Nerve - Jeanne Ryan

Nerve

0,0

JESTEŚ WIDZEM CZY GRACZEM?

Vee, otoczona popularnymi przyjaciółmi, zawsze pozostaje w cieniu. Któregoś dnia postanawia to zmienić i bierze udział w internetowej grze NERVE. Z przystojnym Ianem u boku żadne zadanie nie jest trudne. Początkowo gra wydaje się ekscytująca, jednak wkrótce przybiera zaskakująco niebezpieczny obrót…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Nerve

 

Projekt okładki: MOTION PICTURE ARTWORK™

Redakcja: URSZULA ŚMIETANA

Korekta: BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna: LOREM IPSUM

 

Text copyright © 2012 by Jeanne Ryan. All Rights Reserved

Polish edition © Publicat S.A. MMXVI (wydanie elektroniczne)

 

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

 

All rights reserved

 

ISBN 978-83-271-5608-2

 

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

 

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

 

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

publio.pl
Spis treści

Prolog

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

Podziękowania

Przypisy

 
Dla Jamesa, mojej głównej nagrody
Prolog

Abigail musiała odczekać trzy dni, ale w końcu o czwartej rano w niedzielę ulica przed jej domem zupełnie opustoszała. Zniknęli wszyscy Obserwatorzy, najwidoczniej nawet szaleńcy muszą czasem sypiać. Jej też przydałby się odpoczynek, jednak przede wszystkim pragnęła wolności. Już niemal od tygodnia nie wychodziła z domu.

Napisała liścik do rodziców, wrzuciła parę rzeczy do samochodu i szybko odjechała. Przez całą dwugodzinną jazdę do Shenandoah non stop zerkała w lusterko wsteczne. Niezliczone razy, gdy pokonywała tę trasę z rodziną, podróż upływała pod znakiem gier, śpiewów, filmów, a czasami snów na jawie. Tym razem towarzyszyło jej tylko narastające uczucie paniki.

Ignorując wielokrotne napominanie rodziców, żeby zawsze najpierw zgłaszała się do strażnika parku, Abigail zostawiła auto przy najmniej uczęszczanej ścieżce, jaką znalazła, i ruszyła przed siebie niemal całkowicie zarośniętą dróżką. Wczesnym popołudniem będzie musiała znaleźć miejsce na obozowisko, ale na razie miała zamiar zniknąć w gąszczu roślin. Gdyby udało jej się uniknąć Obserwatorów jeszcze przez jakiś czas, ta zieleń mogłaby przynieść jej ukojenie – przynajmniej na kilka dni.

Z ciążącym na ramionach plecakiem zaczęła wspinać się na skaliste wzgórze, rozgarniając paprocie, które pryskały na nią kropelkami rosy. Dochodzący gdzieś z przodu szum dawał nadzieję na spotkanie z wodospadem. Powinien odwrócić jej uwagę od uporczywych myśli, które zaprzątały ją bez reszty przez ostatnie dwadzieścia trzy dni. Przeklęta gra.

Odepchnęła nisko zwieszoną gałąź, a wtedy na jej głowę spadła lawina mokrych liści. Nieważne, przecież i tak nikt nie zobaczy jej oblepionych włosów i twarzy. Jednak myśl o innych ludziach przyniosła ze sobą natarczywe, niechciane obrazy. A także strach. Strach, który tkwił na skraju jej świadomości i często przybierał fizyczną formę – tym razem w postaci cichego odgłosu kroków za plecami.

Stanęła w bezruchu, modląc się, by dźwięk ten okazał się jedynie wytworem jej wyobraźni. Umysł płatał jej ostatnio różne figle. Zatrzymaj się. Skup się. Pomyśl.

Kroki przycichły na moment, ale zaraz usłyszała je ponownie, teraz szybsze. Tak, ktoś za nią szedł. I co teraz?

Czy powinna ukryć się w krzakach i przepuścić tego kogoś? To na pewno przypadkowy wędrowiec, być może szukający odosobnienia, tak jak i ona. Mimo wszystko kryjówka wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Popędziła do przodu, żeby zwiększyć dystans, a potem schowała się w gęstwinie rododendronu.

Kroki stały się głośne, ciężkie, co świadczyło o tym, że podąża za nią osoba pokaźnej postury. Czy to były te „konsekwencje” jej odmowy pokazywania się fanom, którymi grozili idioci prowadzący grę? Nikt jednak nie mógł oczekiwać, że będzie okazywać względy dupkom, którzy przychodzili do niej dzień i noc, zboczeńców, którzy włazili za nią do toalety, czy szaleńców, którzy stworzyli odrażającą stronę internetową ze zdjęciami przedstawiającymi ją i pozostałych graczy jako tarcze strzeleckie. Kiedy na nią trafiła, zaczęła symulować chorobę, żeby nie wychodzić z domu przez cały ostatni tydzień. Ale przecież nie mogła się ukrywać wiecznie. I nie mogła nakazać wszystkim mieszkańcom tego globu, żeby się do niej nie zbliżali.

Oddychała teraz szybciej i płycej, bo nieznajomy był już blisko. Kroki wydawały się równe, rytmiczne. Może to wcale nie człowiek? Zabawne, ale perspektywa spotkania z niedźwiedziem przerażała ją mniej niż możliwość konfrontacji z istotą ludzką. A może to nawet nie są prawdziwe kroki, tylko urojenie, zmanipulowane tak samo jak wszystkie jej myśli w czasie gry, a nawet po jej zakończeniu? Coraz trudniej było jej określić, co jest prawdą, a co nie. Na przykład ta kartka, która wpadła jej w ręce przy przeglądaniu czasopism w centrum handlowym, gdzie wymknęła się na chwilę z domu: Droga Abigail! Gra się nie skończy, dopóki na to nie pozwolimy.

Jakim sposobem ktokolwiek mógł wiedzieć, że ona odwiedzi akurat ten sklep i zajrzy akurat do tego czasopisma? Ale kiedy przejrzała wszystkie pozostałe gazety na półce, by sprawdzić, czy w innych też coś znajdzie, tamta kartka zniknęła, jakby w ogóle nie istniała. Być może została wykradziona przez tajemnicze indywidua, śledzące każdy jej krok. To właśnie wydawało się w tym wszystkim najgorsze − fakt, że nie miała pojęcia, jak wygląda wróg, podczas gdy jej podobizna była dostępna dla wszystkich, niczym jakaś perwersyjna karta dla kolekcjonerów.

Do kroków dołączył gwizd. Nawet najbardziej wybujała wyobraźnia nie wymyśliłaby scenariusza, w którym zwierzę znałoby melodię Somewhere Over the Rainbow. Oczy jej zaszły łzami. Tak bardzo chciała wierzyć, że to po prostu wędrowiec w dobrym humorze.

Kroki ucichły i zaszeleściły pobliskie zarośla. Przykucnęła głębiej wśród liści.

– Wiem, że tu jesteś – rozległ się głęboki głos.

Jej żołądek zamienił się w galaretę. Przywarła do drzewa za plecami, żałując, że nie weszła na jego czubek. W promieniu wielu kilometrów nie było żywej duszy, a zerknięcie na telefon potwierdziło jej obawy: nie było też zasięgu. Mogła się tego spodziewać, komórka przynosiła ostatnio wyłącznie złe wieści.

Nagle rozsunęły się gałęzie rododendronu, w którym się chowała, i jej oczom ukazał się mężczyzna o twarzy pitbulla i oddechu cuchnącym bekonem. O Boże, już lepiej było nie wiedzieć, jak wyglądają jej prześladowcy. Ten obraz będzie się pojawiał w koszmarach do końca jej życia – jakkolwiek krótkie miałoby być.

Mięsiste dłonie szeroko rozgarnęły liście.

– Może wyjdziesz, maleńka? Tak będzie łatwiej dla nas obojga.

Napięła wszystkie mięśnie, kolana się prawie pod nią ugięły. Potworne przerażenie, które wzbierało w jej żołądku, było znacznie gorsze niż podczas ostatniej rundy gry, gdy musiała wejść do pomieszczenia pełnego węży. Pomyśleć, że tego bała się kiedyś najbardziej.

Mimo że cała się trzęsła, znalazła w sobie siłę, by mu odpowiedzieć.

– Zostaw mnie, dupku! – rzuciła.

Mężczyzna drgnął.

– Nie ma potrzeby tak się unosić. Byłem twoim największym fanem.

Abigail omiotła wzrokiem ciemne poszycie. Tylko jedna opcja niosła ze sobą cień nadziei. Zsunęła plecak z ramion na ziemię, po czym rzuciła się w stronę najrzadszych zarośli. Okazały się jednak na tyle gęste, że podrapały jej ręce. Wypadła na ścieżkę. Niestety, mężczyzna zagradzał jej drogę do samochodu, mogła tylko biec w głąb pagórkowatego lasu.

Ruszyła do przodu, słysząc za sobą dudniące kroki. Wkrótce jednak wszystkie dźwięki zostały zagłuszone przez huk wodospadu. Gdy zbliżyła się do platformy widokowej ogrodzonej zdezelowanym płotkiem, na jej twarz opadła delikatna mgiełka. W dół stromej skały prowadziła droga po obrośniętych grubym mchem głazach.

Za sobą usłyszała fałszujący gwizd, na tyle przenikliwy, że przedzierał się przez huk spadającej wody. Obróciła się do mężczyzny i dostrzegła, że kieszenie jego spodni wybrzuszały się nierównymi kształtami, przywodzącymi na myśl rozmaite narzędzia zbrodni z gry Cluedo. A przecież, skoro miał łapy grube jak pnie pobliskich drzew, nie był mu potrzebny ani nóż, ani świecznik. Czego mógł od niej chcieć? Czy był szalonym fanem, który postanowił ją ukarać za to, że poprzedniego wieczoru nie wzięła udziału w „epilogu”? Oglądała zakończenie. Zakrywając usta dłonią, patrzyła, jak pozostali gracze, mimo nerwowych tików i podkrążonych oczu, żartują i się śmieją. A jednak żaden z nich nie odpowiedział później na jej SMS-y, jakby zadawanie się z nią stanowiło dla nich większe zagrożenie niż kontakt z tymi, którzy ich prześladowali. To szaleństwo. Kiedy wchodziła do gry, nikt nic nie mówił o nagrywaniu obowiązkowych programów po jej zakończeniu, nikt nie wspominał też o stalkerach.

Przeszła przez ogrodzenie, trzymając się mocno śliskiego metalu. Nie miała pojęcia, czy zdoła zejść do rzeki, nie skręcając sobie przy tym karku.

– Nie rób tego, Abigail, to niepotrzebne – wysapał mężczyzna i sięgnął do kieszeni. – Wróć i współpracuj ze mną. Moglibyśmy sfilmować coś, czego jeszcze nikt nie zrobił, i zdobyć tysiąc punktów.

Punktów? A więc to musi być jeden z tych wariatów, którzy nagrywali graczy tylko po to, żeby zdobyć szacunek innych Obserwatorów – szacunek przekładający się bezpośrednio na przyznane głosy, czyli punkty. Jeśli istniał sposób na wzbudzenie w niej jeszcze większej paniki, ten facet właśnie go znalazł. Tylko zboczeńcy robili coś takiego. Czy będzie chciał się posunąć jeszcze dalej? Na samą myśl gardło jej się ścisnęło. Oddychaj głęboko. Skup się na tym, żeby się stąd wydostać.

Nieznajomy popatrzył na nią z ukosa, jakby szacował tło i oświetlenie. Czy to możliwe, żeby chodziło mu jedynie o zdjęcie? Wstrzymała oddech, gdy powoli wyjął rękę z kieszeni. Była w stanie myśleć tylko o tym, dlaczego całe życie nie przesuwa się jej przed oczami. Zamiast tego przypomniał jej się stary film, który oglądali kiedyś na angielskim: Kobieta czy tygrys? Zdenerwowało ją wtedy, że film pozostawiał widzów w niewiedzy. Dlaczego nie zdecydowali się wybrać jakiegoś zakończenia?

A teraz stojący przed nią facet mógł wyciągać aparat albo pistolet, w zależności od tego, czego chciał: jej zdjęcia czy życia. Wstrząsnął nią szloch, zdała sobie bowiem sprawę, że gdzieś w głębi duszy liczyła na opcję, której przed przyłączeniem się do gry nigdy by nie wybrała: żeby skończył się wreszcie horror, w jaki zamieniło się jej życie.

Wyjął rękę z prawej kieszeni, palce zaciskał na maleńkim czarnym aparacie. Wypuściła powietrze z płuc i powstrzymała się przed płaczem. A więc jednak zdjęcie. Być może – jeśli się bardzo postara – uda jej się zmusić do uśmiechu i będzie po sprawie. Rzuci się szaleńczym pędem do samochodu, dociśnie gaz do dechy, a kiedy dotrze do domu, schowa się w swoim pokoju do końca dnia, a może nawet dłużej. W końcu Obserwatorzy stracą zainteresowanie jej osobą, zwłaszcza kiedy rozpocznie się druga edycja gry, z nowymi zawodnikami.

– Uśmiechnij się ładnie – powiedział mężczyzna.

Wbiła w niego wzrok i spróbowała unieść kąciki ust. Po skroni pociekła jej kropla potu, za nią następna. Jeszcze kilka sekund i koniec.

Pstryknięcie.

Wypuściła powietrze. W porządku, jeśli tego właśnie chciał – bardzo dobrze. To znaczy, nie tyle dobrze, ile do zniesienia.

I wtedy nieznajomy uśmiechnął się jedną stroną twarzy i sięgnął do drugiej kieszeni.

I

Jestem dziewczyną ukrytą za kurtyną. Dosłownie. Ale kiedy kurtyna rozsunie się już przed aktem drugim, mam czterdzieści minut dla siebie, bez konieczności poprawiania kostiumów i makijażu, chyba że któryś aktor nagle będzie potrzebował pomocy. Biorę głęboki wdech. Jak na premierę, wszystko dotąd idzie gładko, co mnie nieco martwi. Zawsze coś jest nie tak na pierwszym przedstawieniu, to już tradycja.

Zastanawiam się, czy iść do garderoby dziewczyn, gdzie będziemy gadać o chłopakach, czy raczej zostać na korytarzu, gdzie mogę nawet któregoś spotkać – zwłaszcza jednego konkretnego. Ponieważ ten konkretny chłopak za dziesięć minut wchodzi na scenę, postanawiam zostać na korytarzu i wyciągam telefon – chociaż pani Santana, nasza instruktorka teatralna, każe nam je wyłączać podczas wszystkich występów – i to pod groźbą śmierci.

Nic nowego na stronie ThisIsMe. Trudno się dziwić, skoro większość moich przyjaciół gra teraz na scenie albo siedzi na widowni. Zamieszczam wiadomość:

 

Zostało jeszcze parę biletów na następne dwa przedstawienia, więc jeśli wasze tyłki nie siedzą w tej chwili na widowni, koniecznie je kupcie!

 

Obowiązek obywatelski spełniony.

Oprócz tekstu publikuję też zdjęcie, które zrobiłam przed premierą. Jestem na nim z moją najlepszą przyjaciółką Sydney, gwiazdą przedstawienia. Fotka przypomina obrazek z książki dla przedszkolaków ilustrujący przeciwieństwa: Sydney to złota hollywoodzka Barbie, ja wyglądam jak laleczka Blythe, o bladej cerze, ciemnobrązowych włosach i oczach za wielkich jak na małą twarz. Dobrze chociaż, że metaliczne cienie do powiek, które pożyczyłam sobie z zestawu kosmetyków z garderoby aktorów, podkreślają niebieski kolor moich oczu.

Nagle wyskakuje reklama Custom Clothz z obietnicą, że będę wyglądała cudownie w ich najnowszej kolekcji letnich sukienek. Letnie ciuchy to pobożne życzenie w Seattle, zwłaszcza w kwietniu, ale ta lawendowa z rozkloszowanym dołem jest zbyt śliczna, żebym mogła się jej oprzeć. Wrzucam swoje zdjęcie i wpisuję wzrost: metr sześćdziesiąt trzy; oraz wagę: pięćdziesiąt... z kawałkiem. Zastanawiam się właśnie, jakie jeszcze wymiary podać, kiedy z garderoby chłopaków dobiega znajomy śmiech i chwilę później na korytarz wychodzi on, czyli Matthew. Staje obok mnie tak, że stykamy się ramionami, to znaczy moje ramię dotyka jego wielkiego bicepsa futbolisty.

Pochyla się, aż jego usta znajdują się zaledwie kilka centymetrów od mojego ucha.

– Siedemdziesiąt pięć C, prawda?

Uch, jakim cudem zauważył? Zabieram telefon.

– Nie twój interes – odpowiadam. Raczej siedemdziesiąt B, zwłaszcza dzisiaj, kiedy mam na sobie cienki stanik, który niestety nie czyni żadnych cudów.

Wybucha śmiechem.

– Byłaś gotowa podzielić się tą wiedzą z zupełnie obcymi ludźmi, a mnie nie możesz powiedzieć?

Wygaszam ekran.

– To na potrzeby głupiej reklamy, a nie dla ludzi.

Odwraca się do mnie twarzą, ręce opiera na ścianie po obu stronach mojej głowy.

– No dawaj, naprawdę chciałbym zobaczyć cię w tej sukience – mówi tym swoim jedwabistym głosem, który zawsze brzmi tak, jakby dopuszczał rozmówcę do największej tajemnicy.

Chowam rękę za plecami.

– Naprawdę? – Mój własny głos w porównaniu z jego głosem brzmi jak skrzypiąca płyta winylowa. Po prostu cudownie.

Wyjmuje mi telefon zza pleców.

– Albo nawet w czymś, no wiesz, znacznie wygodniejszym.

Wraca na miejsce obok mnie, stuka kilka razy w ekran mojej komórki, po czym przysuwa mi ją do twarzy. Widzę swoją twarz nałożoną na ciało w białej bieliźnie. Piersi mam znacznie większe niż w rzeczywistości, to musi być miseczka D.

Czuję, jak zalewa mnie rumieniec.

– Bardzo zabawne – mówię. – Może teraz sprawdzimy ciebie?

Zaczyna rozpinać koszulę.

– Chętnie zapozuję na żywo, jeśli masz ochotę.

Na korytarzu robi się duszno, nagle nie mam czym oddychać. Odchrząkuję.

– Ponieważ musisz zostać w kostiumie, może jednak zaczniemy od twojej wirtualnej osoby? – Matko, chyba nie mogłam być bardziej żenująca.

W jego oczach pojawia się zielony błysk.

– Nie ma sprawy. Jak tylko skończymy ubierać wirtualną Vee.

Stoimy blisko siebie, Matthew wybiera kolejne koszulki i stroje kąpielowe. Co chwilę próbuję mu wyrwać telefon, ale trzyma go mocno i się śmieje. Postanawiam wypróbować inną taktykę, a mianowicie udaję nonszalancję. Prawie mi się udaje, zaskakuję go gwałtownym ruchem. Co prawda nie jestem wystarczająco szybka, żeby zabrać komórkę, ale przynajmniej udaje mi się stuknąć we właściwą część ekranu i zamykam stronę z ubraniami. Na jej miejscu pojawia się ogłoszenie reklamujące nową grę pod nazwą NERVE. To coś jak „prawda czy wyzwanie”, tylko bez elementu prawdy. Pod banerem z napisem: Zobacz, kto bierze udział! wyskakują trzy miniaturki zdjęć młodych osób, które wykonały rozmaite zadania.

Matthew unosi brwi.

– Obejrzyjmy tę dziewczynę, która udaje, że kradnie w sklepie.

Przesuwa telefon i oglądamy nagranie, na którym dziewczyna z mnóstwem kolczyków wsuwa buteleczki lakieru do paznokci w spodnie moro. Hm, nawet jeśli tylko udaje, wydaje mi się, że już samo upychanie towaru w ubrania jest wykroczeniem. I jak ona przechodzi przez bramki na lotnisku z tyloma agrafkami wpiętymi w szczękę? Nagle, zupełnie jak gdyby słyszała moje złośliwe uwagi, zwraca się do kamery i pokazuje środkowy palec. Na ekranie ukazuje się jej wilcza twarz, aż mi sztywnieją ramiona. Dziewczyna uśmiecha się kpiąco, po czym wymaszerowuje ze sklepu na parking i maluje sobie lakierem czerwone XXX na czole. Nagranie dobiega końca, Matthew klika i daje dziewczynie cztery z pięciu możliwych gwiazdek.

– Ja bym dała jej najwyżej trzy, jeśli w ogóle. Wyzwanie polegało na udawaniu, że się kradnie, a nie na wyprowadzeniu towaru ze sklepu – mówię. – Tylko idiota może nagrywać siebie podczas łamania prawa.

Matthew śmieje się.

– Bez przesady, to wymagało jaj. Zresztą, kto będzie narzekał, że dodała coś od siebie? To dziewczyna, którą fajnie będzie oglądać w zadaniach na żywo.

– Lepiej nie wspominaj tego przy Sydney. Chciała koniecznie zgłosić się do gry w tym miesiącu, ale odkryła, że wypada akurat w dzień premiery.

– A co, główna rola w przedstawieniu już jej nie wystarcza?

Przenoszę ciężar ciała z nogi na nogę. Co prawda sama dogryzam Sydney, że jest diwą, ale nie obgaduję jej za plecami.

– Szkolny teatr nie gwarantuje wielkich nagród – odpowiadam.

Wzrusza ramionami i znów zerka na telefon.

– Hej, obejrzyjmy klip z gościem, który pozwala, żeby pies wychłeptał mu zupę z ust.

– Ohyda.

Matthew daje mu pięć gwiazdek. Kiedy klika, wyskakuje ogłoszenie:

Wrzuć własne nagranie, a zdobędziesz szansę uczestnictwa w grze na żywo już w najbliższą sobotę. Jeszcze nie jest za późno!

Macha mi komórką przed nosem.

– Coś dla ciebie, mała Vee.

– Słucham? Czyżbyś zapomniał, że w sobotę robię ci makijaż?

– Miałem na myśli któreś z tych wstępnych wyzwań, tak dla jaj. A jeśli przypadkiem cię wybiorą do rundy na żywo, zawsze ktoś może cię zastąpić w garderobie.

Oczywiście jego zdaniem nie ma takiej opcji, żeby mnie wybrali, a jeśli nawet, byle kto mógłby machnąć twarze aktorów pomadką i pudrem. Nagle czuję się nic niewarta.

Poprawiam sobie koszulkę.

– Po co miałabym to robić? I tak nigdy nie wzięłabym udziału w grze na żywo.

W zeszłym miesiącu, kiedy emitowano pierwszą edycję gry, przyszli do mnie znajomi, zrobiliśmy zrzutkę i razem oglądaliśmy występy na żywo. Już samo przyglądanie się rozgrywkom było wystarczająco ekscytujące. Na przykład ci zawodnicy z rundy finałowej na Wschodnim Wybrzeżu, którzy musieli spędzić pół godziny z palcami stóp zawiniętymi o krawędź dachu. O nie, dziękuję bardzo.

Matthew stuka w kilka okienek na stronie NERVE.

– Oto lista wyzwań, których mogłabyś się podjąć: jedzenie rękoma w ekskluzywnej restauracji, udanie się do sklepu z egzotyczną żywnością i poproszenie o kozie jąd...

– Nie zamierzam podejmować żadnych wyzwań.

Pisze coś na moim telefonie.

– Wiem, że nie zamierzasz. Tak tylko żartuję, bo jesteś słodka, kiedy się rumienisz.

Greta, nasza specjalistka od rekwizytów, wbiega na korytarz i trąca go w ramię.

– Wchodzisz za dwie minuty – mówi.

Matthew oddaje mi telefon i odchodzi na dobre trzy metry, kiedy zauważam, że zmienił mój status z „samotny” na „zaangażowany”. Serce mi fika małego koziołka.

I chociaż mam jeszcze prawie pół godziny do opuszczenia kurtyny, idę za nim aż na skrzydło. Matthew wmaszerowuje w światło reflektorów, zajmuje swoje miejsce po lewej stronie, obok Sydney i do końca przedstawienia przekomarzają się, kłócą, całują i śpiewają.

W tym momencie Sydney całkowicie zawładnęła sceną, pławi się w swojej blond chwale. O dumę przyprawia mnie jej obłędny wizerunek, który stworzyłam, wykorzystując jej naturalne walory. Oczywiście więcej czasu poświęciłam Matthew, podkreślając starannie wszystkie rysy jego twarzy. Nawet z odległości sześciu metrów kolana mi miękną, gdy widzę błysk w jego oczach.

Przez następne pół godziny wypowiadam kwestie razem ze wszystkimi aktorami, aż docieramy do wielkiego finału, kiedy to przeznaczeni sobie kochankowie znów się schodzą. Matthew ujmuje twarz Syd w swoje dłonie, ich usta spotykają się w pocałunku, który trwa jedną, dwie, trzy sekundy. Przygryzam wargę, walczę z falą zazdrości, chociaż Sydney twierdzi, że Matthew to nie tyle treść, ile mocno podrasowana forma. Jak zwykle uważa, że lepiej wie, co jest dla mnie dobre.

Cała obsada dołącza do Sydney i Matthew, żeby zaśpiewać finałową piosenkę, a potem ja opuszczam kurtynę. Ponieważ ukłony składane są na proscenium, nie mam tu już czego szukać. Idę do garderoby, żeby odebrać kostiumy. W pomieszczeniu dziewczyn unosi się zapach lakieru do włosów, a na środku blatu stoi olbrzymi bukiet czerwonych róż. Zerkam na karteczkę. Oczywiście – dla Syd. Kilka minut później Sydney i pozostałe dziewczyny wpadają tanecznym krokiem do garderoby, zdyszane i roześmiane.

– Byłaś świetna – mówię, ściskając przyjaciółkę. – I zobacz, co ktoś ci przysłał.

Piszczy i otwiera kartkę. Otwiera szeroko oczy.

– Anonimowy wielbiciel.

Mam ochotę jęknąć, bo to taki oczywisty chwyt.

– Anonimowy przez najbliższe dwie minuty, dopóki się nie wślizgnie do środka, po nagrodę.

Syd wącha kwiaty i się uśmiecha. Jest przyzwyczajona do takich wyrazów uwielbienia.

– Udało ci się przekonać rodziców, żeby zmienili zdanie co do dzisiejszego wieczoru? – pyta.

Żołądek ściska mi się boleśnie.

– Nie. Ale przynajmniej wypuszczą mnie z więzienia na imprezę po ostatnim przedstawieniu.

Po pięciu miesiącach stosowania się co do joty do ich zasad przekonałam ich, że zasłużyłam sobie na odrobinę wolności. To będzie moje pierwsze wyjście z przyjaciółmi – nie licząc pracy przy przedstawieniach czy nauce w bibliotece – od czasu „incydentu”. Tyle że to był incydent jedynie w wyobraźni moich rodziców. Ale i tak nie wierzą moim zapewnieniom, że wcale nie było tak, jak im się wydaje.

– To ja też nie idę – mówi Syd.

Trącam ją w ramię.

– Nie wygłupiaj się. Zasłużyłaś na dobrą zabawę. Tylko nie upij się za bardzo, bo jutro będziesz miała worki pod oczami i nawet mój makijaż sobie z nimi nie poradzi.

Syd rozwiązuje tasiemki gorsetu.

– Jesteś pewna? Znaczy, chodzi o imprezę, bo mam pełne zaufanie co do twoich umiejętności makijażystki.

– Oczywiście. Opowiesz mi wszystko, albo jeszcze lepiej – wrzuć zdjęcia, okej?

Zbieram od wszystkich kostiumy, sprawdzając, czy coś wymaga szybkiego przeprasowania albo wyczyszczenia przed jutrzejszym występem. Sydney ściska mnie raz jeszcze i wychodzi z Gretą oraz innymi dziewczynami.

Kilka minut po ich wyjściu Matthew wtyka głowę do garderoby.

– I co słychać u małej, odważnej Vee?

Chociaż na jego widok czuję mrowienie w brzuchu, staram się zachować obojętność. Oglądam tweedową marynarkę, sprawdzam rękawy.

– W porządku – mówię. Po co komu impreza z okazji premiery, skoro mogę pobyć z nim sam na sam, zanim zacznie się moja godzina policyjna. Może jednak mam jakieś obiecujące perspektywy na przyszłość?

– Idziecie z Syd na imprezę do Ashley?

– Ona tak, ja nie mogę.

– Nadal masz szlaban? Kurczę, dziewczyno, weź się do nauki. – Większość moich znajomych sądzi, że nieprzejednanie moich rodziców to wynik kiepskich ocen. Tylko Sydney zna prawdę.

– Na szczęście mogę iść na imprezę po ostatnim przedstawieniu. Do północy. – Może jeśli będę wspominać od czasu do czasu o zbliżającej się wolności, Matthew pomoże mi ją wykorzystać w sobotę.

– Domyśliła się, kto je przysłał? – pyta, pokazując skinieniem głowy bukiet róż.

Przestaję oddychać na chwilę.

– Skąd wiedziałeś, że to był anonimowy nadawca?

– Mam swoje sposoby. – Mruga jednym okiem. – Do jutra. – Kręci powoli głową, omiata mnie wzrokiem od stóp do głów i dodaje: – Mmmmm. Jesteś za ładna, żeby pracować za kulisami. – A potem odchodzi.

To wszystko? Jedyna okazja, żebyśmy mogli pobyć sami, a on sobie idzie? I dlaczego zainteresował się kwiatami? Staram się nie wyciągać pochopnych wniosków, ale analizuję szybko różne opcje. Może jego kumpel podkochuje się w Sydney, a Matthew miał tylko wybadać grunt. Jednak w jego głosie pojawiła się nuta niepewności, wrażliwości. Czy to możliwe, że Matthew przyniósł jej bukiet? Gra z nią na scenie, ale kto wie? Jedyną pociechę stanowi dla mnie fakt, że nawet jeśli to on kupił róże, Sydney nie zabrała ich do domu.

Zgrzytam zębami, wyciągam z torebki kluczyk i otwieram szafkę, w której znajduje się tajemnicza broń kostiumologów: butelka z rozpylaczem zawierająca mieszankę wódki i wody. To tani sposób na odświeżenie kostiumów. Pani Santana twierdzi, że nigdy wcześniej nie ufała żadnemu uczniowi na tyle, by pozwolić mu na korzystanie ze sprayu bez nadzoru. Cieszę się, że chociaż jedna dorosła osoba we mnie wierzy, ale gdyby moi rodzice się o tym dowiedzieli, pewnie natychmiast straciłaby pracę.

Słyszę zbliżające się kroki i po chwili do garderoby zagląda Tommy Toth, który zaprojektował scenografię i zajmuje się wszystkimi sprawami technicznymi.

– Poszło świetnie, prawda?

Rozpylam mieszankę wewnątrz obszytej koralikami sukni, nad którą unosi się niezbyt przyjemny zapaszek.

– Taaa. Bezproblemowo.

– Wszyscy już poszli. Gdy skończysz, odprowadzę cię do samochodu.

Gdyby wręczano nagrody za wychowanie grzecznych i kulturalnych dzieci, rodzice Tommy’ego z pewnością dostaliby Grand Prix. Nawet w piątej klasie, kiedy wychodziliśmy na patrole na przejściach, zawsze proponował, że poniesie mój znak stopu.

Wychodzę z garderoby, żeby wejść do sąsiedniego pomieszczenia i zająć się kostiumami chłopaków.

– Nie musisz. Zaparkowałam tuż przy wejściu.

Idzie za mną.

– Wszystko w porządku?

Składam spodnie Matthew, zostawił je przewieszone przez oparcie krzesła.

– Jasne. Po prostu długi i męczący tydzień.

– Właśnie, ty i ja robimy za całą ekipę teatralną.

Zgadza się, na nas się wszystko opiera. Ale nie dostajemy oklasków, nie ma dla nas róż. Mrugam oczami, żeby powstrzymać łzy, i odwracam się do niego tyłem:

– Zrobiłeś kawał dobrej roboty, Tommy. Nikt nie potrafiłby tak zaprojektować scenografii jak ty. – Scena w ciągu minuty zmienia się ze zniszczonej wojną afgańskiej wioski na klub taneczny w Tokio. To wielokulturowa sztuka.

Tommy wzrusza ramionami.

– Nie bądź taki skromny. Należy ci się takie samo uznanie jak aktorom.

– Trzymanie się z dala od sceny ma swoje korzyści.

Unoszę brwi tak wysoko, że prawie sięgają linii włosów.

– Na przykład?

– Prywatność.

Wybucham śmiechem, co brzmi jak skrzyżowanie prychnięcia i kwiku.

– To nazywasz korzyścią?

Znowu wzrusza ramionami. Kiedy kończę przygotowywać kostiumy do następnego występu, rozlega się dźwięk mojego telefonu. Wyciągam komórkę i widzę SMS-a od mamy. Przypomina mi, że za czterdzieści minut mam być w domu. Wzdycham. Znowu pociągnięcie smyczy. Kasuję wiadomość, a wtedy moim oczom ukazuje się zostawiony przez Matthew link do strony NERVE. Gry, w której – jak dobrze wiedział – nigdy nie wezmę udziału.

Odwracam się do Tommy’ego.

– Uważasz, że jestem odważna?

Odsuwa się do tyłu.

– Odważna? Bo ja wiem? Ale masz charyzmę. Pamiętasz, jak w pierwszej klasie liceum stworzyłaś nowy tekst do szkolnego hymnu?

Tak właśnie zapisałam się w zbiorowej pamięci? Jako autorka wulgarnych słów, które się ledwo rymowały? Krzywię się i pokazuję mu telefon.

– Zgłosiłbyś się do tej gry?

Przygląda się uważnie ogłoszeniu.

– Wątpię. To okropnie niebezpieczne.

– Nie w moim stylu?

– Tego nie powiedziałem.

Staję obok niego i przeglądam stronę. Ukazuje się lista wyzwań, które można podjąć, żeby ubiegać się o udział w sobotniej grze na żywo. Wyskakują też obietnice natychmiastowej sławy oraz nagranie ukazujące finalistów gry z poprzedniego miesiąca. Zostało zrobione na premierze filmu, a dwie dziewczyny mają na sobie fantastyczną biżuterię − nagrodę za podjęcie wyzwania. Szczęściary.

Przebiegam wzrokiem listę. Większość wyzwań to tragedia, ale znajduję jedno, które wymaga pójścia do kawiarni, wylania na siebie wody i zawołania: „Od zimnej wody robię się gorrrąca!”. Brzmi idiotycznie, ale nie wydaje się tak ryzykowne jak kradzież lakieru do paznokci czy nawet pozorowanie kradzieży. Zerkam na zegarek. Po drodze do domu mam kafejkę Gotta-Hava-Java. Jeśli się pospieszę, powinnam zdążyć. Może wtedy ze słownika Matthew zniknie słowo „mała”, którego używa nawet wtedy, gdy pisze do mnie SMS-y – co zaczął robić, odkąd chodzimy na próby. Słodkie, flirtujące wiadomości, zwykle przychodzące późno w nocy.

Spoglądam na Tommy’ego.

– Masz ochotę zrobić coś niezwykłego?

Na policzki wypływa mu delikatny rumieniec.

– Chyba nie masz zamiaru zgłosić się do głównej gry?

– Nie ma mowy. Zresztą jest już za późno, żeby ktokolwiek mnie wybrał. Ale fajnie byłoby przyjąć jedno z wyzwań. Po prostu żeby przekonać się, jak to jest.

– Eee. Chyba nie. – Mruga gwałtownie, jakby jego szkła kontaktowe postanowiły już iść spać. – Zdajesz sobie sprawę, że nagranie pojawi się w sieci i cały świat będzie mógł je zobaczyć? A ponieważ nie trzeba płacić za oglądanie zwykłych wyzwań, to może oznaczać naprawdę mnóstwo ludzi.

– No, w sumie właśnie o to chodzi.

Przechyla głowę.

– Naprawdę wszystko u ciebie w porządku?

Podchodzę do szafki i zamykam butelkę z rozpylaczem.

– Naprawdę. Nie musisz ze mną jechać. Po prostu uznałam, że to może być zabawne.

– Może takie właśnie będzie. – Kiwa głową, najwyraźniej się zastanawia. – Okej, nagram cię.

Kurczę, zupełnie zapomniałam, że przecież potrzebny mi ktoś, kto zarejestruje moje wyzwanie. Chwytam torebkę i wymijam go pospiesznie. Czuję się jak Lara Croft.

– Świetnie. W takim razie jedźmy.

Biegnie za mną.

– Możemy wziąć mój samochód – mówi. Rodzice sprezentowali mu na urodziny audi rodem z filmów sensacyjnych.

– Pojedziemy moim – stwierdzam. W końcu to moje wyzwanie.

W powietrzu czuć wilgoć, wcześniej jej nie było. Chociaż planuję wylać na siebie wodę w kawiarni, jakoś nie mam nastroju na deszcz. Idziemy do mojego wozu; to dziesięcioletnie subaru, w którym za każdym razem, gdy wciskam hamulec, grzechocze kierownica. Ale to mój samochód i jest w nim przytulnie. Wsiadamy i od razu ruszam.

Próbuję nucić piosenkę hiphopową, która leci w radiu, jednak głos mi się łamie.

– Myślisz, że ludzie w Gotta-Hava-Java domyślą się, że to wyzwanie do NERVE?

Przygląda się mojej desce rozdzielczej, jakby chciał na niej znaleźć coś o wiele bardziej interesującego niż kiepskie radio samochodowe i przyklejoną do pokrętła karteczkę z odręcznym napisem: „Głośniej!”.

– Nie sądzę, żeby klientela tej kawiarni stanowiła target, do którego adresowany jest NERVE – odpowiada.

Zabawny jest sposób, w jaki wypowiada słowo „target”, zupełnie jakby brał udział w reklamie. To tekst, który mógłby paść z ust mojego taty. Nagle czuję się niewyraźnie, bo przypominam sobie pobladłą twarz ojca, kiedy kilka miesięcy temu siedział przy moim szpitalnym łóżku, kręcił głową i powtarzał, że moje zachowanie pozostaje w zupełnej sprzeczności z moim charakterem. Dziewczyny takie jak ja nie siedzą w garażu przy włączonym silniku. „No właśnie”, odpowiedziałam mu wtedy.

Odsuwam od siebie tę myśl.

– Czyli zrobię z siebie kretynkę w obecności ludzi, którzy nie będą mieli pojęcia, że to wyzwanie do gry. Po prostu cudownie. – W zeszłym miesiącu spiker ciągle przypominał widzom, że zawodnikom nie wolno informować tłumu, iż to gra.

Uniesione brwi Tommy’ego mówią: „no ba!”, ale on sam jest zbyt dobrze wychowany, by powiedzieć to na głos. Zamiast tego opowiada mi o filmie dokumentalnym na temat szkoły biznesu w stylu samurajskim, w której studenci musieli śpiewać na rogu ruchliwej ulicy, żeby pokonać wstyd.

– Może tobie też to wyjdzie na dobre – stwierdza.

Przyglądam mu się uważnie. W sumie jest przystojniejszy niż sądziłam, chociaż oczywiście nigdy nie wyjdziemy poza znajomość czysto przyjacielską. Ma wyraźne rysy twarzy, podejście na zasadzie „da się zrobić” i bogatych rodziców, więc gdy zorganizujemy spotkanie klasowe dziesięć lat po skończeniu szkoły, on już pewnie będzie robił karierę polityczną.

Nagle dociera do mnie, że nie wypełniłam formularza zgłoszeniowego.

– Mógłbyś wejść na stronę NERVE i wpisać moje dane?

Włącza komórkę i zaczyna czytać pytania. Dyktuję mu adres, numer telefonu, adres mailowy oraz datę urodzin (24 grudnia, jeden z najcudowniejszych dni w roku). Na listę osób, z którymi należy się skontaktować w sytuacjach awaryjnych – to już duża przesada, mówimy o dwuminutowym wyzwaniu – wpisuję Sydney, potem Liv, Eulie, Tommy’ego i na końcu Matthew – tak dla jaj.

Pięć minut później, po dwukrotnym okrążeniu kawiarni, znajduję w końcu miejsce parkingowe. W powietrzu nie czuć już wcześniejszego ciepła, co gwarantuje nieprzyjemny spacer do samochodu po wykonaniu zadania. Zakładając, że w ogóle je wykonam, bo zaczynam w to delikatnie powątpiewać.

Podaję Tommy’emu kurtkę.

– Potrzymasz? Żebym miała coś suchego na potem.

– Może powinienem też wziąć twoją torebkę? Na wszelki wypadek.

Który inny facet pomyślałby o tym, żeby uchronić moje rzeczy przed zamoczeniem? Po plecach przechodzą mi ciarki.

– Słusznie – mówię.

Tommy trzyma moją kurtkę i torebkę bardzo ostrożnie, jakby bał się, że je zniszczy, co wcale nie oznaczałoby katastrofy, bowiem wszystko kupuję za połowę ceny w Vintage Love, gdzie pracuję.

Wchodzimy do kawiarni i serce zaczyna mi łomotać, bo jest wypełniona po brzegi ludźmi. Wybranie wyzwania z listy w telefonie to jedno, ale odegranie scenki – to zupełnie inna sprawa. „Odegranie” – na tym właśnie polega problem. Doskonale pamiętam casting do szkolnego przedstawienia, z którego uciekłam. Oraz to, jak się pociłam na środku klasy przy referatach z wiedzy o świecie. Po jakie licho ktoś mojego pokroju porywa się na takie wyzwanie?

Wciągam powietrze do płuc i wyobrażam sobie, jak Matthew całuje Sydney na scenie, podczas gdy ja przyglądam się temu z boku. Oczywiście, że porywam się po to, by coś udowodnić. Dziękuję nauczycielowi wstępu do psychologii.

 

[...]