Kłamczucha - Emily Lockhart

Kłamczucha

0,0

Wierzyła, że im więcej wypocisz na treningu, tym mniej wycierpisz w walce.
Wierzyła, że najlepszym sposobem, by uniknąć złamanego serca, jest udawać, że się go nie ma.
Wierzyła, że to, jak mówisz, jest często ważniejsze niż to, co masz do powiedzenia.
Wierzyła też w filmy akcji, trening siłowy, potęgę makijażu, ćwiczenie pamięci, równe prawa oraz to, że z filmików na YouTube można się nauczyć miliona rzeczy, których na próżno szukać w college'u.

Jule West Williams to wojowniczka, dziewczyna kameleon, zawsze gotowa do ataku.
Imogen Sokoloff to dziedziczka fortuny i zagubiona w życiu sierota. Co przyniesie przyjaźń tych dwóch tak różnych dziewczyn?


Nowa powieść autorki „Byliśmy łgarzami”. Kryminał psychologiczny pełny suspensu, intryg i nieczystych zagrywek. E. Lockhart stworzyła porywającą historię młodej kobiety, której diaboliczne umiejętności stały się przepustką do wygodnego życia.



BESTSELLER „NEW YORK TIMESA”​​!

„Tej ekscytującej, pięknej i piekielnie mądrej książki absolutnie nie da się zapomnieć” – John Green, autor bestsellerowej książki „Gwiazd naszych wina”.

„Połkniesz ją od razu w całości” – Gayle Forman, autor bestsellerowego „Zostań, jeśli kochasz”

„Ambitna powieść z intrygującą bohaterką, sprytnie skonstruowaną fabułą i doskonałym stylem” – The New York Times Book Review

„Nie da się od niej oderwać. Lepiej zapamiętaj ten tytuł. To opowieść o skrywającej mroczny sekret dziewczynie, z zaskakującym, lecz satysfakcjonującym zakończeniem” – Entertainment Weekly

„Fascynująca, wysmakowana... Pełna zwrotów akcji i doskonale napisana” – The Wall Street Journal

Dodaj komentarz


Banalna opowieść jakich wiele. Przewidywalna i... mało realna. Skierowana jest do miłośniczek "babskiej prozy". Inni niech trzymają się z daleka.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
10937.jpg

 

 

10947.jpg

 

 

Tytuł oryginału: Genuine Fraud

Copyright © 2017 by E. Lockhart

This translation published by arrangement with Random House Children’s Books,division of Penguin House LLC

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp.o.o., 2018

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Małgorzata Kryszkowska

Składłamanie: Klaudia Kumala

 

Projekt okładki: Christine Blackburne/MergeLeft Reps, Inc.

Adaptacja okładkistron tytułowych: Dawid Czarczyński

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

Wydanie elektroniczne 2018

 

eISBN 978-83-7976-840-0

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla wszystkich, których nauczono, że „dobry” znaczy cichy i grzeczny, oto moje serce z całym jego brzydkim chaosemwspaniałą furią.

 

 

18

 

 

 

Zacznij tutaj:

 

Z1.jpg TRZECI TYDZIEŃ CZERWCA 2017

Z2.jpg CABO SAN LUCAS, MEKSYK

 

 

To był cholernie dobry hotel.

W pokojowym barku Jule znalazła chipsycztery różne czekoladowe batony. Wanna sama robiła bąbelki.łazience nigdy nie brakowało grubych ręcznikówmydłapłyniezapachu gardenii.lobbyczwartej popołudniu każdego dnia starszy pan grał Gershwina na zabytkowym fortepianie. Można było się zapisać na maseczkęciepłej gliny, jeśli nie miało się nic przeciwko dotykaniu przez obcych ludzi. Skóra Jule cały dzień pachniała chlorem.

Playa Grande ResortBaja obfitowałbiałe zasłony, białe płytki, białe dywanyogromne bukiety białych kwiatów. Obsługa wyglądała jak sanitariuszeswoich białych bawełnianych uniformach. Jule mieszkałahotelu już prawie cztery tygodnie. Miała osiemnaście lat.

Tego ranka wybrała się na siłownię, żeby pobiegać. Założyła szyte na zamówienie buty,kolorze morskiej zieleni i z granatowymi sznurówkami. Nie słuchała muzyki. Robiła interwały już niemal godzinę, kiedy jakaś kobieta weszła na bieżnię obok.

Nieznajoma nie miała jeszcze trzydziestu lat. Czarne włosy zebrałakucyk na czubku głowyspryskała obficie lakierem. Miała umięśnione ramionasolidny tułów, jasnobrązową skóręprzyprószone różem policzki. Jej buty były starte na piętachpochlapane błotem, już zaschniętym.

Na siłowni nie było nikogo innego.

Jule zwolniła do marszu, planując wyjść za minutę. Ceniła swoją prywatność,poza tymtak właściwie kończyła.

– Trenujesz? – zapytała nieznajoma. Pokazała na statystyki biegu Jule. – Do maratonu czy coś? – Akcent miała meksykańsko-amerykański. Pewnie mieszkałaNowym Jorkuwychowała się wśród ludzi mówiących po hiszpańsku.

– Biegałamszkole średniej. To wszystko. – Julekolei miała akcent brytyjski, nazywany „angielskimBBC”.

Kobieta zmierzyła ją wzrokiem.

– Podoba mi się twój akcent – stwierdziła. – Skąd jesteś?

– Z Londynu. Dokładnie Saint John’s Wood.

– JaNowego Yorku.

Jule zeszłabieżni, żeby rozciągnąć czworogłowe.

– Jestem tutaj sama – przyznała się po chwili nieznajoma. – Zameldowałam się zeszłej nocy. Zarezerwowałam pokój na ostatnią chwilę. Długo już tu siedzisz?

– W takim miejscu nigdy nie jest się wystarczająco długo – odparła Jule.

– Więc co polecasz? Spośród tutejszych atrakcji?

Jule rzadko rozmawiałainnymi gośćmi hotelowymi, ale uznała, że nic się nie stanie, jeśli odpowie.

– Idź na nurkowanie. Widziałam zajebiście wielką murenę.

– Żartujesz. Murenę?

– Przewodnik zwabił ją przynętąrybich wnętrzności, które miałplastikowej butelce po mleku. Murena wypłynęła spomiędzy głazów. Musiała mieć ze dwapół metra. Była jasnozielona.

Nieznajoma zadrżała.

– Nie cierpię muren.

– No to daruj sobie, skoro tak łatwo cię przestraszyć.

Kobieta się roześmiała.

– A jak jedzenie? Jeszcze nic nie zamawiałam.

– Weź ciasto czekoladowe.

– Na śniadanie?

– No jasne. Jak poprosisz, przyniosą ci ze wszystkimi dodatkami.

– Dobrze wiedzieć. Podróżujesz sama?

– Słuchaj, muszę zmykać – rzuciła Jule, czując, że rozmowa zrobiła się zbyt osobista. – Narka. – Ruszyłastronę drzwi.

– Mam obłożnie chorego ojca – ciągnęła dalej nieznajoma. – Teraz jego stan wreszcie się ustabilizował,ja tak strasznie chciałam wyrwać siędomu, że nie zwracałam uwagi na koszty. Wydaję tutaj mnóstwo kasy, której nie powinnam wydawać.

– Na co cierpi twój ojciec?

– Stwardnienie rozsiane – odparła. –demencję. Kiedyś był głową naszej rodziny. Wielki macho. Nie dawał sobiekaszę dmuchać. Teraz jest powykręcanym ciałem przykutym do łóżka. Przez większość czasu nawet nie wie, co sięnim dzieje. Czasami pyta, czy jestem kelnerką.

– Cholera.

– Boję się, że go stracę, ale nienawidzę przy nim być. Kiedy umrze,ja zostanę sierotą, wiem, że będę żałować tej wycieczki, rozumiesz? – Nieznajoma zatrzymała siępostawiła stopy po bokach bieżni. Wytarła oczy wierzchem dłoni. – Przepraszam. Rozgadałam się.

– Spoko.

– Idź, śmiało. Weź prysznic czy co tam. Może jeszcze na siebie wpadniemy.

Nieznajoma podciągnęła rękawy bluzkispojrzała na cyfrowy odczyt bieżni. Na prawym przedramieniu miała poszarpaną bliznę, jakby ranę zadano nożem, nie tak równo jakprzypadku operacji. Musiała się za nią kryć jakaś historia.

– Słuchaj, lubisz quizy? – zapytała Jule wbrew rozsądkowi.

Uśmiech. Białe, ale krzywe zęby.

– Właściwie to jestem mistrzynią quizówwiedzy ogólnej.

– Organizują je co drugi wieczórsalonie na dole – powiedziała Jule. –sumie to straszna głupota, ale chcesz iść?

– W jakim sensie głupota?

– Pozytywnym. Jest zabawniegłośno.

– Okej. Jasne.

– Super. Damy czadu. Będziesz się cieszyć, że pojechałaś na te wakacje. Ja jestem dobrasuperbohaterów, filmów szpiegowskich, youtuberów, fitnessu, finansów, makijażupisarzy epoki wiktoriańskiej.ty?

– Epoki wiktoriańskiej? Dickens na przykład?

– Cośtym stylu. – Jule poczuła, że się czerwieni. Nagle przyszło jej do głowy, że to dziwny zestaw zainteresowań.

– Uwielbiam Dickensa.

– Serio?

– Serio. – Kobieta znów się uśmiechnęła. – Jestem dobraDickensa, gotowania, bieżących wydarzeń, polityki… Co jeszcze? O, wiem,kotów.

– Doskonale. Quiz zaczyna sięósmejsalonie przy głównym holu. Jest tam barkanapami.

– Ósma wieczorem. Jesteśmy umówione. – Nieznajoma podeszła do Julewyciągnęła rękę. – Możesz mi przypomnieć swoje imię? Ja jestem Noa.

Jule uścisnęła jej dłoń.

– Nie przedstawiłam się – odparła. – Ale mów do mnie Imogen.

 

 

 

 

 

 

Jule West Williams wyglądała znośnie. Rzadko nazywano ją brzydką, jednak też raczej nie piękną. Była niska, miała zaledwie metr pięćdziesiąt pięć,zawsze chodziłazadartą brodą. Włosy miała obciętestylu gaminezafarbowane na blond, ale teraz wyszły jej już ciemne odrosty. Zielone oczy, jasna cera, jasne piegi.większości ubrań nie było widać, jaką miała sylwetkę. Mięśnie Jule, zwłaszcza tenogach, wyraźnie rysowały się pod skórą – jakby była bohaterką komiksu. Jej brzuch pod warstwą tłuszczu był twardy jak skała. Jule lubiła jeść mięsoczekoladę, uwielbiała sóltłuszcz.

Wierzyła też, że im więcej wypoci na treningu, tym mniej wycierpiwalce.

Wierzyła, że najlepszym sposobem, by uniknąć złamanego serca, jest udawać, że się go nie ma.

Wierzyła, że to jak mówisz jest często ważniejsze niż to, co masz do powiedzenia.

Wierzyła teżfilmy akcji, trening siłowy, potęgę makijażu, ćwiczenie pamięci, równe prawa oraz to, żefilmików na YouTube można się nauczyć miliona rzeczy, których na próżno szukaćcollege’u.

Gdyby Jule ci zaufała, powiedziałaby ci, że chodziła przez rok do Stanford dzięki stypendiumlekkoatletyki. „Przyjęli mnie” – tłumaczyła ludziom, których lubiła. „Stanford jestpierwszej lidze. Dali mi pieniądze na opłacenie nauki, książek, wszystkiego.”

Co się stało?

Jule może wzruszyłaby ramionami. „Chciałam studiować literaturę epoki wiktoriańskiejsocjologię, niestety główny trener był zboczeńcem” – odparłaby. „Molestował wszystkie dziewczyny. Kiedy chciał spróbować ze mną, kopnęłam go, gdzie boli najbardziej,rozgadałam wszystkim. Profesorom, studentom, gazetce szkolnej. Wrzeszczałamcałych sił, ale wiecie, co się dzieje ze sportowcami, którzy donoszą na swoich trenerów”.

Zaczęłaby wykręcać palcespuściłaby wzrok.

„Pozostałe dziewczynydrużyny wszystkiemu zaprzeczyły – wyjaśniłaby dalej. „Powiedziały, że kłamałam,ten zboczeniec nikogo nie dotykał. Nie chciały, żebywszystkim dowiedzieli się rodzice, nobały się utraty stypendium.tak to się skończyło. Trener zachował pracę. Ja odeszłamdrużyny. Nie dostawałam już wsparcia finansowego.tak mimo samych piątek wyleciałam ze szkoły”.

 

Po wyjściusiłowni Jule przepłynęła kilka długości basenówresztę poranka spędziła tak, jak to robiła często – siedzącsalonie biznesowym, oglądając filmikinauką hiszpańskiego. Wciąż była ubranastrój kąpielowy, ale na nogi założyła sportowe butykolorze morskiej zieleni. Usta pomalowała różową szminką,oczy srebrnym eyelinerem. Strój kąpielowy był jednoczęściowy,kolorze metalicznego brązu,kółkiem na piersigłębokim dekoltem. Wyglądał mocnostylu Uniwersum Marvela.

W salonie była klimatyzacja. Nikt nigdy tu nie przychodził. Jule położyła nogi na stoliku, założyła słuchawkipopijała dietetyczną colę.

Po dwóch godzinach nauki hiszpańskiego zjadła snickersa na lunchzaczęła oglądać teledyski. Potańczyła chwilę, nakręcona kofeiną, śpiewając do szeregu obrotowych krzesełpustym pomieszczeniu. Tego dnia życie było zajebiste. Polubiła tamtą smutną dziewczynę uciekającą od chorego ojca,ciekawą bliznązaskakującym gustem książkowym.

Dadzą czadu na quizie. Wypiła kolejną colę. Sprawdziła stan makijażuwyprowadziła kilka ciosów do swojego odbiciaoknie. Potem się roześmiała, bo wyglądała jednocześnie głupiofantastycznie. Przez cały ten czas słyszała swój puls.

 

 

 

 

 

 

Barmanbaru przy basenie, Donovan, był miejscowym. Kawał chłopa, aledobrym sercu. Przygładzone włosy. Ciągle puszczał oko do klientek. Mówił po angielskuakcentem typowym dla Bajaznał ulubionego drinka Jule: dietetyczną colę ze shotem syropu waniliowego.

W niektóre popołudnia Donovan wypytywał Julejej dzieciństwoLondynie. Jule ćwiczyła hiszpański. Rozmawiając, oglądali filmy na telewizorze nad barem.

Dzisiaj,trzeciej po południu, Jule przysiadła na stołkukącie, wciąż ubranastrój kąpielowy. Donovan miał na sobie biały blezerlogo Playa Grande oraz T-shirt. Na karku zaczynały mu odrastać włosy.

– Jaki film? – zapytała, spoglądając na ekran.

– Hulk.

– Który Hulk?

– Nie mam pojęcia.

– Przecież sam włożyłeś DVD. Jak możesz nie wiedzieć?

– Nie wiedziałem nawet, że są dwa różne Hulki.

– Trzy. Czekaj, cofam to. Wiele Hulków, jeśli doliczyć telewizję, kreskówkitak dalej.

– Nie wiem, który to jest Hulk, panno Williams.

Film leciał jakiś czas. Donovan umył szklankiwytarł blat. Nalał szkockiejsodą dla kobiety, która zabrała ją na drugi koniec basenu.

– To prawie najlepszy Hulk – oznajmiła Jule, kiedy odzyskała jego uwagę. – Jak się mówi na szkocką po hiszpańsku?

– Escocés.

 Escocés. Jaka jest najlepsza?

– Przecież ty nie pijesz.

– Ale gdybym piła.

– Macallan – odparł Donovan, wzruszając ramionami. – Mam ci nalać na spróbowanie?

Nalał do pięciu szklanek pięć różnych rodzajów drogiej szkockiej. Wyjaśnił jej różnicę między szkockąwhiskeydlaczego zamawia się jedną,nie drugą. Jule posmakowała każdej, ale nie wypiła zbyt dużo.

– Ta pachnie jak spocona pacha – powiedziała.

– Wariatka.

– A ta jak płyn do zapalniczek.

Pochylił się nad szklankąpowąchał.

– Może.

– A to psie szczyny – pokazała na trzecią. – Ale od takiego naprawdę wkurzonego psa.

Donovan parsknął śmiechem.

– A jak pachną pozostałe? – zapytał.

– Jak zaschnięta krew – odparła Jule. –ten proszek, którego używa się przy sprzątaniu łazienki.

– Która najbardziej ci smakowała?

– Zeschnięta krew – powiedziała, wkładając palec do szklankipróbując szkockiej jeszcze raz. – Jak się nazywa?

– To właśnie Macallan. – Donovan zabrał szklanki. – Ach, zapomniałem ci powiedzieć: jakaś kobieta wypytywałaciebie.może nieciebie. Mogła się pomylić.

– Jaka kobieta?

– Jakaś Meksykanka. Mówiła po hiszpańsku. PytałaAmerykankękrótkimi blond włosami, która podróżuje sama – wyjaśnił Donovan. – Wspomniałapiegach. – Dotknął swojej twarzy. – Na nosie.

– Co jej powiedziałeś?

– Że to duży ośrodek. Dużo Amerykanów. Nie wiem, kto zatrzymał się tu sam,ktotowarzystwie.

– Nie jestem Amerykanką – oznajmiła Jule.

– Wiem. Dlatego powiedziałem jej, że nikogo takiego nie widziałem.

– Naprawdę to powiedziałeś?

– Tak.

– Ale mimo to pomyślałeśmnie.

Przyglądał się jej przez chwilę.

– Tak, pomyślałemtobie – odparł wreszcie. – Nie jestem głupi, panno Williams.

 

 

 

 

 

 

Noa wiedziała, że Jule jest Amerykanką.

To oznaczało, że Noa była policjantką. Albo kimś takim. Musiała być.

Cała jej gadka była tylko podstępem. Chory ojciec, Dickens, bycie sierotą. Noa wiedziała dokładnie, co powiedzieć. Rzuciła przynętę – „mój ojciec jest obłożnie chory” –wygłodniała Jule od razu ją chwyciła.

Poczuła rumieńce na twarzy. Czuła się samotnasłaba,zwyczajnie durna, że dała się złapać na teksty Noa. Wszystko było oszustwem, żeby Jule widziałaNoa powiernicę, nie adwersarza.

Jule poszła do swojego pokoju, starając się nie dać po sobie poznać zdenerwowania. Kiedy znalazła sięśrodku, od razu ruszyła do sejfu, żeby zabrać wszystkie kosztowności. Założyła dżinsy, butyT-shirt,potem wcisnęła jak najwięcej ubrań do swojej najmniejszej walizki. Resztę zostawiła. Na łóżku położyła studolarowy banknot dla Glorii, pokojówki,którą czasami rozmawiała. Następnie pomaszerowaławalizką przez korytarzwcisnęła ją za maszynę do lodu.

Kiedy wróciła do baru przy basenie, Jule powiedziała Donovanowi, gdzie schowała walizkę. Położyła na blacie dwudziestodolarowy banknot.

Poprosiłaprzysługę.

Położyła kolejną dwudziestkępodała instrukcje.

 

 

 

 

 

 

Jule rozejrzała się po parkingu dla obsługiznalazła niebieskiego sedana, którego Donovan specjalnie zostawił otwartego. Wsiadłapołożyła się na podłodzetyłu, między porozrzucanymi torebkamipustymi kubkami po kawie.

Miała godzinę, zanim Donovan skończy zmianę. Przy odrobinie szczęścia Noa nie zorientuje się, że coś jest nie tak, dopóki Jule nie będzie poważnie spóźniona na wieczorny quiz, może koło ósmej trzydzieści. Potem najpierw sprawdzi najbliższe lotyfirmy taksówkarskie, zanim pomyśliobsłudze hotelu.

W samochodzie było gorącoduszno. Julie nasłuchiwała kroków.

Miała skurczramieniu. Chciało jej się pić.

Donovan jej pomoże, prawda?

Na pewno. Już przecież ją krył. Powiedział Noa, że nie zna nikogo, kto odpowiadałby opisowi. Ostrzegł Juleobiecał zabrać jej walizkę,potem ją podwieźć. Zapłaciła mu za to.

Poza tym zaprzyjaźnili się.

Jule wyprostowała nogi, najpierw jedną,potem drugą,następnie znowu zwinęła siękłębekciasnej przestrzeni za siedzeniami.

Pomyślałatym, co ma na sobie,potem zdjęła kolczykipierścionekjadeitem, by schować je do kieszeni dżinsów. Siłą woli uspokoiła oddech.

Wreszcie usłyszała odgłos kółek prowadzonej walizki,potem trzask zamykanego bagażnika. Donovan wślizgnął się za kierownicę, uruchomił silnikwyjechałparkingu. Jule cały czas leżała na podłodze. Na ulicy stało tylko kilka lamp.radiu grał meksykański pop.

– Gdzie chcesz jechać? – zapytałkońcu Donovan.

– Gdziekolwiekmieście.

– W takim razie jadę do domu. – Nagle jego głos stał się jakby drapieżny.

A niech to. Czy popełniła błąd, wsiadając do jego wozu? Czy Donovan należy do tych kolesi, którzy uważają, że jeśli dziewczyna prosiprzysługę, musi mu się oddać?

– Wysadź mnie kawałek od swojego domu – powiedziała mu ostrym tonem. – Poradzę sobie.

– Nie musisz mówić tegoten sposób. Ryzykuję dla ciebie.

 

 

 

 

 

 

Wyobraź sobie przytulny dom na obrzeżach miasteczkaAlabamie. Pewnej nocy ośmioletnia Jule budzi sięciemności. Czy właśnie słyszała podejrzany hałas?

Nie jest pewna.domu panuje cisza.

Schodzi na dółcienkiej różowej koszuli nocnej.

Na parterze przechodzi ją zimny dreszcz.salonie ktoś narobił strasznego bałaganu, wszędzie leżą książkipapiery.biurze jest jeszcze gorzej. Szafkidokumentami zostały poprzewracane. Komputery zniknęły.

– Mamo? Tato? – Mała Jule biegniepowrotem na górę, żeby zajrzeć do sypialni rodziców.

Ich łóżka są puste.

Teraz naprawdę się boi. Otwiera drzwi do łazienkitam również ich nie ma. Biegnie na zewnątrz.

Na podwórku rosną wysokie drzewa. Mała Jule jestpołowie podjazdu, kiedy zdaje sobie sprawę, co widzikręgu światła ulicznej latarni.

Mamatata leżątrawie, twarzami do ziemi. Ich ciała są wygięte pod dziwnym kątem,pod nimi zbiera się ciemna krew. Mama dostałagłowę. Zginęła od razu. Tata też bez wątpienia nie żyje, ale Julie widzi tylko rany na jego rękach. Musiał się wykrwawić. Leży wtulonymamę, jakbyostatnich chwilach życia myślał tylkoniej.

Jule biegniepowrotem do domu, żeby zadzwonić po policję. Linia okazuje się odłączona.

Wraca na podwórko, chce się pomodlić, pożegnaćrodzicami, ale ich ciała nagle zniknęły. Zabójca je zabrał.

Nie pozwala sobie na łzy. Resztę nocy spędza, siedząctym samym kręgu światła latarni,jej koszula nasiąka gęstniejącą krwią.

Przez kolejne dwa tygodnie mała Jule pozostaje samasplądrowanym domu. Jest silna. Gotuje dla siebieprzegląda pozostawione dokumenty, szukając wskazówek.trakcie lektury składakawałków życie pełne heroizmu, potęgisekretnych tożsamości.

Pewnego popołudnia siedzi na strychu, oglądając stare fotografie, kiedypokoju nagle pojawia się kobieta ubrana na czarno.

Nieznajoma robi krok do przodu, ale mała Jule ma świetny refleks. Rzuca nożykiem do otwierania listów, szybkomocno, jednak kobieta łapie go lewą ręką. Mała Jule wspina się na stertę pudeł, chwyta belkę sufitowąpodciąga się na nią. Przebiega po niej aż do oknadachu, przez które przedostaje się na zewnątrz. Serce wali jej jak szalone.

Nieznajoma ruszapogoń. Jule zeskakujedachu na gałęzie rosnącego obok drzewaodłamuje ostry kijek, żeby użyć go jako broni. Trzyma goustach, schodząc na dół. Biegnie sprintemkrzaki, ale kobiecie udaje się postrzelić jąkostkę.

Ból jest intensywny. Mała Jule nie ma wątpliwości, że to zabójczyni rodziców przyszła dokończyć zadanie – ale kobietaczerni pomaga jej wstaćbierze się za opatrzenie rany. Wyjmuje kulęnakłada środek antyseptyczny.

Owijając kostkę dziewczynki bandażem, wyjaśnia, że prowadzi rekrutację. Obserwowała ją przez ostatnie dwa tygodnie. Jule jest nie tylko dzieckiem wyjątkowo utalentowanych ludzi, ale też wyróżnia się inteligencjąsilnym instynktem przetrwania. Nieznajoma chce szkolić Julepomóc jejzemście.ponieważ jest swego rodzaju zaginioną ciocią, zna sekrety, które rodzice ukrywali przed ukochaną córką.

W tamtej chwili zaczyna się niezwykła edukacja. Jule idzie do specjalnej akademii mieszczącej sięodrestaurowanej willi przy nowojorskiej ulicy, jakich wiele. Uczy się tam technik obserwacji, ćwiczy przewrotytyłzdobywa umiejętność uwalniania siękajdanek oraz kaftanów bezpieczeństwa. Nosi skórzane spodniewypycha kieszenie gadżetami. Uczęszcza też na lekcje obcych języków, sztuki kamuflażu, różnych akcentów, fałszerstwa oraz luk prawnych. Szkolenie trwa dziesięć lat. Po jego zakończeniu Jule staje się kobietą, której niedocenienie może się okazać fatalnym błędem.

Tak wyglądała historia pochodzenia Jule West Williams. Kiedy zamieszkałaPlaya Grande, wolała tę opowieść niż cokolwiek innego, co mogłaby powiedzieć na swój temat.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

 

18

17

16

15

14

13

12

11

10

9

8

7

6

5

4

3

2

1

19

POSŁOWIE AUTORKI

PODZIĘKOWANIA

00008.jpeg