Płomień i krzyż. Tom 2 - Jacek Piekara

Płomień i krzyż. Tom 2

0,0

Inkwizytor Arnold Lowefell staje się coraz potężniejszym członkiem Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium. Cały czas usiłuje nie tylko odzyskać pamięć o swojej tajemniczej i mrocznej przeszłości, ale zmierzyć się z sekretami i wielopiętrowymi intrygami dręczącymi Święte Officjum.

"Płomień i Krzyż II" to również opowieść o niezwykłych kobietach: o potężnej wiedźmie służącej obecnie chrześcijanom, o czarodziejce swobodnie przemierzającej demoniczne wymiary, o perskiej magini ognia, a także o najsłynniejszej z nich wszystkich - heroinie z antycznych czasów - Valerii Flawii, inkwizytorii Jego Świątobliwości… Właśnie te kobiety odcisną piętno na losach Świętego Officjum. One również zdecydują o przyszłości całego chrześcijańskiego świata.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Arnold Löwefell oglądał pusty, martwy świat. Cóż, może nie tak dosłownie i do końca martwy i pusty, gdyż był to świat pełen roślin i zwierząt, pełen słońca, nieba i chmur, pełen radośnie szemrzącej wody i łagodnie wiejącego wiatru. Jednak nie było tam ani śladu człowieka. Ani jednego tchnienia ludzkiej myśli. Ani jednego wytworu ludzkich rąk.

Ten świat był dziewiczy, niewinny i nieskalany. Jeżeli dochodziło w nim do przemocy, agresji i wojny, do pożerania się, zabijania i ranienia, to owe działania wynikały tylko i wyłącznie z odwiecznych praw natury. Były wyrazem instynktu napędzającego drapieżniki, każącego im atakować, i instynktu napędzającego ofiary, każącego im bronić się wszystkimi dostępnymi metodami. Był to świat bezgrzeszny, świat cudownej doskonałości i doskonałej cudowności.

Löwefell przyglądał się temu światu z fascynacją, miłością i rozrzewnieniem. Był to świat doskonale wolny od ludzi, doskonale wolny od ich pragnień, żądz i pasji. Od ich grzesznej, brudnej obecności, profanującej nie tylko wszystko, czego się dotknęli, ale również wszystko, o czym pomyśleli. Löwefell chłonął ten świat całym sobą, szczęśliwy, że dane jest mu obcować z tworem tak doskonałym, i szczęśliwy, że dopuszczono go do tej obserwacji i tego milczącego, nieruchomego uczestnictwa, że nie bano się, iż skala otaczającą go czystość...

– Mistrzu Löwefell... mistrzu Löwefell...

Usłyszał czyjś ponaglający, a jednocześnie zdziwiony głos i otworzył oczy. Zobaczył stojącego dwa kroki dalej mnicha. Na twarzy mężczyzny odbijało się wyraźne zakłopotanie.

– Mistrzu Löwefell, raczcie wybaczyć wtargnięcie, ale nikt nie odpowiadał na pukanie...

Inkwizytor Arnold Löwefell, jeden z najbieglejszych w sztuce członków Wewnętrznego Kręgu Świętego Officjum, nie był człowiekiem, którego można zaskoczyć w czasie snu. Tym bardziej nie był człowiekiem, którego nie obudziłoby stukanie do drzwi. Dlatego doskonale rozumiał zdziwienie i zakłopotanie mnicha. Sam był zdziwiony i zakłopotany tym, co się wydarzyło.

– Czy mogę w czymś pomóc, mistrzu Löwefell? – zapytał mnich. – Czy na pewno wszystko dobrze? – dodał po wyraźnej chwili wahania.

– Tak. Dobrze – odparł spokojnie inkwizytor.

Usiadł i opuścił stopy na chłodną posadzkę.

– Miałem sen – rzekł. – Wydaje mi się, że śniłem o świecie, o tym, jak wyglądał on tuż przed stworzeniem człowieka przez Boga.

Mnich odpowiedział uśmiechem.

– Chciałbym zobaczyć ten sen – powiedział.

Löwefell był oczywiście pewien, że jego gość doniesie o tej rozmowie, zwłaszcza dzieląc się z przełożonymi zdumieniem, iż udało mu się zaskoczyć inkwizytora we śnie i zbliżyć się na najmniejszą odległość, nie wywołując żadnej reakcji. Löwefell uważał, że ten donos będzie jak najbardziej słuszny, gdyż Inkwizytorium musiało wiedzieć o wszelkich odstępstwach od normy, o wszelkich wynaturzeniach, aberracjach czy chociażby wyjątkach od reguły. A fakt, iż Löwefell, śpiący zazwyczaj czujnie jak dzikie zwierzę, dał się zaskoczyć, był niewątpliwym wyjątkiem od reguły.

– Czym mogę ci służyć? – zapytał mnicha.

– Mistrzu Arnoldzie, polecono mi przekazać, że pani Katrina zaprasza was do siebie na śniadanie, jeżeli zechcecie wyświadczyć jej tę grzeczność.

– Oczywiście – odparł Löwefell, nie okazując zdziwienia, że Katrina sama nie przyszła do jego pokoju.

Nigdy nie był w komnacie Katriny, bo chociaż wiele razy widywali się w ważnych sprawach, to nigdy takie spotkanie nie odbyło się w jej komnacie. O czym świadczyło podobne zaproszenie? Cóż, jak wszystko w klasztorze Amszilas mogło nie świadczyć o niczym albo świadczyć o czymś niezwykle istotnym. Mogło mieć wielkie i dalekosiężne konsekwencje albo nie mieć kompletnie żadnych.

– Zaczekam za drzwiami, by wam nie przeszkadzać – powiedział mnich.

Löwefell skinął głową. Obecność innych ludzi w czasie ubierania się czy mycia zupełnie mu nie przeszkadzała, niezależnie od tego, jakiej płci mieliby to być ludzie. Tak jak zazwyczaj ludziom nie wadzi, gdy są obserwowani przez zwierzęta, tak Löwefell nie zaprzątał sobie głowy obecnością innych ludzi, jeśli tylko siedzieli cicho i nie przeszkadzali.

W komnatach nie było Matyldy, która mieszkała razem z Löwefellem, ale tego inkwizytor się dzisiejszego ranka spodziewał, gdyż jeszcze poprzedniego dnia Matylda oznajmiła, że wybiera się na układanie, czesanie i trefienie włosów, w czym ponoć niezwykle biegła była pewna służąca w klasztorze. Löwefell znał tę kobietę i wiedział, że znakomicie radzi sobie z leczeniem przeróżnych przypadłości zdrowotnych, nie sądził jednak, iż potrafi również układać fryzury. Ale Matylda korzystała już z jej usług wtedy, kiedy była jeszcze nie samodzielną ludzką istotą, lecz unieruchomioną kalectwem częścią Trójniaka.

Löwefell myślał od czasu do czasu o niedawnej operacji i o tym, że nie dopuszczano go do żadnych informacji o dwóch braciach Matyldy. Poza tym, iż informowano, że fizycznie czują się dobrze i nie potrzebują żadnego badania ani tym bardziej leczenia. Natomiast sama Matylda nie życzyła sobie spotkań z braćmi, z którymi spędziła wiele przymusowych lat uwięziona nie tylko w jednym pokoju, lecz również w jednym łóżku. Teraz, od czasów przeprowadzonej przez Löwefella operacji, była wręcz pijana wolnością i radością płynącą z tej wolności. I cały czas Löwefell nie do końca potrafił ocenić, jakie zmiany zaszły w jej magicznych możliwościach po przeprowadzeniu zabiegu. Coraz pewniejszy był jednak, że dawna obecność braci tylko ograniczała zdolności Matyldy, że byli oni nie uzupełnieniem, lecz zaledwie balastem dla jej potężnego i niezwykłego umysłu. Sam nie był jeszcze pewien, jakie przed tym umysłem rozpościerają się możliwości, lecz miał wrażenie, iż wielu osobom w Wewnętrznym Kręgu mogą się one nie spodobać. Zresztą można było zadać pytanie, czy tak naprawdę sama Matylda wie, jaką dysponuje mocą. A jeszcze ważniejsze pytania brzmiałyby, czy wie, jak tę moc kontrolować, i czy rozumie, jak chciałaby ją ukierunkować.

* * *

Komnata, czy raczej komnaty, Katriny nie przypominały niczego, co zwykły człowiek mógłby wyobrażać sobie pod pojęciem „klasztorna cela”. Te pokoje można by żywcem przenieść do książęcego pałacu i z całą pewnością właściciele nie byliby rozczarowani. Katrina przyjęła Löwefella w salonie, witając go zarówno uśmiechem, jak i uściskiem. Löwefell nigdy nie dążył do kontaktu fizycznego z innymi ludźmi, ale dotyk Katriny zawsze wzbudzał w nim dobre emocje, tak jakby stanowił namiastkę, cień dawno utraconego człowieczeństwa. Oczywiście inkwizytor zdawał sobie sprawę, iż najprawdopodobniej Inkwizytorium manipuluje nim i z jakiegoś powodu chce go przywiązać do Katriny, ale nie miał nic przeciwko temu. Zawsze uważał ją za wyjątkową osobę, lecz od czasu wspólnych podróży do nie-świata, od czasu, kiedy widział z jaką swobodą Katrina przemierza to wrogie i zdumiewające uniwersum, jego szacunek jeszcze wzrósł. I oczywiście wiedział, że nigdy nie zapomni zarówno łatwości, z jaką Katrina pokonała potężnego demona w jego własnym domu, jak i zimnej bezwzględności, z jaką go przesłuchiwała.

– Słyszałam, że miałeś piękne sny, Arnoldzie – powiedziała z łagodnym i życzliwym uśmiechem.

– Wieści szybko się rozchodzą – zauważył.

– Dobrze, że okłamałeś tego biednego, poczciwego mnicha...

– Okłamałem?

– Śniłeś o świecie pozbawionym ludzi, prawda?

– Tak było – przyznał.

– Ale przecież nie o dniu przed stworzeniem człowieka, prawda, Arnoldzie? – Kiedy spoglądała na niego jasnymi, szczerymi oczami, przypomniał sobie, jak rozpłynął się w jej wzroku, kiedy przechodzili do nie-świata. I jak powstrzymała go przed tym, by nie zniknął na zawsze.

– Ty, mogę przysiąc – mówiła dalej Katrina – śniłeś o dniu, w którym Bóg wymaże ludzkość z powierzchni ziemi. Śniłeś o świecie wolnym od grzechu, gdyż raz na zawsze oczyszczonym z plugawej obecności człowieczej cywilizacji.

Löwefell skinął głową.

– Tak było – powtórzył.

Katrina spojrzała na podsufitowy fresk ozdabiający jej komnatę, a Löwefell powiódł wzrokiem w ślad za nią.

– Niebo i chmury, i ptaki – powiedział.

– Widok kojący duszę – odparła.

– Też marzysz o wolności?

– Też?

– Matylda wspominała mi o swoich marzeniach. Częściowo się już spełniły.

– Nadal jest jednak zamknięta, prawda? Czy czuje się uwięziona?

– Sądzę, że tak.

– Czy chciałaby uciec od nas? Zapomnieć o nas?

Löwefell od wielu dni zastanawiał się nad tym. Czy Matylda, kobieta oddzielona od dwóch bliźniaczych braci w wyniku przeprowadzonej przez Löwefella skomplikowanej operacji (kto wie czy nie najbardziej skomplikowanej, jaką kiedykolwiek przeprowadził człowiek, pomyślał Löwefell) chciałaby przesunąć jeszcze dalej granice swojej wolności? Czy po wyzwoleniu od bycia częścią organizmu nazywanego Trójniakiem miała ochotę wyzwolić się od organizmu nazywanego Świętym Officjum? A może już wcale nie chciała się wyzwolić? Może miała tu do stoczenia własną, sekretną walkę? Ale jaki był cel tej walki? Jacy przeciwnicy i sojusznicy? Jakie spodziewane ofiary oraz planowane efekty? Ha, na tak postawione pytania Löwefell szukał dopiero odpowiedzi.

– Być może – odparł, gdyż sam nie znał pewnej i poprawnej odpowiedzi.

Poprosiła go, by usiadł w fotelu, i sama usiadła naprzeciwko niego. Położyła dłonie na poręczach uformowanych na kształt lwich łbów. Każdy z tych lwów spoglądał połyskującymi oczami chryzoberylów. Löwefellowi zdawało się, że patrzą wprost na niego. Zresztą, kto wie, może naprawdę patrzyły? Inkwizytor widział już na tyle dużo, iż zdawał sobie sprawę, że granica pomiędzy przedmiotem a istotą często nie jest oczywista. A dla wprawionego maga wręcz płynna.

– Lubisz przepych, Katrino?

– Lubię kolory – odparła – i lubię piękno.

Wstała, podeszła do ściany i spojrzała na swoje odbicie w kryształowym zwierciadle, odbicie, które od stóp po głowę przedstawiało jej sylwetkę, i to, wydawało się, jeszcze wyraźniejszą i bardziej nasyconą barwami, niż kiedy Löwefell spoglądał bezpośrednio na Katrinę.

– Lubisz siebie i swoje piękno?

Spojrzała na niego z nagłym smutkiem.

– Nie jestem piękna, Arnoldzie – rzekła – a przynajmniej nie według tych kryteriów, jakimi się kieruję w ocenie.

Löwefell zmarszczył brwi. Katrina nie budziła w nim erotycznej żądzy, tak jakby zresztą nie budziła tych emocji żadna dama na świecie, lecz uważał ją za wyjątkowo ładną kobietę. Delikatna twarz, nieskazitelna sylwetka, piękne włosy, głębokie spojrzenie błyszczących oczu, cera tak gładka, jakby polerowana i szlifowana. Löwefell nie wiedział, czego więcej można pragnąć. Cóż, gdyby miał do czynienia ze zwykłą kobietą, mógłby przypuszczać, że jej słowa są wyrazem tęsknoty za innym typem urody. Że jasnowłosa, szarooka, szczupła i niewysoka dziewczyna marzy o tym, by stać się rozrośniętą kruczowłosą pięknością o oliwkowej cerze i pałających czernią oczach. Ale miał do czynienia z Katriną, więc wiedział, że musi chodzić o coś zupełnie innego.

– Ale dość o mnie. – Katrina uniosła dłoń. – Zaprosiłam cię, byśmy porozmawiali o tobie, Arnoldzie, czego zapewne się spodziewałeś, prawda?

Inkwizytor skinął głową.

– Oczywiście – odparł.

– Czy zjemy coś najpierw?

– Jak sobie życzysz.

– Mam słabe jabłkowe wino, świeży chleb, trochę szynki, ser, przepiórcze jaja. – Wzruszyła ramionami z uśmiechem. – Przygotowałam się, jak widzisz...

– Skoro tak, nie śmiałbym odmówić.

Klasnęła i do pokoju weszli słudzy, wnosząc tace z jedzeniem i napojami. Rozstawili wszystko na stole, po czym, uprzedzeni zapewne, że ich rola ma się ograniczyć tylko do wniesienia, opuścili pokój. Jedzenie pachniało nadspodziewanie apetycznie i Löwefell ku swojemu zdziwieniu poczuł, że nawet ma ochotę na niewielką przekąskę.

– Częstuj się, Arnoldzie, proszę – powiedziała.

Kiedy nakładał sobie szynkę i ser, ona nalała i jemu, i sobie wina do kieliszków. Wokoło rozszedł się aromatyczny zapach młodych, świeżych jabłek.

Copyright © by Jacek Piekara
Copyright © by
Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-370-7

Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania
Eryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce
Sergei Shikin

Ilustracje
Leszek Woźniak

Redakcja
Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska

Korekta
Agnieszka Pawlikowska

Skład wersji elektronicznej
pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa


Zamówienia hurtowe
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j.
05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91
tel./faks: 22 721 30 00
www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl


Wydawnictwo
Fabryka Słów sp. z o.o.
20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a
tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91
www.fabrykaslow.com.pl
e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
www.facebook.com/fabryka
instagram.com/fabrykaslow/

Spis treści
Karta tytułowa
Katarzyna
Katrina
Roksana
Enya
Matylda
Valeria Flavia
Przypisy
Płomień i krzyż. Tom 3 (fragment)
Karta redakcyjna
Okładka

Katarzyna

Oczy Anioła nie przypominały oczu żadnego znanego stworzenia. Ani człowieka, ani zwierzęcia. Przywodziły na myśl labirynt wypełniony korytarzami szaleństwa, które prowadzą wprost w otchłań smutku i bólu. Smutku i bólu tak bezbrzeżnych i tak oszałamiających swym ogromem, że aż przechodzących w zapiekłą nienawiść do każdej istoty, która podobnego bólu oraz podobnego smutku nie jest w stanie odczuwać. Anioł skrzyżował spojrzenie z Arnoldem Löwefellem, lecz ten nie cofnął wzroku.

– Zaproszono mnie – oznajmił obojętnym tonem inkwizytor.

Można by się spodziewać, iż stojąc koło tak wielkiej istoty jak Anioł, człowiek będzie czuł jakiś zapach. Potu? Skóry? Piór? Tymczasem Löwefell, dzięki nadzwyczajnie wyczulonemu węchowi, mógł poczuć nawet zapach metalowych ogniw kolczugi, zapach drewnianych drzwi, zapach kamiennych murów, ale ciało Anioła zdawało się być zapachową pustką. Kompletną nicością. Gdyby zamknąć oczy, to o istnieniu Anioła nie przekonałyby ani słuch, ani węch.

Anioł zdawał się nie słyszeć słów Löwefella, gdyż nie odstąpił nawet na krok i nadal zasłaniał rzeźbione drzwi swym ogromnym, obleczonym w srebrzystą kolczugę ciałem. Jego skrzydła były co prawda zwinięte za plecami, lecz Löwefell dojrzał, jak ruszają się i drgają, w każdej chwili gotowe, by wystrzelić niczym góry pędzącego lodu i zmiażdżyć wszystko, co stanie na ich drodze. Cały czas nie odrywał wzroku od oczu Anioła, również cały czas widział w nich przejmujący ból i smutek oraz przeszywającą nienawiść. Nie skierowaną do niego, jako do Arnolda Löwefella, inkwizytora Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, lecz jako do istoty niebędącej w stanie doświadczać tych samych uczuć. Czy Anioł mu zazdrościł, czy nim pogardzał? Zapewne i jedno, i drugie...

Wreszcie Anioł odstąpił na bok, przesuwając się z zadziwiającą, jak na tak potężną posturę, szybkością i lekkością, i odsłonił drzwi z mosiężną klamką i mosiężną kołatką. Kołatkę wykuto w kształcie węża nanizanego na miecz. Wąż miał jeden oczodół pusty, drugi połyskujący krwawym kryształem rubinu. Inkwizytor zastanawiał się przez chwilę, czy ma to określone znaczenie symboliczne, czy też po prostu kamyk wypadł z kołatki i nikomu nie chciało się wstawić go na miejsce. Tak czy inaczej, Löwefell i tak nie miał zamiaru pukać, tylko od razu nacisnął klamkę i wszedł do środka. W komnacie panował półmrok, jedynym miejscem lepiej oświetlonym był róg pokoju, gdzie na obitym prążkowanym atłasem fotelu siedziała czarnowłosa kobieta. Obok niej płonęły grube świece umieszczone w świeczniku, którego trzy ramiona wyrzeźbiono na kształt rozwartych smoczych paszcz. Komnata pełniła rolę gabinetu lub biblioteki, gdyż dębowe półki wypełnione były pięknie oprawionymi woluminami. We wnętrzu pachniało skórą, drewnem, papierem i fiołkami. Ten ostatni zapach, zapach olejku, balsamu, a może perfum, z całą pewnością był już osobistą zasługą przebywającej w bibliotece damy.

– Katarzyno... – Löwefell zatrzymał się tuż za progiem.

Kobieta uniosła głowę znad książki.

– Inkwizytor Löwefell. Jak miło cię widzieć, Arnoldzie – przywitała go serdecznym tonem, jakby spotkała kogoś dawno niewidzianego, lecz darzonego życzliwością i przyjmowanego z otwartym sercem.

Miała ciepły głos młodej, wykształconej kobiety.

– I ja ogromnie się cieszę, Katarzyno.

Nic nieznaczące, zdawkowe formuły czyniące z nas, dwojga drapieżników, coś na kształt cywilizowanych istot, pomyślał Löwefell. Chociaż może naprawdę jest zadowolona, że mnie spotyka? Tylko czy nie jest to przypadkiem zadowolenie kota mogącego zabawić się z myszą? A może medyka, któremu pozwolono dokonać sekcji szczególnie interesującego przypadku?

– Chodź i siadaj. – Wskazała fotel stojący dwa kroki od jej siedziska. Nadal uśmiechała się serdecznie.

– Dziękuję.

Wiedział, że nie są sami w pokoju, ale nie chciał przyglądać się gabinetowi poprzez bariery dzielące rzeczywistości. Po pierwsze, nie byłoby to uprzejme, po drugie, Löwefell wolał jednak zachować ostrożność i ani nie wykazywać nadmiernej ciekawości, ani nie zdradzać, jakimi dysponuje siłami i w jaki sposób je stosuje.

Podszedł spokojnym krokiem i usiadł, opierając dłonie na poręczach. Przyglądał się swej gospodyni z zaciekawieniem, pozbawionym jednak grubiańskiej bezpośredniości. A więc wreszcie znalazłem cię, Piękna Katarzyno, pomyślał. A w zasadzie: wreszcie to ty pozwoliłaś mi się odnaleźć, dodał szczerze.

– Długo mnie szukałeś, Arnoldzie – odezwała się, jakby odgadując jego myśli.

– Bardzo długo.

Pokiwała głową, nie odrywając wzroku od gościa. Löwefell wyobrażał sobie, że to spojrzenie wielu ludzi mogłoby wprowadzić w zakłopotanie, wielu innych zauroczyć. Jemu jednak nie robiło żadnej różnicy, czy Katarzyna spogląda wprost na jego twarz, czy błądzi wzrokiem po bibliotecznych półkach.

– I jak mnie znajdujesz? – Tym razem zerknęła z figlarnym zaciekawieniem.

Przydomek nie kłamał. Katarzyna była kobietą wielkiej urody. Jej delikatną, alabastrową twarz okalały krucze loki, a głębokie oczy błyszczały niczym czarne diamenty. I uśmiech. Katarzyna miała zniewalający uśmiech, taki, jaki chciałoby się widzieć zarówno u przyjaciółki, jak i u kochanki. Na Löwefella nie działał jednak urok tej niezwykłej kobiety. Inkwizytor Arnold Löwefell nie miał ani nie pragnął mieć innego przyjaciela niż Bóg, a o urokach cielesnej miłości zapomniał już dawno temu. I w żaden sposób nie kusiło go, by sobie o nich przypomnieć. Nie aby ta strona życia brzydziła go lub by musiał się powstrzymywać przed korzystaniem z niej, niczym asceci chłoszczący ciało, by wybić z niego wszelkie żądze. Löwefella po prostu nie interesowało fizyczne obcowanie z innym człowiekiem, niezależnie od tego, jakiej płci byłby to człowiek. Poza tym inkwizytor był na tyle utalentowany (czy też może lepiej powiedzieć: na tyle sprawnie odzyskiwał dawne talenty), że widział, iż postać ślicznej, młodej kobiety to jedynie maska. Płaszcz, który narzuciła na siebie potężna i złowroga czarownica. Oczywiście czarownica służąca teraz sprawie Dobra i Światła, czarownica stojąca po tej samej stronie barykady co Löwefell, czarownica ciesząca się ogromnym zaufaniem Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, ale jednak... czarownica.

– Widzisz mnie, prawda, Arnoldzie?

I znowu podążała bez trudu ścieżką jego myśli. Czy czytała w nich wprost, czy też po prostu jego zachowanie było tak łatwe do rozszyfrowania?

– Oczywiście – odparł. – Tak jak i ty zapewne widzisz mnie – dodał.

– O tak. – Skinęła poważnie głową, tym razem bez uśmiechu.

No właśnie, pomyślał Löwefell, nic dziwnego, że trudno jej się uśmiechać, kiedy widzi moją prawdziwą postać. Kiedy zamiast szpakowatego, postawnego mężczyzny o kwadratowej szczęce i szarych, bystrych oczach dostrzega otoczonego czarnym kłębem, bladolicego starca o twarzy wyglądającej niczym trupia czaszka obleczona cienkim pergaminem. Bo tym również jestem, przyznał Löwefell nie po raz pierwszy w życiu i na pewno również nie po raz ostatni. Jestem również tym, kim byłem kiedyś, a byłem postrachem chrześcijan i zajadłym wrogiem najświętszej wiary. Jak dobrze, że ten etap życia już się zakończył...

– Wiele nas łączy, Arnoldzie – odezwała się Katarzyna.

Löwefell bez namysłu skinął głową, chociaż oczywiście zupełnie nie zgadzał się z tym twierdzeniem. Nie łączyło ich niemal nic. On był inkwizytorem, całkowicie oddanym Jezusowi i Świętemu Officjum, człowiekiem ulepionym i ukształtowanym na nowo. A ona była jedynie wiedźmą. Czarownicą nadal dysponującą ogromną mocą, lecz pozbawioną aury świętości, emanującej z każdego prawowiernego inkwizytora.

Teraz, kiedy oswoił się z wnętrzem gabinetu i skoncentrował, dostrzegł postać Anioła stojącego za oparciem fotela Katarzyny. Ten Anioł miał przymknięte oczy i wydawał się drzemać, a jego śnieżnobiałe, rozłożone skrzydła tworzyły wokół czarownicy coś na kształt ochronnej klatki. Dziwnie wyglądała ta ciemnowłosa kobieta, w sukni czarnej i połyskliwej niczym futro kreta, otulona alabastrowymi skrzydłami Anioła. Jednak Löwefell miał nieodparte wrażenie, że strażujący Anioł nie jest jedyną niewidzialną istotą przebywającą w komnacie. Prześladowało go uczucie każące domyślać się obecności kogoś jeszcze. Kogoś bardzo niebezpiecznego i bardzo silnego. Inkwizytorowi wydawało się nie tyle, że jest badany i oceniany, ale wręcz dokonywana jest na nim wiwisekcja przez kogoś ukrywającego się poza barierami realnego świata. Lecz tego kogoś Löwefell nie był już w stanie dojrzeć bez odwołania się do świętej magii, której rzecz jasna nie wypadało stosować, będąc zaledwie gościem.

– Widzisz również ich, prawda? – zapytała Katarzyna.

– Widzę Anioła – odparł szczerze Löwefell, gdyż nie zamierzał udawać, że dostrzega coś, czego nie dostrzega.

– Mój strażnik – uśmiechnęła się czarownica. – Nie w znaczeniu strażnika więziennego – wyjaśniła zaraz, zupełnie niepotrzebnie, gdyż inkwizytor zdawał sobie doskonale sprawę, jaką rolę pełni Anioł. – Raczej ktoś w rodzaju gwardzisty lub protektora...

– Psa łańcuchowego? – poddał Löwefell, pozwalając sobie na celową złośliwość, gdyż chciał, by Anioł otworzył oczy.

– O właśnie! – Katarzyna uniosła smukły palec o wypolerowanym paznokciu. – Dobrze powiedziane.

Ku rozczarowaniu inkwizytora Anioł najmniejszym gestem nie dał poznać po sobie, że w ogóle słyszy ich rozmowę. Jego okolona złotymi puklami twarz, biała niczym kamienie z Thassos, pozostawała nieruchoma. Właśnie tak wyglądała. Jakby wykuto ją z kamienia, zaklinając w rzeźbie na wieczność oszałamiające i przy tym całkowicie nieludzkie piękno.

– Trzęsą się tu nade mną, jakbym była afrykańskim kwiatkiem wyrosłym na śniegu – poskarżyła się Katarzyna żartobliwym tonem.

Löwefellowi spodobało się to porównanie, więc uśmiechnął się życzliwie. Katarzyna na pewno nie przypominała delikatnego kwiatu, była raczej niczym krzak dzikiej róży, pachnący, obsypany zachwycającym kwieciem, a jednocześnie pełen długich, ostrych kolców. Z tą różnicą, iż kolce Katarzyny nasączono śmiertelną trucizną. Nie oznaczało to jednak, że klasztor nie musiał jej chronić przed niebezpieczeństwem. Dlaczego była aż tak cenna dla Wewnętrznego Kręgu? Z uwagi na wielkie zdolności? Z uwagi na dostrzeżony w niej ogromny potencjał? A może również z uwagi na fakt, że była matką mężczyzny, w którego umyśle zaklęto bezcenną i tajemniczą księgę Szachor Sefer? Którą z odpowiedzi można uznać za prawdziwą? Wszystkie? Żadną?

– Czemu zawdzięczam twe zaproszenie? – zdecydował się zapytać, lekceważąc zwyczaj każący gościowi czekać, aż gospodarz sam przejdzie do sedna rzeczy.

– Byłam zaintrygowana i zaciekawiona. Pragnęłam poznać tego, kto mnie tak pilnie szukał. – Uśmiechnęła się słodko. – A poza tym chciałam ci osobiście podziękować, że zaopiekowałeś się moim synkiem.

Taaak, rychło w czas zdecydowałaś się na poznanie i podziękowania, zważywszy, że minęło od tego czasu wiele lat, pomyślał zgryźliwie Löwefell.

– To on uratował mi życie – wyjaśnił na głos. – Otruł ludzi Hakenkreuza, którzy mnie uwięzili. Wykazał się odwagą i sprytem.

Löwefell przypomniał sobie tamten dzień i przypomniał sobie młodego rebelianta, który ocalił mu życie. Teraz, dzisiaj, z tymi zdolnościami, które w sobie odkryłem, nie dałbym się już pojmać gromadzie łajdaków, pomyślał. Ale cóż, wtedy znaczyłem mniej i potrafiłem mniej. Próbowano mnie i testowano, a to, że zaszedłem tak daleko, było skutkiem również tego, iż nie bano się mnie hartować w ogniu walki.

– Tak, wiem – głos Katarzyny wyrwał go z rozmyślań. – Wiem również, że nadałeś mu nowe imię i nazwisko. Mordimer Madderdin. – Wzruszyła ramionami. – Naprawdę mogłeś bardziej się postarać...

W jej głosie zabrzmiała żartobliwa nuta, ale Löwefell zdecydował się wytłumaczyć swój wybór.

– Miałem sługę w Brytanii, który nosił imię Mortimer...

Katarzyna obojętnie machnęła ręką. Löwefell przyjrzał się jej pięknie wyrzeźbionym, szczupłym dłoniom i dopiero teraz na jednym z palców dostrzegł pierścień połyskujący okiem błękitnego kalaitu, minerału nazywanego „kamieniem zwycięstwa”. Czy specjalnie założyła ów klejnot, zapytał Löwefell samego siebie. Czy celowo zaświeciła mi przed oczami turkusem, z którego słynęły kopalnie Niszapuru, tam gdzie tysiące niewolników pracowało u stóp wznoszącego się pod niebo, błyszczącego śniegiem i lodem Dachu Khorasanu?

– Nieważne – powiedziała. – Imię to jedynie skóra węża. Możemy ją zrzucić i bez trudu założyć nową. Czyż nie tak, Narsesie?

Löwefell skinął głową, nie zdziwiony bynajmniej, że nazwała go jego dawnym, perskim mianem. Był pewien, że Katarzyna wie bardzo, bardzo dużo o nim samym, o jego przeszłości i jego dokonaniach. Ba, był przekonany, iż ta kobieta wie więcej o życiu Narsesa, niż on sam był sobie w stanie teraz przypomnieć. Jednak Arnold Löwefell miał nadzieję, iż zaginiona pamięć kiedyś powróci. Powróci, by mógł dzięki niej lepiej wykorzystać swe życie dla Chrystusa.

– Imię łatwo zmienić – zgodził się. – Szkopuł w tym, że nie każdemu udaje się odmienić serce.

Usta czarownicy zacisnęły się w wąską kreskę.

– Wiem, że uważasz mnie za kogoś gorszego niż ty sam – odparła chłodno.

– Nie jesteś gorsza, jesteś po prostu inna – odparł inkwizytor zarówno bez zniecierpliwienia, jak i bez wyższości.

– Inna – powtórzyła kobieta. – To akurat niestety prawda, Arnoldzie. A może: na szczęście prawda? A może, jak zwykle: i to, i to?

Löwefell nie odpowiedział na pytania, bo też nie sądził, ani by warte one były odpowiedzi, ani by tejże odpowiedzi od niego oczekiwano.

– Przejdźmy do rzeczy – odezwała się tym razem chłodno i bez uśmiechu. – I pomówmy o tym, z jakich jeszcze powodów cię zaprosiłam, bo jak się domyślasz, nie chodziło o to tylko, by kłopotać cię podziękowaniami.

– Chętnie odpowiem na wszystkie pytania.

– Prześledziłeś losy Szachor Sefer – zaczęła Katarzyna – i trafnie odkryłeś, że księga została ukryta za pomocą zaklęcia...

Löwefell skinął głową.

– ...jak również byłeś ostatnim człowiekiem rozmawiającym z wiedźmą, która owo zaklęcie przeprowadziła...

– Prawdopodobnie – przerwał jej.

– Prawdopodobnie?

Löwefell przypomniał sobie staruchę konającą na ulicach Koblencji i przypomniał sobie również, kim ona była wcześniej: jedną z najpiękniejszych kobiet Persji i maginią ognia. Znamienitą, biegłą w sztuce starożytnej, przekazywanej od dziesiątków pokoleń. W końcu sam ją uczyłem, pomyślał, chociaż nie pamiętał treści tych nauk. W tym miejscu, jak i w wielu innych, pamięć odmawiała mu posłuszeństwa.

– Umarła. Lecz sama wiesz, że śmierci nie do końca można ufać...

Katarzyna wolno skinęła głową.

– Co stało się z trupem?

– Tego nie wiem.

– Czemu go nie zniszczyłeś? – spytała rozdrażniona. – Wiesz przecież, jak niebezpieczne było pozostawienie truchła wiedźmy!

Löwefell doskonale rozumiał, że jej pytania oraz zarzuty donikąd nie prowadzą, a Katarzyna wcale nie jest zainteresowana odpowiedziami. Najwyraźniej jego rozmówczyni z jakichś, sobie tylko znanych powodów postanowiła go zaatakować w sprawie, która dawno temu została gruntownie wyjaśniona. Bowiem kiedy Löwefell spotkał staruchę na ulicach Koblencji, nie zdawał sobie jeszcze sprawy z faktu, że może być ona groźna nawet po śmierci, zwłaszcza w rękach kogoś, kto potrafi magicznym sposobem spreparować doczesną powłokę człowieka i wydobyć z niej tlącą się przez jakiś czas po zgonie esencję życia.

Dlatego też inkwizytor nie uznał za stosowne odezwać się ani słowem. Przecież Katarzyna doskonale wiedziała, iż wtedy w Koblencji Löwefell dysponował zaledwie ułamkiem wiedzy oraz umiejętności, które teraz stały do jego dyspozycji. Ale to, że zdawała sobie z owego faktu sprawę, nie przeszkadzało jej, by próbować upokorzyć Löwefella niestosownymi uwagami. Inkwizytora jednak niewiele to obchodziło i nic, co powiedziała Katarzyna, nie mogło go dotknąć osobiście. Rozmowę z czarownicą traktował wyłącznie jako sposób na poznanie kogoś, kto mógł stać się wrogiem, mógł stać się sprzymierzeńcem, a z całą pewnością niezależnie od jednego czy drugiego, był niezwykle interesującym składnikiem mozaiki, jaką tworzył Wewnętrzny Krąg Świętego Officjum.

Wreszcie, po dłuższej chwili milczenia, Katarzyna wzruszyła ramionami.

– Nieważne. Nie mieliśmy żadnych doniesień na ten temat, więc ufam, że nic złego się nie wydarzyło.

I znowu zapanowała cisza.

– Jak ona miała na imię? – zagadnęła nagle Katarzyna. – Roksana?

– Tak, Roksana – odparł, świetnie zdając sobie sprawę, że czarownica sama zna odpowiedź.

– Podobno była urodziwa...

Löwefell ujrzał jak przez mgłę smagłą, kruczowłosą piękność o oczach głębokich i błyszczących niczym studnie wypełnione nocą.

– Niektórzy mówili, że jest najpiękniejszą kobietą Persji – odparł, uśmiechając się nie do Katarzyny, lecz do własnych wspomnień. – Nazywano ją Fiołkiem Kaviru. Kaviru, gdyż właśnie z tej prowincji pochodziła jej rodzina – wyjaśnił.

– Trujące zielsko – burknęła Katarzyna i Löwefell teraz zrozumiał, że kobiecie używającej olejków pachnących fiołkami mogło się nie spodobać, iż Fiołkiem nazywano wrogą i niebezpieczną wiedźmę. – Kiedy ją spotkałam, wyglądała niczym spróchniały pień na bagnisku – dorzuciła Katarzyna tym razem z wyraźną satysfakcją w głosie.

Tak właśnie było. Potężna magia, dzięki której ukryto przed inkwizytorami świętą księgę Szachor Sefer, zniszczyła urodę oraz młodość perskiej księżniczki. Roksana była lojalna wobec nas do samego końca, pomyślał Löwefell. A może nie wobec nas, a po prostu wobec mnie, dodał. Czy raczej lepiej mówiąc, wobec Narsesa, swego mistrza oraz nauczyciela.

– Nadal nic nie wiecie o księdze? Nadal nie wiecie, jak ją odzyskać? – spytał, pozwalając sobie na celową złośliwość tylko, by sprawdzić reakcję czarownicy.

– Wiemy o niej dużo więcej niż ty – odparła Katarzyna z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Poza sposobem, w jaki należy ją wydobyć – skwitował Löwefell.

– Gdybyś pamiętał zaklęcia krwi i ognia, których użyła Roksana, nie musielibyśmy się nad tym zastanawiać. – Czarownica zmrużyła oczy.

Teraz przyglądała się inkwizytorowi z wyraźną wrogością.

Ten zarzut, zarzut braku pamięci, był akurat prawdziwy. Löwefell nie pamiętał tak wielu rzeczy z życia Narsesa, że dużo łatwiej było wymienić wspomnienia, które z biegiem czasu zdołał zrekonstruować. A magia ognia i krwi? Cóż, Narses był znamienitym mistrzem tej sztuki, a Löwefell nawet nie bardzo zdawał sobie sprawę z jej zasad, co dopiero mówić o posługiwaniu się konkretnymi zaklęciami. Czy, co jeszcze trudniejsze, o rozwikłaniu potężnych czarów zaplątanych przez kogoś innego. Równie dobrze mógł próbować oddychać pod wodą lub w pustce pomiędzy gwiazdami.

– Co powiedziała wiedźma? Jakie były jej ostatnie słowa? – zapytała Katarzyna.

– „Lecą po mnie” – odparł Löwefell bez wahania.

– Diabli i demony po jej duszę?

– A może to zaledwie figura retoryczna? A może majaczenia zetlałego umysłu? A może ostatnie przedśmiertne zwidy?

Katarzyna prychnęła z niezadowoleniem.

– Sądzę, że zobaczyła coś, czego ty nie dostrzegłeś. Zastanów się, kto mógł lecieć po wiedźmę, Arnoldzie? Kto mógł pragnąć odsączyć esencję od ścierwa?

– Dobrze znasz odpowiedź na to pytanie – odparł spokojnie inkwizytor. – A brzmi ona: wszyscy, którzy wiedzieli, co Roksana uczyniła. Wszyscy, czyli ludzie, inkwizytorzy, demony, może nawet któryś z Aniołów...

Löwefell zastanawiał się, czy Anioł chroniący Katarzynę zdecyduje się teraz na uchylenie powiek, ale nie, nadal stał nieruchomo niczym biała rzeźba.

– Nie pomagasz mi, Arnoldzie – syknęła kobieta.

– Odpowiadałem wiele razy na te pytania i nie mam nic przeciwko temu, by odpowiedzieć na nie raz jeszcze, jeśli ty lub ktokolwiek inny uzna za konieczne mi je zadać. Ale odpowiedź zawsze będzie identyczna.

Milczeli dłuższą chwilę, a Katarzyna wpatrywała się w migoczące płomienie świec i stukała paznokciami w poręcz fotela. Przez chwilę mogło się wydawać, że pogrążona w głębokim zamyśleniu zapomniała o swoim gościu, lecz wreszcie obróciła się w jego stronę z rozpogodzoną twarzą.

– Nad moim synem czuwa jeden z Aniołów – oznajmiła.

– To niezwykłe – odparł Löwefell.

Rzeczywiście było to nadzwyczajne i interesujące, ale niekoniecznie korzystne dla człowieka znajdującego się pod opieką podobnego rodzaju. Jednak w tym wypadku chodziło nie tyle o samego człowieka, ile o fakt, że był szkatułą, w której ukryto Szachor Sefer. Od dawna zastanawiano się, jak odzyskać księgę zaklętą w umyśle inkwizytora Mordimera Madderdina w czasach, kiedy wcale jeszcze nie był inkwizytorem, a zaledwie dzieckiem. Gdyby wiedziano, że wyprucie z niego Czarnej Księgi kosztem życia czy duszy mogłoby się udać, nikt nie zawahałby się nawet chwili. Gdyby okazało się, że można ugotować jego mózg i w ten sposób odsączyć z niego cenną wiedzę, uznano by to za szczęśliwe zrządzenie losu i przeprowadzono zabieg bez zbędnej zwłoki. A czy zawahałaby się sama Katarzyna? Tego Löwefell nie był pewien. To prawda, że Mordimer, jej własny syn, wydał ją niegdyś w ręce inkwizytorów, ale było to przecież spowodowane nie nienawiścią czy głęboką urazą, a raczej okrutnym kaprysem dziecka, któremu ukochana matka poświęcała zbyt mało uwagi. Na razie Inkwizytorium robiło, co umiało robić najlepiej od wieków: czekało. Nosiciela Szachor Sefer otaczano opieką, ale starano się, by opieka ta nie była zbyt ostentacyjna, by nie pokazać w ten sposób wrogom, że oto jest człowiek, na którym szczególnie zależy inkwizytorom. Bo kto wiedział o niezwykłej, choć przypadkowej roli Mordimera Madderdina, szeregowego funkcjonariusza Świętego Officjum? Góra kilku, może kilkunastu ludzi na całym świecie. Najbardziej zaufanych i zaangażowanych. Nawet Aniołów starano się trzymać z dala od tej sekretnej wiedzy, słusznie sądząc, że część z nich mogłaby Czarną Księgę zapragnąć zniszczyć. Nie dlatego, by z całą pewnością wiedzieli, czym była, lecz dlatego, że śmiertelnie obawiali się, czym mogła być naprawdę.

– Szachor Sefer jest labiryntem – wyjaśniła Katarzyna, nic tak naprawdę nie wyjaśniając.

– W którego środku czeka Minotaur czy skarb? – spytał Löwefell.

Kobieta tylko uśmiechnęła się.

– Może i to, i to? A może wynik poszukiwań zależy od tego, kto prowadzi badania?

– Czy wyjawisz mi, czym jest Szachor Sefer? – zapytał, pamiętając, że wcześniej odpowiedzi na to pytanie odmówił Marius van Bohenwald.

Może jednak spotkanie i rozmowa z Katarzyną zostały ustalone właśnie w tym celu, by porozmawiać o Czarnej Księdze? Jednak czarownica wstrząsnęła głową.

– Nie, Arnoldzie, nie mam ani takiej wiedzy, ani takiej władzy – odparła.

Zabawne, lecz Löwefell wiedział, że oba te twierdzenia zawierają kłamstwo. Katarzyna zarówno mogła, jak i umiała odpowiedzieć na zadane pytanie. Otwartą kwestią pozostawało jednak, czy jej, nawet udzielona w najlepszej wierze odpowiedź byłaby zgodna z prawdą. Jeśli w ogóle jakaś „prawda” istniała.

– Rozumiem – odparł tylko.

– Ty sam znasz odpowiedź na pytanie, które zadałeś – rzekła, bacznie mu się przypatrując.

– Podobno miałem ją w rękach. – Löwefell nie mógł powstrzymać się od westchnienia.

– Badałeś ją i poczyniłeś wiele cennych uwag – dodała Katarzyna. – Zbyt hermetycznych, bym je rozumiała, ale tak mi doniesiono.

– Nic nie pamiętam...

– Wiem. – Inkwizytor usłyszał w głosie czarownicy niemal współczucie. – Mamy nadzieję, że sobie przypomnisz.

– Dziwię się, że tej wiedzy nie wydobyto z umysłu Narsesa – stwierdził Löwefell, który o tym, kim był kiedyś, zazwyczaj wolał mówić w trzeciej osobie.

– Część tak, część nie – powiedziała Katarzyna. – Byłeś w bardzo ciężkim stanie, kiedy cię pochwycono.

Löwefell zmrużył oczy.

– A co takiego się wydarzyło?

– Byłeś potężnym magiem, Arnoldzie! Zajadle się broniłeś, więc omal cię nie zabito w czasie walki. Twój umysł został tak uszkodzony, że odbudowano go z najwyższym trudem i jedynie dzięki najwyższemu kunsztowi.

To była nowa informacja i kto wie? Być może prawdziwa. Przecież Narses, pochwycony gdzieś na terenie Bizancjum, nie mógł tanio sprzedać skóry. Tylko z jakiego powodu, na Boga, ten dysponujący ogromną władzą i mocą perski mag znalazł się tak daleko na terytorium wroga?! Co skłoniło Narsesa, by opuścić bezpieczne zamki? Tak, pamiętam, inkwizytor doznał nagłego olśnienia, jeden z moich pałaców stał w delcie Amardusu, a z okien wieży widziałem spokojne fale Morza Azarskiego. Löwefell przypomniał sobie żyzne, nadbrzeżne niziny ciągnące się wąskim pasem wzdłuż morza. Przypomniał sobie porty rybackie i białe żagle licznych łodzi, krzyk mew i rybitw nurkujących pod powierzchnię wody i bijących się o połów.

– Kiedyś pamięć wróci – dodała Katarzyna.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.