Mały Duszek - Otfried Preussler

Mały Duszek

0,0

Otfried Preussler, autor Malutkiej Czarownicy, w najlepszej formie!

Mały Duszek,  przemiły mieszkaniec Sowiego Zamku nieopodal Puchaczowa, jak każdy duch, budzi się wraz z nastaniem nocy i błąka po budowli, hałasując pękiem kluczy. Ale poza tym nie ma w nim nic, czego można by się bać: kicha od nadmiaru kurzu, sypia w drewnianej skrzyni na strychu i przyjaźni się z puchaczem Uhu-Szuhu. W przeszłości udało mu się obronić zamek przed najazdem wrogów, a dziś jego marzeniem jest zobaczyć świat za dnia. Jedna pomyłka miejskiego zegarmistrza i... Duszek ukazuje się całemu miastu w samo południe. To tylko początek przygód i perypetii, bo Duszek znów zdecyduje się ochronić miasto.

 

Historia o Małym Duszku spodoba się zarówno dzieciom, jak i rodzicom - świetnie sprawdzi się w roli książki czytanej do poduszki, a tytułowy bohater szybko stanie się przyjacielem każdego czytelnika. Wielkim atutem książki jest opracowanie graficzne autorstwa mistrza ilustracji F. J. Trippa.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
1-2__jpg
1-1__jpg
1-3__jpg

Ty­tuł ory­gi­na­łu nie­miec­kie­go: Das kle­ine Ge­spenst

Ilu­stra­cje: F.J.Tripp Co­py­ri­ght© 1966 by Thie­ne­mann Ver­lag

(Thie­ne­mann Ver­lag GmbH), Stut­t­gart/Wien

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by An­drzej and Mar­cin Ożo­gow­scy

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Bona, Kra­ków 2011

Re­dak­cja: Anna Szcze­pań­ska-Kra­soń

Re­dak­cja tech­nicz­na i skład: Ro­bert Oleś / d2d.pl

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Sza­ta­nik / d2d.pl

Wy­da­nie I w tej edy­cji

ISBN 978-83-62836-29-1

Wy­daw­nic­two Bona sp. z o.o.

ul. Ka­no­ni­cza 11, 31-002 Kra­ków, tel.: 12 430 22 90

biu­ro@wy­daw­nic­two­bo­na.pl

wy­daw­nic­two­bo­na.pl

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: bo­na­me­dia.pl

1-4__jpg

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

1-5__jpg

Na So­wim Zam­ku od nie­pa­mięt­nych cza­sów miesz­kał mały Du­szek. Był jed­ną z tych nie­szko­dli­wych ma­łych zjaw noc­nych, któ­re ni­ko­mu nie czy­nią krzyw­dy, je­że­li tyl­ko im się nie do­ku­cza.

W cią­gu dnia Du­szek spał w cięż­kiej, oku­tej że­la­zem skrzy­ni z dę­bo­we­go drew­na, któ­ra sta­ła na stry­chu, do­sko­na­le ukry­ta za jed­nym z opa­słych ko­mi­nów, i ża­den czło­wiek nie prze­czu­wał, że tak na­praw­dę na­le­ży do ja­kie­goś wid­ma.

Do­pie­ro nocą, kie­dy w Pu­cha­czo­wie, mia­stecz­ku le­żą­cym u stóp zam­ku, ze­gar ra­tu­szo­wy wy­bi­jał pół­noc – mały Du­szek się bu­dził. Punk­tu­al­nie z dwu­na­stym ude­rze­niem ze­ga­ra otwie­rał oczy i prze­cią­gał się. Na­stęp­nie wy­grze­by­wał spo­śród sta­rych li­stów i do­ku­men­tów, słu­żą­cych mu za po­dusz­kę, kół­ko z trzy­na­sto­ma klu­cza­mi, któ­re za­wsze no­sił ze sobą.

Kie­dy mach­nął nim w stro­nę wie­ka, skrzy­nia na­tych­miast się otwie­ra­ła.

Te­raz Du­szek mógł wyjść na ze­wnątrz. Za każ­dym ra­zem za­cze­piał gło­wą o jed­ną z wie­lu pa­ję­czyn, bo do tej czę­ści stry­chu le­żą­cej na ubo­czu od lat nie za­glą­dał ża­den czło­wiek, więc była ona cał­ko­wi­cie za­snu­ta pa­ję­czy­na­mi i strasz­li­wie za­ku­rzo­na. Na­wet pa­ję­czy­ny były peł­ne ku­rzu i je­śli się je po­ru­szy­ło, kurz sy­pał się niby gę­sty śnieg: „A psik!”…

Ile­kroć Du­szek opusz­czał ku­fer, ty­le­kroć ki­chał, bo kurz do­sta­wał mu się do nosa.

Wstrzą­sał się parę razy, aby zu­peł­nie się roz­bu­dzić. Na­stęp­nie wy­ła­ził zza ko­mi­na i wę­dro­wał na swój noc­ny spa­cer.

Jak wszyst­kie wid­ma nic w ogó­le nie wa­żył. Był zwiew­ny i lek­ki jak strzę­pek mgły. Dla­te­go nig­dy nie wy­bie­rał się w dro­gę bez kół­ka z trzy­na­sto­ma klu­cza­mi. Naj­lżej­szy po­wiew wia­tru wy­star­czył­by, żeby go zdmuch­nąć, kto wie do­kąd.

Nie był to jed­nak je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go Du­szek za­wsze no­sił przy so­bie pęk klu­czy. Wy­star­cza­ło tyl­ko mach­nąć nim w po­wie­trzu i na­tych­miast otwie­ra­ły się wszyst­kie drzwi i bra­my! Otwie­ra­ły się same, au­to­ma­tycz­nie, nie­za­leż­nie od tego, czy były za­ry­glo­wa­ne, za­mknię­te na za­mek lub klam­kę, czy tyl­ko przy­mknię­te.

To samo było z wie­ka­mi skrzyń, drzwia­mi szaf, ko­mo­da­mi i po­dróż­ny­mi ku­fra­mi, tak samo z drzwicz­ka­mi pie­ców, z szu­fla­da­mi, dym­ni­ka­mi, okien­ka­mi piw­nic czy pu­łap­ka­mi na my­szy. Jed­no mach­nię­cie pę­kiem klu­czy – drzwi otwie­ra­ły się; dru­gie mach­nię­cie – za­my­ka­ły się z po­wro­tem.

Du­szek bar­dzo się cie­szył z po­sia­da­nia trzy­na­stu klu­czy. „Bez nich – my­ślał cza­sa­mi – ży­cie by­ło­by znacz­nie trud­niej­sze…”.

Przy kiep­skiej po­go­dzie go­dzi­nę du­chów naj­czę­ściej spę­dzał w po­miesz­cze­niach mu­zeum zam­ko­we­go wśród sta­rych ob­ra­zów i zbroi, dział i włócz­ni, sza­bel i pi­sto­le­tów ka­wa­le­ryj­skich. Ba­wi­ło go, że dzię­ki klu­czom mógł pod­no­sić i za­trza­ski­wać przy­łbi­ce ry­cer­skich heł­mów, to­czyć po pod­ło­dze ka­mien­ne kule ar­mat­nie, aż roz­le­ga­ło się dud­nie­nie. A cza­sa­mi, kie­dy miał na to ocho­tę, roz­ma­wiał w sali ry­cer­skiej z da­ma­mi i pa­na­mi z opra­wio­nych w zło­te ramy ma­lo­wi­deł.

– Do­bry wie­czór, mój dro­gi! – mó­wił, na przy­kład, sta­jąc na­prze­ciw por­tre­tu bur­gra­bie­go Je­rze­go Ka­zi­mie­rza, któ­ry żył mniej wię­cej przed pięć­set pięć­dzie­się­cio­ma laty i był czło­wie­kiem tro­chę nie­okrze­sa­nym. – Przy­po­mi­nasz so­bie pew­ną paź­dzier­ni­ko­wą noc, kie­dy za­ło­ży­łeś się ze swy­mi ko­le­ga­mi, że mnie zła­piesz i wła­sno­ręcz­nie wy­rzu­cisz za okno? Tym za­kła­dem do­pro­wa­dzi­łeś mnie do wście­kło­ści! Dla­te­go nie mo­żesz mi brać za złe, że na­pę­dzi­łem ci po­rząd­ne­go stra­cha.

1-6__jpg

Ale czy mu­sia­łeś z tego po­wo­du za­raz ska­kać z okna, któ­re znaj­do­wa­ło się na trze­cim pię­trze? Na szczę­ście wy­lą­do­wa­łeś cało w błot­ni­stej fo­sie zam­ko­wej. Mu­sisz jed­nak przy­znać, że spra­wa mo­gła się skoń­czyć go­rzej…

Albo kła­niał się przed por­tre­tem cu­dow­nie pięk­nej żony pa­la­ty­na Ge­no­we­fy Elż­bie­ty Bar­ba­ry, któ­rej przed czte­ry­stu laty po­mógł od­na­leźć kosz­tow­ne zło­te kol­czy­ki ścią­gnię­te przez ja­kąś sro­kę.

Albo sta­wał przed ubra­nym w ko­ron­ko­wy koł­nierz i skó­rza­ny ka­ftan tłu­stym pa­nem z rudą bród­ką, któ­ry był bu­dzą­cym strach szwedz­kim ge­ne­ra­łem i na­zy­wał się Tor­sten Tor­sten­son. To on ob­le­gał przed trzy­stu dwu­dzie­stu pię­ciu laty Sowi Za­mek i mia­stecz­ko Pu­cha­czo­wo; jed­nak już po kil­ku dniach zwi­nął obóz i od­ma­sze­ro­wał pew­ne­go ran­ka ze swy­mi żoł­nie­rza­mi jak zmy­ty.

– Cóż, ge­ne­ra­le? – mó­wił mały Du­szek, spo­glą­da­jąc na por­tret Tor­sten­so­na. – Oba­wiam się, że do dziś ucze­ni ła­mią so­bie gło­wę nad tym, co pana wte­dy skło­ni­ło do tak po­spiesz­ne­go od­wro­tu… Ale niech się pan nie mar­twi, ge­ne­ra­le, za­trzy­mam tę hi­sto­rię przy so­bie. Naj­wy­żej opo­wiem ją kie­dyś pu­cha­czo­wi Uhu-Szu­hu, któ­ry ma sła­bość do ta­kich aneg­dot. Są­dzę, że nie po­win­no to panu za­szko­dzić.

1-7__jpg

Gdy po­go­da była jaka taka, Du­szek wę­dro­wał na­tych­miast ze stry­chu na otwar­tą prze­strzeń.

Jak wspa­nia­le sma­ko­wa­ło chłod­ne, noc­ne po­wie­trze, jak lek­ko i swo­bod­nie od­dy­cha­ło się pod go­łym nie­bem! A Du­szek tak lu­bił księ­ży­co­we noce! Wy­so­ko na sre­brzy­stych mu­rach prze­ska­ki­wał z wie­życz­ki na wie­życz­kę, bły­ska­jąc w pro­mie­niach księ­ży­ca biel­szy niż chmu­ra śnież­ne­go pyłu. Tak, to było wspa­nia­łe! Czuł się wte­dy taki we­so­ły i szczę­śli­wy, że bez­u­stan­nie chi­cho­tał:

– Hi-hi-hi-hiii! Jak pięk­nie na So­wim Zam­ku, kie­dy świe­ci księ­życ! Hi-hi-hi-hiiiii!

Cza­sem Du­szek ba­wił się z nie­to­pe­rza­mi, któ­re nocą wy­cho­dzi­ły ze swych kry­jó­wek i fru­wa­ły wo­kół wież zam­ko­wych. Cza­sem przy­glą­dał się my­szom i szczu­rom prze­my­ka­ją­cym tam i z po­wro­tem przez okna piw­nic; a cza­sem przy­słu­chi­wał się ko­cim kon­cer­tom lub ła­pał w wy­cią­gnię­tą rękę fru­wa­ją­ce noc­ne mo­ty­le.

Ale naj­chęt­niej od­wie­dzał swe­go sta­re­go przy­ja­cie­la Uhu-Szu­hu, któ­ry miesz­kał w spróch­nia­łym dę­bie, na naj­od­le­glej­szym krań­cu zam­ko­wej góry, gdzie ska­ły stro­mo opa­da­ły ku rze­ce. Uhu-Szu­hu cie­szył się za każ­dym ra­zem, kie­dy Du­szek przy­cho­dził doń w od­wie­dzi­ny. On rów­nież spał w dzień i bu­dził się do­pie­ro oko­ło pół­no­cy. Był sta­ry, bar­dzo mą­dry i wy­ma­gał, aby trak­to­wa­no go za­wsze z na­le­ży­tym sza­cun­kiem. Na­wet Dusz­ko­wi nie po­zwo­lił zwra­cać się do sie­bie po imie­niu, co jed­nak nie umniej­sza­ło ich przy­jaź­ni.

Zwy­kle Du­szek sa­do­wił się obok Uhu-Szu­hu na jed­nym z ko­na­rów i tam dla roz­ryw­ki opo­wia­da­li so­bie roz­ma­ite hi­sto­rie: dłu­gie i krót­kie, sta­re i nowe, hi­sto­rie do śmie­chu i do pła­czu albo do za­sta­no­wie­nia się, ta­kie ja­kie im aku­rat przy­szły do gło­wy.

1-8__jpg

Pew­nej nocy, kie­dy Du­szek jak zwy­kle przy­był na spróch­nia­ły dąb, Uhu-Szu­hu po­wie­dział:

– O ile so­bie przy­po­mi­nam, chciał mi pan kie­dyś opo­wie­dzieć hi­sto­rię o szwedz­kim ge­ne­ra­le. Czy nie na­zy­wał się on Bor­sten­sohn?

– Tor­sten­son – po­pra­wił Du­szek. – Tor­sten Tor­sten­son.

– I co mu się wy­da­rzy­ło?

– Ach, wie pan, to było strasz­nie za­baw­ne. Aku­rat mija trzy­sta dwa­dzie­ścia czte­ry… nie, trzy­sta dwa­dzie­ścia pięć lat od tego zda­rze­nia. W przy­szłym mie­sią­cu, 27 lip­ca, przy­pa­da wła­śnie rocz­ni­ca. Pew­ne­go dnia przed laty ten ge­ne­rał Tor­sten­son nad­ciąg – nął tu ze swym woj­skiem: pie­cho­tą, ar­ma­ta­mi i jaz­dą. Przy­by­ło wie­le ty­się­cy żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów. Roz­bi­li na­mio­ty wo­kół zam­ku i mia­stecz­ka, na­stęp­nie wy­ko­pa­li oko­py i usy­pa­li szań­ce. Po­tem usta­wiw­szy swo­je prze­klę­te ar­ma­ty, za­czę­li ostrze­li­wać za­mek i mia­stecz­ko.

– Wy­obra­żam so­bie, że nie było to przy­jem­ne? – po­wie­dział Uhu-Szu­hu.

– Nie­przy­jem­ne? – po­wtó­rzył Du­szek. – Po pro­stu okrop­ne! Przez cały dzień i pół nocy grzmia­ło i hu­cza­ło. Szczę­śli­wym tra­fem nie mam lek­kie­go snu i nic nie wy­pro­wa­dza mnie ła­two z rów­no­wa­gi, jed­nak wte­dy… Tego nie moż­na było wy­trzy­mać, mó­wię panu! Bez prze­rwy huk ar­mat, wy­bu­chy i gru­chot odłam­ków we­wnątrz mu­rów, kie­dy spa­da­ły po­ci­ski! Przez pół ty­go­dnia zno­si­łem cier­pli­wie ten pie­kiel­ny ha­łas, ale wresz­cie mia­łem już dość!

– I mógł pan coś na to po­ra­dzić? – za­py­tał Uhu-Szu­hu.

– Oczy­wi­ście! Wzią­łem tego Tor­sten­so­na w ob­ro­ty. Za­raz na­stęp­nej nocy by­łem u nie­go, w jego ge­ne­ral­skim na­mio­cie, i po­wie­dzia­łem, co o tym wszyst­kim my­ślę.

– Czy przed na­mio­tem ge­ne­ra­ła nie sta­ła żad­na war­ta?

– Jesz­cze jaka! Po­rucz­nik i dwu­dzie­stu lu­dzi, albo na­wet mo­gło ich być dwu­dzie­stu pię­ciu. Chcie­li mnie za­trzy­mać i rzu­ci­li się na mnie z sza­bla­mi i pi­ka­mi. Po­rucz­nik wy­cią­gnął pi­sto­let i na­wet wy­strze­lił do mnie. Ale, wia­do­mo prze­cież: sza­ble i piki nie mogą mnie zra­nić, a kule nie czy­nią mi żad­nej krzyw­dy, wszyst­ko prze­cho­dzi prze­ze mnie jak przez dym albo mgłę. Nie mo­gli mi więc prze­szko­dzić i wśli­zną­łem się do ge­ne­ral­skie­go na­mio­tu.

– A tam, już w środ­ku…? – do­py­ty­wał za­cie­ka­wio­ny Uhu-Szu­hu.

– Je­śli ci miłe ży­cie – za­gro­zi­łem Tor­sten­so­no­wi, wy­ma­chu­jąc przy tym ra­mio­na­mi i strasz­nie sa­piąc – je­śli ci ży­cie miłe, to zwi­jaj się z miej­sca obo­zo­wi­ska i zni­kaj ze swy­mi żoł­nie­rza­mi, że­bym cię tu już nig­dy nie zo­ba­czył!

1-9__jpg

– A pan ge­ne­rał?

– Stał boso, w noc­nej ko­szu­li ob­szy­tej ko­ron­ką, szczę­kał zę­ba­mi i bał się okrop­nie. Na­stęp­nie padł przede mną na ko­la­na i bła­gał o ła­skę. „Oszczędź mnie – wo­łał – oszczędź mnie! Uczy­nię wszyst­ko, cze­go za­żą­dasz!”. Wte­dy zła­pa­łem go za koł­nierz i po­trzą­sną­łem parę razy. „Chciał­bym w to wie­rzyć! – po­wie­dzia­łem. – Ju­tro rano wy­ru­szysz stąd! I niech ci przy­pad­kiem nie wpad­nie do gło­wy po­wró­cić tu kie­dy­kol­wiek, zro­zu­mia­łeś? Wy­bij to so­bie z gło­wy…!”.

– Do stu pio­ru­nów! A Tor­sten­son?

– Tor­sten­son był po­słusz­ny. Na­stęp­ne­go ran­ka, 27 lip­ca rano, od­stą­pił ze swo­ją ar­mią. Na łeb, na szy­ję wy­co­fy­wa­li się ka­no­nie­rzy, jaz­da i pie­cho­ta, a ge­ne­rał ze swą bu­ła­wą na cze­le.

– I na­praw­dę nig­dy wię­cej nie po­wró­cił? – chciał wie­dzieć Uhu-Szu­hu.