Między światami - Marzena Filipczak

Między światami

5,0

Młody, przystojny i przebojowy mężczyzna prowadzi beztroskie życie, jednak powoli zaczyna chcieć czegoś więcej. Nagle budzi się w zupełnie nieznanym sobie miejscu, z wielką bolesną blizną na ciele. Jest słaby i nie pamięta nic z poprzedniego życia… Postanawia zawalczyć o siebie, choć nie wie nawet, kim jest. Czy uda mu się wydostać z przerażającego, ciemnego miejsca, gdzie został uwięziony?

Ta trzymająca w napięciu do ostatniej strony opowieść odkryje przed Wami zaskakującą historię…

Dodaj komentarz


Zdecydowana większość ludzi uważa, że kobieta sama nie powinna nigdzie jeździć – a już na pewno nie poza granice państwa – bo strach, bo coś złego może jej się stać… Dopiero, gdy ktoś nam udowodni, że nasze obawy są niepotrzebne, że wielu samotnie jeżdżącym kobietom w podróży nic nigdy się nie stało – dopiero wtedy nabieramy (my – kobiety) odwagi, by, tak jak nasze poprzedniczki, wyruszyć w wyjątkową, niezapomnianą podróż po świecie – i udowodnić następnym niepewnym, że samemu też można!

Dzięki książce Marzeny Filipczak „Między światami” miałam okazję przekonać się jak rzeczywiście wygląda podróżowanie kobiet. Autorka odbyła niełatwą podróż w dwóch trasach: z Gruzji, przez Rosję do Kirgistanu oraz z Turcji, przez Iran do Rosji i później, w drogę powrotną, na Ukrainę. Wymieniłam tylko kilka państw, które odwiedziła autorka, w rzeczywistości tych miejsc było naprawdę sporo. Każde inne, wyjątkowe, niepowtarzalne. A żeby lepiej zobrazować niezwykłość opisywanych przez podróżniczkę miejsc, w książce znajduje się wiele zdjęć, przedstawiających zwiedzane przez nią budowle, fascynujące widoki, spotkanych ludzi, niecodzienne dla Polaków przedmioty…

„Bycie podróżującą w pojedynkę kobietą daje mi błogosławieństwo, że wszyscy chcą się mną zaopiekować, pomóc mi i dopilnować, żebym bezpiecznie dotarła w kolejne miejsce. (…) jestem turystką, czyli czymś pomiędzy – jeszcze nie mężczyzną, ale też już nie miejscową kobietą, a istotą, na która patrząc z pobłażaniem, pozwala się jej na nieco więcej.”

Jak pisze sama autorka książki, Marzena Filipczak, podróżowanie kobiet jest możliwe, ale nie zawsze jest ono takie łatwe jak mogłoby się wydawać. Autorka bez tabu opisuje o pojawiających się na jej drodze trudnościach i przeciwnościach. Podróżowanie kobiety wiąże się ze sporą odwagą i determinacją w dotarciu do obranego celu. Podróżniczka zdecydowanie powinna mieć przynajmniej trochę męskich cech.

Dzięki tym zapiskom, możemy także poznać wiele nowych miejsc, które może nie należą do najbardziej popularnych obiektów turystycznych, ale z pewnością warto je odwiedzić i zobaczyć. Dzięki autorce poznajemy kulturę, obyczaje, zabytki innych krajów, o których nawet nie zawsze można przeczytać w tradycyjnych przewodnikach.

Dodatkowo, w ostatnim rozdziale książki, znajduje się „Alfabet od W do A”. Ten niecodzienny słowniczek z pewnością bardzo ułatwi podróżowanie po Azji młodym, nieszczególnie doświadczonym podróżnikom. Są w nim wyjaśnione w pigułce wszystkie najważniejsze pojęcia i kluczowe sprawy, o których każdy wybierający się w podróż powinien mieć jakiekolwiek pojęcie.

„Czy nie straszą mnie za każdym razem, że w pojedynkę nie dam sobie rady, że to trudne, niebezpieczne, nieodpowiedzialne i głupie? A potem okazuje się, że było o niebo łatwiej, niż się wszystkim wydaje?”

Mężczyźni mogą, ale kobiety nie powinny? A to niby dlaczego? Dzięki książce Marzeny Filipczak „Między światami” nabrałam odwagi! Dzisiaj z całą stanowczością uważam, że też mam prawo – i mogę – podróżować sama po całym świecie. Dzięki tej książce przekonałam się, że, nawet pozornie niebezpieczne wycieczki, nie powinny być przeszkodą dla żadnej kobiety. Drogie Panie, Marzena Filipczak udowadnia nam, że nie ma rzeczy nieosiągalnych, wystarczy tylko się odważyć. Wykorzystując jej cenną radę – powinniśmy przestać się bać, spakować najpotrzebniejsze rzeczy i – w brew opinii innych – wyruszyć w podróż w nieznane. Tak, właśnie tak!

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

 

 

I.
Gdzie ja jestem?

Policyjna syrena wdzierała się z ulicy do sypialni, a stąd do wnętrza mojej głowy, boleśnie wyrywając mnie z objęć snu. Zerwałem się i gwałtownie usiadłem. Wokół wciąż panowała noc. Gdy po chwili mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, spostrzegłem nikły blask ulicznej latarni rzucający delikatną poświatę na ścianę obok łóżka. Wzór firanki rozciągnięty nieforemnie po ciemnoszarej powierzchni wyglądał jak nierzeczywista sieć, którą metafizyczny pająk zarzucił właśnie na mnie. Chwytałem nikłe światło szeroko otwartymi oczyma i wsłuchując się w coraz cichszy dźwięk syreny, starałem się odświeżyć w pamięci obrazy, które nawiedziły mnie we śnie. Zakręciło mi się w głowie i rozglądając się, próbowałem nieporadnie opanować to dziwne uczucie. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio spałem spokojnie. Bardzo często szukałem snu, wpatrując się godzinami w ekran telewizora. Zmieniałem kanały bez zainteresowania. Patrzyłem beznamiętnie to na jakiś film, to na program sportowy lub kanał popularnonaukowy. Programowałem wcześniej odbiornik na automatyczne wyłączenie się, ale bardzo często bywało tak, że nadal nie mogłem zasnąć. Programowałem więc jeszcze raz. Gdy wreszcie zamykałem oczy, wystarczył byle hałas i wszystko zaczynało się od początku. Kilka godzin przed komputerem również nie było niczym dziwnym. Tym razem w łatwiejszym zaśnięciu pomogło mi kilka butelek piwa, które wysączyłem ze Skorkiem – jedynym przyjacielem, jaki mi jeszcze pozostał. Siedzieliśmy przy kominku i wpatrując się w tańczące płomienie, wylewaliśmy na siebie żale, które – jak zwykle – bardzo pomagała wyzwolić kombinacja piwa, płonących w kominku polan i odczuwana przez nas samotność. Zaczęło się zupełnie niewinnie. Poranny telefon z propozycją przejażdżki na motocyklach. Kilkugodzinna podróż przed siebie. Przepiękne, nastrajające nostalgicznie widoki, prędkość, wiatr, wolność. Powrót, zakupy i wreszcie bardzo długa rozmowa na tematy poruszane tylko w takich właśnie okolicznościach. Te – jak byłem w zwyczaju je nazywać – konferencje odbywały się zresztą dosyć regularnie. Podobnie jak częste były motocyklowe wypady w różne, czasami zupełnie niecodzienne miejsca. Moje dotychczasowe życie upływało według pewnego, na poły beztroskiego, na poły zaplanowanego schematu: praca, dom, relaks. O ile praca była koniecznością, bo z czegoś przecież trzeba żyć, a dom miejscem wykorzystywanym głównie do noclegu, to zabawa wypełniała mi każdą wolną chwilę. Takich wolnych chwil miałem zresztą naprawdę wiele. Jeszcze za czasów studenckich rozpocząłem staż w firmie reklamowej. Na początku biegałem z pocztą, zamawiałem pizzę i odbierałem telefony podczas nieobecności którejś z sekretarek. Ogólnie rzecz biorąc, odpowiadało mi to. Obowiązki właściwie żadne i odpowiedzialność praktycznie zerowa. Kasa z tego była niewielka, ale i moje wymagania nie były zbyt wygórowane. Zwłaszcza że praca ta niosła ze sobą nowe znajomości, nowe kontakty, nowe możliwości, nowe wszystko. Wiązało się z tym jeszcze coś. Były to spotkania integracyjne, wycieczki i inne firmowe imprezy. Właśnie w czasie tych spotkań uczyłem się życia i – stwierdzam to bez zbytniej przesady – nauka ta szła mi całkiem nieźle. Poza tym wiedza, którą wtedy chłonąłem, bardzo przydawała mi się w kontaktach z kobietami. W tym temacie bowiem byłem jak dotąd prawie zupełnie zielony. Cały wolny czas wykorzystywałem na motocyklowe szaleństwa i wszystko to, co szukający wrażeń młody facet może mieć bez większego zachodu. Dziewczyny, owszem, były, ale na drugim, może nawet na trzecim planie. Teraz jednak chciałem to wszystko uporządkować. Odgrodzić się grubą kreską od dotychczasowego życia. Czas nauki, zakończony dyplomem, zostawiłem daleko za sobą. W obecnych realiach i tak nie znalazłbym pracy w wyuczonym zawodzie. Choć kontynuowałem studia niejako siłą rozpędu, po ich zakończeniu planowałem rozpocząć zupełnie nowe, inne niż dotychczas życie. Stało się to łatwiejsze, gdy w firmie poznałem już wszystkich i powoli zaczynałem ich do siebie przekonywać. Poczułem się wtedy nieco pewniej i zaczynałem widzieć własną wartość. Szefowa podniosła mi pensję i otrzymałem własną firmową plakietkę z napisem „asystent”. Był to mój pierwszy awans, można by rzec: awansik. Potem jednak zupełnie nieoczekiwanie nastąpił następny. Czy jednak naprawdę bardzo mnie zaskoczył? Wiedziałem przecież, że w pracy awansowałem głównie dzięki temu, że regularnie uprawiałem seks z panią wiceprezes, co również mi bardzo odpowiadało. Byłem wszak niewyżytym, świeżo upieczonym magistrem, który jak dotąd nie wzbudzał zbyt wielkiego zainteresowania wśród koleżanek. Szefowa natomiast, mimo że prawie dwa razy ode mnie starsza, była piękną, zadbaną kobietą. Mówiło się, że zawsze zdobywała tego, kogo tylko chciała, ale była przy tym bardzo wybredna. Wielu facetów zabiegało o jej względy, ale odchodzili z kwitkiem. Tym bardziej schlebiało mi, że wybrała właśnie mnie. Była żoną dużo od siebie starszego mężczyzny, który wciąż gdzieś wyjeżdżał. Ona natomiast, jak każda normalna, zdrowa kobieta miała swoje potrzeby i musiała sobie z tym jakoś poradzić. Zmieniała partnerów, starannie ich dobierając. Chodziły słuchy, że jej mąż był dobrze poinformowany o wyczynach żony, jednak nie widział w tym wielkiego problemu, akceptując taki stan rzeczy. Żyli ze sobą na bardzo dziwnych zasadach. On wiecznie nieobecny, ona zarabiała na siebie, dbając o dobrą kondycję firmy. Bawiła się i żyła własnym życiem, w którym swoje miejsce znalazłem i ja. Tak to właśnie poznawałem tajniki gier miłosnych od ich podstaw do wymyślnych zabaw włącznie. Miałem, rzec by można, doskonałą, bardzo profesjonalną, prywatną nauczycielkę. Stałem się praktykiem i miłośnikiem seksu w każdej niemalże jego formie. W krótkiej karierze zawodowej stałem się młodszym asystentem, a gdy jeden z pracowników odszedł z firmy, awansowałem na jego miejsce. Miałem własne biurko, nienormowany czas pracy i trzy razy większe zarobki. Niestety, zwiększyły się też wymagania szefowej i to zarówno w kwestii zawodowej, jak i intymnej. Jeśli chodzi o sferę naszej intymności, problemów raczej nie było. Kłopot polegał na tym, że właściwie nie wiedziałem, co mam robić w kwestii zawodowej. Nikt nie chciał mi pomóc, a zażyłość z szefową wzbudzała wyraźnie wyczuwalną niechęć i ciągłe podszepty współpracowników. Starałem się nie wpadać w panikę i jakoś to wszystko ogarnąć. Minęło kilka tygodni, zanim wgryzłem się nieco w nowe obowiązki. Szefowa powtarzała wciąż, żebym nie martwił się niczym i dbał tylko o siebie i swoją kondycję. Cóż z tego, gdy w pracy miałem coraz więcej zajęć, a w zaistniałych okolicznościach nikt nie chciał kiwnąć nawet palcem, by ułatwić mi życie. Podchodziłem do tego z dystansem i nie ukrywam, że mimo wszystko odpowiadało mi takie życie. Choć w planach mojej szefowej pełniłem rolę specyficznej zabawki, nie myślałem o szybkiej zmianie tego stanu. Byłem wolny, miałem nieźle płatną pracę, w której nie musiałem się przemęczać, a szefowa co kilka dni zapraszała mnie na dobre jedzenie i jeszcze lepszy seks. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że ten stan nie może trwać wiecznie. Kiedyś przecież nastąpi moment, gdy coś się zmieni. Teraz jednak chciałem stanąć mocniej na nogach, kontynuować studia na nowym kierunku i odłożyć trochę grosza na przyszłość. Szukałem przecież własnego miejsca w życiu, a ten jego fragment wydawał się całkiem udany. Wydawałoby się, że ta sielanka jest urzeczywistnieniem potrzeb i szczytem samorealizacji młodego faceta. Jednak nie. Wrażenie wolności i swobody powoli ustępowało, a w jego miejsce pojawiało się nieodparte przeświadczenie, że to, co odczuwałem, jest tylko jej namiastką. Im więcej o tym rozmyślałem, tym bardziej dochodziłem do przekonania, że wszystko, co dzieje się wokół mnie, jest dziełem szalonego architekta, w którego projekcie jestem tylko małą kreską na marginesie kartki. Początkowy spokój i pozornie poukładane w schematy życie zaczęły dziwnie doskwierać. Czułem coraz częściej duszność i brak prawdziwej swobody. Z jednej strony chciałem i potrzebowałem stabilizacji i pewności bytu. Z drugiej jednak moja prawdziwa natura wyrywała się, szukając własnej przestrzeni i wolności. Wtedy właśnie stało się coś, co zburzyło moją rzeczywistość. Nic nie zapowiadało, jak na razie, jakichkolwiek większych zmian w moim życiu. Owszem, wiedziałem, że takowe muszą nieuchronnie nastąpić. Nie chciałem przecież utknąć w jakimś biurze na zawsze. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to tylko krótki przystanek na mojej drodze życia. Pracowałem więc, rzetelnie wypełniając swoje obowiązki, i szukałem wciąż sposobów, by pogodzić to z potrzebami duchowymi. Uczyłem się sumienności, punktualności, lojalności i pracowałem nad wyglądem zewnętrznym, co było w moim przypadku dość trudne, kłóciło się bowiem z dotychczasowymi młodzieńczymi nawykami.

Tego dnia miałem sporo pracy z wykonaniem zestawienia zamówień z ostatniego okresu i jak często ostatnio, tak i tego popołudnia zostałem dłużej w pracy. Próbowałem poukładać stertę papierów piętrzącą się przede mną na biurku i wklepać w tabelki dane, na które już od rana czekała koleżanka zza sąsiedniego biurka. Gdy byłem w połowie pracy, podeszła do mnie szefowa i powiedziała, żebym pakował manatki, bo zabiera mnie na imprezę. Właściwie nie zdziwiła mnie taka propozycja. Podobne zdarzały się już kilkakrotnie. Teraz też odpowiadało mi takie zakończenie dnia. Nie miałem żadnych planów na wieczór, a perspektywa dobrej zabawy zakrapianej jeszcze lepszymi trunkami przypadła mi do gustu. Zwinąłem więc wszystko do szuflady, zapisałem zmiany w dokumentach, założyłem marynarkę i zszedłem na dół. Szefowa siedziała już w uruchomionym aucie i niecierpliwie poprawiała makijaż. Usiadłem obok, przepraszając za to, że musiała czekać, i po chwili jechaliśmy już czarną terenówką za miasto do nieznanych mi ludzi. Miało tam być kilku jej znajomych, dobra muzyka, alkohol i luźna atmosfera. Jechałem w milczeniu, podczas gdy ona opowiadała z podnieceniem w głosie, jak będzie przyjemnie i miło. Trzymała przy tym rękę na moim udzie, poruszała palcami, drażniąc i podniecając mnie coraz bardziej. Podróż przeciągała się nieco, na co miały wpływ korki na trasie wylotowej z miasta i spora, jak mi się wydawało, odległość do pokonania. Po kilku minutach szefowa włączyła muzykę i podróżowaliśmy dalej w milczeniu, wsłuchując się w jakąś symfonię. Nie potrafiłem odgadnąć ani nazwy utworu, ani kompozytora, muzyka poważna nie leżała bowiem w centrum moich zainteresowań. Mimo to wydłużająca się podróż, monotonia mijanego otoczenia i przerwa w rozmowie powodowały, że muzyka doskonale wypełniała swoje zadanie w tym momencie. Wsłuchiwałem się w rytm, brzmienie i barwę poszczególnych instrumentów. Oparłem głowę o zagłówek, odprężyłem się i łączyłem przyjemność słuchania z niewątpliwą przyjemnością, której sprawczynią była prawa dłoń szefowej. Trudno powiedzieć, jak długo trwała podróż, ale gdy dojechaliśmy na miejsce i moim oczom ukazała się ogrodzona wysokim parkanem posiadłość, byłem już w doskonałym nastroju. Odprężony, zaciekawiony i podniecony czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Za automatycznie zamykaną bramą zobaczyłem pamiętającą chyba jeszcze przedwojenne czasy willę otoczoną wielkimi, rozłożystymi drzewami. Na dużym parkingu przed domem stało już kilka wypasionych aut. Gdy weszliśmy do hallu, od razu dało się wyczuć niepowtarzalny klimat wnętrza. Kilkanaście osób bawiło się już, wypełniając salon i przyległe pomieszczenia wesołymi rozmowami. Wokół słychać było cichą muzykę, mającą, jak mi się wydawało, dalekowschodnie korzenie. Od razu zostałem uściskany przez kilka kobiet i ich partnerów. Moja pani gdzieś zniknęła, a ja zacząłem krążyć po wielkim salonie i podziwiałem gustowny wystrój wnętrza. Po chwili dostałem do ręki szklaneczkę z różowym płynem o początkowo nieokreślonym, słodko-kwaśnym posmaku, a w usta włożono mi skręta. Zarówno alkohol, jak i zioło były miłym zaskoczeniem, a pierwsze wrażenie powodowało chęć picia i ciągłego dolewania. Zrobiłem to. Wypiłem wszystko i uzupełniłem pustą szklankę do połowy. Po chwili uczucie słodkiej błogości zmieniło się w miłe ciepło rozchodzące się z brzucha po całym, rozluźnionym już zupełnie organizmie. Odczuwałem to z lekkim podnieceniem, patrząc na smużkę dymu tańczącą nad żarzącym się skrętem. Jak dotąd nie paliłem, więc nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu. Ciekawość jednak zwyciężyła. Pociągnąłem delikatnie i natychmiast moimi wnętrznościami targnął spazmatyczny kaszel. Zrobiłem się czerwony, a oczy napłynęły łzami. Wzbudziło to lekkie zamieszanie wokół mnie. Powtórzyłem to jeszcze raz i znów krztusząc się, straciłem oddech. Goście śmiali się i poklepywali mnie po plecach. Po trzeciej próbie i „powtórce z rozrywki” szefowa objęła mnie i poprowadziła do toalety. Tam się wykaszlałem, po czym uspokoiłem oddech. Przemyłem twarz zimną wodą i wsparty na sporych rozmiarów wannie, patrzyłem na własne, falujące dziwacznie odbicie w lustrze. Moja opiekunka przytuliła mnie, pocałowała i poprowadziła do pokoju na górze, gdzie miałem chwilkę odpocząć i dojść do siebie. Usiadłem na wygodnej kanapie i pociągnąłem spory łyk kolorowego płynu. Oddałem szklankę mojej partnerce i rozparłem się w półleżącej pozycji, patrząc, jak machając dłonią, wychodzi z pokoju. Rozejrzałem się wokół. Przez okno po prawej wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Ścianę naprzeciwko pokrywało wielkie malowidło przedstawiające chyba jakąś bliżej nieokreśloną, biblijną scenę. Z sufitu spływały zwoje upiętego fantazyjnie sukna: z jednej strony oplatało ono obraz, z drugiej obejmowało kanapę, na której siedziałem. Wszystko, na co spojrzałem, zdawało się poruszać w dziwnym, falującym tańcu. Zza przymkniętych drzwi dochodził stłumiony dźwięk dalekowschodniej muzyki. Wydawał się on idealnie współgrać z falującym wnętrzem pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Zsunąłem się z oparcia, ułożyłem wygodnie na kanapie i po chwili odpłynąłem. Przed oczyma pojawiły się przepiękne, kolorowe, świetliste wzory. Były tak zachwycające, że chciałoby się zanurzyć w nich i tak pozostać już na zawsze. Znalazłem się w stanie, w którym nie docierają do człowieka żadne konkretne dźwięki, wyraźne obrazy ani znane zapachy. Wszystko, co widziałem i czułem, pochodziło z wnętrza mojej świadomości czy może raczej nieświadomości. Trudno racjonalnie wyjaśnić, na jakich zasadach i według jakich reguł działa ten proces. Czas i przestrzeń przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Płynąłem w oceanie cudownych barw, żeglując w stronę coraz jaśniejszego światła rozświetlającego wszystko przede mną aż po horyzont. A światło to zapraszało i kusiło urzekającym pięknem. Nie czułem nic prócz błogiego ciepła i niesamowitej wręcz lekkości. Trudno opisać słowami doznania, jakie odczuwałem w tamtych chwilach. Być może istnieje na świecie język, który posiada słowa i zwroty na tyle pełne i wieloznaczne, by móc użyć ich do opisania tego, co czułem. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to przecudowny, kolorowy obraz podświetlony falującymi blaskami, wewnątrz którego artysta umieścił pulsujące, magiczne światło. A wszystko to zbudowane w niesamowitej harmonii. Czułem, że powinienem wstać i dotknąć źródła tego światła. Miało ono w sobie jakiś niesamowity magnetyzm. Coś, co delikatnie, a jednocześnie stanowczo skupiało na sobie całą moją uwagę. Spróbowałem się podnieść, gdy nagle poczułem, że nie muszę nic robić. Wystarczyło, że o tym pomyślałem i już zbliżyłem się do źródła światła. Zrozumiałem, że nie działają tu żadne znane mi siły, a głównym napędem jest sama myśl. Początkowo świadomość tego stanu zauroczyła mnie, lecz po chwili zaniepokoiła, przeradzając się w jeszcze większą obawę. Z jednej strony czułem się bezpiecznie, z drugiej jednak wszystko było nowe i nieznane. Coś podpowiadało mi, że mogę być spokojny i nic złego nie może mnie tu spotkać. Odczuwałem jednak dziwny stan podniecenia i chciałem, musiałem wiedzieć, gdzie ja właściwie jestem. Co oznaczała ta świadomość bezczucia, beztroski i bezczasu? Nie wiem, jak długo trwałem w tym stanie. To, co stało się później, dosłownie mnie olśniło. Światło stało się bardziej intensywne, a zarazem mniej rażące. Ogarniało mnie teraz zewsząd, unosiło i mile pieściło, pociągając delikatnie w stronę, gdzie prawdopodobnie znajdowało się jego źródło. Ogarnął mnie cudowny błogostan. Postanowiłem poddać się mu i podążyć tam, skąd pochodziło. Nagle nastąpiła zaskakująca i nieoczekiwana zmiana. Wszystko, co dotąd widziałem, nagle zniknęło. Nastała ciemność tak nieprzenikniona i gęsta, że niemal namacalna. Już nie unosiłem się, kierując w stronę źródła światła. Już nie cieszył jego ciepły blask. Teraz dryfowałem zawieszony w czarnej mazi, ale nie to było najbardziej nieprawdopodobne. Wytrzeszczałem oczy, przynajmniej tak mi się wydawało, ale nie widziałem zupełnie nic. Przelatujące przez moją głowę obrazy ustąpiły miejsca dziwnemu odczuciu braku ciążenia. Braku jakichkolwiek doznań, prócz tego czegoś, co gęstniało wokół mnie z każdą chwilą. Uczucie bezczasu i lekkości zmieniło się w napierającą na mnie siłę niewiadomego pochodzenia. Brak ciążenia zmienił się gwałtownie w jego przesadną obecność. Odczuwałem to coraz wyraźniej i jednocześnie stawało się to coraz bardziej nieprzyjemne. Już nie byłem lekkim niebytem, lecz zwykłym ludzkim organizmem ściskanym coraz mocniej przez coś, co otaczało mnie zewsząd i bardzo mocno przytrzymywało mnie na miejscu. Nagle poczułem, że nadal mam nogi i ręce. To one same „powiedziały” mi o tym. Powiedziały przez ból. Tak, poczułem ból rąk i nóg. Byłem zupełnie zdezorientowany. W pierwszej chwili chciałem poruszyć się i odejść stamtąd. Było jednak jeszcze coś, co mnie unieruchamiało. Coś prócz bólu. Była to ciekawość, ogromna ciekawość tego, czym była otaczająca mnie przestrzeń, której nie widziałem, lecz którą czułem coraz wyraźniej, coraz boleśniej. Prócz ciężaru, najbardziej unieruchamiającego nogi i ramiona, czułem coraz większy ból. Ogarniał on teraz całe moje ciało i wciąż mocniej i mocniej napierał na pierś. Poczułem nagły wstrząs. Ból rąk i nóg stał się tak wielki, że usłyszałem swój krzyk. Docierał do mnie jakby zza ściany. Był stłumiony i mieszał się z innymi dźwiękami nieokreślonego pochodzenia. Krzyczałem i miotałem się, chcąc wstać i uciec stąd. Coś jednak z ogromną siłą przyciskało mnie i przytrzymywało na miejscu. Próbowałem rozejrzeć się, lecz nadal nie widziałem zupełnie nic. Sparaliżował mnie strach. Nie mogłem się poruszyć. Słyszałem tylko swój głos zniekształcony innymi, dziwnymi dźwiękami. Ból rąk i nóg jakby delikatnie się zmniejszył. Stał się raczej dziwnym, nieprzyjemnym doznaniem, możliwym jednak do zniesienia. Przestałem krzyczeć. Skupiłem się na otaczającej mnie przestrzeni. Nadal nic nie widziałem, cisza pulsowała w uszach, a nogi i ręce stały się nie tyle bolące, co niesamowicie ciężkie. Nie czułem już bólu. Tak jak gwałtownie ogarnął mnie poprzednio, tak nagle teraz ustąpił. Pozostał dziwny ciężar uciskający zewsząd bezwładne nadal ciało. Podjąłem kolejną próbę poruszenia się i, o dziwo, coś się zmieniło. Ciężar jakby zmalał i naciskał mocno tylko na pierś. Z trudem oddychałem, lecz… oddychałem. Czułem to. Po raz pierwszy od początku tych niesamowitych doznań zdałem sobie sprawę z tego, że moje płuca pracują. Jeśli tak, znaczyło to, że nadal żyłem. Powietrze wpływało przez szeroko otwarte usta do płuc i po chwili opuszczało je tą samą drogą. Gdy to zrozumiałem, do moich zmysłów poczęło docierać coraz więcej bodźców. Powrócił ból nóg. Nie tak silny jak poprzednio, lecz bardzo wyraźny. Wszechogarniająca ciemność powoli ustępowała. Tak jak czułem, że posiadam kończyny, tak teraz zdałem sobie sprawę z tego, że widzę. Mam oczy, które zaczynają ponownie działać. W pierwszej chwili zniknęła gęsta czerń, a zaczęły pojawiać się plamy nieokreślonego kształtu, koloru i jasności. Mieszały się ze sobą, przenikały i zamieniały miejscami. Miałem wrażenie szeroko otwartych oczu, lecz do mózgu nie docierał żaden wyraźny obraz. Właściwie nadal nic konkretnego nie widziałem. Nic, co pomogłoby mi zrozumieć. Nie byłem w stanie nic zrobić, nie mogłem spojrzeć tak jak wcześniej wokoło i zorientować się wreszcie, gdzie jestem.

W tej właśnie chwili dotarło do mnie, że zanim zaczęły się kłopoty, byłem na przyjęciu. Tak, przypomniałem sobie – pojechałem tam z szefową. Wracała do mnie pamięć, a wraz z nią nadzieja. Tak, zjadłem coś lub wypiłem i „odleciałem”. Za jakiś czas wszystko wróci do normy. Odzyskam świadomość, czucie, wzrok, równowagę. Odzyskam wszystko, co było przed…

No właśnie, przed czym?

Co mi się stało?

Dlaczego dotknęło to właśnie mnie?

Czy jestem nadal na imprezie?

Co robią pozostali?

Czy udzielają mi pomocy, czy może to ktoś z nich tak mnie urządził?

A jeśli tak, to czy nadal coś mi grozi? Co stało się ze mną, co stało się z moim ciałem i duszą?

Znowu strach i niepewność. Znowu pytania bez odpowiedzi. Choć zacząłem przypominać sobie, co działo się wcześniej, i wiedziałem, kim jestem, to nadal nie rozumiałem, co mnie spotkało i jak mam wytłumaczyć wszystkie moje odczucia i wizje.

Oczy nadal przekazywały do mózgu obraz przedstawiający mieszaninę jasnych i ciemnych plam. Spróbowałem potrzeć je dłońmi, ale nie mogłem unieść ramion.

Dlaczego wciąż coś mnie trzymało?

Co to było i dlaczego tak właśnie na mnie działało?

Gdzie tak naprawdę jestem? Gdzie?!

Co to za miejsce?!

Gdy wysilałem mózg, by dojść do jakichkolwiek wniosków, ponownie poczułem nogi. Poczułem je bardzo mocno i wyraźnie. Przeszył je niesamowitej siły ból. Był tak wielki, że krzyk, który wyrwał się z moich piersi, wypełnił całą przestrzeń wokół. Jeszcze nigdy nie odczuwałem tak wielkiego bólu. Jeszcze nigdy tak głośno i spazmatycznie nie krzyczałem. Jedyne, co czułem teraz, to ten ogromny ból, a jedyne, co słyszałem, to mój przeraźliwy wrzask. Nie potrafiłem tego opanować. Nie mogłem przestać krzyczeć. Próbowałem poderwać się, wstać, biec, uciekać. Chciałem coś zrobić, cokolwiek, co przerwie tę niesamowitą mękę.

Nagle wszystko ucichło. Przestałem krzyczeć, zniknął ból, zniknęło to, co dotąd odczuwałem, a ponownie pojawiła się ciemność. Nie wiedziałem, czy cieszyć się tym, czy martwić. Ciemność… A jednak nie mogłem porównać jej do ciemności znanej ze snu. Takiej, którą „widzimy” zamkniętymi oczyma. Byłem przecież świadomy. Co prawda nie czułem w tej chwili zupełnie nic, ale miałem świadomość istnienia i przeogromną chęć wyjaśnienia tego, co działo się ze mną i wokół mnie. Skoro ta świadomość wciąż dawała o sobie znać, za wszelką cenę chciałem, by była wciąż aktywna. Wtedy prawdopodobnie po raz pierwszy pomyślałem, że umarłem, a to, co dzieje się ze mną, jest tego mocnym dowodem. Czytałem wiele na temat śmierci. Wiele również o tym rozmawiałem i rozmyślałem. Bardzo interesował mnie ten temat i swego czasu sporo wiedziałem o śmierci klinicznej. Nieobce mi były również najróżniejsze teorie dotyczące tzw. życia po życiu. Zawsze chciałem przekonać się na własnej skórze, jak to jest. Co innego jednak czytać o tym czy rozmawiać, a co innego doświadczać na sobie. W pierwszej chwili, gdy tylko zmalał ból, opanowała mnie panika. Paraliżujący strach przed nieznanym. Żal za tym, co minęło bezpowrotnie. Dopiero w takich chwilach człowiek odczuwa prawdziwie wielką tęsknotę za życiem. Za tym wszystkim, co to życie uosabia, a co nie powróci już nigdy. Strach i ciekawość. No tak, ale czego właściwie ja się tak bałem? Bólu? Przecież nie odczuwam go już. Nieznanego? Ciekawość jest jednak o wiele silniejsza.

Co mogłem zatem zrobić?

Jak zrozumieć to, co właśnie działo się ze mną?

No dobrze – nie czułem już tego strasznego bólu. To rzecz bardzo pozytywna. Na wspomnienie o nim robiło mi się słabo. Skoro wiedziałem, że oddycham, skoro myślałem i wspominałem, czy możliwe jest, że umarłem? Bałem się tego, co za chwilę mogę sobie uzmysłowić. Bałem się właściwie wszystkiego, co jest teraz wokół mnie. Czego więc się właściwie bałem? Nic nie widzę. Niczego nie czuję. Niczego w znaczeniu negatywnym. Jedyne, co powinno mnie niepokoić, to właściwie tylko niemożność ogarnięcia otoczenia zmysłami. Wszystko, co w tym momencie odczuwałem, ograniczało się do odruchów. Nie mogłem się poruszyć, nie mogłem niczego zaobserwować ani wyczuć. Myśli, które opanowały mnie wtedy, ani na moment nie pozwalały uspokoić się i choć na chwilę ogarnąć tego, co działo się ze mną w nowej i jakże odmiennej od wszystkiego, co dotąd znałem, rzeczywistości. Najbardziej niepokoiła mnie chyba świadomość niemocy.

Co mógłbym zrobić, by choć minimalnie zmienić ten stan?

Czy jest to w ogóle możliwe?

A jeśli tak już pozostanie?

Jeżeli to będzie już na zawsze moją rzeczywistością?

Zawieszenie w próżni. Gdzieś, w jakiejś niezrozumiałej, ciemnej, obcej przestrzeni. Co miały znaczyć obrazy, które zagościły w mojej głowie po przybyciu na imprezę? No właśnie – impreza! Wracała pamięć miejsc i osób. Tak, pamiętam to! Wypiłem coś, wypaliłem. To jest przyczyna!

No dobrze, ale co dalej?

Jak wyrwać się z tego miejsca?

Właściwie, co to za miejsce?

Czy faktycznie wpadłem w jakąś wielką czarną dziurę?

Czy to, co odczuwam, istnieje tylko w mojej świadomości?

Myśli, które kłębiły się w mojej głowie, zdawały się rozsadzać ją od wewnątrz. Nie było to uczucie przykre czy dokuczliwe. Odczuwałem coś w rodzaju parcia, którego źródło mieściło się gdzieś w potylicy. Skupiałem się na tym odczuciu, ponieważ było to jedyne doznanie, które absorbowało teraz moje zmysły. Starałem się wyczuć siłę i rodzaj odczuwanych wrażeń. Tak bardzo pragnąłem zrozumieć sens całej tej sytuacji. Umiejscowić siebie w konkretnym miejscu i czasie. Wytłumaczyć sobie znaczenie doznań i obrazów, które stały się tak nagle moją nową rzeczywistością. Pamiętając to, co wydarzyło się poprzednio, bardzo delikatnie, z lękiem i obawą o powrót wielkiego bólu, postanowiłem się poruszyć. Ponieważ miałem nadal świadomość własnego ciała, spróbowałem poruszyć palcami prawej dłoni. Nic z tego. Nie czułem jej. Wiedziałem, że moje ramię leży obok, ale to wszystko, co mnie z nim teraz łączyło. Świadomość jego posiadania to nic wobec niemożności jego użycia. Co jednak mi to dawało? Co z tego, że posiadałem ramię i dłoń, skoro nie potrafiłem ich użyć? W tym momencie stało się coś, co w pierwszej chwili zaniepokoiło mnie, ale w następnej ucieszyło. Próba poruszenia dłonią spowodowała chęć spojrzenia na nią. Co należy zrobić, by skierować wzrok w danym kierunku? Nikt nigdy się nad tym nie zastanawia. To czynność prozaiczna, niewymagająca namysłu, automatyczna. W mojej sytuacji nie było to tak oczywiste. Nie mogłem się poruszyć. Nic nie widziałem. Nic nie słyszałem. Zaraz, zaraz! Czy nic nie słyszę? Przecież słyszałem już własny krzyk. Teraz jednak dotarło do mnie wrażenie o tyle dziwne i zaskakujące, co nieoczekiwane. Z jednej strony nie słyszałem żadnego możliwego do określenia dźwięku. Z drugiej jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że coś dziwnego jest tuż obok mnie. Coś, co emituje niesłyszalny, ale wyczuwalny dziwnym sposobem dźwięk. Zadawałem sobie wciąż nowe pytania:

Co to jest?

Gdzie znajduje się jego źródło?

Gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Gdzie ja jestem?!

II.
Kim jestem?

Czas i przestrzeń zatraciły swoją dotychczasową rolę. Wiedziałem już, że patrzę, ale nie widzę. Słucham, ale nie słyszę. Odczuwam, ale nie czuję.

Co to za miejsce?

Gdzie znalazłem się tak nagle i nieoczekiwanie?

Co to wszystko znaczy?

Skoro jestem tu, ale nie potrafię zrobić nic, co mogłoby ten stan zmienić, to gdzie ja właściwie jestem?

Kim ja jestem?

Czy wiem, kim byłem?

Czy pamiętałem swój wygląd sprzed?

No właśnie, sprzed czego?

Ile czasu upłynęło od chwili, gdy przestałem być sobą, a stałem się czymś, gdzieś?

Gdy czułem ból, wiedziałem, że mam ciało. Teraz byłem tylko samą świadomością.

Gdzie znalazłem się tak nagle i nieoczekiwanie?

Czy rzeczywiście pamiętam, kim byłem?

Czy wiem, kim jestem?

Czy pamiętam, jak wyglądam?

Boże wszechmogący!

Nie wiem!

Nie pamiętam!

Co się ze mną dzieje?!

Poczułem coś w rodzaju przebudzenia. Wrażenie było takie, jakby włączono odbiornik TV, ale ekran był nadal czarny. Pustka wokół była wszędzie, wkradała się do mego wnętrza i przenikała mnie na wskroś. Skoro się przebudziłem, oznacza to, że spałem lub straciłem przytomność. Nie wiem, jak długo to trwało.

Czy tylko krótką chwilę?

A może dłużej?

Boże, co się ze mną dzieje?

Dlaczego coś takiego mnie spotkało i właściwie co to wszystko ma znaczyć?

To, co w tej właśnie chwili dotarło do mojej świadomości, zdziwiło mnie i jednocześnie przeraziło. Zatęskniłem za bólem. Tak, zapragnąłem go poczuć. Ból jest możliwy wtedy, gdy mamy ciało. To ono jest tym, co może, co powinno boleć. Chcę go! Chcę mieć ciało, chcę cierpieć, chcę je poczuć, chcę wiedzieć, że żyję! Kolejna dawka pytań i życzeń. Kolejna porcja czegoś, czego nie znałem, nie rozumiałem, nie chciałem. Jedynym dowodem na moje istnienie była myśl. Jakie to paradoksalnie proste: „myślę, więc jestem”. Rany boskie, cytuję klasyków. Tak, myślę, rozmawiam sam ze sobą. Bez używania ust, bezgłośnie. Rozmawiam w myślach. Nie czuję własnego ciała, nie czuję ramion, nóg, tułowia. Nie czuję twarzy, ust, nosa. Nie czuję zupełnie nic. Potrafię jedynie myśleć. Każda próba poruszenia się to kolejny dowód na to, że nie mam czym poruszyć. W świadomości tkwi obraz mojego ciała, ale od zamysłu do czynu droga bardzo daleka. Tym bardziej że tu, gdzie byłem teraz, poruszanie się nie miałoby raczej większego sensu. Nawet gdybym czuł własne ciało, co mógłbym z nim począć? Gdzie pójść? Nic przecież nie widzę. Nie wiem nawet, czy mam powieki i czy są one właśnie otwarte. Nie wiem, czy mrugam nimi… Zaraz, przecież oczy wymagają nawilżania. Dlatego wciąż musimy mrugać. W przeciwnym wypadku rogówka robi się sucha, odczuwamy najpierw dyskomfort, potem pieczenie, w końcu ból. Tak, ból! Nie wiem, czy bardziej wmówiłem to sobie, czy rzeczywiście odczułem? Chyba bardzo tego pragnąłem. Nie, nic nie czuję. Wiem, co działoby się z długotrwale i szeroko otwartymi oczyma. Co to dla mnie oznacza? Albo są one wciąż zamknięte, albo ich nie mam. Tak, jak nie czuję całego ciała, tak nie czuję i oczu. Dlaczego miałoby być inaczej? Co dalej? Jak długo przyjdzie mi tkwić w tym stanie? Jak długo już w nim tkwię?

Ponowne wrażenie włączenia świadomości.

Dlaczego tak się dzieje?

Kto tym steruje?

Czy znów zasnąłem?

Czy znowu straciłem przytomność?

Ile trwało moje „wyłączenie”?

Co dzieje się wtedy ze mną?

Co jeśli mam jednak ciało, a opanował mnie jakiegoś rodzaju paraliż?

Czy ja leżę?

Stoję czy może wiszę?

Wciąż nie dawałem wiary temu, co mnie spotkało. Skoro jednak mogę myśleć, muszę to wykorzystać. Nie skupiać się na tym miejscu i czasie, lecz przypomnieć sobie wszystko, co mogłoby mi pomóc w zrozumieniu, co się stało, co się właśnie ze mną dzieje. Pamięć! Tak, pamięć może być do tego jedynym kluczem.

Dobrze, więc myśl, myśl.

Chwileczkę, kto ma myśleć, o czym?

Boże, nie pamiętam, nic nie pamiętam!

Dlaczego?!

Znów pustka. Znów włączenie świadomości. Znów dylemat miejsca i czasu. Pustka, a jednak coś się zmieniło. Nie wiedziałem jeszcze co. Nie potrafiłem zdefiniować różnicy między moim stanem przed i po ponownym włączeniu mojej świadomości. Czy chodziło o to miejsce? Nie. Zresztą o jakim miejscu mówię? Przecież nie wiem, gdzie jestem. Nic nie widzę. Nic nie słyszę. Nie słyszę własnego głosu. Mam tylko świadomość własnych myśli. Boże, czy to się dzieje naprawdę? Skoro nie czuję własnego ciała, czy jestem samą myślą? Zaczynam wariować. Skup się! Coś jednak jest nie tak. Coś… Tak! Tak!!! Mam oczy! Nadal nic nie widzę. Wciąż wokół panuje nieprzenikniony mrok, ale wiem, że jej mam! Czuję to! Czuję, że patrzę i… to najważniejsze… ja mrugam powiekami! Boże, jakie to szczęście. Jeśli tak, to znaczy, że może wszystko wróci do normy. Może po prostu zachorowałem? Jak to zachorowałem? Na co? Złapałem coś? Zaraz, zaraz, ale… Doznałem szoku. Ja nie tylko nic nie pamiętam, ale nie wiem nawet, jak wyglądam. Boże, ja nie pamiętam, jak mam na imię! Nie wiem, jak się nazywam!

Oczy. Tym razem poczułem wyraźnie, że je otwieram. Ciemność wokół odczuwałem niemal namacalnie. Namacalnie! Tak! NAMACALNIE!!! To, co stało się w następnej chwili, wywołało we mnie tak nieopisaną radość, że gdybym tylko mógł, roześmiałbym się. Poczułem dłoń. Poczułem, że mam prawą dłoń! Nie mogłem nią poruszyć, ale czułem wyraźnie, że ona leży obok mnie. Dotyka podłoża i jest moja. Na pewno moja. Czuję ją i zaraz nią poruszę. Potem poczuję całą rękę i resztą ciała! Ja mam ciało! Ja żyję! Nic jednak się nie wydarzyło. Rzeczywiście, czułem dłoń i coraz wyraźniej czułem ramię. Postanowiłem czekać. To, że właściwie nic nie pamiętałem, nie martwiło mnie już tak jak wcześniej. Owszem, nadal nie wiedziałem, kim byłem przedtem. Nadal moja pamięć ograniczała się do tego, co działo się w tym przerażającym, nieznanym miejscu. Wciąż nie potrafiłem ogarnąć zmysłami rzeczywistości, która mnie otaczała. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Jedyne, co czułem, to fakt posiadania oczu i prawego ramienia. Prawe ramię! Poczułem je całe! Ta świadomość ekscytowała mnie i dawała nadzieję. Może za chwilę, za jakiś czas poruszę nim. Może uda mi się je unieść i dotknąć dłonią… Czego miałbym dotknąć? Wokół nie ma nic, to znaczy nie wiem, co jest wokół. Niczego przecież nie widzę, mimo że na pewno mam otwarte oczy. No tak, ale sam fakt otwartych oczu to nie wszystko. Przecież niewidomi mają je otwarte, a mimo to nie widzą. Czy to spotkało właśnie mnie? Co wobec tego z moim ciałem? Nie, to nie może być prawda. Skoro jest jakiś postęp. Skoro coś zmienia się na lepsze. Skoro odzyskuję czucie w ręce. Cóż, poczekam. W końcu i tak nie wiem, gdzie i kim jestem. Nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Nie wiem właściwie zupełnie nic. Pozostało mi wierzyć, że jeżeli będzie mi powoli powracało czucie ciała, odzyskam też pamięć. Nie wiedziałem nadal, skąd się tu wziąłem. Nie pamiętałem niczego prócz tego, co działo się ze mną tutaj, w tej nieprzeniknionej ciemności. Nie znałem swojego położenia ani imienia. Czekać. Tak, pozostaje mi czekać. Zrozumiałem już, że nie mam najmniejszego wpływu na to, co się tutaj dzieje. Znalazłem się tu nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego. Ta świadomość powodowała przedziwne uczucie ni to lęku, ni zaciekawienia. Dlaczego nic nie pamiętam? Często słyszy się o tym, że ktoś stracił pamięć. Niczego ani nikogo nie poznaje. Czy to właśnie spotkało mnie? Raczej nie. Przecież prócz totalnej amnezji jest jeszcze to wszystko wokół. To, czego nie widzę, nie czuję i nie słyszę. Dlaczego nie odczuwam strachu? Człowiek podobno najbardziej boi się tego, czego nie zna i nie rozumie. W związku z tym powinienem być przerażony. Powinienem miotać się i krzyczeć. Jak jednak miałbym to zrobić, skoro nie mam nawet najmniejszej możliwości poruszenia się? Nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Oddech. Oddycham! Poczułem to wyraźnie. To właśnie mnie obudziło! Jeśli spałem. Jeśli to, co ogarnia mnie co chwila, to właśnie sen. Poczułem i usłyszałem. Tak, usłyszałem! Opanowała mnie wielka radość. Teraz wiedziałem na pewno. Ja żyję! Żyję i mam odruchy. Jeśli mam świadomość posiadania oczu, dłoni, jeśli oddycham – żyję! Nie martwiły mnie kolejne „wyłączenia” i ponowne „włączenia” mnie. Wręcz przeciwnie. Teraz kojarzyły mi się one z odzyskiwaniem siebie. Każde następne przebudzenie umysłu pozwalało mi na odkrywanie czegoś nowego. Najpierw przebudziła się moja świadomość. Potem myśl. Zacząłem zastanawiać się nad tym, co mogło mnie spotkać. Podejrzewałem, że umarłem, ale gdy jednak zaczęło powracać czucie własnego ciała, pojawiło się pragnienie poznania tego miejsca. Miejsca, które było dla mnie jedną wielką zagadką. Gdy zdałem sobie sprawę z tego, że nadal mam ciało, które powoli daje mi o sobie znać, opanowała mnie przedziwna euforia. Gdybym mógł to zrobić, na pewno uśmiechnąłbym się do siebie. Teraz powróciła świadomość oddechu. To było pierwsze tak oczywiste potwierdzenie tego, że ja żyję. Oddychanie to funkcja życiowa. Gdybym był tutaj tylko samą świadomością, a wszystko wokół i we mnie było złudą, oddychanie na pewno nie byłoby mi potrzebne. Skoro oddycham, musi być tu powietrze, a skoro ono tutaj jest… Tak, poczekam. Będę czekał na coś, cokolwiek, co pozwoli zrozumieć.

Dłoń! Obudziła mnie dłoń! Moja własna prawa dłoń. Ona drży! Czuję ją. Znów ją czuję! Palce w bardzo krótkich skurczach uderzały o podłoże. Prócz tego, że czułem dłoń, czułem, że na czymś leżę lub siedzę. Nie potrafiłem wyczuć, w jakiej pozycji znajduje się moje ciało, ale najważniejsze było w tej chwili to, że je mam. Już nie dziwiły mnie te, jak je nazywałem, „wyłączenia” świadomości. Przestałem zastanawiać się, jak długo trwały i ile ich tak naprawdę było. Skupiłem się na tym, co czułem tu i teraz, a odczucia te dawały mi nadzieję na zrozumienie choć w małej części tego, co się ze mną stało. Już nie chciałem na nic wpływać. Niczego przyspieszać. Czekałem, co przyniesie los. Wiedziałem, że mam nadal jakiś los, ponieważ byłem przekonany, że wciąż żyję. Postanowiłem płynąć z prądem. Nie walczyć z nieznanym. Nie stawiać oporu. Podświadomie wyczuwałem, że taki opór i tak byłby bezcelowy i bezsensowny. Było to swego rodzaju pogodzenie się z losem. Jednak to, co działo się z moim ciałem, wciąż bardzo mnie irytowało. Nie tak jak w początkowym okresie tej historii, ale nadal czekałem na jakikolwiek postęp. Ten postęp cieszył mnie i kazał spokojnie czekać na dalszy ciąg. Wciąż czułem drgające palce. Poruszały się bez mojego wpływu. Przez chwilę stukały jednocześnie, by za moment bardzo przyspieszyć i uderzać kolejno, począwszy od małego, skończywszy na wskazującym. Spróbowałem ingerować w ten swoisty rytm, ale niestety nie udało mi się to. Zauważyłem jednak pewną zmianę. Pojawiło się dziwne uczucie ciepła, które umiejscowiło się… Tak! Tak! Czułem je w przedramieniu, łokciu i barku. Moje palce poruszały się, więc oznaczało to, że pracują mięśnie przedramienia. Nawet jeśli były to mimowolne skurcze, oznaczały, że moja ręka jest wciąż tutaj, ze mną. Ta myśl bardzo dziwnie zadźwięczała mi w głowie. Na chwilę powrócił lekki niepokój. Jeśli mam głowę. Patrzę i słucham. Jeśli mam ramię, które poprzez bark łączy się z tułowiem. Skoro czuję, że żyję, muszę nadal posiadać tułów. To w nim nasz „konstruktor” umieścił przecież wszystkie organy wewnętrzne, które przez swoje działanie umożliwiają życie. Co jednak z resztą mojego ciała? Z jednej strony ogarnęła mnie swego rodzaju radość, że jestem w stanie cokolwiek odczuwać. Z drugiej jednak lekki niepokój znów zagościł w mojej świadomości. Moja dłoń wciąż lekko drgała. Palce z dużą częstotliwością stukały w podłoże. Właśnie – podłoże! Poczułem je pod sobą! Co prawda nie pod całym sobą, ale pod dłonią, ramieniem i głową. Tak, głową! Wiedziałem już, że leżę. Leżę na czymś płaskim. Czymś, co równomiernie czuję pod sobą. Jak dobrze mieć świadomość bytu. Jak dobrze czuć, że wracają odruchy i doznania. Jak dobrze…

Kolejne „wyłączenie”. Kolejne „włączenie”.

Który to już raz?

Czy to po prostu zwyczajny sen?

Czy tracę świadomość z innej, mniej oczywistej przyczyny?

Wbrew pozorom nie martwiło mnie to. Raczej zaciekawiało i popychało do rozmyślań i namysłu nad sobą. Nad tym, co czuję i jak to odbieram. Zastanawiałem się, czy te kolejne „wycieczki” w niebyt i powroty do świadomości odpowiadają rytmowi dnia i nocy. Ani wzrok, ani słuch nie pozwalały mi przecież na kontrolę upływu czasu. On jakby zatrzymał się dla mnie. Nie istniał w znanej mi postaci. Jedynym symptomem jego biegu był swoisty cykl „wyłączeń” i „włączeń” mojej świadomości. Ponieważ następowały one po sobie, wiedziałem, że czas płynie. Nie potrafiłem jednak ocenić tego, jak długo znajduję się w tym stanie, kiedy to się zaczęło i – przede wszystkim – nie mogłem zrozumieć i oszacować, ile ten stan może jeszcze potrwać. Mimo lekkiego niepokoju, nie odczuwałem strachu. Nie obawiałem się o moje bezpieczeństwo. Nie przeszkadzało mi, że nie potrafię przypomnieć sobie prawie niczego, co działo się ze mną, zanim znalazłem się w tej, jakże nowej dla mnie, rzeczywistości. Nawet to, że nie pamiętałem, kim tak naprawdę jestem, nie przerażało mnie zupełnie. Można by rzec, że stałem się obojętny na to, co wcześniej działo się ze mną. Jedyną rzeczą, która mnie poruszała, był brak wpływu na moje ciało. Miałem je przecież nadal. Zaczynałem je czuć. Co prawda nie podpowiadały mi tego, jak zazwyczaj, moje zmysły, ale cóż – przecież odczuwałem. Wszystko tu było inne. Wszystko było nieznajome. Gdybym mógł cokolwiek zobaczyć lub usłyszeć, zapewne inaczej wyglądałaby moja sytuacja. W tej chwili jednak mogłem tylko czekać. Nie wiedząc, na co. Nie wiedząc, jak długo. Nie wiedząc praktycznie nic.

To przebudzenie było odmienne od poprzednich. Przy ponownym „włączeniu” usłyszałem wyraźnie swój oddech. Nie było to w żadnym wypadku złudzenie ani inny, bardzo podobny dźwięk. To był na pewno mój własny oddech. Czy słyszałem go po raz pierwszy? Czy już wcześniej to zauważyłem? Czułem dłoń i część ramienia. Moje palce drżąc, wciąż postukiwały z dużą częstotliwością o podłoże. Łokieć leżąc, naciskał na nie delikatnie i czułem wyraźnie, że go mam. Podobne doznanie docierało do mnie z tyłu głowy. Mogłem spróbować wyobrazić sobie, że leżę na wznak z ramionami rozrzuconymi po bokach tułowia. Dziwiły mnie skurcze mięśni, ale cóż mogłem w tej kwestii począć? Oddychałem, a to znaczyło, że żyłem. Reszta się w tej chwili nie liczyła. Nieistotne było dla mnie, czy stało się ze mną coś naprawdę złego. W pewnym sensie dziwił mnie ten fakt, ale patrząc z drugiej strony, pomyślałem, że nie powinienem się martwić czymś, czego w rzeczywistości nie rozumiałem. Przecież zamartwianie się w niczym mi tutaj nie pomoże. Wsłuchiwałem się w swój oddech. Zacząłem nawet liczyć wdechy i wydechy, zastanawiając się, czy są płytkie czy głębokie. Z jaką częstotliwością oddycham? Czy będę czuł to nadal, czy znów coś się zmieni? Czy równocześnie z odzyskiwaniem czucia powróci pamięć? Oddech. Skupiałem się na nim. To on był teraz inspiracją dla mnie i to on pozwalał mi wierzyć w jakikolwiek sens tego, co się ze mną stało. Gdy wsłuchiwałem się w dźwięk, jaki wydawało przepływające przez usta i nos powietrze, zdałem sobie sprawę z tego, że skoro oddycham, moja pierś powinna unosić się i opadać. Nie wiem, czy bardziej chciałem w to uwierzyć, czy rzeczywiście to odczułem. W pewnym momencie oczyma wyobraźni zauważyłem jej ruch. Powolny, spokojny, rytmiczny, w górę i w dół. Zastanawiałem się nad drogą, jaką pokonuje powietrze wpadające przez nos, krtań, tchawicę i oskrzela do płuc, by potem w odwrotnym kierunku powrócić w przestrzeń nade mną. Gdy już prawie poczułem ruch klatki piersiowej, moją uwagę przykuło coś zupełnie innego, nowego. Było to coś trudnego do określenia. Coś, co było jednocześnie we mnie i poza mną. Zacząłem lokalizować źródło i rodzaj nowej zmiany, zdałem sobie sprawę z tego, że jest to dźwięk. Dźwięk, który nakładał się na odgłos mojego oddechu. Dźwięk, który był samym oddechem. Tak, słyszałem to wyraźnie. To mój oddech zmienił swój charakter. Stał się początkowo świszczący i płytki, by po jakimś czasie przekształcić się w dziwne charczenie i chrapanie. Równocześnie ruch klatki piersiowej, który poprzednio był delikatnym falowaniem, stał się dziwnym, raczej przykrym doznaniem przypominającym spazmatyczne podskoki. Odczułem to, a właściwie raczej usłyszałem wyraźniej jako stukanie dochodzące do mnie z tyłu głowy. Początkowo nie rozumiałem, dlaczego właśnie w ten sposób to odczuwam. Zapewne trwało to dłuższą chwilę, ponieważ dźwięk docierający do mnie zacząłem lokalizować gdzieś z tyłu głowy. Nie odczuwałem zupełnie nic, co mogłoby kojarzyć się z bólem, ruchem głowy czy czymkolwiek innym. Po chwili nastąpiło kolejne „wyłączenie”.

Zmiana, którą odczułem natychmiast po odzyskaniu świadomości, była czymś w rodzaju zaskakującej, miłej niespodzianki. Skurcze mięśni powodujące drżenie dłoni stały się jakby normalnością. Pamiętałem, że czułem je już wcześniej, zanim zasnąłem. Po „włączeniu” wciąż były ze mną. Pojawiło się natomiast coś nowego. Było to dziwne mrowienie z tyłu głowy. W miejscu, z którego dochodził do mnie wcześniej odgłos głuchego stukania, pojawiło się delikatne łaskotanie. Czułem, jak rozchodzi się na boki i ogarnia całą potylicę. Chyba po raz pierwszy tak dokładnie, niemalże namacalnie poczułem to, że mam głowę. Mrowienie nie ustawało, a ja z radością oddawałem się odbieraniu nowych bodźców. Nie chciałem zasypiać ponownie. Nie chciałem przerwy w odbieraniu bodźców, które do mnie docierały. Pragnąłem uczyć się siebie na nowo. Czekałem z utęsknieniem na jakiekolwiek nowe przejawy swojej aktywności. Chciałem powrotu. Pragnąłem wszystkiego, co mogłoby mi przypomnieć, co działo się wcześniej. Wiedziałem, że mam głowę, ramię, dłoń, tułów. Być może w innych okolicznościach taka wiedza nie powodowałaby wielkich emocji, ale dla mnie były to jedyne pewniki. Mrowienie z tyłu czaszki nie ustępowało. Uczucie to było nie tyle uciążliwe, co dziwnie znajome i zarazem bardzo ciekawe. Zastanawiałem się nad związkiem drżenia palców i mrówek w głowie.

Czy to dobry znak?

Czy powinienem się cieszyć, czy raczej martwić?

Gdy zastanawiałem się nad tym, ponownie usłyszałem swój oddech. Usłyszałem bardzo wyraźnie dźwięk towarzyszący wypuszczaniu powietrza płuc. Zaraz, zaraz, tak – przez usta!

Przez usta!!!

Chłód na języku i zębach!

Mam usta!

Boże wszechmogący!

Pomóż mi przez to przejść!

Pomóż mi to wszystko zrozumieć!

Oddycham, więc żyję!

Myślę, więc nie zwariowałem!

Słyszę, więc jest nadzieja na to, że zaczną działać i inne zmysły.

Kiedy to nastąpi?

Czy reszta mojego ciała zacznie również budzić się do życia?

Nagle prócz oddechu zacząłem słyszeć inny, trudny do zdefiniowania dźwięk. Było to coś w rodzaju dźwięku gwizdka. Zastanawiałem się, skąd mogę znać taki dźwięk. Szukałem w pamięci sytuacji, zdarzeń, miejsc, w których mógłbym go usłyszeć. Próbowałem odgadnąć, co mogłoby tutaj taki dźwięk emitować. Tutaj. W tym dziwnym miejscu. W ciemnościach.

Czy mam się tego dźwięku obawiać?

Czy obawiać się czegokolwiek?

Wciąż tyle pytań. Wciąż nowe pytania.

Co to wszystko znaczy?

Słuch. Słyszę. Słyszę coś.

Co to jest?

Coś nieokreślonego.

Szmer?

Świst?

Skąd pochodzi?

Co go wywołuje?

Kolejne przebudzenie. Kolejne „włączenie” świadomości. Kolejne pytania bez odpowiedzi. Ponownie pomyślałem, że umarłem. Skończyłem ziemską wędrówkę i znalazłem się gdzieś pomiędzy. Nie jest to niebo. Na pewno nie. Nie jest to też piekło. Czy jestem w czyśćcu? No tak. Co to za pytania? Jak wygląda niebo, a jak piekło? Przecież nikt tego nie wie. Nikt nie wie na pewno, czy te miejsca rzeczywiście istnieją. Nikt stamtąd przecież nie powrócił i nie opowiadał o nich. Być może to tylko próba sensownego tłumaczenia człowiekowi bezsensu śmierci. Coś przecież musi być później. Czy to coś stało się właśnie teraz moją rzeczywistością? Może to, co czuję, jest tylko mglistym wspomnieniem poprzedniego życia? Może umarłem i zanim dotarłem do nowego miejsca, coś się popsuło i utkwiłem w połowie drogi? Gwizd, słyszę gwizd! Co to może być? Skąd dochodzi? Jakie jest jego źródło? Staje się coraz głośniejszy i wyższy. Przechodzi w trudny do zniesienia pisk. Gdybym mógł, zakryłbym uszy i sam zacząłbym krzyczeć. Wydawało mi się, że dźwięk ten rodzi się wewnątrz mojej głowy, a jego siła za chwilę ją rozsadzi. Było to przykre, niemalże bolesne uczucie, a jednocześnie ciekawiło mnie i kazało poddać się mu i czekać. Czekałem. Nie wiem, ile trwało to czekanie. Wysoki jednostajny pisk rozsadzał mi czaszkę. Nie zaznałem nigdy dotąd podobnego uczucia. Byłem bezsilny wobec wszystkiego, co mnie otaczało. Choć nie potrafiłem niczego, co było wokół, nazwać. Niczego sprecyzować. Jedyne, co mógłbym uznać za jakikolwiek pewnik, to możliwość myślenia i prawdopodobne posiadanie głowy, tułowia i ramienia. Niewiele, a jednocześnie tak wiele.

W tym momencie wydarzyło się coś, co zburzyło moje i tak mgliste wyobrażenie o sobie i otaczającej mnie rzeczywistości. Nie wiem, czy można uznać to za kolejne przebudzenie. Nie potrafię tego porównać do poprzednich przebudzeń. Początek był podobny. Włączenie świadomości. Szybka analiza tego, co pozostało jeszcze w pamięci. Wsłuchiwanie się w siebie i w otoczenie. Wyczuwanie podłoża i próba wyobrażenia sobie, jak ono może wyglądać. Kolejne zadawane sobie pytania i ponowny brak odpowiedzi. Stukot palców i mrowienie w potylicy. Początkowo cichy, przechodzący w coraz głośniejszy pisk w uszach. Myślałem, że wszystko zaczyna się od początku i powoli przygotowywałem się na nadchodzące bolesne dźwięki. Miałem nadzieję, że po nich nastąpi wreszcie coś, co zmieni choć na moment obecny stan. Coś, co być może pozwoli mi na pełniejsze zrozumienie mojej sytuacji. Czekałem na cokolwiek nowego. Doczekałem się. Stało się coś tak niesamowitego, że w pierwszym momencie odczułem przeogromną radość. Gdybym tylko mógł, roześmiałbym się w głos. Niestety, nie mogłem tego zrobić. Nie mogłem, a po chwili nie chciałem. Dlaczego? Po kolei. Pierwszą rzeczą, jaką pamiętam, był obraz. Tak, OBRAZ!!! Ja widzę!!! Moja radość była tak wielka, że początkowo nie zwróciłem uwagi na rodzaj obrazu, na to, co widziałem, ani nawet na jego tło i głębię. Ja WIDZIAŁEM!!! W tym momencie jednak dotarło do mnie to, co się stało. Owszem, ja widziałem. Widziałem siebie, ale patrzyłem nie swoimi oczyma. Widziałem siebie i jednocześnie nie-siebie. Widziałem, ale czy na pewno? Może to tylko obraz powstały w moim umyśle? Może to sen lub wyobrażenie tego, co tak bardzo chciałem zobaczyć? Może… Czy już to widziałem? Czy widziałem cokolwiek? Chyba nie. Na pewno nie. Pamiętam to. Nie widzę. Czuję tylko coś, sam nie do końca wiem, co. Słyszę. A teraz widzę. WIDZĘ!!! Spróbowałem zamrugać oczyma. Nic. Jednak na pewno widzę. Widzę siebie.

Co to do licha może oznaczać?

Widzę, ale dlaczego nie patrzę, a widzę?

Czy to na pewno ja?

Wiem! Już wiem!

Patrzę na swoje odbicie! To lustro!

Spokojnie. Skupmy się.

Jakie lustro?

Dlaczego lustro?

Przecież prawdopodobnie wciąż leżę, nie poruszając się, nie widząc, nie słysząc. A teraz nagle widzę siebie.

Boże wszechmogący, czy to może być prawda?

Czy ja rzeczywiście otworzyłem oczy i patrzę na swoje odbicie?

Jeśli leżę nadal na wznak, lustro musiałoby być nade mną.

Czy ktoś je trzyma?

Czy jest ktoś przy mnie?

Widzę postać, ale obraz ten jest bardzo dziwny.

Rozpoznaję siebie, a jednocześnie jestem jakiś inny. Odmieniony i jakby mniejszy.

Zaraz, czy ja leżę, czy raczej siedzę?

Leżę, tak leżę.

To ja. Moja twarz, moje włosy, oczy. OCZY!!!

Co to ma znaczyć?

OCZY!!! Dlaczego są zamknięte?

Muszę się uspokoić.

Koniecznie muszę się uspokoić i przeanalizować to, co się stało. Przecież nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko ma jakiś sens. Nawet jeśli początkowo go nie dostrzegamy, on jest. Jest na pewno. To, co dzieje się tu ze mną, również musi mieć jakieś wytłumaczenie. Ale spokojnie. Jak to TU? Tu, czyli gdzie? Skoro widzę siebie, muszę się rozejrzeć. Muszę to zrobić. Spróbować popatrzeć dalej, poza moje odbicie. Spojrzeć w bok. Co tam jest? Przecież zazwyczaj nie stanowi to żadnego problemu. Wystarczy przenieść wzrok z postaci na tło, na to, co jest poza nią, na cokolwiek. Nie mogę tego zrobić. Dlaczego? No tak, przecież to, co widzę… Czy ja rzeczywiście widzę? Dotarło do mnie coś niesamowitego. Coś, co kolejny raz zburzyło mój pozorny, jak się okazuje, spokój. To tylko obraz. Gdybym faktycznie patrzył, nie widziałbym siebie samego, tylko poszczególne części mojego ciała. Ja jednak widzę całą swoją postać. Czemu jednak nie mogę mieć żadnego wpływu no to, jak patrzę? Widzę siebie, ale w przedziwny sposób nie mogę dostrzec tego, co jest obok, co jest poza mną, co jest wokół. To jednak ja. Poznaję wyraźnie siebie.

Jeśli tak, to dlaczego mam zamknięte oczy?

Skoro to jest moje odbicie, dlaczego ono na mnie nie patrzy?

Czy to naprawdę lustro?

Czy ja patrzę na siebie?

Może to nie jestem ja.

Może to tylko wytwór mojej wyobraźni?

Może ten ktoś jest tylko podobny do mnie?

Może ten ktoś faktycznie nie istnieje?

Skup się. Skup na tym, co widzisz. Cokolwiek to miałoby oznaczać.

Widzisz czy nie?

Patrzysz czy nie?

Patrz. PATRZ!

Dobrze, tak, widzę. Skupiłem uwagę na postaci przede mną. Mężczyzna, nagi mężczyzna. Okryty kawałkiem jakiejś tkaniny na wysokości bioder. Leży, tak, leży, ale nie potrafiłem sprecyzować, na czym. Ramiona wzdłuż tułowia, nogi lekko rozchylone. Głowa prosto, oczy zamknięte. Może to nie jest moje odbicie? Może to jakaś fotografia? Swego rodzaju plakat naturalnej wielkości. Naturalnej? No tak, przecież już wcześniej zauważyłem, że postać jest jakby mniejsza. Czy to ja? Próbowałem skupić się teraz na samej twarzy. Tak, to ja. Śpię. Widzę wyraźnie poruszającą się rytmicznie klatkę piersiową. To nie plakat. To nie jest żadna fotografia. To ja, moje odbicie. Zaraz, zaraz. To nie tak. To nie jest moje odbicie, a na pewno nie moje obecne, rzeczywiste odbicie w lustrze. Przecież ja patrzę, widzę, a on śpi. Jak mogę stwierdzić, czy to faktycznie jestem ja?

Czy pamiętam, jak wyglądam?

Czy wiem, jak wyglądałem przed…

Przed czym?

Kiedy i jak stało się to, co dzieje się teraz ze mną?

Co to za miejsce?

Na Boga, co to za miejsce?

Między światami

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-7942-475-7

 

© Mariusz Surmacz i Novae Res s.c. 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

Redakcja: Karolina Pospiszil

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk

Okładka: Paulina Radomska-Skierkowska

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.