórzaną sakiewkę, wyciągnął z niej diament wielkości laskowego orzecha i włożył mi go do ręki. Następnie zabrał swoją fuzję i zniknął po cichu, nawet nie czekając, abym wyraził mu swą wdzięczność.

– A diament…? – zawołali zgromadzeni wokół niego górnicy.

– W tej chwili właśnie go przepijamy, dżentelmeni.

– A ten… człowiek… Czy naprawdę był to Sam Smith, buszrendżer…?

Głośne „hurra!”, które w tej chwili rozbrzmiało, przeszkodziło w usłyszeniu odpowiedzi górnika. Dwaj przeciwnicy zajmowali właśnie miejsca, jeden naprzeciw drugiego, oddzieleni od siebie dwudziestopięciometrową przestrzenią, którą skrupulatnie odmierzyli ich świadkowie.

W tym momencie do namiotu wślizgnął się mężczyzna średniego wzrostu, ubrany w bardzo poniszczone rzeczy, którego wychudzone rysy twarzy nosiły ślady straszliwych cierpień, jakich niedawno musiał doznać. Usiadł przy stole pospiesznie opuszczonym przez pijących, położył łokcie na blacie poplamionym rozlanymi trunkami i tak trwał nieruchomo, z głową pomiędzy rękoma, jakby był powalony zmęczeniem czy też jakąś chorobą. Z powodu panującego tumultu i rozgardiaszu towarzyszącego początkowi pojedynku nikt nie zauważył jego przybycia.

Amerykanin Dick, nagle wytrzeźwiawszy po wciągnięciu do nosa pewnej ilości oparów amoniaku, powoli ustawił się na miejscu, sprawdził naboje w rewolwerze i czekał na sygnał. Francuz, uzbrojony tylko w navaja, odważnie zajął miejsce na drugim krańcu wytyczonego pola walki i wyprostował swoją małą posturę, jakby nie chciał stracić z niej ani jednego milimetra.

Nagle zapadła kompletna cisza. Nie było słychać żadnych dźwięków oprócz sapiących oddechów kilku wrażliwszych widzów.

– Kiedy tylko zechcesz – powiedział zimnym tonem Francuz, kładąc płasko na dłoni długi nóż, który oparł ostrym końcem o zgięcie ręki.

All right36… – potwierdził Amerykanin.

Świadkowie natychmiast się odsunęli, a jeden z nich, zachowując równomierne odstępy, trzykrotnie klasnął w dłonie.

Dick podniósł pistolet i oddał strzał. Rozległ się huk, następnie straszny trzask tłuczonego szkła, a potem wybuch wesołego śmiechu małego Francuza.

– Za wysoko o dobrą stopę, master Dick – powiedział drwiącym głosem. – Twoja kula roztrzaskała pełne butelki, a jak wiesz, to się nie liczy.

Gdzieniegdzie rozległy się brawa, szybko zagłuszone przez liczne okrzyki „cicho!”.

Dick odetchnął głęboko, starannie wycelował i po raz drugi nacisnął spust. Pobladł całkiem, widząc poprzez obłoczek dymu, że jego przeciwnik nadal stoi na nogach i na dodatek głośno się śmieje.

– Ależ chcesz potłuc wszystkie rzeczy…! Naturalnie wyjąwszy moją głowę… W ten sposób straciłeś już dwadzieścia dolarów, nie licząc mego kapelusza, w którego denku zrobiłeś dziurę. Ale co tam! Jedna dziura mniej lub więcej, co to ma za znaczenie? Uważaj, pozostał ci tylko jeden strzał, a moja navaja ma czubek tak ostry jak igła…

Mężczyzna wspierający się na łokciach z czołem umieszczonym między rękoma, słysząc ten drwiący głos, zadrżał gwałtownie i podniósł swoją zmęczoną głowę.

Amerykanin zrobił się siny, a na jego byczym karku grube żyły napięły się jak kable. Rzucił okropne przekleństwo, wypluł na ziemię zwitek tytoniu i dwukrotnie mocno tupnął nogą. Energicznym okrzykiem starał się ostatni raz przywołać zimną krew. Szybko opuścił broń, a następnie podnosił ją powoli i naprowadzał linię strzału od dołu ku górze, czyniąc to z wyrachowaną kalkulacją, co miało zapewnić celny strzał i jednocześnie wzmóc niepokój jego przeciwnika. Przez jedną sekundę ręka trzymająca rewolwer pozostała całkowicie nieruchoma, a potem naprężenie stopniowo opadło.

Rozległ się huk strzału. Francuz wydobył z siebie chrapliwy okrzyk, skulił się nagle – nie wiedziano, czy nie otrzymał śmiertelnego trafienia – a potem szybko jak błyskawica znowu się wyprostował, czemu towarzyszył ostry świst.

Głuche chrapnięcie, można by powiedzieć wychodzące z gardła szarego niedźwiedzia, wydostało się z ust Amerykanina, który rozchyliwszy ramiona, konwulsyjnie bił nimi powietrze, a następnie zwalił się ciężko na ziemię, zalewając się potokiem krwi. Trafiła go navaja rzucona nieomylną ręką przeciwnika, sadowiąc się w samym środku szyi, odcinając gładko jabłko Adama, które całe zakrwawione znalazło się na równym poziomie z ramionami.

W tym czasie zwycięzca tego okrutnego turnieju podniósł się z ziemi i dumnie pokazywał czerwony ślad po rozcięciu skóry, jaki widniał na jego głowie.

– Jest u nas przysłowie, mówiące, że z powodu braku kropki Martin stracił swego osła37. Gdyby master Dick strzelił o centymetr niżej, to ja byłbym tym, który leżałby na wznak z czterema kopytami w powietrzu. Jednak tak się nie stało, za cenę kosmyka włosów i zadraśnięcia.

Po chwilowym osłupieniu, jakie spowodował przede wszystkim cudowny rzut nożem, rozległ się jeden straszliwy okrzyk: hurra! Nieustraszony Francuz, naciskany, obłapiany, poklepywany przez każdego, nawet przez tych, którzy przegrali zakład, został jak piórko podniesiony na ramiona i był obnoszony po całym namiocie przez rozentuzjazmowany tłum. Z tego wysoko zawieszonego w powietrzu posterunku dostrzegł nowo przybyłego człowieka, który spoglądał na niego, jakby skamieniały z emocji, na którymi nie potrafił zapanować.

– Pan Albert! – zawołał mały człowieczek. – Pan Albert…! To na pewno pan…?

– Joseph…! Mój dzielny Joseph… – wybełkotał przybysz z wielkim wysiłkiem, próbując się podnieść.

Wkrótce jednak doszło do kolejnego wydarzenia, które niespodziewanie wplotło się w rozgrywającą się dramatyczną scenę. Portiera zasłaniająca wejście do namiotu została gwałtownie odsunięta i do środka radosnym krokiem wszedł wysoki mężczyzna w białym kasku na głowie, z przerzuconym przez ramię karabinem, rzucając pełne ciekawości spojrzenia na zgromadzonych ludzi, będących jakby w delirium.

W tej samej chwili rozległy się trzy okrzyki. Jeden wydarł się z ust Alberta, drugi wydał Joseph. Trzeci dobiegł z grupy górników.

– Aleksander…? Pan Aleksander…!38

– Sam Smith…! Buszrendżer…!

 

 

dekor-szlakiem.jpg 

 

1 Caray – podobnie jak caramba, łagodne hiszpańskie przekleństwo; do licha!

2 Jankes – ironiczne określenie Amerykanina.

3 Fanfaron – pyszałek, samochwał, zarozumialec.

4 Stopa – jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich, równa 30,48 cm; stopa francuska wynosiła 32,48 cm.

5 Mastodont – tu: człowiek podobny do ssaka kopalnego z rzędu trąbowców, żyjącego w trzeciorzędzie, przypominającego słonia.

6 Plaza (hiszp.) – plac.

7 Funt – tu: funt szterling (funt brytyjski) – oficjalna jednostka monetarna w Wielkiej Brytanii i jej koloniach.

8 Diggin (właściwie digging, ang.) – kopalnia złota, wkop.

9 Prawo Lyncha (prawo linczu) – rodzaj samosądu praktykowany w I połowie XIX wieku w Stanach Zjednoczonych; polegał na pobiciu lub straceniu przez tłum człowieka posądzonego o zbrodnię albo przestępstwo; od nazwiska Charlesa Lyncha (1736-1796), sędziego i farmera.

10 Caballero (hiszp.) – grzecznościowe określenie szlachcica; pan, kawaler, rycerz.

11 Señor (hiszp.) – pan.

12 Navaja (hiszp.) – nóż składany.

13 Master (ang.) – pan.

14 Go ahead (ang.) – naprzód.

15 Claret (ang.) – czerwone wino z Bordeaux (tutaj w przenośni).

16 Sou (solid, sol) – drobna moneta francuska, równa 5 centymom lub 1/20 liwra.

17 Magot (makak magot, Macaca sylvanus) – gatunek małpy wąskonosej z rodziny makakowatych, żyjący w skalistych okolicach pośród lasów liściastych i iglastych północnej Afryki; niewielka kolonia jest sztucznie utrzymywana na Gibraltarze; długość ciała do 75 cm, masa ponad 7 kg; ciało smukłe o bardzo długich kończynach, brak ogona.

18 Zambezi (port. Rio Zambeze) – rzeka w południowej części Afryki, przepływająca przez Zambię, Angolę i Mozambik; długość 3540 km, powierzchnia dorzecza 1,3 mln km²; wypływa ze źródła położonego na płaskowyżu Lunda, następnie przepływa przez północną część kotliny Kalahari; w środkowym biegu stanowi naturalną granicę pomiędzy Zambią i Namibią, Botswaną i Zimbabwe; uchodzi deltą do Kanału Mozambickiego na Ocean Indyjski.

19 Wodospady Wiktorii (Wodospad Zambezi, Victoria Falls, Mosicatunga) – wodospad na granicy Zimbabwe i Zambii, na rzece Zambezi, o wysokości 120 m i szerokości 1800 m, odkryty w 1855 roku przez Davida Livingstone’a; poszczególne części noszą nazwy: Główny, Wschodni i Tęczowy; południowa część Wodospadu Wiktorii znajduje się w Parku Narodowym Wodospady Wiktorii w Zimbabwe.

20 Współrzędne środka Wodospadów Wiktorii nieco się różnią od podanych i przedstawiają się następująco: 25° 51’ E, 17° 55’ S.

21 Casus belli (łac.) – powód do wojny.

22 Grog – rum lub inny silny trunek rozcieńczony wodą; może zawierać dla poprawy smaku sok z cytrusów, cynamon, gorącą wodę lub cukier; niegdyś podawany marynarzom na żaglowcach.

23 Buszrendżerzy (ang. bushrangers) – taką nazwę nadano w Australii złoczyńcom, którzy jeszcze w dzisiejszych czasach tworzą straszliwe stowarzyszenie zawiązane w celu obrabowywania górników; zajrzyjcie w tej kwestii do mego utworu noszącego tytuł Piraci złotodajnych pól [przypis L. Boussenarda].

24 Koszyk pomarańczy – tu w przenośnym znaczeniu: coś cennego (żyła złota, diamenty, skarby).

25 Old de Beers – jedna z kopalń należąca do wielkiego przedsiębiorstwa De Beers, wydobywającego diamenty, założonego w 1888 roku przez Cecile’a Rhodesa.

26 Fountain (ang.) – właściwie używana jest nazwa fontein, pochodząca z holenderskiego fontein – fontanna, źródło.

27 Burowie (także Boerowie; w języku niderlandzkim boer oznacza chłopa, rolnika) – potomkowie głównie holenderskich, flamandzkich i fryzyjskich kalwinistów, niemieckich luteranów i francuskich hugenotów, którzy osiedlali się w Afryce Południowej w XVII i XVIII wieku; niewielka ich liczba miała też korzenie skandynawskie, polskie czy też portugalskie.

28 Z tymi osobnikami Czytelnik zdążył się już zapoznać w Złodziejach diamentów, pierwszej części cyklu.

29 Vaal – tu: prowincja leżąca nad rzeką Vaal, płynącą przez RPA; o długości 1120 km, będącą najdłuższym prawym dopływem Oranje; Vaal ma swoje źródła w Hoogeveld w Górach Smoczych; uchodzi do Oranje w okolicy miasta Douglas.

30 Claim – w Ameryce i Australii fragment przyznanego gruntu czy lasu; działka.

31 Prospekcja (fr. prospection – szukanie, łc. prospectio – zapobiegliwość) – w nazewnictwie geologicznym poszukiwanie bogactw naturalnych; także czynności poprzedzające właściwe działanie; L. Boussenard wstawił w tym miejscu taki przypis: termin używany przez poszukiwaczy złota, oznaczający badania przeprowadzane przed właściwą eksploatacją terenów złotonośnych; w tym temacie proszę zajrzeć do mego utworu noszącego tytuł Tajemnica złota.

32 Nugget (ang.) – samorodek, bryłka złota lub srebra.

33 Cape brandy – wódka z Przylądka; brandy (ang. – wypalanka) – angielskie określenie napojów alkoholowych destylowanych z win, głównie gronowych.

34 Szyling – jednostka monetarna Wielkiej Brytanii w dawnym podziale; stanowił 1/20 część funta szterlinga, a sam z kolei dzielił się na 20 pensów.

35 Ładownica – skórzana torba z pasem na ramię, przeznaczona na naboje lub ładunki (patrony), wyposażona we wkładkę z drewna z otworami lub przegródkami – gniazdami na ładunki, chroniąca papierowe ładunki przed uszkodzeniem i wilgocią, oraz miejsce na inne akcesoria.

36 All right (ang.) – w porządku.

37 Z powodu braku kropki Martin stracił swego osła – to przysłowie jest związane z historią pewnego zakonnika, noszącego imię Martin; mówi się, że na portalu opactwa Asselo (po łacinie asselus – mały osioł) wypisał on następujące zdanie: „Porta, patens esto. Nulli claudaris honesto” (Drzwi pozostają otwarte. Nie są zamykane przed żadnym uczciwym człowiekiem); na nieszczęście źle umieszczono kropkę, którą postawiono za wyrazem „nulli”, co zmieniło sens wypowiedzi, która teraz brzmiała: „Drzwi nie są otwarte dla nikogo. Są zamknięte dla każdego uczciwego człowieka”; papież, przechodząc koło opactwa, był oburzony takim zdaniem i pozbawił Martina jego opactwa, którego nazwa, jak pamiętamy, oznaczała po łacinie osła; w języku francuskim to wyrażenie oznacza: niewiele brakowało, a byłoby się udało.

38 W tym momencie pojawili się trzej główni bohaterowie powieści Złodzieje diamentów, pierwszej części tego cyklu.

Rozdział II

Uroda” uderzenia nożem – Trzej przyjaciele – Spotkanie – Niebezpieczne nieporozumienie – Rozmowa bez ładu i składu – Haniebne oskarżenie – Burowie – Nowe zamieszanie – Widok Alberta de Villeroge’a wywołujący na dwóch łotrach efekt głowy Meduzy39 – Okrążeni – Na barykady…! – Bombardowanie w płóciennym domu – Skuteczna i malownicza obrona – Wyrwa – Ucieczka – Wewnątrz kraalu – Powtórne nieprzyjacielskie działania – Aleksander przy okazji powiadamia swoich przyjaciół, że nosi przy sobie diamenty o wartości trzystu tysięcy franków

 

Prawie w tej samej chwili, gdy rozległy się owe trzy okrzyki, dwaj litościwi ludzie chwycili trupa Dicka i ponieśli go, trzymając za ręce i nogi, na taras rozciągający się przed namiotem.

Meksykanin na chwilę zatrzymał ponury orszak, z zimną krwią wyciągnął swoją navaja z okropnej rany, z której nadal płynęła strużka pieniącej się krwi, wytarł ostrze, złożył nóż i kręcąc z podziwem głową, szepnął:

– Piękne uderzenie… Bardzo piękne uderzenie! Ten caballero to zręczny człowiek i jestem mile połechtany, że mogłem mu służyć za świadka.

Człowiek, który właśnie wchodził do namiotu, usunął się na bok, żeby uniknąć obryzgania krwią.

– Ach, tak! – powiedział dźwięcznym głosem. – Więc tu się morduje…

– Nie, señor – zaprzeczył szybko Meksykanin. – Tu się zabija… bardzo uczciwie. To był wspaniały pojedynek i dużo pan stracił, przybywając tak późno.

Joseph, Katalończyk, którego już wcześniej poznaliśmy, przymocowany nie jak łódka do wybrzeża, ale trzymany w krzepkich ramionach rozentuzjazmowanego górnika, bardzo chciał opuścić to miejsce, tym bardziej niebezpieczne, że jego żywy ludzki piedestał, zaimpregnowany alkoholem, nie posiadał nawet względnej stabilności. Dzielny chłopiec, rozpoznawszy w wyczerpanym podróżniku swego brata mlecznego40 Alberta de Villeroge’a, a w śmiałym towarzyszu, który właśnie się pojawił, jego przyjaciela Aleksandra Chauny, miotał się jak prawdziwy diabeł, starając się przerwać owacje na swoją cześć i rzucić się wreszcie w ramiona towarzyszy.

Wynikiem jego okrzyku było natychmiastowe przyciągnięcie uwagi tłumu, która wkrótce przerodziła się w niesłychaną ciekawość, prawie można by rzec: osłupienie, kiedy rozległ się drugi okrzyk: „Sam Smith…! Buszrendżer…!”.

Te słowa wyleciały z ust diggera41 okradzionego, a później, w odstępie trzech tygodni uratowanego przez tajemniczego osobnika, którego bohaterskie wyczyny stanowiły przedmiot rozmowy prowadzonej na kilka chwil przed walką, z której zwycięsko wyszedł Joseph.

Aleksander nie usłyszał ani też nie widział Josepha, więc jego obecność w tym miejscu bardzo go zdziwiła. Wstrząsnął nim także głos Alberta, którego postaci jeszcze nie dostrzegł. Posuwał się zatem żwawo w kierunku miejsca, z którego dobiegł do niego znajomy akcent, zupełnie nie zwracając uwagi na dziwne zachowanie górników, cofających się na jego widok. W końcu znalazł się przy swoim przyjacielu i zaczął go serdecznie ściskać.

– Albercie…! Mój drogi Albercie! Wreszcie cię odnalazłem, ale w jakim stanie! Tak czy siak, ty żyjesz i to jest najważniejsze!

– To prawda, mój kochany Aleksandrze, żyję… ale ledwo, ledwo… – wydusił tamten zgaszonym głosem. – Jestem… prawie jak martwy… z niedostatków…

– Do tysiąca piorunów! – wykrzyknął Aleksander. – Pozwala ci się tu ginąć z wycieńczenia, podczas gdy inni się zarzynają… Joseph! Gdzie jest Joseph? Wydaje mi się, że go widziałem… słyszałem jego głos.

– Oto jestem, panie Albercie – powiedział Katalończyk, wyrwawszy się wreszcie z rąk fanatyków, którzy nie chcieli go puścić. – Caray! Myślę, że był to najwyższy czas!

– Och, czy nikt nie widzi, że ten dżentelmen pada z nóg?! – zawołał Aleksander i z wściekłością walnąwszy pięścią w stół, dodał: – Czy jest tu jakiś szef tej budy? Niech przybiegnie i to szybko! Jeśli nie, to sam pójdę go poszukać.

Szynkarz posuwał się z odkrytą głową, skromny, służalczy, zupełnie nie do poznania w oczach jego zwykłych konsumentów, którzy wszyscy, mniej lub bardziej, musieli znosić jego wyniosłą butę handlarza, czującego, że jest tu absolutnie niezbędny.

– Czym mogę służyć waszej ekscelencji?

– Moja ekscelencja chce napoju i jedzenia dla tego dżentelmena. Chyba słyszałeś i chyba zrozumiałeś. Wszystko, co masz najlepszego! Ja za to zapłacę.

– Sam Smith jak za najlepszych swoich dni… – rozległ się wśród zebranych cichy głos górnika, który wcześniej opowiedział o swoich dwóch spotkaniach z buszrendżerem.

– Jesteś zupełnie pewny, że to on…? – zapytał Irlandczyk.

– Jak tego, że żyję. Zresztą sami zobaczycie, że on też mnie rozpozna.

– Teraz jest zupełnie sam – wtrącił się Belg – i łatwo moglibyśmy go pokonać… Pan o tym wiesz?

– Tak, spróbujcie, jeśli chcecie, żeby was połamał na pół jak zwykłe zapałki…

– Ale jest nas tu ze trzystu. Moglibyśmy panu pomóc, dobrze pan o tym wie.

– Nie. Dopóki żyję, nikt nie tknie tego człowieka.

– Przecież on cię okradł… przynajmniej ten raz…

– Och zanudzasz mnie tym swoim „pan wie”, zły Flamandczyku! Jeżeli okradł mnie, kiedy byłem bogaty, to później uratował mi życie i zwrócił prawie tyle samo, ile wcześniej zabrał. Jego dobre postępowanie należy zupełnie oddzielić od poprzedniego.

Aleksander zachowywał się jak człowiek, który wszędzie czuje się jak w domu, zajął się natychmiast swoim przyjacielem i opiekując się nim z wielką skwapliwością, w najmniejszym stopniu nie zwracał uwagi na to, jakie zainteresowanie wzbudziła pośród tych wykolejeńców jego krwawa reputacja buszrendżera, skłaniająca ich w takim samym stopniu do strachu, co do szacunku.

W tym momencie dostrzegł górnika, który cały czas perorował, przyglądając mu się jednocześnie ze szczególną uwagą.

– Coś takiego! To pan! – odezwał się bez żadnego wstępu.

– We własnej osobie, master Samie Smith. Jestem bardzo szczęśliwy, że znowu mogę pana zobaczyć.

– Jak powiedziałeś…?

– Master Sam Smith.

– Mylisz się, kolego. Nie co do mojej osoby, lecz do nazwiska.

– Jak to?! Czy to nie pan, który wczoraj rano wyciągnął mnie nieprzytomnego z dna parowu i po ocuceniu ofiarował mi prezent w postaci wspaniałego diamentu…?

– Mój Boże, jeśli pan tak koniecznie chce wspominać o niewielkiej przysłudze, jaką każdy człowiek posiadający serce musi uczynić dla kogokolwiek znajdującego się w pańskim położeniu, nie mam zamiaru temu zaprzeczać, ale nade wszystko proszę, by uszanował pan moją skromność.

– Nie był to jednak jedyny raz, kiedy miałem honor spotkać się z panem.

– Och! Pan mnie zadziwia.

– Proszę sobie dobrze przypomnieć. Miał pan nawet okazję bezpośrednio ze mną zawrzeć umowę o małą pożyczkę…

– Pożyczkę…!

– Och, nie domagam się niczego od takiego dżentelmena jak pan. Zresztą możliwe, że pan o tym zapomniał, gdyż ma pan do czynienia z tyloma ludźmi!

Ostatnie słowa wywołały wielki śmiech, co do znaczenia którego Aleksander nie mógł się mylić. Ogarnął go gniew, a jego policzki okryły się szkarłatną czerwienią.

– Mój chłopcze – zareagował ostrym tonem – nie mam zwyczaju pożyczać i zabawiać się gadaniną bez ładu i składu!

– Zobaczymy, master Sam Smith.

– Jeszcze raz powtarzam, ale już ostatni: pan się myli. Upiera się pan, żeby przypisywać mi nazwisko, które nie jest moim, a takie naciskanie niezwykle mnie drażni. To angielskie imię i nazwisko nie jest i mogłoby być moim, ponieważ jestem Francuzem i nazywam się Aleksander Chauny.

– Kłamiesz, łotrze! – zawył z głębi namiotu chrapliwy głos. – Nie staraj się obrażać tych szacownych dżentelmenów. Znamy cię pod wszystkimi twoimi nazwiskami. Może i przy okazji jesteś Francuzem, ale sędzia Lynch ciebie skaże i wyrok będzie wykonany pod tym nazwiskiem, któremu przypisuje się reputację złodzieja i mordercy! Słyszysz mnie, Samie Smith, buszrendżerze…?!

Przez chwilę Aleksander stał jak skamieniały po jadowitych słowach, które usłyszał. Następnie natychmiast zareagował jego gwałtowny charakter. Wydawszy wściekły okrzyk, skoczył jak tygrys, z niedającego się powstrzymać rozpędu rozbił ściśnięty tłum zgromadzonych i znalazł się naprzeciw dwóch olbrzymów siedzących przy ustawionym w kącie stole. Uzbrojeni po zęby, ze szramami na twarzy jak u żołdaków, uosabiali sobą siłę fizyczną w całym jej brutalnym aspekcie. Wygłaszający ową tyradę, niewątpliwie bardziej zdatny do powstrzymywania ogiera albo prowadzenia dray42, chcąc rozwinąć taką peryfrazę43 pochłonął całą butelkę cape brandy, by rozwiązać sobie język. Jedno z jego oczu, które opuściło oczodół, zastępowała nieforemna blizna, nadętą, poszarpaną linią wpychająca się na skórę czoła i policzka. Okropne okaleczenie dodawało jeszcze drapieżności rysom tej twarzy, której połówkę już unieruchamiało dziwaczne i zarazem straszliwe wykrzywienie. Jego towarzysz miał twarz w górnej części podzieloną na pół, prawie na dwie symetryczne części przez fioletową linię, której powstania nie można było przypisać innej przyczynie, jak wspaniałemu cięciu szablą. On także wlewał w siebie trunek jak w studnię bez dna i po każdym słowie wykrzyczanym przez swego kompana z uznaniem potrząsał głową. Nikt nie był w stanie powiedzieć, skąd się pojawili ani też którędy weszli, może z wyjątkiem gospodarza knajpy, który potajemnie wprowadził ich wejściem usytuowanym w tylnej części namiotu.

– Coś takiego! – odezwał się cichym głosem jeden z pijących, w chwili gdy Aleksander przedzierał się przez tłum. – Ależ nie mylę się: to Cornelis, ten Bur… a to Pieter, jego brat… Ale gdzie jest Klaas, najstarszy z nich…?

Ze wszystkich stron dolatywały i krążyły po całym namiocie te słowa: Burowie… Cornelis… Pieter… wywołując podniecenie i emocje prawie równe tym, jakie spowodowało nazwisko Sama Smitha.

Na widok Francuza, który rzucił się ku nim, obaj olbrzymi natychmiast wyciągnęli noże i sposobili się do obrony.

– Który z was śmiał wypowiedzieć przeciw mnie to podłe oskarżenie o morderstwa i rozboje…?

– Ja! – odparł hardym tonem jednooki Cornelis.

– A ja jestem gotów go poprzeć – oświadczył Pieter, ten ze szramą przez środek głowy.

Aleksander, jeszcze bardziej blady niż przed chwilą, szybko się schylił, chwycił ręką ogromny, masywny stołek z grubsza ociosany uderzeniami siekiery, uniósł go jak piórko i rzucił nim prosto w twarze dwóch bydlaków, jednocześnie krzycząc tubalnym głosem:

diam02_004.jpg 

– Nędznicy! To wy jesteście kłamcami! Nie mam zamiaru brudzić swojej dłoni przez kontakt z waszymi bandyckimi pyskami! Oto policzek godny skóry takich łotrów jak wy!

Ciężki zydel napotkał brzeg stołu i od uderzenia roztrzaskał się na kawałki. Odłamki poleciały na wszystkie strony i uderzyły w dwóch mężczyzn, którzy, mimo swej siły, ugięli się pod tym ciosem.

W jednej chwili podniósł się nieopisany tumult. Kilku górników, co prawda nieliczna grupka, podbiegło i ustawiło się przy Aleksandrze, podczas gdy pozostali utworzyli okrąg i manifestowali nieżyczliwą ciekawość, która lada chwila mogła się przerodzić w prawdziwą wrogość.

Pośród pierwszych znalazł się Meksykanin, który pożyczył swoją navaja Josephowi, oraz digger, pierwotny sprawca tej doprawdy niewytłumaczalnej pomyłki. Joseph chwycił ciężki topór używany przez drwali i z wielką odwagą stanął przy swoim przyjacielu. W końcu dołączył do nich także Albert, który, chociaż słaniając się na nogach, także chciał wnieść wkład swej dobrej woli.

Dało się zauważyć bardzo dziwną rzecz. Widok tego mężczyzny zdawał się wywierać na dwóch Burach znacznie większe wrażenie niż mocna riposta Aleksandra i obecność jego stronników.

– Hrabia…! – wybełkotał Cornelis.

– Istotnie, to on! – dodał przerażony Pieter.

– Trzymaj się, Pieter! Chyba sam diabeł go tu przysłał!

– Masz rację, Cornelis. Nie może wyjść stąd żywy.

Po tych słowach dwaj olbrzymi przemogli niepojętą bojaźń, jaką na krótką chwilę wywołało u nich pojawienie się tego człowieka, który ledwo mógł ustać na własnych nogach.

– Towarzysze! – wykrzyknął Cornelis. – Jak wcześniej powiedziałem, i co teraz podtrzymuję, tamten człowiek to Sam Smith, buszrendżer! Smith złodziej! Smith morderca! Drugi, którego tak gorąco oklaskiwaliście i z takim entuzjazmem nosiliście na rękach, jest jego wspólnikiem, a ten trzeci, który wlecze się jak umierający, jest jego przeklętym duchem! Kompani! Być może nadarza się jedyna okazja, by nie tylko uwolnić wasz diggin, ale także wszystkie inne kopalnie od tych bandytów, którzy niczym haracz zabierają wam lwią część waszych zarobków. Dalej! Wykrzeszmy z siebie trochę energii! Oni nie są wcale tacy straszni! Kiedy już ich schwytamy, to zaraz powiesimy. Ja osobiście dostarczę wam dobry sznur!

– A ja, obrzydliwy łotrze, rozwalę twój blaszany łeb! – zawołał Aleksander, chwytając za karabin i pospiesznie go ładując.

Ale w tej chwili zwarta fala doprowadzonych do pasji górników rzuciła się na małą gromadkę i przeszkodziła młodzieńcowi w spełnieniu jego groźby. Ten ogarnął jednym szybkim spojrzeniem całe niebezpieczeństwo i przekonał się, że za chwilę może być bardzo źle. Zrozumiał, że jeśli on i jego przyjaciele zostaną złapani, będzie już po nich. Niedorzeczne i haniebne oskarżenie mimo wszystko zyska sobie zwolenników. Przecież wystarczy zwykłe podejrzenie, by natychmiast przystąpiono do linczu.

Obejrzał się do tyłu i zobaczył, że droga ucieczki jest jeszcze wolna. Chwycić rękoma olbrzymi stół, gwałtownym ruchem połączonym z wielkim wysiłkiem oderwać go od podłoża i rzucić nim w nacierających razem ze stojącymi na nim niezliczonymi butelkami było dziełem jednej chwili. Potłuczone odłamki poleciały na wszystkie strony i przez pewien czas broniły jak potrzask dostępu do tej zaimprowizowanej naprędce barykady.

Górnik, który nadal utrzymywał, że rozpoznał w Aleksandrze Sama Smitha, podszedł szybko do niego i powiedział:

– Dżentelmenie, mogę powiedzieć, że w sumie mnie pan uratował. Nie mogę pozwolić, żeby pana zamordowano. Schowajcie się w kraalu… znajdującym się za namiotem, jakieś sto kroków stąd. Są tam zamknięte konie. Oto mój rewolwer. Niech pan go da swemu towarzyszowi, który nie ma broni. Do zobaczenia, dżentelmenie. Teraz jesteśmy kwita.

Aleksander wzruszył ramionami, wziął rewolwer, dał go Albertowi i wymruczał:

– Jeszcze jedna piękna akcja, której padam ofiarą. Gdybym pozostawił tego imbecyla w parowie, to dzisiaj nie zostałbym uznany za rozbójnika oraz złodzieja okradającego górników i nie wpadłbym aż po uszy w tak wielkie tarapaty. Dalej, moi przyjaciele, zmykajmy! W innym czasie wyrównamy rachunki z tymi Burami!

Napastnicy, którzy na pewien czas zostali powstrzymani przez upadek stołu i rozbicie mnóstwa butelek, teraz przystąpili do ponownego natarcia, prowadzeni przez dwóch olbrzymów wydobywających ze swych gardeł dzikie okrzyki. Ze wszystkich stron rozbłysły ostrza noży i rozległy się głośne trzaski pospiesznie uzbrajanych rewolwerów. Za chwilę trzej przyjaciele mogli mieć poderżnięte gardła… Dwadzieścia luf skierowanych było w ich stronę… Czas naglił.

Meksykanin, który stał blisko płóciennej ściany namiotu, uderzeniem swojej navaja szeroko rozciął mocną tkaninę.

– Tędy… caballeros…! Tędy!

Albert i Joseph rzucili się w stronę wyrwy, która pojawiła się w tak odpowiednim momencie.

Aleksander, którego opanowanie zdawało się wzrastać na widok powiększającego się zagrożenia, znalazł w tym momencie sposób, by zyskać kilka dodatkowych minut. Był to sposób bardzo niebezpieczny, wystawiający go na istny grad kul. Nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Postanowił spróbować.

Namiot podtrzymywały dwie długie, solidne żerdzie, u swej podstawy wbite mocno w ziemię, a przy wierzchołku utrzymywane przez łuki przypominające pręty gigantycznego parasola. Gdyby udało mu się zwalić te dwie podpory, byłby ocalony.

Szybko przyłożył do ramienia karabin i wystrzelił dwa razy z niesłychanym spokojem myśliwego, który celuje i dwukrotnie strzela do młodych kuropatw. Żerdzie, trafione w sam środek eksplodującymi kulami, roztrzaskane straszliwymi pociskami, zwaliły się, a ich fragmenty rozleciały się na wszystkie strony. Olbrzymi kawał płótna, któremu nagle zabrakło stabilnego podparcia, zwalił się na napastników jak włok44 na stado ryb i uwięził ich w swych fałdach, z których nie byli w stanie się wyplątać.

Jednocześnie rozległo się kilka wystrzałów rewolwerowych, ale nie poczyniły żadnej szkody oprócz głośnych huków i dużej ilości dymu. Akcja Aleksandra była tak szybka, a napastnicy tak zaskoczeni widokiem skierowanej na nich broni, że ich niepewnie wystrzelone kule trafiły jedynie w próżnię.

Palisada otaczająca kraal, jak to powiedział górnik, rozciągała się za namiotem, w odległości około stu metrów. Podczas gdy ich nieprzyjaciele krzyczeli, wyli i miotali się pod płótnem, które starali się porozrywać cięciami noży, trzej Francuzi kierowali się pędem ku bezpiecznemu schronieniu, równie solidnemu jak budowla wzniesiona z kamieni. Pomimo całej powagi sytuacji nie mogli się powstrzymać od śmiechu na widok podrygiwań pod płótnem namiotu, szarpanym na strzępy przez legion furiatów, pijanych gniewem i alkoholem.

Wejście do kraalu stało otworem. Pokonali je prawie że wielkim skokiem i szybko za sobą zamknęli, w chwili gdy ryk radości obwieścił im, że ich wrogowie zdołali się wreszcie uwolnić z pułapki, w tak delikatny sposób opuszczonej na ich głowy. W głębi kraalu znajdowała się właściwa stajnia, zbudowana z grubych bali połączonych w jedną całość za pomocą poprzecznych belek dopasowanych w jaskółczy ogon45 i wzmocnionych solidnymi kołkami wbitymi w otwory czopowe. Była to prawdziwa forteca, w której można by wytrzymać każde oblężenie. Tuzin silnych koni należących do diggersów łapczywie pożerał wielkie ilości paszy. Pomiędzy nimi znajdowały się dwa kolosalne zwierzęta, których krzepkie kręgosłupy nawet się nie uginały, kiedy niosły na sobie te mastodonty o dwóch nogach, nazywające się Cornelis i Pieter.

– Będziemy się tu czuli jak w kazamacie46 – zauważył Aleksander, któremu całkowicie już powrócił dobry humor.

Następnie, zwracając się do swoich dwóch towarzyszy, którzy w czasie serii tyleż dziwnych co błyskawicznie dziejących się wydarzeń nie znaleźli nawet chwilki, by wtrącić choćby słówko, powiedział:

– Ach, skąd, u diabła, tu się wzięliście? Ty, Albercie, którego znajduję w stanie niezbyt przemawiającego na korzyść twego szefa od menażki; ty, Josephie, którego dostrzegłem dopiero w chwili, kiedy w tak delikatny sposób z odległości dwudziestu pięciu kroków upuściłeś krew temu wielkiemu i niezręcznemu Jankesowi, czego podwójnie ci gratuluję, mój kochany towarzyszu.

– Ja pana szukałem, panie Aleksandrze.

– My szukaliśmy ciebie.

– Zatem wszyscy trzej biegaliśmy jeden za drugim. Ja przybywam wprost znad Wodospadów Wiktorii.

– Ja nie wiem, w jaki sposób przeszedłem przez pustynię, podążając pańskimi śladami.

– A ty, Albercie? Nic nie mówisz. Dalej, do licha! Trochę żywości!

– Bardzo wyczerpała mnie gorączka. Ledwo się wygrzebałem i teraz jestem w okresie rekonwalescencji. Pojawiłem się tutaj, by się spotkać z naszym przewodnikiem Zugą i tym dzielnym Buszmenem47, których odnalazłem, albo raczej którzy znaleźli mnie bardziej martwego niż żywego na brzegu rzeki…

– Ale co z wielebnym…? Co z master Willem…?

– Zupełnie nie wiem, co się z nimi stało.

– A jeśli chodzi o Murzynów…?

– Muszą krążyć gdzieś w pobliżu.

– Piękna sprawa. Będą musieli pomóc nam się wydostać z tego trudnego położenia. Jednak w tej chwili porzućmy poufne zwierzenia. Kiedy tylko czas nam na to pozwoli, będziemy mogli poopowiadać sobie o wszystkich naszych dziwacznych i osobliwych przygodach.

W tym momencie bramą wstrząsnęły gwałtowne i głośne uderzenia.

– Śmierć Samowi Smithowi…! Śmierć buszrendżerowi…!

– Śmierć…! Śmierć…! Prawo Lyncha…!

– Te bydlaki nie zamierzają odpuścić. Podobno jestem skończonym łotrem, regularnie, a nawet nieregularnie zabierającym produkcję diggins.

– Podejrzewam w tym jakąś diabelską sztuczkę tych łotrów Burów.

– Wcale się nie mylisz. Czy nie słyszałeś oskarżenia, jakie przeciwko mnie sformułowali?

– Niewyraźnie… Byłem tak słaby, że prawie nic nie zrozumiałem.

– Na śmierć…! Na śmierć…! – wyli zwolennicy linczu, waląc jak opętani po balach.

– Chodźmy – powiedział Aleksander. – Myślę, że zaczną rozwalać bramę. Jestem zmuszony połaskotać kilkoma kawałkami ołowiu żebra tych niegodziwców. Na szczęście mam amunicję. Chociaż nie pragnę ich zabijać, to jednak gdy poczują trochę śrutu na sarny, staną się przezorniejsi. Koniecznie muszę oszczędzać kule na wypadek, gdy najprawdopodobniej będziemy musieli bronić naszego życia.

Młody mężczyzna uchylił drzwi stajni, wstawił koniec lufy karabinu między ścianę a słupek i następnie strzelił. Krzyki ucichły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, napastnicy zaś rozpierzchli się jak stado wróbli.

W tej chwili spoza ogrodzenia pobiegł silny huk i ciężki pocisk z suchym trzaskiem wbił się w belkę, dokładnie w to miejsce, w którym przed chwilą znajdowała się głowa Aleksandra.

– Och! Och! – zawołał bardziej zdziwiony niż przestraszony. – Odpowiedziano na mój ogień. Chciano uciszyć naszą baterię. Poznaję ten huk strzelby, a wielkość pocisku przekonuje mnie, że to jeden ze znanych nam Burów próbował wybić mi oko. Zaczyna się walka na śmierć i życie. Dobrze! Te łobuzy jeszcze nas nie pochwyciły. Nim miną cztery godziny, będziemy już daleko od tego miejsca. Wcale nas nie przestraszyły te białe dzikusy! Ponadto nie wiedzą, że bylibyśmy bardzo cenną zdobyczą, a nasze zasoby pozwoliłyby im oddawać się takim orgiom, o jakich nigdy nie marzył żaden górnik, który znalazł najokazalszy „koszyk pomarańczy”…

– Co chciałeś przez to powiedzieć?

– Że bez najmniejszego zażenowania mogliby zdobyć dwieście pięćdziesiąt do trzystu tysięcy franków w diamentach, które przesuwają się w moich kieszeniach…

 

 

dekor-szlakiem.jpg 

 

39 Meduza – w mitologii greckiej jedna z trzech sióstr Gorgon, jedyna wśród nich śmiertelna, zabita przez Perseusza; ze związku Meduzy z Posejdonem pochodziły dwa rumaki: Chrysaor i Pegaz; jej głowę umieściła na swojej egidzie Atena (wzrok Meduzy zamieniał w kamień każdego, kto na nią spojrzał); przedstawiano ją z wężami zamiast włosów.

40 Brat mleczny – chłopiec powiązany z innym niespokrewnionym z nim dzieckiem przez fakt, że obu wykarmiła piersią ta sama kobieta.

41 Digger (ang.) – kopacz, poszukiwacz, badacz.

42 Dray – wóz używany na Przylądku.

43 Peryfraza (omówienie) – figura stylistyczna polegająca na zastąpieniu słowa oznaczającego dany przedmiot, czynność, osobę itp. przez jego opis lub metaforę.

44 Włok – sieć do połowów morskich w kształcie dużego worka zwężającego się ku tyłowi.

45 Jaskółczy ogon (jaskółcze złącze) – połączenie dwóch elementów w ten sposób, że czop jednego elementu w kształcie trapezu wchodzi w gniazdo drugiego elementu.

46 Kazamata – dawna nazwa schronu w twierdzy lub w forcie; murowana budowla o ceglanym sklepieniu, zabezpieczającym od ognia artyleryjskiego.

47 Buszmeni (afrykaner. ludzie z buszu, zwani też San) – rdzenny lud z południowej Afryki zamieszkujący głównie Botswanę, Namibię oraz północno-zachodnie rejony RPA; Buszmeni zostali stopniowo wyparci na obrzeża Kalahari, a od XVI wieku proces ich wypierania pogłębiła europejska kolonizacja Afryki Południowej.

Chcesz przeczytać dalszą część?

 

Zapraszamy do księgarni!