Krążownik spod Somosierry - Karol Olgierd Borchardt

Krążownik spod Somosierry

0,0

„Krążownik spod Somosierry” powstał jako drugi tytuł w twórczości Karola Olgierda Borchardta, po wielkim debiucie literackim, jakim był „Znaczy Kapitan”. Książka jest zbiorem opowiadań, które dzieli dystans czasowy i przestrzeń geograficzna, niekiedy różni tło historyczne, scala natomiast osoba narratora i miejsce akcji , a jest nim statek i morze.

Ta książka, bardziej niż inne w twórczości Borchardta, zasługuje na miano wojennej, drugą jej część zdominowały bowiem wspomnienia z lat II wojny światowej; akcja w większości toczy się na pokładach statków handlowych i pasażerskich, na czas wojny przekształconych w transportowce wojskowe, wchodzące w skład sił alianckich. W tych okolicznościach humor sytuacyjny i językowy, towarzyszący całej twórczości autora, stanowi przeciwwagę dramatycznych wydarzeń i jest jego sprzeciwem wobec zła i bezsensownej śmierci.

Wartość historyczna tej książki przyczyniła się m.in. do przyznania jej autorowi w 1970 roku Srebrnego Medalu „Za zasługi dla obronności kraju”.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. (58) 536 17 57;

fax (58) 536 17 26

e-mail: ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

in­ter­net: www.ber­nar­di­num.com.pl

Opra­co­wa­nie re­dak­cyj­ne: Ewa Ostrow­ska

Ko­rek­ta:

Do­ro­ta Ko­bie­row­ska-Dę­biec

© Co­py­ri­ght by Ewa Ostrow­ska

Fo­to­gra­fie z ar­chi­wum Ewy Ostrow­skiej

Wy­da­nie VII

ISBN 978-83-62994-22-9

All ri­ghts re­se­rved

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­wych – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Egzamin

Dnie wy­peł­nio­ne przy­swa­ja­niem wie­dzy teo­re­tycz­nej wlo­kły się w Szko­le Mor­skiej w Tcze­wie dłu­go i mo­no­ton­nie, w prze­ci­wień­stwie do mie­się­cy spę­dzo­nych na mo­rzu na stat­ku szkol­nym „Lwów”, któ­re mi­ja­ły jak sen – nie­po­strze­że­nie szyb­ko.

Od go­dzi­ny ósmej rano od­by­wa­ły się wy­kła­dy na „kur­sach”, skrom­niej mó­wiąc, w kla­sach daw­nej szko­ły żeń­skiej. Na wnio­sek or­ga­ni­za­to­ra Szko­ły Mor­skiej i jej pierw­sze­go dy­rek­to­ra, in­ży­nie­ra mor­skie­go An­to­nie­go Gar­nu­szew­skie­go, w mar­cu 1920 roku gmach ten stał się pierw­szą w na­szych dzie­jach Alma Ma­ter Ma­ri­nien­sis, nad któ­rą 8 grud­nia 1920 roku po raz pierw­szy pod­nie­sio­no ban­de­rę. 21 lip­ca 1920 za­war­to w Ho­lan­dii umo­wę sprze­da­ży-kup­na, na mocy któ­rej fre­ga­ta o sym­bo­licz­nej dla nas na­zwie „Nest” (gniaz­do), wy­szu­ka­na przez in­spek­to­ra Szko­ły Mor­skiej, ka­pi­ta­na że­glu­gi wiel­kiej Gu­sta­wa Kań­skie­go, sta­ła się „Ko­leb­ką Na­wi­ga­to­rów”. Z ostat­nie­go masz­tu „Nest” zdję­to reje, prze­kształ­ca­jąc fre­ga­tę na bark, któ­ry jako sta­tek szkol­ny otrzy­mał nowe imię, „Lwów”. Pierw­szy dwu­ty­go­dnik li­te­rac­ki uczniów Szko­ły Mor­skiej, na­zwa­ny „Stel­la Po­la­ris”, uka­zał się 15 grud­nia 1920 roku.

O go­dzi­nie czter­na­stej trzy­dzie­ści koń­czy­ły się wy­kła­dy. Po obie­dzie, po­da­wa­nym w ol­brzy­miej sali gim­na­stycz­nej, moż­na było pójść do otwar­tej do go­dzi­ny szes­na­stej sy­pial­ni i wy­cią­gnąć się na łóż­ku. Pod­czas tej prze­rwy w na­uce naj­sil­niej na­wie­dza­ła nas no­stal­gia za do­mem ro­dzin­nym. Jej punkt kul­mi­na­cyj­ny zda­rzał się nie­odmien­nie przy dru­gim de­se­rze, czy­li przy spo­ży­wa­niu za­war­to­ści pa­czek przy­sła­nych z domu, któ­re tra­dy­cyj­nie były roz­dzie­la­ne bez resz­ty po­mię­dzy wszyst­kich ko­le­gów w sy­pial­ni.

Miłą po­obied­nią sje­stę prze­ry­wał bez­względ­ny uczeń służ­bo­wy, uzbro­jo­ny w pęk klu­czy. Po jego przyj­ściu na­le­ża­ło na­tych­miast sy­pial­nię do­pro­wa­dzić do sta­nu kwit­ną­ce­go, otwo­rzyć okna, a sa­mym prze­nieść się na „kurs”. Uczeń służ­bo­wy za­my­kał sy­pial­nię po do­kład­nym spraw­dze­niu jej sta­nu, za któ­ry był od­po­wie­dzial­ny przed dy­żur­nym wy­cho­waw­cą.

Na „kur­sie” roz­po­czy­na­ła się na­uka wła­sna. Jak na sza­rą nić ni­za­ły się żmud­ne, wy­ku­wa­ne w co­dzien­no­ści go­dzi­ny tak zwa­ne­go „na­umie­wa­nia się”.

Przed za­bra­niem się do na­uki na „kur­sie” wrza­ło przez do­brą go­dzi­nę, za­nim wy­ga­sły nie­cier­pią­ce zwło­ki spra­wy oso­bi­ste, nie ob­ję­te żad­nym re­gu­la­mi­nem.

Pra­wie każ­dy miał ja­kieś za­mi­ło­wa­nia, nie wszyst­kie moż­na było pod­cią­gnąć pod an­giel­skie hob­by, ale cel mia­ły po­dob­ny – po pro­stu dać wy­tchnie­nie od cią­głe­go my­śle­nia wy­łącz­nie o na­uce.

Sale „kur­so­we” były duże, je­śli się po­rów­na­ło je ze sto­sun­ko­wo ni­kłą licz­bą uczniów. W rogu sali przy oknie znaj­do­wa­ła się ka­te­dra – pod­wyż­sze­nie wraz z pul­pi­tem. Z prze­ciw­nej stro­ny, pod samą ścia­ną – trzy rzę­dy ła­wek, po kil­ka w rzę­dzie. Ław­ki były po­dwój­ne, prze­zna­czo­ne dla dzie­ci, tak że z tru­dem się w nich gnieź­dzi­li­śmy. Mię­dzy ka­te­drą a pierw­szym rzę­dem ła­wek znaj­do­wa­ła się nie­wiel­ka prze­strzeń, zaj­mo­wa­na zwy­kle przez ja­kąś fech­tu­ją­cą się parę. Szer­mier­ki w szko­le nie moż­na było uwa­żać za hob­by. To był na­łóg.

Naj­ład­niej na kur­sie fech­to­wał się „Pi­gieł”. Po za­pusz­cze­niu wą­sów mógł­by grać rolę Char­łam­pa i to pod­czas zdo­by­cia Ty­ko­ci­na w mo­men­cie zgo­nu księ­cia.

Pi­gieł wła­dał szpa­dą, pędz­lem, trze­ma ję­zy­ka­mi, smy­kiem, ba­tu­tą i for­te­pia­nem. Pod­czas obia­dów w sali gim­na­stycz­nej kwar­tet w bia­łych tro­pi­kal­nych mun­du­rach, dy­ry­go­wa­ny przez Pi­gła, grał naj­now­sze prze­bo­je. Do naj­bar­dziej ulu­bio­nych w tym cza­sie na­le­ża­ły Słod­ka dziew­czy­na z Bar­ce­lo­nyBra­wo bis.

Pi­gieł roz­po­czy­nał „na­ukę wła­sną” od kil­ku­na­sto­mi­nu­to­wej za­pra­wy szer­mier­czej – dłu­żej jego prze­ciw­nik nie wy­trzy­my­wał se­rii bo­le­snych tra­fień w żywe cia­ło. Każ­de tra­fie­nie było za­wsze wy­twor­nie od­sa­lu­to­wa­ne szpa­dą. Wszyst­kie tra­fie­nia pie­kły przez kil­ka dni, ale to nig­dy nie wpły­wa­ło na zmniej­sze­nie licz­by wal­czą­cych.

Pod­czas szczę­ku krzy­żu­ją­cych się ze sobą szpad dwóch na­stęp­nych szer­mie­rzy, któ­rym się wy­da­wa­ło, że każ­dy z nich jest zwy­cię­skim ka­pi­ta­nem Blo­odem, zdo­by­wa­ją­cym nie­przy­ja­ciel­ski okręt, Pi­gieł po­tra­fił pędz­lem wy­cza­ro­wać so­czy­stą akwa­re­lę, po czym spo­koj­nie za­brać się do na­uki.

Miej­sce od okna na pierw­szej ław­ce zaj­mo­wał „Dyz­io”, wiecz­nie za­to­pio­ny w or­ni­to­lo­gii lub dzie­łach Dar­wi­na w ję­zy­ku fran­cu­skim. Dyz­io, za­wdzię­cza­ją­cy swój przy­do­mek Że­rom­skie­mu, wła­dał rę­ka­wi­ca­mi bok­ser­ski­mi i przez to jego bę­ben­ki w uszach mu­sia­ły być po­pę­ka­ne, miał bo­wiem pierw­szy sto­pień mu­zy­kal­no­ści. W ję­zy­ku szkol­nym ozna­cza­ło to, że „roz­róż­nia, kie­dy gra­ją, a kie­dy nie”. Jed­no­cze­śnie był naj­lep­szym bram­ka­rzem dru­ży­ny pił­ki noż­nej w szko­le i naj­lep­szym znaw­cą li­te­ra­tu­ry ro­syj­skiej.

Obok Dyz­ia sie­dział sta­le za­ję­ty spraw­dza­niem ści­sło­ści swych wy­li­czeń „Za­ko­cha­ny”. Do osią­gnię­cia peł­ne­go szczę­ścia na zie­mi po­trzeb­na mu była kwo­ta dwu ty­się­cy trzy­stu dwu­dzie­stu pię­ciu zło­tych i pięt­na­stu gro­szy. Jej po­sia­da­nie po­zwo­li­ło­by mu się oże­nić i być szczę­śli­wym. W tę sumę wli­czo­ny był bu­kiet ślub­ny i noc­ne pan­to­fle dla nie­go i dla żony. Na ra­zie miał odło­żo­ną na ten cel kwo­tę, któ­rą wy­ra­ża­ły trzy ostat­nie cy­fry, przy czym pierw­szą od­dzie­lał od dwóch po­zo­sta­łych prze­ci­nek.

W ław­ce środ­ko­wej gnieź­dził się „Szkla­ny Czło­wiek”. Ten w nie­wia­do­my spo­sób na­uczył się pod­czas swe­go po­by­tu w Szko­le Mor­skiej ste­no­gra­fo­wać oraz bie­gle wła­dać ję­zy­kiem an­giel­skim. Wszyst­kie wy­kła­dy ste­no­gra­fo­wał, a na­zwę Szkla­ne­go Czło­wie­ka za­wdzię­czał Dyz­io­wi, któ­ry twier­dził o nim: żeby się nie roz­bić, wy­obra­ża so­bie, że nosi na gło­wie szklan­kę zim­nej wody i dla­te­go cho­dzi tak sztyw­no i ostroż­nie.

Za Szkla­nym Czło­wie­kiem sie­dział umysł naj­bar­dziej twór­czy na „kur­sie”, uczą­cy się „na siłę”, a nie „na ro­zum”, tak zwa­ny „Se­ma­for”. Z po­wo­du bra­ku pod­ręcz­ni­ków pol­skich mu­sie­li­śmy się po­słu­gi­wać pod­ręcz­ni­ka­mi w ję­zy­kach ob­cych. Se­ma­for nie­na­wi­dził no­wych nazw i sta­rał się wszyst­kie spo­lsz­czyć lub zmie­niał je na na­zwy daw­niej przy­swo­jo­ne. Rocz­ni­ki astro­no­micz­ne, z grec­ka zwa­ne efe­me­ry­da­mi, na­zwał – rów­nie grec­ką na­zwą – he­mo­ro­ida­mi. Funk­cji try­go­no­me­trycz­nej o ła­ciń­skiej na­zwie se­mi­ver­sus nie na­zy­wał in­a­czej, jak im­po­nu­ją­cą mu od dzie­ciń­stwa grec­ką na­zwą se­ma­for.

Nie mniej trud­no­ści spra­wia­ła mu teo­ria okrę­tu. Wy­kła­dał ją dy­rek­tor szko­ły, któ­ry ze zło­ty­mi me­da­la­mi ukoń­czył wy­dział na­wi­ga­cyj­ny i in­ży­nie­rię mor­ską. Skon­cen­tro­wa­na w nim na ta­kim po­zio­mie wie­dza na­wi­ga­to­ra i in­ży­nie­ra bu­do­wy okrę­tów wpra­wia­ła Se­ma­fo­ra w zro­zu­mia­łą pa­ni­kę pod­czas od­po­wie­dzi.

Wy­so­kość me­ta­cen­trycz­na była, we­dług Se­ma­fo­ra, abs­trak­cją ist­nie­ją­cą wy­łącz­nie w wy­obraź­ni dy­rek­to­ra i wo­bec tego moż­na jej się było na­uczyć tyl­ko na pa­mięć przez dłu­gie i upo­rczy­we po­wta­rza­nie ca­łych zdań. Ten sys­tem ucze­nia się Se­ma­for sto­so­wał i przy in­nych przed­mio­tach, czym o mało nie przy­pra­wił in­spek­to­ra Szko­ły Mor­skiej o cięż­ką cho­ro­bę.

In­spek­tor wy­kła­dał prak­ty­kę mor­ską, był – jak wszy­scy inni – wy­ma­ga­ją­cy, a po­nad­to dro­bia­zgo­wo do­kład­ny. Pew­ne­go razu Se­ma­for, od­po­wia­da­jąc in­spek­to­ro­wi na py­ta­nie, w jaki spo­sób ła­du­je się na sta­tek zwie­rzę­ta, po­łą­czył ze sobą nie­od­po­wied­nio wy­ku­te na pa­mięć zda­nia. W re­zul­ta­cie do­wie­dzie­li­śmy się, że na­le­ży ła­do­wać na sta­tek świ­nie po­wią­za­ne w pęcz­ki za ogo­ny. In­spek­tor, sły­sząc to, naj­pierw po­czer­wie­niał, po­tem zro­bił się fio­le­to­wy i siny, w koń­cu za­czął sam do sie­bie mó­wić. Co wów­czas do sie­bie po­wie­dział, po­zo­sta­ło na za­wsze jego ta­jem­ni­cą.

W środ­ko­wym rzę­dzie, w ław­ce pod ścia­ną, za­sia­da­li „żbik” i „Wit­ko­sio” – żywy do­wód pra­wa, że bie­gu­ny róż­no­imien­ne się przy­cią­ga­ją. Żbik ki­piał w ży­ciu co­dzien­nym, Wit­ko­sio w ma­rze­niach. Żbik był głów­nym part­ne­rem Dyz­ia do bi­cia w bę­ben­ki w uszach i ko­pa­nia pił­ki przy każ­dej oka­zji. Wit­ko­sio w tym cza­sie od­by­wał w my­ślach sa­mot­ne po­dró­że na jach­cie wśród po­łu­dnio­wych wysp Oce­anii. Zgod­nie tyl­ko uczy­li się an­giel­skie­go.

Róg sali zaj­mo­wa­ło sto­wa­rzy­sze­nie czte­rech, tak zwa­na – od pierw­szych li­ter na­zwisk – „Be­ce­jot­ka”. Sto­wa­rzy­sze­nie owo dwa razy w ty­go­dniu od­by­wa­ło ze­bra­nia. Na każ­dym ta­kim ze­bra­niu obo­wią­zy­wa­ło pół­go­dzin­ne prze­mó­wie­nie, któ­re z nie­zna­nych po­wo­dów za­wsze na­zy­wa­ło się „in­au­gu­ra­cyj­ne”. Prze­ma­wia­ją­cy, w do­wód wdzięcz­no­ści za wy­słu­cha­nie jego pół­go­dzin­nej mowy, mu­siał mieć przy­go­to­wa­ną ta­blicz­kę cze­ko­la­dy i ob­dzie­lał nią wy­trwa­łych słu­cha­czy. W sto­wa­rzy­sze­niu wy­róż­nia­ły się dwie wy­bit­ne in­dy­wi­du­al­no­ści: „ce”, któ­ry grał na gi­ta­rze i na beku, jako obroń­ca, w dru­ży­nie pił­ki noż­nej, i „ka”, któ­ry dą­żył do wy­ima­gi­no­wa­ne­go przez sie­bie ide­ału czło­wie­ka mo­rza wy­po­sa­żo­ne­go w ide­al­ną wie­dzę na­wi­ga­cyj­ną. „Ka”, jako wspól­ny wy­rzut su­mie­nia ca­łe­go sto­wa­rzy­sze­nia, cier­piał z po­wo­du nie­do­sko­na­ło­ści „Be­ce­jot” w pra­cy nad sobą i nada­rem­nie usi­ło­wał je po­rwać wła­snym przy­kła­dem, bę­dąc przy tym brat­nią du­szą in­spek­to­ra. Obaj za­mę­cza­li wszyst­kich, zmu­sza­jąc do sys­te­ma­tycz­no­ści i do­kład­no­ści w na­uce i pra­cy. Dwój­ka, „be” i „jot”, nie ścią­ga­ła na sie­bie swym za­cho­wa­niem szcze­gól­nej uwa­gi.

Ka­te­dra w rogu sali była nie­kie­dy przed­mio­tem spo­rów. Stwa­rza­ła bo­wiem do­god­ne wa­run­ki dla roz­ło­że­nia na pul­pi­cie pa­pie­rów i swo­bo­dę ru­chów dzię­ki sie­dze­niu na krze­śle. Ci, któ­rzy pro­wa­dzi­li roz­le­głą ko­re­spon­den­cję, sta­ra­li się wejść w jej po­sia­da­nie, re­zy­gnu­jąc z od­po­czyn­ku i dru­gie­go de­se­ru w sy­pial­ni, aby przed przyj­ściem in­nych za­jąć to wspa­nia­łe miej­sce. Naj­czę­ściej na ka­te­drze moż­na było zo­ba­czyć ze sto­sem li­stów, sko­ro­szy­ta­mi opraw­ny­mi w skó­rę, ko­lek­cją róż­no­ko­lo­ro­wych la­ków i świe­cą w lich­ta­rzu po­chło­nię­te­go pi­sa­niem wie­lo­ję­zycz­ne­go ab­sol­wen­ta szko­ły fil­mo­wej a obec­nie na­sze­go ko­le­gę „Sfo­rzę”.

Jego ród od cza­sów kró­lo­wej Bony pie­czę­to­wał się her­bem Sfo­rzów i nasz Sfo­rza dźwi­gał na swych bar­kach obo­wią­zek, z dzia­da pra­dzia­da prze­cho­dzą­cy na młod­sze po­ko­le­nie, utrzy­my­wa­nia łącz­no­ści po­mię­dzy sze­ro­ko roz­ga­łę­zio­ną ro­dzi­ną. Sfo­rza był bie­gły w sfra­gi­sty­ce (wy­raz ten nie­sły­cha­nie draż­nił Se­ma­fo­ra). Cho­dzi­ło po pro­stu o zna­jo­mość na­uki o pie­czę­ciach. Oce­nia­jąc hie­rar­chię ro­do­wą, sto­so­wał od­po­wied­niej bar­wy lak. Oso­by naj­bar­dziej czci­god­ne z wie­ku i urzę­du otrzy­my­wa­ły od nie­go li­sty pie­czę­to­wa­ne od­po­wied­nio sto­no­wa­nym bia­łym la­kiem. Przy­ciem­niał bar­wę laku, gdy blask i do­stoj­ność da­nej oso­by przy­ćmie­wa­ły się w jego oczach. Czer­wo­ne­go laku Sfo­rza nie uży­wał nig­dy, do­wo­dząc, że jest przy­wi­le­jem pocz­ty. Po­tra­fił w dłu­gich wy­kła­dach wdra­żać nas w hi­sto­rię pie­czę­ci Chin, An­glii i Fran­cji. Mó­wił o fi­ne­zji po­słu­gi­wa­nia się ar­se­na­łem la­ko­wym. Na przy­kład samo nie­co sko­śne od­bi­cie her­bo­we­go zna­ku wy­ra­ża­ło ze­rwa­nie sto­sun­ków z daną oso­bą, po­mi­mo że z tre­ści li­stu nie moż­na było tego wy­wnio­sko­wać.

W mia­rę roz­wo­ju ko­re­spon­den­cji za­czy­na­ła mu się ona wy­da­wać zbyt ogra­ni­czo­na. Krew­ni i zna­jo­mi nie byli do­sta­tecz­nie sil­nie roz­sia­ni po świe­cie. Sfo­rza za­tem wy­sta­rał się o mię­dzy­na­ro­do­wy kod fi­la­te­li­stycz­ny i za­czął ko­re­spon­do­wać ze wszyst­ki­mi za­kąt­ka­mi na kuli ziem­skiej. Naj­więk­szym po­wo­dze­niem cie­szy­ły się u nie­go ma­lut­kie wy­sep­ki, moż­li­we do wy­szu­ka­nia tyl­ko na szcze­gó­ło­wych ma­pach o du­żej ska­li. Oso­by jed­nak, z któ­ry­mi na­wią­zał w ten spo­sób ko­re­spon­den­cję, nie były tak zna­ko­mi­te, jak so­bie tego ży­czył, więc gdy prze­czy­tał w ga­ze­cie an­giel­skiej, że król An­glii, Je­rzy V, szu­ka na­byw­cy na jed­ną z wysp w ka­na­le La Man­che, sta­no­wią­cą jego pry­wat­ną wła­sność, Sfo­rza na­tych­miast na­pi­sał na kan­ce­la­rię jego kró­lew­skiej mo­ści i za­czął pro­wa­dzić per­trak­ta­cje w spra­wie na­by­cia tego kró­lew­skie­go za­kąt­ka. Do szko­ły przy­cho­dzi­ły li­sty, w któ­rych „król” ty­tu­ło­wał go: com­te. Otrzy­my­wał wspa­nia­le ilu­stro­wa­ne kon­spek­ty w im­po­nu­ją­cych opra­wach. Ilu­stra­cje da­wa­ły wy­obra­że­nie o uro­ku i pięk­nie wy­spy. Wie­czo­ra­mi stu­dio­wał na pod­sta­wie do­star­czo­nych bi­lan­sów do­cho­dy i roz­cho­dy, ja­kie go cze­ka­ły w przy­szłej re­zy­den­cji. Pro­szo­no go w li­stach o wy­zna­cze­nie por­tu, do któ­re­go mógł­by za­wi­nąć po nie­go mo­to­ro­wy jacht kró­lew­ski, by nasz com­te mógł na­ocz­nie się prze­ko­nać o wa­lo­rach ofe­ro­wa­nej mu wy­spy. Sfo­rza sta­le od­kła­dał ter­min po­dró­ży w cha­rak­te­rze kró­lew­skie­go go­ścia i tyl­ko skru­pu­lat­nie odej­mo­wał i do­da­wał, sie­dząc na ka­te­drze, ko­lum­ny cyfr. Znu­żo­ny tą czyn­no­ścią, zbie­rał sta­ran­nie swo­ją kan­ce­la­rię i ustę­po­wał miej­sca nie­cier­pli­wie cze­ka­ją­ce­mu na nie „Mi­strzo­wi Ma­gii”.

Mistrz sta­wał na ka­te­drze, kła­niał się wy­twor­nie, jak gdy­by za­miast kil­ku­na­stu ko­le­gów miał przed sobą au­dy­to­rium zło­żo­ne z do­bo­ro­wej pu­blicz­no­ści. Prze­mó­wie­nie swe roz­po­czy­nał nie­zmien­nie od słów: „pro­szę pań­stwa” i de­mon­stro­wał przy­wie­zio­ne z domu „eks­po­na­ty” lub znaj­du­ją­ce się pod ręką przed­mio­ty, któ­re jego sło­wa zmie­nia­ły w rze­czy nie­zwy­kle cen­ne, nie­kie­dy wprost cu­dow­ne lub ge­nial­ne.

Wy­stą­pie­nia były ma­ka­brycz­ne, bo de­mon­stro­wał tru­pie czasz­ki: małe i duże. W jed­nej ręce trzy­ma­jąc wy­so­ko mniej­szą czasz­kę, gło­sem peł­nym prze­ję­cia i wia­ry w to, co mó­wił, wy­ja­śniał, że jest to ory­gi­nal­na czasz­ka Go­ethe­go, gdy ten miał lat je­de­na­ście. – Na czasz­ce – mó­wił Mistrz, wo­dząc pal­cem po skle­pie­niach nad oczo­do­ła­mi – już w tym okre­sie wi­dać za­po­wiedź ge­nial­no­ści, co po­twier­dza w ca­łej roz­cią­gło­ści ta tu wła­śnie le­żą­ca więk­sza czasz­ka po­ety, któ­rą uda­ło mi się zdo­być.

Ten pro­gram szyb­ko się wszyst­kim znu­dził. Mistrz mu­siał przejść do spraw ak­tu­al­nych. De­mon­stru­jąc małą drew­nia­ną roz­pór­kę do za­bez­pie­cza­nia szyb przed roz­bi­ciem po otwar­ciu okna i pół­me­tro­wą drew­nia­ną li­nij­kę z po­dział­ką mi­li­me­tro­wą, Mistrz ob­ja­śniał, że jest to in­stru­ment nie­daw­no przez nie­go wy­na­le­zio­ny, z któ­re­go po­mo­cą roz­wią­zy­wa­nie ra­chun­ku róż­nicz­ko­we­go i cał­ko­we­go jest do­słow­nie igrasz­ką dla dzie­ci.

– Pro­szę pań­stwa, funk­cja jest w mo­jej le­wej ręce, a funk­cja po­chod­na w pra­wej ręce. Je­śli prze­su­nę swą funk­cję po­chod­ną, któ­ra do­zna pew­ne­go przy­ro­stu, to i jej funk­cja do­zna od­po­wied­niej zmia­ny. Róż­ni­ce przy prze­su­wa­niu są tak nie­zmier­nie małe, że nie mo­że­my ich na­wet na­zwać „róż­ni­ca­mi”, lecz „róż­nicz­ka­mi”.

Je­śli prze­cho­dzą przez krań­ce li­nij­ki, to prze­cho­dzą przez swe war­to­ści mak­sy­mal­ne i mi­ni­mal­ne. In­a­czej mó­wiąc, je­śli po­chod­na funk­cji rów­na się zeru, przy­kła­dam mniej­szą część mego uni­wer­sal­ne­go su­wa­ka do jed­ne­go z koń­ców li­nij­ki, wów­czas moja funk­cja prze­cho­dzi przez mi­ni­mum lub mak­si­mum, któ­re – jak wspo­mnia­łem – każ­de dziec­ko od­czy­ta na li­nij­ce.

Je­śli krzy­wo trzy­mam li­nij­kę, po­su­wa­jąc mniej­szą część su­wa­ka jako stycz­ną – to pro­wa­dzę stycz­ną do krzy­wych, wszy­scy pań­stwo wi­dzą do­kład­nie kie­ru­nek stycz­nej.

Je­śli do su­wa­ka do­dam zwy­kły kie­szon­ko­wy ze­ga­rek i za­no­tu­ję mo­men­ty, w któ­rych ko­lej­no znaj­do­wa­ła się moja mniej­sza część su­wa­ka, to znaj­dę za­leż­ność dro­gi y od cza­su x, a moja po­chod­na ozna­cza pręd­kość w da­nym cza­sie x.

Jak sza­now­ni pań­stwo ob­ser­wo­wa­li, wszyst­ko od­by­ło się tak szyb­ko, że ruch ten pań­stwo mogą uwa­żać za jed­no­staj­ny.

Jesz­cze parę słów o ta­jem­ni­czej cał­ce. Jak pań­stwo nie zdą­ży­li na­wet za­uwa­żyć, róż­nicz­ka była nie­skoń­cze­nie ma­łym przy­ro­stem funk­cji. Cała moja funk­cja to suma przy­ro­stów. W ten spo­sób mo­że­my zna­leźć dłu­gość li­nii krzy­wych i pól mo­jej li­nij­ki. W tym wy­pad­ku do­ko­na­li­by­śmy wspól­nie cał­ko­wa­nia, na­tu­ral­nie w ozna­czo­nych gra­ni­cach, a ra­chu­nek cał­ko­wy jest od­wrot­ny do róż­nicz­ko­we­go. Cze­go pań­stwu do­wiódł mój su­wak uni­wer­sal­ny.

Nie mniej­szym po­wo­dze­niem od żon­gler­ki po­ję­cia­mi ma­te­ma­tycz­ny­mi cie­szy­ły się wy­czy­ny Mi­strza z kulą do ci­ska­nia. Cięż­ka, kil­ku­fun­to­wa kula to­czy­ła się jak żywa z jed­nej ręki wznie­sio­nej i wy­krę­co­nej do tyłu, two­rzą­cej nad ka­te­drą jak gdy­by ra­mię krzy­ża, prze­ta­cza­ła się nad łok­ciem, wta­cza­ła się na bark i nad ugię­tą w tym mo­men­cie szy­ją prze­cho­dzi­ła na dru­gi bark, by po wy­cią­gnię­tej dru­giej ręce, two­rzą­cej ra­mię krzy­ża po­chy­lo­ne ku pod­ło­dze, znów prze­to­czyć się nad łok­ciem i wpaść w roz­sta­wio­ne pal­ce dru­giej ręki.

Te­raz Mistrz pod­no­sił rękę trzy­ma­ją­cą kulę do góry i kula za­czy­na­ła się to­czyć z po­wro­tem w kie­run­ku za­chę­ca­ją­cych ją do tego pal­ców tej ręki, z ja­kiej bieg swój roz­po­czę­ła. Był to naj­bar­dziej efek­tow­ny nu­mer, jaki da­wał mu cał­ko­wi­cie za­słu­żo­ny ty­tuł „Mi­strza Wiel­kiej Ma­gii”.

W mia­rę jak koń­czy­ła się zima, przy­by­wa­ło dnia i przy­by­wa­ło co­raz wię­cej na­uki na kur­sie. Co­raz mniej po­świę­ca­no cza­su na hob­by. Nie­któ­rzy uczy­li się do póź­na w nocy, inni wsta­wa­li o go­dzi­nie czwar­tej rano. Woź­ny, peł­nią­cy służ­bę w nocy w gma­chu, otrzy­my­wał ze zbli­ża­niem się eg­za­mi­nów co­raz wię­cej kar­tek, na któ­rych z ma­ły­mi zmia­na­mi do­ty­czą­cy­mi szcze­gó­ło­wych da­nych wid­niał na­stę­pu­ją­cy tekst: „Pa­nie Ma­jo­row­ski, pro­szę mnie obu­dzić o go­dzi­nie czwar­tej rano. Sy­pial­nia siód­ma, dru­gie łóż­ko od ścia­ny z pra­wej stro­ny”.

Te sto­sy kar­tek ozna­cza­ły, że trze­ba albo umieć, albo opu­ścić szko­łę – in­ne­go wyj­ścia nie było. Szko­łę za­czy­na­ło na kur­sie trzy­dzie­stu. Do­tych­czas koń­czy­ło ją, po­czy­na­jąc ko­lej­no od daty otwar­cia, pięt­na­stu, trzy­na­stu, dzie­wię­ciu, sied­miu.

Na­le­ża­ło więc umieć. Eg­za­mi­na­to­rzy byli tak samo bez­względ­ni jak mo­rze, któ­re nie uzna­wa­ło po­wie­dze­nia „ja­koś to bę­dzie”.

Eg­za­mi­nów bali się wszy­scy. Każ­dy mógł się po­tknąć przy wy­pro­wa­dza­niu wzo­ru z de­wia­cji lub astro­na­wi­ga­cji, ale nie­unik­nio­na klę­ska wi­sia­ła nad Mi­strzem Ma­gii. Mistrz z ła­two­ścią żon­glo­wał róż­nicz­ka­mi, lecz nie mógł opa­no­wać ję­zy­ka an­giel­skie­go.

Już na pierw­szym kur­sie ko­le­dzy ra­dzi­li mu, by zo­stał zię­ciem wy­kła­dow­cy ję­zy­ka an­giel­skie­go, ka­pi­ta­na au­striac­kiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, żo­na­te­go z An­giel­ką, któ­re­go cór­ka Bet­ty cie­szy­ła się ogrom­nym po­wo­dze­niem. „Ona jed­na – mó­wi­li – może cie­bie ura­to­wać od ścię­cia na eg­za­mi­nie, je­śli po­wie ojcu: mój ci jest, mój ci jest. By­ło­by zu­peł­nie tak, jak w Krzy­ża­kach. Bet­ty mo­gła­by ode­grać rolę Da­nu­si, a ty Zbysz­ka”.

Nie­ste­ty. Za­in­te­re­so­wa­nia Mi­strza szły w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku, wo­bec cze­go je­dy­na dro­ga ra­tun­ku, jaką wi­dzie­li ko­le­dzy, zo­sta­ła za­mknię­ta z po­wo­du jego sa­mo­bój­czej mi­ło­ści skie­ro­wa­nej nie do Bet­ty. Był to „śmiech przez łzy”, ale tyl­ko do mo­men­tu, w któ­rym trze­ba było zda­wać eg­za­min.

Mistrz znał al­fa­bet an­giel­ski, ale nie miał po­ję­cia, któ­rą li­te­rę jak się wy­ma­wia. Czy­ta­jąc tekst an­giel­ski, wy­ma­wiał wszyst­kie sło­wa tak, jak gdy­by czy­tał sło­wa rdzen­nie pol­skie. Od dzie­ciń­stwa przy­swo­jo­nej li­te­ry „i” jak „i” nie po­tra­fił zmie­niać na „aj”.

„Z ja­kiej ra­cji AJ?” – to była dla nie­go praw­dzi­wa ma­gia.

Nie wszy­scy ko­le­dzy mo­gli do­rów­nać Szkla­ne­mu Czło­wie­ko­wi w umie­jęt­no­ści opa­no­wa­nia za­sad wy­mo­wy, gra­ma­ty­ki i skład­ni an­giel­skiej, uzna­jąc nie­któ­re z nich za zbyt za­wi­łe. Ale Mistrz dy­stan­so­wał na­wet tych naj­słab­szych – wszyst­ko, co do­ty­czy­ło ję­zy­ka an­giel­skie­go, było dla nie­go już nie za­wi­łe, ale wręcz, jak sam to okre­ślał, mgli­ste i nie­uchwyt­ne.

Po­mi­mo jed­nak nie­unik­nio­nej i oczy­wi­stej dla wszyst­kich klę­ski Mistrz Ma­gii po­sta­no­wił wal­czyć. Szy­ko­wał się do eg­za­mi­nu pi­sem­ne­go.

Po­nie­waż na­ucze­nie się na pa­mięć kil­ku­dzie­się­ciu wy­pra­co­wań prze­ra­bia­nych w cią­gu lat, a wła­ści­wie „wku­cie” ich pi­sow­ni, prze­kra­cza­ło moż­li­wo­ści ludz­kie, na­wet je­śli się no­si­ło za­słu­żo­ny ty­tuł Mi­strza Wiel­kiej Ma­gii, Mistrz do­szedł do wnio­sku, że ze wszyst­kich te­ma­tów moż­na uło­żyć je­den te­mat uni­wer­sal­ny, zmie­nia­jąc wy­łącz­nie ty­tuł. Mógł to być „Wy­ciąg z dzien­ni­ka okrę­to­we­go o wy­pad­ku z ma­ry­na­rzem”, „Pa­mięt­nik ma­ry­na­rza”, „Moja naj­cie­kaw­sza przy­go­da”, „List do przy­ja­cie­la”, „Ra­port do władz w ob­cym por­cie o wy­pad­ku z ma­ry­na­rzem”, „Mój przy­ja­ciel Eddy”, „Mój pierw­szy dzień na stat­ku”. Opra­co­wa­ny z po­mo­cą wszyst­kich ko­le­gów te­mat prze­pi­sy­wał no­ca­mi. Tyle cza­su po­świę­cił na opa­no­wa­nie tego ćwi­cze­nia, że mógł­by na­wet od­two­rzyć iden­tycz­ny tekst pi­sa­ny al­fa­be­tem chiń­skim.

Za­czę­ły się eg­za­mi­ny. Eg­za­min z ję­zy­ka an­giel­skie­go od­by­wał się w naj­więk­szej sali. Ka­pi­tan, wy­kła­dow­ca i oj­ciec Bet­ty w jed­nej oso­bie, zdu­mio­nym wzro­kiem wo­dził za pió­rem Mi­strza pi­szą­ce­go „Ra­port do władz por­to­wych o wy­pad­ku, jaki miał miej­sce na stat­ku”. Wy­kła­dow­cy wy­da­wa­ło się, że śni na ja­wie, to znów, że jest świad­kiem cudu. Bez ni­czy­jej po­mo­cy Mistrz za­pi­sał dwie stro­ny ar­ku­sza eg­za­mi­na­cyj­ne­go i był pierw­szym abi­tu­rien­tem, któ­ry ukoń­czył pra­cę z ję­zy­ka an­giel­skie­go. Praw­do­po­dob­nie z tym sa­mym wra­że­niem snu na ja­wie i uczest­ni­cze­nia w cu­dzie ka­pi­tan go­dził się we­wnętrz­nie na oce­nę pra­cy: do­sta­tecz­nie z plu­sem; z na­stę­pu­ją­cą uwa­gą: sto­pień zmniej­szo­ny, po­nie­waż wy­pra­co­wa­nie nie jest na­pi­sa­ne ści­śle na te­mat.

Po­zo­sta­wał jesz­cze eg­za­min ust­ny. Do ko­mi­sji eg­za­mi­na­cyj­nej z ję­zy­ka an­giel­skie­go na­le­że­li: de­le­gat mi­ni­ster­stwa, in­spek­tor i ka­pi­tan jako eg­za­mi­na­tor.

Oj­ciec Bet­ty miał za­pi­sa­ne w swym no­te­sie wszyst­kie od­po­wie­dzi Mi­strza, nie­ste­ty ani jed­na z nich nie była do­sta­tecz­na. Mistrz wlókł się przez szko­łę z tą jed­ną do­pusz­czal­ną dwój­ką, jak z kulą u nogi, żeby te­raz osta­tecz­nie go uzie­mi­ła.

Przed roz­po­czę­ciem eg­za­mi­nu ust­ne­go Mistrz po­pro­sił ko­le­gów, by się zo­rien­to­wa­li, czy de­le­gat mi­ni­ster­stwa zna an­giel­ski.

Ko­le­dzy, któ­rzy już zda­wa­li, twier­dzi­li, że we­dług nich de­le­gat na pew­no an­giel­skie­go nie zna, po­nie­waż pod­czas eg­za­mi­nu roz­ma­wiał z in­spek­to­rem po fran­cu­sku, a z ka­pi­ta­nem po nie­miec­ku. Mistrz, sły­sząc to, oży­wił się i po­szedł przy­go­to­wać się do od­po­wie­dzi.

Zja­wił się na sali eg­za­mi­na­cyj­nej wy­pra­so­wa­ny i wy­mu­ska­ny. Wy­glą­dał, jak­by zstą­pił z wi­try­ny okien­nej naj­lep­sze­go ma­ga­zy­nu mód. Za­mel­do­wał się prze­wod­ni­czą­ce­mu, wy­ra­ził po­sta­wą „sa­lut” dla de­le­ga­ta i sta­nął przed eg­za­mi­na­to­rem.

Do­bre błę­kit­ne oczy ojca Bet­ty na jego wi­dok okry­ła mgła smut­ku. In­spek­tor, któ­ry miał mięk­kie ser­ce i nie mógł pa­trzeć na za­rzy­na­nie lu­dzi, wstał i od­szedł do okna.

Mistrz miał przed sobą te­raz dwóch lu­dzi: de­le­ga­ta i eg­za­mi­na­to­ra. Na de­le­ga­ta Mistrz pa­trzył z taką ja­sną uf­no­ścią i uprzej­mo­ścią, że od razu zwró­cił na sie­bie szcze­gól­ną jego uwa­gę, wy­gry­wa­jąc na punk­ty pierw­sze wra­że­nie swą po­sta­wą ide­al­ne­go abi­tu­rien­ta.

Gło­wa eg­za­mi­na­to­ra prze­chy­li­ła się bo­le­śnie na bok i ka­pi­tan ze smut­kiem w gło­sie po­wie­dział po an­giel­sku, po­da­jąc Mi­strzo­wi otwar­tą książ­kę:

– Pro­szę prze­czy­tać bio­gra­fię Wa­szyng­to­na.

Mistrz za­brał się do czy­ta­nia. Mo­du­lo­wał bez za­rzu­tu i prze­stan­ko­wał. Czy­tał tak, jak umiał naj­le­piej po pol­sku. Na­pi­sa­ne „the” to „the”, na­pi­sa­ne „be” to „be”, nie żad­ne tam „bi”. Nie­wy­sło­wio­ne cier­pie­nie ma­lo­wa­ło się na twa­rzy ka­pi­ta­na. Roz­pa­mię­ty­wał cały okres na­uki tego ucznia i wie­dział, że tak się musi TO skoń­czyć.

Mistrz czy­tał. Po­nie­waż eg­za­mi­na­tor nie prze­ry­wał, czy­tał co­raz płyn­niej i co­raz ład­niej. Wresz­cie skoń­czył. Mo­ment ten za­ak­cen­to­wał stuk­nię­ciem ob­ca­sów. Wy­ko­nał lek­ki skłon tu­ło­wiem w kie­run­ku de­le­ga­ta mi­ni­ster­stwa, po­ło­żył książ­kę przed eg­za­mi­na­to­rem i za­stygł w po­sta­wie wy­ra­ża­ją­cej wi­zję ja­snej przy­szło­ści.

De­le­ga­to­wi po­do­bał się świet­nie uszy­ty mun­dur i do­sko­na­ła bu­do­wa abi­tu­rien­ta, wy­twor­nie za­wią­za­ny kra­wat. Cała syl­wet­ka mó­wi­ła sama za sie­bie. De­le­gat nie miał wąt­pli­wo­ści, że ze wszyst­kich do­tych­czas zda­ją­cych ten prze­czy­tał po­da­ny mu tekst naj­le­piej.

Z sym­pa­tią przy­glą­dał się przy­szłe­mu ofi­ce­ro­wi ma­ry­nar­ki. Eg­za­mi­na­tor ode­brał książ­kę z rąk abi­tu­rien­ta, a po­tem z re­zy­gna­cją w gło­sie za­dał śmier­tel­ny cios, mó­wiąc po an­giel­sku:

– Pro­szę opo­wie­dzieć, co pan wła­śnie prze­czy­tał.

Po otrzy­ma­niu tego po­le­ce­nia Mistrz po­zwo­lił so­bie przy­jąć po­sta­wę „lek­ko-spo­cznij”. Wzniósł do góry oczy, jak gdy­by chciał gdzieś w nie­skoń­czo­no­ści zo­ba­czyć Wa­szyng­to­na.

Twarz eg­za­mi­na­to­ra okry­ła się ża­ło­bą. Mistrz Ma­gii sku­piał się. Za chwi­lę miły uśmiech po­ja­wił się na jego ład­nej twa­rzy. Z tego uśmie­chu moż­na było wy­czy­tać cał­ko­wi­te opa­no­wa­nie te­ma­tu i zna­jo­mość przed­mio­tu. Ze swo­bo­dą mów­cy, ro­zu­mie­ją­ce­go waż­ność in­to­na­cji, każ­dej pau­zy, przy­ci­sza­nia gło­su przy spra­wach smut­nych i pod­no­sze­nia tam, gdzie się mó­wi­ło o zwy­cię­stwach, roz­po­czął bio­gra­fię Wa­szyng­to­na:

– Uoszing­ton… ej bi si di i ef dżi. Uoszing­ton da­bl­ju eks uaj zet. Kej… el em en ou pi, Uoszing­ton ej bi si di i ef dżi. W do­słow­nym zna­cze­niu brzmia­ło to tak: Wa­szyng­ton… a, b, c, d, e, f, g. Wa­szyng­ton w, x, y, z. K… l, m, n, o, p, Wa­szyng­ton a, b, c, d, e, f, g.

Mistrz znał na pa­mięć al­fa­bet an­giel­ski, ale wy­mo­wa jego była tyl­ko tro­chę zbli­żo­na do an­giel­skiej, poza tym uda­ło mu się za­pa­mię­tać wy­ra­że­nie ne­ar­ly sta­tio­na­ry, ozna­cza­ją­ce sta­nie na ża­glow­cu w dry­fie, to zna­czy z tak usta­wio­ny­mi do wia­tru ża­gla­mi, że sta­nie pra­wie w miej­scu. Mó­wił da­lej o pierw­szym pre­zy­den­cie Sta­nów Zjed­no­czo­nych ze swo­bo­dą i dużą dozą za­chwy­tu:

– Nir­li sta­szjo­ne­ry, Uoszing­ton… kej el em en ou pi Uoszing­ton ej bi si di i ef dżi. Kej el em en ou pi Uoszing­ton ej bi si di. Uoszing­ton.. eks uaj zet nir­li sta­szjo­ne­ry, Uoszing­ton da­bl­ju…

Na twa­rzy eg­za­mi­na­to­ra po­ja­wił się wy­raz osłu­pie­nia i za­stygł. Wi­dać było na niej jesz­cze śla­dy chę­ci pro­te­stu, ale usta ska­mie­nia­ły w tym mo­men­cie i nie zdo­ła­ły ani nic po­wie­dzieć, ani się za­mknąć. Mistrz Ma­gii już czte­ry razy po­sta­wił w dry­fie Wa­szyng­to­na. Wa­szyng­ton stał się jed­ną z li­ter al­fa­be­tu, któ­rej moż­na było się spo­dzie­wać po każ­dej li­te­rze. Zja­wiał się nie­ocze­ki­wa­nie wśród sa­mo­gło­sek lub sta­wał przed li­te­ra­mi ozna­cza­ją­cy­mi same nie­wia­do­me. Do świa­do­mo­ści eg­za­mi­na­to­ra, któ­ry jesz­cze sły­szał, do­cho­dzi­ły dźwię­ki „a be ce de Wa­szyng­ton, iks igrek zet Wa­szyng­ton, ku er es, Wa­szyng­ton – sta­nąć w dryf”. Gdy Mistrz mó­wił o tym sta­wa­niu w dry­fie wiel­kie­go wo­dza, pod­no­sił głos i grzmiał, jak gdy­by sło­wa te mia­ły ozna­czać wy­gra­ne bi­twy.

– Uoszing­ton nir­li sta­szjo­ne­ry eks uaj…

Za­do­wo­le­nie i uzna­nie dla swej wy­mo­wy, za­uwa­żo­ne w wy­ra­zie twa­rzy de­le­ga­ta, pod­nie­ci­ły Mi­strza jesz­cze wię­cej. Mó­wił co­raz bar­dziej mo­du­lu­jąc. W mo­men­cie gdy de­le­gat na­chy­lił się do eg­za­mi­na­to­ra, by prze­rwać nie­po­trzeb­ne spraw­dza­nie tak wspa­nia­łych wia­do­mo­ści i opa­no­wa­nia ję­zy­ka an­giel­skie­go, Mistrz sam zde­cy­do­wał na peł­ne wy­ra­zu za­koń­cze­nie:

– U o s z i n g t o n eks uaj zet.

Na­zwi­sko wiel­kie­go pre­zy­den­ta w funk­cji pierw­szej li­te­ry przed trze­ma li­te­ra­mi sym­bo­li­zu­ją­cy­mi w ma­te­ma­ty­ce nie­wia­do­me zwień­czy­ło jego ka­rie­rę w bio­gra­fii we­dług Mi­strza Ma­gii, pod­kre­ślo­nej na za­koń­cze­nie wy­po­wie­dzia­nym z na­ci­skiem ZET.

Z lek­ka ude­rzył ob­ca­sa­mi i skło­nił się de­le­ga­to­wi.

De­le­gat był za­chwy­co­ny. Zre­zy­gno­wał ze słu­cha­nia py­tań z gra­ma­ty­ki lub skład­ni, jako wręcz bła­hych. Sam za­miast eg­za­mi­na­to­ra po­dzię­ko­wał Mi­strzo­wi za wspa­nia­łą zna­jo­mość an­giel­skie­go i za wkład pra­cy w opa­no­wa­nie ję­zy­ka mor­skie­go, wi­docz­ny w jego od­po­wie­dzi.

– Bar­dzo do­brze – wy­ra­ził wo­bec uśmiech­nię­te­go Mi­strza swą opi­nię eg­za­mi­na­to­ro­wi, któ­ry nie od­zy­skał jesz­cze mowy i tyl­ko z du­żym wy­sił­kiem po­tra­fił wy­szep­tać do abi­tu­rien­ta:

– Thank you. Dzię­ku­ję.

W su­mie­niu ka­pi­ta­na to­czy­ła się te­raz wal­ka po­mię­dzy obo­wiąz­kiem a po­dzi­wem dla przy­tom­no­ści umy­słu i zim­nej krwi abi­tu­rien­ta. Wresz­cie zwy­cię­ży­ło w nim zro­dzo­ne pod­czas eg­za­mi­nu prze­świad­cze­nie, że ten czło­wiek i w ży­ciu da so­bie radę z an­giel­skim.

Na­stą­pi­ła po­tem jesz­cze dłu­ga roz­mo­wa z de­le­ga­tem na te­mat stop­nia. De­le­gat był obu­rzo­ny su­ro­wo­ścią eg­za­mi­na­to­ra w sto­sun­ku do tak świet­ne­go ucznia.

– Chy­ba nie za­cho­dzą tu oso­bi­ste an­ty­pa­tie, pa­nie ka­pi­ta­nie – za­nie­po­ko­ił się de­le­gat mi­ni­ster­stwa.

Szla­chet­na twarz ka­pi­ta­na wy­klu­cza­ła po­dob­ne po­dej­rze­nie.

Do roz­ma­wia­ją­cych pod­szedł in­spek­tor, z któ­rym wspól­nie po dłu­gich sprze­ci­wach ze stro­ny de­le­ga­ta usta­lo­no sto­pień za­le­d­wie do­sta­tecz­ny.

O! Mu-ku-ru!

Con­rad opi­sał cha­rak­te­ry­stycz­ne zda­rze­nie, ja­kie mia­ło miej­sce na ża­glow­cu, na któ­rym był star­szym ofi­ce­rem.

Sta­li za­ko­twi­cze­ni na re­dzie. Na po­kła­dzie ru­fo­wym ka­pi­tan cze­kał na sza­lu­pę, by się nią do­stać na ląd. Na­gle w trak­cie roz­mo­wy z Con­ra­dem ka­pi­tan wy­jął z kie­sze­ni ba­ty­sto­wą chu­s­tecz­kę i starł z la­kie­ro­wa­nej po­wierzch­ni po­rę­czy kil­ka osia­dłych na niej dro­bi­nek pyłu.

*

W Ma­ry­nar­ce An­giel­skiej był zwy­czaj, że do­wód­ca, je­śli chciał, by jego okręt wy­glą­dał jak naj­ład­niej, ku­po­wał na wła­sny koszt naj­lep­szy ga­tu­nek farb i ka­zał nimi ma­lo­wać swój okręt. Je­den z ad­mi­ra­łów – bar­dzo po­pu­lar­ny i ob­da­rzo­ny po­czu­ciem hu­mo­ru – zo­ba­czył z most­ku, jak trę­bacz Kró­lew­skiej Pie­cho­ty Mor­skiej naj­spo­koj­niej oparł się o tyl­ko co wy­ema­lio­wa­ną za pry­wat­ne pie­nią­dze wie­żę ar­mat­nią. Ad­mi­rał ro­zej­rzał się, czy go ktoś nie wi­dzi, pod­szedł do trę­ba­cza i tuż za nim sta­nął przy wie­ży. Z wy­ra­zem twa­rzy Atla­sa dźwi­ga­ją­ce­go na so­bie całą kulę ziem­ską ad­mi­rał rzekł do trę­ba­cza:

– Już wszyst­ko w po­rząd­ku, kró­lew­ski, mo­żesz te­raz spo­cząć, cały cię­żar tej wie­ży ja we­zmę na sie­bie.

*

Na po­wra­ca­ją­cym z pa­ro­let­niej po­dró­ży do kra­ju ża­glow­cu fran­cu­skim dru­gi ofi­cer wiózł jako „lek­ką kon­tra­ban­dę” dwa­na­ście wspa­nia­łych ser­wet, mi­ster­nie sple­cio­nych z bar­dzo rzad­kich oka­zów gą­bek. Wszy­scy ko­le­dzy na ża­glow­cu po­dzi­wia­li te ser­we­ty jako coś naj­pięk­niej­sze­go, co się zna­la­zło w tej po­dró­ży na ich fre­ga­cie, a co mu­sia­ło kosz­to­wać na­byw­cę for­tu­nę.

Fre­ga­ta przy­go­to­wy­wa­ła się, jak mo­gła, by wy­glą­dać od­święt­nie w chwi­li przy­by­cia do ma­cie­rzy­ste­go por­tu. Od ja­błek na masz­cie po dziób i rufę wszyst­ko na niej było świe­żo po­ma­lo­wa­ne. Oka­za­ło się jed­nak pod­czas po­ran­ne­go zmy­wa­nia po­kła­dów, że la­kier na nad­bu­dów­kach na ru­fie zo­stał spry­ska­ny sło­ną wodą. Na­le­ża­ło to zmyć gąb­ką zwil­żo­ną w słod­kiej wo­dzie, by nie uszko­dzić lśnią­cej po­wierzch­ni.

Bos­man za­wia­do­mił, że po tak dłu­giej po­dró­ży wy­czer­pa­ły się za­pa­sy gą­bek i szmat ba­weł­nia­nych. Zmy­cie soli z uży­ciem szczo­tek lub płót­na ża­glo­we­go ozna­cza­ło znisz­cze­nie świe­żo po­ło­żo­ne­go na drew­nie nad­bu­dó­wek la­kie­ru. Bos­man wpadł w roz­pacz.

Dru­gi ofi­cer, sły­sząc o bez­na­dziej­no­ści sy­tu­acji spo­wo­do­wa­nej wy­czer­pa­niem się ma­te­ria­łów w tak dłu­giej po­dró­ży, nie za­wa­hał się ani chwi­li.

Na­stęp­ne­go dnia rano bos­man roz­dzie­lił do zmy­wa­nia nad­bu­dó­wek… sześć prze­po­ło­wio­nych wspa­nia­łych ser­wet dru­gie­go ofi­ce­ra.

*

Wkrót­ce już rok,

A my wciąż że­gla­rza­mi

Wśród wi­chrów sztor­mo­wych i fal.

Mo­rze za nami I mo­rze przed nami,

A w ser­cu tę­sk­no­ta i żal.

Śpie­wa­li­śmy z co­raz więk­szym prze­ję­ciem sło­wa pio­sen­ki uło­żo­nej przez na­sze­go ko­le­gę Po­czo­but­ta.

Rok jesz­cze nie mi­nął, ale na­sza po­dróż z Mo­rza Śród­ziem­ne­go do kra­ju do­bie­ga­ła koń­ca. Szy­ko­wa­li­śmy się, by wejść do ma­cie­rzy­ste­go por­tu po­dob­nie jak w in­nej pio­sen­ce:

Dziś ran­kiem po­waż­nie i dum­nie

Do por­tu za­wi­nął nasz „Lwów”.

Na re­jach i masz­tach tak tłum­nie,

Na ląd do­sta­nie­my się znów.

Wszy­scy byli za­ję­ci do­pro­wa­dza­niem na­sze­go ża­glow­ca szkol­ne­go do sta­nu świet­no­ści. Bra­ko­wa­ło na nim wszyst­kie­go, na­wet farb i pędz­li. Za­miast od­świe­żać nową far­bą – my­li­śmy tak dłu­go, aż sta­ra wyj­rza­ła spod osa­du soli.

Zmy­wa­ło się moż­li­wie de­li­kat­nie lek­kim my­dli­kiem z nie­znacz­ną do­miesz­ką sody; po­trzeb­na była do tego jesz­cze „puc­bo­la”. Strasz­ne to, znie­kształ­co­ne sło­wo ozna­cza­ło od­pad­ki nici ba­weł­nia­nych, uży­wa­ne na stat­ku do my­cia ma­lo­wa­nych i la­kie­ro­wa­nych po­wierzch­ni nad­bu­dó­wek, któ­re w cza­sie rej­su po­krył osad soli. Zmy­wa­ło się go bar­dzo ostroż­nie tą „puc­bo­lą” za­nu­rzo­ną w słod­kiej wo­dzie. I jed­no, i dru­gie było na „Lwo­wie” luk­su­sem.

Za­bie­gi ko­sme­tycz­ne na­sze­go bar­ku roz­po­czy­na­li­śmy od my­cia ja­błek na czub­kach masz­tów. Jabł­ka, koń­ce masz­tów i rej ma­lo­wa­ne były na bia­ło, ko­lum­ny i reje na ko­lor ciem­no­żół­ty. Wszyst­ko to na­le­ża­ło ob­myć te­raz przed przyj­ściem do Gdy­ni słod­ką wodą i tą daw­no wy­czer­pa­ną „puc­bo­lą”. Była w nas kru­cha na­dzie­ja, że „Bos­ma­nek” i ża­glo­mistrz mają pew­ne za­pa­sy tych skar­bów ukry­te w swych ko­jach. Ża­glo­mistrz roz­po­zna­wał do­ty­kiem pal­ców ga­tu­nek sta­li, z ja­kiej igła była zro­bio­na, i jaki pę­dzel jest naj­lep­szy. Wia­do­mo było, że naj­lep­sze pędz­le, naj­lep­sze igły do szy­cia ża­gli, naj­lep­sze rę­ka­wicz­ki do szy­cia płót­na ża­glo­we­go i ta „puc­bo­la” znaj­du­ją się pod po­dusz­ka­mi i pod ma­te­ra­ca­mi dwóch Ja­nów. Świa­do­mość, że mają to tuż koło sie­bie, po­zwa­la­ła im spać spo­koj­nie.

Koja ża­glo­mi­strza była umiesz­czo­na nad koją bos­ma­na. Je­śli obaj od­po­czy­wa­li, a któ­ryś z nas przy­szedł po­pro­sić o ja­kiś skarb pierw­szej po­trze­by, na­le­ża­ło się wy­spo­wia­dać, co się sta­ło z otrzy­ma­ną nie­daw­no igłą, pędz­lem lub nić­mi. Jak je­den, tak i dru­gi, gdy roz­sta­wa­li się z da­wa­nym nam przed­mio­tem, da­wa­li go „spod ser­ca”, że­gna­jąc wzro­kiem swój skarb, któ­ry naj­pierw wszech­wie­dzą­ca ręka wy­szu­ka­ła pod po­dusz­ką lub pod ma­te­ra­cem. Pod tym wzglę­dem obaj byli zgod­ni, po­mi­mo że po­wierz­chow­no­ścią i uspo­so­bie­niem róż­ni­li się cał­ko­wi­cie. Zgod­nie też zmu­sza­li nas do bła­ga­nia o każ­dy ze scho­wa­nych u sie­bie skar­bów. Spo­wo­do­wa­ne to jed­nak tro­chę było tym, że nie­któ­rzy z nas, gdy tra­fił się do ro­bo­ty do­bry pę­dzel lub igła, chcie­li je za­cho­wać na przy­szły raz. Wie­dzie­li­śmy, że nasz ko­le­ga, „Sta­rzec”, mistrz igły, ma scho­wa­ną naj­lep­szą rę­ka­wi­cę do szy­cia i parę naj­lep­szych igieł, bo „nie wie­dział, czy spo­tka go w ży­ciu ta­kie szczę­ście, że mu się znów do­sta­ną do ro­bo­ty”. Na ogół wszy­scy wo­le­li wy­słu­chi­wać strasz­nych prze­po­wied­ni o ich smut­nej przy­szło­ści, niż od­dać pę­dzel, z któ­re­go nie wy­ła­zi­ły wło­sy i nie od­krę­ca­ła się nit­ka. W ta­kich wy­pad­kach każ­dy zde­cy­do­wa­nie twier­dził, że „uto­pi­łem” lub „spadł mi z rei do mo­rza”.

Ża­glo­mistrz był bar­dzo dłu­gi, chu­dy i lek­ki, a przy tym nie­sły­cha­nie zwin­ny. Po re­jach i masz­tach cho­dził jak pa­jąk, ale nie to nam w nim im­po­no­wa­ło. Ża­glo­mistrz spę­dził dwa lata na An­tark­ty­dzie w Zie­mi Co­at­sów. Albo na tam­tej­szym Mo­rzu Wed­del­la. To była do­pie­ro eg­zo­ty­ka.

Od skar­bów, na któ­rych spa­li, sto­kroć wię­cej ce­ni­li­śmy ich opo­wia­da­nia. Go­dzi­na­mi słu­cha­li­śmy o kil­ku­mie­sięcz­nej nocy, o cią­gną­cych się set­ka­mi mil mor­skich gó­rach lo­do­wych, przy­po­mi­na­ją­cych górę w Ca­pe­town, dłu­gich i pła­skich, o że­glu­dze w za­wie­jach śnież­nych, o nie­wia­ry­god­nych mro­zach i zmyśl­nych pin­gwi­nach.

Nie­ste­ty per­ły opo­wie­ści rów­nież były nam ską­po wy­dzie­la­ne po dłu­gich na­le­ga­niach i proś­bach, gdy uda­ło się zdo­być miej­sce w ich ka­bi­nie, na któ­re wszy­scy czy­ha­li.

Ża­glo­mistrz swe prze­mó­wie­nie do każ­de­go z nas roz­po­czy­nał od sło­wa „waju” – i tak to do nie­go przy­lgnę­ło, że ani się spo­strzegł, jak nie na­zy­wa­no go in­a­czej, tyl­ko „Waju”. Był su­ro­wy. Na­sze tłu­ma­cze­nie, że nie zro­bi­li­śmy cze­goś „za do­brze”, po­nie­waż „le­ni­stwo jest rę­koj­mią zdro­wia”, koń­czył uwa­gą: „Waju od tego le­ni­stwa bę­dze­ta w środ­ku czy­sto zgni­łe”.

Ko­le­ga nasz Pi­gieł, któ­ry no­sił to samo na­zwi­sko co Waju, był od uro­dze­nia ar­ty­stą ma­la­rzem i czę­sto wo­lał po­dzi­wiać grę ko­lo­rów w cza­sie wscho­du słoń­ca, niż szo­ro­wać ce­głą po­kład. Je­śli ża­glo­mistrz przy­ła­pał nas na po­dob­nym nie­rób­stwie, bro­ni­li­śmy się, mó­wiąc: „Za­pa­trzy­li­śmy się na ku­zy­na ża­glo­mi­strza”. Po ta­kim oświad­cze­niu na­le­ża­ło bar­dzo szyb­ko ucie­kać z za­się­gu gło­su ża­glo­mi­strza i zre­zy­gno­wać przy­najm­niej na prze­ciąg dwóch dni ze słu­cha­nia opo­wia­dań o ży­ciu na An­tark­ty­dzie.

Bos­ma­nek był ni­skie­go wzro­stu, od pięć­dzie­siąt­ki jed­nak mu­siał wa­żyć znacz­nie wię­cej niż sto ki­lo­gra­mów. Pod­czas gdy ża­glo­mistrz był ży­wym ob­ra­zem chu­de­go „wil­ka mor­skie­go”, Bos­ma­nek przy­po­mi­nał z wy­glą­du lwa mor­skie­go, mógł rów­nież ucho­dzić za kra­ba lub żół­wia mor­skie­go.

Jego dło­nie już się nie roz­chy­la­ły i były przed­mio­tem na­szej szcze­gól­nej ad­o­ra­cji, za­zdro­ści i po­dzi­wu. Po­kry­wa­ła je war­stwa tak gru­bej skó­ry, że po­dej­rze­wa­li­śmy, iż Bos­ma­nek nie czu­je przez to liny w ręku. Miał su­mia­ste wąsy, czer­wo­no­brą­zo­we po­licz­ki i wiecz­nie uśmiech­nię­te błę­kit­ne oczy ma­łe­go dziec­ka. Dla­te­go twar­de sło­wo „bos­man” nie pa­so­wa­ło do Bos­man­ka. Za to ol­brzy­mia „pierś ma­ry­nar­ska” – na lą­dzie to na­zy­wa­ją brzu­chem – była na­szym po­stra­chem. Bos­ma­nek po­tra­fił nią przy­gnieść moc­niej, niż­by się moż­na było spo­dzie­wać, co wzma­ga­ło jesz­cze nasz po­dziw. Po wan­tach i per­tach, li­nach roz­cią­gnię­tych pod re­ja­mi, cho­dził Bos­ma­nek jak­by z na­masz­cze­niem – wy­dat­na „pierś ma­ry­nar­ska” w ni­czym mu nie prze­szka­dza­ła.

Kie­dyś pod­czas sztor­mu fala wy­sa­dzi­ła szkło ilu­mi­na­to­ra w ich ka­bi­nie. Prze­cho­dzą­cy koło niej uczeń po­sły­szał strasz­ny ryk Bos­man­ka. Otwo­rzył drzwi i zo­ba­czył go sto­ją­ce­go na sto­li­ku i za­ty­ka­ją­ce­go brzu­chem otwór. Fale ude­rza­ją­ce o bur­tę mu­sia­ły na­praw­dę po­tęż­nie bić w tę „pierś ma­ry­nar­ską”, Bos­ma­nek bo­wiem ra­tu­jąc „Lwów” od za­la­nia wodą, nie prze­sta­wał ry­czeć. Wspól­ny­mi si­ła­mi opa­no­wa­li sy­tu­ację. Wy­rwa­li okrą­głe sie­dze­nie stoł­ka, owi­nę­li je ko­cem i za­tka­li nim ilu­mi­na­tor, pod­pie­ra­jąc jed­no­cze­śnie drą­giem.

Bos­ma­nek był skarb­ni­cą pie­śni ma­ry­nar­skich. Przy­da­wa­ły się one przy każ­dej zbio­ro­wej pra­cy na po­kła­dzie, gdy za­cho­dzi­ła ko­niecz­ność zgra­ne­go wy­sił­ku wie­lu osób. Były więc pio­sen­ki na dłu­gie po­cią­gnię­cia i na krót­kie; na sztor­mo­wą po­go­dę i na świe­ży wiatr; noc­ne i dzien­ne; na ka­be­stan i na fał obe­r­mar­sa. W ta­kich mo­men­tach Bos­ma­nek pro­mie­niał. Usi­ło­wa­li­śmy mu po­ma­gać, ale na­sze wy­sił­ki były bar­dzo bla­de. W pie­śniach Bos­man­ka sły­chać było dłu­gie lata pra­cy spę­dzo­ne na ża­glow­cach w po­dró­żach do­oko­ła Cabo Tor­men­to­so lub Tier­ra del Fu­ego.

Bos­ma­nek naj­le­piej znał por­ty wschod­nie­go wy­brze­ża Afry­ki. W każ­dym z nich prze­by­wał wie­le mie­się­cy. Je­śli An­tark­ty­da na­le­ża­ła w na­szym po­ję­ciu bez­a­pe­la­cyj­nie do Waju – to całą Afry­kę jed­no­myśl­nie przy­zna­wa­li­śmy Bos­man­ko­wi.

W na­szej wy­obraź­ni Bos­ma­nek dłu­gie lata spę­dził wśród ple­mion mu­rzyń­skich, znał wie­le ich oby­cza­jów, po­siadł też zna­jo­mość „ję­zy­ka mu­rzyń­skie­go” i w tym za­kre­sie stał się na­szym na­uczy­cie­lem. Był to chy­ba je­dy­ny na­uczy­ciel lin­gwi­sta na świe­cie, któ­ry po­tra­fił w mgnie­niu oka na­uczyć ję­zy­ka w mo­wie, wy­mo­wie i pi­śmie, i lu­bił, gdy jego ucznio­wie tym ję­zy­kiem z nim się po­ro­zu­mie­wa­li. Przy­swo­jo­ny przez nas słow­nik Bos­man­ka nie był spraw­dza­ny przez żad­ne­go lin­gwi­stę, ale słu­żył nam wy­star­cza­ją­co do­brze do po­ro­zu­mie­nia się z Bos­man­kiem.

Gdy się chcia­ło wy­ra­zić naj­wyż­szy po­dziw, za­do­wo­le­nie, za­chwyt, ad­o­ra­cję, uwiel­bie­nie i w ogó­le wszyst­ko, co było po­zy­tyw­ne, do­bre, miłe, przy­jem­ne, wy­star­czy­ło po­wie­dzieć: O! Mu-ku-ru!

Wszel­kie zaś prze­ci­wień­stwa, wszyst­ko, co nie­do­bre, ze­psu­te, gorz­kie, brzyd­kie, nie­smacz­ne, roz­pacz­li­wie nie­przy­jem­ne, god­ne po­ża­ło­wa­nia, bez­na­dziej­ne, co wy­ra­ża­ło żal lub sy­tu­ację bez wyj­ścia – dało się od­dać okrzy­kiem z roz­ma­itą in­to­na­cją: A! Moj­ka-ka!

Je­śli nie było to ani jed­no, ani dru­gie, moż­na było skwi­to­wać sy­tu­ację po­wie­dze­niem: No ku­czi­wa. Ozna­cza­ło ono: nie wiem; nie ro­zu­miem; nie umiem, nie po­tra­fię; nie mam o tym naj­mniej­sze­go wy­obra­że­nia, nie mam o tym po­ję­cia; nie dam ci od­po­wie­dzi; radź so­bie sam; uwa­żaj, jak le­piej.

Tym ję­zy­kiem mo­gli po­ro­zu­mie­wać się z Bos­man­kiem tyl­ko ci, któ­rych sam tego na­uczył. Na­to­miast ta­kie sło­wa, ta­kie wy­krzyk­ni­ki, po­wie­dzia­ne przez tego, któ­re­go Bos­ma­nek sam oso­bi­ście nie wta­jem­ni­czył w ich zna­cze­nie, były uwa­ża­ne za wiel­ki nie­takt.

Z oka­zji uro­czy­sto­ści, rocz­ni­cy pod­nie­sie­nia ban­de­ry na „Lwo­wie” czy przej­ścia rów­ni­ka, moż­na było usły­szeć mar­sze w wy­ko­na­niu ża­glo­mi­strza 1 Bos­man­ka. Ża­glo­mistrz grał na har­mo­nii ręcz­nej, Bos­ma­nek uży­wał wy­łącz­nie mu­rzyń­skie­go tam-tamu – prze­waż­nie była to duża po­kry­wa od głów­ne­go ko­tła, w któ­rą ude­rzał marsz­pi­klem lub fi­tem. W dniach po­wsze­dnich oba te na­rzę­dzia słu­ży­ły do ro­bie­nia splo­tów na li­nach sta­lo­wych i włó­kien­nych. Trud­no było po­wie­dzieć, kto grał le­piej. Obaj byli ar­ty­sta­mi. Więk­szość z nas uwa­ża­ła, że Bos­ma­nek jest mi­strzem nad mi­strza­mi. Wie­le lu­dzi po­tra­fi grać mi­strzow­sko na har­mo­nii, ale wy­do­być od­po­wied­nie dźwię­ki, w któ­rych czu­ło się rytm ca­łej Afry­ki, na to trze­ba było spę­dzić przy­najm­niej kil­ka­dzie­siąt lat na ża­glow­cach, i to znacz­ną część przy wy­brze­żach Afry­ki lub na jej rze­kach.

Zbli­ża­ła się Gdy­nia. Po­zo­sta­ły do ob­my­cia po­cią­gnię­te la­kie­rem nad­bu­dów­ki na po­kła­dzie ru­fo­wym. Na­le­ża­ło to zro­bić bar­dzo de­li­kat­nie, z uży­ciem mięk­kiej, no­wej „puc­bo­li” i słod­kiej wody. Wszyst­kie szma­ty pry­wat­ne już daw­no zu­ży­li­śmy na te po­trze­by – w ka­bel­ga­tach były pust­ki. Mie­li­śmy na­dzie­ję, że na pew­no Bos­ma­nek ma jesz­cze gdzieś pod gło­wą przy­najm­niej jed­ną un­cję tych ba­weł­nia­nych od­pad­ków.

Wy­sła­ny po nią, sta­ną­łem przy koi Bos­man­ka, któ­ry wy­po­czy­wał jesz­cze po noc­nej wach­cie.

– Pa­nie bos­ma­nie – za­czą­łem bła­gal­nie – zo­sta­ła do ob­my­cia na­wi­ga­cyj­na, ale nie ma nig­dzie ani ka­wa­łecz­ka „puc­bo­li”, może pan bos­man da jesz­cze choć gar­stecz­kę. Bos­ma­nek siadł na koi i słu­chał mo­jej proś­by, ki­wa­jąc swą okrą­głą gło­wą.

– Może pan bos­man po­szu­ka jesz­cze pod po­dusz­ką, może coś gdzieś zo­sta­ło. Skoń­czy­li­by­śmy sprzą­tać przed śnia­da­niem. Na­wi­ga­cyj­na aż po­pie­la­ta od soli. Cała na­dzie­ja w panu, pa­nie bos­ma­nie. Ża­glo­mistrz po­wie­dział, że on już w ogó­le nie ma i przy­słał do pana. Jak pan bos­man nie da, to na­wi­ga­cyj­na po­zo­sta­nie taka po­kry­ta solą.

Cze­ka­łem na sku­tek mego roz­dzie­ra­ją­ce­go prze­mó­wie­nia. W my­ślach wi­dzia­łem, jak Bos­ma­nek się prze­krę­ca na bok i szu­ka pod po­dusz­ką lub ma­te­ra­cem. Nie mógł prze­cież do­pu­ścić do szo­ro­wa­nia la­kie­ru szczot­ką lub płót­nem ża­glo­wym.

Ale Bos­ma­nek sie­dział nie­po­ru­szo­ny. Jego błę­kit­ne oczy prze­sta­ły się uśmie­chać. I na­raz usły­sza­łem strasz­ny wy­rok:

– A! Moj­ka-ka! A! Moj­ka-ka! Za­bie­ra­łem się do wyj­ścia, gdy mnie po­wstrzy­mał:

– Cze­kaj!

W jego oczach zo­ba­czy­łem na­raz taką we­so­łość, że ucie­szy­łem się sa­mym tym wi­do­kiem. Pe­łen ulgi wi­dzia­łem już, jak Bos­ma­nek prze­wra­ca się na swą „ma­ry­nar­ską pierś” i wy­do­sta­je z ta­jem­ni­cze­go za­kąt­ka ol­brzy­mi kłąb po­żą­da­nej „puc­bo­li”.

Nic po­dob­ne­go nie na­stą­pi­ło. Na­to­miast… Bos­ma­nek chwy­cił za rę­kaw swej ogrom­nej noc­nej ko­szu­li, kil­ka­kroć po­tęż­nie szarp­nął i cały rę­kaw zsu­nął się z jego atle­tycz­nej ręki. Po­zo­stał w po­strzę­pio­nej ko­szu­li i uśmie­cha­jąc się pod wą­sem, po­dał mi zwi­nię­ty ma­te­riał z jed­nym sło­wem:

– Masz!

Uczu­łem na­raz, że robi mi się koło ser­ca bar­dzo cie­pło i że Bos­ma­nek jest mi tak dro­gi jak „Lwów”. Wy­szep­ta­łem:

– O! Mu-ku-ru!

Ornitolodzy

Sil­ny wiatr dmą­cy z wej­ścia do Ka­na­łu An­giel­skie­go zmu­sił nasz sta­ry ża­glo­wiec szkol­ny „Lwów” do rzu­ce­nia ko­twi­cy przy wschod­nim wy­brze­żu An­glii, by prze­cze­kać zmia­nę kie­run­ku wia­tru. Młod­si ofi­ce­ro­wie „Lwo­wa”, bę­dą­cy star­szy­mi ko­le­ga­mi uczniów za­okrę­to­wa­nych na tę po­dróż, mie­li od­mien­ne zda­nie co do tego cze­ka­nia na wiatr ani­że­li ko­men­dant i star­szy ofi­cer.

– Za­miast nu­dzić się na ko­twi­cy, po­szli­by­śmy do­oko­ła, po­mię­dzy Sze­tlan­da­mi i Wy­spa­mi Owczy­mi – mó­wi­li. – Obe­szli­by­śmy z da­le­ka to bi­skaj­skie cmen­ta­rzy­sko ża­glow­ców i nie cze­ka­li na po­ni­ża­ją­ce dla na­wi­ga­to­ra zmi­ło­wa­nie wia­tru.

Te­go­rocz­ni ab­sol­wen­ci, któ­rzy od­by­wa­li swą ostat­nią po­dróż na bia­łym bar­ku szkol­nym, szy­ku­jąc się do eg­za­mi­nu prak­tycz­ne­go, go­rą­co po­pie­ra­li star­szych ko­le­gów-ofi­ce­rów.

Po­dróż jed­nak „do­oko­ła” Szko­cji to szmat dro­gi, na­wet w po­rów­na­niu do ca­łej te­go­rocz­nej po­dró­ży, któ­rej ter­mi­nów mu­sie­li­śmy do­trzy­mać. Szli­śmy na Mo­rze Czar­ne, do Kon­stan­cy, gdzie mie­li­śmy – na spe­cjal­ne za­pro­sze­nie mło­do­cia­ne­go kró­la Ru­mu­nii, sied­mio­let­nie­go Mi­cha­ła – swą obec­no­ścią uświet­nić ru­muń­skie Dni Mo­rza.

To przy­pad­ko­we miej­sce za­ko­twi­cze­nia na­sze­go bar­ku szkol­ne­go było wy­jąt­ko­wo zaj­mu­ją­ce, po­nie­waż wsku­tek pły­wów bez­u­stan­nie zmie­niał się tu­taj kie­ru­nek i szyb­kość prą­du jak rów­nież głę­bo­kość, któ­ra po­zor­nie nig­dy nie od­po­wia­da­ła głę­bo­ko­ści po­da­nej dla tego miej­sca na ma­pie.

W na­wi­ga­cyj­nej uczniow­skiej ki­pia­ło od wer­to­wa­nia atla­sów prą­dów, ta­blic pły­wów, rocz­ni­ków astro­no­micz­nych i ta­blic na­wi­ga­cyj­nych. Każ­dy ab­sol­went mu­siał kil­ka razy prze­pro­wa­dzić wła­sno­ręcz­nie son­do­wa­nie i za­na­li­zo­wać róż­ni­cę po­mię­dzy głę­bo­ko­ścią po­da­ną na ma­pie a od­czy­ta­ną przy son­do­wa­niu. Były to tak zwa­ne ćwi­cze­nia „re­duk­cji son­dy” i „zera mapy”. Zero mapy – brzmią­ce ta­jem­ni­czo – ozna­cza­ło po­ziom mo­rza, do któ­re­go od­no­szą się głę­bo­ko­ści po­da­ne na ma­pie mor­skiej. Po­ziom mo­rza, za­leż­ny od chwi­lo­we­go pły­wu, stwa­rzał wa­run­ki do dys­ku­sji, któ­ry stan wody uznać za ni­ski, i wo­bec tego każ­de pań­stwo mor­skie uwa­ża­ło za punkt ho­no­ru po­da­wać od­mien­ny dla swych wy­brze­ży, ku nie­wy­mow­nej męce uczniów szkół mor­skich.

W na­wi­ga­cyj­nej sły­chać było prze­waż­nie gło­sy dwóch „wiecz­nie” ze sobą się kłó­cą­cych – Dyz­ia i Pi­gła.

– Jak ci się już wszyst­ko bę­dzie zga­dza­ło do jed­nej ty­sięcz­nej mi­li­me­tra, to ci roz­wa­lę ten ge­nial­ny umysł – pie­nił się Dyz­io. Pi­gieł, słu­cha­jąc obiet­nic Dyz­ia, uśmie­chał się nie­fra­so­bli­wie i gło­śno za­chwy­cał swy­mi ge­nial­ny­mi wy­ni­ka­mi ob­li­czeń.

– Dyz­iu, po­słu­chaj tyl­ko, wy­li­czy­łem z do­kład­no­ścią do pół mi­nu­ty mo­ment wy­so­kiej wody w od­nie­sie­niu do Do­ver, in­ter­po­la­cję prze­pro­wa­dzi­łem z do­kład­no­ścią do jed­nej ty­sięcz­nej, ob­li­czy­łem dla tego mo­men­tu od­le­głość Księ­ży­ca i Słoń­ca od Zie­mi oraz ich de­kli­na­cję do dzie­sięt­nych mi­nu­ty, wzią­łem pod uwa­gę wa­run­ki at­mos­fe­rycz­ne i pływ bu­rzo­wy oraz wszyst­kie wia­try mo­gą­ce mieć wpływ na stan wody tu­taj i wie­ją­ce w cią­gu ostat­nie­go ty­go­dnia przy za­sto­so­wa­niu spi­ra­li Ek­ma­na.

– Pi­gieł, prze­stań. Prze­stań, bo nie wy­trzy­mam! – krzy­czał Dyz­io tak gło­śno, że sły­chać go było na ca­łym po­kła­dzie.

Ale Pi­gieł w dal­szym cią­gu upa­jał się swo­imi ob­li­cze­nia­mi i swą ge­nial­no­ścią, nie do­ce­nia­ną przez żad­ne­go z ko­le­gów. Do­tych­cza­so­we jego wy­czy­ny przy­nio­sły mu w re­zul­ta­cie przy­do­mek „Pi­głu”, któ­ry po­wta­rza­ny szyb­ko raz po raz ujaw­niał swe istot­ne zna­cze­nie. Wów­czas jesz­cze nikt nie po­dej­rze­wał w Pi­głu świa­to­wej sła­wy ma­la­rza, któ­re­go wy­sta­wę bę­dzie otwie­rał Ber­nard Shaw, ni­ko­mu nie prze­szło przez myśl, że wy­sta­wi swe ob­ra­zy w Roy­al Aca­de­my i jako na­dwor­ny ma­larz kró­lo­wej Elż­bie­ty II od­bę­dzie z nią po­dróż na Ber­mu­dy. Na ra­zie Pi­gieł po­twier­dzał swym ga­da­niem przy­sło­wie per­skie, że „do­bry ko­gut w jaj­ku pie­je”.

O tym pia­niu w jaj­ku Sfo­rza piał uło­żo­ny przez sie­bie dwu­wiersz:

Wiel­ki Pi­głu je­stem JA,

Wnet mi­ra­że wam po­ka­żę.

O! la! la!

W tym okre­sie Pi­gieł po­tra­fił wy­ra­żać swe mi­ra­że bie­gle w trzech ję­zy­kach, oprócz ro­dzi­me­go. We­dług słow­nic­twa tego sa­me­go Sfo­rzy Pi­gieł z jed­na­ko­wą ła­two­ścią „na­igry­wał się” na for­te­pia­nie i skrzyp­cach, „gim­na­sty­ko­wał się”, dy­ry­gu­jąc or­kie­strą ka­me­ral­ną, któ­rą sam zor­ga­ni­zo­wał, wer­bu­jąc do niej co mu­zy­kal­niej­szych ko­le­gów, oraz ilu­stro­wał pod­ręcz­ni­ki wy­da­wa­ne przez wy­kła­dow­ców Szko­ły Mor­skiej, piór­kiem i tu­szem wy­cza­ro­wu­jąc wspa­nia­łe ża­glow­ce. Z cza­sem te ża­glow­ce zna­la­zły się w wy­da­nych przez Pi­gła w ję­zy­ku an­giel­skim książ­kach pt.: Jak ma­lo­wać ża­gle i mo­rze oraz Jak ma­lo­wać swój sta­tek.

Zdol­no­ści i ory­gi­nal­ność, a zwłasz­cza nos i umie­jęt­ność wła­da­nia szpa­dą, przy­czy­ni­ły się do tego, że wie­lu chcia­ło w nim wi­dzieć so­bo­wtó­ra Cy­ra­na de Ber­ge­rac.

Sfo­rza do­wo­dził, że nos Pi­gła przy­po­mi­na ża­giel top­sel, któ­re­go w od­po­wied­nim mo­men­cie, przy nad­cho­dzą­cej bu­rzy ży­cio­wej, Pi­gieł nie po­tra­fi zwi­nąć, co po­wo­du­je czę­ste dry­fo­wa­nie ca­łej jego oso­by w sty­lu Ca­sa­no­vy.

Naj­wspa­nial­sze jed­nak były Pi­gła pacz­ki żyw­no­ścio­we, otrzy­my­wa­ne z domu. Prze­wa­ża­ły w nich, nig­dzie nie­spo­ty­ka­ne, ka­ba­no­sy. Sfo­rza twier­dził, że są tak dłu­gie jak sam Pi­gieł i jego so­li­ter, któ­ry mu nie po­zwa­la zmie­nić swe­go wy­glą­du cho­dzą­ce­go ży­we­go wy­obra­że­nia gło­du w In­diach.

Je­śli pacz­ka żyw­no­ścio­wa dla Pi­gła zo­sta­ła do­strze­żo­na na czas, to by­wał on na­tych­miast wią­za­ny. Ka­ba­no­sy swo­je oglą­dał wy­łącz­nie z da­le­ka, a Sfo­rza tłu­ma­czył mu, że mar­no­traw­stwem by­ło­by kar­mie­nie ta­ki­mi pysz­no­ścia­mi so­li­te­ra.

So­li­te­ra zro­dzi­ła oczy­wi­ście buj­na wy­obraź­nia Sfo­rzy, ab­sol­wen­ta szko­ły fil­mo­wej. Je­śli pod­czas po­dró­ży zbyt­nio nie ko­ły­sa­ło, Sfo­rza grał z po­wo­dze­niem rolę ofi­ce­ra na­wi­ga­cyj­ne­go. Pod­czas ko­ły­sa­nia gry­wał, rów­nież z po­wo­dze­niem, czło­wie­ka obez­wład­nio­ne­go cho­ro­bą mor­ską, sam je­den na sce­nie, w któ­rą za­mie­niał się nie­lu­bia­ny przez ni­ko­go szpi­ta­lik okrę­to­wy.

W szpi­tal­nej koi gry­wał tak­że rolę szczę­śli­we­go Tan­ta­la, sy­cą­ce­go się wi­do­kiem przy­ja­ciół ra­czą­cych się spo­rzą­dza­ny­mi spe­cjal­nie na jego po­dróż sar­ni­mi cą­bra­mi, szyn­ka­mi dzi­ków i wie­lu in­ny­mi spe­cja­ła­mi, gdyż Sfo­rza od ro­dzi­ny z błot piń­skich otrzy­my­wał przed wyj­ściem w po­dróż ol­brzy­mie za­pa­sy, jak gdy­by wy­ru­szał na wy­pra­wę krzy­żo­wą. Po­le­skie ostę­py kry­ły tyle zwie­rza, że te spe­cja­ły były tam do­słow­nie „bez­cen­ne”, ale na stat­ku ich „bez­cen­ność” na­bie­ra­ła po­tocz­ne­go zna­cze­nia.

Przy koi Sfo­rzy kłó­ci­li się czę­sto, ale już na zu­peł­nie inne te­ma­ty, Dyz­io i Pi­gieł. Kie­dyś te­ma­tem kłót­ni Dyz­ia z Pi­głem były pta­ki. Dyz­ia in­te­re­so­wa­ły sta­le ta­kie kwe­stie, jak przy­czy­na dłu­go­ści szyi ży­ra­fy, dla­cze­go słoń ma trą­bę lub czym lot ja­skół­ki róż­ni się od lotu wró­bla. Szu­kał od­po­wie­dzi na te mę­czą­ce go py­ta­nia, czy­ta­jąc dzie­ła Dar­wi­na w ję­zy­ku fran­cu­skim. Sfo­rza, któ­ry znał nie­omal na pa­mięć wszyst­kie opo­wia­da­nia mor­skie Clau­de’a Far­rère’a i Pier­re’a Loti, nie da­rzył sym­pa­tią Dar­wi­na i wy­ra­żał oba­wy, że Dyz­io, od­da­ją­cy się z za­pa­łem stu­diom nad do­wo­dze­nia­mi Dar­wi­na, ze­chce spraw­dzić to wszyst­ko, cze­go się na­czy­tał i go­tów za­miesz­kać na sta­łe na ja­kimś drze­wie w Afry­ce, by stać się pra­przod­kiem.

Pi­gła in­te­re­so­wa­ła wy­łącz­nie bar­wa upie­rze­nia pta­ków, po­dob­nie jak bar­wy kwia­tów. Przy­czy­ny two­rze­nia się barw wią­zał z kształ­tem ich wła­ści­cie­li i sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną miej­sca ich za­miesz­ka­nia, we­dług wy­ima­gi­no­wa­nej przez sie­bie teo­rii rów­no­wa­gi barw. Dyz­io wy­pro­wa­dzał wszyst­kie bar­wy od przy­sto­so­wa­nia się do wa­run­ków ży­cia. Sfo­rza z prze­ję­ciem oba­lił teo­rie obu opo­wia­da­niem o wspa­nia­łej ko­lek­cji wę­drow­nych pta­ków bro­dzą­co-be­ka­so­wa­tych Ma­che­tes pu­gnax, któ­rych rzad­kie oka­zy po­sia­da­li jego zna­jo­mi osia­dli wśród ba­gien Pińsz­czy­zny.

– Pi­głu – mó­wił Sfo­rza – ja­każ rów­no­wa­ga barw, sko­ro ani je­den sa­miec tego sa­me­go kształ­tu nie ma tego sa­me­go ko­lo­ru upie­rze­nia pod­czas go­dów. A we­dług two­jej teo­rii, Dyz­iu, aku­rat na sze­ro­ko­ści błot piń­skich mu­szą w maju zja­wiać się te pta­ki i każ­dy z nich musi się ubrać na ten okres w od­mien­ne­go ko­lo­ru kap­tu­rek i kry­zę. Mi­ra­że. Ja­kie przy­sto­so­wa­nie się do wa­run­ków ży­cia, je­śli pod­czas to­ków po­tra­fią go­dzi­na­mi wy­czy­niać wszyst­ko na niby, uda­jąc naj­bar­dziej za­żar­te wal­ki. Nie wi­dzia­łem jed­nak nig­dy, żeby pod­czas ta­kiej wal­ki je­den z nich skrzyw­dził dru­gie­go. Wspa­nia­li ak­to­rzy, na­wet nie ry­ce­rze pod­czas tur­nie­ju, po­ty­ka­ją­cy się dla przy­po­do­ba­nia się swej da­mie ser­ca. Ich damy przy­glą­da­ją się tym har­com, ale każ­dy z nich ma tych dam kil­ka.

Sła­bo­ścią Dyz­ia, od­ry­wa­ją­cą go od stu­diów nad do­cie­ka­nia­mi Dar­wi­na, były dzie­ła Gor­kie­go, któ­rych peł­ne wy­da­nie w ory­gi­na­le wo­ził sta­le ze sobą. W oso­bie Dyz­ia nie po­dej­rze­wa­no przy­szłe­go pro­fe­so­ra eko­lo­gii, a naj­mniej – przy­szłe­go do­stoj­ni­ka.

Nie­koń­czą­ce się dys­pu­ty po­mię­dzy Dyz­iem i Pi­głem zmie­nia­ły swój te­mat w za­leż­no­ści od miej­sca, w któ­rym były pro­wa­dzo­ne. Pod­czas prze­dłu­ża­ją­ce­go się po­sto­ju w ocze­ki­wa­niu na wiatr sprzecz­ki w na­wi­ga­cyj­nej były co­raz żar­liw­sze:

– Pi­głu, je­śliś taki mą­dry, po­wiedz, ja­kie jest zero mapy przy­ję­te przez Ja­po­nię.

– Śred­nia naj­niż­sza ni­ska woda – bez za­jąk­nie­nia od­parł Pi­gieł.

– Mi­raż, Pi­głu, mi­raż – cie­szył się Dyz­io. – Nic po­dob­ne­go, in­dyj­ska ni­ska woda sy­zy­gij­na. No ale po­wiedz wo­bec tego, ja­kie jest zero mapy przy­ję­te przez In­die Ho­len­der­skie? No?

– In­dyj­ska ni­ska woda sy­zy­gij­na – po­wtó­rzył Pi­gieł usły­sza­ne przed chwi­lą od Dyz­ia zero mapy ja­poń­skiej.

– I znów twój mi­raż nad mi­ra­że. Na­wet nie śni­łeś nig­dy o ta­kim ze­rze. Śred­nia pół­rocz­na naj­niż­sza ni­ska woda. Ale do trzech razy sztu­ka. Po­wiedz, Ho­len­drzy…

– Od­czep się, Dyz­iu – zi­ry­to­wał się Pi­gieł. – Daj mi spo­kój.

– Oho! Nie dam – znę­cał się nad nim Dyz­io. – Jak ci znów wy­pad­nie do­kład­ność sta­nu wody do jed­nej ty­sięcz­nej mi­li­me­tra, to cię jesz­cze raz prze­eg­za­mi­nu­ję, choć i tak stwier­dzi­łem, że nic nie umiesz.

Na szczę­ście „Lwów” wy­brał ko­twi­cę i ru­szył przez Ka­nał An­giel­ski z wi­zy­tą do sied­mio­let­nie­go kró­la.

Wszyst­kie za­ję­cia mo­gą­ce się przy­dać ab­sol­wen­tom w przy­szło­ści, a na­wet sta­wia­nie i zwi­ja­nie ża­gli, były wy­ko­ny­wa­ne z za­pa­łem, na­to­miast my­cie, ma­lo­wa­nie i czysz­cze­nie mo­sią­dzu na­le­ża­ły do prac ob­ję­tych uku­tym w szko­le po­wie­dze­niem: „Le­ni­stwo jest rę­koj­mią zdro­wia”. Je­śli któ­ryś z ab­sol­wen­tów nie pia­sto­wał god­no­ści star­sze­go na­wi­ga­cyj­ne­go lub służ­by bos­mań­skiej, to za­nim przy­szła jego ko­lej na jed­no z tych sta­no­wisk, uwa­żał sie­bie za pa­sa­że­ra wol­ne­go od ro­bót po­rząd­ko­wych. Wo­bec tego że w tym roku było o kil­ku ab­sol­wen­tów wię­cej niż god­nych ich sta­no­wisk, wol­ni od służ­by wy­my­śli­li sa­mo­bój­czą za­ba­wę pod­czas wach­ty. W od­po­wied­nim mo­men­cie je­den z nich uka­zy­wał się na ścież­ce ży­cia ko­men­dan­ta, i to z rę­ka­mi nie za­ję­ty­mi pra­cą. „Wy­brań­ca losu” ty­po­wa­no oczy­wi­ście dro­gą lo­so­wa­nia. Po­zo­sta­li za naj­bliż­szą nad­bu­dów­ką ob­ser­wo­wa­li strasz­li­wy mo­ment rzu­ce­nia się ko­men­dan­ta na po­świę­co­ną mu ofia­rę.

Prze­ra­że­nie ofia­ry było za­wsze wiel­kie, po­nie­waż ko­men­dant nie zno­sił na po­kła­dzie lu­dzi, któ­rzy nic nie ro­bi­li. Co praw­da ety­kie­ta mor­ska była na stat­ku przez wszyst­kich ści­śle prze­strze­ga­na i w miej­scu, gdzie ktoś pra­co­wał, nig­dy nikt nie prze­by­wał bez­czyn­nie, a je­śli go za­sko­czo­no śpią­ce­go i na­wet od­po­czy­wa­ją­ce­go przed wach­tą, każ­dy na­tych­miast przy­kła­dał rękę i po­ma­gał „pra­ce­rzom”. Ko­men­dant jed­nak do­sko­na­le wie­dział, że część ab­sol­wen­tów jest nie­uchwyt­na i za­bi­jał czas po­lo­wa­niem na sztu­ki bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne w próż­no­wa­niu.

Po upo­lo­wa­niu ab­sol­wen­ta nig­dy nie było wia­do­mo, ja­ki­mi dro­ga­mi po­to­czą się my­śli ko­men­dan­ta i co z tego wy­nik­nie. Bar­dzo czę­sto wszyst­ko za­le­ża­ło od miej­sca spo­tka­nia z prze­zna­cze­niem, miej­sce zaś usta­la­no z góry.

Ty­tuł ko­men­dan­ta stat­ku szkol­ne­go przy­wę­dro­wał z fran­cu­skiej ma­ry­nar­ki i zna­lazł z ła­two­ścią za­sto­so­wa­nie na „Lwo­wie”, po­nie­waż star­szy i dru­gi ofi­cer byli – po­dob­nie jak ko­men­dant – ka­pi­ta­na­mi że­glu­gi wiel­kiej. Mó­wie­nie do nich „pa­nie po­rucz­ni­ku” było de­gra­do­wa­niem ich za­słu­żo­nej ran­gi. Ty­tu­ło­wa­nie wszyst­kich ka­pi­ta­na­mi na­ru­sza­ło bez­a­pe­la­cyj­ne pra­wo do tego ty­tu­łu za­wa­ro­wa­ne dla ka­pi­ta­na stat­ku, wy­wo­łu­jąc nie­za­do­wo­le­nie wy­ra­ża­ne przez po­przed­nie­go ka­pi­ta­na zda­niem: „Zna­czy ty­tu­ło­ma­nia”. Obec­nie ty­tuł ko­men­dan­ta ja­sno okre­ślał sta­no­wi­sko i god­ność, po­zwa­la­jąc jed­no­cze­śnie na od­po­wied­nie ty­tu­ło­wa­nie star­sze­go i dru­gie­go ofi­ce­ra.

Obec­ny ko­men­dant dzię­ki swej przy­go­dzie z ło­dzią pod­wod­ną1, na któ­rej do­bro­wol­nie za­to­nął, by nie zo­sta­wić za­ło­gi bez do­wódz­twa, po czym po opa­no­wa­niu pa­ni­ki z le­żą­cej już na dnie ło­dzi wy­rzu­cił na po­wierzch­nię po­zo­sta­łych przy ży­ciu lu­dzi i wy­do­stał się sam – miał nie­ogra­ni­czo­ny kre­dyt na „roz­szar­py­wa­nie” rzu­co­nych mu ofiar. Ofia­ry zaś nie mia­ły pra­wa no­sić w ser­cu ura­zy do ko­men­dan­ta za sły­sza­ne okre­śle­nia do­ty­czą­ce ich oso­by. To była gra.

We­dług Sfo­rzy siła ko­men­dan­ta mia­ła swe źró­dło w lęku przed nim, po­dob­nie twier­dzi­li Mu­rzy­ni we Wschod­niej Afry­ce, że „lęk przed lam­par­tem jest jego siłą”.

Sam Sfo­rza, gdy los prze­zna­czył go na ofia­rę, przed nad­cho­dzą­cym ko­men­dan­tem przy­siadł ze stra­chu na po­kła­dzie, do­ty­ka­jąc obu rę­ka­mi bez­li­to­śnie gład­kich i czy­stych de­sek po­kła­du.

Gdy strasz­ny krzyk: „Dla­cze­go nic nie ro­bi­cie?” prze­nik­nął cia­ło Sfo­rzy, ten od­zy­skał na­gle mowę i wy­ja­śnił, że wła­śnie szu­ka prze­cie­ku na po­kła­dzie, że wła­śnie w tym miej­scu za­wio­dło kal­fa­tro­wa­nie, to zna­czy uszczel­nie­nie prze­strze­ni po­mię­dzy de­ska­mi za po­mo­cą pa­kuł i spe­cjal­nej masy zwa­nej pa­kiem. Że wła­śnie on, Sfo­rza, czu­je się po­wo­ła­ny do wy­szu­ka­nia tego zu­peł­nie nie­wi­docz­ne­go dla oka prze­cie­ku, ale prze­ciek bez wąt­pie­nia jest, po­nie­waż w tym miej­scu woda ka­pie mu do ha­ma­ka.

Spra­wa ta nie­sły­cha­nie za­in­te­re­so­wa­ła ko­men­dan­ta, któ­ry na­tych­miast kuc­nął obok Sfo­rzy, by le­piej zo­ba­czyć to sła­be miej­sce swe­go stat­ku. Prze­ciek był tym cie­kaw­szy, że kal­fa­tro­wa­nie wy­ko­nał przed mie­sią­cem do­sko­na­ły spe­cja­li­sta od tych spraw, cie­śla okrę­to­wy Owsik. Nad gło­wą nie­szczę­sne­go po­tom­ka Sfo­rzów i Bogu du­cha win­ne­go cie­śli za­wi­sła groź­nie bu­rza. Szczę­ściem na­gła zmia­na wia­tru zmio­tła na­gro­ma­dzo­ne chmu­ry.

Sfo­rza twier­dził, że po­świę­cił Owsi­ka, by ra­to­wać swo­je ży­cie. Ko­men­dant nig­dy nie wra­cał do rze­czy prze­szłych, przy­szłość przy­no­si­ła tyle no­wych i cie­ka­wych spraw, że na tam­te nie miał po pro­stu już cza­su.

Była jed­nak jed­na rzecz, któ­ra ko­men­dan­ta sta­le draż­ni­ła i o któ­rej pa­mię­tał – to ubiór Dyz­ia. Ubiór, któ­ry w za­sa­dzie niby ni­czym się nie róż­nił od ubio­ru po­zo­sta­łych ko­le­gów. Każ­da jed­nak jego część mia­ła swo­istą in­dy­wi­du­al­ność, po­dob­nie jak sam wła­ści­ciel, i żyła swo­im od­ręb­nym ży­ciem. Po­mi­mo że wszyst­ko było uszy­te spe­cjal­nie na Dyz­ia, ca­łość spra­wia­ła wra­że­nie, że zo­sta­ła zdję­ta z ko­goś in­ne­go. Ko­men­dant nie mógł się po­go­dzić z wy­róż­nia­ją­cą się in­dy­wi­du­al­no­ścią ubio­ru Dyz­ia, to­też mię­dzy nim i Dyz­iem do­cho­dzi­ło czę­sto z tego po­wo­du do oży­wio­nej kon­wer­sa­cji. A po­nie­waż w ta­kich roz­mo­wach głos Dyz­ia przy­po­mi­nał dziw­nie głos ko­men­dan­ta, przy­pad­ko­wi słu­cha­cze mie­li za­wsze dużo ucie­chy.

W tej po­dró­ży Dyz­io wy­lo­so­wał miej­sce na ro­strach, na któ­rych stał szyb­ko­bież­ny dzie­się­cio­wio­sło­wy ku­ter re­pre­zen­ta­cyj­ny. Całe ro­stry były w za­się­gu wzro­ku ko­men­dan­ta sto­ją­ce­go na ru­fie. Dyz­io, zgod­nie z za­sa­da­mi gry, sta­nął na ro­strach i stał na nich tak dłu­go bez­czyn­nie, aż ko­men­dant za­in­te­re­so­wał się jego oso­bą. Aby od­wró­cić uwa­gę od swej gar­de­ro­by, któ­ra sta­le była te­ma­tem dys­ku­sji i zy­ski­wa­ła co­raz bar­dziej ujem­ną opi­nię, Dyz­io zła­pał do ręki nie­opatrz­nie po­zo­sta­wio­ny na ro­strach ter­mo­metr do mie­rze­nia tem­pe­ra­tu­ry wody. Na po­kła­dzie pod ro­stra­mi le­ża­ło jesz­cze płó­cien­ne wia­dro, jed­no z tych, ja­kie wy­ra­bia­li­śmy na stat­ku. Dyz­io, uda­jąc, że nie wi­dzi za­in­te­re­so­wa­nia ko­men­dan­ta swo­ją oso­bą, przy­ło­żył so­bie ter­mo­metr do ucha.

Na ten wi­dok ko­men­dant za­wo­łał wiel­kim gło­sem:

– Cha­le­raa! Co wy ro­bi­cie?

„Cho­le­ra” w żad­nym wy­pad­ku nie od­no­si­ła się do Dyz­ia. Był to ra­do­sny okrzyk my­śli­we­go, prze­ko­na­ne­go, że zwie­rzy­na mu nie uj­dzie. Był to wy­krzyk­nik przy­ja­zny.

– Słu­cham, czy idzie, pa­nie ko­men­dan­cie! – swym po­dob­nym do ko­men­dan­ta gło­sem od­krzyk­nął Dyz­io.

– AAAaaaa!!! – za­wi­ro­wa­ło w po­wie­trzu. – Po­wtórz­cie, co­ście po­wie­dzie­li! – wy­rzu­cił z sie­bie pur­pu­ro­wy ko­men­dant.

– Słu­cham, czy idzie, pa­nie ko­men­dan­cie. Słu­cham, czy nie po­psu­ty.

Na to po­sy­pał się na Dyz­ia grad okre­śleń i po­rów­na­nie do ja­dal­ne­go ry­ją­ce­go czwo­ro­no­ga, któ­ry – we­dług ko­men­dan­ta – miał tak samo znać się na po­ma­rań­czach, jak Dyz­io na ter­mo­me­trach. Ko­men­dant nie uży­wał pol­skiej ła­ci­ny, prze­kła­da­jąc nad nią gre­kę. Scho­wa­nych za nad­bu­dów­ką ab­sol­wen­tów ude­rzy­ło w uszy nowe sło­wo idio­tro­pos, w dźwięcz­nym ję­zy­ku ro­dzi­mym Ody­se­usza zna­czą­ce tyle co „oso­bli­wy”.

Wo­bec tego że ter­mo­metr nie po­wi­nien się był znaj­do­wać na ro­strach, za­in­te­re­so­wa­nie ko­men­dan­ta prze­nio­sło się szyb­ko z Dyz­ia na do­mnie­ma­ną oso­bę mo­gą­cą tam zo­sta­wić ter­mo­metr. Po­zo­sta­wio­ne wia­dro na­tych­miast na­pro­wa­dzi­ło gro­mo­wład­ną falę na bar­ki roz­trze­pa­ne­go młod­sze­go na­wi­ga­cyj­ne­go, do któ­re­go na­le­ża­ło mie­rze­nie tem­pe­ra­tu­ry wody, dzię­ki cze­mu Dyz­io wy­szedł z opre­sji obron­ną ręką i zszedł z ro­strów do co­dzien­ne­go ży­cia na „Lwo­wie”.

La­wi­ru­jąc wśród wysp grec­kich i bia­łych szkwa­łów, „Lwów” do­tarł do Mo­rza Czar­ne­go, zło­żył w prze­wi­dzia­nym cza­sie wi­zy­tę mło­do­cia­ne­mu kró­lo­wi, za­brał nowy na­ry­bek kan­dy­da­tów i rą­czo za­wró­cił do domu, za­trzy­mu­jąc się na chwi­lę dla od­po­czyn­ku w Al­gie­rze. Eg­zo­tycz­na ban­de­ra „Lwo­wa” i jego wiek wzbu­dzi­ły ogrom­ne za­in­te­re­so­wa­nie naj­wyż­szych sfer Al­gie­rii. Moż­ność zwie­dze­nia sta­re­go ża­glow­ca pod nig­dy nie­wi­dzia­ną ban­de­rą przy­cią­gnę­ła na­wet sfe­ry dy­plo­ma­tycz­ne w oso­bach kil­ku dys­tyn­go­wa­nych pań i pa­nów.

Syl­wet­ka przy­go­to­wa­ne­go do wyj­ścia na ląd Pi­gła przy­po­mi­na­ła Pod­bi­pię­tę z ogo­lo­ny­mi wą­sa­mi i zwró­ci­ła na sie­bie uwa­gę ofi­ce­ra służ­bo­we­go, któ­ry na­tych­miast przy­dzie­lił Pi­gła do opro­wa­dza­nia dy­plo­ma­cji po stat­ku. Wła­śnie całe to­wa­rzy­stwo sta­ło na ru­fie „Lwo­wa”, po­dzi­wia­jąc strze­li­stość jego masz­tów i pa­ję­czy­nę oli­no­wa­nia, gdy nie­opo­dal spadł ja­kiś ptak zmę­czo­ny dłu­gim lo­tem nad mo­rzem. Pa­nie pierw­sze zwró­ci­ły na nie­go uwa­gę, za­in­te­re­so­wa­ne pięk­nym upie­rze­niem. Ptak bez­sil­ny le­żał na po­kła­dzie.

Pi­gieł, zga­du­jąc ży­cze­nie pań, pod­niósł pta­ka i usi­ło­wał za­de­mon­stro­wać roz­pię­tość jego skrzy­deł. W tej sa­mej chwi­li po­ja­wił się go­nio­ny cie­ka­wo­ścią Dyz­io ze służ­bo­wej wach­ty. W wie­ko­wym dre­li­chu, zmę­czo­ny, był owo­cem za­ka­za­nym na ru­fie pod­czas wi­zy­ty zwie­dza­ją­cych, i to w obec­no­ści ko­men­dan­ta.

Po hi­sto­rii z ter­mo­me­trem Dyz­io nie ist­niał w wy­obraź­ni ko­men­dan­ta jako homo sa­piens ma­ri­nien­sis i na­le­żał już, przez swe za­in­te­re­so­wa­nie Dar­wi­nem, do pra­sz­czu­rów ludz­kie­go rodu. Wi­dząc go te­raz ubra­ne­go w coś, co kie­dyś moż­na było na­zwać dre­li­chem, ko­men­dant po­czuł w so­bie wzbie­ra­ją­cą na­wał­ni­cę. Dyz­io zaś, gdy usły­szał skie­ro­wa­ne do Pi­gła py­ta­nie, na któ­re ten nie mógł od­po­wie­dzieć, prze­ję­ty wi­do­kiem le­żą­ce­go na jego rę­kach pta­ka, za­czął płyn­ną i po­praw­ną fran­cusz­czy­zną ob­ja­śniać po­cho­dze­nie pta­ka, jego zwy­cza­je i przy­czy­nę obec­nej tra­ge­dii. Wy­mie­nił cały ro­do­wód po ła­ci­nie i tak się za­pa­mię­tał w opi­sy­wa­niu tego rzad­ko spo­ty­ka­ne­go oka­zu, że za­po­mniał o ko­men­dan­cie. Mó­wił z taką we­rwą i zna­jo­mo­ścią przed­mio­tu, że ocza­ro­wał całe to­wa­rzy­stwo. Py­ta­nia już te­raz sy­pa­ły się jed­no po dru­gim. Dyz­io był w swo­im ży­wio­le. Po­ka­zy­wał kształ­ty pa­zu­rów i dzio­bu, upie­rze­nie i ce­chy cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tego ga­tun­ku. Gdy była mowa o bar­wach, mu­siał od­stą­pić na chwi­lę gło­su Pi­gło­wi, któ­ry roz­wi­nął przed słu­cha­cza­mi swo­ją teo­rię rów­no­wa­gi barw.

Całe to­wa­rzy­stwo na ru­fie wy­da­wa­ło się nie do­strze­gać nie­do­stat­ków w ubio­rze Dyz­ia. Wszy­scy byli wy­raź­nie zdu­mie­ni nie­ocze­ki­wa­nym wy­kła­dem i jego wy­so­kim po­zio­mem.

Gdy wy­czer­pał się cały te­mat prze­lot­ne­go pta­ka, uśmiech­nię­ty i za­do­wo­lo­ny ko­men­dant spy­tał Dyz­ia, wska­zu­jąc przy tym na Pi­gła:

– Któ­ry z was lep­szy or­ni­to­log, wy czy on?

– On – bez chwi­li na­my­słu od­po­wie­dział Dyz­io.

– Mnie się wy­da­je, że chy­ba wy – uśmie­cha­jąc się pod wą­sem, po­wie­dział ko­men­dant. – Bo wy cały czas mó­wi­li­ście.

– O nie, on jest lep­szym or­ni­to­lo­giem, pa­nie ko­men­dan­cie – upie­rał się Dyz­io.

– Dla­cze­go on? – dzi­wił się ko­men­dant. – Czy on też tak dużo stu­diu­je jak wy? Czy wię­cej od was? – py­tał da­lej.

– Nie, pa­nie ko­men­dan­cie – od­po­wie­dział Dyz­io – ale on zja­da ja­jecz­ni­cę z trzy­dzie­stu jaj, a ja tyl­ko z pięt­na­stu.

Dal­sza roz­mo­wa, po­mi­mo obec­no­ści bar­dzo dys­tyn­go­wa­ne­go to­wa­rzy­stwa z dy­plo­ma­cji, za­koń­czy­ła się wy­bu­chem śmie­chu, z któ­re­go jed­nak moż­na było wy­ło­wić dźwięk grec­kie­go sło­wa, przy­po­mi­na­ją­ce­go okre­śle­nie „oso­bli­wy”.

Wiatr

W cią­gu ośmiu dni bez­u­stan­ne­go wschod­nie­go wia­tru mie­li­śmy moż­ność do­znać wszel­kich wra­żeń, bę­dą­cych on­giś udzia­łem że­gla­rzy na du­żych ża­glow­cach a uza­leż­nio­nych od hu­mo­rów ich ka­pi­ta­nów. Moż­na by je za­wrzeć w gra­ni­cach okręt-pie­kło i pły­wa­ją­cy dom ro­dzin­ny.

Ka­pi­tan na­sze­go szkol­ne­go ża­glow­ca, łu­dzą­co po­dob­ny do współ­cze­sne­go mu ko­mi­ka fil­mo­we­go, Maxa Lin­de­ra, był tyl­ko odro­bi­nę mniej za­baw­ny od tego po­pu­lar­ne­go ar­ty­sty. Ce­cho­wa­ła go na­to­miast ge­nial­na umie­jęt­ność bły­ska­wicz­ne­go prze­cho­dze­nia od na­stro­ju ka­pi­ta­na z okrę­tu-pie­kła, wo­ła­ją­ce­go wiel­kim gło­sem: „Ko­bie­ty mam za­miast ofi­ce­rów! Trzy dni już je­ste­śmy w mo­rzu, a jesz­cze nie wi­dzia­łem krwi na po­kła­dzie!”, do na­stro­ju żony ka­pi­ta­na z pły­wa­ją­ce­go domu ro­dzin­ne­go, trosz­czą­ce­go się nie tyl­ko o za­ło­gę, ale i o przy­god­nie opa­dłe na sta­tek pta­ki. Nie na­le­ży przy tym my­lić „pły­wa­ją­cych do­mów ro­dzin­nych”, na któ­rych su­ro­we ży­cie ma­ry­nar­skie ła­go­dzi­ło cie­pło do­mo­we­go ogni­ska, wno­szo­ne przez ka­pi­tań­skie żony o wiel­kim i do­brym ser­cu, z „ku­rzy­mi fre­ga­ta­mi”, gdzie rzą­dzi­ły rów­nież żony ka­pi­ta­nów, lecz cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne ser­ca.

Mie­li­śmy na sta­żu w tym rej­sie ofi­ce­ra ma­ry­nar­ki wo­jen­nej o go­łę­bim ser­cu, co zde­cy­do­wa­ło, iż pod­jął się opie­ki nad kil­ko­ma go­łę­bia­mi, któ­re – za­błą­ka­ne na Atlan­ty­ku – opa­dły na po­kład na­sze­go ża­glow­ca idą­ce­go na Mo­rze Czar­ne.

Pod­czas wy­ko­ny­wa­nia zwro­tu przez sztag, gdy cała za­ło­ga sta­ła przy­go­to­wa­na do bra­so­wa­nia foka, to jest ob­ró­ce­nia wszyst­kich rei na przed­nim masz­cie za po­mo­cą lin zwa­nych bra­sa­mi, usły­sze­li­śmy ocze­ki­wa­ną ko­men­dę, wy­da­ną wiel­kim gło­sem ka­pi­ta­na przez tubę mo­sięż­ną, wy­czysz­czo­ną do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści me­ta­lu:

– Fok do­ooko­ła­aa! I za­raz ten sam głos za­wo­łał:

– Pa­nie Po­pie­eel! Dla­cze­go go­łę­bie wody nie ma­aająą?

W cią­gu tego strasz­ne­go ty­go­dnia każ­de­go ran­ka na kur­sie nord uka­zy­wa­ły się przed buksz­pry­tem na­sze­go ża­glow­ca wierz­choł­ki gór Sier­ra Ne­va­da, za­ró­żo­wio­ne pro­mie­nia­mi słoń­ca. W nocy, na kur­sie so­uth, przed buksz­pry­tem mru­ga­ło do nas świa­tło la­tar­ni mor­skiej Al­bo­ran. Wszyst­kie na­sze zwro­ty przez sztag, wy­ko­ny­wa­ne co sześć go­dzin pod­czas la­wi­ro­wa­nia na po­łu­dni­ku wy­sep­ki Al­bo­ran, nie da­wa­ły po­żą­da­ne­go re­zul­ta­tu: wschod­ni wiatr nie po­zwa­lał na prze­bi­cie się ku szer­szym wo­dom Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Jak wska­zów­ka w ze­gar­ku, co sześć go­dzin buksz­pryt po­ka­zy­wał zi­den­ty­fi­ko­wa­ny już przez nas szczyt Cer­ro de Mul­ha­cén, a na­stęp­nie – Al­bo­ran, la­tar­nię mor­ską lub jej świa­tło.

Przez pierw­sze czte­ry dni z za­pa­łem ćwi­czy­li­śmy oversz­ta­gi opro­mie­nio­ne mi­łym uśmie­chem na­sze­go ka­pi­ta­na. Pią­te­go dnia jego hu­mor uległ gwał­tow­nej zmia­nie. Ka­pi­tan za­czął szu­kać win­nych tego, że już pią­ty dzień nie mo­że­my się po­su­nąć na wschód na­wet o je­den ka­bel.

Win­ni oka­za­li się przede wszyst­kim ster­ni­cy, bo nie dość ostro ste­ro­wa­li na wiatr, oraz wszy­scy ucznio­wie, bo zbyt opie­sza­le bra­so­wa­li reje. Z tej przy­czy­ny przy każ­dym zwro­cie tra­ci­li­śmy, co­śmy teo­re­tycz­nie zy­ska­li przez sześć go­dzin po­su­wa­nia się kur­sem sie­dem rum­bów do wia­tru.

Ka­pi­tan za­czął sza­leć. Strasz­nym gło­sem ob­wiesz­czał nam, że nic nie umie­my ro­bić, że sam chy­ba bę­dzie za nas ste­ro­wał. Każ­dy się do­wia­dy­wał, że wszyst­ko, co w tej chwi­li wy­ko­nu­je, robi nie po ma­ry­nar­sku, bez po­ję­cia, źle. I wte­dy, w chwi­li naj­więk­sze­go krzy­ku ka­pi­ta­na, któ­ryś z uczniów za­śpie­wał:

– Py­ton sza­le­eeje! Py­ton sza­le­eeje! A więc ka­pi­tan zo­stał Py­to­nem. Po do­ko­na­niu po­ran­ne­go zwro­tu, gdy na­sza wach­ta za­ję­ta była zmy­wa­niem i szo­ro­wa­niem po­kła­du na ru­fie, w otwar­tych drzwiach ka­jut­kom­pa­nii2 uka­zał się ka­pi­tan:

– Aaaa, cha­le­ra! Na­wet myć nie umie­cie po­rząd­nie! Szczot­ki nikt nie wie, jak trzy­mać!!!

Nie do­koń­czy­li­śmy słu­cha­nia opi­nii o na­szej pra­cy. Wszy­scy jak je­den mąż rzu­ci­li­śmy szczot­ki i bie­giem po­gna­li­śmy na dziób, pod bak – do na­sze­go ustę­pu, śpie­wa­jąc po dro­dze:

– Py­ton sza­le­eeje!

Za­le­d­wie za­trza­snę­li­śmy drzwi „bu­dyn­ku bez okie­nek i ko­min­ka”, usły­sze­li­śmy tu­pot nóg bie­gną­ce­go za nami ofi­ce­ra wach­to­we­go. Na­tych­miast zła­pa­li­śmy za klam­kę, nie po­zwa­la­jąc mu wejść do środ­ka. Czwar­ty ofi­cer był na­szym star­szym o je­den rok ko­le­gą. Trzy­ma­li­śmy moc­no drzwi, więc mu­siał roz­po­cząć z nami per­trak­ta­cje:

– Chodź­cie na po­kład – na­ma­wiał – wra­caj­cie do ro­bo­ty!

– O, nie! Nie może tak być! Za­pędź wpierw Py­to­na pod po­kład!

– Zwa­rio­wa­li­ście?!

– Za­pędź Py­to­na! Umrze­my tu z gło­du, ale nie wyj­dzie­my, za­nim go nie za­pę­dzisz pod po­kład. In­ne­go wyj­ścia nie ma!

Nie mo­gąc się z nami do­ga­dać, po­szedł na rufę. Miał tak gro­bo­wy wy­raz twa­rzy, że Py­ton, ze swym do­brym ser­cem, za­nie­po­ko­ił się:

– Nu, co się sta­ło? – spy­tał.

– Wach­ta boi się pana ka­pi­ta­na!

– Dla­cze­go sie bojo?

– Pan ka­pi­tan po­wie­dział, że nic nie umie­ją ro­bić, więc się boją.

So­bo­wtór Maxa Lin­de­ra uśmiech­nął się:

– Nu, to ja pój­da do ka­bi­ny.

Do na­sze­go przy­byt­ku za­stu­kał uczeń na­wi­ga­cyj­ny z ra­do­sną wie­ścią, że nie ma Py­to­na na po­kła­dzie. Wró­ci­li­śmy więc do ro­bo­ty, do szo­ro­wa­nia po­kła­do­wych de­sek. Mu­sie­li­śmy się śpie­szyć, by od­ro­bić stra­co­ny czas.

Aku­rat gdy już wszyst­kich ogar­nął wiel­ki za­pał, uka­zał się na po­kła­dzie ka­pi­tan. Na jego wi­dok, bez ko­men­dy, rzu­ci­li­śmy szczot­ki i pę­dem zbie­gli­śmy po tra­pach na śród­o­krę­cie, by skryć się pod ba­kiem.

– Cha­le­ra! Na­praw­da sie bojo! – do­szedł nas ra­do­sny okrzyk. Od­wró­ci­li­śmy się i zo­ba­czy­li­śmy na­sze­go ka­pi­ta­na wcho­dzą­ce­go do po­miesz­czeń ofi­cer­skich. Wró­ci­li­śmy do ro­bo­ty.

Wiatr wciąż nie zmie­niał kie­run­ku: east, sta­le east!

Po po­łu­dniu wy­da­wa­ło się nam, że szał Py­to­na do­szedł szczy­tu. Z okrzy­kiem: „Cha­le­ra! Trze­ba zło­żyć ofia­rę, żeby wiatr się zmie­nił!” ze­rwał z sie­bie wspa­nia­łą ol­brzy­mią lor­net­kę, na­by­tą za pie­nią­dze z tru­dem oszczę­dza­ne przez kil­ka lat, i nim kto­kol­wiek zdo­łał się zo­rien­to­wać, ci­snął ją za bur­tę. Cze­ka­jąc na sku­tek tej ofia­ry, do­cze­ka­li­śmy się szó­ste­go dnia bez­u­stan­nie wie­ją­ce­go wschod­nie­go wia­tru.

Szó­sty dzień roz­po­czął się rów­nież od ci­cho nu­co­nej pod no­sem pio­sen­ki: „Py­ton sza­le­je”. Pierw­sza wach­ta cier­pli­wie zno­si­ła nie­po­chleb­ne opi­nie o swo­jej pra­cy, gło­śno wy­po­wia­da­ne przez ka­pi­ta­na.

Po śnia­da­niu ci, któ­rzy za­ję­ci byli w po­bli­żu rufy, usły­sze­li zna­jo­my głos ka­pi­ta­na, ko­men­de­ru­ją­ce­go do­no­śnie sa­me­mu so­bie:

– Aś! dwaa! aś! dwaa! Głos do­cho­dził z dol­nych po­miesz­czeń na ru­fie. Ka­pi­tan za­zwy­czaj je­dy­nie w por­cie, z oka­zji „spo­tka­nia się” z wą­sem od bra­sów foka z le­wej bur­ty, sam so­bie po­da­wał ko­men­dy. Wąs, dłu­go­ści oko­ło pół me­tra i gru­bo­ści ra­mie­nia, od­la­ny z że­la­za, słu­żył do zwięk­sza­nia kąta po­mię­dzy koń­ca­mi rej a miej­scem za­mo­co­wa­nia bra­sów. Umiesz­czo­ny był na śród­o­krę­ciu, tuż pod re­lin­giem, pro­sto­pa­dle do le­wej bur­ty stat­ku. Przed wie­lu laty zo­stał lek­ko zgię­ty. Zgię­cie było zni­ko­me i ni­ko­mu w ni­czym nie prze­szka­dza­ło, z wy­jąt­kiem ka­pi­ta­na.

W por­cie, je­śli ka­pi­tan miał wol­ny czas i „spo­tkał się” z wą­sem, na­tych­miast za­bie­rał się do jego pro­sto­wa­nia. Wo­łał tra­po­we­go i wiel­kim gło­sem roz­ka­zy­wał:

– Przy­nie­ście młot z ma­szy­ny!

Ubra­ny w bia­ły, na­kroch­ma­lo­ny mun­dur, w sztyw­nym koł­nie­rzy­ku i kra­wa­cie sia­dał okra­kiem na re­lin­gu i zwra­cał się do tra­po­we­go:

– Nu, da­waj­tie młot! Na­stęp­nie z okrzy­kiem „aś!” – pod­no­sił młot obu­rącz nad sobą i na „dwaa!” – opusz­czał go na wąs. Były to chwi­le wiel­kie­go wy­po­czyn­ku na stat­ku. Wszy­scy wie­dzie­li, gdzie jest ka­pi­tan. Przez go­dzi­nę sły­chać było do­no­śne „aś! dwaa! aś! dwaa!”.

Po go­dzi­nie ka­pi­tan wy­glą­dał jak wy­cią­gnię­ty z wody. Pra­ca w upal­nym, po­łu­dnio­wym słoń­cu zmie­nia­ła koł­nie­rzyk i kra­wat w mięk­ką szma­tę. Ka­pi­tan, za­do­wo­lo­ny z sie­bie, ze­ska­ki­wał z re­lin­gu i mo­no­lo­go­wał:

– Cha­le­ra, za­bru­dzi­łem się! Ale wąs tro­szecz­ku wy­pro­sto­wa­łem!

O ile pierw­sza uwa­ga była słusz­na, o tyle dru­ga – moc­no prze­sa­dzo­na. Mun­dur miał wy­gląd, jak­by ze­tknął się z brud­ną wodą, a wąs nie wy­pro­sto­wał się ani o mi­li­metr.

Ka­pi­tan po upły­wie pół go­dzi­ny zja­wiał się na po­kła­dzie wy­ką­pa­ny, prze­bra­ny i znacz­nie spo­koj­niej­szy. Pierw­szą ofia­rą pa­dał tra­po­wy.

– Cha­le­ra! Dla­cze­go młot od ma­szy­ny leży na po­kła­dzie?! Go­dzi­na wy­po­czyn­ku mi­nę­ła. Z od­gło­sów do­cho­dzą­cych te­raz z wnę­trza ża­glow­ca moż­na było wnio­sko­wać, że Py­ton coś wle­cze.

– Aś! dwaa! aś! dwaa!

Po każ­dym „dwaa!” sły­chać było szur­got cze­goś po­su­wa­ne­go po scho­dach. Mu­sia­ło to być coś bar­dzo cięż­kie­go, bo do „aś! dwa!” Py­ton do­łą­czał jesz­cze „cha­le­ra!”.

– Aś! dwaa! Cha­le­ra! Jesz­cze parę „aś! dwa!” i na po­kła­dzie zo­ba­czy­li­śmy Py­to­na wraz z ol­brzy­mim fo­te­lem.

Fo­tel pa­mię­tał chy­ba lata sie­dem­dzie­sią­te dzie­więt­na­ste­go wie­ku i był jed­nym z tych, w któ­rych nie­kie­dy daw­niej­si ka­pi­ta­no­wie ża­glow­ców spę­dza­li na po­kła­dzie dnie i noce, gdy ich tam obec­ność była ko­niecz­na. Mu­siał być do­tąd scho­wa­ny w któ­rymś z pry­wat­nych schow­ków ka­pi­ta­na, pierw­szy raz bo­wiem zo­ba­czy­li­śmy ten czci­god­ny an­tyk. Wy­cią­gnię­cie go mu­sia­ło kosz­to­wać Py­to­na nie­ma­ło tru­du. Zro­zu­mie­li­śmy te­raz jego in­ten­cję: po­sta­no­wił na wzór daw­niej­szych ka­pi­ta­nów spę­dzać noce na po­kła­dzie, by pil­no­wać na­sze­go ste­ro­wa­nia.

Spo­tkał nas jed­nak za­wód. Na po­now­ny okrzyk „aś! dwaa!” fo­tel zna­lazł się wy­so­ko w gó­rze na wznie­sio­nych rę­kach Py­to­na. Z tym gi­gan­tycz­nym fo­te­lem nad gło­wą po­dob­ny był do cy­klo­pa za­mie­rza­ją­ce­go ci­snąć gła­zem. Wol­no pod­szedł do bur­ty. Za chwi­lę ra­do­sne „aś! dwaa!” ob­wie­ści­ło, że przy­czy­na nie­po­myśl­ne­go wschod­nie­go wia­tru zo­sta­ła uto­pio­na w mo­drym Mo­rzu Ibe­ryj­skim.

W nocy przed buksz­pry­tem od­kry­ło się jak zwy­kle świa­tło la­tar­ni mor­skiej Al­bo­ran.

Siód­me­go dnia z sa­me­go rana Py­ton rzu­cił się do masz­tu i za­czął skro­bać go pa­zu­ra­mi od tej stro­ny, z któ­rej chciał do­stać wiatr. Czy­nił to już od sze­ściu dni i nie było w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go. Ale tego dnia Py­ton wa­żył się na rzecz naj­strasz­niej­szą na ża­glow­cu: za­czął jed­no­cze­śnie gwiz­dać! Gwiż­dżą­cy ka­pi­tan! Było to wy­zwa­nie rzu­co­ne nie­szczę­ściom.

Strach i pa­ni­ka ogar­nę­ły nas wszyst­kich.

Na uśmie­rze­nie Py­to­na ist­niał tyl­ko je­den nie­za­wod­ny śro­dek. Ale nikt już ta­kie­go środ­ka nie po­sia­dał. Chy­ba żeby ktoś nie­wy­trzy­mu­ją­cy ner­wo­wo uczy­nił ofia­rę, ja­kiej otwar­cie żą­dać było nie­po­dob­na.

Py­ton dra­pał maszt i gwiz­dał z wście­kło­ścią co­raz gło­śniej. Je­śli nie prze­sta­nie, spro­wa­dzi nie­szczę­ście i za­gła­dę stat­ku. Gwiz­da­nie na ża­glow­cach jest wy­klę­te. Czy uli­tu­je się ktoś nad na­szym sta­rym stat­kiem i ofia­ru­je… swój ze­ga­rek?

Je­dy­nym ra­tun­kiem było pod­su­nię­cie Py­to­no­wi ze­psu­te­go ze­gar­ka. Naj­lep­szy był­by duży bu­dzik. Ze­psu­ty duży bu­dzik, po­ło­żo­ny na ścież­ce Py­to­na, za­pew­niał nie­kie­dy do­bry hu­mor ka­pi­ta­na i pa­ro­dnio­wy spo­kój. Py­ton re­pe­ro­wał wszyst­ko, co tyl­ko uj­rzał ze­psu­te­go. Im bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny me­cha­nizm uda­ło się nam pod­su­nąć Py­to­no­wi do re­pe­ra­cji, tym więk­sza była jego ra­dość. Za­po­mi­nał o je­dze­niu i o pi­ciu, przez kil­ka dni nie było go wi­dać na po­kła­dzie. Po­tem zja­wiał się ze zre­pe­ro­wa­nym przy­rzą­dem w ręku i mó­wił:

– Dur­ne, cha­le­ra! Nie­po­trzeb­nie na­pcha­li tyle czę­ści! Py­to­no­wi zo­sta­wa­ło za­wsze kil­ka kó­łek. Ale bu­dzik cho­dził. Na ża­glow­cu pa­no­wa­ła ra­dość i ci­sza.

Obec­nie jed­nak by­li­śmy od paru mie­się­cy w mo­rzu. Za­pas bu­dzi­ków, przy­wo­żo­nych z urlo­pów, już się wy­czer­pał. Po­zo­sta­ły ze­gar­ki. Czy ktoś zde­cy­du­je się do­bro­wol­nie ze­psuć ze­ga­rek i ofia­ro­wać go Py­to­no­wi do zre­pe­ro­wa­nia? Z góry było wia­do­mo, że zo­sta­nie jesz­cze kil­ka zu­peł­nie „nie­po­trzeb­nych” kó­łek.

Na ra­zie wszy­scy za­czę­li go­rącz­ko­wo do­cie­kać przy­czy­ny nie­ustę­pli­wo­ści nę­ka­ją­ce­go nas wia­tru. Nic się prze­cież nie dzie­je bez przy­czy­ny. Nie­szczę­ście tego ro­dza­ju może na przy­kład spo­wo­do­wać przed­wcze­sne nie­opatrz­ne wpi­sa­nie do dzien­ni­ka okrę­to­we­go por­tu prze­zna­cze­nia. Dziec­ko wie, że na­le­ży tę ru­bry­kę zo­sta­wiać nie­za­pi­sa­ną aż do osią­gnię­cia celu. Ale w na­szym dzien­ni­ku okrę­to­wym ru­bry­ka ta była pu­sta. Więc może ktoś przed wyj­ściem z por­tu spro­wa­dził na po­kład stat­ku jed­no­cze­śnie ko­bie­tę i księ­dza? Albo, idąc na sta­tek, spo­tkał czar­ne­go kota lub nie za­pła­cił ko­bie­cie w por­cie? Wszy­scy za­cho­dzi­li w gło­wę, kto może być wi­no­waj­cą.

Na­gle gwiż­dżą­cy Py­ton coś zo­ba­czył! Prze­stał gwiz­dać i sko­czył w kie­run­ku uczniow­skiej ka­bi­ny na­wi­ga­cyj­nej, na któ­rej w cie­niu sztak­sla sie­dział nasz le­karz okrę­to­wy i pi­sał.

– Co dok­tor pi­sze?! – po­dejrz­li­wie za­py­tał.

– List – od­po­wie­dział spo­koj­nie le­karz.

– Aaaa! – za­wył Py­ton.