Listy do Pałacu - Jorge Diaz

Listy do Pałacu

0,0

Jeden list – tysiące ocalonych istnień.

Wojna bezlitośnie pustoszy Europę. Do Pałacu Królewskiego w Madrycie przychodzi list, w którym mała Francuzka prosi hiszpańskiego monarchę o pomoc w odnalezieniu zaginionego na froncie brata. Bożonarodzeniowy gest króla względem Sylvie wywołuje lawinę zdarzeń...

Zainspirowane historycznymi faktami Listy do Pałacu to poruszająca powieść o miłości w czasach zarazy wojennej.

28 czerwca 1914 roku w zamachu w Sarajewie zginął następca austriackiego tronu arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg, co zapoczątkowało I wojnę światową. Hiszpania, choć pozostała neutralna, odegrała w tym konflikcie ważną rolę. To w Madrycie aż do 1921 roku działał Urząd do spraw Ochrony Jeńców, zatrudniający pięćdziesięcioro czworo stałych pracowników, których wspierało pięćdziesięciu ośmiu wojskowych i trzystu dyplomatów. Zdołali oni pomóc dwustu tysiącom jeńców wojennych. Przeprowadzili repatriację siedemdziesięciu tysięcy cywili oraz dwudziestu jeden tysięcy rannych żołnierzy. Koszty funkcjonowania Urzędu pokrywał król Alfons XIII.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Strona tytułowa

Spis treści

Dedykacja
***
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
Epilog
Podziękowania

Tytuł oryginału: Cartas a palacio

 

© Jorge Díaz, 2014

© PORTOCABO, 2014

© Penguin Random House Grupo Editorial S.A.U., 2014

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

 

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

 

Redaktor: Małgorzata Chwałek

 

Projekt okładki: Penguin Random House Grupo Editorial / Gemma Martínez

 

Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Michał Pawłowski / www.kreskaikropka.pl

 

Fotografie na okładce

© Bettmann / Getty Images (portret kobiety)

© Quintanilla / Getty Images (Pałac Królewski w Madrycie)

© Shutterstock (żołnierze)

 

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Listy do Pałacu, wyd. I, Poznań 2017)

 

ISBN 978-83-8062-797-0

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

 

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

 

 

 

 

 

Pamięci Jaimego Alarcona

i Olgi Álvarez

 

 

 

Wszystko ma swój czas,

i jest wyznaczona godzina

na wszystkie sprawy pod niebem:

jest czas rodzenia i czas umierania,

czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,

czas zabijania i czas leczenia,

czas burzenia i czas budowania,

czas płaczu i czas śmiechu,

czas zawodzenia i czas pląsów,

czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,

czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,

czas szukania i czas tracenia,

czas zachowania i czas wyrzucania,

czas rozdzierania i czas zszywania,

czas milczenia i czas mówienia,

czas miłowania i czas nienawiści,

czas wojny i czas pokoju.

 

KSIĘGA KOHELETA 3, 1-8

(ZA BIBLIĄ TYSIĄCLECIA)

1.

Dzień ślubu może i jest najlepszym dniem naszego życia, tego jeszcze nie wiem. Z pewnością jednak poprzedzający go dzień nie jest najlepszy.

W pałacyku markizostwa Alerces od rana rozbrzmiewa stukot młotków. Cieśle montują podest, który nazajutrz zajmą muzycy z orkiestry hotelu Ritz, by umilać czas gościom zaproszonym na wesele Blanki, córki gospodarzy.

– Spójrz na niebo! Od ponad miesiąca nie padało, a od wczoraj leje bez przerwy.

– Zanim tu przyszłam, byłam u klarysek.

Zgodnie ze zwyczajem ktoś spoza rodziny panny młodej powinien zanieść do klasztoru przy Paseo de Recoletos dwa tuziny jaj i zostawić je przy furcie wraz z informacją o tym, kto i kiedy będzie brał ślub – co ma zapewnić nowożeńcom ładną pogodę. Tym razem zadanie to powierzono Elisie, najlepszej przyjaciółce Blanki. Tej samej, która teraz śmieje się z podenerwowania przyszłej oblubienicy.

– Nigdy nie wychodź za mąż, Eliso, przecież to oszaleć można!

– Wszystkim zajmuje się twoja matka… Ty musisz tylko ładnie jutro wyglądać.

– Właśnie przez matkę tak się denerwuję. O ile się założysz, że zaraz tu wpadnie? A ten hałas…? Obudził mnie już przed ósmą, naprawdę mam dosyć! Co mnie podkusiło, żeby zgodzić się na ten ślub?!

Elisa wygląda przez okno na ogród. Uwija się tam kilkunastu robotników. Niedługo skończą montować podest i Blanca będzie mogła odetchnąć, tyle że później przyjdzie pora na rozstawianie stołów. W kuchni już się zaczęło gotowanie, a pokojówki, wraz z dodatkowymi, wynajętymi trzy dni temu do pomocy zwykłej służbie, czyszczą srebra i woskują podłogę sali balowej, na wypadek gdyby pogoda jednak nie dopisała.

Doña Ana, jakby w obawie, że jej córka mogłaby przegrać zakład, rzeczywiście wpada do pokoju – bez pukania.

– Witaj, Eliso, zaniosłaś jajka?

– Tak, przed chwilą. Dwa tuziny. A właściwie dwa razy po trzynaście sztuk, bo podobno to przynosi jeszcze więcej szczęścia.

– Te zakonnice wymyślają coraz to nowe sztuczki, żeby człowieka oskubać. W każdym razie dziękuję. Chociaż bardziej wierzę cukiernikowi, któremu zleciłam upieczenie tortu. Ten dobry człowiek twierdzi, że pogoda z pewnością się poprawi. Podobno czuje to w kościach.

– Poprawi się, mamo. Musimy ufać klaryskom. Albo kościom cukiernika.

Młotki wciąż stukoczą, a teraz dołącza do nich nowy hałas, bo oto ktoś zaczyna pokrzykiwać na kolejną grupę robotników, odpowiedzialnych za rozładowanie zaprzężonych w muły wozów z heblowanymi deskami na stoły. Elisa nigdy nie widziała Blanki tak zdenerwowanej; z pewnością nie chodzi jej tylko o rejwach, lecz o coś jeszcze, o czym opowie przyjaciółce, gdy znów zostaną same.

– Mamo, ja zwariuję! Czy oni muszą tak hałasować?

– Cierpliwości, to niestety jeszcze potrwa. Aha, przyszedł telegram od don Alfonsa. Życzy ci wszystkiego najlepszego z okazji ślubu i przeprasza, że sam nie będzie na nim obecny.

– Nie wiedziałam, że go zapraszaliśmy.

– No jakże! Twój ojciec złożył mu specjalną wizytę. Gdyby don Alfonso był w Madrycie, zaszczyciłby nas swoją obecnością.

– To i lepiej, że już wyjechał na lato do La Granjy. Wolę nie myśleć, co by się tu działo, gdybyśmy w dodatku spodziewali się króla.

– Wielka szkoda, że się nie zjawi, przyjęlibyśmy go, jak należy. A, i jeszcze jedno: krawcowa wkrótce tu będzie, przyślę ją od razu do ciebie. Teraz sprawdzę, co tam w kuchni.

Blanca i Elisa przyjaźnią się od dzieciństwa: niemal rówieśnice, poznały się podczas zabaw w parku Retiro. Nigdy nie straciły bliskiego kontaktu, mimo że Blanca, córka dyplomaty, sporo czasu spędzała poza Hiszpanią. Tysiące razy wyobrażały sobie ten dzień, już jako małe dziewczynki. I nigdy by nie przypuszczały, że będzie tak nerwowo.

– Muszę ci coś powiedzieć, Eliso. Właściwie to nie wiem, czy chcę wychodzić za mąż.

– Co takiego?!

– No bo… jeśli wcale nie jestem zakochana?

– Absurd. Oczywiście, że jesteś zakochana. Przynajmniej jeszcze wczoraj byłaś, a to tak szybko nie mija. Zakochać się można błyskawicznie, do odkochania się potrzeba trochę czasu.

– No ale… jeśli wczoraj też nie byłam? Ani nigdy?

Może to normalne, może wszystkie narzeczone nabierają w przeddzień ślubu wątpliwości. A może chodzi o jeden z kaprysów Blanki, do których Elisa, chcąc nie chcąc, zdążyła już przywyknąć.

– Widziałaś się dziś z Carlosem?

– Nie. Wczoraj też nie. Myślałam, że będzie miał większą ochotę mnie zobaczyć, ale najwyraźniej się myliłam… Może on też nie chce tego ślubu.

Carlos de la Era, książę Camino, to jeden z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziały. Jest elegancki, wysoki, silny, dobrze wychowany, a podobno i niezwykle bogaty. Niemożliwe, żeby Blanca nie była w nim zakochana. Elisa, oczywiście, jest. Od zawsze, choć nigdy się Blance do tego nie przyznała. Śni o nim, zazdrości przyjaciółce, czasami wręcz jej nienawidzi. Tak bardzo chciałaby być na jej miejscu… Naturalnie Blanca zawsze nad nią górowała, czyniąc ją prawie niewidzialną. Piękna i wytworna, wyrafinowana i sympatyczna, uśmiecha się uśmiechem promiennym jak słońce. Ileż to razy zdarzyło się Elisie marzyć, że jest na jej miejscu: zamiast u siebie, mieszka w pałacyku markizów Alerces; zamiast nieznoszącego sprzeciwu generała ma za ojca miłego, dystyngowanego don Jaimego; zamiast wspominać zmarłą matkę, którą pamięta jako wiecznie smutną kobietę w czerni, korzysta z rad bywałej w świecie doñi Any; zamiast martwić się swoją zbyt okrągłą figurą i zbyt małymi ciemnymi oczami, zachwyca wszystkich smukłą sylwetką i jasnymi, radosnymi oczami Blanki… No i, oczywiście, zamiast sobą jest wybranką mężczyzny takiego jak Carlos de la Era.

Akurat widzi przez okno don Jaimego. Jego ukochany ogród, najechany przez armię robotników, przez ostatnie kilka godzin zmienił się nie do poznania. Don Jaime rozgląda się więc dokoła z takim smutkiem, że Elisa ma ochotę śmiać się z niego i płakać nad nim zarazem. Ojciec przyjaciółki nie odzywa się jednak ani słowem, tylko po oszacowaniu strat wraca do domu; ostatecznie to ślub jego jedynaczki, jego oczka w głowie. Ogród można przywrócić potem do poprzedniego stanu, a taki dzień jak jutrzejszy już się nie powtórzy.

– Blanco, nie możesz wycofać się dzień przed ślubem. Twój ojciec by tego nie przeżył.

– Tak, dlatego mówię o tym tobie, a nie jemu.

– I co zrobisz?

– Wyjdę za mąż, ale będę bardzo nieszczęśliwa. Muszę wyjść za mąż, w końcu rozesłaliśmy trzysta zaproszeń, podest dla orkiestry już stoi, król przysłał telegram, zastępy służby robią swoje, a matka co chwila wparowuje mi do pokoju. Nie mam wyjścia.

Gdybyż to była prawda, że Blanca nie kocha Carlosa! Może wtedy on sam by to wszystko odwołał, a potem, szukając pocieszenia, skończyłby przed ołtarzem z nią, Elisą. Długo ćwiczyła uśmiech na jutrzejszą okazję, aby wszyscy myśleli, że cieszy się szczęściem przyjaciółki, podczas gdy w głębi duszy będzie płakała gorzkimi łzami…

Drzwi ponownie się otwierają: to znowu doña Ana, z gazetą w dłoni. Z „ABC”, jak przystało na damę z towarzystwa, nawet jeśli don Jaime jest akcjonariuszem „El Noticiero de Madrid”.

– Przyniosłam ci to, bo piszą o twoim ślubie. A krawcowa dała znać, że spóźni się pół godziny.

– Dziękuję, mamo.

– Wykorzystaj ten czas, żeby napisać liścik z podziękowaniami dla markizy Olivery, ciotki ojca. Przysłała ci w prezencie bardzo ładny rokokowy wachlarz. A, i przyszła do ciebie jakaś kobieta. Nazywa się Pilar Marín.

– Czego chce?

– Nie wiem. Mówi, że musi ci coś powiedzieć. Ja z nią nie rozmawiałam, uprzedził mnie sekretarz ojca. Słuchaj, Eliso, może przeczytasz mojej córce, co tam piszą w tej gazecie, bo Blanca jest dzisiaj jakby nieprzytomna. Ja tymczasem zajrzę do ogrodu. Mam wrażenie, że mój mąż nie wytrzyma i kogoś zabije, jeśli zadepczą mu jeszcze jeden klomb.

W „ABC” opublikowali na razie ledwo wzmiankę. Po ślubie napiszą więcej, ba, w specjalnym dodatku „Blanco y Negro” zamieszczą, jak to się ostatnio przyjęło, fotografię państwa młodych.

– „Jutro w kaplicy Przytułku dla Sierot pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa związek małżeński zawrą don Carlos de la Era, książę Camino, i panna Blanca Alerces, córka markizostwa Alerces”…

– Dlaczego jego imię wymienili pierwsze?

– Nie wiem, pana młodego chyba zawsze wspominają najpierw. A może chodzi o to, że książę stoi wyżej niż markiz? Czy to nie wszystko jedno? Dalej piszą tak: „Książę ofiarował narzeczonej długi sautoir z przepięknych pereł oraz wspaniałą koronkową chustę. Prezenty przekazano w niezwykle wartościowym starym kufrze. Panna młoda pójdzie do ołtarza w białej sukni ozdobionej brukselskimi koronkami. Panna Alerces podarowała narzeczonemu komplet perłowych guzików i pasującą do nich szpilkę do krawata, jak również platynowy zegarek. Życzymy państwu młodym wszelkiej pomyślności”.

– Wszelkiej pomyślności? Nie, zdecydowanie nie chcę wychodzić za mąż. Czy ten hałas nigdy nie ustanie?!

 

– Przychodzą do nas i mówią, że nie są z wyższych sfer, nie są hrabiami ani książętami i tak jak my żyją w ucisku… Nie wierzcie im. Stanowią dużo większe zagrożenie niż arystokracja. To mieszczanie. Z tamtymi wiedzieliśmy przynajmniej, czego się trzymać, ci chcą tylko wyssać z nas krew…

Manuel Campos słyszał już wiele podobnych przemów wygłaszanych z włoskim akcentem przez ukrywającego się w Hiszpanii towarzysza anarchistę, ściganego przez policję w jego ojczystych Włoszech i w nie wiadomo ilu innych krajach. Powtarzane do znudzenia podstawowe hasła mają trafić do spracowanych robotników, którzy mną czapki w dłoniach i z trudem śledzą myśl mówcy. Giovanni Rossi, którego słuchają z takim samym oddaniem, z jakim ich przodkowie słuchali swoich proboszczów, bardzo się od nich różni, choć podaje się za jednego z nich. Tylko on jeden spośród zebranych ma na sobie trzyczęściowy garnitur, czyściutkie czarne buty i doskonale zawiązany krawat. Widać, że wygłaszał tę przemowę dziesiątki razy – wie, kiedy publiczność nagrodzi go entuzjastycznym aplauzem. Próbuje mówić przekonująco, ale w jego słowach jest coś mechanicznego, co jedynie Manuel potrafi wychwycić. Jedynie on chciałby sięgnąć w głąb, pod warstwę frazesów. Oczywiście, należy rozpowszechniać anarchistyczne idee wśród mało wyrobionych intelektualnie robotników, lecz są chyba jakieś lepsze na to sposoby.

– Przedstawienia teatralne, krótkie i zabawne, oddziaływałyby skuteczniej.

– Tak… Potrzebne nam tu anarchistyczne wcielenie Lopego de Vegi.

– Nie kpij sobie. Kilka pomysłowych scenek może doskonale naświetlić problem niesprawiedliwości. Czemu służą przemowy, skoro ludzie ich nie słuchają, a nawet jak słuchają, to w połowie nie rozumieją?

– Dziś wieczorem towarzysza Rossiego słuchało ponad czterdzieści osób.

– Czterdzieści osób? Czterdzieści osób z góry przekonanych do jego racji. To kropla w morzu, nic nam z tego nie przyjdzie. Musimy dotrzeć do tysięcy, milionów!

Trzeba uczyć się od wroga – Kościoła katolickiego, z jego przypowieściami, hymnami, wyznaniami wiary, obietnicami bez pokrycia… Papież, biskupi i księża zapewniają sobie zastępy niewolników, obiecując im życie po śmierci, domniemane zbawienie, które, jeśliby nawet wierzyć w absurdalną wizję zaświatów, i tak nie zależałoby od człowieka.

– My, anarchiści, musimy uświadomić ludziom, że jedyne dane im życie to życie tutaj, na ziemi, życie doczesne, a nie wieczne. Że to jedyny dany nam raj, o który jednak trzeba walczyć!

– Prawdziwy marzyciel z ciebie.

– Tylko pomyśl: przedstawienia wystawiane w sobotnie wieczory w robotniczych dzielnicach Madrytu, Barcelony, Bilbao, Walencji… Darmowa rozrywka dla całych rodzin i zarazem jasny przekaz na temat anarchizmu, roli związków zawodowych i nadużyć Kościoła.

– To już lepiej zatrudnić tych potencjalnych aktorów do produkcji bomb i walczyć z burżujami jedyną skuteczną wobec nich bronią.

Manuel nigdy nie przekona swego przyjaciela Luisa Segury, podobnie jak ten nigdy nie przekona jego. Obu im chodzi o to samo, tyle że zdecydowanie inaczej wyobrażają sobie drogę do osiągnięcia celu: Manuel stawia na edukację, Luis – na walkę zbrojną; Manuel – na książki, Luis – na bomby.

– Przemocą nic nie wskóramy. Poza tym, że ściągniemy na siebie uwagę policji.

– Któregoś dnia dołączą do nas również policjanci. Gdy się zorientują, że są w takiej samej sytuacji jak my, przejdą na naszą stronę i razem z nami ruszą na wspólnego wroga.

– Nie pij tyle, co?

Śmieją się obaj. Wypili ledwie karafkę wina na spółkę. Po prostu nigdy się nie zgodzą, nawet w kwestiach, w których zasadniczo się zgadzają.

– Idziemy coś łyknąć na Paseo del Prado?

– Ale tak na szybko, bo jutro pracuję. Zgłosiłem się na kelnera, markiz Alerces wydaje za mąż córkę. Widziałem ją wczoraj w przelocie, istne cudo.

– Tyle gadania o rewolucji, a potem podajesz szampana na przyjęciu u markiza.

– Z czegoś trzeba żyć, stary. Chociaż mógłbym wziąć ze sobą bombę. Kto wie, może i król tam będzie, to go przy okazji załatwię? Nie załatwiłbyś króla, gdybyś miał okazję?

– Czy ja wiem… Pewnie tak. Tyle że ja nie miewam takich okazji.

* * *

– I, przede wszystkim, nie dajcie się wziąć żywcem.

Gawriło Princip bez przerwy kaszle – ma gruźlicę i wie, że długo nie pożyje. Kilka miesięcy, w najlepszym wypadku ze dwa lata. Choć niewykluczone, że umrze w ciągu najbliższej doby. Nazajutrz, dwudziestego ósmego czerwca tysiąc dziewięćset czternastego roku, weźmie udział w historycznym wydarzeniu, wreszcie walcząc o to, o co zawsze trudno mu było walczyć ze względu na słabość ciała: o Wielką Serbię.

Urodził się w Bośni, w bardzo ubogiej serbskiej rodzinie; jego ojciec był wiejskim listonoszem, sześcioro spośród ośmiorga rodzeństwa zmarło w dzieciństwie. Gawriło od małego marzył o losie narodowego bohatera, jednakże warunki fizyczne nie bardzo sprzyjały jego marzeniom. W tysiąc dziewięćset dwunastym roku, w czasie pierwszej wojny bałkańskiej, próbował zaciągnąć się do serbskiego wojska – bez skutku. Nikt nie chciał go też angażować do organizowania zamachów, zupełnie jakby rzucanie bomb było zadaniem wyłącznie dla herosów. Tym razem wszakże stanął przed szansą: jeśli ją wykorzysta, wszystkie wcześniejsze porażki przestaną się liczyć.

Teraz gładzi ampułkę z cyjankiem, którą przed chwilą dostał. Zgodnie z planem ma połknąć jej zawartość tuż po tym, jak zabije arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, bratanka cesarza Franciszka Józefa i następcę tronu Austro-Węgier. Umrze, nie zdradzając żadnego z towarzyszy, i przejdzie do historii jako bohater.

Sześciu spiskowców rozlosowało między sobą pozycje wzdłuż trasy, którą arcyksiążę przejedzie przez Sarajewo kabrioletem marki Gräf & Stift. Przypadek zdecyduje, kto wykona zadanie. Wszyscy zamachowcy, bardzo zresztą młodzi, są Serbami urodzonymi w Bośni i należą do organizacji Czarna Ręka. Wszyscy chcą tego samego: śmierci w chwale, nie ma większego zaszczytu.

Zgromadzili się w piwnicy zajazdu prowadzonego przez pewnego serbskiego irredentystę. Są tu ludzie, których Gawriło podziwia i których nigdy nie spodziewał się spotkać, jak Ilić, Tankosić czy Mehmedbašić. Ilić dowodzi.

– Jakieś wątpliwości?

Kaszel Gawriła nie pozwala nikomu na odpowiedź. Zresztą, co to za pytanie! Nie pora na wątpliwości. Czarna Ręka nie jest klubem dyskusyjnym, każdy z obecnych ma rolę do odegrania, a gdyby tego nie zrobił, zostanie stracony przez własnych towarzyszy.

Trzej z zamachowców – Gawriło, Grabež i Čabrinowić – przed miesiącem wyruszyli z Belgradu do Sarajewa, płynąc Sawą. Zostali przeszkoleni, uzbrojeni i przerzuceni do Austro-Węgier tą samą drogą, którą zwykle transportuje się broń dla Czarnej Ręki i Młodej Bośni. Cały czas korzystali z pomocy rozgałęzionej siatki serbskich nacjonalistów. Kogo mają zabić – dowiedzieli się dopiero przed kilkoma minutami i bardzo się cieszą: sprawa okazała się znacznie poważniejsza, niż się spodziewali.

Princip podziela radość towarzyszy; nie przeszkadza mu już nawet, że z powodu tego ciągłego kaszlu pozostali patrzą na niego z niechęcią. Gotowi są na śmierć, ale woleliby nie zarazić się gruźlicą.

– Wierzę, że staniecie na wysokości zadania i wykażecie się bohaterstwem.

Gawriło nie ma odwagi się odezwać, choć chętnie by zapewnił, że tak. On, słaby Gawriło, chory Gawriło, jeszcze udowodni, że kocha ojczyznę nie mniej niż inni. Dzięki swoim czynom zamieni się w herosa.

Opuszcza zebranie z ulgą, szczególnie ze względu na Čabrinowicia. Od kiedy opuścili Belgrad, często się kłócili. Nedeljko nieustannie mu groził i się z niego wyśmiewał: że taki niski, taki cherlawy, że mówi piskliwym głosem… Jutro się przekonają, czy Čabrinowić ma w sobie prawdziwą odwagę, czy tylko dużo gada; czy w razie czego zdoła zabić arcyksięcia, czy, jak wielu innych, potrafi jedynie się przechwalać nad szklanką wódki.

Wieczór jak na tę porę roku jest ciemny i zimny, w sam raz, żeby zamknąć się w pokoju w pensjonacie i odpocząć. Jednakże Gawriło wolałby spędzić tę noc – być może ostatnią w swoim życiu – z kobietą, tyle że przez ten jego kaszel żadna prostytutka z nim nie pójdzie. Ale za kilka dni, jak go rozpoznają w gazetach, pożałują, że miały okazję przespać się z bohaterem, może nawet zajść z nim w ciążę, i nie skorzystały z niej.

Idzie przez most Łaciński nad rzeką Miljacka: tu ma jutro czekać na arcyksięcia i tu, jeśli wszystko się uda, umrze.

Chciałby wstąpić do jakiejś knajpy na kieliszek śliwowicy, lecz dobrze wie, że na jednym z pewnością by się nie skończyło. Nie może – nie z pistoletem u pasa i ampułką cyjanku w kieszeni, to zbyt niebezpieczne. Poza tym nie wolno mu ryzykować kaca w dniu, w którym ma zabić następcę austro-węgierskiego tronu. To jego przepustka do historii.

 

– Jedenaście tysięcy pięćset peset…

– Niesłychane!

– Cieszmy się nim, bo to ostatni taki egzemplarz, dostałem go w prezencie…

Samochód marki Hispano-Suiza, model nazwany na cześć mówiącego te słowa Alfonsa XIII, osiąga prędkość stu dwudziestu kilometrów na godzinę, ma cztery cylindry w rzędzie i moc sześćdziesięciu koni mechanicznych.

– Cztery biegi plus wsteczny, prawdziwy cud techniki.

– Cztery? Nie trzy?

– W tym modelu jeden dodano. Niektóre egzemplarze mają poza tym cztery siedzenia, ale ja wolę takie na dwie osoby, są bardziej sportowe. Chcesz się przejechać?

– Zostawię to Waszej Królewskiej Mości.

Álvaro Giner, choć zwraca się do króla oficjalnie, jest z nim bardzo blisko. Nikomu innemu Alfons XIII nie zaproponowałby przejażdżki swoim nowym autem.

– To jedźmy teraz, potem czeka mnie obiad z francuskim ambasadorem.

Droga na Torrecaballeros, utwardzona i mało uczęszczana, szczególnie przypadła królowi do gustu. Wyprawa w tę stronę zawsze wygląda tak samo: jadą aż do skrętu na Palazuelos de Eresma, machając nielicznym spotykanym na trasie mieszkańcom, i przystają w zajeździe obok kapliczki na szklankę wina oraz kilka plasterków kiełbasy. Usługuje im tam, przyzwyczajona do ich wizyt, córka oberżysty, dziewczyna skądinąd mało urodziwa.

– To i lepiej, Álvaro, to i lepiej. Należy unikać pokus. Pamiętaj, że jestem mężem i ojcem rodziny, która zresztą wkrótce się powiększy.

– Pamiętam, Wasza Królewska Mość. Ale co szkodzi czasem ucieszyć oko?

– Dziewczyna jest miła i sumienna. Poza tym jakby jej nie było. Wolałbym chyba zostać tu na kolejną porcję kiełbasy z chlebem niż brać udział w tym obiedzie na cześć ambasadora.

– I pić to tanie wino? Cóż, dla mnie nie ma jak pałacowa kuchnia i pałacowa piwniczka.

– Sybaryta z ciebie, Álvaro. Czasem się zastanawiam, jak wytrzymałeś na wojnie w Maroku…

– Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Álvaro Giner, choć bon vivant, był lekarzem wojskowym, potrafi więc zachowywać dyscyplinę i nie uchyla się od obowiązków. Udowodnił to, służąc w wojsku, i to w sytuacji naprawdę niełatwej: pięć lat wcześniej, po klęsce w Barranco del Lobo, operował rannych przez trzydzieści sześć godzin z rzędu. Po tamtych wydarzeniach poprosił o przeniesienie w stan spoczynku i już nigdy nie wrócił do medycyny: teraz zajmuje się zarządzaniem rodową fortuną – czy może raczej korzystaniem z niej. Alfons XIII żartuje sobie z przyjaciela, ale wie, że jemu to nie przeszkadza.

– Wybierasz się jutro na ślub córki markiza Alerces?

– Wymówiłem się, zostaję tutaj, z Waszą Królewską Mością.

– Biedna dziewczyna. Ten jej narzeczony, Carlos de la Era, to niezłe ziółko. Aż miałem ochotę ostrzec markiza, kiedy mnie zapraszał. Ciekawy człowiek, ten don Jaime, bardzo mi się spodobał.

– Podobno rozmawia z kwiatami… Może jego przyszły zięć po ślubie się ustatkuje. I też zacznie radzić się mieczyków.

– Wątpię. I o mnie mówiono, że po ślubie może się ustatkuję… Wracamy do La Granjy?

– Kiedy Wasza Królewska Mość rozkaże.

Álvarowi Ginerowi nikt nie daje w prezencie takich aut jak to, które właśnie wypróbowują. Nie szkodzi, gdyby chciał, mógłby je sobie zafundować za własne pieniądze. No i nie musi, jak don Alfonso, uczestniczyć w niekończących się spotkaniach z ambasadorami, premierem, ministrami i wojskowymi. Podziwia i bardzo lubi króla, uważa go za swego przyjaciela, ale nie chciałby być na jego miejscu. Owszem, weźmie udział w obiedzie wydawanym dziś w galowej jadalni Pałacu Królewskiego w La Granja de San Ildefonso, lecz wcześniej, gdy król będzie konferował z ambasadorem, on zdąży jeszcze odwiedzić swoją kochankę, Beatriz Vargas, w domu, który wynajął dla niej nieopodal pałacu.

Za kilka dni wyruszą do San Sebastián. Rodzina królewska jak zwykle spędzi lato w Miramarze, tamtejszej rezydencji. Álvaro pojedzie za królem, by dotrzymywać mu towarzystwa w rozrywkach: samochodowych przejażdżkach po okolicy, morskich kąpielach, potajemnych wyprawach do Biarritz… Wszystko to bez eskorty, tylko we dwóch. Sam wielokrotnie przestrzegał przyjaciela, że to niebezpieczne, pomny, jak w dniu ślubu królewskiej pary pod nogi przejeżdżającego ulicą Mayor orszaku rzucono bombę, która omal nie zabiła króla i jego małżonki, doñi Wiktorii Eugenii Battenberg. Don Alfonso jednak śmieje się z jego obaw.

– Umrę w dniu, w którym mam umrzeć, ani wcześniej, ani później, słowo.

Do Miramaru pojedzie też Beatriz. Zamieszka w należącym do Álvara mieszkaniu przy plaży La Concha i tam będzie przyjmowała jego wizyty, tak jak dziś w La Gransze.

– Nudzę się tutaj.

– W przyszłym tygodniu przenosimy się do San Sebastián.

– Już się nie mogę doczekać, tam przynajmniej mogę spacerować po plaży, no i mam pod ręką sklepy, nie tak jak tu.

– Odwiedzam cię, jak tylko mogę.

– Nie powinnam była rzucać śpiewu. Gdybym tego nie zrobiła, mieszkałabym teraz w Paryżu, Wiedniu albo Mediolanie, zamiast siedzieć na wsi, gdzie nic nie ma.

Beatriz Vargas nigdy nie była zbyt znana, choć teraz czasem wygląda to tak, jakby przerwał jej wspaniałą karierę. A przecież śpiewała co najwyżej chórki w zarzuelach. Przysiągłby, że jej głos w ogóle się nie wyróżniał spośród innych, kiedy on, Álvaro, zobaczył ją po raz pierwszy na premierze Jaskółek, w lutym, w teatrze Circo Price. To nie jej głos zwrócił wtedy jego uwagę, lecz jej figura, a przede wszystkim jasne włosy i niebieskie oczy, jak u kobiet z północnej Europy. I nie ze względu na jej głos czekał na nią po spektaklu z bukietem kwiatów, by zaproponować kieliszek szampana na prywatnym przyjęciu, które odbywało się akurat niedaleko, przy ulicy Barquillo.

Jutrzejszej panny młodej, Blanki Alerces, nie zna. Słyszał, że jest bardzo ładna, ale wątpi, by górowała urodą nad Beatriz. Jego chórzystka bardzo mu się podoba, nawet jeśli chwilowo się dąsa, przez co on musi iść na obiad u króla, nie zaspokoiwszy potrzeb, które go do niej przywiodły.

Czasem myśli, że należało posłuchać rodziny i znaleźć sobie żonę. Jednakże takie myśli szybko mu przechodzą.

 

– Podobno chciała pani ze mną mówić.

Pilar Marín, kobieta, która zażyczyła sobie rozmowy z Blancą Alerces w dniu tak mało ku temu sposobnym jak wigilia jej ślubu, jest wyjątkowo piękna – chociaż wyraźnie smutna – i całkiem dobrze ubrana: w prostą ciemną suknię. Pewnie długo się zastanawiała, co włożyć na taką wizytę.

– Przepraszam, że przeszkadzam w takim momencie.

– Rzeczywiście, jestem bardzo zajęta i nie mogę poświęcić pani dużo czasu. Proszę powiedzieć, w czym mogę pomóc.

– Chciałabym pani coś powiedzieć o mężczyźnie, za którego pani wychodzi. O don Carlosie.

– Zna go pani?

Pilar waha się, ale krótko. Wie, po co przyszła, dlaczego odważyła się wejść do tego domu i zawracać głowę Blance Alerces.

– Znam. To ojciec mojej córki.

– Ojciec pani córki?

– Elena ma roczek.

– Przepraszam, ale… kim pani jest?

– Rozumiem, że mi pani nie wierzy, że dziwią panią moje odwiedziny. Carlosa poznałam pięć lat temu, obiecał, że się ze mną ożeni. Przez cały ten czas mieszkałam w należącym do niego mieszkaniu przy ulicy Magdaleny. Aż przed miesiącem usłyszałam, że chce się żenić z panią. Nie wierzyłam własnym uszom… Zaczęłam protestować, więc wyrzucił mnie z domu razem z córką. Teraz nie mam się gdzie podziać.

Blanca nie jest naiwnym dzieckiem, wie, że mężczyźni przed ślubem mają wiele kobiet, właśnie tego należy się po nich spodziewać. Dziewictwo muszą zachowywać jedynie dziewczęta, a i to nie wszystkie, tylko te z wyższych sfer. Takie jak ona, zresztą właściwie pozbawiona pokus, bo wiecznie pilnowana przez matkę – jeśli nie liczyć ostatnich tygodni, albowiem po ogłoszeniu zaręczyn kilka razy nawet została z Carlosem sama, pozwalając sobie na to i owo, jednakże bez ryzyka utraty tak cenionej przez wszystkich niewinności.

– To niemożliwe.

– Jestem w rozpaczy, inaczej w ogóle bym tu nie przyszła, zapewniam panią.

– Ale czego pani ode mnie oczekuje?

– Nie mam się gdzie podziać… Zdaję sobie sprawę, że Carlos do mnie nie wróci, zwłaszcza po mojej tu wizycie. Wczoraj chciałam z nim porozmawiać, prosić, żeby pozwolił mi dalej mieszkać w tamtym mieszkaniu… Żeby zrobił to dla swojej córki… Ale wtedy zobaczyłam, jak wychodzi stamtąd w towarzystwie innej kobiety.

– Innej…?

– Tak, wyjątkowo pięknej, dobrze ubranej, powiedziałabym, że podobnej do mnie sprzed pięciu lat. Proszę, niech pani na niego wpłynie, żeby pozwolił mi wrócić…

– Prosi mnie pani, żebym wstawiła się za panią do swojego narzeczonego? Czy pani zwariowała?

– Mnie chodzi tylko o córkę. To małe dziecko, za nic nie ponosi winy…

– Proszę natychmiast stąd wyjść albo każę panią wyrzucić!

Wszystko jej jedno, że tamta płacze, że naprawdę cierpi i się boi. Najchętniej zawołałaby robotników z ogrodu, żeby wykopali ją na ulicę, jak na to zasługuje. Jest oburzona, nieważne, czy cała ta opowieść ma coś wspólnego z rzeczywistością czy nie. Niech tylko ta kobieta zejdzie jej z oczu, niech zniknie i więcej się nie pokazuje! Nie miała prawa tak postąpić; nie powinna była się do niej wpraszać w przeddzień jej ślubu – i to z takimi rewelacjami!

Pilar Marín opanowuje się i rusza do drzwi.

– Proszę mi wybaczyć to najście. Jestem matką, a matka zrobi dla dziecka wszystko. Życzę pani szczęścia. I żeby jutro ceremonia się udała.

Blanca, biegnąc do swojego pokoju, mija na schodach matkę. Nie ma ochoty z nikim rozmawiać, musi podjąć decyzję, której się boi; która już z góry zdaje się przysparzać jej wręcz fizycznego bólu.

– Poszła sobie ta kobieta?

– Tak.

– Czego chciała?

– Nie ma o czym mówić. Koleżanka ze szkoły przesyła mi życzenia. Nigdy nudziary nie lubiłam.

– Dziecko, jesteś strasznie rozdrażniona, musisz się uspokoić.

 

– Ten nie jest na sprzedaż, przykro mi.

Jean-Marie Huguet, choć potrzebuje pieniędzy, nie zamierza się pozbywać swojego ulubionego obrazu. Płótno przedstawia Carmen, jego przyszłą żonę siedzącą nago, tyłem do malarza, i spoglądającą w lustro. Ten obraz coś w sobie ma – może nie jest jego najlepszym dziełem, ale z jakiegoś powodu przyciąga spojrzenia. Goście odwiedzający pracownię natychmiast się nim interesują. Markiz Albero to dobry klient i szczególnie trudno mu odmówić. Niedawno kupił inne płótno z Carmen w roli głównej. Kazał je wysłać do Madrytu jako prezent ślubny dla córki jakiegoś tamtejszego markiza. Nie ulega wątpliwości, że czar Carmen działa na wszystkich bez wyjątku.

Jean-Marie dobrze pamięta dzień, w którym ujrzał ją po raz pierwszy. Było to z górą rok temu, mieszkał w Trianie, dzielnicy Sewilli, od niedawna. Nie mówił jeszcze po hiszpańsku tak dobrze jak teraz, ledwie coś tam dukał. Porzucił Paryż, swoje miasto, marzenie wszystkich malarzy, aby zamieszkać na południu Hiszpanii. Sam nie wiedział, czego tam szuka, póki nie spotkał Carmen.

Akurat wyszedł ze swego studia przy ulicy Esperanza de Triana: kontemplował białe południowe światło i czekał na natchnienie, żeby potem w którymś ze swoich ulubionych zaułków malować ukwiecone balkony, jakiś placyk z fontanną albo zwykłą uliczkę pachnącą kwiatami pomarańczy, kiedy nagle ta dziewczyna ukazała się przed nim jak zjawa. Widział ją tylko przez chwilę: zgodnie ze zwyczajem szła w towarzystwie matki. Jej długie czarne włosy, jej chód zadziałały na niego hipnotycznie. Zamarł, niezdolny się ruszyć. Zanim w końcu otrząsnął się z wrażenia, Carmen znikła. Pożałował, że nie sprawdził, gdzie mieszka, kim jest; że nie próbował jej zagadnąć. Przez kolejne tygodnie włóczył się po Trianie razem z przyjacielem Pakiem, też malarzem, bez wytchnienia szukając nieznajomej. Aż znów ją zobaczył.

– To o niej tak ciągle gadasz? Lepiej uważaj, żabojadzie. A w ogóle najlepiej o niej zapomnij. To Cyganka, pewnie dawno ją komuś obiecali i lada dzień wydadzą za mąż. Nie jest już dzieckiem.

Mimo to Paco bardzo mu pomógł: wywiedział się o jej imię i to, gdzie można ją spotkać. Któregoś wieczoru wpadł do pracowni i wyciągnął żabojada Juana, jak powszechnie nazywano Francuza, na miasto. Udali się na jakieś urocze andaluzyjskie patio, na którym Cyganie grali flamenco. Dwie dziewczyny tańczyły – jedną z nich była Carmen. Śpiewał Antonio Carmona, jej brat, ten sam, który kilka dni temu złożył mu wizytę i od którego zależy, co się dzisiaj stanie.

Dwa tygodnie po tamtym koncercie, w trakcie którego Francuz już całkiem się zakochał, Carmen nieśmiało zapukała do drzwi jego pracowni. Był koniec wiosny, upał się wzmagał i Jean-Marie malował nagi od pasa w górę, pobrudzony farbą. Carmen ubrała się cała na biało i nie ulegało wątpliwości, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział i jaką jeszcze w życiu zobaczy.

– Chciałbym cię namalować.

Nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę kręciła się między niedokończonymi płótnami, przyglądała im się ciekawie, a potem umoczyła palec w farbie, którą Jean-Marie właśnie mieszał – kombinacji błękitów, bieli, czerwieni i czerni, za pomocą których zamierzał oddać odcień nieba istniejący wyłącznie w jego wyobraźni – i tym umoczonym w farbie palcem nakreśliła mu na piersi krzyż. Jeśli chodziło o jakieś miłosne zaklęcie, nie musiała zadawać sobie trudu, gdyż Jean-Marie i tak kochał ją od momentu, gdy ich ścieżki przecięły się po raz pierwszy.

Później stanęła przed lustrem, a on od razu zrozumiał, jak chciałby ją namalować.

– Jak chciałbyś mnie namalować?

– To zależy od ciebie.

– Kto będzie mógł zobaczyć ten obraz?

– Ty zdecydujesz.

Zawróciła ku szkicowi, który oglądała przed chwilą; to był kobiecy akt.

– O, tak. Chcę, żebyś namalował mnie nago.

Nigdy wcześniej nie pracował z takim entuzjazmem. Niemniej trwało to kilka miesięcy. Teraz wie, że markiz Albero zaoferuje mu za to płótno dużą sumę, złoży propozycję nie do odrzucenia – którą jednak Jean-Marie odrzuci, choć pieniędzy bardzo potrzebuje.

– Dwa tysiące peset.

– Nie, przykro mi. Już mówiłem, że ten nie jest na sprzedaż.

Jean-Marie uważa Carmen za swoją żonę, a ona jego – za męża. Tego wieczoru staną się małżeństwem również w oczach innych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki