Kukła - Bartosz Libuda

Kukła

0,0

Kim albo czym jest tytułowa "Kukła"? Z pozoru prosta sprawa zmusza detektywa Toma Ronsona do rozliczeń z własną przeszłością. Zbrodnia, miłość, tajemnica, obsesja. Fascynująca historia i wciągająca lektura. Prawdziwy kryminał - teraz w bardzo dobrej cenie, aby uczcić początek nowej kryminalnej serii: Godziny z kryminałem.

*

W przygotowaniu kolejne części z cyklu Godziny z kryminałem: "Śmierć poetom" oraz "Wszystko jest metaforą".

 

 

"Najprawdopodobniej umarła szybko: ktoś uderzył ją w głowę kamieniem, który przed kilkoma tysiącami lat także służył do zabijania – używano go do polowania na foki w północnej Europie. Na poduszce obok Jane Kinley leżał kamienny młot z ostrym końcem, nasadzony na krótkim trzonku. Do uchwytu przytwierdzono stalową plakietkę, na której wygrawerowano pochodzenie, wiek i przeznaczenie kamiennego narzędzia. Takie ostentacyjne zachowanie mordercy dobitnie świadczyło o tym, że narzędzie zbrodni było wolne od wszelkich śladów albo podsunięto je dla zmylenia tropu: na rękojeści mogły się znajdować odciski palców wszystkich domowników i służby, bo młot na foki wisiał na ścianie w głównym holu. Interpretacji mogło być wiele, ale żadna niczego nie wyjaśniała. 
Gregory zginął inaczej: zabito go strzałem w serce z bliskiej odległości. Broń małego kalibru. Nie zdążył się obudzić. „Jeśli cokolwiek mu się śniło, wygląda teraz tak, jakby sen trwał w najlepsze” – pomyślał Ronson.
Jane prawdopodobnie zdołała usiąść albo unieść się na rękach po pierwszym ciosie. Świadczyło o tym położenie plam krwi na poduszce. Głowa Jane wysunęła się poza krawędź łóżka i krew ściekała wprost na drewnianą podłogę w służbowym pokoju Gregorego, w którym kochanków zastał morderca”.

(fragment "Kukły")

Bartosz Libuda ukończył edytorstwo na Uniwersytecie Gdańskm i Służbę Zagraniczną w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Jest doświadczonym dziennikarzem, tłumaczem i redaktorem. Publikował między innymi w "Toposie", "Kwartalniku Wyspa" i "Nowej Fantastyce". Interesuje się współczesną psychologią, lingwistyką, polityką i ekonomią. Pisanie traktuje jako pasję i próbę eksploracji ludzkiej psychiki w sytuacjach nietypowych lub skrajnych. Uważa, że lektura dobrej książki powinna być dla czytelnika jednocześnie przyjemnością i przygodą. Tak też stara się pisać.

 

 

Dodaj komentarz


No cóż, kryminał taki sobie. Tylko dlaczego polski autor umiejscawia akcję poza granicami Polski? Nie mamy tu ciekawych scenerii i miejsc? A może nie mamy zbrodni? To by była dopiero "zielona wyspa".


Według mnie ta książka była po prostu nudna. Nie rozumiem też manii umieszczania fabuły w krajach anglojęzycznych przez polskich pisarzy. Naprawdę ta Wielka Brytania czy USA są takie fascynujące?

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Bartosz Libuda

Kukła

Grafika na okładce: Emil Bacik (sxc)

Zdjęcie na ostatniej stronie: Susanne Becker (sxc)

Redakcja: Anna Roman

seria godziny z kryminałem

Dusza i umysł każdego człowieka mają swoje zakamarki. Nazywamy je obsesjami. Są ludzie, którzy kontrolują je z łatwością, innym przychodzi to z najwyższym trudem, jeszcze innych obsesja prowadzi do zbrodni. W książkach z tej serii przyjrzymy się tym ostatnim.

Wszystkie prawa zastrzeżone – all rights reserved

ISBN: 978-83-935896-0-9

Kontakt z autorem: bartosz.libuda@wp.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Tom Ronson odebrał telefon, siedząc na fotelu w salonie fryzjerskim pani Gryczek. Usiłował wytłumaczyć sobie, że chodzi tam raz w tygodniu wyłącznie po to, aby się ogolić lub ostrzyc. I nie ma znaczenia to, że pani Gryczek, wypełniając powinności swojego zawodu, ociera się o klientów, pozwalając im poczuć jędrne kształty swojego ciała. Ronson rozpoznał w słuchawce niski głos pani Kinley i jej ulubione powiedzonko: „jak wiesz...”.

– Jak wiesz (Ronson oczywiście pierwsze o tym słyszał) moja siostra nie żyje. Czy możesz natychmiast przyjechać? – Pani Kinley, nawet gdy zadawała pytanie, używała tonu rozkazującego. Ronson pomyślał kiedyś, że sprzeciwić się pani Kinley jest równie trudno, jak podać dokładną wartość liczby π. Teraz przemknęła mu myśl, że otaczają go piękne kobiety, takie jak pani Kinley i pani Gryczek, ale ta jedyna, którą kochał, odeszła z Gerardem. Tom Ronson, ponoć najlepszy detektyw w Kopolo, przegapił wszystkie znaki ostrzegawcze. Stracił narzeczoną i przyjaciela. Pierwszej chętnie powiedziałby, co o niej myśli, drugiego by zabił. W wieku czterdziestu trzech lat był znów wolny, ale wolność nie czyniła go szczęśliwym. „Wolność to udręka, Ronson” – powtarzał w duchu.

– Coś złego wydarzyło się u Kinleyów – rzucił Tom jakby od niechcenia, a w rzeczywistości według zasady doświadczonego włóczęgi, by zawsze zostawić wiadomość, dokąd idzie.

– Nie lubię ich. Są tacy... bufiaści – odparła pani Gryczek w swoim anglopodobnym narzeczu polskiej emigrantki. Zamierzała powiedzieć „bufoniaści”, ale umknęła jej sylaba. Tom pomyślał, że jeszcze kilka takich plapsusów („Mam tyle plapsusów, panie Ronson, że powinnam nic nie mówić, prawda?”), a zakocha się w pani Gryczek bez pamięci.

Detektyw z żalem opuścił wygodny fotel w salonie gościnnej fryzjerki i z zachwytem patrzył, z jaką nieśmiałością Polka przyjmuje solidny napiwek. „Dlaczego taka kobieta jest sama, Ronson? Jaką ma tajemnicę?” – przemknęło mu przez głowę. Postanowił, że kiedyś to wyjaśni. Przejechał dłonią po twarzy: była idealnie gładka, nie licząc, oczywiście, zmarszczek i niezbyt głębokiej blizny tuż pod prawym okiem, pamiątce po nożu. Pani Gryczek goliła gołą brzytwą, bez rękojeści. Trzymała to zabójcze narzędzie ze zdumiewającą swobodą i od czasu do czasu przepuszczała ostrze pomiędzy palcami jak pokerzysta jedną z kart.

Ronson wyszedł na ulicę. Sporą część ściany dużej kamienicy naprzeciwko zakładu pani Gryczek pokrywała płachta z gigantyczną, ciepło uśmiechniętą twarzą Berko Kinleya. Nieopodal wisiał jeszcze jeden portret podobnej wielkości i dwa bilbordy wyborcze innych kandydatów w zbliżających się wyborach. Gdzieś z oddali dobiegał czyjś głos o zwielokrotnionej sile, przerwany burzą oklasków: odbywał się wiec wyborczy na pobliskim Placu Swobód.

Tom wsiadł do swojego wysłużonego Peugeota 305 i ruszył do wyżej położonej części kosmopolitycznego Kopolo, gdzie najbogatsi mieszkańcy żyli w rezydencjach otoczonych rozległymi ogrodami. Przez całą drogę spoglądały na niego uśmiechnięte albo zamyślone twarze kandydatów. Dziwnie prezentowały się gęby polityków na ulicznych latarniach, powtarzające się długimi seriami te same popiersia na dykcie przymocowanej do słupa drutem albo żyłką przywodziły na myśl dawny zwyczaj wieszania koniokradów i gwałcicieli na słupach.

Ciągle czując na skórze sprężyste krągłości pani Gryczek, Tom usiłował zebrać fakty: pani Koshutko, kobieta brzydka, chorowita i rozwiązła, samotna matka jedenastoletniej Lizy, siostra pięknej i zaborczej pani Kinley, de domo Koshutko, żony adwokata Kinleya, który zamierzał kandydować w tegorocznych wyborach do regionalnego parlamentu. Morderstwo w domu szanowanego kandydata z poważnymi szansami na mandat, w dodatku morderstwo kobiety, z którą, jak twierdzili złośliwi i opozycja, łączył go nie tylko wspólny dach, z pewnością nie jest na rękę panu Kinleyowi. Z kolei Koshutko mogła szantażować kochanka, dawnego lub obecnego. A zatem mecenas powinien trafić na listę podejrzanych. A pani Kinley? „Ta kobieta zdolna jest do wszystkiego. Wystarczająco inteligentna, by podłość mieszać z dobrocią, dość piękna, by oszołomić każdego niezależnie od płci, i tak władcza, że mogłaby wejść pomiędzy lwy i zmusić je do posłuchu jednym spojrzeniem. Maniery księżnej Monaco i głowa agenta KGB. Jeśli pani Kinley wiedziała o romansie swojego męża z Babett, nie zawahałaby się przed morderstwem, ale byłaby to zbrodnia doskonała. Kto jeszcze, Ronson, mógłby zabić tę nieszczęśliwą kobietę?”

*

*

Z górnego tarasu Kopolo widać było zatokę i Ronson zatrzymał się na poboczu, aby popatrzeć na białe plamy żagli, kolorowe trójkąty napędów windsurferów, tańczące w powietrzu zgrupowanie latawców i z pozoru nieruchome cielska większych statków w oddali. Pan Kinley był kiedyś zapalonym żeglarzem. Lubił ryzyko. Najchętniej wypuszczał się z mariny korsarem dopiero wtedy, gdy wiatr zrywał spienione grzywy fal. Ronson również żeglował i zawsze, gdy patrzył na wielką wodę, budziła się w nim tęsknota za prędkością na katamaranie. Dwukadłubowa Furia stała pod plandeką w marinie już trzeci sezon. Ronson odwrócił się, by spojrzeć w drugą stronę, gdzie zaskakująco blisko wyrastały ostre wierzchołki gór. Zazwyczaj zatopione w chmurach, dziś prezentowały się w całej okazałości, jakby chciały zaprosić Ronsona do powrotu na zapomniane szlaki. To wszystko – żagle i wspinaczka – kojarzyło się z Tomowi z Heleną, jej niezłomną wytrwałością i szaleńczą odwagą. Nie mógł uwierzyć, że go oszukiwała. „Pora zabrać się za robotę, Ronson”.

Z tego miejsca, gdzie Tom zatrzymał się w drodze do Kinleyów, najlepiej można było poznać położenie Kopolo. Miasto ulokowano na cyplu dużego półwyspu, podobnego w swej formie do Półwyspu Iberyjskiego. Rozwijając tę analogię, Kopolo byłoby Gibraltarem, z tą różnicą, że przejście pomiędzy cyplem a plackiem półwyspu było stosunkowo wąskie i zasłonięte przez góry, co czyniło z Kopolo rodzaj wyspy. Od dnia przybycia tutaj przed wielu laty, Tom Ronson nie opuszczał miasta drogą lądową. Bywało, że, jak w tej chwili, patrzył na olbrzymią, skalną zaporę i zastanawiał się, co dzieje się z ludźmi i światem, z którego uciekł, ale w głębi duszy wiedział, że tam nie wróci. W Kopolo czuł się bezpieczny, i przede wszystkim wolny. Tu żył według własnych zasad. Jedyne, co zza tego łańcucha gór przywiózł, to wyrzuty sumienia.

*

*

Brama do posiadłości Kinleyów była otwarta, Ronson szybko pokonał kilka zakrętów prowadzących przez ogród i zatrzymał się pod szerokimi schodami z białego marmuru wiodącymi do rozpostartych na oścież, dwuskrzydłowych drzwi. Wszędzie było mnóstwo czerwonych kwiatów, świadczących o upodobaniach gospodyni. Do wysiadającego Ronsona podszedł szpakowaty, biały kamerdyner o wyglądzie profesora z Oxfordu. Ronson podziękował mu delikatnym skinieniem i wszedł do rezydencji.

Przy każdym spotkaniu z panią Kinley Ronson odczuwał to samo zakłopotanie: uważał siebie za faceta bez uprzedzeń, a jednak to, że pani Kinley była Mulatką, i to z przewagą czarnej krwi, sprawiało, że Ronson nabierał jakiegoś dziwnego, wstydliwego poczucia wyższości wobec tej wykształconej kobiety, za które natychmiast wewnętrznie się potępiał.

– Witaj, Tom. Miło, że się pofatygowałeś.

„Zawsze to samo opanowanie i królewska angielszczyzna” – pomyślał Ronson, przyjmując podaną mu do męskiego uścisku dłoń Jane Kinley.

– Dzień dobry. Dzwoniła pani...

– Tak, moja siostra... – Jane uśmiechnęła się smutno. – Porozmawiajmy o tym w bibliotece. Mój mąż czeka.

– Jeśli można... – sprzeciwił się Ronson. – Wolałbym najpierw zobaczyć ciało.

– Tego od ciebie oczekiwałam, Tom. Za to cię cenimy. Potrafisz narzucić sprawom najlepszą kolejność.

Ronson nie musiał się wysilić, żeby odkryć, że pani Kinley prowadzi jakąś własną grę i nawet domyślał się, o co jej chodzi. W okolicznościach, gdy żelazny pan Kinley najpewniej wpadł w panikę (albo wyśmienicie udaje, ponieważ w okresie studiów z powodzeniem występował na scenach offowych teatrów), jego żona postanowiła wziąć sprawę wyborów w swoje ręce i dopilnować szczegółów. Albo...

– Gregory, nasz nowy kamerdyner, zaprowadzi cię do sypialni Babett, a kiedy wyjdziesz...

– Znam drogę do biblioteki.

Gregory wyrósł jak spod ziemi. Był to człowiek bez twarzy, bo trudno nadać to miano masce, którą nosił. Nie wiadomo dlaczego mrugnął do Ronsona jednym okiem, poprowadził detektywa przez szerokie korytarze do schodów z zielonego marmuru i zatrzymując się przy pokoju zamordowanej, ostrzegł z francuskim akcentem:

– Niech pan uważa na Janis Joplin. Miewa szalone pomysły.

Janis Joplin? Ktoś o takim pseudonimie czuwa przy zamordowanej? Kimkolwiek był, Ronson nie obawiał się ludzi, o których wiedział, że mogą być niebezpieczni. Stanął pod drzwiami. Było to solidne, drewniane skrzydło z elegancką, drogą klamką i zamkiem. Klucz tkwił po drugiej stronie. Tom zapukał i nie doczekał się odpowiedzi. Wszedł do środka. Janis Joplin zaatakowała go z furią, mierząc w głowę, ale Ronson uchylił się z szybkością i wdziękiem, które zaskoczyły już niejednego przeciwnika. Bajecznie kolorowa papuga zamachała skrzydłami i wylądowała na szafie na drugim końcu dużego pokoju. Odwróciła się i wrzasnęła gniewnie:

– O Lord, want ya buy me a Mercedes Benz?

– A więc to ty jesteś Janis Joplin! – Ronson przywitał się z ptakiem. – Ciekawe, co jeszcze miałabyś do powiedzenia?

Pani Koshutko leżała na szerokim łóżku i patrzyła w sufit z przerażeniem zastygłym w szeroko otwartych oczach. Jedną dłoń trzymała na sercu, drugą pod kołdrą, która przykrywała postać zmarłej do pasa. Od czubka głowy przez oś nosa biegła stróżka zakrzepłej krwi. Przypięta klipsem do półeczki nad łóżkiem wisiała zwykła, tania lampa do czytania. Nie pasowała do tego wnętrza. Ronson odgadł, że pani Koshutko zerwała się gwałtownie i uderzyła ciemieniem w lampkę. „To nie mogło być przyczyną śmierci. Pani Koshutko umarła gwałtownie, w ułamku sekundy. Umarła z przerażenia, Ronson. Chyba właśnie tak było”. Ronson sprawdził Babett puls na tętnicy szyjnej. „Była martwa, jakby nigdy nie żyła” – to jedno ze znanych w Kopolo powiedzonek. Ktoś ją zaskoczył? W pokoju rozchodził się już zapach rozkładającego się ciała, przyćmiony przez kwitnące w lipcu lilie, których naręcze włożono do wazonu i umieszczono na kolonialnym biurku. Ronson pomyślał o Helenie. Przyłapał się na tym, że życzy jej śmierci. Zganił się za to w duchu. Wyszedł z sypialni Babett i zatrzasnął za sobą drzwi, jakby chciał zamknąć w pokoju z panią Koshutko myśl o zemście. Tom Ronson był przekonany, że nic tak nie odbiera rozumu jak pragnienie zemsty. Większość morderców, która dokonywała zbrodni z chęci odwetu, wcześniej czy później wpadała w ręce sprawiedliwości lub kogoś, kto się za nią podawał.

Zmierzając głównym, szerokim korytarzem na pierwszej kondygnacji willi Kinleyów w stronę biblioteki, Ronson wychwycił kilka czujników ruchu i kamer, rozmieszczonych tak dyskretnie i celnie, że detektyw nie zaproponowałby żadnych korekt tego układu. Czerwona dioda sygnalizowała aktywność urządzeń. Kinleyowie prowadzili dom otwarty, który w rzeczywistości był technologiczną twierdzą. Oprócz tradycyjnych środków, zastosowali też bardziej wysublimowane, służące do ochrony dzieł sztuki. Ronson pomyślał, że nawet on miałby wielkie trudności z kradzieżą wspaniałego, nieskatalogowanego Vermeera, który wisiał w holu.