Racja stanu - Hubert „Hunter” Gruszczyński

Racja stanu

0,0

Tom I trylogii „Wielki układ”

Kilkuletni Michael Stern wiedzie dostatnie życie w rodzinie dyplomatów w Nullius Ager. Pewnego dnia poznaje poniewieraną, lecz niezwykle intrygującą dziewczynkę, Vaux Lothar.
Gdy między jego ojczyzną, Ravenclowd, a sąsiednim Sunnysvard wybucha wojna, dzieci muszą opuścić dom rodzinny. Przez lata Michael i Vaux mieszkają blisko siebie, a oprócz przyjaźni i przywiązania zaczyna ich łączyć młodzieńcze uczucie. Kiedy ona wyjedzie do szkoły, a on dostanie przydział do wojska, ich drogi się rozejdą, ale jako dorośli spotkają się znowu w ogniu walki jako zupełnie inni ludzie – królewscy szpiedzy. Przeznaczenie stawia ich przed ważnym zadaniem, a losu nie można zmienić.

Hubert „Hunter” Gruszczyński

Sam o sobie zwykł mawiać, iż jest człowiekiem renesansu. Z wykształcenia hotelarz, masażysta, instruktor samoobrony i survivalu, ale przede wszystkim wychowawca młodzieży. Na co dzień łączy swoją pracę z działalnością charytatywną oraz w grupach rekonstrukcyjnych i paramilitarnych. Ośmiokrotnie odznaczony za swoją działalność, w tym odznaczeniami państwowymi.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rozmowa. Włamywacz

Michael Stern nie usłyszał, jak napastnik sforsował dwa wysokiej klasy zamki mechaniczne blokujące ciężkie, dębowe, okute drzwi. Nie był tym specjalnie zdziwiony, gdyż sam pewnie też dałby sobie z nimi radę, gdyby musiał. Nie drgnął ani alarm, ani żaden z potykaczy i zapadek w korytarzu. Napastnik szedł jak duch. Jakby na wskroś przechodził przez przedmioty i zabezpieczenia. Michaela zdziwiło tylko to, że nie zadziałała żadna z magicznych pieczęci, na które wydał majątek, ani żadne z ochronnych zaklęć, jakimi sowicie opłacony Pisarz obłożył budynek. Podejrzewał, że intruz mógł dostać się do środka jakąś inną drogą, którymś oknem lub przez piwnicę, ale tak samo szybko, jak przyszło mu to do głowy, tak samo szybko sobie z niej to wybił. Piwnica nie miała wejścia do wnętrza budynku, a we wszystkich oknach zamontowano mocne, stalowe kraty. Budynek był stary, to prawda, ale wykonany solidnie i z zachowaniem wszelkich zasad sztuki murarskiej. Ściany postawiono dość dawno temu, ale z wysokiej jakości wypalanej cegły. Skośny dach pokrywał dębowy gont.

Próba ucieczki przeszła mu przez myśl tylko raz, ale szybko ją odrzucił jako irracjonalną fanaberię. Uciekał przed przeznaczeniem od przeszło trzech lat, aż trafił tutaj, na skraj cywilizacji, do kraju swych przodków, do Ravenclowd w dystrykcie Cembra. Dom, który sporym nakładem przekształcił w twierdzę, należał kiedyś do zamożnego urzędnika i pełnił w latach swej świetności funkcję ufortyfikowanej leśniczówki i domku myśliwskiego. A teraz ni stąd, ni zowąd misternie budowane od pół roku poczucie bezpieczeństwa pękło jak bańka mydlana.

Dlaczego nie zaczął uciekać, gdy w końcu zadziałało jedno z zabezpieczeń i wysłało do jego bransoletki silny magiczny impuls ostrzegawczy? Nie miał już siły na ucieczkę. Od trzech lat wykorzystywał wszelkie zgromadzone w czasie długiej służby w wojsku i w wywiadzie umiejętności oraz środki do pozostawania poza kręgiem światła. Chodziło o to, aby nigdy do pewnych uszu nie doszła informacja o fakcie, iż dalej nosi go ziemia zamiast obejmować. Czy zrobił coś źle, popełnił jakiś błąd? Nie! Raczej nie.

To ona, we własnej osobie, wzięła sprawy w swoje ręce. Znali się od tak dawna, że jeśli tylko jakiś zdolny Pisarz wspomógł ją odpowiednim czarem, to była w stanie ściągnąć na odległość z jego pamięci pojedyncze obrazy i na tej podstawie ustalić jego miejsce pobytu. I wysłać siepaczy. Wielokrotnie sam korzystał z takiego namierzania. Było trudne i zużywało masę eteru, ale było skuteczne, o ile tylko istniała kiedykolwiek w przeszłości silna więź między szukającym a szukanym. A między nimi coś kiedyś było.

Siedział spokojnie za stołem, czekając na koniec. Stół był zastawiony prostym, ale obfitym posiłkiem. Dzień dwudziesty miesiąca strąpacza roku tysiąc dziewięćset dziewiątego według rachuby kalendarza Słońca był dniem jego trzydziestych i – jak się właśnie okazało – ostatnich urodzin. Na stole znajdowały się półmisek wędlin, które tak uwielbiał, chleb, ale nie jakiś tam podpłomyk, a prawdziwy chleb na zakwasie, butelka wina, słodkie ciasto drożdżowe z owocami i wołowe roladki w sosie.

Był zły, bo nawet nie zdążył roladek spróbować, a od kilku tygodni miał na nie ogromny apetyt. Cóż, z pewnością napastnik był już w izbie. Nie widział go, ale wyczuwał, bardziej niż słyszał. Sięgnął po półmisek i przełożył sobie z niego na talerz dwie ładne roladki. Odstawiwszy naczynie, odkroił jeszcze solidną pajdę pachnącego pieczywa.

– Pozwolisz mi skończyć posiłek czy bardzo spieszysz się z wykonaniem swojego zadania? – spytał grzecznie, ale nie uniżenie. Starał się też ze wszystkich sił powstrzymać drżenie głosu.

– Smacznego – odpowiedziała beznamiętnie dziewczyna stojąca kilka kroków za nim, nieco po lewej, a w nim aż serce zamarło. – Dziś twoje urodziny, więc masz do tego prawo. A co do czasu… No cóż, już od lat nikt nie ośmielił się mnie poganiać.

– Zaskoczyłaś mnie – powiedział, krojąc mięso, a włożywszy je do ust, dodał: – Wiedziałem, że wyślesz najlepszych, ale nie podejrzewałem, że osobiście pobrudzisz sobie ręce, Jaśnie Oświecona.

– Po niektórych ludzi śmierć fatyguje się osobiście – stwierdziła ona po chwili namysłu – ale nie dlatego, żeby mieć pewność, tylko przez szacunek.

Michael jadł powoli, ale sama idea posiłku straciła dla niego sens. Możliwe, że przez to, iż sam stał się ostatnim posiłkiem. Zabawne, że gdy się poznali, on również jadł, a ona patrzyła. Ale to było wieki temu.

– Pamiętasz, Jaśnie Oświecona – po kolejnym przełkniętym kęsie zdobył się na odwagę – pamiętasz Visnę i ten mały park w centrum miasta? Ten koło domu mego ojca?

– Pamiętam, Michaelu – odpowiedziała po chwili i słyszał, że uśmiechnęła się do wspomnień. – Wiedziałeś, że już nie istnieje?

– Tak, Jaśnie Oświecona, byłem tam trzy lata temu.

– Nie tytułuj mnie, proszę – stwierdziła dziwnie chłodno. – Zwalniam cię z tego obowiązku… dożywotnio.

– Dziękuję, droga Vaux – powiedział, czując w sumie nieuzasadnioną radość. – Przypomniało mi się, jak pierwszy raz się spotkaliśmy. Który to mógł być rok? Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty?

– Osiemdziesiąty dziewiąty – odpowiedziała pewnie i bez cienia wątpliwości w głosie. – Miałam wtedy dziewięć lat.

Iskra

Visna pełniła podówczas funkcję miasta-państwa sprawującego nadzór nad ważnym strategicznie szlakiem handlowym w centrum Nullius Ager. Ten żyzny pas ziemi, porośnięty gęstą puszczą na północy i trawiastą prerią na południu, był skrawkiem ziemi niczyjej. Nie dlatego, że nikt go nie chciał, ale dlatego, że chcieli go wszyscy. Nikt nie był jednak na tyle silny, żeby go sobie wziąć. Dotarcie do regionu było trudne, więc marszałkowie wszystkich zainteresowanych stron oddaliby prawą rękę i obietnicę życia wiecznego za dane, dzięki którym mogliby przerzucić tutaj duże formacje wojskowe.

Od zachodu ciągnął się szeroki na blisko pół setki i długi na kilkaset kilometrów pas gór zwanych Centralnymi, które były możliwe do sforsowania jedynie na dwóch wysokogórskich przełęczach. A za nimi rozciągały się ziemie królestwa Sunnysvard. Przełęcze znajdowały się na tyle wysoko, iż drożne były w roku przez zaledwie jeden wiosenny miesiąc i trzy letnie. Droga przez nie była wąska i zdradliwa. Krążyły plotki, że w tysiąc siedemset piętnastym cała grupa armii popłynęła tam z lawiną. Czy było tak naprawdę, trudno stwierdzić, ale fakt pozostawał faktem: wojska szły przez przełęcze w sile góra jednej chorągwi na raz i tylko w letnich, względnie najbezpieczniejszych miesiącach. Przez większą część roku jednostki stacjonujące w Nullius Ager były zdane jedynie na siebie oraz na rzadkie i mało liczne zrzuty zaopatrzenia ze sterowców.

Od wschodu obszar ograniczała rzeka Uendeling oraz rozciągające się wokół niej na blisko sto kilometrów w każdą stronę bagna i trzęsawiska, przez które nie było bezpiecznych przejść, za wyjątkiem jednego względnie suchego pasa na południu. Ale był on względnie suchy, a przez to drożny, tylko latem lub gdy mrozy skuły ziemię żelaznymi okowami. Samo bagno zamarzało tylko cieniutką warstwą tak, iż ledwo jeden człowiek mógł się na niej utrzymać.

Ziemie za bagnami to już kraj zwany Ravenclowd. Dziwny twór z pogranicza demokracji i monarchii, nie licząc Atamanatu Kozackiego, z którym zresztą Nullius Ager graniczył na południowym wschodzie. Ravenclowd było bodajże najbardziej demokratycznym krajem świata. Rządziło nim dwóch królów wybieranych na dożywotnią kadencję przez dwa rodzaje grup społecznych. Na zachód od Atamanatu znajdowało się, otoczone ze wszystkich stron górami, neutralne księstwo Monserat, a dalej dopełniające okręgu najdziwniejsze państwo świata, Matry Marchia. Była ona w zasadzie autonomią czy raczej państwem bluszczowym, ale bez obowiązku służby względem suzerena, którym był odcięty od niej górami Sunnysvard.

Do tysiąc czterysta dziesiątego Nullius Ager stanowiło część dużego cesarstwa o nazwie Impera, które po insurekcji, wojnie domowej i najazdach ze strony Sunnysvard i Monserat przekształciło się w Ravenclowd, odcinając się jednakowoż od dawnych wrogów pasem spalonej ziemi. Popiół jednak użyźnia, o czym wszyscy zapomnieli, i teraz, po czterystu siedemdziesięciu dziewięciu latach, kraina ta stała się kwitnącym ogrodem. Lasy były gęste i pełne zwierza, a liczne miasta-państwa nawet bez importu i handlu – samowystarczalne. Ale sen z powiek strategów i szefów sztabu państw ościennych spędzały odkryte w centrum regionu spore i łatwe w eksploatacji złoża minerału, którego pragnął cały bez mała świat.

Złoża etherytu.

Minerał ten, w formie perłowych, opalizujących kryształów, po skomplikowanej obróbce chemicznej stawał się eterem, czyli podstawowym i często jedynym komponentem potrzebnym do uprawiania magii. Leżąca w górniczym rejonie Prata była miastem bogatym i nietykalnym, gdyż nikt nie zaryzykowałby zalania przez górników szybów kopalnianych, czym grożono każdorazowo, gdy wojska stawały u bram miejskich. Prata handlowała więc z każdym, kto chciał zapłacić, a płacić chciał każdy, bo minerał był cenny i rzadki. A ten pochodzący ze złóż na terenie Nullius Ager miał wyjątkowo czyste kryształy, co czyniło go łatwym w obróbce.

Visna nie miała tyle szczęścia i leżała na szlaku handlowym wschód–zachód, zyski czerpiąc z karawan przezeń przejeżdżających. Jej strategiczne znaczenie polegało głównie na tym, że na przestrzeni wieluset kilometrów biegu Rzeki Działowej była w niej jedyna mostowa przeprawa.

Rodzice Michaela Sterna byli tak zwanymi Krukami, czyli pochodzili z Ravenclowd. Byli wysłanymi przez swój rząd dyplomatami zajmującymi się handlem. Sami nie obracali co prawda żadnymi dobrami, ale do ich obowiązków należało łączenie i kontaktowanie kupców z ojczyzny z kupcami i faktoriami z różnych stron świata, głównie zaś z fabrykami i zakładami w Nullius Ager. Ich synek urodził się w mieście Impera, ale wychował już w Visnie, a o kraju przodków wiedział tyle, ile dowiedział się od matki. A matka często i chętnie rozmawiała z nim o Ravenclowd, za którym tęskniła całym sercem. Był to kraj niezwykle duży i dla ułatwienia administracji podzielony na dziewięć dystryktów i dwa departamenty. Rządziło nim dwóch elekcyjnych władców zwanych Powiernikami. Jeden, Powiernik Obywatelski, wybierany był przez prawotwórczą izbę parlamentu – Izbę Obywatelską, do której bierne i czynne prawo wyborcze mieli wszyscy obywatele; drugi zaś, Powiernik Społeczny, wybierany był przez niższą administracyjną izbę parlamentu – Społeczną, złożoną z przedstawicieli wszystkich osad posiadających prawa miejskie oraz przedstawicieli dystryktów i departamentów.

Sama struktura społeczna była dla małego Michaela z początku bardzo trudna do pojęcia. Ale gdy już zrozumiał, stawała się bardzo sprawiedliwa i – o ile można użyć takiego słowa – dobra. Na społeczeństwo składali się Obywatele i Mieszkańcy. Pierwsi mieli masę wspaniałych praw, ale i dużo trudnych obowiązków. Drudzy zaś mieli tylko obowiązek przestrzegania litery prawa oraz płacenia podatków. Do pierwszej grupy należeli arystokraci, urzędnicy, naukowcy, członkowie cechów oraz milicjanci i żołnierze, a więc wszyscy, którzy służyli krajowi, nie myśląc przede wszystkim o sobie, ale o korzyściach dla ojczyzny. To w teorii. Bo w rzeczywistości bycie Obywatelem dawało liczne lukratywne przywileje za obowiązek służby wojskowej w formacjach pomocniczych oraz służby na rzecz kraju i jego mieszkańców. Druga zaś grupa, czyli właśnie Mieszkańcy, złożona była z chłopów, mieszczan, prywatnych przedsiębiorców i przedstawicieli wolnych zawodów. Ciekawostką w skali całego świata było to, że należeli do niej również Wyzwoleńcy. Niewolnicy i jeńcy wojenni stanowili co prawda siłę roboczą pozbawioną wolności oraz wynagrodzenia za swą ciężką pracę, ale mieli też jedno święte i nienaruszalne prawo. Prawo Wyzwolenia. Każdy, kto z wyroku sądu lub poprzez wzięcie do niewoli wskutek wojny stawał się niewolnikiem, był odnotowywany i tatuowano mu na nadgarstku odległą o dokładnie dwie i pół dekady datę. Dzień, w którym stawał się wolnym człowiekiem i formalnie dostawał status Mieszkańca. Dzieci wzięte do niewoli lub w niewoli urodzone miały obowiązek edukacyjny do momentu ukończenia dziesiątego roku życia. Wtedy formalnie stawały się niewolnikami i po wytatuowaniu im numeru zaczynały swoją dwudziestopięcioletnią służbę.

W niespełna pięćsetletniej historii kraju może niezbyt powszechnym, ale niebudzącym zdziwienia zjawiskiem były sytuacje, w których Wyzwoleniec zostawał Obywatelem. W roku dwieście dwunastym po uzyskaniu niepodległości przez Ravenclowd rozpoczął się wiek zwany później przez historyków Wiekiem Dwóch Niewolników, kiedy to Powiernikami zostali dwaj Wyzwoleńcy.

Małemu Michaelowi niczego nigdy nie brakowało. Miał prywatną guwernantkę, nie chodził nigdy ani brudny, ani głodny. Dom państwa Sternów ulokowany był tuż przy dużym parku miejskim okalającym ratusz. Ich siedziba była duża i dwukondygnacyjna, za czasów dominacji Sunnysvard mieścił się w niej urząd podatkowy. Nie dziwota więc, że Sternowie budzili podziw, zazdrość i strach, skoro mieszkali w niezwykle eleganckiej, ale jednak twierdzy, na której na dodatek powiewała flaga państwowa z czarnym krukiem na czerwonym polu. Mieli wszystko, co potrzebne do szczęścia. A to w mieście, gdzie połowa mieszkańców bytowała na granicy skrajnej nędzy, budziło zawiść i nienawiść. Małego uczono, iż nie należy zadawać się z pospólstwem, a w chłopięcej główce dziwnie gryzło się to z opowieściami o kraju równości społecznej, którym miał rzekomo być Ravenclowd. Ale kto by tam zajmował się sprawiedliwością na świecie, gdy ma się dziesięć lat.

Jesień, zaczerwieniwszy liście na drzewach, zrzuca z nich kasztany, żołędzie i szyszki. W ogrodzie, gdzie chłopiec miał się bawić pod czujnym okiem niani, nie było drzew roniących te skarby jesieni. Ale w parku były, więc gdy tylko małemu Michaelowi udało się wyprowadzić w pole lub zwyczajnie uśpić wiekową już opiekunkę, wykradał się przez perfekcyjnie zakamuflowaną dziurę w ogrodzeniu i zdobywał dzikie ostępy parku. Nie był to przesadnie duży obszar, ale dla małego, wychowanego w czterech ścianach rezydencji chłopca była to najprawdziwsza dżungla.

Tego dnia wykradł się, gdy niania zasnęła jak zawsze w ostatnich ciepłych promieniach jesiennego słońca. Miał ze sobą deskę z przybitym na dwa gwoździki sznurkiem udającą tarczę i dwa związane w kształt miecza patyki. Przez plecy przerzucił niewielki worek zawierający drugie śniadanie. Drzewa już okryte były żółcią i czerwienią, ale jeszcze trzymały liście na sobie, więc park zmienił się w baśniową krainę, na której podbój ruszał mały rycerz. Skradał się przez nieprzebyty gąszcz krzewów i żywopłotów, aby dotrzeć do swego szałasu, od kilku dni skrupulatnie budowanego za dużą skałą, z której ciurkało źródełko wprost do dużego stawu pośrodku parku. Chłopiec schylił się i powoli wczołgał przez malutkie wejście do środka. Patykiem uniósł i podparł zakrywającą otwór w dachu klapę wyplecioną z poprzetykanej trawą leszczyny. W szałasie zrobiło się jasno. Składał się on z dwóch pomieszczeń, z których drugie znajdowało się już w niewielkiej, głębokiej może na dwa kroki jaskini. Wejście do niej było jeszcze mniejsze niż to do szałasu.

Michael usiadł, po omacku chwycił i odpalił zapałką świeczkę schowaną w stojącym w załomie słoiku. Świeczka była jednym z cenniejszych skarbów skrywanych w tej dziecięcej twierdzy, bo jej zdobycie wymagało nie lada zachodu. Gdy jasne światło wypełniło pomieszczenie, chłopiec z krzykiem odskoczył do tyłu, gdyż dosłownie tuż przed jego oczami zmaterializowała się drobna uśmiechnięta dziewczęca twarzyczka. Michael uderzył potylicą o ścianę groty, aż pociemniało mu w oczach, i poczuł, jak upada.

Obudził się po pewnej chwili. Nie wiedział jak długiej. Dalej leżał w oświetlonej rozedrganym płomieniem świecy grocie. O tym, że dziewczynka mu się nie przyśniła, świadczyły dwie rzeczy. Jego mieczyk i tarcza schludnie ustawione w kącie, choć pamiętał, że zostawił je w szałasie, oraz mały wykonany z kory wazonik pełen mocno podeschłych polnych kwiatów. Chłopiec uniósł się na łokciach i rozpłakał, gdyż lekko rozcięta głowa bolała. Czoło i potylicę miał owinięte czymś, co przy dużej dozie tolerancji mogło być bandażem, choć co bardziej prawdopodobne, było raczej chusteczką. Szybko skarcił się w myślach. Rycerze w bajkach czytanych przez mamę i nianię nigdy nie płakali. A i tata, gdy opowiadał o wojennych przygodach, również jakoś nigdy nie wspominał, żeby ranny żołnierz mazał się jak dziewucha. Michael wysmarkał się we własną, wydobytą z kieszeni chustkę i wytarł oczy tak, aby nie było widać, że płakał.

Chciał wstać i wyjść, kiedy niewielki snop światła wpadający od drzwi coś na chwilę przesłoniło. Chłopiec zamarł. Po ułamku sekundy zastanowienia wziął swoją tarczę i miecz, aby móc tym skuteczniej bronić swego życia i twierdzy. W dowolnej kolejności.

W drzwiach ukazała się ta sama twarzyczka, która stała się przyczyną jego hańby i ran. Teraz Michael miał więcej czasu i co najważniejsze: możliwości przyjrzenia się dziewczynie. Mogła być w jego wieku, ale też nieco młodsza, i dorównywała mu wzrostem. Była bardzo szczupła, ale nie chuda, z burzą gęstych, sięgających niemalże za pas loków w kolorze byczej krwi. W drobnej twarzy najbardziej charakterystycznym akcentem oprócz lekko zadartego noska były wściekle zielone oczy o lekko wrzecionowatych źrenicach. Dziewczyna miała na sobie niebieską sukienkę do kolan z krótkimi bufiastymi rękawkami i wyszukanym haftem na piersi przedstawiającym herb rodowy: złotą rybę w srebrnym polu. Michael, którego jak wszystkich bez mała chłopców pasjonowały rycerstwo i heraldyka, w mig rozpoznał znak rodowy jednej z najznamienitszych magnackich rodzin prowincji północnej królestwa Sunnysvard.

Dziewczynka, spostrzegłszy, że jej pacjent nie tylko się obudził, ale jeszcze postanowił się bronić, zamarła, rozważając porzucenie niesionego mokrego kompresu oraz jabłka i rzucenie się do ucieczki. Już miała się zerwać, gdy Michael zatrzymał ją gestem i zawołał:

– Witaj. Nazywam się Michael Stern. A ty?

– Nazywam się Vaux…

– Fischenbach – przerwał jej, chcąc się popisać wiedzą. – Poznałem po herbie.

Dziewczyna zasmuciła się nieco, po czym dotknęła haftu na piersi, nawet na niego nie patrząc. Michael poczuł podświadomie, że powiedział coś bardzo nie tak. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że powinien przeprosić.

– Nie. Nazywam się Vaux Lothar – powiedziała powoli, nie patrząc mu w oczy. Starała się jednocześnie za wszelką cenę ukryć szyję w kołnierzyku. – Fischenbachowie to nasi właściciele. Każą mi to nosić nawet na lekcjach z innymi dziećmi i gdy mam wolne.

– Jesteś niewolnicą? – zdziwił się i szybko tego pożałował, gdy spostrzegł, co Vaux starała się skrzętnie ukryć pod kołnierzykiem. Była to wąska, wykonana z czarnej skóry obróżka, na krawędziach obszyta złotą nitką. Z przodu zapięta była na małą złotą kłódeczkę, obok której znajdowało się również kółeczko do dopięcia smyczy oraz złota blaszka w kształcie serduszka z wygrawerowanym napisem „Kicia”.

Dziewczyna miała łzy w oczach, ale poza nimi nie pojawiło się ani słowo skargi, złości czy rozpaczy. Po prostu chłodny smutek. Wiedział, że byli na świecie niewolnicy. Wiedział też, że ze swoją własnością właściciele mieli pełne prawo robić, co chcieli, i ubierać, jak im się żywnie podobało. Ale ta dziewczynka była jego rówieśnicą, a jakiś zły człowiek traktował ją jak domowe zwierzątko. Rycerski i przepojony matczynymi ideałami Michael chciał rzucić się na ratunek, zerwać obrożę i bronić honoru niewiasty. Ale co później? Ona dostałaby lanie za zniszczoną obrożę, a on za niszczenie cudzej własności.

– Przepraszam. – Tylko, a zarazem aż tyle mógł zrobić. Nie wiedział nawet, czy przeprasza za swoje zachowanie, czy za świat. Po prostu czuł, że powinien.

– Nie no, nic się nie stało – stwierdziła, ocierając łzy rękawkiem sukienki. – Nic nie zrobiłeś.

Usiedli koło siebie i zaczęli rozmawiać. Najpierw o szałasie i o tym, co się chłopakowi kilka chwil temu przytrafiło, a później o jego pasji do rycerstwa, aż wreszcie poruszyli temat rodziców. Michael poczuł, że zgłodniał, więc wyjął kanapki z szynką i buteleczkę soku malinowego. Słuchał z zapartym tchem, jak dziewczynka opowiadała o tym, jak w zamorskim kraju, którego w ogóle nie pamiętała, ona i jej mama zostały złapane i załadowane w klatkach na statek.

– Wiesz – rzekła po chwili milczenia Vaux – o mnie dbali, bo miałam być maskotką dla córeczki sponsora wyprawy, ale o mamusię już nie. Robili jej różne… straszne rzeczy. Ledwo co ją pamiętam, bo miałam jakieś trzy latka. Nie zapomnę tylko do śmierci, jak któregoś dnia, gdy była już zbyt słaba… skrzywdzili ją wyjątkowo okrutnie, a potem wyrzucili za burtę. Wiesz? Chcieli sprawdzić, czy to prawda, że koty boją się wody.

– Koty? – spytał, poważnie zafrasowany. – Dlaczego akurat koty? Nie rozumiem.

– Ludzie mówią na nas Koty, a tak naprawdę mój lud zwie się Vereketa.

– Pierwsze słyszę – Michael zamyślił się i spojrzał na Vaux wyczekująco. Nagle zauważył, na co patrzyła. Parzyła na jego kanapkę, bezskutecznie próbując wytrzeć szmatką mocno już zgniłe jabłko. Szybko się zreflektował i drugą swoją kanapkę podał nieśmiało dziewczynce, bez słowa, stawiając jednocześnie bliżej Vaux butelkę ze słodkim napojem. – Opowiadaj.

Ale wtedy do ich uszu dobiegł wrzask niani Michaela, szukającej po parku zguby.

– Nie mów, że mnie tu widziałeś, dobrze? – poprosiła dziewczynka.

– A zobaczymy się jeszcze?

– Moi właściciele planują spędzić tu czas aż do Mrocznej Nocy i dopiero po nowym roku ruszyć najpierw na wybrzeże, a potem statkiem do domu. Więc chyba raczej jeszcze się spotkamy.

– Chciałbym.

*

Wbrew groźbom wykrzykiwanym przez całą drogę z parku do domu obiecana witka nie poszła w ruch. Mogło to świadczyć jedynie o tym, że niania bała się o swoją posadę, a kolejna ucieczka podopiecznego nie wpływała na jej emerytalne rokowania najlepiej. Małemu kazała się wykąpać i przebrać, ale przedtem zrugała na czym świat stoi za pobrudzone ubranko i rozciętą głowę. Nie obyło się też bez pozbawienia podwieczorku i dwudniowego zakazu zabawy na dworze. Wieczorem, gdy ojciec siedział u siebie w gabinecie, przeglądając jakieś umowy i dokumenty, mały wszedł do salonu, usiadł koło szydełkującej matki i postanowił z nią porozmawiać.

– Mamo – zaczął jak zwykle, gdy czegoś potrzebował, nieco przeciągając – mogę o coś zapytać?

– Jak cię znam i tak zapytasz – zauważyła z promiennym uśmiechem matka. – Słucham cię, kochanie?

– Kto to są Varakaci? – zapytał, starając się przypomnieć sobie raz jeden zasłyszany wyraz.

– Verekeci jak już – odparła matka, podejrzliwie spoglądając na latorośl. – A gdzieś ty w ogóle usłyszał o Vereketach?

– Oj, mamo.

– No dobrze – wzięła głębszy oddech i przeszła do wyjaśnień. – Pamiętasz, jak uczyliśmy się geografii politycznej i opowiadałam ci o mieszkańcach Lupii?

– Tak, to Gloricanie, czyli ludzie psy albo wilkołaki – stwierdził mały, prężąc się jak struna, by swojej wypowiedzi nadać nieco powagi.

– No właśnie. A Verekeci to inaczej ludzie koty – mama skończyła, jakby odpowiedź w jej opinii wyczerpywała temat.

– Ale jak to tak?

– Cóż, widzę, że tym razem tak łatwo nie odpuścisz – myślała chwilę, jakby szukając odpowiedniego słowa. – Jak byliśmy kiedyś u pana Mendla w zwierzyńcu, to sam zauważyłeś, że małpy są do nas bardzo podobne. Prawda? Jest tak dlatego, że kiedyś, tysiące tysięcy lat temu, mieliśmy wspólnego przodka. Tak samo jest z Gloricanami i wilkami, a także z tego, co wiem, Vereketami i kotami.

– Ale Gloricanów się normalnie spotyka, a nigdy wcześniej nie spotkałem Verekety.

– A więc spotkałeś jakiegoś? – mama zrobiła minę, zadowolona ze złapania go za słówko.

– Aj, mamo!

– Prawdę powiedziawszy, sama spotkałam może ze dwóch albo trzech w swoim długim życiu. O ile dobrze się orientuję, mieszkają w krainach gdzieś za Wielkim Oceanem Zachodnim, ale nie wiem, gdzie dokładnie ani jak się te krainy nazywają – posmutniała, jakby w pamięci ukazał się jej wyjątkowo przykry obraz.

Ponieważ mama nie potrafiła nic więcej powiedzieć, a mały nie chciał denerwować ojca, udał się do biblioteki, by przeszukać dość spory księgozbiór. Jednak znudził się już po godzinie i poszedł spać.

Rano wydarzenia wczorajszego wieczoru wydawały się tak odległe, że niemal nierealne. Ojciec miał wolny dzień, jak zawsze w Dzień Boski, czyli ostatni, ósmy dzień tygodnia. Bawili się do obiadu starannie wykonanymi z ołowiu żołnierzykami, a potem udali się na podwieczorek do znajomych rodziców w położonej kawałek za miastem winnicy. Michael wynudził się za wszystkie czasy i z ulgą powitał powrót do domu.

Następnego dnia niania była czujna i za nic nie chciała ani zasnąć, ani dać się zmylić, więc Michael poświęcił się bez reszty zabawie w podchody z kucharką, której starał się, choć bezskutecznie, podkradać słodycze ze spiżarki.

Wyspawszy się solidnie, postanowił zmienić taktykę i poprosić mamę o pozwolenie na wyjście do parku. Mama, choć nieco zdziwiona, wyraziła zgodę pod warunkiem, że będzie się regularnie meldował niani. Niania również nie protestowała, najwidoczniej rada, że chłopak podszedł do tematu tak poważnie, lub dlatego że będzie się mogła bezkarnie i bez świadków spokojnie wyspać w godzinach pracy. Michael przygotował sobie, jak uprzednio, swój plecaczek, do którego trafiło dwakroć więcej kanapek, dwa kawałki placka oraz sok z malin. Widząc stojącą w oknie nianię, najpierw kluczył przez blisko kwadrans, a dopiero potem dał nura w czerwono-żółty gąszcz.

Wejście do szałasu wyglądało dokładnie tak, jak je zostawił, z tą tylko różnicą, że dachowy lufcik był otwarty, a dałby głowę, że zamknął go, wychodząc. W środku, w jaskini, siedziała jego nowa koleżanka. Była bardzo blada, a jego przybycie wyrwało ją ze smutnego zamyślenia. Jej drobna twarz rozpromieniła się w szerokim uśmiechu, a chłopak na chwilę zamarł, gdyż spostrzegł pewną anomalię w jej uzębieniu. Wsunął mimowolnie palec do ust, aby upewnić się, że nie popełnił błędu. Dziewczynka, dostrzegłszy to, zamknęła usta i uśmiechnęła się ponownie, tym razem nie prezentując już ząbków. Michael, podobnie jak każdy inny człowiek, posiadał dwa kły u góry i dwa na dole. Natomiast Vaux jako Vereketa miała po dwie pary kłów, które były też nieco bardziej spiczaste i nieco dłuższe niż u człowieka.

Usiedli obok siebie, a Michael poczęstował swoją damę ciastem i sokiem. Dziewczynka jadła powoli i dystyngowanie, ale chłopiec widział, że najchętniej połknęłaby cały kawałek na raz. Zapytany, wyjaśnił, dlaczego od trzech dni tu nie zaglądał, i opowiedział, jak mu te dni minęły. Ona nie kwapiła się do podobnych wyznań, ale przysiągłby, że słuchała go z prawdziwą ciekawością. Starał się na nią nie gapić, ale było w niej coś takiego, że nie potrafił oderwać od niej wzroku. Kolor włosów dziś mocno kontrastował z bladością jej twarzy. Bladością twarzy? Dlaczego w sumie była taka blada?

– Mam dziwne i jak sądzę, nietaktowane pytanie – zaczął niepewnie, a gdy spojrzała na niego wyczekująco, dokończył: – Dlaczego jesteś dzisiaj taka blada? Nie czujesz się dobrze?

– To puder – odparła, oblizując z palców lukier i zbierając z kolan resztki kruszonki. – Zarządczyni upudrowała mnie, żeby zakryć sińce na twarzy.

Michaela wręcz rozbroiła szczerość dziewczyny, która o ciężkim pobiciu przez właścicielkę mówiła tak beztrosko, jakby to było coś oczywistego i na porządku dziennym. Okazało się, że gdy kilka dni temu opatrzyła mu głowę swoją chusteczką, upaćkała sobie przy tym mankiet krwią. W domu jej mała właścicielka nawrzeszczała na nią za zgubienie własności i zniszczenie sukienki, na co przyszedł pan domu i ku uciesze córki oraz małżonki udowadniał, że „z kota życia wytłuc się nie da”.

– Przepraszam, że przeze mnie cię bili – powiedział chłopak, a w środku wręcz gotował się z wściekłości. – Bo to w sumie moja wina.

– Nie martw się – odparła Vaux, jakby rozbawiona jego zażenowaniem. – Tak to już bywa. Nie było zresztą tak źle. Pan sprał mnie tylko kijem. Kiedyś po pijaku kolbą muszkietu mi nawkładał. Miałam złamaną rękę i dwa żebra, a bez życia to ze trzy dni leżałam.

– Trafiłaś do medyka?

– Tak, ale dopiero jak moja pani zaczęła płakać, że jej zwierzątko zdycha – wręcz groteskowe było to, że Vaux opowiadała o tym z pełnym spokojem, nawet na moment nie odrywając się od wyskubywania okruszków ciasta z koronek sukienki.

Nie siedzieli długo, gdyż gdy tylko na wieży ratuszowej zabrzmiał hejnał oznajmiający południe, mała zerwała się i pożegnawszy grzecznie, wyjaśniła, że musi wracać do domu, bo jej czas wolny właśnie się skończył.

W rycerskiej chłopięcej główce roiły się niestworzone pomysły na ratowanie damy w potrzebie.

*

Do domu szła zadowolona. Zjadła pyszne słodkie ciasto i napiła się słodkiego soku. Jej pani tylko z rzadka dawała jej coś słodkiego, tylko od naprawdę wielkiego święta. Inne niewolnice i służące czasem dostawały coś od kucharki, ale nie ona. Była odmieńcem. Wyklętym przez bogów zwierzęciem, a więc jak zwierzę była traktowana. Miała swoją miseczkę, kubeczek i komplet sztućców w pokoju dziennym służby na oddzielnym stole, w rogu sali. Ten chłopiec, Michael, jako jedna z niewielu osób, jakie poznała, traktował ją jak równą sobie. Mówił do niej tak, jak mówi się do drugiego człowieka, a nie do głupiego zwierzaka. Sok był pyszny. Dotąd soki znała tylko z rzadkich sytuacji, kiedy udało jej się dobrać do resztek ze stołu panienki.

Ciekawiło ją tylko, dlaczego tak bardzo przejął się tymi sińcami. W sumie nic się takiego nie stało. Zniszczyła chusteczkę i sukienkę, więc dostała lanie. Wiedziała, że tak będzie, nim postanowiła opatrzyć temu chłopcu głowę. Świadome konsekwencje świadomych decyzji. Pani uważała, że Vaux jest tylko głupim zwierzakiem, ale ona swoje wiedziała. Widziała, że świat poza murami rezydencji jest o wiele lepszy i o wiele gorszy niż ten wewnątrz nich. Bito ją i poniewierano, ale przynajmniej nie głodowała i nikt nie krzywdził jej, jak wtedy na statku marynarze jej mamę lub jej pan tę dziewczynkę, co przynosi z targu warzywa do kuchni. Zimą przeważnie nie marzła. Zawsze miała czyste i świeże ubrania. Od mniej więcej pół roku codziennie chodziła do przyświątynnej szkoły elementarnej, gdzie kapłani uczyli rachować, czytać i pisać. Nie radziła sobie najlepiej, co regularnie składano na karb jej pochodzenia. Kapłan bił po rękach trzcinową witką, gdy się pisało niestarannie lub robiło kleksy, więc dostawała po łapkach regularnie. Może i szłoby jej lepiej, gdyby nauczyciele jej wyjaśnili co i jak i pokazali, zamiast w kółko bić i wyzywać od bezbożnych pomiotów Norma. Nie wiedziała, co bóg zdrady, hańby i upodlenia miał do rzeczy, ale nie protestowała. Wiedziała, że to i tak nic nie da, a jedynie mocnej dostanie w skórę. Siedziała więc sama w ostatniej ławce i regularnie dostawała po rękach. Inne dzieci nawet nie próbowały się z nią zaprzyjaźnić. Ale nie była wyrzutkiem. Chciałaby być wyrzutkiem, bo z takowymi ktoś czasem rozmawiał. Choćby i po to, żeby zakpić, ale zawsze. Ją traktowano jak zwierzę w zoologu lub trędowatego, którego wytyka się palcami i omija szerokim łukiem.

Była samotna. Do czasu kiedy poznała Michaela, jedyną przyjazną duszą była gosposia w należącej do jej właścieli rezydencji w Nordform, na północno-wschodnim cyplu wybrzeża. Stara już, poczciwa kobiecina co prawda ani nie rozpieszczała jej, ani nie pobłażała, ale traktowała ją na równi z resztą służby, a to już było naprawdę dużo.

Gdy Vaux wróciła, została porwana przez swoją panią do zabawy w dom. Oczywiście podział ról na panią i służącą był oczywisty, ale nie przeszkadzał jej. Nawet to lubiła, bo pozwalało jej to poczuć się tak, jakby była normalnym niewolnikiem czy służącą, a nie rzeczą.

Po kilkugodzinnej zabawie mała, skarcona przez ojca, że zwierzak biega luzem, wzięła Vaux na smycz i udały się przywitać zaproszonych gości: dystyngowane małżeństwo w średnim wieku oraz podstarzałego mundurowego w czerwonej kurtce, świadczącej o przynależności do kadry oficerskiej Królewskiej Lekkiej Jazdy. Vaux otaksowali jedynie pogardliwie i nie komentując, usiedli do kolacji. Właściciele pozwolili córce zasiąść do stołu z dorosłymi, więc „Kicia” musiała siedzieć na podłodze przy krześle swej pani. Nie narzekała. Mogła posłuchać, jakież to ciekawe wieści ze świata przynieśli goście. A wieści było sporo.

– Słyszałem, drogi hrabio – zaczął pan domu – że w każdej chwili możemy spodziewać się Kruków na naszym podwórzu. Jest w tym krztyna prawdy?

– Panie Fischenbach – odparł tytułowany hrabią mundurowy – za każdym razem, gdy wiatr mocniej wieje chłodem ze Wschodu, ponoć słychać, jak bagna trzaskają lodem i zaczynają łopotać krucze skrzydełka.

– A bo to nie raz i nie dwa z pierwszymi cięższymi mrozami nam Kruki na kark spadały – wtrąciła dystyngowana dama. – Sama pamiętam, jak nie więcej jak dwie zimy temu Kruki Pratę obległy, a ich kawaleryjskie zagony aż pod nasze mury się zapuszczały.

– No i co im z tych kawaleryjskich rajdów przyszło? – zripostował Fischenbach. – Konia na śniegu nie wypasiesz, a linie zaopatrzenia za bardzo się przy wyprawach w nasze rejony wyciągają. Więc ta wspaniała kawaleria własne wierzchowce po mniej niż trzech tygodniach zjadła i na piechotę do kraju wracała. A pamiętajcie, że nie wszyscy wrócili, bo przeszło pięć tysięcy pieszych i konnych już tu na wieki wieków zostało, glebę użyźniając.

– Słusznie pan prawi, ale niech pan też nie zapomina, że nawet dane przez pana dostarczane naszemu wywiadowi mówią jasno o dużych zgrupowaniach wojsk i zwiększeniu ich liczebności w granicznych twierdzach oraz obozach. Dla krotochwili tego nie robią.

– Więc co, przed pierwszymi mrozami pakować się i wyjechać za rzekę, a potem na wybrzeże?

– Ale droga pani, gdzież tam – ciągnął hrabia. – Ani przed pierwszymi, ani ostatnimi. Myślę, że duża ofensywa ruszy dopiero latem, ale do tego czasu i my zdążymy przerzucić w okolice bagien nasze chorągwie, a jak tak dalej pójdzie, to może i całą grupę armii Cerber.

– Ale jak?

– Morzem.

Zebrani zamarli, wiedząc aż nadto dobrze, że przez przełęcze zrobić tego się w jeden sezon nie da. Morze pozwalało co prawda na taki manewr, ale równowaga sił na nim była tak stabilna, że nie gwarantowała swobodej żeglugi. Wielu strategów i inżynierów starało się znaleźć wyjście z tego impasu. Król nakazał nawet rozwój floty w oddalonych prowincjach i przerzucanie ich na Morze Północne, ale liczebna przewaga uzbrojonych po zęby galeonów oraz fregat żaglowych jedynie rekompensowała straty, jakie zadawały Królewskiej Flocie nowoczesne parostatki pływające pod czerwoną banderą z czarnym krukiem. Okazało się, że Matry Marchia postanowiła jednak, w zamian za nadania ziemskie, wesprzeć swego suzerena i zapewnić przerzuconym wojskom zaopatrzenie, pomoc logistyczną, konie oraz oporządzenie kawaleryjskie dla pieszych. W Modron, stolicy autonomii, przerzuceni drogą powietrzną oficerowie wraz z wojskowymi komornikami już od miesięcy szykowali plany zaopatrzenia i porządkowali zapasy. Ale nawet najlepsi z nich nie byli w stanie przewidzieć tego, co miało się stać za zaledwie kilka dni.

Gdy goście opuścili posiadłość, panienka była już tak wynudzona i zmęczona, że udała się od razu na spoczynek, a to oznaczało, że Vaux mogła również pójść do swojego pokoiku wielkości szafy. Wchodziło się tam z korytarza przez wąskie drzwi, wyglądające jak panel boazerii, ulokowane tuż koło pokoju panienki. Z korytarza nie były specjalnie widoczne. Taka też zresztą była idea. W pokoiku mieściło się jedynie łóżko, mały stolik z krzesłem i niewielka szafa na ubrania. O stan jej garderoby dbała zarządczyni, ale część rzeczy, takich jak piżama czy bielizna oraz świeża sukienka na rano, dziewczynka miała prawo trzymać w swojej szafce. I w Visnie, i w ich domu w Nordform układ pomieszczeń był mocno zbliżony. Mała podejrzewała, że taki jest standard, aby służba była zawsze pod ręką.

Vaux była zmęczona i wynudzona, ale nie chciało jej się jeszcze spać. Wiedziała, że za kilka chwil zarządczyni każe zgasić lampy olejowe, przez co w jej pokoiku zapanuje, z powodu braku okien, nieprzenikniona ciemność. Nie przeszkadzało jej to, gdyż świetnie widziała w ciemnościach. Już dawno temu zdążyła się zorientować, że pozostali ludzie widzą w nocy bardzo słabo, Verekeci natomiast – może nie aż tak dobrze jak w dzień, ale w sumie nie najgorzej.

Zabawa jedyną posiadaną zabawką, którą stanowiła pozszywana z gałganków laleczka, nie była dla niej problemem nawet przy zupełnym braku światła. Dziś jednak nie sprawiała takiej radości jak zwykle. Gdzieś w pamięci, na pograniczu snu i jawy, wciąż widziała wyraz oczu tego chłopca, Michaela, gdy wspomniała o tym, że dostała, skądinąd słuszne lanie. Znała to spojrzenie. Była w nim złość. Nie na nią, ale na jej pana. Zupełnie jakby bicie było czymś złym i niedopuszczalnym. Miły chłopak. Chciałaby nawet, żeby kiedyś to on został jej właścicielem. Miałaby dobrze. Biłby może rzadziej i raczej karmił lepiej. Pomarzyć dobra rzecz. Zasnęła mocnym spokojnym snem.

Nie spała zbyt długo, gdyż obudziły ją podniesione głosy i bieganina w domu. Nie wychodziła z pokoju, ale nasłuchiwała. A że miała fenomenalnie wyczulony słuch, w mig połapała się w sytuacji. Z miasta dochodziły odgłosy wystrzałów i eksplozji, a jej właściciele w pośpiechu chowali brzęczące przedmioty, zapewne biżuterię i srebrną zastawę, w schowku pod schodami. Kazali też zarządczyni rozpalić w kominku, a pan zaczął po chwili drzeć jakieś papiery i wrzucać do ognia.

Vaux postanowiła nie wychodzić z pokoju tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Nikt, zdawało się, nie interesował się dziewczynką w schowku w ścianie i ona miała nadzieję, że tak pozostanie. Strzały zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do rezydencji. Gdy już zdawało się, że się na powrót oddalają, ktoś czymś twardym i ciężkim załomotał do drzwi. Zarządczyni otworzyła wrota i grzecznie zapytała, w czym może pomóc. Dostała czymś w twarz i upadła na ziemię, a po drewnie parkietu zastukały podkute, zapewne żołnierskie buty.

– Może mi pan, oficerze, wyjaśnić, jakim prawem wdzierają się panowie do mojego domu siłą w środku nocy? – usłyszała dziewczynka ze swojego schowka.

Czekała na dźwięk uderzenia, gdy tylko pan skończył pytać, ale nie nastąpił. Jeden z przybyłych zaczął mówić zaraz po tym, jak rozwinął jakiś pergamin czy papier.

– Państwo Leokadia primo Kurcen i Stefen Fischenbach, syn Ludwika? – oficer miał miły i ciepły głos, ale mówiąc, starał się mu nadać groźny i stanowczy ton.

– Tak – odparł pan. – A o co chodzi?

– Zostali państwo oskarżeni o szpiegostwo na rzecz królestwa Sunnysvard i wyrokiem zaocznym sądu wojskowego zapadły następujące wyroki: został pan skazany na zawieszenie między niebem a ziemią tak, aby gnijące na linie ciało było przestrogą dla innych. Pańska rodzina zostanie rozstrzelana. Pozbawiono was prawa apelacji i odwołania, a Powiernicy nie skorzystali z prawa łaski.

Vaux usłyszała odgłosy szamotaniny i walki oraz krzyki pani i panienki. Nagle w ścianę, tuż koło jej drzwiczek, miękko uderzyły dwie osoby, po czym padło kilka strzałów, a kule wraz z rozbryzgami krwi przeszły na wylot. Strzaskały szafkę i wyszły z drugiej strony, tylko cudem nie trafiając w tłumiącą rączkami krzyk dziewczynkę. Mała siedziała skulona i przerażona tak, iż z trudem łapała powietrze. Kim byli ci żołnierze i co tak właściwie się stało? Tego nie wiedziała i nie rozumiała. Ale jedno wiedziała na pewno: nie chciała wpaść w ich łapy.

Racja Stanu. Tom I Trylogii „Wielki układ”

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-317-3

 

© Hubert „Hunter” Gruszczyński i Wydawnictwo Novae Res 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Barbara Kaszubowska

KOREKTA: Elżbieta Zasempa

OKŁADKA: Michał Duława | www.michaldulawa.pl

ZDJĘCIA NA OKŁADCE: Fotolia | Arman Zhenikeyev; breakermaximus; plus69

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.