Satori - Jon Winslow

Satori

0,0

"Satori" to prequel bestsellera "Shibumi" autorstwa Trevaniana. Bohaterem obu powieści jest Nicholai Hel, urodzony w Szanghaju syn rosyjskiej arystokratki i Niemca. Wychowywany przez generała japońskiej armii, zostaje mistrzem sztuk walki, filozofem, poliglotą i ma wszelkie warunki, by stać się najgroźniejszym zabójcą na świecie. I stanie się nim, ale dopiero w "Shibumi"; w "Satori" stawia pierwsze kroki w zdradzieckim świecie służb specjalnych.

Podczas wojny koreańskiej Nicholai Hel trafia do więzienia, oskarżony o zabójstwo swojego mentora, generała Kishikawy. Spędziwszy trzy lata w rękach Amerykanów, otrzymuje od nich propozycję – wolność w zamian za współpracę. Musi tylko – drobnostka! – zabić sowieckiego komisarza w Chinach, Jurija Woroszenina. Mimo że misja jest w zasadzie samobójcza, powodowany pragnieniem odzyskania wolności, a także żądzą zemsty, Hel zgadza się i wykonuje zadanie. Amerykanie jednak nie zamierzają dotrzymać warunków umowy. Zdradzony Hel cudem uchodzi z życiem. Dla swoich wybawców, chińskiego pułkownika oraz buddyjskiego mnicha, podejmuje się nowej misji, tym razem w Wietnamie. Dzięki tym doświadczeniom osiąga satori – oświecenie, nagłe przebudzenie pozwalające zobaczyć rzeczy takimi, jakie są naprawdę.

Uroku tej znakomitej powieści szpiegowskiej dodaje wyrafinowany język oraz realia Pekinu i Sajgonu lat pięćdziesiątych XX wieku.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Albatros Wydawnictwo A. Kuryłowicz

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Sa­to­ri to pre­qu­el be­st­sel­le­ra Shi­bu­mi au­tor­stwa Tre­va­nia­na. Bo­ha­te­rem obu po­wie­ści jest Ni­cho­lai Hel, uro­dzo­ny w Szan­gha­ju syn ro­syj­skiej ary­sto­krat­ki i Niem­ca. Wy­cho­wy­wa­ny przez ge­ne­ra­ła ja­poń­skiej ar­mii, zo­sta­je mi­strzem sztuk wal­ki, fi­lo­zo­fem, po­li­glo­tą i ma wszel­kie wa­run­ki, by stać się naj­groź­niej­szym za­bój­cą na świe­cie. I sta­nie się nim, ale do­pie­ro w Shi­bu­mi;Sa­to­ri sta­wia pierw­sze kro­ki w zdra­dziec­kim świe­cie służb spe­cjal­nych.

Pod­czas woj­ny ko­re­ań­skiej Ni­cho­lai Hel tra­fia do wię­zie­nia, oskar­żo­ny o za­bój­stwo swo­je­go men­to­ra, ge­ne­ra­ła Ki­shi­ka­wy. Spę­dziw­szy trzy lata w rę­kach Ame­ry­ka­nów, otrzy­mu­je od nich pro­po­zy­cję – wol­ność w za­mian za współ­pra­cę. Musi tyl­ko – drob­nost­ka! – za­bić so­wiec­kie­go ko­mi­sa­rza w Chi­nach, Ju­ri­ja Wo­ro­sze­ni­na. Mimo że mi­sja jest w za­sa­dzie sa­mo­bój­cza, po­wo­do­wa­ny pra­gnie­niem od­zy­ska­nia wol­no­ści, a tak­że żą­dzą ze­msty, Hel zga­dza się i wy­ko­nu­je za­da­nie. Ame­ry­ka­nie jed­nak nie za­mie­rza­ją do­trzy­mać wa­run­ków umo­wy. Zdra­dzo­ny Hel cu­dem ucho­dzi z ży­ciem. Dla swo­ich wy­baw­ców, chiń­skie­go puł­kow­ni­ka oraz bud­dyj­skie­go mni­cha, po­dej­mu­je się no­wej mi­sji, tym ra­zem w Wiet­na­mie. Dzię­ki tym do­świad­cze­niom osią­ga-oświe­ce­nie, na­głe prze­bu­dze­nie po­zwa­la­ją­ce zo­ba­czyć rze­czy ta­ki­mi, ja­kie są na­praw­dę.

Uro­ku tej zna­ko­mi­tej po­wie­ści szpie­gow­skiej do­da­je wy­ra­fi­no­wa­ny ję­zyk oraz re­alia Pe­ki­nu i Saj­go­nu lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku.

DON WIN­SLOW

Jak wie­lu słyn­nych ame­ry­kań­skich pi­sa­rzy, imał się roz­ma­itych za­jęć, za­nim zy­skał li­te­rac­ką sła­wę. Pod ko­niec lat 70. ubie­głe­go stu­le­cia prze­niósł się z Rho­de Is­land do No­we­go Jor­ku, gdzie naj­pierw zo­stał kie­row­ni­kiem sie­ci kin, a na­stęp­nie… pry­wat­nym de­tek­ty­wem. Po krót­kiej prze­rwie na do­koń­cze­nie edu­ka­cji za­jął się or­ga­ni­za­cją gór­skich wy­cie­czek w chiń­skiej pro­win­cji Sy­czu­an oraz pro­wa­dził sa­fa­ri w Ke­nii. Kie­dy jego pierw­sza po­wieść kry­mi­nal­na, wy­da­na w 1991 r., zy­ska­ła no­mi­na­cję do na­gro­dy Ed­ga­ra, Win­slow po­świę­cił się wy­łącz­nie pi­sa­niu. Obec­nie z żoną i sy­nem miesz­ka w Ka­li­for­nii, gdzie współ­pra­cu­je tak­że z fil­mo­wą ma­chi­ną Hol­ly­wo­od.

www.don­win­slow.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

SA­TO­RI. A NO­VEL BA­SED ON TRE­VA­NIAN’S SHI­BU­MI

Co­py­ri­ght © Don Win­slow & Tre­va­nian Be­ne­fi­cia­ries 2010

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Ku­ry­ło­wicz S.C. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Aga­ta Ka­ro­lak 2014

Re­dak­cja: Do­ro­ta Ja­ku­bow­ska

Zdję­cia na okład­ce:

Sil­ber­korn/Shut­ter­stock, An­ton Hlu­sh­chen­ko/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7985-051-8

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

FB

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Ri­char­do­wi Pine

CZĘŚĆ PIERWSZA
Tokio, październik 1951

1

Ni­cho­lai Hel pa­trzył, jak liść klo­nu od­ry­wa się od ga­łę­zi, chwi­lę wi­ru­je na wie­trze, po czym ła­god­nie opa­da na zie­mię.

To było pięk­ne.

Po trzech la­tach od­osob­nie­nia w ame­ry­kań­skiej celi wię­zien­nej po raz pierw­szy roz­ko­szo­wał się na­tu­rą. Wcią­gnął w płu­ca rześ­kie je­sien­ne po­wie­trze i wy­pu­ścił je do­pie­ro po chwi­li.

Ha­ver­ford myl­nie uznał to za wes­tchnie­nie.

– Cie­szysz się, że wy­sze­dłeś? – spy­tał.

Ni­cho­lai nie od­po­wie­dział. Ame­ry­ka­nin był dla nie­go ni­kim. Zwy­kły ku­piec, jak więk­szość jego ro­da­ków. Za­miast sa­mo­cho­da­mi, kre­ma­mi do go­le­nia czy coca-colą han­dlo­wał in­for­ma­cja­mi wy­wia­du. Nie za­mie­rzał wda­wać się z nim w pu­stą ga­da­ni­nę, ani tym bar­dziej zdra­dzać mu swo­ich my­śli.

Pew­nie, że się cie­szę, my­ślał, spo­glą­da­jąc za sie­bie na sza­re, po­nu­re mury wię­zie­nia Su­ga­mo. Dla­cze­go lu­dzie Za­cho­du od­czu­wa­ją po­trze­bę ar­ty­ku­ło­wa­nia rze­czy oczy­wi­stych? I dla­cze­go pró­bu­ją ubie­rać w sło­wa to, co nie­wy­sło­wio­ne? To na­tu­ral­ne, że liść klo­nu opa­da je­sie­nią. Po­dob­nie jak to, że za­bi­łem ge­ne­ra­ła Ki­shi­ka­wę, bliż­sze­go mi niż oj­ciec, któ­re­go nig­dy nie mia­łem. Speł­ni­łem je­dy­nie sy­now­ski obo­wią­zek. Ame­ry­ka­nie wtrą­ci­li mnie za to do wię­zie­nia, po­nie­waż, zwa­żyw­szy na ich na­tu­rę, nie mo­gli po­stą­pić in­a­czej.

A te­raz ofia­ro­wu­ją mi „wol­ność”, bo je­stem im po­trzeb­ny.

Ni­cho­lai ru­szył przed sie­bie ka­mie­ni­stą ścież­ką, po któ­rej obu stro­nach ro­sły klo­ny. Nie­po­kój, ja­kie­go do­znał na ze­wnątrz za­mknię­tej, cia­snej celi, nie­co go za­sko­czył; pod go­łym nie­bem za­czął na­gle od­czu­wać za­wro­ty gło­wy, ale uda­ło mu się je prze­móc. Ten świat był wiel­ki i pu­sty, nie miał w nim ni­ko­go oprócz sie­bie. Przez trzy lata za­do­wa­lał się swo­im wła­snym to­wa­rzy­stwem, tym­cza­sem te­raz, w wie­ku dwu­dzie­stu sze­ściu lat, miał po­now­nie wkro­czyć w świat cał­kiem mu obcy.

Ha­ver­ford to prze­wi­dział. Skon­sul­to­wał się z psy­cho­lo­giem i wy­py­tał o pro­ble­my, ja­kim mu­szą sta­wić czo­ło więź­nio­wie wra­ca­ją­cy do spo­łe­czeń­stwa. Psy­cho­log, kla­sycz­ny freu­dy­sta z ty­po­wo wie­deń­skim ak­cen­tem, ob­ja­śnił, że „obiekt” przy­wyk­nął do cia­snej celi i z po­cząt­ku bę­dzie przy­tło­czo­ny ogro­mem prze­strze­ni, jaką na­po­tka, wy­cho­dząc na wol­ność. Roz­trop­ność na­ka­zy­wa­ła­by umie­ścić tego czło­wie­ka w nie­wiel­kim, po­zba­wio­nym okien po­miesz­cze­niu z do­stę­pem do po­dwór­ka lub ogro­du, tak aby mógł stop­nio­wo przy­sto­so­wać się do no­wych wa­run­ków. Na otwar­tym te­re­nie, po­dob­nie jak w tęt­nią­cym ży­ciem mie­ście, gdzie pa­nu­je bez­u­stan­ny zgiełk, za­pew­ne czuł­by się po­de­ner­wo­wa­ny.

Ha­ver­ford wy­na­jął mały po­kój w ci­chym, bez­piecz­nym domu na przed­mie­ściach To­kio. Jed­nak­że to, cze­go do­tąd do­wie­dział się o Helu – cho­ciaż z pew­no­ścią była to wie­dza nie­peł­na – po­zwa­la­ło mu są­dzić, że tego mło­de­go męż­czy­znę nie­ła­two przy­tło­czyć czy zde­ner­wo­wać. Hel wy­ka­zy­wał nad­na­tu­ral­ne opa­no­wa­nie i spo­kój, pew­ność sie­bie gra­ni­czą­cą z aro­gan­cją, a na­wet pro­tek­cjo­nal­ność. Z po­zo­ru do­sko­na­le łą­czył w so­bie ce­chy mat­ki Ro­sjan­ki, ary­sto­krat­ki, i oj­czy­ma sa­mu­ra­ja, zbrod­nia­rza wo­jen­ne­go Ki­shi­ka­wy, któ­re­go uchro­nił przed hań­bą i strycz­kiem, za­da­jąc mu po­je­dyn­czy cios w tcha­wi­cę.

Ma ja­sne wło­sy i by­stre zie­lo­ne oczy, a jed­nak, my­ślał Ha­ver­ford, jest bar­dziej Azja­tą niż Eu­ro­pej­czy­kiem. Na­wet po­ru­sza się jak Azja­ta: wy­so­ki, szczu­pły, skrom­nie po­chy­lo­ny, spla­ta ręce za ple­ca­mi, tak aby nie zaj­mo­wać zbyt wie­le miej­sca i nie spra­wiać kło­po­tu na­po­ty­ka­nym prze­chod­niom. Z wy­glą­du Eu­ro­pej­czyk, orzekł Ha­ver­ford, w du­szy Azja­ta. No cóż, to mia­ło sens – uro­dził się i do­ra­stał w Szan­gha­ju, wy­cho­wy­wa­ny przez mat­kę, emi­grant­kę z Ro­sji, a gdy mia­sto opa­no­wa­li Ja­poń­czy­cy, wziął go pod swo­je skrzy­dła Ki­shi­ka­wa. Po śmier­ci mat­ki ge­ne­rał wy­słał chłop­ca do Ja­po­nii. Ni­cho­lai zo­stał uczniem i pod­opiecz­nym mi­strza go, pie­kiel­nie skom­pli­ko­wa­nej i peł­nej niu­an­sów gry plan­szo­wej, ja­poń­skiej wer­sji sza­chów, acz­kol­wiek stu­krot­nie trud­niej­szej.

Hel opa­no­wał grę do per­fek­cji.

Nic dziw­ne­go, że ro­zu­mu­je jak Azja­ta.

Ni­cho­lai wy­czuł my­śli męż­czy­zny. Ame­ry­ka­nie są nie­wia­ry­god­nie prze­zro­czy­ści, moż­na zo­ba­czyć ich my­śli jak ka­my­ki na dnie przej­rzy­stej, nie­ru­cho­mej sa­dzaw­ki. Nie ob­cho­dzi­ło go, co są­dzi o nim Ha­ver­ford – nor­mal­ny czło­wiek nie przej­mu­je się opi­nią sprze­daw­cy w skle­pie spo­żyw­czym – ale iry­to­wa­ło go to. Sku­pił uwa­gę na pro­mie­niach słoń­ca, po­czuł ich cie­pło na twa­rzy.

– Na co miał­byś ocho­tę? – spy­tał Ha­ver­ford.

– W ja­kim sen­sie?

Ame­ry­ka­nin za­śmiał się ci­cho. Więk­szość męż­czyzn po dłu­gim od­osob­nie­niu pra­gnę­ła trzech rze­czy: pi­cia, je­dze­nia i ko­bie­ty, nie­ko­niecz­nie w tej ko­lej­no­ści. Nie chcąc, by Hel po­trak­to­wał go lek­ce­wa­żą­co, od­po­wie­dział po ja­poń­sku:

– W sen­sie: na co miał­byś ocho­tę.

Ni­cho­lai był pod nie­ja­kim wra­że­niem, że Ha­ver­ford mówi w jego ję­zy­ku. Za­in­try­go­wa­ło go to, że nie pod­dał na­wet tak ma­łe­go ka­mie­nia na plan­szy.

– Chęt­nie na­pił­bym się przy­zwo­itej her­ba­ty – po­wie­dział.

– Praw­dę mó­wiąc – od­rzekł jego to­wa­rzysz – za­aran­żo­wa­łem skrom­ną cha­kai. Mam na­dzie­ję, że za­do­wa­la­ją­cą.

Ce­re­mo­nia pi­cia her­ba­ty, po­my­ślał Ni­cho­lai.

Cie­ka­we.

Na koń­cu ścież­ki cze­kał sa­mo­chód. Ha­ver­ford otwo­rzył tyl­ne drzwi, za­pra­sza­jąc go ge­stem do środ­ka.

2

Cha­kai oka­za­ła się nie tyl­ko za­do­wa­la­ją­ca, ale wręcz nie­zrów­na­na.

Ni­cho­lai sie­dział po tu­rec­ku przy ma­łym sto­li­ku z laki na pod­ło­dze wy­ło­żo­nej ta­ta­mi, de­lek­tu­jąc się ko­lej­ny­mi ły­ka­mi cha­noyu. Od­no­sił wra­że­nie, że za­rów­no pi­cie her­ba­ty, jak i obec­ność gej­szy dys­kret­nie klę­czą­cej w po­bli­żu, lecz na tyle da­le­ko, by nie sły­szeć ich ską­pej wy­mia­ny zdań, mają w so­bie coś trans­cen­dent­ne­go.

Ni­cho­lai od­krył ze zdu­mie­niem, że agent Ha­ver­ford zna się na ce­re­mo­nii i ob­słu­gu­je go­ścia z nie­na­gan­ną uprzej­mo­ścią, bez­błęd­nie prze­strze­ga­jąc ry­tu­ału. Gdy tyl­ko we­szli do her­ba­ciar­ni, Ame­ry­ka­nin prze­pro­sił, że siłą rze­czy nie ma w niej in­nych go­ści, po czym wpro­wa­dził to­wa­rzy­sza do ma­chiai, al­ta­ny peł­nią­cej funk­cję po­cze­kal­ni, i przed­sta­wił go prze­ślicz­nej gej­szy.

– Po­znaj Ka­mi­ko-san – po­wie­dział. – Bę­dzie dziś moją han­to.

Ka­mi­ko skło­ni­ła się, wrę­czy­ła mu ki­mo­no i po­da­ła fi­li­żan­kę sayu – go­rą­cej wody, któ­ra mia­ła po­słu­żyć do za­pa­rze­nia her­ba­ty. Ni­cho­lai upił łyk, a gdy Ha­ver­ford wy­szedł, by przy­go­to­wać na­par, Ka­mi­ko wy­pro­wa­dzi­ła go na ze­wnątrz na roji, „zro­szo­ną zie­mię”, ścież­kę w skal­nym ogród­ku po­zba­wio­nym kwia­tów. Usie­dli na ka­mien­nej ław­ce, w mil­cze­niu kon­tem­plu­jąc ci­szę.

Kil­ka mi­nut póź­niej Ha­ver­ford, odzia­ny w ki­mo­no, pod­szedł do tsu­ku­bai, ka­mien­nej misy, zgod­nie z ce­re­mo­nia­łem ob­mył usta i dło­nie w źró­dla­nej wo­dzie, po czym wkro­czył przez bra­mę na roji i ofi­cjal­nie po­wi­tał go­ścia ukło­nem. Z ko­lei Ni­cho­lai do­ko­nał ry­tu­ału oczysz­cze­nia.

Do cha­shit­su, pa­wi­lo­nu her­ba­ty, pro­wa­dzi­ły roz­su­wa­ne drzwi wy­so­ko­ści nie­speł­na me­tra, przez co obaj mu­sie­li się po­chy­lić. Ten akt sym­bo­li­zo­wał przej­ście od świa­ta fi­zycz­ne­go do du­cho­wej prze­strze­ni her­ba­ciar­ni.

Cha­shit­su – wy­ra­fi­no­wa­ny, ele­ganc­ki w swej pro­sto­cie pa­wi­lon – był do­sko­na­łym ucie­le­śnie­niem shi­bu­mi. Hoł­du­jąc wy­mo­gom tra­dy­cji, naj­pierw we­szli do wnę­ki, gdzie na ścia­nie wi­siał zwój ka­ke­mo­no z wy­ka­li­gra­fo­wa­nym tek­stem, sto­sow­nym do oka­zji. Jak na go­ścia przy­sta­ło, Ni­cho­lai po­chwa­lił zręcz­ną kre­skę, jaką ar­ty­sta na­ma­lo­wał ja­poń­ski ide­ogram sa­to­ri.

In­te­re­su­ją­cy wy­bór, po­my­ślał Ni­cho­lai. W bud­dyj­skiej fi­lo­zo­fii zen sa­to­ri ozna­cza na­głe prze­bu­dze­nie, uświa­do­mie­nie so­bie ży­cia ta­kim, ja­kie jest w rze­czy­wi­sto­ści. To swe­go ro­dza­ju oświe­ce­nie nie na­stę­po­wa­ło w wy­ni­ku me­dy­ta­cji czy świa­do­mej my­śli – mógł je spo­wo­do­wać po­wiew wia­tru, trzask ognia, spa­da­ją­cy liść.

Ni­cho­lai nig­dy nie do­świad­czył sa­to­ri.

Pod zwo­jem ka­ke­mo­no na nie­wiel­kim drew­nia­nym sto­ja­ku sta­ła misa z po­je­dyn­czą ga­łąz­ką klo­nu.

Po­de­szli do ni­skie­go sto­li­ka, na któ­rym usta­wio­no piec na wę­giel drzew­ny i czaj­nik. Ni­cho­lai i Ka­mi­ko uklę­kli na ma­cie przy sto­li­ku. Ha­ver­ford skło­nił się i wy­szedł. Po chwi­li roz­legł się gong i Ame­ry­ka­nin wró­cił z cha­wan, czer­wo­ną ce­ra­micz­ną mi­secz­ką. Były w niej mie­sza­deł­ko – bam­bu­so­wy pę­dze­lek – miar­ka do her­ba­ty i je­dwab­na ście­recz­ka.

Jako te­ishu, go­spo­darz, Ha­ver­ford ukląkł w od­po­wied­nim miej­scu po dru­giej stro­nie sto­li­ka, do­kład­nie na wprost pa­le­ni­ska. Wy­tarł ście­recz­ką pę­dze­lek i miar­kę, na­peł­nił czar­kę go­rą­cą wodą, opłu­kał mie­sza­deł­ko, wy­lał wodę do in­nej mi­ski i znów sta­ran­nie wy­tarł czar­kę do pa­rze­nia her­ba­ty.

Ni­cho­lai z przy­jem­no­ścią uczest­ni­czył w ce­re­mo­nii, pil­no­wał się jed­nak, by nie po­paść w sa­mo­za­do­wo­le­nie. Naj­wy­raź­niej Ame­ry­ka­nin ze­brał dość in­for­ma­cji na jego te­mat i wie­dział, że przez kil­ka lat wol­no­ści, jaką cie­szył się w To­kio, za­nim go aresz­to­wa­no, Hel miał tra­dy­cyj­ny ja­poń­ski dom ze służ­bą i prze­strze­gał daw­nych ry­tu­ałów. Nie­wąt­pli­wie go­spo­darz spo­dzie­wał się, że Ni­cho­la­ia ogar­nie no­stal­gia i cha­kai wpro­wa­dzi go w do­bry na­strój.

I rze­czy­wi­ście, po­my­ślał Ni­cho­lai, lecz ostroż­no­ści nig­dy dość.

Ha­ver­ford uniósł miar­kę, otwo­rzył mały po­jem­nik i po­zwo­lił go­ścio­wi przez chwi­lę de­lek­to­wać się aro­ma­tem su­szo­nych li­ści. Ni­cho­lai, za­sko­czo­ny, od­krył, że była to ko­icha, ze stu­let­nich ro­ślin upra­wia­nych je­dy­nie w pew­nych za­cie­nio­nych czę­ściach Kio­to. Nie miał po­ję­cia, ile mo­gła kosz­to­wać ta mat­cha, i za­sta­na­wiał się, ile bę­dzie kosz­to­wać jego oso­bi­ście, bo prze­cież Ame­ry­ka­nin nie po­zwo­lił­by so­bie na taką roz­rzut­ność bez po­wo­du.

Ha­ver­ford od­cze­kał chwi­lę, po czym za­nu­rzył w po­jem­ni­ku małą łyż­kę, od­mie­rzył sześć mia­rek bla­do­zie­lo­nej her­ba­ty i wsy­pał drob­ny pro­szek do cha­wan. Uży­wa­jąc bam­bu­so­wej cho­chel­ki, na­lał go­rą­cej wody do mi­secz­ki i za po­mo­cą mie­sza­deł­ka ubił mik­stu­rę na gę­stą masę. Przyj­rzał się jej uważ­nie, po czym, za­do­wo­lo­ny z re­zul­ta­tu, po­dał mi­secz­kę przez stół go­ścio­wi.

Zgod­nie z wy­mo­ga­mi ry­tu­ału Ni­cho­lai skło­nił gło­wę, ujął cha­wan pra­wą ręką i prze­ło­żył do le­wej. Trzy­ma­jąc czar­kę w dło­ni, ob­ró­cił ją trzy razy zgod­nie z ru­chem wska­zó­wek ze­ga­ra i po­cią­gnął dłu­gi łyk. Her­ba­ta sma­ko­wa­ła wy­bor­nie. Ni­cho­lai gło­śno siorb­nął przez grzecz­ność. Wy­tarł brzeg cha­wan pra­wą ręką, ob­ró­cił mi­secz­kę raz zgod­nie z ru­chem wska­zó­wek ze­ga­ra, po czym od­dał ją go­spo­da­rzo­wi, któ­ry skło­nił się i upił łyk.

Ce­re­mo­niał cha­kai wkro­czył te­raz w fazę mniej ofi­cjal­ną. Ha­ver­ford po­now­nie wy­tarł ście­recz­ką cha­wan, a Ka­mi­ko do­ło­ży­ła wę­gli do pa­le­ni­ska, żeby za­pa­rzyć rzad­szą her­ba­tę. Mimo wszyst­ko na tym eta­pie rów­nież obo­wią­zy­wa­ły pew­ne ry­tu­ały i Ni­cho­lai jako gość za­gad­nął go­spo­da­rza o na­czy­nia uży­te w ce­re­mo­nii.

– Cha­wan po­cho­dzi z okre­su Mo­moy­ama, praw­da? – zwró­cił się do Ha­ver­for­da. Czar­ka mia­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny czer­wo­ny od­cień. – Jest pięk­na.

– Mo­moy­ama, tak – od­rzekł Ha­ver­ford. – Ale to nie­zbyt uda­ny eg­zem­plarz.

Obaj wie­dzie­li, że sie­dem­na­sto­wiecz­na czar­ka jest bez­cen­na. Ame­ry­ka­nin za­dał so­bie wie­le tru­du i nie szczę­dził kosz­tów, żeby za­aran­żo­wać tę „skrom­ną” cha­kai, i Ni­cho­lai za­cho­dził w gło­wę cze­mu.

A Ha­ver­ford nie krył za­do­wo­le­nia z nie­spo­dzian­ki.

Nie znam cię, Hel, my­ślał, sia­da­jąc w po­zy­cji se­iza, ale ty też mnie nie znasz.

W rze­czy­wi­sto­ści El­lis Ha­ver­ford bar­dzo róż­nił się od zbi­rów z Fir­my, któ­rzy w trak­cie trwa­ją­ce­go trzy dni bru­tal­ne­go prze­słu­cha­nia zro­bi­li z Ni­cho­la­ia krwa­wą mia­zgę. Uro­dzo­ny na Man­hat­ta­nie w Up­per East Side, wzgar­dził Yale i Ha­rvar­dem. Wy­brał Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia, po­nie­waż nie wy­obra­żał so­bie lep­sze­go miej­sca do ży­cia niż Man­hat­tan. Gdy bom­bar­do­wa­no Pe­arl Har­bor, ro­bił spe­cja­li­za­cję z hi­sto­rii Orien­tu i ję­zy­ków, co uczy­ni­ło z nie­go ide­al­ne­go kan­dy­da­ta do pra­cy w wy­wia­dzie.

Wów­czas od­mó­wił. Wstą­pił do pie­cho­ty mor­skiej, do­wo­dził plu­to­nem w Gu­adal­ca­nal i kom­pa­nią w No­wej Gwi­nei. Od­zna­czo­ny me­da­lem za rany od­nie­sio­ne w wal­ce i Krzy­żem Ma­ry­nar­ki, osta­tecz­nie do­szedł do wnio­sku, że jego wy­kształ­ce­nie idzie na mar­ne, i zo­stał agen­tem wy­wia­du. W In­do­chi­nach Fran­cu­skich szko­lił w dżun­gli lo­kal­ne ru­chy opo­ru prze­ciw Ja­poń­czy­kom. Mó­wił bie­gle po fran­cu­sku, ja­poń­sku i wiet­nam­sku i po­tra­fił się do­ga­dać w nie­któ­rych re­jo­nach Chin. Na swój spo­sób był ary­sto­kra­tą, jak Hel – cho­ciaż po­cho­dził ze znacz­nie za­moż­niej­szej ro­dzi­ny – i w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści lu­dzi czuł się swo­bod­nie w każ­dych oko­licz­no­ściach, na­wet w eks­klu­zyw­nej ja­poń­skiej her­ba­ciar­ni.

Ka­mi­ko po­da­ła im te­raz rzad­ką her­ba­tę. Przy­nio­sła też mu­ko­zu­ke, tacę lek­kich prze­ką­sek – sa­shi­mi i pi­kle.

– Smacz­ne je­dze­nie – ode­zwał się Ni­cho­lai po ja­poń­sku, gdy Ka­mi­ko ich ob­słu­gi­wa­ła.

– Nic spe­cjal­ne­go – od­parł Ha­ver­ford pro for­ma. – Nie­ste­ty, nie mam ni­cze­go in­ne­go. Tak mi przy­kro.

– To w zu­peł­no­ści wy­star­czy – rzekł Ni­cho­lai. Nie­świa­do­mie po­wra­cał do ja­poń­skich ma­nier, któ­rych przez kil­ka lat nie miał oka­zji ćwi­czyć.

– Je­steś nad­zwy­czaj uprzej­my – od­wza­jem­nił się Ha­ver­ford.

Zda­jąc so­bie spra­wę z bier­nej obec­no­ści Ka­mi­ko, Ni­cho­lai spy­tał:

– Może przej­dzie­my na inny ję­zyk?

Ha­ver­ford wie­dział, że Hel bie­gle wła­da an­giel­skim, fran­cu­skim, ro­syj­skim, nie­miec­kim, chiń­skim, ja­poń­skim, a tak­że w pew­nym stop­niu ba­skij­skim – było więc z cze­go wy­bie­rać. Za­pro­po­no­wał fran­cu­ski. Ni­cho­lai się zgo­dził.

– A więc – za­czął – ofe­ru­je mi pan sto ty­się­cy do­la­rów, wol­ność, pasz­port oby­wa­te­la Ko­sta­ry­ki oraz ad­re­sy pry­wat­ne ma­jo­ra Dia­mon­da i jego po­moc­ni­ków w za­mian za wy­ko­na­nie za­da­nia, w któ­re­go za­kres, jak przy­pusz­czam, wcho­dzi mor­der­stwo.

– „Mor­der­stwo” to ta­kie okrop­ne sło­wo. – Ha­ver­ford się skrzy­wił. – Ale owszem, za­sad­ni­czo o to cho­dzi, tak.

– Dla­cze­go ja?

– Masz pew­ne nie­zwy­kłe ce­chy cha­rak­te­ru – od­parł Ame­ry­ka­nin. – A tak­że umie­jęt­no­ści ko­niecz­ne do wy­ko­na­nia za­da­nia.

– A kon­kret­nie?

– Do­wiesz się w swo­im cza­sie.

– Kie­dy mam za­cząć?

– Na­le­ża­ło­by za­py­tać jak.

– Do­brze więc. Jak mam za­cząć?

– Na po­czą­tek – od­rzekł Ha­ver­ford – na­pra­wi­my ci twarz.

– Wy­da­je się panu od­ra­ża­ją­ca? – spy­tał Ni­cho­lai. Zda­wał so­bie spra­wę, że pię­ści i pał­ki ma­jo­ra Dia­mon­da i jego współ­pra­cow­ni­ków po­kie­re­szo­wa­ły jego nie­gdyś przy­stoj­ne ob­li­cze, te­raz asy­me­trycz­ne, opuch­nię­te, bez wy­ra­zu.

Ni­cho­lai pra­co­wał dla Ame­ry­ka­nów jako tłu­macz, do­pó­ki nie za­bił ge­ne­ra­ła Ki­shi­ka­wy. Wów­czas Dia­mond i jego zbi­ry po­bi­li go do nie­przy­tom­no­ści, a na­stęp­nie pod­da­li prze­ra­ża­ją­cym eks­pe­ry­men­tom, zmie­nia­ją­cym świa­do­mość za po­mo­cą sub­stan­cji psy­cho­tro­po­wych. W re­zul­ta­cie cier­piał ka­tu­sze, zo­stał oszpe­co­ny, ale naj­bar­dziej bo­la­ła go utra­ta kon­tro­li, po­twor­na bez­rad­ność, świa­do­mość, że Dia­mond ze swo­imi wstręt­ny­mi po­ma­gie­ra­mi ode­brał mu całe jego je­ste­stwo i ba­wił się nim, tak jak okrut­ne, bez­myśl­ne dziec­ko bawi się bez­bron­nym zwie­rza­kiem.

Po­li­czę się z nimi w swo­im cza­sie, po­my­ślał. Dia­mond, jego lu­dzie, le­karz, któ­ry ro­bił za­strzy­ki i chłod­nym, kli­nicz­nym okiem no­to­wał re­ak­cje „pa­cjen­ta” – wszy­scy oni jesz­cze mnie zo­ba­czą, przez krót­ką chwi­lę, na mo­ment przed śmier­cią.

Tym­cza­sem po­zo­sta­je mi do­ga­dać się z Ha­ver­for­dem, któ­ry po­mo­że mi do­ko­nać ze­msty. Ha­ver­ford przy­najm­niej wy­da­je się in­te­re­su­ją­cy – nie­na­gan­nie ubra­ny, naj­wy­raź­niej wy­kształ­co­ny, za­pew­ne jego ro­dzi­na w Ame­ry­ce ucho­dzi za ary­sto­kra­cję.

– By­najm­niej – od­parł Ha­ver­ford. – Po pro­stu uwa­żam, że je­śli się coś ze­psu­ło, na­le­ży to na­pra­wić. Tego wy­ma­ga spra­wie­dli­wość.

Ha­ver­ford pró­bu­je mi po­wie­dzieć, po­my­ślał Ni­cho­lai, w cał­kiem nie­ame­ry­kań­ski, sub­tel­ny spo­sób, że nie jest taki jak oni. Ależ oczy­wi­ście, że jest, jego ubra­nie i wy­kształ­ce­nie to tyl­ko pa­ty­na na tej sa­mej po­pę­ka­nej ło­dzi.

– A je­śli nie zde­cy­du­ję się na tę „na­pra­wę”? – spy­tał.

– Wów­czas, oba­wiam się, bę­dzie­my mu­sie­li unie­waż­nić na­szą umo­wę – po­wie­dział Ha­ver­ford mi­łym gło­sem, za­do­wo­lo­ny, że jego fran­cu­ski zła­go­dził wy­mo­wę zda­nia, któ­re po an­giel­sku za­brzmia­ło­by jak twar­de ul­ti­ma­tum. – Twój obec­ny wy­gląd pro­wo­ko­wał­by zbyt dużo py­tań. Za­da­li­śmy so­bie wie­le tru­du, żeby stwo­rzyć dla cie­bie przy­kryw­kę.

– Przy­kryw­kę?

– Nową toż­sa­mość. – Ha­ver­ford przy­po­mniał so­bie, że wpraw­dzie Hel był sku­tecz­nym za­bój­cą, jed­nak w wiel­kim świe­cie wy­wia­du bra­ko­wa­ło mu do­świad­cze­nia. – Wraz z całą fik­cyj­ną bio­gra­fią.

– A kon­kret­nie? – spy­tał Ni­cho­lai.

Ha­ver­ford po­krę­cił gło­wą.

– Do­wiesz się w swo­im cza­sie.

– Do­brze mi było w celi – stwier­dził Ni­cho­lai, te­stu­jąc go. – Mógł­bym tam wró­cić.

– Mógł­byś – zgo­dził się Ame­ry­ka­nin. – A my mo­gli­by­śmy po­sta­wić cię przed są­dem za za­bój­stwo Ki­shi­ka­wy.

Nie­źle ro­ze­gra­ne. Ni­cho­lai do­szedł do wnio­sku, że w sto­sun­kach z Ha­ver­for­dem musi za­cho­wać więk­szą ostroż­ność. Po­nie­waż nie wi­dział moż­li­wo­ści ata­ku, po­sta­no­wił się wy­co­fać.

– Ope­ra­cja pla­stycz­na twa­rzy… Za­kła­dam, że mó­wi­my o ope­ra­cji?

– Tak.

– Za­kła­dam, że bę­dzie bo­le­sna.

– Bar­dzo.

– Okres re­kon­wa­le­scen­cji?

– Kil­ka ty­go­dni – od­parł Ha­ver­ford. Po­now­nie na­peł­nił fi­li­żan­kę go­ścia i swo­ją, po czym dał znak Ka­mi­ko, żeby przy­nio­sła świe­ży dzba­nek. – Nie zmar­nu­jesz tego cza­su. Cze­ka cię spo­ro pra­cy.

Ni­cho­lai spoj­rzał na nie­go py­ta­ją­co.

– Twój fran­cu­ski – wy­ja­śnił Ha­ver­ford. – Słow­nic­two robi wra­że­nie, ale ak­cent masz fa­tal­ny.

– Moja fran­cu­ska nia­nia bar­dzo by się ob­ra­zi­ła. Ha­ver­ford prze­szedł na ja­poń­ski – w tym ję­zy­ku le­piej niż po fran­cu­sku mógł grzecz­nie wy­ra­zić żal.

– Go­men no­sei, w no­wej roli mu­sisz się po­słu­gi­wać po­łu­dnio­wym dia­lek­tem.

Cie­ka­we cze­mu, za­sta­na­wiał się Ni­cho­lai. O nic jed­nak nie za­py­tał, żeby nie wy­glą­da­ło na to, że jest za­in­try­go­wa­ny czy w ogó­le za­in­te­re­so­wa­ny.

Ka­mi­ko trzy­ma­ła się na ubo­czu. Gdy usły­sza­ła, że skoń­czy­li, skło­ni­ła się i po­da­ła her­ba­tę. Mia­ła pięk­ną, mi­ster­nie upię­tą fry­zu­rę, ala­ba­stro­wą cerę i błysz­czą­ce oczy. Ku iry­ta­cji Ni­cho­la­ia Ha­ver­ford za­uwa­żył, jak na nią pa­trzy.

– Wszyst­ko zo­sta­ło uzgod­nio­ne, Hel-san – po­wie­dział.

– Dzię­ku­ję, nie sko­rzy­stam – od­rzekł Ni­cho­lai. Nie chciał dać mu sa­tys­fak­cji, że traf­nie od­gadł jego fi­zycz­ną po­trze­bę. By­ła­by to ozna­ka sła­bo­ści, a dla Ame­ry­ka­ni­na zwy­cię­stwo.

– Na­praw­dę? – do­py­ty­wał Ha­ver­ford. – Je­steś pe­wien? In­a­czej bym tego nie mó­wił, po­my­ślał Ni­cho­lai. Nie ra­czył od­po­wie­dzieć na py­ta­nie.

– Jesz­cze jed­no – ode­zwał się po chwi­li.

– Tak?

– Nie za­bi­ję nie­win­ne­go czło­wie­ka.

Ha­ver­ford za­śmiał się ci­cho.

– To ra­czej wy­klu­czo­ne.

– Wo­bec tego zga­dzam się.

Ha­ver­ford ski­nął gło­wą.

3

Pra­gnął za wszel­ką cenę po­zo­stać przy­tom­ny.

Utra­ta kon­tro­li była prze­kleń­stwem dla czło­wie­ka, któ­ry przez całe ży­cie wy­ka­zy­wał się nie­zwy­kłym opa­no­wa­niem. Przy­po­mniał so­bie far­ma­ko­lo­gicz­ne tor­tu­ry, ja­kim pod­da­wa­li go Ame­ry­ka­nie. Tak więc wal­czył, chcąc za­cho­wać świa­do­mość, lecz w koń­cu usnął pod wpły­wem nar­ko­zy.

Jako chło­piec czę­sto spon­ta­nicz­nie do­świad­czał pew­nych szcze­gól­nych sta­nów umy­słu, kie­dy to od­ry­wał się od rze­czy­wi­sto­ści i zda­wa­ło mu się, że leży na siel­skiej łące po­śród po­lnych kwia­tów. Nie wie­dział, jak to się dzia­ło ani dla­cze­go, ale do­zna­wał wów­czas spo­ko­ju i bło­go­ści. Na­zy­wał te chwi­le „cza­sem od­po­czyn­ku” i nie poj­mo­wał, jak kto­kol­wiek mógł­by żyć bez nich.

Bom­by za­pa­la­ją­ce zrzu­co­ne na To­kio, śmierć naj­bliż­szych przy­ja­ciół, po­tem Hi­ro­szi­ma, Na­ga­sa­ki, aresz­to­wa­nie ge­ne­ra­ła Ki­shi­ka­wy, oskar­żo­ne­go o zbrod­nie wo­jen­ne – czło­wie­ka o wy­so­kiej kul­tu­rze, dzię­ki któ­re­mu po­znał za­sa­dy gry go, na­brał ogła­dy i za­czął żyć ży­ciem zdy­scy­pli­no­wa­nym i głę­bo­kim – to wszyst­ko po­zba­wi­ło go cen­ne­go „cza­su od­po­czyn­ku” i cho­ciaż bar­dzo się sta­rał, nie był w sta­nie od­na­leźć spo­ko­ju, jaki daw­niej przy­cho­dził do nie­go w spo­sób na­tu­ral­ny.

Jesz­cze trud­niej było mu osią­gnąć spo­kój, kie­dy wpro­wa­dzo­no go na po­kład sa­mo­lo­tu z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi, któ­rym po­le­ciał do Sta­nów. Ode­bra­no go z lot­ni­ska jak ran­ne­go, z za­ban­da­żo­wa­ną twa­rzą. Trud­no było mu za­cho­wać spo­kój, gdy wje­chał na no­szach do szpi­ta­la, gdzie wkłu­li mu igłę w ra­mię, a na nos i usta na­ło­ży­li ma­skę.

Obu­dził się w pa­ni­ce, z rę­ka­mi przy­wią­za­ny­mi do łóż­ka.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – usły­szał głos ame­ry­kań­skiej pie­lę­gniar­ki. – Po pro­stu nie chce­my, żeby pan prze­krę­cał się na bok. I nie może pan do­ty­kać twa­rzy.

– Nie mam za­mia­ru.

Za­śmia­ła się z nie­do­wie­rza­niem.

Ni­cho­lai może by się z nią spie­rał, ale ból do­ku­czał mu nie­mi­ło­sier­nie, tak jak ośle­pia­ją­ce świa­tło pod po­wie­ka­mi. Za­mru­gał ocza­mi, za­pa­no­wał nad od­de­chem i od­su­nął świa­tło na dru­gi ko­niec sali, gdzie mógł ob­ser­wo­wać je bez­na­mięt­nie. Ból nie mi­nął, te­raz jed­nak było to zja­wi­sko na ze­wnątrz nie­go, na­wet cie­ka­we w swej in­ten­syw­no­ści.

– Zro­bię panu za­strzyk – oznaj­mi­ła pie­lę­gniar­ka.

– Nie trze­ba – od­rzekł.

– Nie mo­że­my po­zwo­lić, żeby pan krzy­wił się z bólu czy za­ci­skał szczę­kę. To była bar­dzo skom­pli­ko­wa­na ope­ra­cja.

– Za­pew­niam pa­nią, że będę le­żał zu­peł­nie nie­ru­cho­mo – po­wie­dział. Przez pół­przy­mknię­te po­wie­ki wi­dział, jak pie­lę­gniar­ka szy­ku­je strzy­kaw­kę. Mia­ła zdro­wą cel­tyc­ką uro­dę: ja­sną cerę, pie­gi, rude wło­sy i gru­be przed­ra­mio­na. Ni­cho­lai wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc, roz­luź­nił ręce i wy­swo­bo­dził je z wię­zów.

Pie­lę­gniar­ka okrop­nie się zi­ry­to­wa­ła.

– Mam we­zwać le­ka­rza?

– Je­śli uzna to pani za sto­sow­ne.

Le­karz zja­wił się po kil­ku mi­nu­tach. Osten­ta­cyj­nie spraw­dził ban­da­że spo­wi­ja­ją­ce twarz Ni­cho­la­ia, za­gda­kał jak kura, któ­ra wła­śnie znio­sła wspa­nia­łe jajo, po czym orzekł:

– Za­bieg udał się zna­ko­mi­cie. Spo­dzie­wam się po­myśl­nych re­zul­ta­tów.

Ni­cho­lai nie za­dał so­bie tru­du, żeby mu od­po­wie­dzieć.

– Pro­szę nie do­ty­kać twa­rzy – upo­mniał go le­karz. Zwra­ca­jąc się do pie­lę­gniar­ki, do­dał: – Je­śli nie chce ni­cze­go na ból, to nie chce ni­cze­go na ból. Kie­dy zmę­czy się od­gry­wa­niem sto­ika, za­wo­ła pa­nią. Pro­szę się nie śpie­szyć, ze­msta jest roz­ko­szą bo­gów.

– Tak, pa­nie dok­to­rze.

– Znam się na tej ro­bo­cie – po­wie­dział le­karz. – Ki­jem się pan nie opę­dzi od ko­biet.

Ni­cho­lai nie od razu po­jął, o co cho­dzi.

– Część mię­śni bę­dzie w pew­nym stop­niu spa­ra­li­żo­wa­na, ale da się z tym żyć. Ła­twiej za­cho­wa pan ten obo­jęt­ny wy­raz twa­rzy.

Ni­cho­lai ani razu nie za­wo­łał pie­lę­gniar­ki.

Ani razu się nie po­ru­szył.

4

Pod osło­ną nocy i ulew­ne­go desz­czu mon­su­no­we­go czło­wiek zwa­ny Ko­brą sie­dział w kuc­ki cał­kiem nie­ru­cho­mo.

Ko­bra ob­ser­wo­wał, jak sto­py męż­czy­zny za­pa­da­ją się w bło­to, gdy z chlu­po­tem szedł ścież­ką w krza­ki za po­trze­bą, jak to zwy­kle się dzia­ło. Za­bój­ca spo­dzie­wał się go – wie­le nocy spę­dził tu w ocze­ki­wa­niu na ofia­rę, żeby po­znać jej oby­cza­je.

Męż­czy­zna zbli­żył się do miej­sca, gdzie w bam­bu­so­wych za­ro­ślach na wą­skiej ścież­ce cza­ił się Ko­bra. Po­chło­nię­ty po­trze­bą nic nie wi­dział przez za­sło­nę desz­czu.

Ko­bra wy­cze­kał sto­sow­nej chwi­li, wy­pro­sto­wał się i ude­rzył. Ostrze, srebr­ne jak kro­ple wody, roz­cię­ło udo ofia­ry. Czu­jąc dziw­ny ból, męż­czy­zna spoj­rzał w dół i przy­ło­żył dłoń do krwa­wej dziu­ry w no­gaw­ce. Ale było już za póź­no – tęt­ni­ca udo­wa zo­sta­ła prze­cię­ta, krew lała się przez pal­ce. Wstrzą­śnię­ty, usiadł na zie­mi i pa­trzył, jak jego ży­cie zni­ka w ka­łu­ży, któ­ra szyb­ko two­rzy­ła się wo­kół nie­go.

Ko­bra tym­cza­sem znik­nął.

5

Na­wet je­śli ma­jor Dia­mond ucie­szył się, że Ni­cho­lai Hel przy­jął pro­po­zy­cję, nie oka­zał nad­mier­ne­go en­tu­zja­zmu.

– Hel to stuk­nię­ty pół-Ja­po­niec – stwier­dził. – Ro­zum mu się po­mie­szał.

– Tak – od­parł Ha­ver­ford. – Zda­je się, że mie­li­ście z tym coś wspól­ne­go, praw­da?

– Był agen­tem ko­mu­chów. – Dia­mond wzru­szył ra­mio­na­mi. Fakt, tro­chę po­tur­bo­wał chło­pa­ka. Zro­bił z nie­go kró­li­ka do­świad­czal­ne­go, żeby prze­te­sto­wać nowe środ­ki far­ma­ko­lo­gicz­ne. I co z tego? To­czy­li woj­nę z blo­kiem ko­mu­ni­stycz­nym, brud­ną woj­nę. Zresz­tą Hel był wy­jąt­ko­wo aro­ganc­kim gów­nia­rzem. Ta jego wy­nio­sła, pro­tek­cjo­nal­na poza wręcz pro­wo­ko­wa­ła agre­sję.

Dia­mond są­dził, że ma go z gło­wy, od­kąd prze­niósł się do CIA i po­rzu­cił Ja­po­nię na rzecz Azji Po­łu­dnio­wo-Wschod­niej, ale ten nie­zno­śny Hel był jak ogon la­taw­ca. Po­win­ni byli go sprząt­nąć, póki mie­li ku temu oka­zję. A te­raz? Mie­li go za­trud­nić w roli agen­ta?

Ha­ver­ford! Ko­mu­szy la­luś z dy­plo­mem, jesz­cze je­den za­ro­zu­mia­ły gno­jek mą­dra­la. Ja­sna cho­le­ra, Ha­ver­ford w cza­sie woj­ny wspie­rał Viet Minh, Ligę Nie­pod­le­gło­ści Wiet­na­mu, a w ogó­le co to za imię – El­lis?

– Hel nie był ko­mu­ni­stycz­nym agen­tem – po­wie­dział Ha­ver­ford. – Ani so­wiec­kim agen­tem, ani w ogó­le żad­nym agen­tem. Zresz­tą do­wio­dło tego wa­sze „śledz­two”.

Dia­mond wy­da­wał mu się od­py­cha­ją­cy pod każ­dym wzglę­dem, od wy­glą­du ze­wnętrz­ne­go aż po rdzeń do­mnie­ma­nej du­szy. Gar­dził nim. Fa­cet przy­po­mi­nał gi­ta­rę o krzy­żo­wym ukła­dzie strun. Wą­skie usta, opa­da­ją­ce po­wie­ki. A wnę­trze miał jesz­cze brzyd­sze. Drob­no­miesz­czań­ski łaj­dak. Zo­stał­by gor­li­wym na­zi­stą, ale przy­pad­kiem uro­dził się w Ame­ry­ce. Nie­ste­ty. Ta­kich jak on ofi­ce­rów wy­wia­du ar­mia pro­du­ko­wa­ła ma­so­wo: po­zba­wio­nych wy­obraź­ni, bru­tal­nych, peł­nych uprze­dzeń, nie­ska­la­nych my­ślą czy wy­kształ­ce­niem.

Ha­ver­ford go nie zno­sił. Lu­dzie jego po­kro­ju za­gra­ża­li ame­ry­kań­skim in­te­re­som w Azji.

John Sin­gle­ton, szef dzia­łu azja­tyc­kie­go CIA, sie­dział za wiel­kim biur­kiem, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie. Siwe wło­sy oka­la­ły jego po­bruż­dżo­ną twarz ni­czym śnieg gór­skie szczy­ty. Ja­sno­nie­bie­skie oczy pa­trzy­ły lo­do­wa­to.

Sin­gle­ton był za­go­rza­łym zwo­len­ni­kiem po­li­ty­ki zim­no­wo­jen­nej – Ha­ver­ford nig­dy nie spo­tkał rów­nie zim­ne­go czło­wie­ka.

Sły­nął z bez­względ­no­ści. Jako sza­ra emi­nen­cja wy­wia­du bu­dził po­strach i sza­cu­nek w ca­łym Wa­szyng­to­nie, łącz­nie z Ka­pi­to­lem.

Nie bez przy­czy­ny, my­ślał Ha­ver­ford. W po­rów­na­niu z Sin­gle­to­nem Ma­chia­vel­li był na­iw­nym chłop­cem z chó­ru ko­ściel­ne­go, a Bor­gio­wie che­ru­bin­ka­mi z ob­ra­zu Roc­kwel­la. Sam dia­beł wy­glą­dał­by przy nim jak anioł Lu­cy­fer przed upad­kiem.

Po­dob­no pod­czas woj­ny, jako szef azja­tyc­kie­go Biu­ra Służb Stra­te­gicz­nych, Sin­gle­ton kie­ro­wał par­ty­zant­ką w Chi­nach i Wiet­na­mie. Nie­któ­rzy twier­dzą na­wet, że wpły­nął na de­cy­zję o zrzu­ce­niu bomb na Hi­ro­szi­mę i Na­ga­sa­ki.

Po woj­nie utrzy­mał moc­ną po­zy­cję gra­cza na sce­nie po­li­tycz­nej, mimo „utra­ty” Chin, nie­spo­dzie­wa­nej woj­ny ko­re­ań­skiej i kam­pa­nii McCar­thy’ego. W rze­czy­wi­sto­ści miał te­raz więk­szą wła­dzę niż kie­dy­kol­wiek, co wie­lu jego wro­gów po ci­chu tłu­ma­czy­ło bli­ski­mi ko­nek­sja­mi z dia­błem.

Sin­gle­ton zer­k­nął zza biur­ka na dwóch ry­wa­li.

– Czy Hel jest nie­zrów­no­wa­żo­ny? – spy­tał Ha­ver­for­da.

– Wręcz prze­ciw­nie. Nig­dy nie spo­tka­łem rów­nie opa­no­wa­ne­go czło­wie­ka.

– Za­ko­cha­łeś się w nim czy co? – wtrą­cił się Dia­mond, chy­trze ły­piąc okiem. Pro­stac­ka uwa­ga ho­mo­fo­ba.

– Nie, nie za­ko­cha­łem się w nim – od­parł Ha­ver­ford zmę­czo­nym gło­sem.

– Trze­ba od­wo­łać mi­sję – zwró­cił się Dia­mond do Sin­gle­to­na. – To zbyt ry­zy­kow­ne. Hel jest nie­prze­wi­dy­wal­ny. W po­łu­dnio­wych Chi­nach mam nie­za­wod­nych za­bój­ców, któ­rych mo­gli­by­śmy wy­słać…

– Hel do­sko­na­le na­da­je się do tego za­da­nia – prze­rwał mu Ha­ver­ford.

– Dla­cze­go? – spy­tał Sin­gle­ton.

Ha­ver­ford wy­ło­żył mu swo­je ar­gu­men­ty: Hel bie­gle po­słu­gi­wał się chiń­skim, ro­syj­skim i fran­cu­skim. Był mi­strzem sztuk wal­ki, zdol­nym nie tyl­ko wy­ko­nać wy­rok, ale też zro­bić to w taki spo­sób, żeby śmierć ofia­ry wy­da­wa­ła się za­gad­ko­wa, co mia­ło de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie dla osią­gnię­cia opty­mal­ne­go re­zul­ta­tu.

– To waż­ne, żeby mó­wił po fran­cu­sku? – spy­tał Dia­mond, wę­sząc kło­po­ty.

– Wła­śnie dla­te­go za­pro­si­li­śmy cię na to spo­tka­nie – wy­ja­śnił Sin­gle­ton. – El­lis?

– Hel bę­dzie wy­stę­po­wał w roli fran­cu­skie­go han­dla­rza bro­nią – po­wie­dział Ha­ver­ford, z sa­tys­fak­cją prze­wi­du­jąc kon­ster­na­cję Dia­mon­da – któ­ry sprze­da­je broń Viet Minh.

I rze­czy­wi­ście, Dia­mond skrzy­wił się.

– Po­nie­waż do­ty­czy to ob­sza­ru In­do­chin – do­dał Sin­gle­ton – po­wi­nie­neś o tym wie­dzieć.

Świet­nie, po­my­ślał Dia­mond. Jak­bym nie miał dość pro­ble­mów z ża­bo­ja­da­mi. I z wła­sny­mi ludź­mi, któ­rzy po ci­chu wspie­ra­ją wro­ga.

– Chy­ba nie chcesz po­wie­dzieć, że na­praw­dę za­mier­za­cie…

– Oczy­wi­ście, że nie. To tyl­ko przy­kryw­ka, dzię­ki któ­rej Hel prze­do­sta­nie się do Pe­ki­nu – wy­ja­śnił Ha­ver­ford. – Po pro­stu nie chcie­li­śmy, że­byś wpadł w pa­ni­kę, w ra­zie gdy­by za­pisz­cza­ły ra­da­ry.

Dia­mond rzu­cił mu gniew­ne spoj­rze­nie.

– Le­piej trzy­maj tego chłop­ta­sia z dala od mo­je­go te­ry­to­rium.

– Spo­koj­na gło­wa.

Ale Dia­mond się za­nie­po­ko­ił. Gdy­by w Wa­szyng­to­nie do­wie­dzie­li się o Ope­ra­cji X i o tym, jaką od­gry­wał w niej rolę… Ope­ra­cją X w In­do­chi­nach do­wo­dzi­li Fran­cu­zi, za­kła­dał więc, że nie ma ry­zy­ka. Tym­cza­sem ta spra­wa z He­lem mo­gła go zde­ma­sko­wać.

Zwró­cił się do Sin­gle­to­na.

– Je­śli nie ma pan nic prze­ciw­ko temu, chciał­bym, żeby in­for­mo­wa­no mnie o ko­lej­nych eta­pach ope­ra­cji.

– Oczy­wi­ście – za­pew­nił go Sin­gle­ton. – El­lis, bę­dziesz in­for­mo­wał ma­jo­ra na bie­żą­co.

– Tak jest.

– Aha, El­lis, zo­stań jesz­cze chwi­lę.

Dia­mond wy­szedł. Ni­cho­lai Hel na wol­no­ści, po­my­ślał w win­dzie. Po­czuł mi­mo­wol­ne drże­nie w no­gach. Spójrz praw­dzie w oczy, bo­isz się go, i nie bez po­wo­du. Ten świet­nie wy­szko­lo­ny mor­der­ca cho­wa do cie­bie ura­zę.

I jesz­cze Ope­ra­cja X.

Je­śli wy­szła­by na jaw…

Nie mógł do tego do­pu­ścić.

□ □ □

– Hel wie, kto jest jego ce­lem? – spy­tał Sin­gle­ton Ha­ver­for­da.

– Jesz­cze mu nie po­wie­dzia­łem.

Sin­gle­ton za­my­ślił się.

– Czy Dia­mond mógł mieć ra­cję, kie­dy stwier­dził, że Hel jest nie­prze­wi­dy­wal­ny?

– Nie są­dzę – od­parł Ha­ver­ford. – Ale na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wi­łem, że tak po­wiem, „rzu­cić ko­twi­cę”.

Sin­gle­ton od­pra­wił Ha­ver­for­da i skon­sul­to­wał z se­kre­tar­ką ter­mi­narz spo­tkań. Stwier­dziw­szy, że ma jesz­cze parę chwil na re­flek­sję, udał się do swe­go ga­bi­ne­tu, usiadł przy biur­ku i za­du­mał się nad plan­szą do gry w go.

Od kil­ku ty­go­dni roz­gry­wał par­tię sam ze sobą. W tym cza­sie bia­łe i czar­ne ka­mie­nie uło­ży­ły się w pięk­ny wzór, sub­tel­nie i z wdzię­kiem jed­no­cząc jin i jang. Tyl­ko na plan­szy go­ban moż­na było stwo­rzyć rów­no­wa­gę do­sko­na­łą.

Dia­mond po­zo­sta­nie Dia­mon­dem, Ha­ver­ford – Ha­ver­for­dem. To sta­łe ele­men­ty w grze.

Na­to­miast Hel.

Sin­gle­ton prze­su­nął czar­ny ka­mień.

Hel wkrót­ce do­wie się, kto jest jego ce­lem. Bę­dzie miał sil­ną mo­ty­wa­cję.

Ale do cze­go?

Jak za­cho­wa się ten gracz? Nie było prze­sa­dy w stwier­dze­niu, że przy­szłe losy Azji spo­czy­wa­ły w rę­kach wiel­ce zło­żo­nej oso­by Ni­cho­la­ia Hela.

„Rzu­cić ko­twi­cę”.

Cie­ka­we.

6

So­lan­ge była rów­nie pięk­na jak jej imię.

Mia­ła zło­ci­ste wło­sy, po­prze­pla­ta­ne pa­sma­mi bursz­ty­nu, i oczy w ko­lo­rze mo­rza w po­łu­dnie. Orli nos przy­wo­dził na myśl okres rzym­skie­go pa­no­wa­nia w jej ro­dzin­nej Lan­gwe­do­cji, ale peł­ne usta mo­gły na­le­żeć tyl­ko do Fran­cuz­ki. Nie­licz­ne pie­gi by­najm­niej nie szpe­ci­ły ską­di­nąd ide­al­nej por­ce­la­no­wej cery. Jej twarz wy­da­wa­ła­by się su­ro­wa, gdy­by nie ła­god­ny łuk wy­dat­nych ko­ści po­licz­ko­wych. So­lan­ge była wy­so­ka, le­d­wie o gło­wę niż­sza od Ni­cho­la­ia, mia­ła dłu­gie nogi, krą­głą fi­gu­rę i jędr­ne pier­si pod pro­stą, lecz ele­ganc­ką nie­bie­ską su­kien­ką.

Naj­bar­dziej urzekł go jej głos. Ni­ski, a jed­no­cze­śnie ła­god­ny, z cha­rak­te­ry­stycz­ną fran­cu­ską mięk­ko­ścią, wy­twor­ną i zmy­sło­wą za­ra­zem.

– Wi­tam, mon­sieur. Mam na­dzie­ję, że bę­dzie tu panu wy­god­nie.

– Na pew­no.

Wy­cią­gnę­ła rękę do po­ca­łun­ku, igno­ru­jąc fakt, że więk­szą część jego twa­rzy spo­wi­ja­ły ban­da­że. Ujął jej dłoń – mia­ła dłu­gie, szczu­płe pal­ce – i po­ca­ło­wał, mu­ska­jąc skó­rę usta­mi i ba­weł­nia­nym opa­trun­kiem.

– En­chan­te.

– Za­pro­wa­dzę pana do pań­skiej sy­pial­ni.

– S’il vous pla­ît – po­wie­dział Ni­cho­lai. Zmę­czył go dłu­gi lot ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych do To­kio.

– S’il vous pla­ît – po­wtó­rzy­ła, w de­li­kat­ny spo­sób ko­ry­gu­jąc jego wy­mo­wę: ostat­nią sa­mo­gło­skę po­wi­nien nie­co prze­cią­gnąć.

Przy­jął kry­tycz­ną uwa­gę i po­wtó­rzył zwrot, na­śla­du­jąc jej ar­ty­ku­la­cję. Od­wdzię­czy­ła się uśmie­chem peł­nym apro­ba­ty.

– Pań­ska nia­nia po­cho­dzi­ła może z To­urs? Naj­czyst­szy ak­cent w ca­łej Fran­cji. Te­raz jed­nak musi pan na­brać ac­cent du Midi.

– Za­pew­ne dla­te­go tu je­stem.

– Po­cho­dzę z po­łu­dnia. Z Mont­pel­lier.

– Nig­dy tam nie by­łem.

– Pięk­ne miej­sce – od­rze­kła. – Sło­necz­ne i cie­płe. A świa­tło…

Sy­pial­nię urzą­dzo­no pro­sto, lecz ze sma­kiem. Żół­ty od­cień ścian do­da­wał jej przy­tul­no­ści, ale nie był przy­tła­cza­ją­co we­so­ły, a nie­licz­ne me­ble, po­ma­lo­wa­ne na nie­bie­sko, do­sko­na­le kom­po­no­wa­ły się z ko­lo­rem ścian. Duże łóż­ko – w po­rów­na­niu z wię­zien­ną pry­czą wy­da­wa­ło się ogrom­ne – było przy­kry­te nie­bie­ską koł­drą. W wa­zo­nie na noc­nym sto­li­ku do­strzegł po­je­dyn­czą chry­zan­te­mę.

– To ja­poń­ski kwiat, praw­da? – za­gad­nę­ła So­lan­ge.

– Tak.

– Bra­ko­wa­ło ich panu?

– Bar­dzo – po­twier­dził dziw­nie wzru­szo­ny. – Dzię­ku­ję.

– Pas de quoi.

– Nie ro­zu­miem.

– Nor­mal­nie od­po­wie­dział­by pan: je vous en prie. Ale, com­ment vous di­tes, w miej­sco­wym dia­lek­cie po­wie­dział­by pan: il n’y a pas de quoi lub po pro­stu pas de quoi. Vous voy­ez?

– Très bien.

– Do­brze. Ale niech pan się po­sta­ra wy­ma­wiać „r” z wi­bra­cją. Com­me ça. – Uło­ży­ła usta w spo­sób, któ­ry wy­dał mu się na­der po­cią­ga­ją­cy. – Très bien.

– Très bien.

– Nie­co bar­dziej no­so­wo.

Po­wtó­rzył zwrot, na­da­jąc mu no­so­we brzmie­nie.

– For­mi­da­ble – orze­kła. – Na koń­cu jest „g”, cho­ciaż le­d­wie sły­szal­ne. Ma pan się wy­sła­wiać jak kul­tu­ral­ny czło­wiek z po­łu­dnia, nie jak wie­śniak. Jest pan zmę­czo­ny czy może chciał­by pan coś zjeść?

– Je­stem bar­dziej głod­ny niż zmę­czo­ny.

– Po­zwo­li­łam so­bie coś przy­go­to­wać.

Za­pro­wa­dzi­ła go do nie­wiel­kiej ja­dal­ni. Z okna roz­cią­gał się wi­dok na ka­re­san­sui, ja­poń­ski ogró­dek skal­ny, ogro­dzo­ny wy­so­kim bam­bu­so­wym pło­tem i urzą­dzo­ny z wiel­kim znaw­stwem. Przy­po­mniał mu się jego wła­sny ogród, o któ­ry dbał pie­czo­ło­wi­cie w swo­im domu w To­kio. W pew­nej mie­rze od­naj­dy­wał tam za­do­wo­le­nie, za­nim pod­jął de­cy­zję o za­bi­ciu Ki­shi­ka­wa-samy.

– Czy wol­no mi wy­cho­dzić do ogro­du? – spy­tał.

– Oczy­wi­ście. To pań­ski dom, do­pó­ki bę­dzie pan tu miesz­kał.

– Czy­li jak dłu­go?

– Aż za­go­ją się rany – od­par­ła So­lan­ge, zgrab­nie uchy­la­jąc się od od­po­wie­dzi. Z fi­glar­nym uśmie­chem do­da­ła: – I na­uczy się pan po­praw­ne­go ak­cen­tu.

Wska­za­ła mu krze­sło przy sto­le.

Kie­dy usiadł, wy­szła do kuch­ni.

Ja­dal­nię, po­dob­nie jak cały dom, urzą­dzo­no cał­ko­wi­cie po eu­ro­pej­sku i Ni­cho­lai za­sta­na­wiał się, jak So­lan­ge we­szła w po­sia­da­nie ca­łe­go tego wy­po­sa­że­nia. Do­szedł jed­nak do wnio­sku, że nie mia­ła z tym nic wspól­ne­go – praw­do­po­dob­nie to jej ame­ry­kań­scy mo­co­daw­cy za­da­li so­bie trud od­two­rze­nia fran­cu­skiej wiej­skiej re­zy­den­cji, acz­kol­wiek z ka­re­san­sui. Za­pew­ne li­czy­li na to, że Ni­cho­lai przy­swoi so­bie nową, fran­cu­ską toż­sa­mość, chło­nąc kli­mat wnę­trza, i za­pew­ne skon­sul­to­wa­li się w tej kwe­stii z „psy­cho­lo­giem”, ka­pła­nem no­wej ame­ry­kań­skiej re­li­gii oby­wa­tel­skiej. Nie­mniej jed­nak ja­dal­nia spra­wia­ła przy­jem­ne wra­że­nie, a jej wy­strój po­bu­dzał ape­tyt.

Tak jak za­pach do­cho­dzą­cy z kuch­ni. De­li­kat­ny, z nut­ką wina i pie­cza­rek. So­lan­ge po­sta­wi­ła na sto­le ka­mion­ko­we na­czy­nie ża­ro­od­por­ne, zdję­ła po­kry­wę i oznaj­mi­ła:

– Coq au vin. Mam na­dzie­ję, że bę­dzie panu sma­ko­wać.

Za­pach był znie­wa­la­ją­cy.

– Od lat nie ja­dłem eu­ro­pej­skich dań.

– Oby nie zbun­to­wał się pań­ski żo­łą­dek – od­rze­kła So­lan­ge. – Waż­ne, żeby od te­raz ja­dał pan głów­nie po­tra­wy fran­cu­skie.

– Z przy­jem­no­ścią, ale cze­mu?

So­lan­ge za­sznu­ro­wa­ła war­gi, po czym od­po­wie­dzia­ła z uro­czą na­dą­sa­ną miną:

– Chcia­ła­bym, żeby to za­brzmia­ło de­li­kat­nie, bez ob­ra­zy…

– Li­czę na szcze­rość – od­parł. Wąt­pił, żeby kie­dy­kol­wiek była ob­ce­so­wa.

– Tak się skła­da – po­wie­dzia­ła – że pach­nie pan jak Ja­poń­czyk. Il faut que vous ayez l’odeur d’un vrai fra­nça­is.

– Ro­zu­miem.

Oczy­wi­ście mia­ła ra­cję. W celi wię­zien­nej po­tra­fił roz­po­znać po za­pa­chu na­ro­do­wość męż­czy­zny idą­ce­go ko­ry­ta­rzem. Ame­ry­ka­nie wy­dzie­la­li za­pach wo­ło­wi­ny, Ro­sja­nie – ziem­nia­ków, ja­poń­scy straż­ni­cy – ryb i wa­rzyw. A So­lan­ge? Wy­czu­wał je­dy­nie woń jej per­fum.

– Czy mogę na­kła­dać? – spy­ta­ła.

– Bar­dzo pro­szę.

Na­ło­ży­ła mu na ta­lerz dużą por­cję aro­ma­tycz­ne­go kur­cza­ka du­szo­ne­go w wi­nie i kil­ka szpa­ra­gów. Do kie­lisz­ka na­la­ła tro­chę czer­wo­ne­go wina.

– Do­brze jest po­da­wać do po­sił­ku to samo wino, w któ­rym du­sił się kur­czak – wy­ja­śni­ła. – Wy­bor­ne fran­cu­skie wino, mon­sieur.

– Pro­szę mi mó­wić Ni­cho­lai.

– Eh bien, Ni­cho­lai. Pro­szę mi mó­wić So­lan­ge.

– Pięk­ne imię.

Za­ru­mie­ni­ła się. Wy­glą­da­ło to bar­dzo ład­nie. Usia­dła i na­ło­ży­ła so­bie por­cję je­dze­nia, ale za­cze­ka­ła, aż pierw­szy skosz­tu­je da­nia.

– Sma­ku­je? – spy­ta­ła.

– Nad­zwy­czaj­nie. – Nie kła­mał. Sub­tel­ne, lecz wy­raź­ne sma­ki eks­plo­do­wa­ły mu w ustach, a wino przy­wo­dzi­ło na myśl po­sił­ki, ja­kie w wie­ku chło­pię­cym ja­dał z mat­ką. Być może, po­my­ślał, po­lu­bię eu­ro­pej­skie wino… je­śli prze­ży­ję. – Wy­ra­zy uzna­nia dla sze­fa kuch­ni.

Ski­nę­ła gło­wą.

– Mer­ci.

– Przy­rzą­dzi­łaś to sama? – spy­tał za­sko­czo­ny.

– Uwiel­biam go­to­wać – od­par­ła. – W ostat­nich la­tach rzad­ko mia­łam oka­zję, więc to dla mnie wiel­ka ra­dość.

So­lan­ge wzię­ła wi­de­lec i za­czę­ła jeść z lu­bo­ścią. U Ja­pon­ki by­ło­by to za­cho­wa­nie nie­przy­stoj­ne, ale w przy­pad­ku So­lan­ge wy­da­wa­ło się cza­ru­ją­ce – wy­ra­ża­ło joie de vi­vre, ra­dość ży­cia, ja­kiej nie oglą­dał przez dłu­gie lata woj­ny, gło­du, oku­pa­cji, wię­zien­ne­go od­osob­nie­nia. Z przy­jem­no­ścią pa­trzył, jak So­lan­ge de­lek­tu­je się je­dze­niem. Ode­zwał się do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach.

– A więc ten męż­czy­zna, któ­re­go mam uda­wać, ja­dał fran­cu­skie po­tra­wy na­wet w Azji?

– Po­dob­no tak.

– Jak to moż­li­we?

– Pie­nią­dze – od­rze­kła, jak­by stwier­dza­ła oczy­wi­sty fakt. – Dzię­ki pie­nią­dzom wszyst­ko jest moż­li­we.

– Dla­te­go pra­cu­jesz dla Ame­ry­ka­nów? – spy­tał i od razu po­ża­ło­wał. Nie ro­zu­miał, skąd wzię­ła się u nie­go na­gła chęć, żeby ją ob­ra­zić.

– Tout le mon­de – po­wie­dzia­ła So­lan­ge. – Te­raz wszy­scy pra­cu­ją dla Ame­ry­ka­nów.

Łącz­nie z tobą, mon ami, po­my­śla­ła, uśmie­cha­jąc się do nie­go. Wsta­ła z krze­sła.

– Zro­bi­łam tar­te ta­tin. Masz ocho­tę?

– Chęt­nie skosz­tu­ję.

– Kawa?

– Wo­lał­bym her­ba­tę.

– Te­raz bę­dziesz pił kawę, Ni­cho­lai. Un express avec une ci­ga­ret­te.

Wy­szła do kuch­ni, a po chwi­li wró­ci­ła z tar­tą jabł­ko­wą, ma­łym dzban­kiem espres­so i pacz­ką gau­lo­ise’ów.

– Prze­pra­szam, za­cho­wa­łem się nie­grzecz­nie – po­wie­dział. – Od­wy­kłem od kon­wer­sa­cji.

– Pas de quoi.

Spodo­ba­ło się jej, że prze­pro­sił.

Tar­ta oka­za­ła się zna­ko­mi­ta, kawa – nie­spo­dzie­wa­nie – sma­ko­wa­ła mu na­wet bar­dziej. Oparł się wy­god­nie na krze­śle, a So­lan­ge wy­cią­gnę­ła ku nie­mu pacz­kę pa­pie­ro­sów.

– Weź dwa – po­in­stru­owa­ła. – Za­pal i od­daj mi jed­ne­go.

– Po­waż­nie?

Ro­ze­śmia­ła się.

– Nig­dy nie by­łeś w ki­nie?

– Nie.

Po co lu­dzie cho­dzą do kina? – my­ślał. Żeby oglą­dać fan­ta­zje in­nych lu­dzi na skraw­ku ce­lu­lo­idu?

– Ko­cham kino – po­wie­dzia­ła So­lan­ge. – Za­wsze chcia­łam zo­stać ak­tor­ką.

Ni­cho­lai miał za­py­tać, co sta­nę­ło jej na prze­szko­dzie – bez wąt­pie­nia była dość atrak­cyj­na – ale po­wstrzy­mał się, my­śląc, że po­smut­nia­ła­by na to py­ta­nie. Wy­trzą­snął z pacz­ki dwa pa­pie­ro­sy, wło­żył je do ust i za­pa­lił. Gdy za­ja­rzy­ły się ich ko­niusz­ki, po­dał pa­pie­ro­sa So­lan­ge.

– For­mi­da­ble – wes­tchnę­ła. – Paul Hen­re­id był­by za­zdro­sny.

Nie miał po­ję­cia, o czym mówi, ale za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i za­ka­słał gwał­tow­nie, na­ru­sza­jąc szwy.

– Daw­no nie pa­li­łem – wy­ja­śnił, gdy prze­zwy­cię­żył atak kasz­lu.

– Na to wy­glą­da. – Za­śmia­ła się, lecz nie ode­brał tego jako znie­wa­gę i nie po­czuł się skrę­po­wa­ny. Było tak, jak­by dzie­li­li ze sobą chwi­le bez­tro­ski, i Ni­cho­lai też się ro­ze­śmiał. Znów tro­chę go to za­bo­la­ło i zdał so­bie spra­wę, że od daw­na nie śmiał się z dru­gą oso­bą.

So­lan­ge naj­wy­raź­niej od­czy­ta­ła jego my­śli.

– Tak jest do­brze, praw­da? Ostat­nio nie było nam do śmie­chu, ani to­bie, ani mnie.

– Ani ca­łe­mu świa­tu.

Do­la­ła mu wina, na­peł­ni­ła też swój kie­li­szek, pod­nio­sła go i po­wie­dzia­ła:

– Za lep­sze cza­sy.

– Za lep­sze cza­sy.

– Mu­sisz na­uczyć się pa­lić, Ni­cho­lai. Wszy­scy Fran­cu­zi palą.

– W dzie­ciń­stwie pa­li­łem ukrad­kiem w Szan­gha­ju – wy­znał. – Chiń­czy­cy palą jak smo­ki. Palą i plu­ją.

– Da­ru­je­my so­bie plu­cie, do­brze?

Po obie­dzie wy­szedł do ogro­du.

Był na­praw­dę pięk­nie urzą­dzo­ny. Żwi­ro­we ścież­ki zgra­bio­no w taki spo­sób, by przy­po­mi­na­ły drob­ne fale oce­anu. Mała „wy­sep­ka” tra­wy i ka­mie­ni po­śród „mo­rza” sym­bo­li­zo­wa­ła góry Ja­po­nii. Przy ścież­ce po­sa­dzo­no ni­skie krze­wy, któ­re two­rzy­ły fa­li­stą li­nię. Z każ­de­go miej­sca roz­cią­gał się inny wi­dok.

Jak w ży­ciu, po­my­ślał Ni­cho­lai.

7

Mi­ja­ły ko­lej­ne ty­go­dnie przy­jem­nej ru­ty­ny.

Ni­cho­lai bu­dził się wcze­śnie i wy­cho­dził do ogro­du me­dy­to­wać. So­lan­ge w tym cza­sie szy­ko­wa­ła kawę z mle­kiem i cro­is­san­ty. Nie od razu prze­ko­nał się do po­my­słu, żeby na śnia­da­nie jeść pie­czy­wo, ale z cza­sem się przy­zwy­cza­ił. Po śnia­da­niu roz­ma­wia­li, So­lan­ge ko­ry­go­wa­ła jego wy­mo­wę, uczy­ła współ­cze­sne­go slan­gu i zwro­tów cha­rak­te­ry­stycz­nych dla po­łu­dnio­we­go dia­lek­tu. Była bar­dzo wy­ma­ga­ją­ca, a on do­ce­niał jej wy­sił­ki.

So­lan­ge zda­wa­ła so­bie spra­wę, że na­wet naj­mniej­szy błąd, wy­ni­ka­ją­cy z nie­uwa­gi ana­chro­nizm czy po­pad­nię­cie w ko­tur­no­wą for­mal­ność mogą kosz­to­wać go ży­cie. Dla­te­go nie od­pusz­cza­ła, do­ma­ga­ła się per­fek­cji, wy­sta­wia­ła na pró­bę jego in­te­lekt i nie­zwy­kły ta­lent do ję­zy­ków. Jego po­stę­py prze­cho­dzi­ły naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia – duma czy­ni­ła z nie­go zna­ko­mi­te­go ucznia.

Kon­wer­so­wa­li tak aż do obia­du, a po­tem Ni­cho­lai szedł na zwy­cza­jo­wy spa­cer po ogro­dzie. Wie­dząc, że po­trze­bu­je sa­mot­no­ści, So­lan­ge za­wsze grzecz­nie od­ma­wia­ła, gdy pro­po­no­wał, żeby do nie­go do­łą­czy­ła. Chwi­lę od­po­czy­wa­ła, po czym za­bie­ra­ła się do szy­ko­wa­nia ko­la­cji. Kie­dy wra­cał, prze­glą­da­li mapy Mont­pel­lier, zdję­cia ka­wiar­ni, re­stau­ra­cji i in­nych cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów do­brze zna­nych miej­sco­wym. So­lan­ge wy­py­ty­wa­ła go o plac Świę­tej Anny, tar­go­wi­sko, o to, kto sprze­da­wał naj­lep­sze brzo­skwi­nie i gdzie ku­pić nie­złe wino za przy­zwo­itą cenę.

Po ta­kiej po­po­łu­dnio­wej se­sji Ni­cho­lai uda­wał się do swo­je­go po­ko­ju. Wy­po­czy­wał, po­wta­rzał lek­cję i ką­pał się w ja­poń­skiej ba­lii. Wy­nu­rzał się z cu­dow­nie go­rą­cej, pra­wie wrzą­cej wody roz­kosz­nie orzeź­wio­ny i prze­bie­rał się do ko­la­cji – za­wsze fran­cu­skiej i za­wsze wy­śmie­ni­tej. Po ko­la­cji pili kawę i ko­niak, ga­wę­dzi­li, cza­sem słu­cha­li ra­dia, a na­stęp­nie So­lan­ge od­da­la­ła się do swo­jej sy­pial­ni.

Wów­czas Ni­cho­lai wkła­dał gi i wy­cho­dził do ogro­du, aby od­pra­wić swój wie­czor­ny ry­tu­ał. Po­cząt­ko­wo So­lan­ge pod­glą­da­ła przez ża­lu­zje, jak ćwi­czy skom­pli­ko­wa­ne ru­chy kata – ryt­micz­ne se­kwen­cje ukła­dów w sztu­kach wal­ki. Tre­no­wał hoda ko­ro­su 1, czy­li tech­ni­kę wal­ki im­pro­wi­zo­wa­ną bro­nią. Zda­wał się tań­czyć. Do­pie­ro po kil­ku wie­czo­rach So­lan­ge zo­rien­to­wa­ła się, że wal­czy z licz­ny­mi uro­jo­ny­mi prze­ciw­ni­ka­mi, któ­rzy na­cie­ra­ją na nie­go ze wszyst­kich stron, a „ta­necz­ne” kro­ki to w rze­czy­wi­sto­ści obron­ne blo­ko­wa­nie, po któ­rym na­stę­pu­ją śmier­tel­ne cio­sy. Ta­niec? Tak, ta­niec śmier­ci.

Ni­cho­lai lu­bił te wie­czor­ne se­sje – ćwi­cze­nia w ogro­dzie spra­wia­ły mu wie­le ra­do­ści, uspo­ka­ja­ły umysł i du­cha. Zresz­tą in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że po­wi­nien oszli­fo­wać for­mę, je­śli chce wyjść cało z mi­sji, któ­rej celu Ha­ver­ford do­tąd nie ujaw­nił.

Ćwi­czył więc nie na próż­no. Z za­do­wo­le­niem od­krył, że jego umysł i cia­ło re­agu­ją wła­ści­wie na­wet po la­tach względ­ne­go bra­ku ak­tyw­no­ści – cho­ciaż w celi zro­bił ty­sią­ce pom­pek i brzusz­ków – i że bez tru­du przy­po­mniał so­bie skom­pli­ko­wa­ny, sub­tel­ny układ hoda ko­ro­su kata.

Za­czął ćwi­czyć tę tech­ni­kę w dru­gim roku po­by­tu w To­kio. Tej rzad­kiej od­mia­ny ka­ra­te – co samo w so­bie ozna­cza „pu­stą rękę” – na­uczał pe­wien sta­ry Ja­poń­czyk, mistrz śmier­tel­nej sztu­ki wal­ki, któ­ry z po­cząt­ku nie chciał zdra­dzić chłop­cu o wy­glą­dzie Eu­ro­pej­czy­ka pra­daw­nych ja­poń­skich se­kre­tów. Ni­cho­lai był jed­nak upar­ty: co wie­czór klę­czał w nie­wy­god­nej po­zy­cji na skra­ju maty i cze­kał, aż w koń­cu mistrz za­wo­ła go do sie­bie i spra­wi mu la­nie. Była to pierw­sza z wie­lu lek­cji.

Pod­sta­wą tak­ty­ki hoda ko­ro­su było opa­no­wa­nie ki, we­wnętrz­nej siły ży­cio­wej, któ­rą wy­zwa­la­ło pra­wi­dło­we od­dy­cha­nie. To wła­śnie ki, pły­ną­ca przez całe cia­ło z pod­brzu­sza do każ­dej żyły, mię­śnia, ner­wu, nada­wa­ła cio­som hoda ko­ro­su za­bój­czą moc, zwłasz­cza gdy za­da­wa­no je z bli­skiej od­le­gło­ści.

In­nym nie­zbęd­nym ele­men­tem była umie­jęt­ność uspo­ko­je­nia umy­słu, uwol­nie­nia go w taki spo­sób, aby dzię­ki wła­snej kre­atyw­no­ści od­naj­dy­wał śmier­cio­no­śną broń po­śród zwy­kłych przed­mio­tów znaj­du­ją­cych się pod ręką w sy­tu­acji na­głe­go, nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku.

Pierw­sze wie­czor­ne tre­nin­gi Ni­cho­la­ia w bru­tal­ny spo­sób ob­na­ży­ły jego nie­zdar­ność. Prze­ra­ził­by się, gdy­by nie to, że wła­sna nie­po­rad­ność wy­da­ła mu się wręcz ko­micz­na. Wkrót­ce jed­nak od­zy­skał daw­ną szyb­kość, siłę i spraw­ność i za­czął po­ru­szać się z gra­cją. Mistrz wpa­jał mu – cza­sem bi­jąc po ple­cach bam­bu­so­wym ki­jem – aby trak­to­wał ćwi­cze­nia z naj­więk­szą po­wa­gą, wy­obra­ża­jąc so­bie wro­gów, któ­rych musi zli­kwi­do­wać. To wła­śnie ro­bił Ni­cho­lai, po­su­wa­jąc się w przód i w tył po ogro­dzie pod­czas przy­dłu­gich ukła­dów kata, któ­re po­wta­rzał po kil­ka­na­ście razy i koń­czył zla­ny po­tem. Na­stęp­nie brał krót­ką ką­piel, pa­dał na łóż­ko i bły­ska­wicz­nie za­sy­piał.

Pew­ne­go ran­ka – mi­nę­ły może dwa ty­go­dnie – So­lan­ge za­sko­czy­ła go, mó­wiąc:

– To twój wiel­ki dzień, Ni­cho­lai.

– Dla­cze­go?

– Od­sło­nię­cie, że tak po­wiem.

– Od­sło­nię­cie?

– Cie­bie. Two­jej twa­rzy.

Raz w ty­go­dniu od­wie­dzał le­ka­rza. Tęga ir­landz­ka pie­lę­gniar­ka zmie­nia­ła mu opa­trun­ki, nie wy­ka­zu­jąc się przy tym nad­mier­ną de­li­kat­no­ścią. Nie­mniej jed­nak roz­myśl­nie nie do­pusz­cza­ła go do lu­stra, do­pó­ki rany się nie za­go­ją. Tym ra­zem miał uj­rzeć po raz pierw­szy swo­je zre­kon­stru­owa­ne ob­li­cze.

Je­śli w ogó­le się de­ner­wo­wał, nie­po­ko­ił, to nie ujaw­niał tych uczuć. Za­cho­wy­wał się tak, jak­by So­lan­ge oznaj­mi­ła mu, że idą na wy­sta­wę zdjęć lub do kina. Przy­brał ma­skę obo­jęt­no­ści. Ja wa­rio­wa­ła­bym na jego miej­scu, my­śla­ła So­lan­ge. A on? Spo­koj­ny jak mar­co­wy po­ra­nek, jak nie­ru­cho­ma sa­dzaw­ka.

– Le­karz po­wie­dział, że sama mogę to zro­bić.

– Te­raz? – spy­tał.

– Je­śli się zgo­dzisz.

Wzru­szył ra­mio­na­mi. Oczy­wi­ście, by­ło­by miło wresz­cie po­zbyć się opa­trun­ków, ale tak na­praw­dę wca­le nie był cie­kaw swo­jej no­wej twa­rzy. Ostat­nie lata spę­dził w cał­ko­wi­tym od­osob­nie­niu, gdzie nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia, jak wy­glą­da – nie oglą­dał go nikt prócz straż­ni­ków.

Na­gle jed­nak po­czuł ukłu­cie nie­po­ko­ju. Za­sko­czy­ło go to i zi­ry­to­wa­ło. Nie­spo­dzie­wa­nie prze­jął się swo­im wy­glą­dem i uświa­do­mił so­bie, że to z po­wo­du So­lan­ge.

Ob­cho­dzi mnie, co o mnie my­śli, zdał so­bie spra­wę. Boję się, jak za­re­agu­je, gdy zdej­mie ban­da­że i zo­ba­czy moją brzyd­ką twarz. Nie miał po­ję­cia, że nadal ma w so­bie ta­kie uczu­cia.

Nie­zwy­kłe, po­my­ślał.

– Je­stem go­tów – po­wie­dział.

Po­szli do ła­zien­ki. So­lan­ge po­sa­dzi­ła go na stoł­ku przed lu­strem, sta­nę­ła za jego ple­ca­mi i de­li­kat­nie od­wi­nę­ła ban­da­że.

Wy­glą­dał pięk­nie.

Nie ma na to in­ne­go sło­wa, po­my­śla­ła So­lan­ge. To po pro­stu pięk­ny męż­czy­zna. Szma­rag­do­we oczy, wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we… Po­cią­gła twarz, sil­na szczę­ka i do­łek w bro­dzie – słod­ki, lecz zde­cy­do­wa­nie mę­ski. Przy tym wy­glą­dał tak mło­do! Na­wet nie na dwa­dzie­ścia sześć lat, po­mi­mo tego, co prze­szedł.

– Bra­wa dla dok­to­ra – po­wie­dzia­ła So­lan­ge. – Je­steś za­do­wo­lo­ny?

Ulży­ło mi, po­my­ślał Ni­cho­lai, wi­dząc uśmiech na jej twa­rzy. Zdo­by­ła­by się na uśmiech w każ­dej sy­tu­acji, ale ulży­ło mu, że ewi­dent­ny ta­lent chi­rur­ga za­osz­czę­dził im oboj­gu tego upo­ko­rze­nia.

– Nie je­stem pe­wien, czy sam sie­bie roz­po­zna­ję – ode­zwał się.

– Je­steś nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny.

– Tak my­ślisz?

– No nie, do­ma­gasz się kom­ple­men­tów? Owszem, tak my­ślę. Je­steś bar­dzo przy­stoj­ny. Ale te­raz czu­ję się przy to­bie taka sta­ra.

– Je­steś pięk­na i do­brze o tym wiesz.

– Sta­rze­ję się – od­par­ła So­lan­ge. – Może po­win­nam umó­wić się z tym dok­to­rem…

8

Tego sa­me­go po­po­łu­dnia od­wie­dził ich Ha­ver­ford.

Przyj­rzał się uważ­nie twa­rzy Ni­cho­la­ia, jak­by sza­co­wał jej war­tość ryn­ko­wą, i oce­nił efekt jako za­do­wa­la­ją­cy.

– Do­bra ro­bo­ta.

– Cie­szę się, że się panu po­do­ba – od­rzekł Ni­cho­lai.

Usie­dli w ja­dal­ni. Ha­ver­ford roz­ło­żył na sto­le akta i za­czął bez wstę­pów:

– Na­zy­wasz się Mi­chel Gu­ibert. Dwa­dzie­ścia sześć lat, uro­dzo­ny we Fran­cji, w Mont­pel­lier. Kie­dy mia­łeś dzie­sięć lat, two­ja ro­dzi­na prze­nio­sła się do Hong­kon­gu, gdzie oj­ciec pro­wa­dził in­te­re­sy. Im­port, eks­port. Prze­trwa­łeś ja­poń­ską oku­pa­cję, po­nie­waż by­li­ście oby­wa­te­la­mi rzą­du Vi­chy, któ­ry utrzy­my­wał po­ko­jo­we sto­sun­ki z pań­stwa­mi Osi. Pod ko­niec woj­ny oka­za­łeś się na tyle do­ro­sły, by po­pro­wa­dzić ro­dzin­ny in­te­res.

– Czy­li?

– Broń – od­parł Ha­ver­ford. – La fa­mi­lie Gu­ibert zaj­mu­je się han­dlem bro­nią od cza­sów pierw­szych musz­kie­tów.

– Taka ro­dzi­na ist­nie­je na­praw­dę, czy jest cał­ko­wi­cie fik­cyj­na? – spy­tał Ni­cho­lai.

– Papa Gu­ibert jak naj­bar­dziej ist­nie­je.

– Ma syna?

– Miał – po­wie­dział Ha­ver­ford.

Roz­ło­żył na bla­cie zdję­cia chłop­ca, któ­rym spo­koj­nie mógł być mały Ni­cho­lai – ga­nia­ją­cy bez­tro­sko po chiń­skim po­dwór­ku, po­ma­ga­ją­cy ku­cha­rzom, uśmiech­nię­ty nad tor­tem uro­dzi­no­wym.

– Nie­ste­ty, Mi­chel miał kosz­mar­ny wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Po­dob­no zo­stał strasz­nie oszpe­co­ny. Prze­szedł roz­le­głą re­kon­struk­cję twa­rzy. Wy­glą­da te­raz pra­wie tak samo jak przed wy­pad­kiem.

– Za­aran­żo­wa­li­ście ten „wy­pa­dek”? – spy­tał Ni­cho­lai.

– Nie – od­rzekł Ha­ver­ford. – Mój Boże, masz nas za po­two­rów?

– Hm… A mat­ka?

– Zmar­ła nie­daw­no. By­łeś zdru­zgo­ta­ny.

– Zdu­mie­wa mnie pan i prze­ra­ża – stwier­dził Ni­cho­lai.

– Doj­rza­łeś – cią­gnął Ha­ver­ford. – Wcze­śniej mia­łeś opi­nię ha­zar­dzi­sty i ko­bie­cia­rza. Trzy lata temu Papa ode­słał cię z po­wro­tem do Fran­cji. W Mo­na­ko prze­pu­ści­łeś spo­rą część ro­dzin­nej for­tu­ny, ale oka­za­łeś skru­chę i wró­ci­łeś, żeby się zre­ha­bi­li­to­wać.

– W jaki spo­sób?

– Do­wiesz się z cza­sem – od­parł Ha­ver­ford. – Przej­rzyj akta. So­lan­ge wy­py­ta cię o szcze­gó­ły. Kie­dy po­znasz swo­ją prze­szłość, za­zna­jo­mię cię z two­ją nową przy­szło­ścią.

Z „nową przy­szło­ścią”, po­my­ślał Ni­cho­lai. Ty­po­wo ame­ry­kań­skie po­ję­cie, do­sko­na­łe w swym na­iw­nym opty­mi­zmie. Tyl­ko Ame­ry­ka­nie mo­gli my­śleć o „no­wej” przy­szło­ści, w od­róż­nie­niu od „sta­rej”.

– Te­raz zro­bi­my ci parę zdjęć – oznaj­mił Ha­ver­ford.

– Po co?

Gro­ma­dzi­li dane na te­mat Gu­iber­ta, wy­ja­śnił Ha­ver­ford. W obec­nych cza­sach każ­dy han­dlarz bro­nią prę­dzej czy póź­niej bę­dzie miał tecz­kę w więk­szo­ści naj­waż­niej­szych agen­cji wy­wia­dow­czych. Zdję­cia tra­fią do CIA, Deu­xie­me Bu­re­au, MI6, po czym dzię­ki wtycz­kom wy­ciek­ną do Chiń­czy­ków. Fo­to­gra­fie Mi­che­la Gu­iber­ta zo­sta­ną za­miesz­czo­ne w sta­rych ak­tach po­li­cyj­nych Ku­omin­tan­gu – Chiń­skiej Par­tii Na­ro­do­wej – któ­re obec­nie prze­szu­ki­wa­li czer­wo­ni. Dzię­ki „spe­com z la­bo­ra­to­rium” po­do­bi­zna Gu­iber­ta po­ja­wi się na uli­cach Ko­ulu­nu, w ka­sy­nach w Mo­na­ko i w do­kach Mar­sy­lii.

– Ko­niec koń­ców – za­szcze­bio­tał Ha­ver­ford – po­czu­jesz się jak Mi­chel Gu­ibert, któ­ry woj­nę prze­cze­kał w Hong­kon­gu. Od te­raz bę­dziesz re­ago­wał na imię Mi­chel i tyl­ko Mi­chel. Nie Ni­cho­lai. Ro­zu­mie­my się, Mi­chel?

– Jak­kol­wiek trud­ne to się zda­je – od­parł Ni­cho­lai – my­ślę, że ro­zu­miem, tak.

So­lan­ge we­szła do ja­dal­ni z na­rę­czem ubrań, któ­re po­wie­si­ła na po­rę­czy krze­sła.

– Two­ja nowa gar­de­ro­ba, Mi­chel. Très chic.

Przyj­rzał się ubra­niom. Wy­glą­da­ły na uży­wa­ne. No tak, po­my­ślał, to ma sens: kie­dy wkra­cza się w cu­dze ży­cie, jed­no­cze­śnie wska­ku­je się w cu­dze ubra­nia, uży­wa­ne, bo prze­cież nie nowe. Zer­k­nął na met­ki. Star­sze rze­czy szył na mia­rę kra­wiec z Ko­ulu­nu, ale więk­szość po­cho­dzi­ła z dro­gich fran­cu­skich skle­pów w Mar­sy­lii. Kil­ka ko­szul i dwa gar­ni­tu­ry zo­sta­ły ku­pio­ne w Mo­na­ko. Wszyst­kie spra­wia­ły wra­że­nie kosz­tow­nych, były uszy­te z lek­kich ma­te­ria­łów – je­dwa­biu i ba­weł­ny. Wśród ubrań, któ­re przy­nio­sła So­lan­ge, zna­la­zło się kil­ka par spodni z dia­go­na­lu w ko­lo­rze kha­ki – oczy­wi­ście z za­pra­so­wa­ny­mi za­szew­ka­mi. Wy­glą­da­ło na to, że Mi­chel z upodo­ba­niem no­sił bia­łe gar­ni­tu­ry, spodnie kha­ki i ko­lo­ro­we ko­szu­le, za to nig­dy nie za­kła­dał kra­wa­ta.

Ubra­nia mia­ły cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach – potu, ty­to­niu, wody ko­loń­skiej. Ha­ver­ford skru­pu­lat­nie wszyst­ko przy­go­to­wał, po­my­ślał Ni­cho­lai.

So­lan­ge przy­nio­sła jesz­cze wię­cej rze­czy. Sta­nę­ła w pro­gu, przy­ło­ży­ła do ust pa­lec wska­zu­ją­cy i ob­rzu­ci­ła go kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

– Niech po­my­ślę… Co po­wi­nie­neś mieć na so­bie w pierw­szej sce­nie? W Hong­kon­gu, tak? – Wy­da­ła mu się cza­ru­ją­ca, gdy tak fan­ta­zjo­wa­ła z na­der po­waż­ną miną. Wy­bra­ła jed­ną z ko­szul, odło­ży­ła ją na bok, wzię­ła inną i przy­mie­rzy­ła do gar­ni­tu­ru. – Ta bę­dzie pa­so­wać, praw­da? Oui. Par­fa­it.

Po­da­ła rze­czy Ni­cho­la­io­wi i na­ka­za­ła mu je wło­żyć. Kie­dy wró­cił z sy­pial­ni prze­bra­ny za Mi­che­la, Ha­ver­ford już cze­kał z apa­ra­tem. Wy­szli do ogro­du, żeby sfo­to­gra­fo­wać „nie­ostre, roz­ma­za­ne tło”. Po­wta­rza­li uję­cia w nie­skoń­czo­ność, przez co to po­po­łu­dnie oka­za­ło się pie­kiel­nie nu­żą­ce. Za to So­lan­ge ba­wi­ła się zna­ko­mi­cie, do­bie­ra­jąc ko­lej­ne ze­sta­wy dla Mi­che­la.

– To był kosz­mar – stwier­dził Ni­cho­lai, kie­dy Ha­ver­ford wresz­cie so­bie po­szedł.

– Ależ skąd, do­sko­na­ła za­ba­wa. – So­lan­ge się ro­ze­śmia­ła. – Uwiel­biam modę, a Mi­chel ma wy­czu­cie sty­lu, czyż nie?

– To ty wy­bra­łaś wszyst­kie te ubra­nia?

– Oczy­wi­ście. Prze­cież nie po­zwo­li­ła­bym, żeby ubra­li cię w nie­mod­ne ciu­chy.

Po ko­la­cji – su­prêmes de po­ulet à l’es­tra­gon z zie­lo­ną fa­sol­ką a la pro­ve­nça­le, na de­ser tar­te aux po­ires et à la fran­gi­pa­ne oraz obo­wiąz­ko­we espres­so, ko­niak i pa­pie­ros – Ni­cho­lai przej­rzał tecz­kę Gu­iber­ta. Fik­cyj­ną po­stać stwo­rzo­no z roz­ma­chem i nie­zwy­kłą dba­ło­ścią o szcze­gó­ły, ale bez pro­ble­mu za­pa­mię­tał try­wial­ne, choć naj­wy­raź­niej istot­ne dro­bia­zgi, ta­kie jak ulu­bio­ny ta­bac Mi­che­la w Mont­pel­lier, ga­tu­nek whi­sky, jaką pi­jał jego oj­ciec, czy na­zwi­sko pa­nień­skie mat­ki. Z umy­słem wy­peł­nio­nym po brze­gi no­wy­mi in­for­ma­cja­mi prze­brał się w gi, wy­szedł do ogro­du, żeby prze­ćwi­czyć ukła­dy kata, wziął ką­piel i po­ło­żył się spać.

9

Obu­dzi­ło go prze­czu­cie czy­jejś bli­skiej obec­no­ści.

Przez lata spę­dzo­ne w wię­zie­niu roz­wi­nął w so­bie nie­mal po­za­zmy­sło­wą świa­do­mość obec­no­ści in­nej ży­wej isto­ty. Z pre­cy­zją ra­da­ru po­tra­fił okre­ślić, w ja­kiej od­le­gło­ści znaj­du­je się in­truz i pod ja­kim ką­tem się zbli­ża.

Te­raz czuł, że ktoś jest w po­ko­ju.

W cią­gu se­kun­dy oce­nił róż­ne moż­li­wo­ści i jako naj­lep­szą, naj­ła­twiej do­stęp­ną broń wy­brał wa­zon na noc­nym sto­li­ku. Po­tem do­biegł go za­pach per­fum Cha­nel No. 5 i zdał so­bie spra­wę z obec­no­ści So­lan­ge. Są­czą­ce się przez ża­lu­zje świa­tło księ­ży­ca wy­do­by­wa­ło z mro­ku jej syl­wet­kę. Prze­zro­czy­sty czar­ny pe­niu­ar bar­dziej od­sła­niał, niż skry­wał jej cia­ło.

– Trzy lata to dłu­gi czas bez ko­bie­ty – po­wie­dzia­ła. – Zbyt dłu­gi, jak są­dzę, nie­praw­daż?

Woń per­fum wy­peł­ni­ła mu noz­drza, gdy So­lan­ge po­de­szła do łóż­ka i za­czę­ła ca­ło­wać go w usta, uszy, szy­ję, pierś, a po­tem zsu­nę­ła się ni­żej. Z roz­ko­szy za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. So­lan­ge w za­chwy­ca­ją­cy spo­sób pie­ści­ła go usta­mi i dłu­gi­mi, ele­ganc­ki­mi pal­ca­mi. Po chwi­li wy­dy­szał:

– So­lan­ge, prze­stań, pro­szę… Oba­wiam się, że… A nie chciał­bym, za­nim…

Ro­ze­śmia­ła się ła­god­nie.

– Po trzech la­tach, mon cher, za­pew­ne szyb­ko od­zy­skasz for­mę, mam ra­cję?

Po czym pod­ję­ła na nowo sta­ra­nia i wkrót­ce Ni­cho­lai po­czuł, jak fala nie do za­trzy­ma­nia prze­le­wa się przez nie­go, wy­giął ple­cy ni­czym po­tęż­ny sa­mu­raj­ski łuk, a So­lan­ge nie od­ję­ła ust od jego mę­sko­ści, do­pó­ki nie opadł na łóż­ko.

– Tres fort – wy­szep­ta­ła mu do ucha.

– No cóż, po trzech la­tach…

Za­śmia­ła się i opar­ła gło­wę na jego pier­si. Jej wło­sy cu­dow­nie ła­sko­ta­ły mu skó­rę. Chwi­lę od­po­czy­wa­li i Ni­cho­lai po­czuł, że wra­ca­ją mu siły.

– A nie mó­wi­łam? – So­lan­ge wy­cią­gnę­ła rękę, żeby go po­gła­skać. – Chcę cie­bie w środ­ku.

– Je­steś…?

– Wil­got­na? – Po­kie­ro­wa­ła jego dło­nią, tak aby sam się prze­ko­nał. – Och tak, mój ko­cha­ny, już od ty­go­dni.

Pa­trząc, jak nad nim fa­lu­je, Ni­cho­lai zdu­mie­wał się jej pięk­nem. Zie­lo­ne oczy błysz­cza­ły z pod­nie­ce­nia, na dłu­giej szyi po­ja­wi­ły się kro­pel­ki potu, zmy­sło­we usta roz­chy­la­ły się w uśmie­chu. Pie­ścił jej na­brzmia­łe pier­si, tak inne od pier­si drob­nych ja­poń­skich ko­biet, któ­re znał, a So­lan­ge ję­cza­ła z roz­ko­szy. Po­chła­niał go bez resz­ty jej po­wab, jej wil­got­ne cie­pło. Ob­jął ją w ta­lii i prze­wró­cił na ple­cy, tak że zna­lazł się na niej, przy­warł usta­mi do jej szyi i wszedł w nią zde­cy­do­wa­nie, lecz nie­śpiesz­nie.

So­lan­ge gło­śno uze­wnętrz­nia­ła pod­nie­ce­nie, chra­pli­wie szep­ta­ła, a po­tem wy­krzy­ki­wa­ła naj­bar­dziej wul­gar­ne fran­cu­skie spro­śno­ści, jak­by go do­pin­gu­jąc, po czym wbi­ła dłu­gie pa­znok­cie w jego po­ślad­ki i przy­cią­gnę­ła go moc­niej do sie­bie. Pot Ni­cho­la­ia mie­szał się z jej wła­snym, fa­lo­wa­li te­raz zgod­nym ryt­mem, aż w koń­cu So­lan­ge ogło­si­ła swo­ją pe­ti­te mort, unio­sła bio­dra, przy­trzy­ma­ła go w so­bie i po­wie­dzia­ła:

– Vous me fa­ites bril­ler. Vous me fa­ites jo­uir. Te­raz ty.

Jej głos i sło­wa do­pro­wa­dza­ły go do sza­leń­stwa, nie mógł dłu­żej się po­wstrzy­mać. Opadł na nią, przy­gnia­ta­jąc swo­im cię­ża­rem jej pier­si. Przez ja­kiś czas le­że­li w mil­cze­niu. Po­tem So­lan­ge po­wie­dzia­ła:

– Może to ba­nal­ne, ale chęt­nie za­pa­li­ła­bym pa­pie­ro­sa.

Ni­cho­lai wstał, od­na­lazł pacz­kę, wło­żył do ust dwa pa­pie­ro­sy, za­pa­lił i po­dał jej jed­ne­go.

□ □ □

W ten oto spo­sób ich współ­ży­cie sta­ło się czę­ścią co­dzien­nej ru­ty­ny, cho­ciaż sam seks nie miał z ru­ty­ną nic wspól­ne­go.

So­lan­ge z przy­jem­no­ścią stro­iła się w bie­li­znę. Mo­gło się zda­wać, że ma nie­wy­czer­pa­ne za­pa­sy kom­ple­tów, w któ­rych chęt­nie mu po­zo­wa­ła. A Ni­cho­lai za­wsze ocho­czo uczest­ni­czył w tych ero­tycz­nych po­ka­zach mody. So­lan­ge do­pa­so­wy­wa­ła do ko­stiu­mu ucze­sa­nie, ma­ki­jaż, a na­wet per­fu­my. Mia­ła świet­ny gust, śmia­ło eks­pe­ry­men­to­wa­ła z eg­zo­ty­ką, nig­dy nie prze­kra­cza­jąc gra­ni­cy do­bre­go sma­ku – za­wsze ory­gi­nal­na, nig­dy nie oczy­wi­sta. W łóż­ku też lu­bi­ła eks­pe­ry­men­ty, lecz za­wsze od­da­wa­ła mu się cał­ko­wi­cie, upo­jo­na jego po­żą­da­niem. Przy sto­le dys­tyn­go­wa­na, wy­twor­na, w sy­pial­ni za­ska­ku­ją­co pro­sto­li­nij­na.

– Masz usta ma­ry­na­rza – za­uwa­żył Ni­cho­lai pew­nej nocy, bez cie­nia dez­apro­ba­ty.

– Ale uwiel­biasz je, praw­da? – spy­ta­ła, po czym udo­wod­ni­ła mu, że tak.

Ko­chał jej usta, ręce, pal­ce, sa cra­mo­uil­le, sa rose. Szyb­ko po­jął, że po pro­stu ko­cha So­lan­ge. Pew­ne­go wie­czo­ru, po szcze­gól­nie in­ten­syw­nym sek­sie, za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem i stwier­dzi­ła:

– Bez ob­ra­zy, Mi­chel, ale ko­chasz się jak Ja­poń­czyk.

Ni­cho­lai był nie­co za­sko­czo­ny, bar­dziej jed­nak cie­ka­wy niż ura­żo­ny.

– To źle?

– Nie, nie – od­par­ła szyb­ko. – Po pro­stu Ja­poń­czy­cy ko­cha­ją się… in­a­czej. Tro­chę bar­dziej… com­ment vous di­tes… „tech­nicz­nie”, ro­zu­miesz? Jako Fran­cuz mu­sisz ko­chać się d’une ma­ni­ère plus sen­su­el­le, ra­czej jak mu­zyk niż na­uko­wiec.

Wie­dzia­ła, nie­ste­ty, że wkrót­ce ją opu­ści, żeby wy­ko­nać za­da­nie dla Ame­ry­ka­nów. A jako męż­czy­zna miał swo­je po­trze­by i być może ze­chce je za­spo­ka­jać w bur­de­lu. Dziew­czy­ny za­czną ga­dać, a je­śli na­po­mkną o Fran­cu­zie, któ­ry ko­cha się jak Ja­poń­czyk, bę­dzie źle.

– Czy to część mo­je­go szko­le­nia? – spy­tał, pa­trząc jej pro­sto w oczy. Na­gle wy­dał się jej ura­żo­ny. – Ty je­steś jego czę­ścią?

– Wy­glą­dasz chło­pię­co – od­par­ła, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku, by­najm­niej nie za­wsty­dzo­na. – Ale na­iw­ność ci nie przy­stoi. Py­tasz, czy pusz­czam się dla Ame­ry­ka­nów? Ko­cha­ny, obo­je to ro­bi­my. Ja się dla nich pie­przę, ty dla nich za­bi­jasz. Nie rób ta­kiej nie­szczę­śli­wej miny, uwiel­biam się z tobą ko­chać. Vous me fa­ites bril­ler. Spra­wiasz, że pro­mie­nie­ję.

Sły­sząc ofi­cjal­ne vous za­miast bar­dziej in­tym­ne­go tu, za­czął się za­sta­na­wiać, czy łą­czą ich je­dy­nie in­te­re­sy.

Tak czy in­a­czej, So­lan­ge na­uczy­ła go ko­chać się po fran­cu­sku.

10

Dwie doby póź­niej ktoś pró­bo­wał go za­bić.

Ni­cho­lai był w po­ło­wie trud­ne­go ukła­du kata – „ty­grys wdzie­ra się przez bam­bu­so­we ogro­dze­nie” – gdy in­tu­icja pod­po­wie­dzia­ła mu, że nie jest w ogro­dzie sam. Pierw­szy z za­bój­ców, ubra­ny na czar­no, ze szty­le­tem w pra­wej dło­ni, ze­sko­czył ze ścia­ny tuż przed nim. Ni­cho­lai spo­strzegł, jak mru­ży oczy, oglą­da­jąc się przez ra­mię – to ozna­cza­ło, że nie przy­szedł sam.

Pchnię­cie szty­le­tem nie było za­sko­cze­niem – spo­dzie­wał się go wła­śnie na tej wy­so­ko­ści. Na­prę­żył mię­śnie i na­śla­du­jąc ru­chy kota, za­mach­nął się pra­wą ręką, pro­wa­dząc ją ni­skim pół­ko­li­stym ru­chem, tak aby wy­trą­cić nóż za­bój­cy. Wy­pro­sto­wał się, chwy­cił na­past­ni­ka za koł­nierz gi, oba­lił go na zie­mię i z ca­łej siły ude­rzył jego gło­wą o mur. Usły­szał chrzęst ła­ma­nych ko­ści. W tej sa­mej chwi­li świ­snę­ło mu nad gło­wą ostrze to­po­ra dru­gie­go z za­bój­ców. Ni­cho­lai wy­su­nął lewą rękę, roz­cza­pie­rzył pal­ce i dźgnął nimi męż­czy­znę mię­dzy oczy, dru­gą ręką za­da­jąc cios w kro­cze. Opu­ścił dłoń, za­blo­ko­wał ło­kieć na­past­ni­ka i uniósł się na pal­cach stóp. Ra­mię męż­czy­zny pę­kło z trza­skiem ni­czym su­cha ga­łąź.

To­pór spadł na zie­mię. Ni­cho­lai ob­ró­cił się ple­ca­mi do za­bój­cy i łok­ciem ude­rzył go w splot sło­necz­ny. Przy ko­lej­nym ob­ro­cie wy­mie­rzył cios shu­to w tęt­ni­cę szyj­ną.

Za­bój­ca osu­nął się na zie­mię.

Ni­cho­lai uklęk­nął obok nie­go, zba­dał mu puls i prze­klął sa­me­go sie­bie za to, że za­dał cios zbyt moc­no. Wpraw­dzie stop­nio­wo od­zy­ski­wał spraw­ność, do­tąd jed­nak nie był spraw­ny na tyle, żeby w peł­ni pa­no­wać nad siłą ude­rze­nia. W re­zul­ta­cie męż­czy­zna nie żył. Nie­for­tun­nie się zło­ży­ło, bo Ni­cho­lai chciał się do­wie­dzieć, kto go przy­słał i dla­cze­go.

Je­steś taki nie­zdar­ny, po­wie­dział do sie­bie. Nie­zdar­ny i nie­do­kład­ny.

Mu­sisz się po­pra­wić.

Wszedł do domu i wy­brał w te­le­fo­nie nu­mer alar­mo­wy Ha­ver­for­da.

– W ogro­dzie są dwa tru­py – po­wie­dział, sły­sząc w słu­chaw­ce Ame­ry­ka­ni­na. – Za­pew­ne ze­chce pan je usu­nąć.

– Zo­stań w środ­ku. Za­raz przy­ślę eki­pę sprzą­ta­ją­cą.

Ni­cho­lai się roz­łą­czył. W pro­gu sta­nę­ła So­lan­ge, pa­trzy­ła na nie­go. Mia­ła na so­bie luź­no prze­pa­sa­ny pro­sty bia­ły szla­frok z je­dwa­biu, któ­ry mo­gła­by za­wią­zać nie­co cia­śniej. W pra­wej dło­ni, na wy­so­ko­ści uda, ści­ska­ła nóż ku­chen­ny. Jej nie­zwy­kłe zie­lo­ne oczy pło­nę­ły nie­po­ko­jem. Wy­da­wa­ło się, że na­praw­dę jest go­to­wa ko­goś za­bić.

– Nic ci się nie sta­ło?

– Nie. Może tro­chę się prze­stra­szy­łem, bar­dziej niż­bym chciał. – Za­sta­no­wił się przez chwi­lę, cze­mu mówi o tym tak obo­jęt­nie. Być może ad­re­na­li­na wciąż krą­ży­ła w jego ży­łach i nadal nie do­cie­ra­ło do nie­go, co czuł w ob­li­czu za­gro­że­nia i że za­bił dwóch lu­dzi.

Zer­k­nął na nóż, któ­ry trzy­ma­ła.

– Mia­łaś za­miar go użyć? – spy­tał.

– Gdy­bym mu­sia­ła. Nie żyją?

– Tak.

– Je­steś pe­wien?

– Cał­ko­wi­cie.

So­lan­ge znik­nę­ła w kuch­ni, po czym wró­ci­ła z dwie­ma szkla­necz­ka­mi whi­sky.

– Nie wiem jak ty, ale ja chęt­nie się na­pi­ję.

Ni­cho­lai wziął od niej szklan­kę i opróż­nił ją jed­nym hau­stem. Być może, za­sta­na­wiał się, czu­ję jed­nak wię­cej, niż są­dzi­łem.

– Tro­chę drżysz – za­uwa­ży­ła So­lan­ge.

– Wbrew po­wszech­nym do­mnie­ma­niom – od­parł – nie je­stem do­świad­czo­nym za­bój­cą.

Tak było. Ki­shi­ka­wę za­bił z mi­ło­ści – cze­go czło­wiek Za­cho­du nie po­tra­fi po­jąć. Ale tam­ten akt mi­ło­sier­dzia nie miał nic wspól­ne­go z sy­tu­acją, w któ­rej mu­siał zli­kwi­do­wać dwie czu­ją­ce isto­ty – mimo wszyst­ko ludz­kie isto­ty, choć pró­bo­wa­ły ode­brać mu ży­cie. Gdy opadł po­ziom ad­re­na­li­ny, ogar­nę­ły go sprzecz­ne uczu­cia eu­fo­rii i żalu.

So­lan­ge po­ki­wa­ła gło­wą na znak, że ro­zu­mie.

Za­nim wy­pi­li dru­gą ko­lej­kę, przy­je­cha­ła tak zwa­na eki­pa sprzą­ta­ją­ca. Ha­ver­ford, ubra­ny jak na nie­go wy­jąt­ko­wo w ko­szu­lę wy­pusz­czo­ną na nie­bie­skie dżin­sy, wszedł do domu przez drzwi od kuch­ni.

– Mój Boże, nic ci nie jest?

– Nie.

– Co tu się w ogó­le sta­ło, do cho­le­ry?

Ni­cho­lai opo­wie­dział mu o nie­spo­dzie­wa­nej na­pa­ści, po­mi­ja­jąc szcze­gó­ły swo­je­go kontr­ata­ku. Przy­kro mu, do­dał, że mu­siał za­bić dru­gie­go z na­past­ni­ków. Sły­szał ci­che od­gło­sy eki­py pra­cu­ją­cej na ze­wnątrz – usu­wa­li cia­ła i śla­dy krwi, po­rząd­ko­wa­li żwi­ro­we ścież­ki, przy­wra­ca­jąc im nie­ska­zi­tel­ny wy­gląd. Jak­by nic się nie sta­ło, po­my­ślał.

Na chwi­lę po­ja­wił się szef eki­py, szep­nął coś do Ha­ver­for­da i wy­szedł.

– To byli Ja­poń­ce – stwier­dził agent.

Ni­cho­lai po­krę­cił gło­wą.

– Chiń­czy­cy. Przy­najm­niej pra­co­wa­li dla Chiń­czy­ków.

Ha­ver­ford przyj­rzał mu się cie­ka­wie.

– Ja­poń­czy­cy nie uży­wa­ją to­po­rów – wy­ja­śnił Ni­cho­lai. – A Chiń­czy­cy owszem, zwy­kle też chiń­skich szty­le­tów. Zresz­tą ża­den ja­poń­ski za­bój­ca nie dał­by się na­brać na układ „roz­gnie­wa­ny mnich ma­lu­ją­cy po ścia­nie”. Ktoś w Chi­nach pra­gnie mo­jej śmier­ci. Mo­jej albo Mi­che­la Gu­iber­ta.

– Zaj­mę się tym – od­rzekł Ha­ver­ford. – Do­dat­ko­wo zwięk­szy­my środ­ki bez­pie­czeń­stwa.

– Nie – po­wie­dział Ni­cho­lai. – To tyl­ko zwró­ci­ło­by ich uwa­gę. Py­ta­nie brzmi: skąd wie­dzie­li, że tu je­stem?

Ha­ver­ford zmarsz­czył czo­ło. Ni­cho­lai z przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wał jego kon­ster­na­cję – mile wi­dzia­ne pęk­nię­cie w mu­rze pew­no­ści sie­bie, war­te zo­ba­cze­nia, na­wet je­śli omal nie przy­pła­cił tego śmier­cią.

– Po­win­ni­śmy prze­nieść cię w inne miej­sce – stwier­dził agent.

– Pro­szę, nie – za­pro­te­sto­wał. – Tu jest do­brze, na­praw­dę, nic mi nie gro­zi. Gdy­by za­bój­ca­mi byli Ja­poń­czy­cy, pró­bo­wa­li­by aż do skut­ku. Ale Chiń­czy­cy ro­zu­mu­ją in­a­czej, nig­dy nie uży­wa­ją po­now­nie for­te­lu, któ­ry raz ich za­wiódł. Tu będę bez­piecz­ny.

Ha­ver­ford po­ki­wał gło­wą.

– Mógł­bym do­stać tro­chę whi­sky?

Kie­dy wy­szedł – a wraz z nim eki­pa sprzą­ta­ją­ca – Ni­cho­lai i So­lan­ge po­ło­ży­li się do łóż­ka, ale się nie ko­cha­li. Po wy­da­rze­niach tego wie­czo­ru nie mie­li ocho­ty na seks. Przez dłuż­szą chwi­lę le­że­li obok sie­bie w mil­cze­niu, aż w koń­cu ode­zwał się Ni­cho­lai.

– Tak mi przy­kro. Bar­dzo cię prze­pra­szam.

– Za co?

– Że do­pro­wa­dzi­łem do roz­le­wu krwi w two­im domu.

Spoj­rza­ła na jego za­wsty­dzo­ną mło­dzień­czą twarz. Tak na­praw­dę te za­bój­stwa ozna­cza­ły ko­niec mło­do­ści. So­lan­ge wie­dzia­ła, że każ­dy po­rząd­ny czło­wiek, ob­da­rzo­ny du­szą, czu­je od­ra­zę na myśl o ode­bra­niu ko­muś ży­cia. Wie­dzia­ła też, że nie może uko­ić jego bólu, może tyl­ko dzie­lić go z nim, po­ka­zać mu, że nie jest po­two­rem, a je­dy­nie nie­do­sko­na­łą ludz­ką isto­tą, któ­ra pró­bu­je prze­trwać w nie­do­sko­na­łym świe­cie.

– Są­dzisz, że nig­dy przed­tem nie wi­dzia­łam krwi? – spy­ta­ła.

Zło­ży­ła gło­wę na jego pier­si, Ni­cho­lai oto­czył ją ra­mie­niem, a wte­dy opo­wie­dzia­ła mu swo­ją hi­sto­rię.

□ □ □

Ślicz­ne dziec­ko, duma ca­łej qu­ar­tier. Jesz­cze jako mała dziew­czyn­ka – z ide­al­ną cerą, pięk­ny­mi ocza­mi, wło­sa­mi, do­sko­na­ły­mi ry­sa­mi twa­rzy – była skar­bem. Gdy wkro­czy­ła w wiek doj­rze­wa­nia, męż­czyź­ni z są­siedz­twa rzu­ca­li jej ukrad­ko­we, wsty­dli­we spoj­rze­nia, pod­czas gdy obcy z mia­sta nie byli aż tak dys­kret­ni i za­rów­no sło­wa­mi, jak i nie­wy­bred­ny­mi ge­sta­mi wy­ra­ża­li swo­je po­żą­da­nie.

Mama za­pa­mię­ta­le bro­ni­ła cno­ty cór­ki. Trosz­czy­ła się o wy­kształ­ce­nie i roz­wój du­cho­wy So­lan­ge i jej sióstr, co nie­dzie­la i we wszyst­kie dni świą­tecz­ne pro­wa­dzi­ła je do ko­ścio­ła. Przede wszyst­kim zaś dba­ła o to, żeby So­lan­ge nig­dy nie do­wie­dzia­ła się, skąd bie­rze pie­nią­dze na jej ubran­ka i nowe bu­ci­ki.

Cza­sem zo­sta­wa­ło tro­chę wię­cej pie­nię­dzy i wte­dy So­lan­ge mo­gła pójść do kina. Sia­da­ła we wspa­nia­łym chłod­nym mro­ku, oglą­da­ła sce­ny od­gry­wa­ne na srebr­nym ekra­nie i ma­rzy­ła, że pew­ne­go dnia sama zo­sta­nie ak­tor­ką.

Wszy­scy uwa­ża­li, że jest dość ład­na.

Mat­ka była temu prze­ciw­na. Jej zda­niem ak­tor­ki nie­wie­le róż­ni­ły się od dzi­wek.

□ □ □

So­lan­ge po­zna­ła Lo­uisa na szkol­nej po­tań­ców­ce. Wy­dał się jej nie­po­ko­ją­co atrak­cyj­ny. Wy­so­ki, szczu­pły, z fa­lu­ją­cy­mi brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i cie­pły­mi brą­zo­wy­mi ocza­mi, in­te­li­gent­ny i cza­ru­ją­cy za­ra­zem. Jako syn zna­ne­go miej­skie­go le­ka­rza był sto­sun­ko­wo za­moż­ny, co nie prze­szka­dza­ło mu zo­stać żar­li­wym ko­mu­ni­stą.

So­lan­ge rów­nież da­rzył na­mięt­no­ścią. Na­praw­dę ją lu­bił, nie mógł jed­nak się po­wstrzy­mać i wciąż na nowo te­sto­wał jej cno­tę – gdy sia­dy­wa­li pod drze­wa­mi na brze­gach ka­na­łu albo gdy szli do kina, a na­wet u nie­go w domu, w tych rzad­kich sy­tu­acjach, kie­dy nie było ro­dzi­ców, albo u niej w miesz­ka­niu, gdy mat­ka wy­cho­dzi­ła „na mia­sto”.

So­lan­ge wy­ro­sła na praw­dzi­wą pięk­ność. Mama była prze­ra­żo­na. Dum­na, owszem, lecz jed­no­cze­śnie peł­na obaw. Za­czę­ła bez ustan­ku pra­wić jej ka­za­nia o nie­go­dzi­wo­ści męż­czyzn. „Chcą tyl­ko sek­su”, prze­ko­ny­wa­ła. „A twój dro­gi Lo­uis wca­le nie jest lep­szy. Ale nie ule­gaj. Tyl­ko sa­lo­pe sy­pia z męż­czy­zna­mi bez ślu­bu”.

Pew­ne­go wie­czo­ru prze­cho­dzi­li z Lo­uisem obok du­że­go, czte­ro­pię­tro­we­go domu.

– Co to za miej­sce? – spy­ta­ła So­lan­ge.

– Bur­del – od­po­wie­dział Lo­uis.

W tej sa­mej chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi i So­lan­ge uj­rza­ła mat­kę, wy­cho­dzą­cą na pa­pie­ro­sa. Mia­ła po­tar­ga­ne wło­sy i obrzmia­łe war­gi. Za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa i od­wró­ci­ła się do cór­ki, nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku.

– Wra­caj do domu – po­wie­dzia­ła ła­mią­cym się gło­sem. – Pro­szę, So­lan­ge, idź już.

Ale So­lan­ge, wstrzą­śnię­ta, nie ru­sza­ła się z miej­sca.

W koń­cu Lo­uis wziął ją pod rękę i ode­szli.

□ □ □

Kil­ka mie­się­cy póź­niej na­zi­ści wkro­czy­li na po­łu­dnie Fran­cji, po in­wa­zji alian­tów na Afry­kę Pół­noc­ną. Nie­miec­cy żoł­nie­rze za­ję­li mia­sto, po­li­cja po­ma­ga­ła im w wy­ła­py­wa­niu Ży­dów. Zro­dził się ruch opo­ru, jego człon­ków tro­pi­ło ge­sta­po.

Sze­fem ge­sta­po w Mont­pel­lier zo­stał nie­ja­ki puł­kow­nik Ho­eger. Pew­ne­go po­po­łu­dnia wy­szedł z kwa­te­ry, żeby na­cie­szyć się słoń­cem, gdy jego uwa­gę przy­kuł wi­dok So­lan­ge.

– Wi­dzisz tę cza­ru­ją­cą isto­tę? – zwró­cił się do ka­pi­ta­na. – Ile może mieć lat?

– Szes­na­ście? Sie­dem­na­ście?

– Ta bu­zia – po­wie­dział Ho­eger. – I to cia­ło. Do­wiedz się, kto to jest.

– To jesz­cze dziec­ko.

– Spójrz na nią. Jest doj­rza­ła.

□ □ □

Nie­miec­cy oku­pan­ci upodo­ba­li so­bie bur­del Ma­da­me Set­te, a sama Ma­da­me szyb­ko się bo­ga­ci­ła.

Co się ty­czy So­lan­ge, po­go­dzi­ła się z fak­tem, że mat­ka ma ta­kie, a nie inne za­ję­cie. Była to smut­na lek­cja, z któ­rej wy­ni­ka­ło, że to, co z po­cząt­ku wy­da­je się nam nie do znie­sie­nia, z cza­sem po­wsze­dnie­je. Utrzy­my­wa­ły z mat­ką po­praw­ne, choć emo­cjo­nal­nie chłod­ne sto­sun­ki, a Ma­rie na­wet ulży­ło, że nie musi dłu­żej ukry­wać źró­dła utrzy­ma­nia. So­lan­ge od cza­su do cza­su cho­dzi­ła do Ma­da­me Set­te – przy­no­si­ła mat­ce po­si­łek albo szmin­kę, któ­rej za­po­mnia­ła. Dziew­czy­ny na­zy­wa­ły ją Pan­ną Pru­de­ryj­ną, lecz stop­nio­wo od­no­si­ły się do niej z co­raz więk­szą sym­pa­tią. Ma­da­me za każ­dym ra­zem na­ga­by­wa­ła ją, pro­po­nu­jąc pra­cę u sie­bie za duże pie­nią­dze.

Oczy­wi­ście So­lan­ge za­wsze od­ma­wia­ła.

An­ga­żo­wa­ła się co­raz bar­dziej w zwią­zek z Lo­uisem. Spę­dza­li ra­zem prak­tycz­nie każ­dą wol­ną chwi­lę, cho­ciaż Lo­uis był po­chło­nię­ty stu­dia­mi na zna­ko­mi­tej, wie­ko­wej uczel­ni me­dycz­nej w Mont­pel­lier.

W jesz­cze więk­szym stop­niu po­chła­nia­ła go dzia­łal­ność w ru­chu opo­ru. Te­raz, kie­dy oso­bi­ście ze­tknął się z fa­szy­zmem, stał się o wie­le żar­liw­szym ko­mu­ni­stą. Z po­cząt­ku peł­nił funk­cję ku­rie­ra – prze­mie­rzał mia­sto na ro­we­rze z szy­fro­wa­ny­mi wia­do­mo­ścia­mi, ukry­ty­mi w pod­ręcz­ni­kach me­dy­cy­ny. Wkrót­ce jed­nak przy­wód­cy ru­chu do­ce­ni­li jego in­te­li­gen­cję i od­wa­gę i za­czę­li wy­zna­czać mu bar­dziej od­po­wie­dzial­ne za­da­nia.

Wią­za­ło się to z więk­szym ry­zy­kiem. So­lan­ge była prze­ra­żo­na. Wie­dzia­ła o sa­lach tor­tur w pod­zie­miach kwa­te­ry ge­sta­po, sły­sza­ła sal­wy plu­to­nów eg­ze­ku­cyj­nych i roz­myśl­nie uni­ka­ła wi­do­ku szu­bie­ni­cy, na któ­rej wie­sza­no schwy­ta­nych człon­ków ru­chu opo­ru. Bła­ga­ła Lo­uisa, żeby na sie­bie uwa­żał.

Obie­cy­wał, na­tu­ral­nie, ale ry­zy­ko go pod­nie­ca­ło, z każ­dej ko­lej­nej mi­sji wra­cał w sta­nie upo­je­nia. Chciał żyć i chciał ko­chać się z tą ślicz­ną dziew­czy­ną, któ­rą prze­cież uwiel­biał.

Ale So­lan­ge go od­trą­ca­ła.

– Nie chcę być jak mat­ka.

Pew­ne­go razu, gdy nio­sła dla niej pusz­kę go­rą­cej zupy – Ma­rie była tro­chę prze­zię­bio­na – za­sta­ła w sa­lo­nie puł­kow­ni­ka Ho­ege­ra. Miał twarz po­czer­wie­nia­łą od al­ko­ho­lu i spoj­rzał na nią przy­jem­nie za­sko­czo­ny.

– Pra­cu­jesz tu?

– Nie.

– Szko­da. – Zmie­rzył ją wzro­kiem po­wo­li, lu­bież­nie, nie kry­jąc po­żą­dli­wo­ści. – Masz ja­kieś imię?

– Tak.

– A kon­kret­nie? – spy­tał ostrzej­szym to­nem.

– So­lan­ge.

– So­lan­ge – po­wtó­rzył Ho­eger, de­lek­tu­jąc się brzmie­niem jej imie­nia, tak jak pra­gnął de­lek­to­wać się nią samą. – Pięk­ne imię dla pięk­nej dziew­czy­ny.

□ □ □

Trzy dni póź­niej Ho­eger zło­żył jej bez­po­śred­nią ofer­tę. Cze­kał na uli­cy, aż do­strzegł So­lan­ge prze­cho­dzą­cą przez ry­nek. Pod­szedł do niej.

– Bon­jo­ur, ma­de­mo­isel­le.

– Bon­jo­ur, mon­sieur.

– So­lan­ge, czy wi­dzisz na chod­ni­ku coś fa­scy­nu­ją­ce­go?

– Nie, pro­szę pana.

– Wo­bec tego spójrz na mnie, pro­szę.

Pod­nio­sła wzrok.

Ho­eger prze­pro­sił za swo­je nie­grzecz­ne za­cho­wa­nie w bur­de­lu i zło­żył jej nie­dwu­znacz­ną pro­po­zy­cję. „Kul­tu­ral­ną”, jak to okre­ślił. Nie bę­dzie dziw­ką, tyl­ko jego ko­chan­ką. Wy­naj­mie dla niej od­po­wied­nie miesz­ka­nie, po­kry­je wy­dat­ki na ubra­nia i zbyt­ki, a od cza­su do cza­su bę­dzie hoj­nie ją ob­da­ro­wy­wał sto­sow­ny­mi pre­zen­ta­mi. W za­mian So­lan­ge… no cóż, z pew­no­ścią wie­dzia­ła, cze­go od niej ocze­ku­je, próż­no wda­wać się w szcze­gó­ły, praw­da?

So­lan­ge ude­rzy­ła go w twarz.

Ho­eger nie do­świad­czył po­dob­ne­go upo­ko­rze­nia, od­kąd był ma­łym chłop­cem, i ro­zej­rzał się wo­kół, żeby upew­nić się, że nikt tego nie za­uwa­żył. Po chwi­li opa­mię­tał się i po­wie­dział:

– Je­steś bar­dzo nie­grzecz­na.

– W prze­ci­wień­stwie do pana. Wła­śnie zło­żył pan nie­mo­ral­ną pro­po­zy­cję sie­dem­na­sto­lat­ce.

– Mo­żesz odejść.