Niebo dla akrobaty OPR. MK. - Jan Grzegorczyk

Niebo dla akrobaty OPR. MK.

0,0

Opowieść o tym, jak stanąć wobec najtrudniejszych wyzwań i wygrać

Niebo dla akrobaty to historia kilkunastu postaci, połączonych wspólnym problemem: chorobą ich samych lub ich bliskich. Akrobaci to książka o sile charakteru, wierze, radości życia, przyjaźni i solidarności.  

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Służba zastępcza

1

Mówiono o nim „Kamień” albo „Kamieniołom”. Jeśli w ogóle mówiono. Większość personelu, choć „zawodowo” wyrozumiała wobec różnych niegodziwych i przykrych zachowań pacjentów, wobec niego była bezsilna i najchętniej omijałaby go szerokim łukiem. Łatwiej byłoby nie wiedzieć, że ktoś taki w ogóle istnieje. Zwykle wiadomo, dlaczego chory wyleje w złości zupę, ciśnie brudnym pampersem, nie odzywa się czy też odzywa gburowato. „Kamień” był zagadką. Nikt nie wiedział, skąd w nim ta złość i nienawiść do świata. Zobaczyłem go pierwszy raz w chwili, gdy naubliżał pielęgniarce tylko dlatego, że chciała go zawieźć do łazienki.

— Panie Wacku, kąpiel…

— Nie mam ochoty.

— Ale kąpiel ma ochotę na pana — próbowała żartować.

— Nie będziesz mi, k…o, mówiła, co mam robić…

Przyglądałem się tej scenie i nie wiedziałem, jak zareagować.

Pracowałem tu od niedawna w ramach służby zastępczej. Wojsko wyhaczyło mnie na dwa miesiące przed ukończeniem dwudziestu dziewięciu lat. Jeszcze parę tygodni i minąłby mi wiek poborowy. Książkę mógłbym napisać o tym, jak się przez lata migałem od munduru. Ale na koniec to WKU było dowcipniejsze i sprytniejsze ode mnie. „Mamy cię, bratku”. Uratował mnie pacyfizm. Nie wiem jakim cudem, ale komisja dała wiarę moim deklaracjom, że ze względów światopoglądowych nie mogę pogodzić się z przemocą. Jakąkolwiek.

Pan Wacek do hospicjum trafił z więzienia. Właściwie z aresztu śledczego. Został postrzelony przez ochroniarza przy próbie kradzieży w sklepie. Uprzednio odsiadywał trzyletni wyrok, ale wyszedł na wolność za dobre sprawowanie. Niedługo się nią cieszył. Po nieudanym „skoku” zawieziono go rannego do szpitala, a wkrótce do nas, gdy okazało się, że oprócz postrzału w pośladek ma raka wątroby. Z przerzutami. Wymiar sprawiedliwości upomniał się o niego i skierował do nas pismo z pytaniem, czy Wacek może stawić się na rozprawie. Doktor Napieralska napisała zaświadczenie o zaawansowaniu choroby nowotworowej i zupełnej niemożliwości opuszczenia hospicjum. Sąd, dowiedziawszy się, że dni oskarżonego są policzone, wydał decyzję o umorzeniu postępowania. Poinformowano go o tym w sposób nader inteligentny i taktowny. Pewnego dnia listonosz przyniósł Wackowi list polecony z sądu. Z niego i z załączonych zaświadczeń Wacek dowiedział się, że nie pójdzie do więzienia, bo i tak wkrótce umrze.

Nie było też potrzeby go izolować, gdyż jako drobny złodziejaszek nie stanowił zagrożenia dla społeczeństwa.

W normalnych okolicznościach wzbudzałby współczucie. On jednak na to nie pozwalał — w ciągu kilku dni pobytu w hospicjum zraził do siebie niemal wszystkich. Oprócz naubliżania właściwie całemu personelowi zapisał się na przykład tym, że uderzył w twarz oddziałową. Pochyliła się nad nim, bo chciała mu powiedzieć, że jest dobrym człowiekiem.

Od tego czasu wszyscy zbliżali się do niego ze strachem. Jedzenie i leki kładziono mu na stoliku z zachowaniem odpowiedniego dystansu, by nie znaleźć się w polu rażenia.

Nikt go nie odwiedzał. Był sam jak palec. Podobno miał żonę — wyjechała do Niemiec i tam pracowała w jakimś barze. I syna, który był w wojsku.

Mijał drugi tydzień pobytu Wacka w hospicjum. Zatrzymałem się przy Hani, która zaniosła mu obiad i akurat wychodziła z sali. Po odebraniu listu z sądu przez dwa dni nic nie jadł. Ale podane leki i soki trawienne zrobiły swoje. Głód skręcający kiszki zwyciężył nad samobójczymi postanowieniami. Zaczął jeść, lecz nadal się nie odzywał. Spojrzałem znacząco w jego kierunku.

— I co? Nadal strajkuje? — zapytałem.

Hania wzruszyła ramionami.

— Żal mi go, ale on sam dla siebie jest najgorszą chorobą. Gorszą od raka. „Jakie życie, taka śmierć” — rzuciła słowa piosenki, które zdawały się idealnie pasować do jego przypadku.

— Haniu — dobiegł nas głos oddziałowej. — Trzeba zobaczyć, co dzieje się na trójce.

Zostałem sam na korytarzu. I nagle, jakby wbrew sobie, wszedłem do Wacka. Stanąłem przy łóżku leżącego z nim na sali pana Zbyszka. Zbyszek spał, a Wacek miał wzrok utkwiony w sufit. Zobaczyłem kątem oka, że jeszcze nie ruszył jedzenia. Postałem może minutę w milczeniu w nadziei, że „Kamień” przemówi. Odwrócony do niego tyłem, powiedziałem cicho:

— Gdyby miał pan ochotę wyjechać na papieroska albo popatrzeć na ogród, proszę mnie zawołać…

Odczekałem chwilę. Nie odezwał się. Ruszyłem do wyjścia i nagle usłyszałem:

— Nie mam papierosów.

To zdanie było najlepszą nowiną od wielu dni. Jego pierwszy kontakt ze światem. Odwróciłem się, świadom, że nie mogę zdradzić radości. Udając obojętność, zapytałem:

— Jakie pan pali? Mogę przynieść…

2

Był koniec września, ale temperatura panowała iście letnia. Wczoraj pani Matylda westchnęła do mnie na tarasie, że dokładnie tak samo świeciło słońce jesienią 1939 roku, gdy uciekali z Warszawy. Siedzieliśmy z Wackiem w ogrodzie od pół godziny, w tym czasie wypalił trzy papierosy. Nie wydobył z siebie słowa, nic oprócz mruknięcia, że chce papierosa.

Moja sytuacja wydała mi się nagle szalenie dziwna. Od sześciu lat pracowałem w radiu. Niemalże codziennie przeprowadzałem wywiady z najróżniejszymi ludźmi. Od sprzątaczki do premiera. „Znałem się” na sporcie, sztuce, polityce, religii. Tu byłem jakby na odwyku. Uczyłem się, że „wygadanie” w pewnych sytuacjach jest bezużyteczne, zawodzi. Sam nie wiem, skąd pojawiło się we mnie przekonanie, że z Wackiem trzeba mówić jak najmniej. Jeśli nie chce się go spłoszyć albo rozjuszyć.

Obserwowałem ukradkiem, jak spogląda na osiedle, które przezierało zza krzaków i ogrodzenia. A potem jego wzrok przykuł Piotruś Telicki zbierający marcinki. Dziwnym trafem wyrosły na hałdzie gruzu niewywiezionej do tej pory po zimowym remoncie budynku. Pewnie ktoś, plewiąc kwietnik, wyrzucił na nią ich pędy. Jego oczy dosłownie „trawiły” obraz klęczącego chłopca z przejęciem układającego fioletowy bukiecik dla mamy. Twarz lekko drgała. Odniosłem wrażenie, że przeżywa coś na kształt wzruszenia. To było spojrzenie człowieka myślącego i wrażliwego. Tak to odebrałem. Jak to się dzieje, że z tego samego wnętrza dobywa się niewytłumaczalna agresja, potoki wulgaryzmów i taka wrażliwość spojrzenia? Kwiaty na gruzie. Uśmiechnąłem się. Byłem wybrańcem. Jedynym człowiekiem, którego nie odkopnął. Czym się różniłem od innych? Może wyczuł jakimś zmysłem, że jestem tu „nowy”, że należę jeszcze do tego świata za ogrodzeniem. A może po prostu byłem dla niego paczką papierosów i koniec? Ale z tego, co słyszałem, nie był namiętnym palaczem. Na pewno nie należał do tych uzależnionych pacjentów, dla których zdobycie tytoniu było pierwszoplanowym zadaniem. Pan Rysio na przykład, któremu rak wyżarł dziurę w policzku, zatykał ją palcami i zaciągając się głęboko, pomstował, że choroba utrudnia mu palenie.

Po jakiejś godzinie odwiozłem Wacka z powrotem na salę.

— Jakby chciał pan wziąć prysznic, proszę dać mi znać — rzuciłem, wychodząc. Nic nie odpowiedział, ale przymrużył oko. „Wezmę to pod uwagę” — mówił lekki grymas na jego twarzy.

3

Kolejne dni przynosiły drobne zwycięstwa. Najpierw zgodził się, bym zawiózł go pod prysznic. Namydliłem gąbką jego ciało. Musiał być kiedyś dobrze zbudowany. Jednak obecnie mięśnie wyglądały tak, jakby ktoś spakował je w zbyt duży pokrowiec. Spojrzałem na różową bliznę na jego pośladku. Zraniony i nagi. Spłukałem jego udręczone ciało. Białą skórę pełną siniaków.

Wieczorem zagraliśmy w warcaby.

Trzeciego dnia nauczyłem go grać w tysiąca.

Pomimo że nawiązała się między nami nić porozumienia, odzywał się jedynie monosylabami, oznaczającymi przyzwolenie na posiłek, papierosa, rozegranie partyjki.

Kiedyś spytał mnie, dlaczego jestem taki blady. Lekko mnie zamurowało. Każdego dnia obserwowałem, jak chudnie, jak robi się coraz bardziej biały, szary, żółty. A on zwraca uwagę na moją bladość. Pomyślałem, że rzeczywiście musi być coś ze mną niedobrze. Wieczorem długo patrzyłem w lustro.

4

W piątek 2 października nadal była słoneczna pogoda, choć zawiewający lekki wiatr niósł już przejmujący chłód. Wacek zażądał, żebym zawiózł go do ogrodu. Trochę się bałem, gdyż rano czuł się fatalnie i wymiotował.

Wypalił papierosa. Zamknął oczy, ale nie spał, bo poruszał regularnie palcami na oparciu wózka. Gdy uniósł powieki, pomyślałem, że czas na drugiego papierosa. Pokręcił jednak delikatnie głową. Wyczułem, że ma jakąś prośbę, którą boi się wypowiedzieć. Zachęciłem go uniesieniem brwi.

— Czy dałoby radę, żebyś wywiózł mnie trochę na osiedle?

Zesztywniałem. Nie miałem pojęcia, jak zareagować. Pierwszy impuls: nie wolno mi tego robić! Każdy wyjazd poza bramę hospicjum wymagał przepustki, którą mogła mi wydać kierowniczka albo oddziałowa. Wiedziałem, że szansa, aby się na to zgodziła, jest mizerna. Z jednej strony jego kiepski stan, a z drugiej był przecież… karany. Nie wiedziałem, czy miał status więźnia, czy nie, ale hospicjum na pewno za niego odpowiadało. Oczywiście ryzyko, że Wacek ucieknie, było zerowe, ale przepisy nie zajmowały się kwestią prawdopodobieństwa. A poza tym sprawa najważniejsza: Wacek był w piżamie i wyglądał jak zjawa. Bałem się, że swoim wyglądem może wywołać szok u napotkanych osób. Nie chodziło mi o nie, ale o to, żeby go nie zraniły. A jak się zaczną śmiać? Nie wiedziałem, jak zareagują. Próbowałem ułożyć sobie jakąś wiarygodną wymówkę.

— Chcę zobaczyć życie, chcę zobaczyć ludzi, ulicę… — nie pozwolił mi na uporanie się z wątpliwościami.

To było właściwie pierwsze wyznanie, jakie do mnie skierował. Czekałem na nie, a teraz najchętniej uciekłbym, gdzie pieprz rośnie. Najzwyczajniej zacząłem się bać. Bałem się spełnić jego prośbę i tak samo bałem się mu odmówić. Odmawiając, mogłem utracić tę odrobinę zaufania, którą mnie obdarzył. I nie byłoby już odwrotu.

Zamknąłem oczy.

— Skoczę tylko po pana dres. Jest trochę chłodno.

Zdrowy rozsądek poszedł na bok. „Niech się dzieje, co chce. Nie mam wyjścia”. Przebiegłem korytarz, wymijając pana Antosia, który miał wyraźną ochotę mnie zaczepić.

Chwyciłem górę od zielonego dresu i zbiegłem z powrotem. Ubrałem Wacka i ruszyliśmy.

Czułem wlepione w nas spojrzenia. Piętnaście minut spaceru ciągnęło się godzinami. Zdobyłem się na czyn bohaterski, a zachowywałem się jak ostatni tchórz, który boi się rozpaść od „zgorszonego” wzroku przechodniów. „Jakim prawem do świata żywych wwozisz trupa?!”

Kiedy dotarliśmy z powrotem na teren hospicjum, poczułem ulgę, jakbym wydostał się z linii ostrzału. Uśmiechnąłem się do Wacka. Nie odpowiedział ani słowem, ani uśmiechem, ale poczułem, że dotyka mojej dłoni. Pokręciłem głową z politowaniem nad swoim lękiem, nad tym, że byłem taki mały w swoim strachu.

— Czy możesz mnie zawieźć… — zamarłem, słysząc tę prośbę — do kaplicy?

Zbaraniałem. Wacek i kaplica?

Pokiwałem skwapliwie głową.

W środku nie było nikogo. Wacek patrzył przed siebie. Nie wiem, czy wpatrywał się w obraz Jezusa Miłosiernego, czy tylko błądził niewidzącym wzrokiem. Otwierał i zamykał powieki. Pomyślałem, że moja obecność może mu przeszkadzać.

— Przyjdę po pana za chwilę.

— Nie, możemy już jechać.

Kiedy zawiozłem go na salę, pana Zbyszka nie było.

— A może, panie Wacku, przyprowadzić panu księdza? — spytałem.

Pokręcił głową.

— Nie, to są gnoje…

Nie byłem szczególnym obrońcą Kościoła, ale zrobiło mi się smutno — tymi słowami Wacek wracał do epoki swego chamstwa. Nie miałem nawet ochoty pytać go o powód tej oceny.

5

W poniedziałek, trzy dni po naszym wypadzie, kiedy wszedłem do hospicjum, Hania zawołała mnie do dyżurki.

— Słyszałeś, że okradli pana Zbyszka?

— Nie.

— Ktoś mu zwinął całą emeryturę. Prawie tysiąc złotych. W piątek listonosz przyniósł mu pieniądze. Zbyszek schował je do futerału na okulary, a futerał do szafki. Wczoraj przyszły dzieci z wnukami, no i chciał rozdać kieszonkowe. Sięga… a tam klops. Afera na całego.

— Kogoś podejrzewają?

— Chyba nie muszę ci mówić kogo…

Westchnąłem. Przecież to absurd. Wacek nie kradłby w swoim pokoju, a poza tym nie jest w stanie ruszyć się o własnych siłach. Chociaż skąd ta pewność? Czy mogę ze stuprocentowym przekonaniem stwierdzić, że nie przejdzie, podpierając się, paru metrów?

— Wczoraj, kiedy był w toalecie, sprawdziłyśmy szybko jego rzeczy i łóżko, ale nic nie znalazłyśmy — dodała Hania. Musieliśmy przerwać rozmowę, bo do dyżurki weszła oddziałowa — pani Zosia, z Arletą — pielęgniarką, i Lucyną — salową.

— Mówiłaś już Staszkowi o zniknięciu pieniędzy? — spytała Hanię.

Przytaknęliśmy oboje.

— A więc wszyscy wiemy, co się stało. Uważam, że najlepiej byłoby tę sprawę załatwić między nami… Mam taką propozycję, abyśmy w piątkę, to znaczy osoby, które wtedy były na dyżurze, złożyli się i oddali panu Zbyszkowi te pieniądze. Inaczej będzie się zamartwiał o… — próbowała znaleźć odpowiednie słowo.

— Proszę bardzo, ale beze mnie — odezwała się Arleta. — Absolutnie nie czuję się winna. I uważam, że płacenie pieniędzy za złodzieja tylko dlatego, że umiera, jest demoralizujące.

Nastąpiła chwila ciszy. Ohydna sytuacja. Nie wiedziałem, jak zareagować. Czułem, że Arleta w coś gra. Zdążyłem już zauważyć, że ma jakąś dziwną skłonność do kąsania oddziałowej, z którą była na „ty”. Nie zdążyliśmy jeszcze odpowiedzieć, gdy pani Zosia poprosiła, żeby zapomnieć o jej propozycji. Postara się załatwić sprawę inaczej. Dała znak, żeby dalej nie dyskutować i rozejść się do swoich zajęć.

Poszedłem myć łazienkę. Szorowałem umywalkę i nagle przyszło mi do głowy, że Wacek mógł celowo akurat w piątek chcieć zjechać do ogrodu. Czuł się przecież fatalnie. Może zamierzał gdzieś ukryć pieniądze? „Co za bzdura” — skarciłem się natychmiast. Nawet jeśli fizycznie byłby w stanie to zrobić, nie mógł przecież liczyć, że zostawię go samego. Chociaż? Zawsze mógł coś wymyślić. Przewidział parę ruchów naprzód — choćby to, że pobiegnę po dres. Boże, jak mogę dopuszczać się takich posądzeń? A może zadziałał u niego instynkt? Ukraść, zabezpieczyć się w obliczu śmierci. Ale po co pieniądze, skoro się nie ma ochoty żyć?

Gdy tylko uporałem się z łazienką, zszedłem do ogrodu. Stanąłem w miejscu, gdzie w piątek zostawiłem Wacka, biegnąc po jego dres. Rozejrzałem się wokół. „Gdzie ukryłbym pieniądze, mając niewiele czasu i sił?” Nic w promieniu kilkunastu metrów nie nadawało się do tego celu. Nagle uzmysłowiłem sobie, iż stoję na ganku ułożonym z płytek chodnikowych. Stare szare płytki z czasów peerelowskich, o wymiarach 30 na 30 centymetrów. Akurat w tym miejscu większość z nich była świeżo i niezbyt starannie ułożona, gdyż w trakcie ostatniego remontu trzeba je było zdjąć. Prowadzono tędy nową rurę kanalizacyjną. Niemożliwe, żeby podniósł płytkę, ale muszę sprawdzić, bo inaczej się zadręczę. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w płytki, licząc, ile z nich musiałbym odkryć, aby mieć pewność, że pod którąś z nich Wacek nie ukrył pieniędzy. Wyszło, że około trzydziestu. Nie taka znów prosta sprawa. Łatwo mogę zwrócić czyjąś uwagę. Wymyśliłem więc, że pójdę do kierowniczki i zaproponuję drobne jesienne porządki w ogrodzie. „Trzeba trochę podgarnąć gruz, pozgrabiać liście”. W mojej propozycji nie dostrzegła niczego podejrzanego. Mogłem więc działać bez obaw, uzbrojony w łopatę, wiadro i grabie. Po godzinie ogólnych porządków zacząłem „poprawiać” ułożenie płytek. Podnosiłem każdą z nich w nadziei, że nic pod nią nie znajdę, a tym samym obalę podejrzenia wobec Wacka. Skoro nie ma pieniędzy ani w pokoju, ani tutaj, nie jest możliwe, aby je skradł. Gdzieś przecież musiałby je ukryć. Pod żadną z płytek nie było dowodu przestępstwa.

„Boże, daj mu odetchnąć. On już ledwo dyszy”.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio powierzałem jakąś sprawę Bogu.

Dwa dni później w czasie rannego sprzątania Arleta przyszła do oddziałowej z wyrazem triumfu na twarzy.

— Czy możesz na chwilę pozwolić? — Powiedziała to tak sugestywnie, że pani Zosia, nie czekając na wyjaśnienie, podążyła za nią. Arleta spojrzała także w moim kierunku, poczułem, że i mnie to w jakiś sposób dotyczy. Weszliśmy do czwórki, gdzie leżał pan Antoś. Arleta podeszła do stojącego pod ścianą wózka. Podniosła poduszkę i oczom naszym ukazał się brązowy plastikowy futerał na okulary. Wzięła go w rękę i stanęła przed chorym.

— Panie Węgierkiewicz, czy mógłby nam pan powiedzieć, co robi ten futerał w pana wózku?

Pan Antoni uśmiechnął się zakłopotany, ale jednocześnie dziwnie ubawiony i radosny.

— No proszę… — natarła Arleta. — Co to jest? — Otworzyła pudełko, ukazując banknoty.

— Adresy — Antoni zakrył usta niczym zawstydzone dziecko.

— Jakie adresy?!

— Panienek… Tylko niech pani mnie nie zdradzi przed żoną.

Oddziałowa pokręciła głową, pan Antoni był wdowcem i przychodziło do niego jedynie dwóch synów. Nagle stało się oczywiste, że chory cierpi na amnezję i nie potrafi ocenić sytuacji.

— Oczywiście, po prostu zaniosę je panu Zbyszkowi. Jemu dokładnie takie same adresy zginęły. Macie te same upodobania.

Arleta zamierzała wyjść z futerałem z pokoju. Oddziałowa powstrzymała ją ręką.

— Zaczekaj.

Wyszliśmy na korytarz.

— O co ci chodzi? Trzeba oczyścić z zarzutów pana Wacka.

— Dobrze, ale spokojnie. Powiedziałam Zbyszkowi już wcześniej, że pieniądze się znalazły — dodała pani Zosia, widząc, że Arleta nie daje za wygraną.

Byłem przekonany, że oddała mu ze swoich.

6

W niedzielę, gdy wszedłem, był niezwykle poruszony. Wyraźnie na mnie czekał.

— Słuchaj, możesz mi… Tu przez radio puszczali taką superpiosenkę. Jak mi ją załatwisz, będziesz dla mnie… bóstwem. Pocałuję cię w rękę.

Z trudem ukryłem rozbawienie, ten język zupełnie nie pasował do Wacka.

— Ona miała taki głos jak Anna German. No ta, wiesz, co śpiewała: „Czło… człowie…” — próbował zanucić, zamykając oczy. Odchrząknął. — „Człowieczy los nie jest bajką ani snem”. — Nawet nieźle mu w końcu wyszło. — Byłem kiedyś na jej koncercie. Wróciłem do chaty i się, kurde, poryczałem… Ja to tu jeszcze teraz słyszę — pokazał ręką na serce. Nie widziałem go nigdy w takich emocjach. — To co? Załatwisz mi?

— Zobaczę, co się da zrobić — odpowiedziałem z wielką powagą.

Szybko skojarzyłem fakty. Przez głośniki była przed chwilą puszczana msza święta z kaplicy. Prawdopodobnie Wacek wybudził się i nie za bardzo wiedział, czego słucha. Poszedłem do dyżurki, by upewnić się, że to śpiewała siostra Karola.

— Tak — potwierdziła kierowniczka. — I chyba jeszcze jest. Widziałam, że wiesza coś na gazetce.

Pobiegłem na piętro.

Stała na krześle przed gablotą.

— Niech będzie pochwalony… — powitałem ją z daleka, by jej nie przestraszyć.

Spojrzała na mnie z wysokości stołka.

— In secula seculorum…

— Mam do ciebie wielką prośbę, Karolciu — zagadnąłem pieszczotliwie. — Od ciebie zależy, czy ktoś mnie uzna za bóstwo.

— Coś nie gra z dziewczyną? Jakoś ją ukrywasz przed światem…

— Nie, tu chodzi o chłopa. Jeśli zaśpiewasz dla „Kamienia”, to stanę się dla niego bóstwem.

— Co ty bredzisz, Stasinek?

— Pan Wacek powiedział, że jak sprowadzę mu tę piosenkarkę, którą puszczali przez głośniki, to będzie najszczęśliwszy na świecie. I tekst piosenki też go powalił.

— Ładna piosenka. To był psalm „W krainie życia będę widział Boga”.

Karola poszła po gitarę do kaplicy.

Spojrzałem na gazetkę poświęconą stuleciu urodzin świętej Faustyny. Pod wizerunkiem Jezusa Miłosiernego na bristolu wypisane były słowa: „Im większy grzesznik, tym większe ma prawo do mego miłosierdzia”.

Po południu zawiozłem go znowu do ogrodu. Zabierałem tam Wacka właściwie codziennie. Nawet kiedy padało. Wydawało mi się, że śpiew Karoli, najpierw z głośnika, a potem jej „koncert na żywo”, przemienił Wacka. To już nie był „Kamień”. Jego twarz doznała niemalże fizycznego przeobrażenia. Promieniowała. Pomyślałem, że teraz na nikogo by się nie zamachnął — ani słowem, ani ręką.

— Zmarnowałem życie żonie. Uciekła ode mnie, bo ją maltretowałem — wyznał nagle i zamilkł.

Nie określił, czy ją bił, czy znęcał się psychicznie. Sądziłem, że za chwilę coś dopowie. Zmienił jednak temat.

— K… co za jesień. Mój syn jest teraz w woju. Byłeś już w woju?

— No ja… właśnie tutaj pełnię służbę zastępczą.

— Chory jesteś?…

— Trochę.

— Mnie też kiedyś nie chcieli wziąć, ale się uparłem. Byłby wstyd na całą wieś.

Zastanawiałem się, czy wytłumaczyć mu, dlaczego nie poszedłem do wojska.

— Syn mnie nie chce znać. Ma rację… Takiego starego też bym kopnął — kiwał głową na potwierdzenie swojego wyznania.

Wyjaśnił, że od paru lat nie ma z nim kontaktu, ale wiedział, w jakiej przebywa jednostce.

— Jestem za głupi, żeby żyć. Głupim jest ciężko na świecie.

Gdy już mieliśmy wracać, rzucił nieśmiało:

— To może byś mi sprowadził jakiegoś księdza. Ale młodego…

Czemu młodego? Może z jakimś starszym kiedyś mu się nie powiodło i miał uraz?

Stan Wacka pogarszał się z dnia na dzień. Coraz więcej spał — efekt zwiększonej dawki środków przeciwbólowych. Lekarz nie wykluczał też, że mogą to być objawy przerzutów do mózgu. Może nasza ostatnia rozmowa w ogrodzie nieprzypadkowo zeszła na syna? Może była w tym ukryta prośba o dotarcie do niego? Wiedziałem, że nie wypowie jej wprost. Uważał, że zasłużył na los, który go spotkał. Spytałem kierowniczkę, czy nie sądzi, że należałoby zawiadomić syna.

— Można spróbować. Co prawda zaraz na początku przesłaliśmy mu informację o stanie zdrowia ojca…

Odszukała w papierach numer telefonu. Okazało się, że syna nie było na terenie koszar, ale osoba, z którą rozmawiała, obiecała, że wszystko mu przekaże.

Nie poinformowałem o niczym Wacka, nie chcąc narazić go na czekanie, które być może okaże się daremne. Nie chciałem, żeby go to dobiło. Przez cały czas zastanawiałem się, czy dobrze robię. Bałem się, że pomyśli, iż nie usłyszałem jego prośby.

7

W przeddzień Wszystkich Świętych, po trzeciej w nocy obudziła mnie Hania i powiedziała: „Twój przyjaciel odchodzi”. Dziwne. Byłem w półśnie, powinienem dopytać, o kim mówi, a ja wstałem i poszedłem szybko do Wacka. Nigdy mnie tak nie nazwał. I nikt tak nie określił naszej relacji. Dlaczego więc to zdanie było dla mnie tak oczywiste, że nie wymagało komentarza?

Na szafce paliła się świeca i stały relikwie świętej Faustyny. Byliśmy sami.

— Jestem, panie Wacku… Jestem…

Nie otworzył oczu, ale chyba się lekko uśmiechnął i szepnął:

— Dopiąłeś swego…

Nie powiedział nic więcej. Po raz drugi w ciągu paru minut usłyszałem nieoczekiwane słowa. Ale te brzmiały zagadkowo. „Dopiąłeś swego” — jak „amen”. Nie spytałem go, co ma na myśli, choć był jeszcze przytomny. Ale jakoś je — w przedziwny sposób — rozumiałem.

Usiadłem przy Wacku. Trzymając go za rękę, zacząłem odmawiać różaniec, przekładając palce. Po jakimś czasie przyszedł lekarz i stwierdził zgon.

Wywieziono z pokoju ciało. Poszedłem zaparzyć sobie herbatę. Do dyżurki weszła Hania.

— Kiedy to się zaczęło, spytał, czy jesteś. Powiedziałam, że pójdę po ciebie, a on, że lepiej nie, bo jak śpisz, to się jeszcze wkurwisz — uśmiechnęła się. — Dokładnie tak powiedział. Mój Boże, ty i wściekłość…

Pokiwałem głową, że to niby takie oczywiste. W środku te słowa mnie poraziły. Była w nich cała wrażliwość Wacka.

Rano zadzwoniliśmy z kierowniczką do jego syna, by powiadomić go o śmierci. Odebrał jego przełożony.

— Jak to? Przecież właśnie wczoraj wrócił z przepustki od ojca. Proszę poczekać, zaraz go zawołam.

Kierowniczka przewróciła oczyma i pokiwała głową.

— Nie mam siły, może ty z nim porozmawiaj.

Wręczyła mi słuchawkę.

— Tak, słucham — odezwał się obrażonym głosem.

— Chciałem powiadomić, że pana ojciec zmarł dzisiaj nad ranem. Myśleliśmy, że pan tu przyjedzie…

— Patrzeć, jak sukinsyn zdycha?

Myślałem, że wybuchnę. Cudem się opanowałem.

— Wziął pan przepustkę…

— Wreszcie na coś się przydał. Całe życie nas okłamywał.

Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć. Stałem jak zamurowany. Kierowniczka podsunęła mi kartkę z napisem: „Pogrzeb”.

— Wie pan, jest sprawa pogrzebu…

— Z tym nie do mnie. Nie mam żadnych zobowiązań.

Odłożyłem słuchawkę. Nie byłem już w stanie nic powiedzieć. Zacisnąłem dłoń. Czułem, że trzymam w niej coraz zimniejsze palce Wacka. I widzę przed sobą płomień świecy.

— Czemu nie uświadomiłeś mu jego obowiązków? — rzekła zirytowana kierowniczka.

— Niech się pani nie martwi… — uśmiechnąłem się do niej — jako „winny”, wezmę wszystko na siebie. W końcu pełnię tu służbę zastępczą…

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Moim Rodzicom i Wszystkim, którzy opowiedzieli mi o niebie
Jan Grzegorczyk
Niebo dla akrobaty

ISBN 

Copyright © by Jan Grzegorczyk, 2017
All rights reserved

Adiustacja
Paulina Jeske-Choińska

Projekt okładki i stron tytułowych
Agnieszka Herman

Skład i łamanie
Teodor Jeske-Choiński

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo
ul. Wielka 10, 61-774 Poznań
tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67
faks 61 852 63 26
dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90
sklep@zysk.com.pl
www.zysk.com.pl


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Strona tytułowa

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Służba zastępcza
Pospieszny
Żeby się ludzie pośmiali
Szympans i czarownica
Kto wierzy w życzenia
Przeprowadzka
Powrót syna marnotrawnego
21:37
Tata kupi mi auto…
Naszyjnik

 Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki