Przypomnij mi, kim jestem - Matthew Thomas

Przypomnij mi, kim jestem

0,0

Rozdzierająca debiutancka powieść… Szczera, intymna opowieść rodzinna, która wstrząsa aż po rdzeń.

Janet Maslin, New York Times

Długa, cudowna, epicka, pełna miłości i troski jedna z najlepszych powieści tego roku.

New York Times Book Review

Eileen Tumulty, rocznik 1941, mieszka w Queens razem z rodzicami, imigrantami z Irlandii. Atmosfera w ich rodzinie, podgrzewana tabunem gości przewijających się przez mieszkanie i morzem wypitego alkoholu, oscyluje między udręką a euforią. Eileen obiecuje sobie, że nie popełni błędów swoich rodziców. Wydaje się, że drzwi do wymarzonego świata elit otworzy jej ujmujący, choć introwertyczny naukowiec Ed Leary. Kiedy się pobierają, Eileen zaczyna naciskać na męża, aby chciał więcej: lepszej pracy, lepszych przyjaciół, lepszego domu. Jednak Ed nie zamierza stawać w tym wyścigu. Precyzyjne  zaplanowane życie Eileen zaczyna wymykać się spod kontroli, a z czasem pogrąża się w ciemności. Eileen, Ed i ich syn, Connell, rozpaczliwie próbują zachować pozory normalnej egzystencji i wbrew wszystkiemu pielęgnować wizję przyszłości, którą sobie wymarzyli.

Poruszający debiut, imponujący rozmachem i odwagą w kreowaniu postaci. Wielokrotnie nagradzany, zdobył uznanie zarówno krytyków, jak i czytelników, lądując na amerykańskich listach bestsellerów i w zestawieniach najważniejszych książek roku.

To znakomite dzieło przypomina nam, że życie jest czymś więcej niż spisem zwycięstw i porażek, że żyjemy, żeby kochać i być kochanym, i że musimy wciąż sobie o tym przypominać, zanim umkną nam ostatnie szanse.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Przypomnij mi kim jestem

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
Motto
***
Część I
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
Część II
14
Część III
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
Część IV
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
Część V
69
70
71
72
73
74
75
76
77
78
79
80
81
82
83
84
85
86
87
88
89
Część VI
90
91
92
93
94
95
96
97
98
99
100
101
Epilog 2011
Podziękowania
Karta redakcyjna
titlepage

Dla Joy

Kochanie, czy pamiętasz mężczyznę,

za którego wyszłaś? Dotknij mnie,

przypomnij mi, kim jestem.

Stanley Kunitz, Dotknij mnie (przeł. A. Szyper)

Nikt nie jest sobą, gdy cierpieniem ciała

Zaraża umysł znękana natura.

William Szekspir, Król Lear (przeł. S. Barańczak)

O jciec obserwował żyłkę w wodzie. Chłopiec złapał żabę i wbił w jej brzuch haczyk, żeby zobaczyć, co się stanie. Śliskie wnętrzności oblepiły haczyk, a chłopca zemdliło od wyrzutów sumienia. Starał się, by jego głos brzmiał niewinnie, gdy pytał, czy da się łowić ryby na żaby. Ojciec zerknął w jego stronę i sypnął w niego zawartością puszki po kawie. Robaki się rozpełzły. Powiedział synowi, że wyrządził zło i że młody wiek nie usprawiedliwia takiego okrucieństwa. Kazał mu wyciągnąć haczyk i trzymać wijącą się w konwulsjach żabę tak długo, aż zdechnie. Potem podał mu nóż i polecił wykopać mały grób. Mówił do niego z przerażającą obojętnością, jakby byli sobie obcy, a łączące ich niewidzialne więzy zostały przecięte.

Chłopiec zakopał żabę i długo uklepywał ziemię, nie podnosząc wzroku. Ojciec kazał mu przemyśleć swoje zachowanie i odszedł. Chłopiec przykucnął i słuchał oddalających się kroków, a w oczach stanęły mu łzy. Wilgotny zapach butwiejących liści wdzierał mu się w nozdrza. Nad doliną szybko zapadał zmrok. Chłopiec podniósł się i popatrzył na rzekę. Nagle zdał sobie sprawę, że stoi tu o wiele za długo, ale bał się wracać do samochodu. Bał się, że gdy spojrzy ojcu w oczy, zrozumie, że on już nie uznaje go za swojego syna. Nie umiał sobie wyobrazić nic gorszego, dlatego rzucał w wodę kamienie i czekał, aż ojciec po niego przyjdzie. Gdy po kolejnym rzucie zamiast pluśnięcia usłyszał głośny skrzek, zląkł się i pobiegł do auta. Ojciec opierał się o maskę, trzymając nogę na zderzaku, i patrzył na niego z taką miną, jakby czekał tu całą noc. Na widok syna poprawił czapkę i otworzył mu drzwi, żeby zabrać go do domu. Jeszcze nie był dla niego stracony.

Część I
Wyblakłe od słońca i deszczu

1951–1982
1

Zamiast chodzić do księdza, mężczyźni, którzy po pracy spotykali się w barze Doherty’ego, chodzili do ojca Eileen Tumulty. Eileen widziała to na własne oczy, chociaż była dopiero w czwartej klasie. Koło czwartej trzydzieści, zaraz po zakończeniu dostawy, ojciec odbierał ją z lekcji tańca i szli do baru. Tańce trwały do szóstej, ale Eileen była rada, gdy mogła wyjść wcześniej z parafialnej piwnicy. Pan Hurley krzyczał na nią, że gubi rytm albo nierówno trzyma ręce. Była za chuda i za wysoka, żeby zgrabnie stepować w zdyscyplinowanym tańcu, który – wedle pana Hurleya – wymyślono specjalnie po to, żeby udawać przed funkcjonariuszami policji, że się stoi nieruchomo. Wolałaby się uczyć jitterbuga, Lindy Hop albo jakiegokolwiek tańca, w którym bez opamiętania mogłaby wywijać nieskoordynowanymi kończynami, ale matka zapisała ją na step irlandzki.

Matka nigdy na dobre nie porzuciła Irlandii. Nawet nie wystąpiła o obywatelstwo. Ojciec lubił się chwalić, że złożył podanie w dniu, w którym uzyskał takie prawo. W salonie wisiał oprawiony w ramkę certyfikat obywatelstwa, opatrzony datą trzeciego maja 1938 roku. Wisiał dokładnie naprzeciw akwareli ze świętym Patrykiem przepędzającym węże, jedynego dzieła sztuki w mieszkaniu, nie licząc wiszącego w kuchni drewnianego krzyża celtyckiego. Na certyfikacie znajdowała się niewielka fotografia, na której widniała wypukła pieczęć, staranny podpis i twarz o zaciśniętych ustach i gniewnym wyrazie. Eileen często wpatrywała się w nią, szukając wskazówek, ale na próżno.

W drzwiach stanął ojciec. Trzymał przed sobą stetsona jak tarczę osłaniającą go przed niepotrzebną rozmową. Pan Hurley od razu przestał krzyczeć, nie tylko na Eileen. Ludzie zawsze milkli w obecności jej ojca. Muzyka wciąż grała i dziewczęta dokończyły slip jiga. Eileen uwielbiała dźwięk skrzypiec, gdy nie musiała panować nad nieokiełznanym ciałem. Nagranie ucichło, lecz pan Hurley nie zadał sobie trudu, by powiedzieć Eileen, że może już iść. Patrzył w podłogę, kiedy zbierała swoje rzeczy. Tak jej było spieszno do wyjścia, że buty zmieniła dopiero na zewnątrz.

Kiedy doszli do ulicy, przy której mieścił się bar, Eileen pobiegła przodem w nadziei, że wreszcie przyłapie któregoś z mężczyzn na stołku ojca, ale oni zawsze tylko stali wokół jego ulubionego miejsca, jakby na niego czekali.

W barze unosił się gęsty dym papierosowy. Była tu jedynym dzieckiem. Przyglądała się ojcu, jak bryluje w towarzystwie. Przed piątą przychodzili robotnicy, tacy jak on; niespiesznie popijali piwo, zmęczeni i zadowoleni, spowici dobrym samopoczuciem jak mgłą. Po piątej napływali urzędnicy, rzucali pieniądze na bar i czekali, aż ktoś ich obsłuży. Jednym haustem wypijali piwo i od razu zamawiali następne. Pochyleni nad kontuarem, ponaglali barmana. Przyglądali mu się uważnie, tak samo jak ojcu Eileen.

Siedziała przy rozklekotanym stoliku, ubrana w plisowaną spódniczkę i bluzkę z kołnierzykiem, i odrabiała lekcje, przysłuchując się rozmowom ojca. Nie musiała wcale nadstawiać ucha, bo mężczyźni nawet nie starali się ściszać głosu, choć ona była zaledwie metr od nich. W majestacie ojca ludzie zapominali o zażenowaniu.

– Wykończę się – wymamrotał Tom, przyjaciel ojca. – Nie śpię po nocach.

– Mów.

– Zdradziłem Sheilę.

Ojciec pochylił się, wciskając go wzrokiem w stołek.

– Ile razy?

– Tylko raz.

– Nie kłam.

– Za drugim razem za bardzo się denerwowałem i nie dałem rady.

– Czyli dwa razy.

– Tak, dwa.

Podszedł barman, sprawdził zawartość ich kufli, po czym zarzucił ściereczkę na ramię i ruszył dalej. Ojciec spojrzał na Eileen. Przycisnęła do kartki ołówek tak mocno, że złamała jego końcówkę.

– Kim jest ta lafirynda?

– Dziewczyna z banku.

– Powiedz jej, że kończysz z tym kretyństwem.

– Dobrze, Mike.

– A może wolisz dalej być skończonym idiotą? Odpowiadaj.

– Nie.

Do baru wszedł mężczyzna. Ojciec i Tom skinęli do niego głowami. Podmuch powietrza ochłodził gołe nogi Eileen i przyniósł ostry zapach rozlanego piwa i brudnej podłogi.

– Kup Sheili coś ładnego – powiedział ojciec. – Choćbyś miał wyciągnąć z portfela ostatni banknot.

– Tak zrobię.

– Pamiętaj. Choćby ostatni banknot.

– Skończę z tym.

– Przysięgnij na Boga.

– Przysięgam, Mike. Uroczyście przysięgam.

– Nie chcę znowu słyszeć, że się uganiasz za babami.

– To koniec.

– Tylko nie rób żadnych głupot i nie opowiadaj tej biednej kobiecinie, co narobiłeś. I bez tego ciężko jej z tobą wytrzymać.

– Nie powiem jej – zapewnił Tom.

– Jesteś przeklętym idiotą.

– Masz rację.

– Ostatni raz o tym rozmawiamy. Zamów nam coś do picia.

Śmiali się ze wszystkiego, co mówił, chyba że akurat mówił serio, a wtedy natychmiast robili poważne miny. Rozwodzili się na temat jego cnót, nawet gdy go nie było w pobliżu. Załatwił im robotę, od razu po ich przyjeździe do Ameryki, co najmniej połowie z nich – u Schaefera, w Macy’s, za barem, w stróżówce albo warsztacie.

Wszyscy nazywali go Wielki Mike. Słynął z tego, że był odporny na ból. Miał tak szerokie plecy, że nawet bez marynarki prezentował się okazale, jakby wkładał poduszki w ramiona koszuli. Pięść miał wielkości głowy noworodka, a jego tułów rozmiarem przypominał beczki piwa, które bez trudu nosił, po jednej pod każdą pachą. Siłę zawdzięczał pracy fizycznej. Nigdy nie dbał o sylwetkę. Ci, którzy przyłapali go na chwili odpoczynku, powtarzali, że wtedy jakby się kurczył i osiągał rozmiary zwykłego człowieka. Ci, którzy mieli coś do ukrycia, twierdzili, że wyrastał przed nimi jak spod ziemi.

Nie była za młoda, żeby widzieć, że cenił nie tych, co spijali śmietankę z jego legendy, ale tych, co węszyli wokół jego człowieczeństwa, sceptycznie kręcąc nosem.

Miała zaledwie dziewięć lat, ale rozumiała pewne sprawy. Domyślała się, dlaczego nie odbierał jej z tańców, idąc z baru do domu. Gdyby tak robił, nie miałby czasu dla facetów w garniturach, którzy po całym dniu pracy wracali z Manhattanu. Tłoczyli się wokół niego, luzowali krawaty, zdejmowali marynarki i zaczynali mówić. Musiałby wtedy wychodzić z baru o piątej trzydzieści zamiast za piętnaście szósta, a te kilkanaście minut sprawiało wielką różnicę. Wiedziała, że nie robi tego dla przyjemności i że dyspozycyjność wobec swoich ludzi jest tak samo ważna jak obowiązki wobec żony.

Co wieczór jadali kolację we troje. Matka, po całym dniu sprzątania biur i toalet w zakładach Bulova, podawała posiłek punktualnie o szóstej. Nie przyjmowała żadnych wymówek. W drodze z baru ojciec wciąż zerkał na zegarek, a w pobliżu domu wyraźnie przyspieszał kroku. Gdy Eileen za nim nie nadążała, brał ją na ręce. Czasami specjalnie się ociągała; tylko po to, żeby znaleźć się u niego na rękach.

Pewnego czerwcowego wieczoru, tydzień przed końcem czwartej klasy, gdy Eileen i ojciec wrócili do domu, zastali stół nakryty do kolacji, a drzwi sypialni zamknięte. Ojciec ze złością postukał w zegarek, nakręcił go i nastawił wedle zegara wiszącego na ścianie, który wskazywał szóstą dwadzieścia. Eileen nie widziała wcześniej, żeby tak się czymś martwił. Domyślała się, że tu chodzi o coś więcej niż zwykłe spóźnienie, o jakieś sprawy dorosłych, do których ona nie miała dostępu. Była wściekła na matkę, że tak sztywno trzymała się narzuconych przez siebie zasad. Ojciec zdawał się nie podzielać jej złości. Zjadł powoli, w milczeniu. Wstał, żeby dolać im wody do szklanek i dołożyć trochę duszonej marchewki z garnka na kuchence. Potem włożył płaszcz i wyszedł. Eileen stanęła pod drzwiami sypialni i nasłuchiwała przez chwilę, ale nie dobiegł jej żaden szmer. Podeszła do drzwi pokoju pana Kehoego, ale tam też panowała cisza. Nagle dopadł ją strach, że właśnie została porzucona. Miała ochotę walić w drzwi, żeby wreszcie ktoś się pojawił, ale wiedziała, że w takiej chwili lepiej nie zbliżać się do matki. Musiała się uspokoić, dlatego starannie wyczyściła kuchenkę i blat, nie zostawiając ani jednej smugi, ani jednego okruszka, ani śladu po tej kolacji. Próbowała sobie wyobrazić, co czuje człowiek, który jest sam. Stwierdziła, że na początek łatwiej byłoby oswoić się z samotnością niż z porzuceniem. Od tego wszystko jest łatwiejsze.

Podsłuchiwała, co ojciec mówi w barze, bo w domu mówił niewiele. Otwierał usta tylko po to, żeby wyłożyć swoje mądrości. „Człowiekowi nigdy nie wolno rezygnować z pragnień tylko dlatego, że nie chce mu się na nie zapracować”. „Każdy powinien mieć dodatkową robotę”. „Pieniądze są po to, żeby je wydawać”. (Co do ostatniej zasady pozostawał nieprzejednany; denerwowali go urodzeni w Ameryce dusigrosze, którzy nigdy nie mieli drobnych na następną kolejkę).

Ojciec dorabiał u Doherty’ego, u Hartnetta i w Leitrim Castle; w każdym z tych barów jeden wieczór w tygodniu. Zawsze, gdy Wielki Mike Tumulty stawał za barem, w knajpie zbierał się tłum, a gotówka lała się strumieniami – jakby był gwiazdorem na gościnnych i mocno limitowanych występach. Schaefer na tym nie ucierpiał; wszyscy wiedzieli, że u niego robi. Starał się zachować irlandzki akcent, którego matka usilnie próbowała się pozbyć. Przydawał mu się w tej robocie.

Gdy Eileen zdobyła się na odwagę, żeby zapytać go o korzenie, uciszył ją gestem.

– Jestem Amerykaninem – uciął, jakby to miało załatwić sprawę, i poniekąd tak było.

Gdy w listopadzie 1941 roku urodziła się Eileen, gęste lasy Woodside ograniczały się już tylko do pobliskich cmentarzy. Naturalny porządek uległ odwróceniu: drewniane fasady, asfalt i cegły tętniły życiem, wśród traw rządziła śmierć.

Ojciec miał jedenaścioro rodzeństwa, matka dwanaścioro, ale Eileen była jedynaczką. Mieszkali w trzypiętrowej kamienicy, osadzonej w gęstwinie innych budynków, między którymi wiła się nitka naziemnego metra. Spali w pojedynczych łóżkach, w jednej sypialni, przypominającej wojskowy barak. W drugiej sypialni spał jak król Henry Kehoe, lokator, który wynajmował ten pokój w zamian za pokrywanie niektórych comiesięcznych wydatków. Pan Kehoe żywił się w knajpach, a po powrocie do domu zamykał się w swoim pokoju i grał na klarnecie tak cicho, że Eileen musiała przykładać ucho do drzwi, żeby usłyszeć melodię. Lokatora widywała tylko, gdy przychodził do domu lub wychodził albo gdy korzystał z łazienki. Dręczyłaby ją obecność tego widma nawiedzającego ich dom, gdyby taki stan rzeczy nie był dla niej normą, ale był, więc świadomość, że pan Kehoe jest tuż za drzwiami, uspokajała ją, zwłaszcza gdy ojciec wracał do domu po whisky.

Ojciec nie pił codziennie. Wieczorami, gdy stał za barem, nie brał do ust ani kropli. Chcąc sobie udowodnić, że może nie pić, rezygnował z alkoholu również na czas Wielkiego Postu, wyłączając, rzecz jasna, Dzień Świętego Patryka oraz dzień przed tym świętem i po nim.

W wieczory, kiedy ojciec pracował za barem, Eileen i matka wcześnie się kładły do łóżek. Gdy nie pracował, matka nie pozwalała jej się położyć, dopóki razem nie wypolerują bibelotów: odświętnych sreber, figurek, kryształków w żyrandolu, ramek przy obrazkach. Szykowały się na powrót ojca, jakby urządzały przyjęcie dla jednego gościa, zawczasu tłumiąc wyczuwalne podenerwowanie z powodu niewykluczonej burdy. Kiedy nie było już czego sprzątać ani czyścić, matka kazała jej iść do łóżka, a sama siadała na kanapie i czekała. Eileen zostawiała drzwi sypialni uchylone.

Ojciec po piwie był całkiem do rzeczy. Starannie wieszał kapelusz i płaszcz na haczyku wbitym w ścianę. Potem padał na kanapę jak niedźwiedź na uwięzi, drażliwy i marudny, a w zębach ściskał fajkę. Matka po cichu relacjonowała mu sprawy domowe; on kiwał głową, mozolnie układając w kopułkę rozczapierzone palce obu rąk, które po chwili się osuwały.

Czasami wracał rozweselony i roztańczony. Rozśmieszał matkę, choć ona starała się nie zwracać na niego uwagi. Brał ją w ramiona i prowadził w wolnym tańcu. Miał niebywałą charyzmę i matka nie była na nią odporna.

Gdy pił whisky, co zazwyczaj zdarzało się w dniu wypłaty, zrywał się z uwięzi. Rzucał płaszcz na stolik w sieni i wpadał do salonu, szukając przedmiotów, którymi mógłby rzucić; jakby nagromadzone w barze ciśnienie oczekiwań wobec niego dało się rozładować tylko fizycznie. Ojciec słynął z tego, że wypijał morze whisky, nie tracąc przy tym fasonu – Eileen słyszała bywalców Doherty’ego, wychwalających jego osiągnięcia. Którejś nocy wyjaśnił przygnębionej matce, że pojedynkuje się na kolejki i że przyjmuje wszystkie wyzwania, choćby miał paść na twarz, bo nie może zawieść tych, którzy w niego wierzą. Każdy musi w coś wierzyć.

Nigdy nie rzucał niczym w matkę i nigdy nie rzucał tym, co się mogło zbić; ciskał więc głównie poduszkami i książkami. Matka w milczeniu czekała, aż atak furii minie. Gdy widział, że Eileen przygląda mu się przez szparę w drzwiach, nagle przerywał widowisko, jak aktor, który zapomniał swoją kwestię, i znikał w łazience, a matka wślizgiwała się do łóżka. Rankiem, niczym jaszczur, łypał okiem znad filiżanki z herbatą.

Eileen czasami słyszała kłótnie u Gradych czy Longów. Te krzyki przynosiły jej ulgę, bo oznaczały, że w ich kamienicy nie tylko w jej rodzinie działo się źle. Rodziców łączyła swoista więź w chwilach, gdy słyszeli podniesione głosy sąsiadów. Wymieniali wtedy znaczące spojrzenia i blade uśmiechy.

Raz, podczas kolacji, ojciec wskazał ręką na pokój pana Kehoego.

– Nie zostanie tu z nami na zawsze – oświadczył matce. Eileen posmutniała, więc ojciec szybko dodał: – Jak Bóg da.

Nasłuchiwała wszelkich dźwięków z pokoju pana Kehoego, ale dochodziło ją tylko skrzypienie materaca, skrobanie pióra po papierze i ciche rzężenie klarnetu.

Siedzieli we trójkę przy stole, gdy nagle matka wstała i wyszła z salonu. Ojciec poszedł za nią, zamykając za sobą drzwi sypialni. Mówili szeptem, lecz Eileen wyczuwała między nimi napięcie. Podkradła się bliżej.

– Odkuję się.

– Jesteś skończonym idiotą.

– Wszystko naprawię.

– Niby jak? „Wielki Mike od nikogo nie pożycza” – parsknęła szyderczo.

– Wymyślę coś.

– Jak mogłeś do tego dopuścić?

– Sądzisz, że chcę, żeby moja żona i córka mieszkały w takim miejscu?

– No pięknie. Czyli to nasza wina, tak?

– Tego nie powiedziałem.

Wiatr pchnął drzwi sypialni na Eileen. Ogarnął ją strach.

– Kochasz konie i zakłady, prawda? – rzuciła matka. – Teraz nie udawaj, że chodziło ci o coś innego.

– Właśnie o to mi chodziło – odparł ojciec. – Wiem, że nie chcesz tu żyć.

– Kiedyś wierzyłam, że jakbyś chciał, mógłbyś zostać burmistrzem Nowego Jorku. Mógłbyś rządzić tym miastem. Ale tobie wystarczy rządzić podrzędnym barem. Gdybyś chociaż był jego właścicielem. Szeryf Doherty’ego... – Urwała. – Niepotrzebnie zdjęłam to przeklęte świecidełko z palca – dodała po chwili.

– Odkuję się. Przysięgam.

– Nigdy się nie odkujesz i dobrze o tym wiesz – syknęła. – Rozdrabniasz się. – W jej głosie słychać było żal. – Bez przerwy się rozdrabniasz. Któregoś dnia nic już z ciebie nie zostanie.

– Dosyć – uciął ojciec.

Zapadła cisza. Eileen wyobraziła sobie, że stoją naprzeciw siebie, połączeni tajemną wiedzą, jak dwa kamienne posągi, których serc nic nie jest w stanie skruszyć.

Przy najbliższej okazji, gdy została sama w domu, otworzyła szufladę, w której matka trzymała pierścionek zaręczynowy. Schowała go po tym przykrym incydencie, kiedy podczas zmywania omal nie wpadł jej do odpływu w zlewie. Eileen widziała, jak matka od czasu do czasu wyciąga puzderko. Do tej pory sądziła, że chce sobie popatrzeć na odbijające się w fasetach światło. Teraz, widząc puste miejsce w pudełeczku, zrozumiała, że matka upewniała się tylko, że pierścionek wciąż tam jest.

Tydzień przed dziesiątymi urodzinami, gdy Eileen wróciła z ojcem do domu, matki nie było w kuchni ani w sypialni, ani w łazience. Nie zostawiła żadnej wiadomości.

Ojciec podgrzał fasolę z puszki, usmażył bekon i ukroił kilka kromek chleba.

Jeszcze jedli, gdy matka wróciła do domu.

– Pogratulujcie mi – powiedziała, wieszając płaszcz.

Ojciec przełknął i zapytał:

– Czego?

Matka rzuciła na stół jakieś dokumenty i spojrzała na niego znacząco. Patrzyła na niego w ten sposób, gdy chciała go sprowokować. Wziął do ust kawałek bekonu, dokładnie go przeżuł i sięgnął po papiery. Przeczytał je i odłożył, marszcząc brwi.

– Jak mogłaś? – zapytał cicho. – Jak mogłaś mnie pominąć?

Gdyby Eileen dobrze nie znała ojca, pomyślałaby, że mu przykro, ale przecież nic na tej ziemi nie było w stanie go zranić.

Matka wyglądała na rozczarowaną, że na nią nie nakrzyczał. Zebrała papiery ze stołu i poszła do sypialni. Kilka minut później ojciec włożył kapelusz i wyszedł.

Eileen też poszła do sypialni i usiadła na swoim łóżku. Matka stała przy oknie, paląc papierosa.

– Co się stało? Nic nie rozumiem.

– Tam leży certyfikat mojego obywatelstwa. – Matka wskazała na toaletkę. – Obejrzyj sobie.

Eileen wzięła papiery.

– Od dziś jestem obywatelką Stanów Zjednoczonych – wyjaśniła matka. – Możesz mi pogratulować.

– Gratuluję – powiedziała Eileen.

Matka wykrzywiła usta w ponurym uśmiechu i zaciągnęła się papierosem.

– Procedurę rozpoczęłam wiele miesięcy temu. Nie wspominałam nic ojcu. Miałam mu zrobić niespodziankę. Zabrać go na przysięgę. Chciał być moim świadkiem. Postanowiłam go zranić i zamiast niego wybrałam na świadka mojego kuzyna, Danny’ego Glasheena.

Eileen pokiwała głową; na dokumentach widniało nazwisko Danny’ego. Certyfikat wyglądał tak, jakby miał przeleżeć w aktach setki lat, do końca cywilizacji.

– Teraz żałuję. – Zaśmiała się gorzko. – Twój ojciec uwielbia ceregiele.

Nie była pewna, o co chodzi matce, ale domyślała się, że chyba o to, że zdaniem ojca, nawet najdrobniejsze rzeczy wymagały należytej oprawy. Eileen widziała na własne oczy: podtrzymywał za łokieć tego, kto za dużo wypił, i robił to w taki sposób, że tamten nawet tego nie zauważał; nigdy nie przewrócił szklanki z piwem ani nie wylał kropli whisky; zawsze miał gładko zaczesane włosy. Widziała, jak na pogrzebach nosił trumny. Traktował to jak najważniejsze zadanie na świecie: kobzy grały, a on szedł wyprostowany, krokiem sprężystym, ze spojrzeniem utkwionym w horyzont. Może dlatego ludzie wyczuwali w nim siłę. Może dlatego wyczuwała ją też matka.

– Nigdy nikogo nie kochaj. – Matka schowała dokumenty do szuflady, w której trzymała pierścionek. – Miłość tylko złamie ci serce.

2

Wiosną 1952 roku matka Eileen obwieściła radosną wiadomość, że jest przy nadziei. Eileen nigdy nie widziała, żeby rodzice choćby trzymali się za ręce. Gdyby ciotka Kitty nie powiedziała jej, że się poznali na tańcach irlandzkich, gdzie zasłynęli jako najbardziej utalentowana para taneczna, byłaby przekonana, że rodzice nigdy się nie dotykali. Tymczasem okazało się, że matka jest w ciąży. Świat krył wiele tajemnic.

Matka rzuciła pracę w zakładach Bulova i zajęła się dzierganiem kocyka dla maleństwa. Kiedy skończyła kocyk, zabrała się za czepeczek. Potem zrobiła sweterek i parę bucików. Wszystko w kolorze nieskazitelnej bieli. Miniaturowe ubranka chowała do szuflady w kredensie. Splot był mocny i równy; robota godna profesjonalistki. Eileen nawet nie wiedziała, że matka umie robić na drutach. Zastanawiała się, czy wydziergała tyle ubranek z myślą o krewnych w Irlandii, czy też żeby sprzedawać je do sklepów – wolała jednak nie pytać. Wolała też nie pytać, czy może pogłaskać jej zaokrąglony brzuch. Chcąc być jak najbliżej nienarodzonego dziecka, otwierała szufladę kredensu i oglądała ubranka. Gładziła je i przykładała do twarzy. Pewnego wieczoru, kiedy matka już spała, wzięła druty, wciąż jeszcze rozgrzane od matczynych rąk. Między drutami kołysał się niedokończony niemowlęcy bucik. Eileen próbowała wyobrazić sobie maleństwo, które już niedługo obsypie pocałunkami, ale ciągle widziała twarz matki w miniaturze i tę jej powątpiewającą minę, którą robiła zawsze, ilekroć Eileen szukała u niej czułości. Twarz matki wreszcie zniknęła, a w jej miejsce pojawiła się uśmiechnięta buzia dziecka, promieniująca radością i beztroską. Eileen przyrzekła sobie, że z bratem lub siostrą połączy ją więź, która w ogóle nie będzie dotyczyć rodziców.

Eileen tak się cieszyła wizją posiadania rodzeństwa, że niemal fizycznie poczuła, jak pęka jej serce, gdy ojciec powiedział, że matka poroniła. Kiedy mimo łyżeczkowania krwawienie nie ustało, lekarze przeprowadzili histerektomię.

Po histerektomii matka nabawiła się zapalenia pęcherza moczowego, które prawie ją zabiło. Leżała w szpitalu, gdzie leczono ją sulfonamidami. Dzieciom nie wolno było odwiedzać chorych, więc Eileen widywała matkę rzadziej niż raz na miesiąc. Ten stan ciągnął się kilka miesięcy, potem pół roku i dłużej. Gdy ojciec zabierał ją do matki, mówił tylko: „Przygotuj się, wychodzimy”. Nie licząc tych rzadkich chwil, Eileen miała wrażenie, że wymazali ją ze swojego życia.

Szybko się nauczyła, żeby nie wspominać o matce, ale któregoś wieczoru, po kilku tygodniach nowego porządku, zaczęła o nią natarczywie wypytywać – tylko po to, żeby zobaczyć reakcję ojca.

– Dosyć już – uciął i wstał od stołu. – Pozmywaj naczynia.

Wyszedł z salonu na znak, że rozmowa o jego nieobecnej małżonce sprawia mu ból, choć przecież kiedy byli razem, bez przerwy się kłócili. Eileen pomyślała, że nigdy nie zrozumie relacji między kobietą a mężczyzną.

Musiała się zająć sprzątaniem i gotowaniem. Ojciec zostawiał jej pieniądze na zakupy i pranie. Po świeże warzywa jeździła rowerem na targ, jeden z ostatnich, jakie przetrwały w okolicy, i z czasem stworzyła niewielki repertuar dań wzorowanych na posiłkach, które przyrządzała matka: duszona wołowina z groszkiem i marchewką, pieczona łata wołowa, chleb sodowy, pieczone ziemniaki i kotlety z baraniny.

Lekcje odrabiała przy słabym świetle lampki nocnej, potem dla zabawy budowała domki z kart albo szła do Schmidtów na telewizję, żeby podziwiać matki, które bez przerwy się uśmiechały, i ojców, którzy odkładali gazetę i rozmawiali z dziećmi.

W szkole na lekcjach miała zwykle gotową odpowiedź, zanim inne dziewczęta zdążyły podnieść rękę, ale za wszelką cenę starała się nie zwracać na siebie uwagi. Ze wszystkich darów wybrałaby dar bycia niewidzialną.

Pewnego razu ojciec zabrał ją do Jackson Heights, gdzie stały ogromne budynki mieszkalne, zajmujące cały kwartał. Zeszli do sutereny jednego z nich, którą zamieszkiwał dozorca, przyjaciel ojca. W kuchni zadarła głowę i przez stalowe pręty patrzyła na soczystą zieleń trawnika. Zapytała, czy może wyjść na dwór.

– Pod warunkiem, że nie będziesz deptać trawy – odpowiedział przyjaciel ojca. – Nawet mieszkańcom nie wolno po niej chodzić. Muszę pilnować, żeby była zupełnie bezużyteczna. Słono mi za to płacą. – Zaśmiali się z ojcem, ale Eileen nie zrozumiała dlaczego.

W oprawie ze złączonych kamienic zielenił się ogromny trawnik opasany niewysokim ogrodzeniem z kutego żelaza. Nie było nic prostszego, niż je przeskoczyć. Wokół murawy i przez jej środek biegła szeroka brukowana ścieżka. Eileen wędrowała po kamiennych prostokątach, wsłuchując się w świergot ptaków i szum liści. Lampy gazowe stały na baczność jak strażniczki posesji, którą oświetlały o zmroku. Poczuła cudowny spokój. Nie było pędzących samochodów ani przechodniów pchających wózki z zakupami. Jakaś staruszka pomachała do niej i zniknęła w drzwiach. Eileen zapragnęła tu mieszkać i patrzeć w okna z udrapowanymi firanami. Wcale nie zamierzała chodzić po trawie. Wystarczyłoby jej wejść na górę i spojrzeć na całą połać murawy. W mieszkaniu na parterze paliło się światło. Przystanęła i zajrzała do środka. Staroświecki zegar spoglądał dobrotliwie na olbrzymią misę na stole. Eileen nie widziała, co w niej leży, ale pomyślała, że na pewno są tam ulubione owoce.

Mieszkańcy tej kamienicy musieli znać ważny sekret życia, na który ona natknęła się przypadkiem. Uświadomiła sobie, że bywają miejsca szczęśliwsze od tych, które znała. Dopóki człowiek nie odkrył tych lepszych miejsc, cieszył się własnym życiem. Oczami wyobraźni widziała inne enklawy, podobne do tej, na którą patrzyła, ukryte za murami, za koronami drzew – enklawy, w których ludzie strzegli swoich sekretów.

Kiedy podeszwy jej butów się zdarły, ojciec w swojej nieskończonej ignorancji dla kobiecej kokieterii przyniósł jej używaną parę trzewików w kolorze końskiego łajna. Eileen była przekonana, że to obuwie chłopięce. Oświadczyła, że nie będzie ich nosić, więc ojciec, aby pozbawić ją wyboru, wyrzucił stare buty. A gdy nazajutrz po powrocie ze szkoły poskarżyła się, że koleżanki jej dokuczały, odpowiedział:

– Te buty chronią i grzeją twoje stopy.

Potem dodał, że w jej wieku powinna dziękować, że w ogóle dostała buty, a nie myśleć o nowej parze.

– Gdyby matka nie zachorowała – stwierdziła z wyrzutem – nie musiałabym chodzić w takich brzydactwach.

– Owszem, ale zachorowała. Nie ma jej tu.

Przestraszył ją jego ton. Nie kłóciła się dłużej. Następnego dnia przyniósł do domu zgrabne, perłowo lśniące pantofle.

– Zakończmy tę sprawę – powiedział.

Pan Kehoe późno wracał do domu, ale nigdy nie wyglądał na pijanego. Był ujmująco grzeczny, przez co Eileen miała wrażenie, że wprowadził się do nich niedawno, choć przecież mieszkał tu, odkąd skończyła dwa lata.

Zaczęła dla niego gotować. Zanosiła mu jedzenie do pokoju, a on na jej widok uśmiechał się i z wdzięcznością przyjmował poczęstunek. Ojciec groził, że będzie pobierał od niego opłatę za wyżywienie.

Czarny nalot pokrywał siwe włosy pana Kehoego. Wyglądały tak, jakby smarował je smołą. Gdy zdejmował tweedową marynarkę z postrzępionymi mankietami, od razu podwijał rękawy koszuli i luzował krawat.

Męczyły go napady straszliwego kaszlu. Jednej nocy podała mu herbatę, kolejnej syrop przeciwkaszlowy.

– Za mało świeżego powietrza – tłumaczył. – Powinienem chodzić na długie spacery.

Mimo kaszlu wciąż grał na klarnecie. Teraz Eileen bez skrępowania przysłuchiwała się jego grze. Siadała na podłodze pod drzwiami jego sypialni, z otwartym podręcznikiem. Gdy byli sami w domu, darowała sobie przeprosiny za taką impertynencję, a czasem nawet pogwizdywała do wygrywanej przez niego melodii.

Pewnego razu po kolacji ojciec usiadł na kanapie. Z jego twarzy biła troska. Eileen siedziała w swoim ulubionym miejscu, pod drzwiami sypialni pana Kehoego. Dźwięki klarnetu i bulgoczące w rurach powietrze rozbrzmiewały w muzycznej harmonii. Poczuła się niepewnie, widząc, że ojciec jej się przygląda. Nigdy nie zwracał na nią uwagi. Spuściła wzrok na pięknie ilustrowany egzemplarz baśni braci Grimm, który dostała od pana Kehoego. Gdy ojciec dowiedział się o tym prezencie, wściekł się, a później wręczył panu Kehoemu jakieś pieniądze.

Właśnie czytała baśń O jednym takim, co wyruszył w świat, by strach poznać, gdy ojciec nagle przepędził ją od drzwi, otworzył je silnym pchnięciem i kazał panu Kehoemu skończyć z tymi hałasami. Pan Kehoe przeprosił za zakłócanie spokoju, ale Eileen dobrze wiedziała, że nikomu nie przeszkadzał, bo w salonie ledwie go było słychać.

Ojciec próbował wyrwać panu Kehoemu klarnet z rąk, ale pan Kehoe ściskał go tak mocno, że instrument się rozpadł na części, a on zatoczył się do tyłu, zanosząc się kaszlem. Ojciec wrócił do kuchni i nastawił radio na cały regulator. Po chwili sąsiedzi zaczęli walić w sufit.

Nazajutrz, gdy wróciła po szkole do domu, pana Kehoego nie było.

Nie odzywała się do ojca ponad tydzień. Mijali się bez słowa, jak stare małżeństwo. W końcu ojciec przerwał milczenie, gdy wpadli na siebie w korytarzu.

– I tak miał się wyprowadzić. Ja tylko to przyspieszyłem.

– Nie musiał się nigdzie wyprowadzać – odpowiedziała stanowczo.

– Matka wraca do domu.

Eileen ogarnęła ekscytacja i jednocześnie strach. Powoli przyzwyczajała się do myśli, że matka nigdy nie wróci i że ona przejmie kontrolę nad domem, a ojca będzie mieć tylko dla siebie.

– Co ma do tego pan Kehoe?

– Przenieś swoje rzeczy do jego pokoju.

– Nie szukasz nowego lokatora?

Pokręcił głową. Przeszył ją dreszcz podniecenia.

– Będę mieć własny pokój?

Ojciec odwrócił wzrok.

– Matka zdecydowała, że będziecie spać razem.

3

W pierwszą środę po Wielkanocy 1953 roku, po ośmiu miesiącach nieobecności, matka wróciła do domu. Oddzielne pokoje rodziców znaczyły prawie tyle co rozwód.

Matka dostała posadę ekspedientki w uroczej cukierni Lofta na Czterdziestej Drugiej Ulicy. Wracała do domu późno, często pijana. Na znak protestu Eileen zostawiała w zlewie górę brudnych naczyń, a w sypialni stos niewyprasowanych ubrań. Gdy w szkole spotkała się z docinkami, że chodzi w pomiętej bluzce, zrozumiała, że nie ma wyjścia i że sama musi się zająć domem.

Matka zaczęła pić w domu, sadowiąc swoje wychudłe ciało w zagłębieniu kanapy. W jednej ręce trzymała szklaneczkę whisky, a w drugiej papierosa, na którego czubku popiół, wbrew zasadom fizyki, wydłużał się w nieskończoność. Eileen patrzyła bezradnie, jak rozżarzona końcówka złowieszczo kumuluje masę. Matka miała na kolanach popielniczkę, ale żar z papierosa od czasu do czasu spadał na poduszki, a wtedy Eileen podrywała się z miejsca, by szybko go strzepnąć. Matka nieraz zasypiała na kanapie, ale do pracy szła zawsze, bez względu na samopoczucie.

Tego lata kupiła na Queens Boulevard klimatyzator okienny Stevensa. Poprosiła dostawcę, żeby zainstalował sprzęt w sypialni, którą dzieliła z Eileen. Nikt z sąsiadów na ich piętrze nie miał klimatyzatora. Zapraszała więc panią Grady i panią Long i stawały we trójkę w sypialni, w powiewach nieprzerwanego wiatru. Patrzyły na tę chłodzącą skrzynkę jak na wybawcę o uzdrawiającej mocy.

Gdy oboje rodzice byli w domu, nastawał nieznośny rozejm. Matka zamykała się w sypialni i siadała przy oknie, patrząc, jak nad ulicę zakrada się noc. Po kolacji Eileen przynosiła jej herbatę. Ojciec sadowił się za kuchennym stołem i pykając fajkę, słuchał relacji z futbolu irlandzkiego. Przynajmniej mieszkali pod jednym dachem.

Eileen nie znosiła myśli, że matka jeździ pociągiem. Siedziała godzinami w kuchni przy stole i gapiła się w drzwi, wyobrażając sobie jej ciało rozciągnięte w ciemnych tunelach metra. Gdy tylko słyszała zgrzyt klucza w zamku, natychmiast zrywała się, żeby nastawić wodę na herbatę albo pozmywać naczynia. Nie chciała, żeby matka wiedziała, że się o nią martwi. Nie chciała jej dać tej satysfakcji.

Pewnego razu, zmęczona gotowaniem obiadu i zmywaniem garnków, usiadła na kanapie obok matki, która paliła papierosa, ze wzrokiem wbitym przed siebie. Eileen ostrożnie oparła głowę na jej kolanach i leżała w bezruchu. Patrzyła, jak spomiędzy bladych ust matki wydobywa się dym. Oprócz kilku nowych zmarszczek i popękanych naczynek matka nadal miała cerę gładką i delikatną jak porcelana. Usta wciąż pełne. Jedynie pożółkłe zęby świadczyły o jej wieku.

– Dlaczego mnie nie przytulasz, tak jak te matki w telewizji?

Eileen spodziewała się ostrej odpowiedzi, ale matka tylko zdusiła peta i wyciągnęła z paczki następnego papierosa. Zapadło długie milczenie.

– Nie jesteś za duża na takie ceregiele? – zapytała w końcu. Odsunęła córkę i nalała sobie dużego drinka. – Nie jestem taka jak twój ojciec – ciągnęła. – Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie porzucę gospodarstwo. Pamiętam, że jak pakowałam walizkę, mój ojciec powiedział do matki: „Deirdre, pozwól jej jechać. To nie jest miejsce dla młodych”. Miałam osiemnaście lat. Przyjechałam szukać Arkadii, a znalazłam kierat na Long Island. Kierat. Nawet nie wiesz, co to słowo znaczy. Jeździłam pociągami tam i z powrotem. Na okrągło. Wyobrażasz sobie?

Matka wpadła w monolog, jeden z tych mocno zakrapianych, w których tryskała nerwową elokwencją. Eileen siedziała i słuchała.

– Marzyłam, żeby zamieszkać w willi takiej jak ta, w której sprzątałam. Chętnie myłam okna. Inne dziewczyny nie cierpiały tej roboty. Lubiłam patrzeć z góry na rozwijane trawniki. Nie było na nich ani jednego kamyczka. Lubiłam patrzeć na korty tenisowe. Idealnie przystrzyżona murawa, gdzie każde źdźbło było na swoim miejscu. Kochałam chłostane wiatrem wydmy, fale rozbryzgujące się o skały, żaglówki zacumowane w dokach. Podglądałam kobiety wygodnie rozłożone na otomanach, wylegujące się jak kocice, które nachłeptały się mleka. Nie potępiałam ich lenistwa. Na ich miejscu robiłabym to samo: leżałabym brzuchem do góry od rana do wieczora. – Matka wykonała omdlewający gest, który skojarzył się Eileen raczej z kostuchą niż rozleniwioną kocicą. – A na noc wracałabym do jedwabnej pościeli.

– Fajnie – powiedziała Eileen.

– Fajnie? – parsknęła matka, gdy udało jej się pozbierać myśli. – Cudownie! Tak właśnie było!

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem matka kazała jej przyjechać do cukierni Lofta tuż przed końcem swojej zmiany. W cukierni matka sprawiała wrażenie tak zorganizowanej osoby, że nikt by nie podejrzewał, że jest alkoholiczką. Eileen z zachwytem gapiła się na ręcznie zdobione czekoladki, pokryte złotą glazurą.

Po pracy matka podarowała jej pudełko trufli i wzięła ją na Piątą Aleję, żeby Eileen mogła obejrzeć wystawy sklepowe w Lord & Taylor, które znała tylko ze zdjęć. Te scenki za szybami, te wesoło iskrzące kominki i błyszczące jedwabiem miniaturowe mebelki wprowadziły ją w taki sam stan upojenia, jaki ogarnął ją, gdy patrzyła na soczystą zieleń trawnika i podglądała idealny świat za oknami eleganckich kamienic Jackson Heights. Przepiękne draperie okalały obrazki, do których pragnęła się wślizgnąć, pozostać w nich i żyć. Rześki, lecz nie mroźny wiatr niósł odświeżający zapach zimy, który drażnił jej nozdrza. W gasnącym świetle dnia aleja stawała się magiczna tak jak świat zaklęty za szybami wystaw. Eileen poczuła przyjemny dreszcz na myśl, że przechodnie widzą w nich matkę i córkę, które starym zwyczajem wybrały się na świąteczny rajd po sklepach. Szukała w obcych twarzach potwierdzenia, że wyglądają razem jak urocza rodzinka.

– Boże Narodzenie świętuj zawsze z rozmachem – powiedziała matka, kiedy wracały metrem do domu. – Zapamiętaj sobie. Nic innego się nie liczy. Choćbyś była jedną nogą na tamtym świecie.

Tego wieczoru, po raz pierwszy od powrotu ze szpitala, matka ją przytuliła. Gdy Eileen obudziła się w środku nocy i zobaczyła, że drugie łóżko jest puste, zakradła się do salonu. Matka siedziała na kanapie. Przez jeden przerażający ułamek sekundy wydawało jej się, że nie żyje. Głowę miała odchyloną do tyłu, usta otwarte. W ręce ściskała pustą szklankę. Eileen podeszła bliżej i ujrzała, że pierś matki się unosi i opada. Wzięła z jej kolan popielniczkę i ostrożnie wyjęła z ręki szklankę. Przyniosła koc i przykryła nim matkę. Drzwi zostawiła otwarte, żeby ją widzieć ze swojego łóżka.

Eileen dostała paczkę, a w niej podręcznik do nauki gry na klarnecie i klarnet pana Kehoego. Państwowy dokument stwierdzał, że pan Kehoe zmarł na raka płuc i zostawił jej w spadku klarnet. Przez kilka dni spała razem z instrumentem, aż pewnego ranka matka zrugała ją za te makabryczne pomysły. Eileen próbowała grać na klarnecie, ale po długich staraniach udało jej się wydobyć zaledwie kilka dźwięków. Wspomnienie o panu Kehoem i sączącej się przez ściany zmysłowej melodii nie blakło. Słyszała ją, gdy zamykała oczy, jakby muzyka była w niej i czekała, aż jakaś wprawna dłoń ją uwolni. Nie umiała zagrać nawet jednej znajomo brzmiącej nuty. Rozłożyła instrument na części, patrzyła na nie przez chwilę, po czym umieściła je w wyściełanym różowym filcem pokrowcu. Nie musiała grać na klarnecie, żeby się nim cieszyć. Misterny korpus, gładko wypolerowane wypukłości połyskiwały lustrzanym blaskiem i przyjemnie ciążyły w jej dłoni. Z rozkoszą przyciskała klapki, które potulnie jej ulegały. Ustnik, ten sam, który pan Kehoe przykładał do swoich warg, zwężał się ku końcowi. Lubiła go przygryzać i czuć na ustach.

Klarnet był najpiękniejszą rzeczą, jaką miała; najpiękniejszą rzeczą, jaką mieli w rodzinie. Nie pasował do ich mieszkania. Postanowiła, że gdy dorośnie, zamieszka w tak pięknym domu, że klarnet w ogóle nie będzie się tam wyróżniał. Pan Kehoe pragnąłby tego. Zdecydowała więc, że poślubi mężczyznę, który jej to umożliwi.

W wieku trzynastu lat podjęła pracę w pralni samoobsługowej. Po pierwszej wypłacie przez długą chwilę ugniatała w palcach plik banknotów, potem rozłożyła je na stole i dokonała w myślach pewnych obliczeń. Jeśli dalej by pracowała i oszczędzała każdy cent, to po skończeniu szkoły średniej, a może nawet wcześniej, nie będzie potrzebować od rodziców niczego. Zachwyciła ją ta wizja, ale zachwyt szybko ustąpił miejsca smutkowi. Nie chciała w ten sposób traktować rodziców. Postanowiła oszczędzać pieniądze właśnie dla nich.

Matka piła dużo więcej niż ojciec, jakby usiłowała sobie wynagrodzić stracony czas. Eileen zaczęła zaspokajać jej potrzeby, a nawet z góry je przewidywać. Robiła jej kawę, podawała aspirynę i przykrywała ją kocem, jeśli zasnęła na kanapie.

Któregoś wieczoru Eileen weszła do salonu i zobaczyła, że matka kiwa głową, walcząc ze snem i za wszelką cenę przytrzymując się strzępów pijackiej świadomości. Przyjemnie się z nią siedziało, gdy była w takim stanie: za bardzo pijana, żeby uraczyć córkę zgryźliwą i miażdżącą uwagą, ale nie na tyle, żeby nie zarejestrować jej obecności, czemu dawała wyraz lekko drgającą powieką.

Eileen usiadła obok niej i poczuła pod ręką wilgoć. Najpierw pomyślała, że matka rozlała drinka.

Postanowiła jej nie przebierać w obawie, że się zorientuje, co się stało. Z drugiej strony nie mogła pozwolić, żeby całą noc przesiedziała na mokrej kanapie. Zdjęła z niej przemoczone ubranie i otuliła ją szlafrokiem. Potem przesunęła na suche miejsce. Przeniesienie jej do łóżka było dużo trudniejszym zadaniem.

Przykucnęła przy matce, najpierw przesunęła jej głowę i ramiona na swoje kolana, następnie na podłogę, a potem zsunęła z kanapy resztę jej ciała. Gdy matka leżała już na podłodze, Eileen chwyciła ją pod pachami i przeciągnęła do sypialni, aż do łóżka, ale nie była w stanie jej dźwignąć. Matka się ocknęła i usiłowała wstać.

– Pomogę ci, mamo.

– Tu będę spała.

– Nie możesz spać na podłodze.

– Mogę – wybełkotała.

Jej irlandzki akcent się nasilał, gdy była pijana albo wściekła.

– Na podłodze jest zimno. Położę cię do łóżka.

– Zostaw mnie.

– Nie.

Eileen próbowała ją podnieść, ale poddała się i położyła na łóżku matki, żeby chwilę odpocząć. Obudziła się dopiero, gdy z baru po nocnej zmianie wrócił ojciec. Poszła do kuchni. Siedział przy stole, a przed nim stała szklanka wody.

– Przeniesiesz mamę do łóżka? Leży na podłodze.

Wstał bez słowa i poszedł do ich sypialni. Eileen pomyślała, że poza ostatnim wieczorem, który pan Kehoe spędził w ich domu, nigdy nie widziała, żeby ojciec wchodził do tego pokoju. W świetle padającym z kuchni matka wyglądała jak stos brudnych prześcieradeł.

Eileen patrzyła na ojca, jak z zadziwiającą łatwością podnosi matkę z podłogi. Mógłby to zrobić jedną ręką. Ostrożnie podtrzymywał jej głowę. Jej długie nogi zwisały nad podłogą; spała mocnym snem. Delikatnie ułożył ją na materacu i patrzył na nią przez chwilę. Eileen usłyszała jego szept: „Bridgie”, a potem zobaczyła, jak starannie okrywa ją kocem.

– Idź spać – powiedział do Eileen i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

– Wyobraźcie sobie całe Woodside pokryte lasem – mówiła siostra Mary Alice do uczniów. – Wyobraźcie sobie przepiękne, rozległe, dziewicze tereny, ponad sto akrów ziemi. Kiedyś tak tutaj było, moi drodzy. Dziś znajduje się tu dzielnica, w której mieszkacie, ale dawniej to miejsce należało do jednej rodziny, której korzenie sięgają początków tego kraju.

Przed szkołą zatrzymała się śmieciarka i zaczęła głośno rzęzić. Siostra przerwała wywód, czekając, aż śmieciarka odjedzie. Nad tablicą zakołysała się zrolowana mapa. Eileen wyobraziła sobie, że nagle mapa się rozwija i uderza siostrę w głowę.

– Purytanin, wnuk jednego z założycieli Cambridge w Massachusetts, kupił ten cały teren i wybudował tu wiejski dom. – Siostra przechadzała się po klasie, trzymając przed sobą książkę otwartą na stronie z ilustracją domu. – Jego następcy przekształcili dom w dworek. W tym... dworku – siostra niemal wypluła z siebie to słowo – mieścił się przestronny hol, prowadzący do ogromnego salonu, w głębi znajdował się mniejszy salon z dużym kominkiem, wielka kuchnia, a na drzwiach wisiały mosiężne kołatki. Do dworku przylegał sad. – Siostra wymieniała zalety dworku ostrym tonem, jakby wygłaszała przed sądem mowę oskarżycielską. – Po kilkudziesięciu latach dworek sprzedano pewnemu kupcowi z Karoliny Południowej, który prowadził interesy na Manhattanie i chciał tutaj mieć swoją letnią rezydencję. W drugiej połowie poprzedniego stulecia, po rozbudowie sieci kolejowej, jeden z handlarzy nieruchomości dostrzegł w tej ziemi szansę. Wyciął drzewa, osuszył bagna, wybudował ulice, po których dzisiaj chodzicie, i podzielił teren jak bądź na tysiąc parceli. Otworzył drzwi klasie średniej, za działki każąc sobie płacić w ratach po dziesięć dolarów miesięcznie. Ruszyła budowa domów. Ostatni symbol dawnego porządku, czyli dworek, został zburzony w 1895 roku i na jego miejscu powstał kościół, a po nim szkoła, w której się teraz uczycie.

Eileen wpatrywała się w biały cyferblat zegara wiszącego nad tablicą. Siostra zbliżała się do jej ławki, pokazując ilustrację w książce. Eileen od niechcenia zerknęła na obrazek i już nie mogła oderwać od niego wzroku. Siostra przeszła do kolejnej ławki, ale Eileen poprosiła ją, żeby na chwilę wróciła.

– Most Queensboro został ukończony w roku 1909, w następnym roku tunel pod East River, a w 1915 rozpoczęto budowę nitki metra IRT Flushing Line, którą znacie jako popularną „siódemkę”. Irlandczycy, wasi dziadkowie, może wasi rodzice, masowo przemierzali rzekę, szukając ucieczki od czynszówek w slumsach Manhattanu. Zatrzymali się w Woodside. Wyobraźcie sobie tylko: dziesięcioro ludzi na mieszkanie, nawet dwadzieścioro. Wreszcie przyszedł rok 1924, kiedy zarząd miasta wprowadził nową politykę mieszkaniową, aby zmniejszyć gęstość zaludnienia. Rozpoczęto budowę nowych domów. – Siostra wróciła do tablicy. Na jej ustach błąkał się blady uśmiech triumfu, gdy wytaczała ostateczny argument. – Taki jest Pan. Daje tym, którzy mają niewiele. Czy to nie wspaniałe, że myśli o was wszystkich tu zgromadzonych, a nie o jednej uprzywilejowanej rodzinie, właścicielach dworku? Nieprawdaż, panno Tumulty?

Eileen śniła na jawie o dworku, który widziała na ilustracji. Pytanie siostry sprowadziło ją na ziemię.

– Tak jest. To prawda – zapewniła pospiesznie, ale myślała tylko o tym, jak bardzo żałuje, że zburzono ten dworek: cóż złego było w dużym pięknym domu z ogrodem?

– Pomyślcie tylko – zakończyła siostra Mary Alice. – Gdyby ten dworek wciąż istniał, nikogo z was by tu nie było. Nikogo. Po prostu by nas nie było.

Eileen patrzyła na kolegów, próbując sobie wyobrazić, że ich nie ma. Pomyślała o tej małej klitce, w której mieszkała z rodzicami. Czy to byłaby strata, gdyby nigdy jej nie wybudowali?

Wyobraziła sobie, że siedzi na sofie w salonie tego dworku i patrzy przez okno na drzewa. Siedzi po turecku i przewraca stronice wielkiej księgi. Ktoś musiał przyjść na świat w takim domu; dlaczego akurat nie ona?

Nie urodziła się w dworku, ale się urodziła, znajdzie więc drogę i dotrze do niego, nawet jeśli innym to się nie uda.

Czasem wieczorami chodziła w odwiedziny do cioci Kitty i kuzyna Pata, którzy mieszkali przy sąsiedniej ulicy. Pat był od niej prawie pięć lat młodszy. Stryj Paddy, starszy brat ojca, umarł, gdy Pat miał dwa lata. Pat traktował ojca Eileen jak własnego.

Eileen dużo czytała Patowi i uczyła go z elementarza. Dzięki niej umiał pisać i czytać już wtedy, gdy jego rówieśnicy dopiero poznawali alfabet. Był bystrym dzieckiem, choć jego stopnie tego nie odzwierciedlały, bo nigdy nie odrabiał lekcji. Czytał wszystko, co mu wpadło w ręce – o ile nie były to podręczniki szkolne.

Sadzała go przy kuchennym stole i kazała się uczyć. Mówiła, że ma przynosić wyłącznie piątki, bo inne oceny są nie do przyjęcia. Przekonywała, że z jej pomocą osiągnie, co tylko zechce. Wymarzyła sobie, że Pat odniesie sukces i będzie go stać na willę. Ona zajęłaby jedno jej skrzydło. Tymczasem on odrabiał lekcje na kolanie i zaczytywał się książkami przygodowymi, a w przyszłości chciał rozwozić piwo ciężarówką Schaefera.

Perfekcja, jaką osiągała matka w porannym kamuflażu, z początku tak imponująca, z czasem powoli blakła, aż wreszcie, mniej więcej w czasie, gdy Eileen rozpoczęła naukę w szkole średniej – otrzymała stypendium do Świętej Heleny na Bronxie – zniknęła z dnia na dzień. Jednego ranka matka spóźniła się do pracy, kilka dni później znowu, spóźniała się coraz częściej, aż w końcu w ogóle przestała chodzić do cukierni. Pewnego razu zasłabła na ulicy i policja odprowadziła ją do domu. Po wyjściu policjantów – dzięki temu, że ojciec był tym, kim był, nie sporządzili oficjalnej notatki – Eileen nie pomogła jej przebrać w czyste ubranie. Matce byłoby wstyd, a Eileen bała się jej gniewu nawet w chwilach, gdy ona wykazywała tyle oznak życia co worek ziemniaków. Wciąż miała w pamięci obraz matki zbliżającej się do niej z wieszakiem w ręku, gdy w dzieciństwie zrobiła coś nie tak.

Nazajutrz, gdy siedziały w kuchni przy stole, a matka w milczącym stuporze paliła papierosa, Eileen powiedziała, że zadzwoni do Anonimowych Alkoholików. Nie wspomniała, że dostała numer od cioci Kitty i że rozmawiała z rodziną o problemie matki.

– Rób, co chcesz – odparła matka, a potem z zaskoczeniem patrzyła, jak Eileen wybiera numer.

Odebrała jakaś kobieta; Eileen powiedziała, że jej matka potrzebuje pomocy. Kobieta odrzekła, że pomogą jej pod warunkiem, że skontaktuje się z nimi osobiście.

– Ona tego nie zrobi. – Eileen załamała się, w oczach stanęły jej łzy.

Matka zmierzyła ją surowym wzrokiem i Eileen szybko wytarła oczy.

– Zanim podejmiemy jakiekolwiek działania, ona sama musi się zwrócić do nas o pomoc – ciągnęła kobieta. – Bardzo mi przykro. Nie poddawaj się. Porozmawiaj z kimś na ten temat.

– Co ona mówi? – zapytała matka, poprawiając pasek szlafroka.

Eileen przykryła ręką słuchawkę i wyjaśniła sprawę.

– Daj mi ten przeklęty telefon. – Matka wstała od stołu i zgasiła papierosa. – Potrzebuję pomocy – rzuciła w słuchawkę. – Słyszałaś, co powiedziała ta dziewczyna? Potrzebuję pomocy, do cholery!

Nazajutrz zjawiło się dwóch mężczyzn. Eileen się cieszyła, że ojca akurat nie było w domu. Powiedzieli, że załatwią matce miejsce w Knickerbocker Hospital. Mieli przyjść po nią następnego dnia.

Tego samego wieczoru, zaraz po ich wyjściu, matka wyciągnęła butelkę whisky, usiadła na kanapie i raz po raz napełniała szklankę. Piła pomału, jakby dawkowała sobie lekarstwo. Kazali jej się spakować na dwa tygodnie. Eileen wrzuciła jej rzeczy do torby, którą wsunęła pod łóżko. Zamierzała powiadomić o wszystkim ojca dopiero, gdy matka będzie w szpitalu.

W szkole przez całe przedpołudnie denerwowała się, że wydarzy się coś złego, bo do przyjścia mężczyzn pozostawało jeszcze kilka godzin. Po powrocie do domu Eileen przekonała się, że z matką wszystko w porządku. W mieszkaniu było cicho. Na czteropalnikowej kuchence stał czajnik, podłoga była zamieciona, rolety równo zaciągnięte. Eileen ugotowała kiełbaski i jajka, które zjadły razem. Matka jadła bardzo powoli. Kiedy tuż przed szóstą po nią przyszli, obaj w garniturach, bez oporu zgodziła się z nimi pójść. Gdy zbierała ostatnie rzeczy – szczoteczkę do zębów, portfel, książkę – patrzyła dziwnie smutnym wzrokiem, od którego Eileen ściskało się serce.

Pojechała z matką do szpitala. Potem dwaj mężczyźni odwieźli ją do domu. Kiedy zatrzymali się pod jej kamienicą, kierowca wyłączył silnik, a mężczyzna siedzący na miejscu pasażera wysiadł i obszedł samochód, żeby otworzyć jej drzwi. Przez chwilę stała przed nim, czując, że powinna mu podziękować, ale nie miała pojęcia jak. Mężczyzna zdjął kapelusz. W powietrzu zawisła dziwna cisza. Była im wdzięczna, że nie mówili za wiele. Mężczyzna podał jej karteczkę z numerem telefonu.

– Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować – powiedział. – O dowolnej porze.

Odjechali.

Matka spędziła w szpitalu dziewięć dni. Gdy ją wypuścili, zapisała się na spotkania AA i podjęła pracę sprzątaczki w szkole średniej w Bayside. Narzekała na rozkład jazdy Long Island Rail Road, ale Eileen wiedziała, że najbardziej przeszkadzało jej to, że jeżdżąc tymi pociągami, bez przerwy myślała o tym, jak niedaleko zaszła od czasu, gdy przed laty pokonywała tę samą trasę.

Eileen marzyła o wielkiej podróży. Na geografii uczyła się o Dolinie Śmierci, najsuchszym i najgorętszym miejscu Ameryki Północnej. Postanowiła, że kiedyś tam pojedzie, mimo że jej alabastrowa cera nie znosiła słońca. Wyobrażała sobie, że ten pustynny bezmiar byłby jedynym miejscem na ziemi, gdzie nie przeszkadzałby jej brak towarzystwa.

4

Jesienią 1956 roku, kiedy Eileen była w drugiej klasie szkoły średniej, z Irlandii zjechała kolejna fala krewnych. Cóż to był za wspaniały czas! Wprawdzie ich dom, pełen zakatarzonych emigrantów rekwirujących każdy kawałek podłogi, a czasem nawet jej łóżko, przypominał izbę chorych, ale co tam! W tłumie ojciec odżywał i zabawiał gości jak zwierzę w cyrku, które podbija piłkę nosem, a matka wychodziła z siebie, żeby utrzymać czystość i porządek w zatłoczonych kątach.

Przez ich mieszkanie przewinął się ponad tuzin ludzi: najmłodsza siostra matki, Margie, która była zaledwie kilka lat starsza od Eileen i którą matka widziała po raz pierwszy w życiu; ciotki Ronnie i Lily; wujowie Desi, Eddie i Davy; kuzyni Nora, Brendan, Mickey, Eamonn, Declan, Margaret, Trish i Sean. Mieszkali u nich trójkami albo nawet czwórkami do czasu, aż znaleźli lokum w Rockaway, Woodlawn czy Inwood, i wtedy zaraz się wyprowadzali. Dla Eileen nie było nic przyjemniejszego nad te chwile, gdy zasiadali razem do stołu albo gdy nocą słyszała ciche pochrapywania i pochrząkiwania, dochodzące z dodatkowych posłań. Nigdy wcześniej nie czuła się taka szczęśliwa.

Pierwszy przyjechał stryj Desi, najmłodszy brat ojca. Zamieszkał w jego pokoju. Gdy tylko ojca nie było w pobliżu, Eileen zasypywała stryja pytaniami. Od razu dawał się namówić na wspominki. Słowa same płynęły z jego ust, jakby ktoś odkręcił kurek.

– Twój ojciec uwielbiał Kinvarę – mówił stryj Desi. – Był najszczęśliwszym chłopakiem pod słońcem. Chodził uśmiechnięty od ucha do ucha, przez cały dzień. Wtedy nadeszła reforma rolna i kazali nam się przeprowadzić do Loughrei. Dostaliśmy lepsze ziemie, ale on nigdy się nie uporał z żalem po stracie domu, który wybudował własnymi rękami. Kiedy się tam przenieśliśmy, miałem jakieś siedem lat. Budowa domu była prawdziwym wyzwaniem. Dosłownie wyrwaliśmy go ziemi. Ojciec i my, dzieciaki, kopaliśmy glinę, targaliśmy kłody drewna i suszyliśmy słomę na dach. Powiadam ci, to był solidny dom. Zresztą wciąż jest. Byliśmy z niego dumni. Wszyscy oprócz twojego ojca. Powtarzał, że skoro odebrali jeden dom, odbiorą i drugi. Nigdy nie czuł się w nim jak u siebie. Wolał spać pod gwiazdami. Ale powiem ci jedno: nigdy nie trzeba było gonić go do roboty ani nawet przypominać mu o robocie. Pracował bez chwili przerwy. Mury, które zbudował, miały łącznie ze dwa kilometry długości. Potrzebował tylko tyle pieniędzy, żeby mu starczyło na karty. Na pokera. Jeździł na turnieje, które trwały po pięć dni. Liczył się tylko poker i ziemia. Był tak silny, że wyginał młotki. Dasz wiarę? Gołymi rękami wyciągał warzywa z ziemi. Potem, w 1931 roku, twój ojciec miał wtedy dwadzieścia cztery lata, nasz najstarszy brat, Willie, co był stójkowym w Dublinie, zapadł na kataraktę. Oślepł na jedno oko i musiał wrócić do gospodarstwa. Nie było tu miejsca dla dwóch dorosłych mężczyzn i naszego ojca, a na całej przeklętej wyspie brakowało pracy, nawet dla faceta takiego jak twój ojciec.

Uniósł brwi i cmoknął, jakby na znak, że wypędzenie starszego brata ściągnęło nieszczęście na wioskę, którą opuścił.

– Nasz ojciec nie miał innego wyjścia, jak kupić mu bilet. To Willie chciał emigrować, nie twój ojciec, ale wyjazd Williego nie wchodził w rachubę. W tym kraju nie ma miejsca dla inwalidów. Twojemu ojcu zostały trzy miesiące. Orał pługiem, bronował, prawie nie jadł i nie spał. Jakby chciał umrzeć w polu. Przyjaciele urządzili mu na pożegnanie wielkie przyjęcie; trwało trzy dni i trzy noce. Nie pamiętam lepszej zabawy! Twój ojciec prosto z hulanki ruszył w pole do roboty. Ludzie chcieli go zawrócić do domu, ale nikogo nie słuchał. Pracował przez całą noc. Nasz ojciec wyszedł do niego z rana, z biletem w ręku; poszedłem za nim. Zastał go w polu, jak wyrywał chwasty. Nigdy nie zapomnę, co wtedy powiedział.

Desi zamilkł. Wstał i odegrał scenę.

– „Michaelu Johnie”, powiedział ojciec, wręczając mu bilet. – Desi wyciągnął rękę, jakby coś komuś podawał. – „Musisz jechać. Postanowione”. Potem się odwrócił i poszedł do domu. – Desi obrócił się do niej plecami, zrobił kilka kroków i znów zbliżył się do stołu. – Stałem tam, razem z twoim ojcem, w tej nieznośnej ciszy. Na statek odprowadziła go matka.

Desi znów usiadł przy stole i zerknął wymownie na pustą filiżankę. Eileen dolała mu herbaty.

– Pamiętam pierwszy list od twojego ojca – ciągnął Desi, przeżuwając herbatnika. – Pisał, że najgorsze jest to, że Willie nie ma pojęcia o roli i że plony za długo będą zalegać w polu. I tak właśnie się stało. Pisał, że przez cały rejs za ocean widział te zboża, jak przejrzewają, jak gniją, jak się marnują. Przyrzekł sobie, że już nigdy nic nie zasieje. Mój brat Paddy, niech jego dusza spoczywa w pokoju, czyli ojciec twojego kuzyna Pata, mieszkał w tym kraju od kilku lat. Zarekomendował twojego ojca w browarze Schaefera. Ledwie rzucili na niego okiem i od razu zatrudnili go przy noszeniu beczek.

Ojciec, w odróżnieniu od braci i sióstr, umiał pisać i był z tego bardzo dumny. Eileen lubiła patrzeć, jak wkłada okulary i podpisuje czek albo pokwitowanie. Jednak wizja ojca piszącego list, w którym odkrywa swoje uczucia i myśli, zupełnie nie mieściła jej się w głowie. Ojciec dawał upust emocjom w chwilach, gdy ludzka głupota, lenistwo czy cwaniactwo doprowadzały go do furii.

Nigdy nie myślała o młodości ojca. Teraz widziała w nim młodzieńca, który przemierzył ocean i rozpoczął nowe życie; widziała w nim odważnego człowieka, który swój ból i żal karmił milczeniem. Tkwiła w nim jakaś tajemnica, której nie umiała rozwikłać. Chciała znaleźć sobie mężczyznę, który byłby do niego podobny, ale nie chowałby się w pancerzu; mężczyznę doświadczonego przez los, ale nieodartego z niewinności; mężczyznę, który umie zapomnieć o doznanych w życiu krzywdach. Jeśli ojciec miał jakąś słabość, to było właśnie to. Istniały inne sposoby na okazanie siły. Eileen nie była na nie ślepa.

Pragnęła mężczyzny, który byłby jak drzewo o mocnym i grubym pniu, ale delikatnej korze, pięknie kwitnące, choćby tylko dla niej.

Ojciec zaczął częściej bywać w domu. Może z powodu krewnych, a może przez moc menedżerskiej pensji, która potrafi utrzymać człowieka w ryzach. Mniejsza o to. Gdy ojciec awansował z kierowcy na szefa kierowców, stało się coś nadzwyczajnego: przestał wychodzić do barów i zaczął pić w domu, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Pił spokojnie i cierpliwie, inaczej niż matka, która nie mogła się wyzbyć pośpiechu i nerwowości. Sposób, w jaki pił, świadczył o jego kulturze, równowadze i swoistej ewolucji.

Kupił eleganckie szklanki, do których raz albo dwa razy w ciągu wieczoru wrzucał kostki lodu i powoli sączył odrobinę drogiej whisky w towarzystwie krewnego, który akurat przebywał w ich domu; jakby to był najzdrowszy sposób na spędzanie czasu i najskuteczniejsza metoda na wyzbycie się stresów po całym dniu zarządzania. Kupił nowe meble, zmywarkę, dywan perski i telewizor. Wieczorami całą rodziną oglądali telewizję. Eileen była szczęśliwa. Czar prysł, gdy podczas jakiejś dramatycznej sceny zerknęła na matkę, spodziewając się, że tak jak inni patrzy z napięciem w ekran, tymczasem ona nie odrywała wzroku od szklanki z alkoholem tkwiącej w ręku jej męża. Przypominała psa, który waruje przy stole, czekając na byle ochłap.

Wybrała się z Billym Malague’em do baru Anchors Aweigh w Sunnyside. Billy był od niej starszy o rok. Po ukończeniu szkoły średniej zwrócił się do jej ojca z prośbą o pomoc w załatwieniu pracy u Schaefera. Kochał się w Eileen od wielu lat, tak przynajmniej twierdziły jej przyjaciółki. Ona nie była nim zainteresowana, a umówiła się z nim tylko dlatego, żeby było jasne, że dała mu szansę. Niejedna chętnie rzuciłaby się Billy’emu w ramiona. Jego gęste kręcone blond włosy zdawały się tak mocne, że można by się na nich uwiesić. Był szorstki i charyzmatyczny; ludzie go lubili. Podobał jej się, ale nie mogłaby być z mężczyzną, którego ambicje nie wykraczały poza jeżdżenie przez trzydzieści lat ciężarówką.

W barze było mroczno i zalatywało stęchlizną. Gdy weszli do środka, grał jakiś zespół, ale muzycy szybko odłożyli skrzypce i włączyli szafę grającą. W tłumie emanującym zdrową energią mieszały się różne pokolenia.

Piła po raz pierwszy w życiu. Przeczytała kartę alkoholi i zamówiła drink „zombie”, spodziewając się, że od razu uderzy jej do głowy. Billy z aprobatą uniósł kąciki ust.

– Pamiętam swój pierwszy dzień w robocie. Twój ojciec nazywał mnie darmozjadem. Tak mówił do każdego, kto się urodził w Ameryce. Powiem ci, że w jego ustach to brzmi jak komplement. – Billy postukiwał kostkami lodu w szklaneczce, a po każdym łyku wycierał usta owłosioną dłonią. Eileen nie odrywała od niego oczu. – Dał mi kursy do Staten Island. Na nich się więcej zarabiało. Dziwne, żółtodziób, taki jak ja, pierwszy dzień w robocie, a on pilnuje, żebym więcej zarobił. Mówi do mnie: „Masz dwunastu klientów. Objazd zajmie ci sześć godzin. Nie będzie cię przez dziesięć”. Nie zrozumiałem, o co mu chodzi. Nie chciałem, żeby sobie pomyślał, że się wymiguję. Dlatego mówię: „Proszę pana, jeśli objazd trwa sześć godzin, to ja się wyrobię w pięć”. Spojrzał na mnie jak na idiotę. „Jeśli wrócisz wcześniej niż za dziesięć godzin, nie przychodź tu więcej”. Tak mi powiedział.

Opowiadał o jej ojcu z takim uniesieniem, że zaczęła się zastanawiać, w kim on się właściwie kocha. Sączyła słodkawego drinka przez słomkę i nagle okazało się, że opróżniła całą szklankę. Poczuła, że traci nad sobą kontrolę: jej mózg pracuje wolniej, głowa staje się ciężka, a usta drętwieją. Zastanawiała się, czy bezpowrotnie zeszła ze ścieżki prowadzącej do realizacji jej marzeń. Przeraziła się, że zbłądziła z taką łatwością: wystarczyło wlać zawartość szklanki do żołądka. Żeby uspokoić myśli, natychmiast zamówiła następną kolejkę i kołatanie w głowie nieco ustało. Popijając drinka, usiłowała odwzajemnić namolne spojrzenie Billy’ego. Przed oczami miała jego śmiesznie pucołowate policzki i odstające uszy. Wyobraziła go sobie jako niziołka, w koszuli w poprzeczne paski, ostrzyżonego pod garnek. Roześmiała się w połowie jego opowiastki. Dla niej był zwykłym chłoptasiem, choć inni traktowali go jak dorosłego mężczyznę. Barman, którego wiek nie budził wątpliwości – musiał być ledwie kilka lat młodszy od jej ojca – ukradkiem zerknął na nią, a w jego wzroku dostrzegła współczucie dla chłopaka. Pierwszy drink wydał jej się za słodki, ale drugi tak jej zasmakował, że potem zamówiła jeszcze trzy następne.

Billy przyprowadził ją do domu mocno po północy i błagał jej ojca – o czym się dowiedziała później – żeby darował mu życie, i zaklinał się, że coś ją opętało i że policzkowała go za każdym razem, gdy prosił, by wracali do domu, a przecież nie chciał jej zostawiać samej w barze pośród tych zwierząt.

Ojciec obudził ją wczesnym rankiem. Przez kilka godzin siedziała w łazience na kafelkach posadzki i wymiotowała do muszli klozetowej. Gdy już całkiem opróżniła żołądek, ojciec kazał jej wziąć prysznic. Potem zaprowadził ją do kościoła Świętego Sebastiana na mszę.

– Nie jesteś inna od nas – powiedział. – Nie licz na specjalne traktowanie.

Klimatyzacja w nowym kościele schłodziła jej spocone ciało. Wzdrygnęła się. Raz musiała pójść do toalety w zakrystii. Gdy zasypiała w ławce, ojciec szturchał ją łokciem. W czasie komunii niemal zadławiła się hostią. Przy ołtarzu nagle zrobiło jej się niedobrze. Ostrożnie stawiała kroki i oddychała głęboko, aż wreszcie dotarła z powrotem do ławki. Tego dnia nie była w szkole.

Po kolacji matka posprzątała w kuchni i od razu poszła się położyć. Ojciec kazał Eileen usiąść na kanapie.

– Jeśli okażesz się głupia i zrobisz to jeszcze raz – odezwał się – musisz wiedzieć, na czym stoisz.

Podszedł do barku, wyjął kilka szklanek i postawił je na stoliku. Potem przyniósł kilka małych butelek różnego rodzaju whisky.

– Co to ma być?

– Czeka cię lekcja.

– Nic nie będę pić – oświadczyła.

– Będziesz – powiedział.

– Już dostałam lekcję.

– To będzie inna lekcja – oznajmił. – Zaczniemy od lepszych trunków.

Wyjaśnił, że nauczy ją, co może pić, a czego musi unikać. Nalał trochę whisky do szklanki. Świadomość, że starannie to zaplanował, odrzucała ją jeszcze bardziej niż zapach alkoholu. Nawet kupił specjalnie na tę okazję małe butelki różnych gatunków whisky, niczym wytrawny nauczyciel przygotowujący się do wykładu.

Pociągnęła mały łyk; zapiekło ją w gardle. Polecił jej wypić więcej. Trunek pachniał jak zwęglone drewno i smakował jak popiół. Nalewał po kolei z każdej butelki i nakazywał jej pić. Ledwie wyczuwała różnicę w smaku. Kiedy doszedł do czwartej butelki, nalał też sobie szklaneczkę i powiedział, żeby piła powoli. Alkohol dość łatwo przechodził jej przez gardło; czuła tylko ciepło rozgrzewające żołądek i rozchodzące się po członkach.

Odstawił whisky i przyniósł kilka butelek różnej wódki. Każda smakowała okropnie. Tym razem nawet sam nie kosztował. Na nosie miał okulary. Przypominał profesora. Zastanawiała się, czy celował raczej w wykład akademicki, czy w formę aresztu domowego. Wyjął z barku kilka rodzajów dżinu. Otworzył wszystkie butelki i nalewał jej odrobinę na spróbowanie. Po wypiciu whisky sam już w ogóle nie pił. Domyślała się, że chciał jej obrzydzić alkohol i odrzeć go z aury tajemniczości.

Poszedł do kuchni i przyniósł butelkę piwa Schaefera z lodówki.

– Wypij to – powiedział.

– Nie lubię piwa.

– Wypij do dna i skończ z tym raz na zawsze.

Zdjął kapsel i podał jej butelkę. Upiła kilka małych łyków i oddała mu piwo.

– Pij do końca – nakazał.

Wypiła do dna, a wtedy powiedział, że już więcej nie chce jej widzieć z piwem. Potem przyniósł kolorowe alkohole, jakich nigdy nie widziała w domu. Cointreau. Likier miętowy. Cassis. Grand Marnier. Kazał jej próbować wszystkich po kolei. Zasmakował jej likier miętowy. Ojciec potrząsnął głową i nalał pełną szklankę.

– W takim razie się delektuj – powiedział.

– Za dużo.

– Jeśli chcesz dalej mieszkać pod tym dachem, wypij do dna. – Napełnił kolejną szklankę. – A potem jeszcze jedną.

Gdy wypiła dwie szklanki, nalał jej następną.

– O co ci chodzi? – Kręciło jej się w głowie.

– Pij.

Nazajutrz obudziła się z bólem głowy, szczęśliwa, że jest sobota.

– Nigdy nie pij nieprzezroczystych drinków – odezwał się ojciec, kiedy weszła do kuchni i od razu sięgnęła do kredensu po aspirynę. – Nigdy nie pij drinka, którego choćby na chwilę straciłaś z oczu.

– Dobrze – powiedziała.

– Pij whisky. Dobrą whisky. Ale nie za dużo. I to tyle.

– Już w życiu nie wezmę alkoholu do ust.

Zdawało jej się, że przez jego twarz przemknął uśmiech.

Kiedy nadszedł sylwestrowy wieczór, wzniósł za nią toast, a pozostali zrobili to samo.

– Za moją Eileen, która po raz kolejny znalazła się na liście najlepszych uczniów – powiedział. – Niech Bóg ją błogosławi, bo kiedyś wszyscy będziemy dla niej pracować. – Zamilkł na chwilę. – I powiem wam, że musi być z niej niezła dziewczyna, skoro po sześciu „zombie” potrafi ustać na nogach. Moja krew, bez dwóch zdań.

„Moja krew, bez dwóch zdań”. W tych słowach usłyszała nigdy niewypowiedziane uczucie. Będzie się nimi karmić przez długie lata, jak kaktus żyjący dzięki odrobinie deszczu. Mimo to ogarnął ją taki wstyd, że od tej pory postanowiła pić tylko to, co piją najnudniejsze dziewczyny w towarzystwie.

5

W Szkole Pielęgniarskiej imienia Świętej Katarzyny na Bushwick Street, na Brooklynie, nauczyciele wydawali się skupiać głównie na tym, by straszyć uczennice, że zostaną wydalone za słabe wyniki w nauce. Eileen przywykła do takiego podejścia po trzynastu latach edukacji w szkole katolickiej. Pielęgniarstwo nie było pracą jej marzeń, ale w tym kierunku szkoliła się już od małego. Weteranki tego zawodu nie mogły zaskoczyć jej niczym, czym wcześniej nie zaskoczyło jej życie. Chyba to wyczuwały, bo odnosiły się do niej z niezwykłą uprzejmością. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że tak musiał się czuć ojciec, gdy ceniono go za coś, na co nie miał wpływu, albo gdy się zastanawiał, czy istnieje ucieczka od pułapki szacunku, jakim darzyli go ludzie.

Męczeństwo nigdy nie było dla niej celem, jak dla różnych świętoszek, z którymi chodziła do szkoły. Sądząc po źle skrywanej satysfakcji, jaką słyszała w ich głosie, gdy narzekały na przemęczenie i na niewdzięczność tego zawodu, chętnie wstąpiłyby do klasztoru, ale Eileen wiedziała, że nie wytrzymałyby tam ani chwili. Były na to zbyt słabe psychicznie.

Nigdy nie marzyła o zawodzie pielęgniarki. Pielęgniarstwa uczyły się te dziewczyny, które były na tyle bystre, żeby nie skończyć na posadzie sekretarki. Ona wolałaby zostać prawnikiem albo lekarzem, ale uważała, że te profesje są zarezerwowane dla elity. Poza tym nie miała pojęcia, skąd wziąć pieniądze na takie studia. Była pewna, że nie zabrakłoby jej inteligencji, ale bała się, że nie wystarczyłoby jej wyobraźni.

Po ukończeniu szkoły Świętej Katarzyny otrzymała stypendium do Świętego Jana, gdzie jesienią 1962 roku miała zdawać egzamin licencjacki. Zaplanowała sobie, że zapisze się na kursy wakacyjne i skończy szkołę w trzy zamiast w cztery lata, potem zda egzamin magisterski i podejmie studia z zarządzania w pielęgniarstwie. Zarabiała na kieszonkowe i na czesne za studia, które zamierzała podjąć w przyszłości, pracując jako modelka w salonie odzieżowym Bonwit Teller. Klientki przychodziły tu oglądać sukienki, a ona pokazywała im, jak by w nich wyglądały, gdyby były szczupłe albo wysokie, albo gdyby miały proste ramiona, elektryzującą burzę czarnych włosów, gładką skórę czy niesamowicie szmaragdowe tęczówki pod półprzymkniętymi powiekami. Ona zaś widziała w tych kobietach głównie pieniądze i ten bezczelny luz, który zwykle cechował bogaczy. Trochę wbrew sobie stała się ich ulubioną modelką. Nikogo nie kokietowała, tylko wkładała sukienkę i stała. Nie mizdrzyła się ani się nie obrażała; nie nawiązywała kontaktu wzrokowego ani też go nie unikała; nie trajkotała ani nie milczała – zachowywała się w sposób naturalny. Gdy zaswędział ją nos, to się drapała. Poproszona, okręcała się, żeby klientki obejrzały sukienkę pod każdym kątem, a kiedy już się naoglądały, wracała do przebieralni i ją zdejmowała. Inne dziewczęta się lansowały, próbując przekonać same siebie do tego, do czego klientki wcale nie były przekonane.

Fantazjowała, że następnym klientem okaże się zamożny mężczyzna, który przyjdzie kupić sukienkę dla swojej dziewczyny, ale na widok Eileen przeorganizuje sobie życie. Dzięki niemu rzuciłaby pielęgniarstwo, zwiedziła świat i zapewniła utrzymanie rodzicom. Przeszłaby przez życie jak w lunatycznym śnie. Już nigdy nie musiałaby wymieniać basenu ani odpędzać nachalnej dłoni niedołężnego starca, ani tonąć w mgle jego cuchnącego oddechu. Nie przepracowałaby ani jednego dnia więcej i nie zaprzątałaby sobie głowy ani jedną troską więcej. Przyszłaby tutaj, do tego salonu, usiadła w fotelu i kazała modelce paradować po kolei we wszystkich kieckach. Dałaby jej odczuć, że nie zamierza nic kupić i że tylko marnuje jej czas, a na koniec zamówiłaby po jednej sukience z każdego fasonu, żeby udowodnić tej biedaczce, że taka trzpiotka nie ma pojęcia, jak żyją takie kobiety jak ona. Tymczasem do sklepu przychodziły wyłącznie dziewczyny, trochę starsze od niej, albo nastolatki w towarzystwie matek. Zapewniały ją, że wygląda przecudnie, ale Eileen wiedziała, że myślą tylko o sobie.

Pewnego popołudnia, w kwietniu 1963 roku, do salonu przyszła dziewczyna, mniej więcej w wieku Eileen. Chciała kupić sukienki dla swoich druhen. Nie mogła się na nic zdecydować i roztaczała aurę nerwowości. Wyglądała znajomo – zatrważająco znajomo. Dopiero po zaprezentowaniu kilku sukienek Eileen zorientowała się, że to Virginia Towers, która w siódmej klasie odeszła ze Świętego Sebastiana z powodu przeprowadzki do Manhasset. Eileen modliła się, żeby dawna koleżanka jej nie rozpoznała, ale gdy Virginia podeszła bliżej, żeby przyjrzeć się szwom, nagle zaczęła z przejęciem klepać ją po ramieniu.

– Eileen?

– Słucham?

– Eileen! Eileen Tumulty!

Głos Virginii zabrzmiał niefrasobliwie głośno. Eileen uniosła brwi i bez słowa pokiwała głową, wyraźnie speszona, że ktoś się zwraca do niej tak poufale w miejscu, gdzie starała się zachować dystans i wobec klienteli, i wobec innych modelek.

– To ja, Ginny. Ginny Towers.

– Ojej, Virginia – szepnęła Eileen.

Poczciwa i zawsze spontaniczna Virginia. Jej ojciec, dyrektor banku, piastował najważniejsze stanowisko spośród wszystkich ojców w ich klasie. Był również protestantem, choć matka Virginii wychowaną w tej dzielnicy katoliczką. Nikt nie dokuczał Virginii, mimo że była nieśmiała i dość dziwna. Majątek rodziców rozkładał nad nią swoisty parasol ochronny.

– Co tu robisz? – zapytała Virginia.

Eileen nie umiała mądrze odpowiedzieć na tak zadane pytanie, więc tylko szarpnęła lekko gorset sukienki i załamała ręce w geście udawanej rezygnacji.

– No jasne! – zawołała Virginia. – Sukienki! – Dwie z nich trzymała w ręce, a trzy inne wisiały w przebieralni. – Och, kurczę! Która ci się podoba?

Gdyby Eileen miała pieniądze na taki wydatek, wybrałaby zupełnie inny fason – nie tak wulgarny, bardziej subtelny. Mogła się założyć, że w jej szafie wisiały ładniejsze sukienki niż w garderobie Virginii. Wprawdzie miała ich tylko sześć, ale każda z nich była doskonała. Nie kupiłaby pięciu banalnych sukien, każda po dwadzieścia dolarów, gdyby mogła mieć jedną za sto, ale za to przepiękną. Rzadko wychodziła wieczorami z domu, więc nie przejmowała się tym, że ktoś zobaczyłby ją w tej samej kreacji kilka razy.

– Ta, którą mierzyłam na początku, jest całkiem ładna – przyznała Eileen.

– Ta lawendowa? Wiedziałam! Też mi przypadła do gustu. Wezmę ją.

Stojąc w tej rozkloszowanej sukience, Eileen poczuła się jak te chłystki, co przed knajpami trzymają tablice z reklamą oferty dnia.

– Eileen Tumulty! – zaintonowała Virginia, jakby odpowiadała na pytanie w teleturnieju. – Rozumiem, że to praca dorywcza.

– Robię licencjat – odpowiedziała. – Uczę się w szkole pielęgniarskiej.

– Myślałam, że zostaniesz lekarzem czy coś w tym guście. Byłaś najmądrzejsza w klasie.

Eileen zaczerwieniła się.

– W tym roku kończę szkołę – oznajmiła Virginia. – A potem wychodzę za mąż! No ale to już wiesz... Mój narzeczony studiuje w Penn. Taki z niego nudziarz, że boki zrywać. Mój ojciec załatwił mu rozmowę o pracę w Lehman Brothers. Będziemy mieszkać w Bronxville.

Eileen wiedziała, że Bronxville to bogate, willowe miasteczko w hrabstwie Westchester.

– Cudownie.

– Zgadnij, jakie mam plany na przyszły rok – szczebiotała Virginia.

– Jakie?

– Będę studiować prawo na Uniwersytecie Columbia.

– Zawsze byłaś inteligentna – powiedziała Eileen, maskując zaskoczenie.

– Nie tak jak ty. Ty byłaś najlepsza.

– To miłe z twojej strony.

– Wydawałaś się taka dorosła – dodała Virginia. – Nigdy nie zapomnę, jak w szóstej klasie zaprowadziłaś mnie kiedyś do Woolwortha i kazałaś kupić oddzielny zeszyt do każdego przedmiotu. Pamiętasz?

Owszem, pamiętała. Choć wspomnienie dziecięcego zapału do wielkich nowatorskich projektów i ulepszania świata wedle zasady „od słów do czynów” nie sprawiło jej przyjemności.

– Pamiętam, że nie byłaś najlepiej zorganizowaną uczennicą, ale naszej wycieczki do Woolwortha nie przypominam sobie.

– Chyba miałaś już dość tego, że ciągle we wszystkim się gubiłam. Dzięki tobie zaprowadziłam wreszcie porządek w notatkach. Nikt mi tak nie pomógł jak ty wtedy.

– Cieszę się. – Eileen poczuła ucisk w żołądku.

– Chodź ze mną na studia prawnicze. Będziemy się razem uczyć. Lepiej bym na tym wyszła.

Eileen miała wrażenie, że ktoś ją zamknął w cyrkowej klatce i Virginia jedną dłonią ściska pręt klatki, a w drugiej trzyma kawał mięsa. Eileen musiała ratować się ucieczką, zanim palnie coś, czego potem będzie żałować.

– Może w następnym życiu. – Nagle zrobiło jej się smutno i poczuła się naga w mocno wydekoltowanej sukience.

Do salonu weszła nowa klientka, a ponieważ inne modelki były zajęte, Eileen szybko zapytała Virginię o decyzję co do lawendowej sukienki i zaprowadziła ją do kasy.

– Odwiedź nas kiedyś – powiedziała Virginia. – Daj nam tylko kilka miesięcy, żebyśmy się urządzili. Zapamiętaj: Bronxville. Numer znajdziesz w książce telefonicznej. Państwo Virginia i Leland Callowowie. Z radością cię ugościmy. W życiu nie ma nic cenniejszego nad przyjaźń.

Matka radziła Eileen, żeby kupiła używany samochód – skoro już musi go mieć – ale ojciec poszedł z nią prosto do salonu.

Wystawili nowego pontiaca tempesta, model z 1964 roku.

– To prawie wszystkie moje oszczędności – stwierdziła Eileen.

– Zaoszczędzisz znowu, zobaczysz.

– To kiepska inwestycja.

– To inwestycja w życie – skontrował ojciec. – Łap okazję. To lepsze niż niespodziewany wyciek z ciężarówki rozwożącej beczki z piwem. Tak bym to ujął. Może też sobie taki kupię? Albo kabriolet... Jak ten sprzedawca nazwał ten model? GTO? Woziłbym nim twoją matkę. Myślisz, że by się jej spodobał?

Przez chwilę miała wrażenie, że ojciec mówi poważnie, i chciała mu odpowiedzieć: „Tak, tato”, ale zaraz powtórzyła: „Nie, to kiepska inwestycja”, a potem zapytała, czy do niej bardziej pasuje granatowy, czy wiśniowy.

Mogła kupić używany wóz i oszczędzić pieniądze albo pokazać światu, w jakim kierunku zmierza jej życie, i ukształtować wyobrażenie innych ludzi co do tego kierunku, a może nawet wpłynąć na przyszłość, zaczarowując ją.

– Co, do licha, mam ci powiedzieć? – zirytował się ojciec.

Zdecydowała się na wiśniowy.

Eileen siedziała przy stole w kuchni, gdy z pracy wróciła matka.

– Znowu się uczysz?

Eileen mruknęła coś w odpowiedzi. Matka rzuciła kółko z kluczami na rozłożony na stole podręcznik. Było ich mnóstwo; każdy otwierał pokój albo kilka pokoi, które sprzątała matka. Eileen odsunęła klucze na bok, jakby roznosiły zarazki.

– Odłóż te książki choćby na pięć minut – poprosiła matka. – Podwieź mnie i moich przyjaciół.

– Dokąd? Jakich przyjaciół?

– Tych z moich spotkań.

„Przyjaciół z moich spotkań – pomyślała Eileen ze złością. – Mówi o tym jak o bibie”.

– Weź mój samochód – zaproponowała, nie podnosząc wzroku znad książki.

– Przecież wiesz, że boję się prowadzić.

Matka miała prawo jazdy od roku, ale gdy siadała za kierownicą, zżerały ją nerwy. Tymczasem pontiac wciąż lśnił nowością.

– Mam egzamin.

– Podwozimy się nawzajem. Dziś jest mój dyżur – wyjaśniła matka. – Zgłosiłam się w tym tygodniu.

– I niby jak sobie to wyobrażałaś?

– Daj spokój – parsknęła matka. – Robi się późno.

Najpierw pojechały do Jackson Heights. Zaskoczyło ją, gdy matka kazała jej się zatrzymać pod jedną z zadbanych kamienic; zawsze wyobrażała sobie, że smutniejsze strony ludzkiej natury zostały oszczędzone bogaczom. Matka wysiadła z samochodu i Eileen od razu wyciągnęła książkę. Miała zamiar na każdym postoju się uczyć, nawet jeśli w samochodzie będzie pasażer. Szkoda jej było czasu na kurtuazyjne pogawędki; wystarczy, że się zgodziła podjąć tego przygnębiającego zadania.

Matka wróciła do wozu, uśmiechając się promiennie.

– Hiramie – powiedziała do mężczyzny, który gramolił się na tylną kanapę pontiaca – poznaj moją córkę Eileen.

– A więc jesteś Charonem.

– Mam na imię Eileen.

– Charon. Przewoźnik na rzece Styks.

– Ach tak...

– Ten, co przewoził zmarłych.

Wsiadając do wozu, uderzył głową o framugę, aż przekrzywił mu się tupecik. Zamiast ukradkowo go poprawić, zdjął go z taką nonszalancją, jakby służył mu nie po to, żeby ukryć łysinę, lecz by ją wyeksponować.

– Jesteś nader żywy. – Matka zachichotała. – Nie licząc tupecika.

– Winienem uiścić zapłatę – powiedział. – Może w formie rady: unikaj mężczyzn z pożyczką.

– Dobra rada – odparła Eileen.

– Powiedz to mojej żonie. Choć kiedy ją poznałem, nie nosiłem peruczki. Żałujcie, że nie widziałyście moich loków. Byłem jak Samson.

W lusterku wstecznym Eileen raz po raz zerkała na Hirama. Zamyślony patrzył przez szybę. Nagle spojrzał na nią badawczo, jakby przywykł do tego, że wszyscy mu się przyglądają.

– Wystrzegałem się kobiet z nożyczkami. – Parsknął śmiechem, przywołując jakiś prywatny żart z gatunku tych, które rozładowują najcięższą atmosferę. – I trzech drinków na lunch.

– Jednego drinka – poprawiła go matka.

– Jeśli zmierzamy do piekła, to chociaż z fasonem. Ten wóz to prawdziwe cacko.

– Dziękuję – powiedziała Eileen.

– Raczej odwrotnie – zauważyła matka. – Opuszczamy piekło.

– Tak, tak – zgodził się. – Jesteśmy w czyśćcu, ale jest dla nas nadzieja. A jeśli jej nie ma, przynajmniej nie poddajemy się rozpaczy. A jeśli poddajemy się rozpaczy, przynajmniej jedziemy pięknym samochodem.

Matka rozkwitała, dzwoniąc do domów przyjaciół i prowadząc ich do samochodu, gdzie zaczynała swobodną pogawędkę. Eileen nawet nie otworzyła książki. Okazało się, że wspaniale spędziła ten czas. Dostrzegała w tych ludziach dystans do życia, na który ciężko sobie zapracowali. Po trzech postojach zaparkowała wóz pod kościołem. We wstecznym lusterku widziała, jak ostateczny kwartet, pełne spektrum wzrostu i wagi, znika w kościelnej suterenie.

W drodze powrotnej do domu, po odwiezieniu wszystkich znajomych, matka zapaliła papierosa. Wypuszczając dym przez uchyloną szybę, mówiła szybko i bez przerwy. Pozornie była w dobrym nastroju, ale Eileen zauważyła, że opadają jej kąciki ust. Przypominały haczyki na ryby. Zdawała sobie sprawę, że matka nie całkiem wierzy w to, że ona jej wszystko wybaczyła. Eileen nie wiedziała, czy sama w to wierzy, choć pewnego wieczoru, połykając łzy, zarzekała się, że tak, wybaczyła, po tym, jak matka usiadła w kuchni przy stole i wyznała swoje grzechy, tak skutecznie już pogrzebane przez Eileen, i mówiła, jak za nie żałuje. Matka starała się zabić przeszłość, ale tamte dni ożywały w głowie Eileen, w tej natrętnej myśli, że obecny stan, na pozór stały, znów się zamieni w stan ciekły, który sączył się z każdego zakątka jej dzieciństwa, przynosząc zamęt i rozkład. Zapach przeszłości i ten natarczywy dym zatruwały powietrze między nimi. Teraz, gdy zabrakło innych osób, których obecność służyła za filtr, w aucie zawisła gryząca chmura.

– Otwórz bardziej szybę, poproszę.

Matka zrobiła to bez słowa. Paliła, patrząc przed siebie. Unikała wzroku Eileen, tak samo jak w okresie najcięższego picia. Eileen zatrzymała wóz i wysiadła, żeby otworzyć tylne szyby. Stała przez chwilę przy bagażniku, wpatrując się w tył matczynej głowy, która przez tę radosną chwilę zdawała się należeć do kogoś innego. Eileen nie zamierzała przejmować się tym, że matka przechodzi teraz trudny okres. Musiała w końcu zadbać o siebie: twoje życie będzie takie, jakim go uczynisz. Niejeden z domów, pod które podwoziła znajomych matki, wystarczyłby jej w zupełności. Dlaczego więc nie wystarczył tym ludziom? Gdyby ona mieszkała w takim domu, nie musiałaby wsiadać do samochodu obcej kobiety i jechać do zatęchłej piwnicy kościoła na jakiś mityng. Zamiast tego patrzyłaby na ogień w kominku, skórzaną sofę, gabinet wypełniony książkami; wsłuchiwałaby się w otaczającą ją ciszę; zaglądałaby do pustych sypialni wyczekujących gości, które pod ich nieobecność pozostawałyby przyjemnie bezużyteczne. To by jej wystarczyło, żeby odstawić drinka. Refleksja, że ci ludzie spotykali się w tym gronie, bo nie wystarczyło im to, co posiadali, zaniepokoiła ją, wskazując bezkres ludzkiego nieszczęścia. Otrząsnęła się z tej nieprzyjemnej myśli, pozbyła się jej jak kurzu z perskiego dywanu. Przyrzekła sobie, że dom musi jej wystarczyć.

6

Jesienią 1963 roku usiłowała namówić kuzyna Pata, żeby zdawał na studia. Nadszedł grudzień, a wraz z nim zbliżał się ostateczny termin nadsyłania zgłoszeń. Postanowiła pójść do cioci Kitty i podjąć ostatnią próbę przekonania Pata.

– Nie nadaję się na studia – oznajmił, opierając swoje wielkie stopy na niskim stoliku.

Eileen siedziała w fotelu, trzymając razem kolana przykryte plisowaną spódnicą.

– Bzdura.

– Nigdy nie byłem orłem w szkole. – Pochylił się, strzepnął popiół do filiżanki po kawie i znów się rozparł na kanapie.

– Byłbyś świetnym studentem. Jesteś ponadprzeciętnie inteligentny.

– Nie zostanę przyszłym przywódcą Ameryki. Pogódź się z tym wreszcie.

Prawda była taka, że już dawno to zrobiła. Pat był na tyle bystry, żeby przebrnąć przez szkołę, w ogóle się nie ucząc. Miał naturalny talent do zjednywania sobie ludzi, w czym bardzo przypominał jej ojca. W barach dla nieletnich nieznośnie trwonił swoją inteligencję, ale już przestało ją to obchodzić. Teraz zależało jej tylko na tym, żeby go uratować.

– Z palcem w nosie dostawałbyś szóstki. – Założyła nogę na nogę i przez chwilę bawiła się paczką papierosów.

Powstrzymała się przed odpędzeniem dymu dryfującego w jej stronę.

– Nie umiem siedzieć i się uczyć. Drażni mnie to.

– Złożę podanie w twoim imieniu.

– Potrzebuję ruchu. Nie mogę tkwić w jednym miejscu. – Zgasił papierosa i skrzyżował ręce za głową.

– Będziesz miał okazję zażyć trochę ruchu w Wietnamie – stwierdziła gorzko. – Oczywiście, dopóki będziesz chodził po tej ziemi.

W lutym 1964 roku skończył osiemnaście lat. Namawiała go, żeby poślubił dziewczynę, z którą się spotykał, ale on nie chciał. Kiedy w czerwcu ukończył szkołę, dostał wezwanie na komisję. Była przerażona, bo miał idealną kondycję i dobry wzrok, był duży i silny, niewiarygodnie krzepki i mocny w kolanach, choć w ich rodzinie słabe stawy były przekleństwem. Nie miał szans na kategorię D. Chciała go zapisać do Gwardii Narodowej, by uniknął jakiegoś niebezpiecznego przydziału, ale w sierpniu, po uchwaleniu rezolucji tonkińskiej, była już pewna, że Pat zdecyduje się na studia, tymczasem on kilka tygodni później zaciągnął się do marines.

Na podwórku wygrywał każdą walkę na pięści, więc pewnie sobie wyobrażał, że wroga wystarczy spiorunować wzrokiem. Podstawowe szkolenie odbywało się na Parris Island, potem zakwalifikował się na następne, po którym został operatorem granatnika przeciwpancernego. Przenieśli go do Camp Lejeune, gdzie został aż do czerwca 1965 roku, i tam jako ochotnik zgłosił się na front, a po pierwszej fali walk wylądował w Wietnamie Południowym.

Zadzwonił do niej przed wyjazdem. Nie umiała go sobie wyobrazić z krótko ostrzyżonymi włosami i w mundurze, czyli koszulce polo i chinosach, które nosili chyba wszyscy rekruci, jakby robili zakupy w tym samym sklepie. Jeszcze niedawno przecież stał w szkolnym mundurku od Świętego Sebastiana – był pięć klas niżej od niej – i niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, gdy ona poprawiała mu krawat. Był dla niej jak brat.

– Obyś przeżył – powiedziała.

– Widzę tu kilku przerażonych gości. Dam ci ich do słuchawki. Może tą gadką dodasz im trochę odwagi. Rozmawiasz z Patem. Patem Tumultym. Do zobaczyska wkrótce.

– No jasne.

– Powiedz swojemu ojcu, że może być ze mnie dumny – dodał.

Ojciec tak napychał mu głowę patriotycznymi frazesami, że Pat teraz uważał, iż wyrusza na szlachetną misję.

– Nawet o tym nie myśl! Nawet nie próbuj mu zaimponować – odparła. – On się nigdy do tego nie przyzna, ale tak naprawdę umiera ze strachu o ciebie.

– Tak ci powiedział?

– Nie musiał. To oczywiste. Chce, żebyś wrócił do domu w jednym kawałku. Brednie o tym człowieku tworzą taką wielką kupę, że nawet go spoza niej nie widać – dodała ze złością.

– Zrobiłby to samo co ja, gdyby mu pozwolili.

– Nawet jeśli to prawda, to i tak nie ma znaczenia. Zawsze się bał zwykłego życia. Bał się wrócić do domu, żyć normalnie i robić wrażenie na mnie, nie na innych. Zapomnij o moim ojcu.

Zdawało jej się, że słyszy w słuchawce, jak Pat staje na baczność.

– Powiedz mu, że będzie ze mnie dumny.

– Sam mu to powiedz. – Westchnęła. – Siedzi tam gdzie zawsze. W tym cholernym fotelu. Nigdzie nie wychodzi. Wszyscy przychodzą do niego.

– Tak zrobię.

– Do widzenia, Pat. – A w myślach powtórzyła: „Do widzenia, Pat”, żeby mieć pewność, że naprawdę to powiedziała.

Zaczekała, aż odłoży słuchawkę.

7

Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie zmieni nazwisko. Przeszkadzała jej niekwestionowana irlandzkość nazwiska Tumulty, zakorzeniony w niej zapach torfowisk i sentymentalne pieśni powstańcze, i zapalczywość wyssana z mlekiem matki, i natrętny smak porażki, przebijający się w zdradliwej jowialności.

Dorastała wśród Irlandczyków i nigdy nie zastanawiała się nad swoim pochodzeniem. W Dzień Świętego Patryka, gdy w mieście wrzało jak na rodzinnym pikniku, rozpierała ją duma plemienna, a przy żałosnym zawodzeniu dud porywał ją zew pradawnej solidarności.

Kiedy dostała się na studia i poznała świat, za którym ojciec nie nadążał, szybko pojęła, że opinia innych odgrywa ważną rolę w określaniu własnych perspektyw. Nie mogła się pozbyć „Eileen”, ale gdyby udało jej się połączyć ją z czymś zgoła odmiennym, mogłaby na nowo się cieszyć swoją irlandzką duszą, a nawet szczycić nią w taki sposób, jak robiła to teraz wyłącznie w rzadkich chwilach patriotycznych uniesień, na przykład w przededniu swoich dziewiętnastych urodzin, gdy na wieść o wyborze Kennedy’ego na prezydenta rozpłakała się z radości.

Pragnęła nazwiska, które brzmiałoby neutralnie, byłoby ozdobnym wypełniaczem wskazującym na nieprzerwaną linię anglosaskich protestantów. Nie przeszkadzałoby jej, gdyby przy okazji wiązała się z nim odpowiednia genealogia.

To było w połowie grudnia 1965 roku. Studiowała zarządzanie w pielęgniarstwie na Uniwersytecie Nowojorskim; licencjat zrobiła, zgodnie z planem, w trzy lata. W przerwie między zajęciami umówiła się pod łukiem triumfalnym na Washington Square z przyjaciółką, Ruth, która pracowała w pobliżu. Miały zjeść razem lunch. Było dość ciepło jak na grudzień; młodzi mężczyźni zdejmowali kurtki i chodzili w samych swetrach.

– To nie tak, że on szuka dziewczyny – tłumaczyła Ruth, gdy szły w stronę Broadwayu. – Po prostu jej nie ma.

Eileen westchnęła; jak zwykle to samo. Wszyscy uważali, że znaleźli dla niej idealnego faceta, który okazywał się zwykłym playboyem. Bajerował jej koleżanki i resztę towarzystwa, a ona nie umiała go szybko spławić.

– Na pewno kogoś znajdzie – odparła. – Powiedz mu, że cierpliwość popłaca.

Podobali jej się mężczyźni odpowiedzialni, spokojni – przez inne dziewczęta uważani za nudziarzy. Niewielu takich poznała. Może nie umieli się przebić przez tłum chłopców, którzy kręcili się wokół niej. Skoro nawet nie potrafili do niej dotrzeć, to znaczy, że się nie nadawali. Wolałaby żyć sama niż facetem, któremu brakuje odwagi.

– Jesteś niemożliwa! – żachnęła się Ruth. – Ja tylko chcę pomóc. Ale rozumiem, nie ma problemu. – Zapięła płaszcz.

Ruth gotowała się ze złości. Zatrzymała Eileen przed drzwiami knajpki.

– Po prostu Frank poprosił mnie o przysługę – wyjaśniła – a ja bardzo chcę mu pomóc, bo dopiero zaczynamy się spotykać. Nie obchodzi mnie, co robisz w sylwestra. Nie chcesz się bawić, twoja sprawa. Chcesz być sama do końca życia, to również twoja sprawa. Zrobiłam, co w mojej mocy. Umówiłam cię nawet z Tomem Delaneyem, ale ty to spartaczyłaś.

– Można by sądzić, że koleś z West Point się nada – powiedziała Eileen, trochę do siebie. – Że będzie miał odrobinę klasy.

Patrzyła, jak na na rogu ulicy zatrzymuje się taksówka, a mężczyzna na tylnym siedzeniu wkłada pod pachę gazetę i płaci rachunek.

– Tommy to porządny facet – zauważyła Ruth.

– Podobno wręcz idealny – odparła Eileen. – Szkoda tylko, że nie mogłam się o tym przekonać. Nie wysiedział w jednym miejscu nawet tyle, żeby zamienić ze mną dwa słowa. Bez przerwy przybijał piątki.

– Ma wielu przyjaciół.

– Postawił wszystkim kolejkę i rozpowiadał, że zostanie moim mężem, nawet mnie o tym nie uprzedzając. Ileż było radości! Co za gbur!

Mężczyzna z gazetą wysiadł z taksówki. Był wysoki i przystojny, miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy i niebanalne okulary przeciwsłoneczne. Wyobraziła sobie, że jest profesorem wizytującym, Włochem albo Grekiem. Odwróciła wzrok, zanim spojrzał w jej stronę.

– Spodobałaś mu się. Chciał zrobić na tobie wrażenie.

– Ale mu nie wyszło!

– Posłuchaj – odezwała się Ruth bez przekonania. – Ten jest zupełnie inny. Nie będzie cię podrywał. Nie chce mu się iść na to przyjęcie, tak jak tobie. Może nawet bardziej.

– Ma jakiś problem? Jest pedałem?

Eileen nie wiedziała, dlaczego tak się opiera. Kiedy indziej oddałaby tę drobną przysługę przyjaciółce, ale po tylu rozczarowaniach nie miała ochoty na kolejne, zwłaszcza w noc sylwestrową. Patrzyła, jak taksówka włącza się do ruchu i po krótkiej chwili zatrzymuje przy następnej przecznicy, żeby zabrać parę młodych pasażerów. Słońce wyjrzało zza chmury. Ruth rozpięła płaszcz.

– Ten gość jest na studiach podyplomowych na Uniwersytecie Nowojorskim. To naukowiec. Frank chodzi z nim na wykłady z anatomii. Facet ma fioła na punkcie nauki. Nic tylko przesiaduje w bibliotece. Frank się o niego martwi. Chce go trochę wyciągnąć do ludzi.

Eileen milczała. Nie chciała sobie robić nadziei. Nie zniosłaby kolejnego zawodu.

– Frank mu powiedział, że niby suszyłam mu głowę, żeby załatwił mojej koleżance faceta na sylwestra.

– Mowy nie ma! – zawołała Eileen. – Mam udawać jakąś bidulkę, żeby wzbudzić litość obcego faceta?

– On jest dżentelmenem. Nie odmówiłby kobiecie w potrzebie. Tylko w takiej sytuacji zgodzi się przyjść.

– Ależ Ruth!

Dwie dziewczyny minęły je i weszły do knajpki. Eileen zauważyła, że wszystkie miejsca przy barze są zajęte i został tylko jeden wolny boks.

– Czy to coś zmieni, jeśli dodam, że jest przystojny? Nawet Frank to powiedział. Podobno tak twierdzą wszystkie ich koleżanki.

– Niech go sobie wezmą. – Eileen wzruszyła ramionami.

W gruncie rzeczy zależało jej na tym spotkaniu, nie rozumiała, dlaczego tak się przed nim wzbrania.

– Zrób dla mnie tę jedną rzecz i już więcej nie będę zawracać ci głowy – poprosiła Ruth, otwierając drzwi. – Potem możesz zostać starą panną.

– W porządku. Ale nie będę udawać, że jestem mu wdzięczna za tę randkę.

Do sylwestra zdołała sobie wmówić, że po prostu spełnia dobry uczynek. Stres dopadł ją dopiero, gdy usłyszała dzwonek do mieszkania Ruth. Pobiegła do sypialni i zamknęła drzwi na klucz.

– Wyjdź! Muszę im otworzyć.

– Nie! Powiedz, że się rozchorowałam.

– Wyjdź i się przywitaj! – zażądała stanowczo Ruth, gdy rozległ się kolejny dzwonek.

Eileen usłyszała, że goście weszli do środka. Podobał jej się głos tego mężczyzny: łagodny, ale słychać w nim było siłę. Nim otworzyła drzwi sypialni, przyrzekła sobie, że da mu porządny wycisk. Niech żaden facet sobie nie myśli, że ona go potrzebuje, a już na pewno nie jakiś pokurczony odludek, którego będzie musiała prowadzić za rączkę.

Zanim zdążyła rzucić jakąś sarkastyczną uwagę, Ed wstał. Rzeczywiście był przystojny, choć niezbyt ładny; schludny i szczupły, twarz o regularnych rysach, które dodawały mu powagi i atrakcyjności, zwłaszcza gdy się uśmiechał.

Pochylił się i szepnął jej do ucha:

– Zdaję sobie sprawę, że wcale nie musiałaś tego robić, i postaram się, żebyś nie żałowała. Obiecuję.

Serce jej drgnęło jak silnik odpalony w mroźne zimowe popołudnie.

To był taniec jak ze snu. Przytulał ją mocno. Zaskakiwał pewnością gestów. Podobały jej się jego okulary, starannie zaczesane włosy i kurtuazja, a gdy wziął ją w ramiona, poczuła odprężenie. Dziewczęta, które siedziały przy ich stoliku, uznały go za najbardziej szarmanckiego mężczyznę, jakiego w życiu spotkały. Wypowiadał się starannie, w sposób wyszukany, dziwnie pozbawiony akcentu. Przypominał typowego profesora z filmu, ale bez błazeństwa, które odzierało takie postacie z męskości. Miał w sobie klasę, która mogłaby budzić zdziwienie wśród mężczyzn z jej środowiska. Potrafił mówić o rzeczach, których oni nie rozumieli. Prawie nie pił piwa, raczej ogrzewał kufel w dłoni na potrzeby towarzyskiej rozmowy. Obawiała się, że on i ojciec się nie dogadają, więc na wypadek, gdyby musiała z niego zrezygnować, przyprowadziła go do domu trochę wcześniej, niż zrobiłaby to normalnie, ale coś w postawie Eda ujęło Wielkiego Mike’a. Doszło nawet do tego, że musiała udawać poirytowanie ich zaskakująco dobrą relacją. Po prawdzie nie było w tym nic dziwnego. Przecież był chłopakiem z sąsiedztwa, który umiał przywalić w obronie przyjaciela albo odwieść kumpli od bójki: ludzie słuchali go, bo kiedy mówił, dawał im odczuć, że nie mówi im nic, czego by już nie wiedzieli.

Był urodzonym sportowcem. Pojechali na strzelnicę golfową razem z jej dobrą przyjaciółką, Cindy, oraz jej mężem, Jackiem, który grał w golfa. Ed uderzył w piłkę tak mocno, że Eileen zobaczyła ją dopiero jako mały punkcik opadający w oddali na ziemię.

W pewien weekend wybrali się do Forest Hills w odwiedziny do jej przyjaciół, Marie i Toma Cudahych. W okolicy znajdował się kort tenisowy. Pożyczyli od Marie i Toma stroje do tenisa i zagrali w debla, lecz nie na punkty. Ed odbierał najtrudniejsze piłki, nawet takie, do których niemożliwe wydawało się dobiec. Tom zaproponował mu, żeby rozegrali mecz we dwóch. Eileen dostrzegła zakłopotanie w oczach Marie. Obie wiedziały, co się święci. Tom był reprezentantem Uniwersytetu Fordham, miał mocną zagrywkę i choć przed chwilą w deblu mieszanym dawał im fory, teraz wyraźnie chciał pognębić przeciwnika.

Mężczyźni zajęli pozycje i Tom od razu wystrzelił błyskawiczną piłkę, która odbiła się od kortu i trafiła w Eda. Drugi serw wpadł wprost na jego ręce. W ostatniej sekundzie wykręcił nadgarstek i odbił piłkę tuż nad siatką. Tom pomknął w jej stronę, ale zanim jej dosięgnął, dwa razy odbiła się od ziemi. Na przemian zdobywali punkty i wygrywali gemy. Ed serwował starannie i dokładnie, uderzenia odbierał z zacięciem i poświęceniem. Posyłał piłki do rogów, tuż przy siatce, i przeganiał przeciwnika po całym korcie. Tom wygrał seta, ale Ed, jako jedyny z ich towarzystwa, był tak blisko zwycięstwa.

Wrócili do Marie i Toma, żeby wziąć prysznic i się przebrać. Po drodze Eileen i Ed trzymali się za ręce. Eileen wolną ręką obciągała rąbek minisukienki. Na korcie czuła się w niej swobodnie, jak gdyby gra zapewniała jej alibi, ale teraz, poza kortem, miała wrażenie, że jest naga. Ed prezentował się znakomicie w stroju do tenisa, jakby urodził się po to, by go nosić.

– Gdzie się nauczyłeś tak dobrze grać w tenisa?

– Wcale nie gram dobrze.

– Moim zdaniem całkiem nieźle.

Ed odbijał piłeczkę o ziemię.

– Jednego lata sprzątałem Prospect Park. Czasami zostawałem po pracy, żeby pograć na tamtejszych kortach. Przychodził tam taki zawodowiec, który dał mi kilka rad w stylu: „Biegnij w tę stronę, gdzie twoim zdaniem poleci piłka. I w odpowiednim momencie uderz”.

– Ja też mam dobrą strategię – odezwała się Eileen. – Stoję nieruchomo. Pozwalam, żeby piłka mnie wyminęła i poleciała do ciebie.

– Zauważyłem. – Roześmiał się.

– Nie jestem taka szybka.

Zapach kapryfolium unosił się nad ogrodem. Ed włożył piłeczkę do kieszeni.

– Nie pozwoliłbym, żebyś przepociła tę sukieneczkę. – Przyciągnął ją do siebie, kładąc rękę na jej biodrze. – Tę kusą sukieneczkę. – Zatoczyli się lekko. – To nie byłoby eleganckie.

– To nie kusa sukieneczka, tylko strój do tenisa, Tarzanie – powiedziała, żartobliwie go odpychając. – I jest jak najbardziej przyzwoity. A więc zachowuj się.

Tom szedł przed nimi, obejmując Marie. Rakietę przewiesił przez ramię jak myśliwy strzelbę. Ubranie miał w swobodnym nieładzie, poły koszulki nonszalancko wystawały mu ze spodni, jakby chciał pokazać, że nigdy nie musiał się martwić o pieniądze, ale Eileen wiedziała, że to był tylko kostium, który miał mu pomóc wtopić się w otoczenie. Pracował w banku inwestycyjnym J.P. Morgan, lecz pochodził z Sunnyside i jego ojciec był robotnikiem, tak samo jak jej ojciec, a Fordham to w końcu tylko Fordham, a nie Harvard, Princeton czy Yale.

Gdy kelner podszedł do ich stolika, Tom zmarszczył nos i wskazał palcem jedną z pozycji w karcie win. Zapewne bał się, że źle wymówi obcą nazwę. Potem zamówił dla nich przekąskę, nie pytając, co chcieliby zjeść. Ed ścisnął lekko jej rękę. Poczuła, że przebiega między nimi impuls. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że wie, co Ed myśli nie tylko o Tomie, ale też o niej, o sobie, o życiu, i spodobało jej się jego podejście. Była gotowa spędzić całe życie, dostrajając się do krzepiącej częstotliwości jego myśli.

Nie był twardzielem, nie był też słabeuszem. Jakim słowem go nazwać? Wrażliwiec? Tylko to jedno przychodziło jej do głowy. Był wrażliwym mężczyzną. Wchłaniał to, co dostawał.

Nazywał się Leary, na wskroś po irlandzku, ale postanowiła, że i tak go poślubi.

8

Przodkowie Eda przyjechali do Nowego Jorku jeszcze przed wojną secesyjną. Największą dumą rodziny był prapradziadek, który przyłożył rękę do budowy okrętu USS „Monitor”. Ed mówił, że ojciec lubił dawać do zrozumienia, że jego przodek był jednym z projektantów okrętu, ale prawda była taka, że odbijał kartę w stoczni Continental Iron Works na Greenpoincie, gdzie wykonano kadłub.

Matka Eda, Cora, miała aksamitny głos i miły śmiech. Eileen spędzała z nią i Edem piątkowe wieczory; pili herbatę i jedli owsiane ciasteczka w kuchni mieszkania z amfiladą, w którym Ed się wychował i które mieściło się na Luquer Street w Caroll Gardens, tuż przy naziemnej linii metra F. Cora bez przerwy, nawet w chłodne dni, otwierała okna, żeby przewietrzyć duszne od ogrzewania pokoje. Eileen z przyjemnością patrzyła, jak koronkowe firanki powiewają na wietrze. Na przyległej parceli roiło się od kotów, które zwinięte w kłębek spały w starych oponach. Czasem wskakiwały na parapet, a wtedy Cora odpędzała je, wymachując ścierką do naczyń. Pociągi przetaczały się regularnie, swoim dudnieniem odmierzając czas. Gdy Eileen zbierała się do wyjścia, ręce Cory przygarniały ją do piersi. Wybuchy matczynej czułości nie przestawały zadziwiać Eileen, choć zawsze przyjmowała je tak samo. Przytulała się niezgrabnie, z tępym zaciekawieniem.

Ojciec Eda, Hugh, nie żył od kilku lat. Eileen wiedziała o nim niewiele; Ed dawkował informacje na jego temat, a Cora w ogóle o nim nie wspominała. Jedynym świadectwem jego istnienia była oprawiona w ramkę fotografia stojąca na małym stoliku. Uśmiechał się z niej zdawkowo, ubrany w płaszcz i kapelusz. Eileen wiedziała, że grał na pianinie w niemych kinach, że pieczętował puszki z farbą w fabryce Sapolina i dostał jednorazową premię, gdy wpadł na pomysł, żeby namalować wielką puszkę farby na jednym ze zbiorników wodnych na dachu miejskiego budynku, i że pracował jako aktuariusz w firmie ubezpieczeniowej Chubb, i że dzięki drugiej wojnie światowej wreszcie odnalazł w życiu cel.

Ed najchętniej opowiadał o wojennych doświadczeniach ojca, choć przecież nie mógł pamiętać tych czasów. Powtarzał więc rodzinne anegdoty.

– Zagadnięty o wojnę mógł o niej rozprawiać godzinami – mówił Ed.

Rząd apelował do cywilów, żeby chwytali się zajęć strategicznych, by pomóc ojczyźnie, dlatego Hugh wylądował w stoczni Todd Shipyard, gdzie przybijał płaty blachy stalowej do przegród i kadłubów uszkodzonych statków. Praca sama w sobie nie była inspirująca ani bezpieczna, ale Hugh lubił harówkę pod słońcem, ramię w ramię z innymi mężczyznami, zapach soli w powietrzu i poczucie wspólnego celu. Nie przejmował się złośliwością losu, który kazał rodowi Leary, od trzech pokoleń osiadłemu w Ameryce, pracować fizycznie na statkach.

Ed opowiadał, że ojciec wraz z innymi robotnikami przebudowywali zwykłe frachtowce w tankowce, wzmacniając ich kadłuby dodatkową warstwą metalu. Przekształcali też luksusowe liniowce w baraki transportujące wojsko. W latach świetności stoczni pracowali przy „Queen Mary”. Usunęli z niej meble i drewniane panele, a bary i restauracje zamienili w szpitale, wyposażyli w system gaśniczy i przemalowali na szaro. „Queen Mary” rozwijała prędkość tak dużą jak niszczyciele, do trzydziestu węzłów, podczas gdy przeciętny okręt podwodny osiągał zaledwie dziesięć. W 1943 roku przetransportowała szesnaście tysięcy ludzi z Londynu do Sydney bez eskorty kanonierki.

Pewnego wieczoru Eileen została dłużej u Eda. Cora położyła się spać. Siedzieli na kanapie, przetartej wzdłuż szwów, przez które wystawały kawałki wypełnienia. Eileen sięgnęła po stojącą na stoliku fotografię Hugh.

– Jaki był?

– Chyba taki jak inni ojcowie – odparł Ed. – Szedł do pracy i długo nie wracał. Nie bywał za często w domu.

– A jako człowiek? Próbuję go sobie wyobrazić, ale widzę tylko ten płaszcz i kapelusz.

Salon oświetlała jedna lampa stołowa. Było tu ciemno niczym w jakiejś spelunie. Cora wprawdzie ustawiła kilka uroczych figurek, ale nie zrobiła nic więcej, żeby uczynić mieszkanie bardziej przytulnym. Eileen teraz inaczej patrzyła na swoją matkę, która dbała o czystość i porządek, oraz na ojca, który wymieniał każdy zniszczony mebel. Ed się wychował bez tego.

– Lubił się śmiać – odrzekł Ed. – Opowiadał sprośne dowcipy. Z ust zawsze zwisał mu papieros. Wyglądał jak pies wywalający jęzor w upalny dzień. Zawsze się spieszył, zawsze kombinował.

– Co jeszcze? – zapytała, odkładając fotografię. Czuła, że tym razem Ed się przed nią otworzy. – Opowiedz mi więcej.

– Lubił sobie wypić – ciągnął Ed. – Nie było wtedy zbyt fajnie.

– Wiem coś o tym.

Zapadło milczenie.

– Przykro mi – odezwał się wreszcie. – Zasługujesz na coś lepszego.

Wzruszenie ścisnęło jej gardło.

– Wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko – wydusiła z siebie.

– Nawet gdybym miał coś do powiedzenia, nie umiałbym tego zrobić.

– Po prostu powiedz, o czym myślisz.

Milczał. Przestraszyła się, że za mocno nalegała. Ze zdenerwowania skubała narzutę na kanapie, ani przez sekundę nie spuszczając z niego wzroku. Powinna dać mu spokój i nie ryzykować, że go rozzłości albo zrazi do siebie, ale nie chciała powielać powierzchownych relacji, jakie łączyły ją z poprzednimi mężczyznami. Nigdy z nikim nie pragnęła tak bardzo rozmawiać jak teraz z Edem. Chciała mu powiedzieć rzeczy, których nigdy nikomu nie mówiła. Zawsze uważała, że odrobina tajemnicy jest nieodzowna w związku. Teraz po raz pierwszy w życiu czuła, że im lepiej pozna mężczyznę, tym bardziej będzie go pragnąć – nie odwrotnie.

– Pamiętasz Charliego McCarthy’ego? – odezwał się Ed po chwili. – Kukiełkę Edgara Bergena, tego brzuchomówcy? Ojciec mówił, że jestem do niej podobny.

Eileen złożyła ręce na kolanach i wstrzymała oddech, próbując ukryć ciekawość.

– Wykombinowałem sobie, że rozweselę ojca, jak będę udawał Charliego. Zacząłem ćwiczyć. Nauczyłem się naśladować jego głos. Gdy ojciec wracał z baru, wskakiwałem na kanapę i wykrzywiałem gębę. – Ed rozdziawił usta i otworzył szeroko oczy, patrząc przerażającym, pustym wzrokiem lalki. – Czasem się śmiał. Czasem kazał mi to skończyć i mówił, że wcale nie przypominam tamtej kukły. Nigdy nie wiedziałem, jak zareaguje. Pamiętam, jak ostatni raz zrobiłem tę sztuczkę. Śmiał się do rozpuku. Potem trzasnął mnie w pysk, łup! – Ed uderzył dłonią w blat stołu – i powiedział, żebym przestał robić z siebie pośmiewisko.

Ich ręce powędrowały do siebie. Ukryła jego dłoń w swoich rękach, pocałowała ją szybko i przysunęła się do niego.

Ed przyznał, że nigdy nie rozmawiał z matką o alkoholizmie ojca, ale domyślał się, że przed wojną ojciec nie pił.

– Gdyby wojna nigdy się nie skończyła albo gdyby pilnował porządku w parku, albo pracował na świeżym powietrzu, może wszystko ułożyłoby się inaczej.

Po wojnie Hugh wrócił do Chubba i cały dzień siedział za biurkiem. Nie miał żadnych zainteresowań.

– Kilka kolejek u Molloya. To był jego ulubiony sposób na przepędzenie lęków – stwierdził Ed. – Gdy wchodził do baru, wszyscy wznosili toast. On im stawiał, a oni się śmiali z jego żartów.

Gdy Ed miał dziewięć lat, matka wysyłała go w piątki po wypłatę ojca. Jeśli się spóźnił, czekał ich ciężki tydzień. Jeśli zdążył, ojciec i tak całkiem dobrze sobie radził. Miał piękny, aksamitny głos. Ze śpiewania na pogrzebach w kościele Świętej Marii z Morza wyciągał dwadzieścia pięć dolarów albo i dwie trzecie tygodniówki. Ed odkrył to przypadkiem, kiedy w ramach zajęć szkolnych służył do mszy jako ministrant.

– Wyszedłem z zakrystii z krzyżem – opowiadał Ed – i od razu go zobaczyłem. Śpiewał wówczas po raz pierwszy. Stał z boku i uśmiechał się, mocno zmieszany. Gdy nadeszła pora, zbliżył się do pulpitu. Zerkał na mnie z zakłopotaniem, jakbym go na czymś przyłapał. Może któryś z jego kumpli wiedział, że umie śpiewać, i naraił mu tę fuchę. Pamiętam, że miałem wtedy pewność, że wcześniej się napił. To było widać.

Pokiwała głową.

– Organy zagrały i zaczął śpiewać. Miał taką minę, jakby zaskoczyła go siła jego głosu, jakby słyszał go po raz pierwszy. Nie mogłem uwierzyć, że tak pięknie śpiewa. Całym sercem. Ludzie w kościele płakali.

– Mój ojciec nie umie śpiewać – wtrąciła. – Niestety, on sam uważa inaczej.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

Część II
14

Dostępne w wersji pełnej

Część III
15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

Część IV
35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

51

Dostępne w wersji pełnej

52

Dostępne w wersji pełnej

53

Dostępne w wersji pełnej

54

Dostępne w wersji pełnej

55

Dostępne w wersji pełnej

56

Dostępne w wersji pełnej

57

Dostępne w wersji pełnej

58

Dostępne w wersji pełnej

59

Dostępne w wersji pełnej

60

Dostępne w wersji pełnej

61

Dostępne w wersji pełnej

62

Dostępne w wersji pełnej

63

Dostępne w wersji pełnej

64

Dostępne w wersji pełnej

65

Dostępne w wersji pełnej

66

Dostępne w wersji pełnej

67

Dostępne w wersji pełnej

68

Dostępne w wersji pełnej

Część V
69

Dostępne w wersji pełnej

70

Dostępne w wersji pełnej

71

Dostępne w wersji pełnej

72

Dostępne w wersji pełnej

73

Dostępne w wersji pełnej

74

Dostępne w wersji pełnej

75

Dostępne w wersji pełnej

76

Dostępne w wersji pełnej

77

Dostępne w wersji pełnej

78

Dostępne w wersji pełnej

79

Dostępne w wersji pełnej

80

Dostępne w wersji pełnej

81

Dostępne w wersji pełnej

82

Dostępne w wersji pełnej

83

Dostępne w wersji pełnej

84

Dostępne w wersji pełnej

85

Dostępne w wersji pełnej

86

Dostępne w wersji pełnej

87

Dostępne w wersji pełnej

88

Dostępne w wersji pełnej

89

Dostępne w wersji pełnej

Część VI
90

Dostępne w wersji pełnej

91

Dostępne w wersji pełnej

92

Dostępne w wersji pełnej

93

Dostępne w wersji pełnej

94

Dostępne w wersji pełnej

95

Dostępne w wersji pełnej

96

Dostępne w wersji pełnej

97

Dostępne w wersji pełnej

98

Dostępne w wersji pełnej

99

Dostępne w wersji pełnej

100

Dostępne w wersji pełnej

101

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

2011

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej