Extensa - Jacek Dukaj

Extensa

0,0

Powieść kultowego autora sf młodego pokolenia, Jacka Dukaja (ur. 1974), skierowana jest nie tylko do koneserów gatunku, zwolenników fantastyki awangardowej i eksperymentalnej.

Akcja książki rozgrywa się w Zielonym Kraju. Równiny, stada koni i samotne rancza nie powinny jednak nikogo zmylić – Extensaopowiada o świecie z dalekiej przyszłości, ocalałym z nieokreślonego kataklizmu. To miejsce, w którym żywi obcują z umarłymi, a czary i ezoteryka są na porządku dziennym. Nie nazwany z imienia bohater trafia przypadkowo do Bartłomieja – astronoma, który posiadł tajemnicę nieśmiertelności – i odkrywa w sobie zainteresowanie gwiazdami. Po kilku latach studiowania tajemnic nieba otrzymuje w darze od swego mistrza zdolność jednoczesnej egzystencji w dwóch przestrzeniach.

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Dodaj komentarz


Niesamowita kreacja, jest w tej mini-powieści coś z Pikniku na Skraju Drogi, cyklu Darkoverskiego Marion Zimmer Bradley, z niektórych utworów Marka S. Huberatha i Ursuli K. Le Guin, ale i tak pozostaje ona całkowicie osobna intelektualnie i artystycznie.


Kolejna wspaniała powieść autorstwa Jacka Dukaja, jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych. Na początku lektura może sprawić mały kłopot czytelnikowi, lecz już po kilkunastu stronach i zagłębieniu się w świt przedstawiony przez autora wszystko staje się jasne. Książka ta jest naprawdę wciągająca, jeśli ktoś jest się w stanie na niej skupić i delektować się nią. Wielbiciele Dukaja nie będą na pewno rozczarowani lekturę tej książki. Polecam ją wszystkim.


Jak większość powieści Dukaja tą też trudno opisać w kilku zdaniach. Na pewno nie jest to lektura łatwa, ale czytelnicy lubiący wyzwania i jednocześnie rasową sci-fi z pewnością będą zadowoleni mimo konieczności włożenia pewnego wysiłku. Sam pomysł na byt wszechwiedzy mocno intryguje i w pewnym sensie przeraża. Nieszablonowe dzieło, które nie będzie się podobało zwolennikom prozy lekkiej, łatwej i przyjemnej. Tu trzeba się zaangażować.


Dukaj po raz kolejny zdumiewa, ale to już chyba norma podczas lektury jego pieści. „Extensa” jest wyrywająca się z wszelkich szablonów powieścią, która zmusza czytelnika do myślenia i na długo zapada w pamięć. Charakterystyczny styl autora może nie należy do najprostszych w odbiorze, jednak gdy poświecić mu chwilę, człowiek zapada się w wykreowany przez autora świat. Jest jakby sennie i tajemniczo, a jednocześnie to mocno science fiction.


Jak zwykle Dukaj zaskakuje. Każda jego książka choć w jakiś sposób podobna do innych, jest mimo wszystko odmienna. Powyższa powieść jest oczywiście nieszablonowa i oczywiście niełatwa w odbiorze, a tytułowa Extensa to coś na kształt bytu wszechwiedzy. Nie ma tu tartych schematów i stereotypów, a jednocześnie nadal jest to twarda s-f. Trudno to streścić w kilku zdaniach. Najlepiej przeczytać. Warsztat pisarski autora jest nienaganny, co dodatkowo podwyższa wartość dzieła.


Dukaj po raz kolejny zaskakuje mnie w swojej powieści. Rewelacyjna fantastyka, budzi niepokój i przeraża. Autor znów wykorzystuje swoją ogromną wiedzę w wielu dziedzinach i wymaga od czytelnika pełnej koncentracji i poświęcenia. Powieść trudna, tylko dla ambitnych i wytrwałych. Extensa jest rodzajem wszechwiedzy, jest kosmiczną tajemnicą. Nie da się tego po krótce opowiedzieć. Trzeba znaleźć czas by to po prostu przeczytać i samemu przetrawić.


wiat, który przedstawia nam Dukaj w "Extensie" jest okrutny i niebezpieczny. a jednak żyją tam tacy ludzie jak my, z takimi samymi ludzkimi potrzebami. Tą książkę trzeba przeczytać.


Dukaj jak zwykle łamie stereotypy i schematy. "Extensa" to twarda, rasowa fantastyka. Jednakże nie dla wszystkich. Wyzwania w obszarze myślenia nie przypadną do gustu czytelnikom lubiącym prozę łatwą i przyjemną. Powieść dla otwartych umysłów.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2002

Opie­ka re­dak­cyj­na se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja

Wie­sła­wa Otto-We­is­so­wa

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bo­że­na Kor­but

Wy­da­nie dru­gie

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków

bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04720-0

 

Mia­łem sześć lat, gdy od­szedł dzia­dek Mi­chał. Pa­mię­tam bar­dzo dużo. Zwy­kłem ba­wić się z La­ry­są przy jego gro­bie, za stru­mie­niem. Rósł tam wiel­ki dąb. Wspi­na­li­śmy się po jego ko­na­rach. Grób dziad­ka był po le­wej. Po­po­łu­dnia­mi ku nie­mu prze­su­wał się cień dębu. Kła­dli­śmy się w tra­wie, poza za­się­giem sę­ka­tych ko­rze­ni pa­triar­chal­ne­go drze­wa, na mięk­kiej zie­mi. Te same owa­dy wę­dro­wa­ły po na­szych cia­łach. Pa­trzy­ło się w tłu­sty błę­kit, roz­ma­wia­ło o ni­czym. Pół sen, pół jawa, dzie­ciń­stwo. Nad nami trzy krzy­że: dzia­dek Mi­chał, pra­bab­ka Ku­ne­gun­da, Hie­ro­nim; Hie­ro­nim był pierw­szy.

Bli­żej zmierz­chu cień wska­zy­wał wła­ści­wy cmen­tarz ro­dzi­ny: ten po dru­giej stro­nie stru­mie­nia, pod wierz­ba­mi. Krzy­ży sto sie­dem­dzie­siąt osiem. Ja­koś nig­dy nie przy­szło mi do gło­wy za­py­tać, cze­go gra­ni­cę sta­no­wi stru­mień.

Ba­wi­li­śmy się pod dę­bem i na nim, po­nie­waż było to naj­więk­sze drze­wo w oko­li­cy. Z naj­wyż­szych jego ga­łę­zi mo­głem doj­rzeć da­chy na­szej far­my, wie­żę wia­tra­ka. Prze­czy­ta­łem o Ta­le­sie i na­za­jutrz po­mie­rzy­łem cie­nie — mój i dębu. Był wy­so­ki na czter­dzie­ści sie­dem kro­ków sze­ścio­lat­ka. Za­iste, ro­śli­na-Bóg. La­ry­sa za­py­ta­ła, co ro­bię, gdy tak sze­dłem po­wo­li wprost na grób dziad­ka Mi­cha­ła. — Przy­wo­łu­ję du­chy — od­rze­kłem, po­nie­waż istot­nie mia­ło to po­zór ry­tu­ału. Z koń­ca cie­nia ze­sko­czy­łem mię­dzy krzy­że. Haaa-ha-ha­ach! Nogi wy­so­ko pod­no­szo­ne, głę­bo­ko ugi­na­ne w ko­la­nach, ręce ostro zła­ma­ne, twarz ku nie­bu. Tak dziec­ko prze­cho­dzi z za­ba­wy w za­ba­wę, nie ma zgrzy­tu w na­stę­pu­ją­cych po so­bie akor­dach. La­ry­sa się przy­łą­czy­ła. Tań­czy­li­śmy. Chi­cho­cząc.

Po set­nym pi­ru­ecie zo­ba­czy­łem go, sie­dzą­ce­go pod pniem, w ko­ły­sce ko­rze­ni. Pa­lił faj­kę. Za­mar­łem; La­ry­sa się obej­rza­ła i rów­nież go zo­ba­czy­ła.

— Dzia­dek! — pi­snę­ła i po­bie­gła ku nie­mu.

Dzia­dek Mi­chał uśmiech­nął się, wy­cią­gnął ręce. Wpa­dła mu w ob­ję­cia z ca­łym im­pe­tem. Stęk­nął i za­śmiał się — po­zna­łem głos.

Pod­sze­dłem. Pod­nio­słem i po­da­łem mu faj­kę, wy­trą­co­ną przez szar­żę sio­stry. Ujął cy­buch lewą dło­nią; pra­wą gła­skał La­ry­sę, sie­dzia­ła mu już na ko­la­nach, obej­mo­wa­ła moc­no za szy­ję, wtu­la­ła gło­wę pod siwą bro­dę. Jesz­cze mie­siąc temu za­sy­pia­ła tak, w za­pa­chu jego ty­to­niu, pod do­ty­kiem jego wiel­kich dło­ni — nie­mal co wie­czór. Prze­no­sił ją po­tem do łóż­ka. La­ry­sa była naj­młod­sza, on był jej dę­bem.

Coś mu te­raz szep­ta­ła do ucha. Sta­łem i pa­trzy­łem, jesz­cze chwi­la, a uciekł­bym. Dzia­dek pod­niósł na mnie wzrok, uśmiech­nął się, mru­gnął. Od­wza­jem­ni­łem uśmiech.

Pal­cem wska­za­łem za sie­bie, na krzyż.

— Nie ży­jesz.

Ski­nął gło­wą.

— Ano.

Nie ucie­kłem za­tem.

Sia­dłem obok. Do­tkną­łem jego ra­mie­nia — przez szorst­ki ma­te­riał ko­szu­li; po­tem bez­po­śred­nio jego dło­ni, su­chej, po­marsz­czo­nej skó­ry. Po­pa­try­wał z uśmie­chem. Te­raz wiem, ba­wi­ły go sze­ro­ko otwar­te oczy dziec­ka. Oczy dziec­ka, zwier­cia­dło na­iw­no­ści, wszyst­ko w nich jest praw­dą, wszyst­ko jest naj­zu­peł­niej nor­mal­ne, na­wet w naj­więk­szym zdu­mie­niu. — Gdzie by­łeś? — py­ta­ła La­ry­sa. — Za­wsze przy to­bie, wie­wió­recz­ko — od­szep­ty­wał, ca­łu­jąc ją w czo­ło. Łzy w oczach star­ca, je­zio­ra wy­ba­czo­ne­go bólu, krzywd od­pusz­czo­nych.

Opo­wie­dział nam baj­kę. Cza­sa­mi tak opo­wia­dał. Te­raz też; dłu­gą. Ksią­żę i jego Księ­ga. Księ­ga była bar­dzo sta­ra, po­zo­sta­wa­ła w ro­dzie od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Kie­dy przy­cho­dzi­ło do po­dej­mo­wa­nia waż­nych de­cy­zji, Ksią­żę — jak wszy­scy przed nim — za­się­gał rady swe­go ojca. Otwie­rał Księ­gę, wy­po­wia­dał za­klę­cie, duch Sta­re­go Księ­cia przy­by­wał. Aż przy­szło do szcze­gól­nie trud­ne­go wy­bo­ru. Co ro­bić, pyta Ksią­żę. Oj­ciec nie wie, ale ra­dzi za­py­tać jego wła­sne­go ojca — jak za­wsze do tej pory py­tał. Bie­rze Księ­gę i przy­wo­łu­je Księ­cia-Dziad­ka. Dzia­dek — Księ­cia-Pra­dziad­ka. Pra­dzia­dek — Pra­pra­dziad­ka… I tak to idzie, w ryt­mie dzie­cię­cej wy­li­czan­ki, w opa­da­ją­cej ka­den­cji; śmia­li­śmy się i skan­do­wa­li ra­zem z dziad­kiem.

La­ry­sa w koń­cu usnę­ła. Słoń­ce już za­cho­dzi­ło, pa­mię­tam czer­wień tam­te­go nie­ba, w ta­kiej czer­wie­ni lu­bi­łem za­sy­piać, na pach­ną­cej wil­got­nym drew­nem we­ran­dzie, w od­de­chu wiel­kie­go domu, otwar­te­go na wietrz­ne prze­strze­nie wszyst­ki­mi drzwia­mi i okna­mi… Dom! Mu­si­my wra­cać! Po­de­rwa­łem się, dzia­dek obu­dził La­ry­sę. Wsta­wa­ła nie­chęt­nie. Po­cią­gną­łem ją, ro­ze­spa­ną, za rękę.

— Pa­mię­taj­cie o Księ­dze! — wo­łał za nami, już nie­wi­docz­ny w cie­niu po­tęż­ne­go dębu, gdy bro­dzi­li­śmy przez zim­ny stru­mień. — Pa­mię­taj­cie o Księ­dze!

Po­tem za­sta­na­wia­łem się, jak wła­ści­wie koń­czy się ta baj­ka; jak w ogó­le może się ona za­koń­czyć.

Mia­łem jesz­cze nie­raz oka­zję go spy­tać, ale wów­czas ja­koś nie przy­cho­dzi­ło mi to do gło­wy. Nie­ła­two sku­pić na dłu­żej uwa­gę sze­ścio­lat­ka.

Duch dziad­ka opo­wia­dał na­to­miast o wie­lu in­nych rze­czach. Pa­mię­tam bar­dzo dużo.

1.

To za­czy­na się nie­po­strze­że­nie, prze­waż­nie od po­ra­że­nia ba­na­łem.

Któ­re­goś dnia — ile wte­dy masz lat? nie wię­cej niż kil­ka­na­ście — zda­jesz so­bie spra­wę, że nig­dy już nie bę­dziesz dziec­kiem. Nie prze­ży­jesz po raz dru­gi ani go­dzi­ny, ani mi­nu­ty z tego cza­su. Już za­trza­snę­ły się zwrot­ni­ce, wszyst­ko za­prze­pasz­czo­ne, szan­se wszyst­kie. Jak funk­cja fa­lo­wa — ze wszech­moż­li­wo­ści kol­lap­su­jesz do jed­ne­go je­dy­ne­go sta­nu. Ta­kie i tyl­ko ta­kie dzie­ciń­stwo po­nie­siesz w so­bie aż do wiecz­no­ści. Prze­gry­wasz z każ­dym dniem.

Niby wszy­scy do­brze o tym wie­my — ale ty na­gle poj­mu­jesz ostat­nie kon­se­kwen­cje, asy­mi­lu­jesz tę nie­uchron­ność do sa­me­go rdze­nia swej du­szy, i nogi się pod tobą ugi­na­ją, krę­ci ci się w gło­wie, sia­dasz na zie­mi, prze­ra­żo­ny, zroz­pa­czo­ny, ser­ce bije moc­no, po­wo­li. Li­czysz, raz-dwa, trzy-czte­ry, pięć-sześć, to są kro­ki śmier­ci, tak się skra­da, tak od­mie­rza, ze­gar ato­mo­wy wszech­świa­ta, me­tro­nom roz­pa­du po­ło­wicz­ne­go, klep­sy­dra en­tro­pii.

Żeby się wy­do­być, trze­ba rze­czy ma­łych: sma­ku świe­że­go jabł­ka, za­pa­chu nocy, śmie­chu twej ma­łej sio­stry… Wsta­niesz, w koń­cu wsta­niesz, wszy­scy wsta­je­my. Za tobą, na zie­mi, cień-po­kurcz: zwło­ki dziec­ka.

Hodo­wa­li­śmy ko­nie. Sta­do li­czy­ło po­nad dwie­ście sztuk. Kie­dy spę­dza­li­śmy je wszyst­kie do kor­ra­lu, od grzmo­tu ich ko­pyt ka­mie­nie prze­wra­ca­ły się w swych pod­ziem­nych le­go­wi­skach. Tyl­ko my i Za­par­to­wie pro­wa­dzi­li­śmy ho­dow­lę na taką ska­lę; ale sta­do Za­par­tów było pra­wie o po­ło­wę mniej­sze. Wio­sną prze­ga­nia­li­śmy wierz­chow­ce po nie­skoń­czo­nych łą­kach Zie­lo­ne­go Kra­ju i razu pew­ne­go zda­rzy­ło się, iż gdzieś w tej nie­skoń­czo­no­ści ta­bu­ny jed­nak się spo­tka­ły, wpa­dły na sie­bie, prze­mie­sza­ły. Od tam­te­go cza­su zna­ko­wa­li­śmy zwie­rzę­ta. Nasz znak to dwie od­wró­co­ne pod­ko­wy; Za­par­tów — krzyż. Zna­ko­wa­nie źre­ba­ków od­by­wa­ło się prze­waż­nie na ze­wnątrz, na wy­bie­gu. Cza­sa­mi sia­da­łem na ogro­dze­niu, przy­glą­da­łem się. Ale nie było mnie przy tym, jak tato i dzia­dek Mi­chał zna­ko­wa­li Trze­cią Gwiaz­dę. Eze­kiel mi opo­wie­dział; a po­tem sam dzia­dek. Trze­cia Gwiaz­da wy­rwa­ła się na mo­ment i jesz­cze le­żąc, wierz­gnę­ła tak nie­szczę­śli­wie, że tra­fi­ła ko­py­tem pro­sto w pierś star­ca. Ude­rze­nie źre­ba­ka nie było sil­ne, lecz dzia­dek Mi­chał wy­raź­nie po­czuł, jak coś mu się tam w cie­le prze­mie­ści­ło. Stra­cił dech, usiadł cięż­ko. Po chwi­li po­ja­wił się ból, pie­ką­cy, kłu­ją­cy. Tato, Eze­kiel i ciot­ka Te­kla po­chy­la­li się nad dziad­kiem. — Już do­brze, już do­brze — sa­pał. Nie było do­brze. Od­nie­śli go do domu, do jego po­ko­ju na pię­trze przy­bu­dów­ki. Chciał pójść sam, oka­za­ło się, że mu­szą go wziąć pod ra­mio­na; i skoń­czy­ło się na tym, że go za­nie­śli — za­wo­ła­li jesz­cze Na­ta­nie­la do po­mo­cy. Mały Jan po­ga­lo­po­wał po Dok­to­ra. Wte­dy się do­wie­dzia­łem. Na­tych­miast po­bie­głem do dziad­ka, ale tam już kłę­bi­ło się pół ro­dzi­ny i mama od­pę­dzi­ła nas, mnie i La­ry­sę. La­ry­sa pła­ka­ła. (Z pła­czem La­ry­sy było tak: cza­sem wy­wo­ły­wał u mnie dzi­kie na­pa­dy zło­ści, krzy­cza­łem na sio­strę, prze­drzeź­nia­łem ją, ro­bi­łem miny, więc ona tym gło­śniej szlo­cha­ła, więc tym więk­sza złość ro­sła we mnie… a cza­sem — jej płacz pod­no­sił wy­so­kie fale współ­czu­cia, bliź­nia­cze­go smut­ku, pró­bo­wa­łem ją wów­czas nie­zdar­nie uspo­ka­jać, mam­ro­ta­łem ja­kieś po­cie­sze­nia, przy­tu­la­łem moc­no, dzie­ci tak bar­dzo po­le­ga­ją na cie­le­sno­ści, do­tyk i cie­pło ko­iły wszel­kie na­sze kosz­ma­ry… Raz złość, raz współ­czu­cie — i zda­wa­ło się, nie ist­nie­je re­gu­ła po­zwa­la­ją­ca prze­wi­dzieć, któ­ry wzo­rzec re­ak­cji aku­rat prze­wa­ży). La­ry­sa, z oczy­ma peł­ny­mi łez, scho­wa­ła się pod scho­da­mi; wpeł­złem za nią. Miej­sca ciem­ne, miej­sca cie­płe, dusz­ne, miej­sca pół­mro­ku — tam bez­pie­czeń­stwo, tam po­cie­cha. — Umrze, umrze — chli­pa­ła. Usły­sza­ła to zda­nie od ko­goś pod drzwia­mi dziad­ka i te­raz po­wta­rza­ła na głos, był to jej strach naj­więk­szy, po­nie­waż kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­ły. — Nie umrze — mó­wi­łem — nie umrze. — Umrze, umrze, umrze. — Nie­ca­ły rok wcze­śniej umar­ła ku­zyn­ka Mał­go­rza­ta. Wie­czo­rem żyła, ran­kiem była mar­twa; nig­dy po­tem już jej nie wi­dzie­li­śmy. Za­py­ta­ny tato od­parł, iż za­bra­ła ją śmierć. Te­raz wró­ci­ły do La­ry­sy wszyst­kie dzie­cin­ne stra­chy wo­bec nie­zna­ne­go. Kciuk po­wę­dro­wał do buzi, wci­snę­ła się w kąt wnę­ki — chu­de ko­la­na pod bro­dą, pal­ce nóg sku­lo­ne, wło­sy ko­lo­ru sło­my kry­ją za­puch­nię­te oczy, ła­mie mi ser­ce ten gry­mas bez­gra­nicz­nej roz­pa­czy na jej pulch­nej twa­rzycz­ce, wy­krzy­wio­ne w pła­czu war­gi. Płacz wśród dzie­ci jest za­raź­li­wy; im dłu­żej na nią pa­trzy­łem, tym bliż­szy by­łem łez. Już drża­ły mi usta, już mro­wi­ły po­licz­ki. Na­raz zła­pa­łem ją za ra­mię. — Chodź. — Po­cią­gną­łem, raz, dru­gi, trze­ci, co­raz sil­niej, aż się wresz­cie ru­szy­ła i od­tąd dała już sobą po­wo­do­wać. — Chodź, zo­ba­czy­my.

Nasz dom skła­dał się z kil­ku­na­stu mniej­szych i więk­szych bu­dyn­ków sku­pio­nych na pla­nie pro­sto­ką­ta wo­kół naj­star­szej czę­ści: drew­nia­nej cha­ty far­mer­skiej. Obec­nie w cha­cie no­cu­ją już tyl­ko go­ście, nie­mniej po­zo­sta­ła osią kom­plek­su. Od wscho­du sty­ka się z nią bu­dy­nek naj­więk­szy (w któ­rym i my miesz­ka­li­śmy): trzy­kon­dy­gna­cyj­ny, mu­ro­wa­ny, z sze­ścio­ma ko­mi­na­mi, ob­szer­ną we­ran­dą i dłu­gim gan­kiem. Przy­bu­dów­ka dziad­ka znaj­du­je się na jego ty­łach. Ga­nek ota­cza wiel­ki bu­dy­nek do­oko­ła, uży­wa­li­śmy go tak­że jako ko­ry­ta­rza, tak prze­cho­dzi­ło się z po­ko­ju do po­ko­ju. Czę­sto za­kra­da­li­śmy się nim (my, dzie­ci) pod okna za­mknię­tych przed nami po­miesz­czeń i pod­słu­chi­wa­li, pod­pa­try­wa­li. Jesz­cze czę­ściej po pro­stu go­ni­li­śmy się po gan­ku do utra­ty tchu lub gniew­nej in­ter­wen­cji któ­re­goś z do­ro­słych. Mat­ka krzy­cza­ła, że w koń­cu kie­dyś po­ła­mie­my so­bie kar­ki. Je­śli już, to nie w ten spo­sób — ist­nia­ły znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dob­ne. Mały Jan po­ka­zał mi któ­rejś nocy, jak wspiąć się na dach i jak prze­cho­dzić zeń na da­chy in­nych bu­dyn­ków. Z per­spek­ty­wy da­chu wszyst­ko było inne, miej­sca do­sko­na­le zna­ne oka­zy­wa­ły się na­gle eg­zo­tycz­ny­mi kon­struk­cja­mi ta­jem­ne­go prze­zna­cze­nia. Wspi­na­łem się, gdy tyl­ko mo­głem — czy­li głów­nie nocą, bo za dnia za­wsze ist­nia­ło ry­zy­ko od­kry­cia. Ale było w tym coś jesz­cze: nar­ko­tyk wy­so­ko­ści. Z da­chu wi­dzia­łem na­wet dąb. Wspi­na­łem się i na dąb; z nie­go wi­dzia­łem na­sze da­chy. I było tak­że to: od­dech wiel­kich prze­strze­ni. Zwłasz­cza w noce, w cie­płe noce gwiaź­dzi­ste. Sześć lat, ty­siąc snów, wdra­py­wa­łem się mię­dzy bliź­nia­cze kwa­dra­to­we ko­mi­ny, wzno­si­łem twarz, otwie­ra­łem usta, po­ły­ka­łem dłu­gi­mi hau­sta­mi noc; noc po­ły­ka­ła mnie. Ręka wia­tru we wło­sach, w gar­dle pę­dzel za­pa­chów (zie­mi, tra­wy, dymu, zie­mi), w uszach szum, strasz­ny, wspa­nia­ły szum nie­skoń­czo­nych prze­strze­ni; ten nie­sły­szal­ny huk, któ­ry jest tłem każ­dej ci­szy, a w ta­kie noce po pro­stu roz­sa­dza ci czasz­kę. Opar­ty ple­ca­mi o ko­min, z sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma, usta­mi wpó­łu­chy­lo­ny­mi, drża­łem, zzięb­nię­ty, roz­go­rącz­ko­wa­ny. (Te­raz je­stem pe­wien: gdy­by nie Mały Jan, gdy­by nie da­chy na­szej far­my — nie przy­jął­bym kie­li­cha Mi­strza Bar­tło­mie­ja).

Ist­nia­ły wszak­że w tym kró­le­stwie ścież­ki niż­sze i dresz­cze ła­twiej­sze. Po­pro­wa­dzi­łem La­ry­sę. Wie­dzia­łem, że z gan­ku moż­na prze­sko­czyć na wy­kusz przy­bu­dów­ki i na­stęp­nie tak się po nim prze­su­nąć, sto­pa za sto­pą, by zaj­rzeć do wnę­trza dziad­ko­wej sy­pial­ni. Rzecz ja­sna, ten skok to było ry­zy­ko śmier­tel­ne — lecz dziec­ko nie wi­dzi tego w ten spo­sób. Prze­sko­czy­li­śmy obo­je — ja pierw­szy, ona za mną — i na­wet nie spoj­rze­li­śmy w dół. Przy­kuc­nię­ci, zbli­ży­li­śmy się do okna, jed­nym ru­chem unie­śli gło­wy. Był już wie­czór, za ple­ca­mi mie­li­śmy cień chmur­ne­go nie­ba; przed sobą — cie­płe świa­tło peł­ne­go lu­dzi po­ko­ju.

Był tam dzia­dek Mi­chał — le­żał w łóż­ku, nie­ru­cho­my, wi­dzie­li­śmy jego ręce na kocu i garb nosa; był Dok­tor — cho­dził w kół­ko od drzwi do łóż­ka i z po­wro­tem, co ja­kiś czas po­chy­lał się nad dziad­kiem i wsłu­chi­wał się w rytm jego od­de­chu, tęt­na; był tato, wu­jek Ana­sta­zy, wu­jek Ka­rol, ciot­ki bliź­niacz­ki; był Pa­stor, któ­re­go przy­jaz­du nie za­uwa­ży­łem — on sie­dział na krze­śle przy no­gach łóż­ka, ty­łem do okna, z po­chy­lo­ną gło­wą, wy­glą­da­ło jak­by spał, ale po­tem prze­ko­na­li­śmy się, że w isto­cie czy­tał z otwar­te­go na ko­la­nach mo­dli­tew­ni­ka.

Trwa­ło to dłu­gie mi­nu­ty, kwa­dran­se. Zmierz­cha­ło już, pod­niósł się wiatr przed­noc­ny, po­zna­łem go po za­pa­chu. Co ja­kiś czas otwie­ra­ły się drzwi sy­pial­ni, za­glą­da­li do środ­ka krew­ni. Ciot­ki bliź­niacz­ki zno­wu za­czę­ły pła­kać. Dok­tor otwo­rzył swą tor­bę, bły­snął me­tal i szkło. Wkłuł się w ra­mię dziad­ka, wtło­czył mu w żyłę ja­kąś ciem­ną ciecz, po­tem się­gnął do ka­mi­zel­ki, zer­k­nął za ze­ga­rek. Pal­ce dziad­ka za­ci­ska­ły się na kocu; ja ści­ska­łem spo­co­ną dłoń La­ry­sy. Na co tam cze­ka­li­śmy, kur­czo­wo ucze­pie­ni pa­ra­pe­tu, przy­kle­je­ni do ścia­ny pięć me­trów nad zie­mią? Jaki se­kret pra­gnę­li­śmy pod­pa­trzeć?

Bo w koń­cu prze­cież pod­pa­trzy­li­śmy. Dzia­dek na­gle usiadł, zo­ba­czy­li­śmy jego twarz, prze­ra­żo­ne oczy, śli­nę i krew na bro­dzie. Za­czął kasz­leć, ła­pać się za pierś. Przy­padł do nie­go Dok­tor, przy­padł tato, resz­ta ro­dzi­ny — aż Dok­tor mu­siał na nich na­krzy­czeć, do­pie­ro się od­su­nę­li. Dzia­dek, z twa­rzą wy­krzy­wio­ną w bólu, szep­tał coś char­ko­tli­wie. Wi­dać nie mo­gli go zro­zu­mieć, bo na­gle się uci­szy­li, i wte­dy za­brzmia­ły wy­raź­nie sło­wa Pa­sto­ra: — Pra­wo Pana do­sko­na­łe — krze­pi du­cha; świa­dec­two Pana nie­za­wod­ne — po­ucza pro­stacz­ka; na­ka­zy Pana słusz­ne — ra­du­ją ser­ce; przy­ka­za­nie Pana ja­śnie­je i oświe­ca oczy… — La­ry­sa zła­pa­ła mnie moc­no za ko­szu­lę, od­wró­ci­ła gło­wę od okna. — Umrze, umrze, umrze, umrze. — No więc umrze; bę­dziesz wresz­cie ci­cho?! — wark­ną­łem.

Tam we­wnątrz dzia­ły się bo­wiem rze­czy prze­dziw­ne. Dok­tor wzniósł po­nad gło­wę pu­ste dło­nie i od­stą­pił od łóż­ka. Tato, ciot­ki i wuj­ko­wie sta­li w mil­cze­niu, na­gle ska­mie­nia­li. Pa­stor zaś, na­chy­lo­ny tuż nad dziad­kiem Mi­cha­łem, wrzesz­czał nań z wście­kło­ścią:

— Aż po grób! Aż po grób! Aż po grób!

Nie bar­dzo wie­dzia­łem, co by to mia­ło zna­czyć. Był­że­by to re­fren ko­lej­nej mo­dli­twy? Pa­stor wy­ma­wiał te trzy sło­wa gło­sem za­re­zer­wo­wa­nym dla ka­zań po­tę­pień­czych; był od­wró­co­ny do okna ple­ca­mi, lecz do­sko­na­le po­tra­fi­łem so­bie wy­obra­zić, jak te­raz wy­glą­da jego twarz.

Co naj­dziw­niej­sze, dzia­dek zda­wał się go mimo wszyst­ko nie sły­szeć. Pa­trzył pu­sto przed sie­bie — to zna­czy gdzieś w pra­wo, w kąt sy­pial­ni mię­dzy łóż­kiem a drzwia­mi — i dy­szał swo­je. Ba­niecz­ki krwi pę­ka­ły mu na war­gach. Za­czę­ło mi się zbie­rać na wy­mio­ty. Prze­łkną­łem z wy­sił­kiem.

Wtem Pa­stor umilkł. Ktoś krzyk­nął; któ­raś z cio­tek chy­ba. Za­mi­go­ta­ła ża­rów­ka, na mo­ment zro­bi­ło się w po­ko­ju ciem­niej, jak­by wiel­ka ćma okrą­ży­ła lam­pę. Cień wy­pęcz­niał w miej­scu, w któ­re wpa­try­wał się dzia­dek Mi­chał; wy­pęcz­niał, roz­rósł się, na­puchł na jed­ną trze­cią po­miesz­cze­nia, po czym szyb­ko się cof­nął i roz­pu­ścił.

Zie­lo­na su­kien­ka, róża w ciem­nych wło­sach, opa­lo­ne, na­gie ra­mio­na. Uśmie­cha się cie­pło, pod­cho­dząc do dziad­ka, sia­da­jąc na łóż­ku, uj­mu­jąc drżą­cą rękę star­ca; on uśmie­cha się do niej.

Wiel­ka ci­sza. Pa­stor wzno­si ra­mię, ni­czym do cio­su Moj­że­szo­we­go. Tato ła­pie go za to ra­mię, przy­trzy­mu­je. Ciot­ka Jo­an­na od­wra­ca się od nich wszyst­kich, opie­ra czo­ło o ścia­nę.

Mło­da ko­bie­ta z różą we wło­sach z po­wro­tem ukła­da dziad­ka na łóż­ku, wsu­wa mu pod gło­wę po­dusz­kę. W tej ci­szy usły­szał­bym, gdy­by coś po­wie­dzia­ła; nie mówi nic. Po­chy­la się nad dziad­kiem. My­śla­łem, że go po­ca­łu­je — ale nie. Ocie­ra wierz­chem dło­ni jego wpó­ło­twar­te usta, de­li­kat­nie za­my­ka mu po­wie­ki. Nadal uśmie­cha się lek­ko. W uszach ma srebr­ne kol­czy­ki, małe, lśnią­ce.

Po­tem wsta­ła, spoj­rza­ła na mnie, przy­gła­dzi­ła su­kien­kę i roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu.

Mie­siąc po tym, jak za­bra­ła go pięk­na Śmierć, spo­tka­li­śmy dziad­ka Mi­cha­ła pod dę­bem i opo­wie­dział nam baj­kę.

Póź­niej zda­rza­ło się jesz­cze, że od­wie­dzał nas, mnie i sio­strę, gdy by­li­śmy ra­zem, ale znacz­nie czę­ściej przy­cho­dził do nas w sa­mot­no­ści. Wiem, że zja­wiał się re­gu­lar­nie, by utu­lić do snu La­ry­sę, cze­ka­ła na nie­go co wie­czór. Dla mnie też ist­niał taki czas i ta­kie miej­sce — wy­star­czy­ło mia­no­wi­cie, bym wspiął się na dach.

Skąd wy­cho­dził, do­kąd od­cho­dził — mu­siał prze­miesz­czać się po dro­gach po­wie­trza, in­a­czej usły­szał­bym go, cięż­kie kro­ki na kle­ko­czą­cych da­chów­kach.

Sia­dy­wał opar­ty o są­sied­ni ko­min, spo­glą­da­li­śmy w tym sa­mym kie­run­ku. Wiatr uno­sił w ciem­ność za­pach jego ty­to­niu.

— Król Mi­das zła­mał so­bie nogę. Tato mówi, że nie zro­śnie się do­brze.

— To był dzi­ki koń.

— Chy­ba go za­strze­lą. Da­niel był na Tar­gu i prze­pu­ścił mnó­stwo for­sy. Za­po­wia­da, że się oże­ni. Wszy­scy są wście­kli.

— Ha, pa­mię­tam, jak przy­wiózł wte­dy tę rudą dzie­wusz­kę od Me­se­ni­tów. Po­tem śro­dek nocy i na­gle sły­szy­my tę­tent, strzał i krzy­ki. Krew­ni się upo­mnie­li. Mie­li­by­śmy tu dru­gą Tro­ję.

— Dziad­ku, ty bab­cię też po­zna­łeś na Tar­gu?

— Wi­dzisz, mały, są tar­gi i tar­gi, he, he. Ale nie. To było w któ­rąś wio­snę cu­dów. Pro­wa­dzi­li­śmy sta­do od wy­brze­ża, kie­dy za­czę­ło sy­pać dia­men­ta­mi. Parę chwil i zie­mia wy­glą­da­ła jak po cięż­kim gra­dzie. Ku­zy­no­wi To­ma­szo­wi wy­bi­ło oko. A, o, ta bli­zna, wi­dzisz? — to też stąd. Ko­nie oczy­wi­ście osza­la­ły. Mu­sie­li­śmy się roz­dzie­lić, żeby po­znaj­do­wać te naj­bar­dziej prze­ra­żo­ne, któ­re od­bie­gły naj­da­lej — i tak z tu­zin gdzieś prze­pa­dło. Zresz­tą wszyst­kie mia­ły po­ra­nio­ne ko­py­ta. Ja po­je­cha­łem na za­chód. Były po dro­dze mniej­sze i więk­sze za­gaj­ni­ki; mu­sia­łem spraw­dzać co do jed­ne­go: tam mo­gły się schro­nić, tyl­ko tam zie­mia była czy­sta. Ale oczy­wi­ście same drze­wa też sper­wer­to­wa­ło i jak już…

— Per… co?

— Ach. Aku­rat wte­dy była to szadź me­ta­licz­na. Ro­zu­miesz, jak­by je wszyst­kie oku­to, do ostat­nie­go list­ka, cie­niut­ką war­stwą że­la­za. Po ta­kiej wio­śnie zie­mia po­zo­sta­je ja­ło­wa na de­ka­dy. By­łeś kie­dyś za Dru­gą Rze­ką? Zaj­rzyj do Wo­do­spa­dów, tam jesz­cze stoi Ska­mie­nia­ły Gaj z dwu­dzie­ste­go siód­me­go.

— Róża ciot­ki Iza­be­li.

— No. To jest krysz­tał, wte­dy ob­ra­ca­ło w krysz­tał.

— A czło­wie­ka? Też może tak spre­te­wo­wać?

— Nie bój się, nie zda­rza się to czę­sto. Mhm, no więc wjeż­dżam do tego za­gaj­ni­ka i sły­szę ja­kąś po­twor­ną kłót­nię. Pa­trzę: trzy dziew­czy­ny w bie­liź­nie biją się o ja­kąś szma­tę. Ha, a kie­dy mnie zo­ba­czy­ły… Boże dro­gi!

— Dla­cze­go w bie­liź­nie?

— Wy­bra­ły się tam na pik­nik i wzię­ło je z za­sko­cze­nia, ubra­nia im przy­rdze­wia­ły do tra­wy. Zda­je się, że oca­la­ła tyl­ko ta jed­na bluz­ka, ale jak się za­czę­ły o nią kłó­cić…

— I bab­cia to była jed­na z nich?

— Nie. Sio­stra naj­star­szej. Po­je­cha­łem na ich far­mę dać znać ro­dzi­nie i Te­re­sa za­wio­zła im ubra­nia.

— Oświad­czy­łeś się jej wte­dy?

— Nie, no co ty? Przez na­stęp­ne dwa lata w ogó­le jej nie wi­dzia­łem. Tyle że po­ga­da­li­śmy tro­chę tam­te­go wie­czo­ru; no­co­wa­łem u nich, po­mo­głem na­pra­wić co więk­sze szko­dy. Po­tem wy­szli­śmy na po­ga­węd­kę, tak się aku­rat zło­ży­ło, mat­ka ją chy­ba wy­pę­dzi­ła z kuch­ni… Te­re­sa mia­ła jesz­cze far­tuch w mące. Była peł­nia, jak te­raz. Za­czę­ła mi wró­żyć z księ­ży­co­wych chmur, po­żar­to­wa­li­śmy… ta­kie tam…

— No to jak, dziad­ku? Kie­dy po­sta­no­wi­łeś się z nią oże­nić?

— A co ty tak na­gle o tym ożen­ku?

— A-a, bo Da­niel…

— Da­niel…! Nie słu­chaj bied­ne­go dur­nia. Kie­dy po­sta­no­wi­łem, mhm. To ja­koś tak ma­ły­mi krocz­ka­mi. W ogó­le za­po­mnia­łem o niej. Dwa lata, tak, dwa lata. Sia­dłem po ja­kimś cięż­szym roz­cza­ro­wa­niu i za­czą­łem się za­sta­na­wiać, z któ­rą to ko­bie­tą wła­ści­wie czu­łem się naj­le­piej, w czy­jej obec­no­ści, z czy­im uśmie­chem. Aż do­sze­dłem do Te­re­sy i to był ko­niec kon­ku­ren­cji; a wte­dy po­my­śla­łem o niej po raz pierw­szy od chy­ba roku. Ja­koś te parę kwa­dran­sów tam­te­go wie­czo­ru… Co mi tam, po­wie­dzia­łem so­bie, wy­my­śli­łem pre­tekst i po­je­cha­łem na ich far­mę. Kal­ku­lo­wa­łem: wy­szła za mąż; bę­dzie zu­peł­nie inna… Ale była taka sama. Za­czę­ła mnie uczyć wróżb. Po­tem przy­je­cha­ła do nas na świę­ta. I już. Szyb­ko sta­ło się ja­sne, że prę­dzej czy póź­niej po­bie­rze­my się. Śpisz?