Córka łupieżcy - Jacek Dukaj

Córka łupieżcy

0,0

WSZYSTKO JUŻ BYŁO - TERAZ KRÓLOWĄ NAUK JEST ARCHEOLOGIA.

Zuzanna Klajn w swe osiemnaste urodziny otrzymuje klucz do tajemnic zmarłego ojca-archeologa - i znajduje Miasto: odbicie wszystkich miast kiedykolwiek zbudowanych, przez ludzi i nie ludzi, w tym wszechświecie i poprzednich, skarbnicę wiedzy wszelkiej i pole zmagań między Potęgami.

Jakie sekrety Miasta odkrył ojciec Zuzanny? Czy możemy zamieszkać w domach bogów i pozostać ludźmi? Do którego świata należy sama Zuzanna, dziecko Miasta?

Czarnobrody grubas z małą dziewczynką na ramionach - wędrowali tymi alejami, pokazywał jej, nierozumiejącej, posągi nieludzkie i domy hermetyczne, zakazane pisma, niewidzialne malunki, straszne krajobrazy wszechświata.

Zapraszamy na spacer ulicami nieskończoności - do przedwiecznego miasta tajemnic.

Z oczyma szeroko rozwartymi i ustami niedomkniętymi, naprzeciw trzem słońcom, pięciu księżycom, równinom purpurowym, lodowym cmentarzom, dymom wulkanów, zorzom czarnym - i tym bezimiennym metropoliom starożytnym, ku którym Miasto bezustannie lgnie.

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Dodaj komentarz


Jest to kolejna książka jednego z lepszych polskich pisarzy zajmujących się fantastyką. Co prawda czasami książki te nie są takie łatwe, warto się jednak nie zniechęcać, bo są to naprawdę dobre pozycje w polskiej literaturze. Można się naprawdę wciągnąć czytając tę książkę, fabuła jest naprawdę dobra, sam pomysł na książkę był moim zdaniem oryginalny. Najważniejsze to wejść w świat przedstawiony, a potem idzie już łatwo. Oczywiście jeśli ktoś za fantastyką nie przepada to może nie spodobać mu się książka, ale reszcie na pewno przypadnie ona do gustu.


Nie jest to według mnie najlepsza książka autora, ale i tak nie schodzi poniżej pewnego (wysokiego poziomu). Nie jest to też lektura łatwa. Filozoficzne treści mogą niektórych czytelników denerwować. Na pewno też nie jest to lektura dla wszystkich. Czytanie wymaga skupienia, a postnowoczesny język trochę to utrudnia. Świat wykreowany przez Dukaja jest trochę przerażający. Miłośnicy inteligentnej sci-fi będą z pewnością zadowoleni z lektury.


Twórczość Jacka Dukaja, nie ma co ukrywać, nie należy do najlżejszej literatury, tak więc osoby poszukujące łatwej w odbiorze powieści mogą czuć się niezadowolone. Powieść jest krótka, ale niech to nikogo nie zmyli. Pełno tu akcji, która w nieoczekiwanych momentach zmienia kierunek, pełno napięcia, które trzyma czytelnika w swych szponach aż do ostatniej strony. Ciekawa opowieść godna polecenia, lecz, jak wspomniałam, nie dla wszystkich.


Książka z własnym językiem. Lektura jej może się okazać dla niejednego czytelnika mozolna ze względu na ogrom stworzonego nazewnictwa. Nie ma jednak powodu aby się zrażać. Powieść z założenia należy do gatunku science fiction, ale nie jest pozbawiona filozoficznych treści. Stworzony przez Dukaja postnowoczesny świat przeraża swoją wszechobecną nauką. Nie jest to najlepsza pozycja autora, ale i tak trzyma poziom. Nie zgodzę się z przedmówczynią, że na jeden wieczór. To lektura wymagająca uruchomienia szarych komórek, a nie tania rozrywka s-f.


Bardzo lubię książki Dukaja. Są niezwykle ciekawe, wciągające i porywające. "Córka łupieżcy" nie jest łatwą książką, tym niemniej jest niesamowicie wciągająca. Pomysł osadzenia akcji w niezwykłym mieście jest świetny i chciałoby się w sumie czytać więcej. Bohaterowie wykreowani po mistrzowsku dają się lubić (lub nie). Filozoficzne wykształcenie autora odbija się również na fabule i jest to duży plus. Fajna książka, ale czytałam lepsze tego autora. Dobra rozrywka na jeden wieczór


"Córka łupieżcy" to ciekawa, głęboka i porywająca książka. Dukaj, choć pisze ciężkim językiem, sprawia, że czytelnik nie chce przerywać przygody, w jaką jest wciągany. U Dukaja należy myśleć, i to sprawia, że m.in. "Córka łupieżcy" jest tak porywająca.


Dukaj nie zwalnia tempa. Przy liczbie pozycji, które wydał na rynku, można by oczekiwać, że w końcu przyjdzie znużenie i popełni książkę, którą rozczaruje czytelników. Jednak "Córka łupieżcy" tylko potwierdza jego klasę. Niezmiennie, jego fantastyka jest mocno filozoficzna i bardzo barwna od strony językowej, a akcja porywa od pierwszych stron.


Twórczość Dukaja poznałem w liceum (opowiadanie w "fantastyce"). Już wtedy przeczuwałem, że będzie to jeden z lepszych polskich autorów z kręgu fantastyki. jaka jest "Córka łupieżcy"? Zadziwiające połączenie klimatów Lema, Sapkowskiego i... Dicka. Nie jest to najlepsza powieść autora, ale i tak trzyma wysoki poziom.


Ciekawa, głęboka i porywająca książka. Choć trzeba przyznać, że Dukaj ma dość ciężki styl.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2009

Wy­da­nie pierw­sze w tej edy­cji

Tekst opar­to na wy­da­niu: J. Du­kaj, Cór­ka łu­pież­cy, w: Wi­zje al­ter­na­tyw­ne 4, Olsz­tyn 2002.

Opie­ka re­dak­cyj­na se­rii
Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja i ko­rek­ta
Pa­weł Ciem­niew­ski, Pau­li­na Ma­ło­chleb, Mał­go­rza­ta Wój­cik

Ilu­stra­cja na okład­ce
Mi­chał Dzie­kan

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych
To­masz Ba­giń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na
Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2009
ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków
bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40
księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
fax: (+48-12) 430 00 96
tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04719-4

This city is an ogre squ­at­ting by the ri­ver
It gi­ves life but it ta­kes it away, my youth
The­re co­mes a time when you just can­not de­li­ver
This is a fact. This is a sto­ne cold truth. (…)
Amongst the cogs and the wi­res, my youth
Va­nil­la bre­ath and hand­so­me apes with gir­lish eyes
Dre­ams that roam be­twe­en truth and untruth
Me­mo­ries that be­co­me mon­stro­us lies
So on­ward! And On­ward! And On­ward I go!
On­ward! And Upward!

Nick Cave Do You Love Me? Part II

 

Potem przy­po­mni so­bie, że zna­ła to mia­sto — ze snów. Jego świa­tła i cie­nie, nie do po­my­le­nia z żad­ny­mi in­ny­mi, kształ­ty jego bu­dyn­ków wznie­sio­nych przed po­cząt­kiem cza­su, chrzęst pyłu pod no­ga­mi, gdy stą­pa jego uli­cą; na­wet za­pach po­wie­trza. Nie­któ­re wi­do­ki wy­wo­ły­wa­ły szcze­gól­nie sil­ny re­zo­nans. Czy nie spo­glą­da­ła już kie­dyś z tego miej­sca, nie za­dzie­ra­ła tak gło­wy? Pod Kru­czą Basz­tą, na Mo­ście Za­wró­co­nych, mię­dzy Dwu­ścia­na­mi. Tu. Tam. Sto­jąc, sie­dząc, klę­cząc, le­żąc. Z oczy­ma sze­ro­ko roz­war­ty­mi i usta­mi nie­do­mknię­ty­mi, na­prze­ciw trzem słoń­com, pię­ciu księ­ży­com, rów­ni­nom pur­pu­ro­wym, lo­do­wym cmen­ta­rzom, dy­mom wul­ka­nów, zo­rzom czar­nym — i tym bez­i­mien­nym me­tro­po­liom sta­ro­żyt­nym, ku któ­rym Mia­sto bez­u­stan­nie lgnie. Lgnie, przy­pły­wa, wtu­la się tę­sk­nie, chy­li cia­ło — znie­do­łę­że­niec ku ob­ję­ciom dziec­ka. Za­po­mniał tak­że wła­sne­go imie­nia. Pa­mięć gi­nie pierw­sza i te szcząt­ki, ja­kie po­zo­sta­ją, in­ten­cjo­nal­ne kon­fi­gu­ra­cje ma­te­rii… któż roz­szy­fru­je? Na­zy­wa­ją ich ar­che­olo­ga­mi, lecz w rze­czy­wi­sto­ści są bu­dow­ni­czy­mi prze­szło­ści, ar­ty­sta­mi ta­jem­nic. Zu­zan­na sta­ran­nie skon­stru­owa­ła wła­sną: te sny — tak się od­bi­ja­ją wspo­mnie­nia z naj­głęb­sze­go dzie­ciń­stwa, gdy oj­ciec za­bie­rał ją w se­kre­cie na noc­ne wy­ciecz­ki do Mia­sta. Czar­no­bro­dy gru­bas z małą dziew­czyn­ką na ra­mio­nach — wę­dro­wa­li tymi ale­ja­mi, po­ka­zy­wał jej, nie­ro­zu­mie­ją­cej, po­są­gi nie­ludz­kie i domy her­me­tycz­ne, za­ka­za­ne pi­sma, nie­wi­dzial­ne ma­lun­ki, strasz­ne kra­jo­bra­zy wszech­świa­ta. Jest już pew­na, że tak było, być mu­sia­ło, sny osta­tecz­nym do­wo­dem. Naj­bar­dziej zdra­dziec­ka ze wszyst­kich — ar­che­olo­gia pa­mię­ci.

NIECZUŁOŚĆ. Z SEJFÓW GŁĘBOKICH.
SPOJRZAŁA PONAD GROBEM

Zuzan­na Klajn skoń­czy­ła osiem­na­ście lat. W dzień swo­ich uro­dzin do­sta­ła od krew­nych i zna­jo­mych licz­ne pre­zen­ty, wszak­że te trzy, któ­re za­pa­mię­ta naj­le­piej, otrzy­ma­ła przed uro­dzi­na­mi i po­cho­dzi­ły one od osób, któ­re już lub jesz­cze nie żyły: ojca, pra­bab­ki i Ma­le­ny.

Ma­le­na zo­sta­ła po­czę­ta, lecz mia­ła przyjść na świat do­pie­ro w paź­dzier­ni­ku. Tym­cza­sem Zu­zan­na za­przy­jaź­ni­ła się z nią ser­decz­nie. Z ma­szy­ny chto­nicz­nej, w któ­rej się kry­sta­li­zo­wa­ła, lśni­ła się Ma­le­na Zu­zan­nie co wie­czór oraz nie­któ­ry­mi po­ran­ka­mi i w po­rze lun­chu. Za­zwy­czaj plot­ko­wa­ły bez­ce­lo­wo albo też opo­wia­da­ła Zu­zan­na nie­na­ro­dzo­nej ku­zyn­ce o swo­ich kło­po­tach; z ja­kie­goś po­wo­du ra­do­ści zda­wa­ły się jej bar­dziej in­tym­ne. Ma­le­na do­brze się czu­ła w świe­cie cie­ni i tro­chę się lę­ka­ła nie­uchron­ne­go ucie­le­śnie­nia.

— Coś ostre­go na pod­ło­dze. Albo jak się po­tknę; za­wsze mogę się po­tknąć, praw­da? Spaść skądś. Gdy­bym wy­chy­li­ła się przez tę ba­lu­stra­dę, przez wodę… Prze­cież nic by mnie nie ura­to­wa­ło.

— Ale dla­cze­go mia­ła­byś się tak wy­chy­lać? Mu­sia­ła­byś jesz­cze zejść po spa­dzie i do­pie­ro sko­czyć.

— Ale mo­gła­bym, praw­da? Mo­gła­bym. A wte­dy — cia­ło.

Na spół­kę z bliź­nia­ka­mi Ludo Zu­zan­na wy­naj­mo­wa­ła wą­ski apar­ta­ment na czter­dzie­stym czwar­tym pię­trze Wod­nej Wie­ży w el­fiej dziel­ni­cy Kra­ko­wa. Kra­kow­skie Wod­ne Wie­że wznie­sio­no przy sa­mej jej gra­ni­cy, za pa­sem buj­nej zie­le­ni. Wia­try były tu bar­dzo sil­ne, zwłasz­cza po re­kli­ma­ty­za­cji, nie­kie­dy cał­ko­wi­cie zry­wa­ły wod­ne ścia­ny, stoż­ko­we wy­so­ko­ściow­ce wy­glą­da­ły wów­czas ni­czym drzew­ce desz­czo­wych sztan­da­rów, rosa spa­da­ła na­wet ki­lo­metr da­lej. Wra­ca­jąc do domu na pie­cho­tę, rzad­ko do­cie­ra­ła Zu­zan­na do wo­do­spa­du bra­my cał­kiem su­cha — ale na tym mię­dzy in­ny­mi po­le­ga­ła kul­tu­ro­wa spe­cy­fi­ka Wież i ta­kie przy­zwy­cza­je­nia wy­mu­sza­ła el­fia dziel­ni­ca.

— Co — cia­ło? Te­raz to niby nie za­le­żysz od ma­te­rii?

Ma­le­na wy­dę­ła war­gi, z ob­ra­żo­ną miną prze­cho­dząc na dru­gi ko­niec ta­ra­su, gdzie wsko­czy­ła na kro­nicz­ny sto­lik i za­czę­ła na nim ste­po­wać do ryt­mu wo­do­spa­du.

Zu­zan­na lśni­ła ją już do­bre dwie go­dzi­ny, za­czy­na­ła bo­leć ją gło­wa.

— Każ­dy się ro­dzi — mruk­nę­ła, ga­sząc pa­pie­ro­sa. — Daj so­bie z tym spo­kój, jesz­cze wy­pra­cu­jesz całą ob­se­sję i bę­dzie trze­ba cię le­czyć z nie­mow­lę­cej so­ma­fo­bii.

— Ty to ser­ca nie masz! — krzyk­nę­ła Ma­le­na i wsko­czy­ła na ba­lu­stra­dę. Wod­na ścia­na spa­dła po przed­uro­dzo­nej ka­ska­da­mi, mo­men­tal­nie prze­ma­cza­jąc su­kien­kę i cią­gnąc w tył, nad spad i prze­paść. — Ego­ist­ka! Może i je­stem głu­pie dziec­ko, ale ty na­wet nie pró­bu­jesz się wczuć. Co z tego, że sama uro­dzi­łaś się na pu­sto? Odro­bi­nę em­pa­tii…! Ra­cja lo­gicz­na nie zwal­nia od współ­czu­cia. O!

— Czy ty wiesz, o któ­rej ja dzi­siaj wsta­łam? I kto tu mówi o współ­czu­ciu?

Ma­le­na ma­cha­ła rę­ko­ma, w za­pa­mię­ta­niu aż wy­sta­wia­jąc poza zęby wil­got­ny ję­zyk.

— W cie­le bym nig­dy… — mru­cza­ła, utrzy­mu­jąc rów­no­wa­gę na mo­krej po­rę­czy, gdy sto­py prze­su­wa­ły się cen­ty­metr za cen­ty­me­trem. — Po co mi cia­ło…

Z wnę­trza miesz­ka­nia do­bie­gły Zu­zan­nę gło­sy bliź­nia­ków, wo­ła­ły ją na ko­la­cję.

Ma­le­na ob­ró­ci­ła się i prze­ma­sze­ro­wa­ła po ba­lu­stra­dzie ku Zu­zan­nie.

— Mię­śnie by mi drża­ły — wy­li­cza­ła pod no­sem — błęd­nik oszu­ki­wał, po­ci­ła­bym się ze stra­chu…

— Przede wszyst­kim w ogó­le nie przy­szło­by ci do gło­wy tu wła­zić! — wark­nę­ła Zu­zan­na i ze­pchnę­ła Ma­le­nę poza wod­ną ścia­nę. Ki­cha­jąc gło­śno, za­koń­czy­ła lsen.

Przez kil­ka ko­lej­nych dni Ma­le­na dą­sa­ła się osten­ta­cyj­nie. Wresz­cie, po­nie­waż i tak zbli­ża­ły się uro­dzi­ny Zu­zan­ny, przy­lśni­ła się jej w nocy od­po­wied­nio gniew­na i ob­ra­żo­na i we­pchnę­ła w dło­nie owi­nię­ty czar­nym akry­lem pre­zent.

— Masz! Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go!

Zu­zan­na, w tym śnie-lśnie zu­peł­nie roz­ko­ja­rzo­na i bez świa­do­mo­ści snu, przy­ję­ła pre­zent w le­ni­wym zdu­mie­niu, na­wet nie po­dzię­ko­waw­szy. Po­trzą­snę­ła po­da­run­kiem: nic nie za­grze­cho­ta­ło. Miał kształt owal­ne­go pu­deł­ka. Za­czę­ła go roz­pa­ko­wy­wać, lecz tym­cza­sem sen wszedł w inną fazę i na resz­tę nocy za­po­mnia­ła o pre­zen­cie.

Kie­dy jed­nak rano lśni­ła pod prysz­ni­cem uak­tu­al­nio­ny har­mo­no­gram dnia przy­sła­ny z Licz sp. z o.o., za­uwa­ży­ła pu­deł­ko na pół­ce obok my­dła. Się­gnę­ła mo­krą dło­nią. Le­d­wo do­tknę­ła, wy­lśnił się cały pod­ręcz­nik użyt­kow­ni­ka. Słu­cha­ła, wy­cie­ra­jąc się i cze­sząc. Ten pre­zent to był sy­mu­la­tor pre­kon­cep­cyj­ny, już za­sa­dzo­ny w wy­ku­pio­nej przez Ma­le­nę od­po­wied­niej ma­szy­nie chto­nicz­nej. Zu­zan­na wie­dzia­ła, że ro­dzi­ce dają Ma­le­nie ja­kieś pie­nią­dze, to jed­nak nie był mały wy­da­tek — co praw­da nie­po­rów­na­nie mniej­szy od za­ku­pu fak­tycz­nej kry­sta­li­za­cji sie­ci lo­gicz­nej prze­kła­dal­nej na fi­zjo­lo­gię ludz­kie­go mó­zgu, ale jed­nak wie­lo­krot­nie więk­szy niż na­by­cie jed­nej z owych lsen­nych la­lek ad­ap­ta­tyw­nych: Bar­bie Ge­ne­ra­cji T. Taka sy­mu­la­cja, jak wy­ja­śnia­no w pod­ręcz­ni­ku, „z ze­wnątrz” była nie­odróż­nial­na od praw­dzi­we­go przed­uro­dzo­ne­go. Róż­ni­ce spro­wa­dza­ły się do uprosz­czeń tech­no­lo­gicz­nych: sy­mu­la­cji nie moż­na od­bić w mó­zgu pło­du, ale moż­na na niej te­sto­wać róż­ne wa­rian­ty oso­bo­wo­ścio­we, póki nie zde­cy­du­je­my, ja­kie wła­ści­wie dziec­ko chce­my skry­sta­li­zo­wać — po­tem do­ko­nu­je się kil­ku­eta­po­wej trans­la­cji, w trak­cie któ­rej zgi­nie mię­dzy in­ny­mi pa­mięć. Pod­czas gdy praw­dzi­wi przed­uro­dze­ni pa­mię­ta­ją wszyst­ko i cią­głość jest za­cho­wa­na na każ­dym po­zio­mie.

In­ten­cja, z jaką Ma­le­na ob­da­ro­wa­ła Zu­zan­nę sy­mu­la­cją pre­kon­cep­cyj­ną, była dość ła­twa do od­czy­ta­nia. Nie po raz pierw­szy spo­ty­ka­ły Klajn oskar­że­nia o nie­czu­łość. Sło­wa były róż­ne — „obo­jęt­na”, „zim­na”, „ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści”, „za­pa­trzo­na w sie­bie”, „mi­zan­trop­ka” — ale sens jed­na­ki. Uczci­wie mu­sia­ła przy­znać, że nig­dy nie na­le­ża­ła do osób naj­ła­twiej na­wią­zu­ją­cych zna­jo­mo­ści i za­wsze był mię­dzy nią a ludź­mi, mię­dzy nią a świa­tem ja­kiś do­dat­ko­wy dy­stans, któ­re­go nie do­strze­ga­ła u in­nych, coś ją od nich od­dzie­la­ło, mu­sia­ła się świa­do­mie zdo­by­wać na je­den wy­si­łek wię­cej. Być może u męż­czy­zny nie rzu­ca­ło­by się to tak w oczy; bo trud­no wska­zać ko­bie­tę, któ­ra nie mia­ła­by przy­najm­niej jed­nej „bli­skiej przy­ja­ciół­ki”. Na­to­miast Zu­zan­na nie czu­ła się do koń­ca człon­kiem żad­nej gru­py ani czę­ścią żad­ne­go związ­ku, na­wet w jej sto­sun­ku do Ka­mi­la było pew­ne chłod­ne wy­ra­cho­wa­nie: ta nie­ustę­pu­ją­ca świa­do­mość, iż nor­mal­ni lu­dzie tak wła­śnie się za­cho­wu­ją, nor­mal­ni lu­dzie się za­ko­chu­ją i żyją ra­zem — więc i ona po­win­na, praw­da?

Ubie­ra­jąc się do pra­cy, Klajn za­sta­na­wia­ła się, czy w ogó­le uru­cha­miać sy­mu­la­cję; czy po pro­stu nie od­sprze­dać pre­zen­tu, jak­kol­wiek nie­grzecz­ne by­ło­by to wo­bec ob­da­ro­wu­ją­cej. Bo ta­kich rze­czy nie da się po­tem po pro­stu „wy­łą­czyć”, chcąc nie chcąc, czło­wiek się przy­wią­zu­je, bu­du­je sie­ci emo­cjo­nal­ne, ży­cie jest ży­cie — do­brze wie­dzia­ła. Ob­ra­ca­jąc to wszyst­ko w gło­wie, zaj­rza­ła jesz­cze do sy­pial­ni bliź­nia­ków, by, jak co dzień, obu­dzić ich na czas do pra­cy. W nocy splą­ta­li się z błę­kit­ną po­ście­lą, tak że trud­no było rzec, do kogo na­le­ży któ­ra koń­czy­na. Zu­zan­na szarp­nę­ła za wszyst­kie nogi po ko­lei. Za­spa­ne dwu­na­sto­lat­ki wy­nu­rzy­ły się z błę­ki­tu, prze­kli­na­jąc Zu­zan­nę — jak co dzień.

W Licz pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra ob­lę­że­nia, po Pod­ziem­nym Świe­cie naj­wy­raź­niej prze­szła ko­lej­na fala pa­nicz­nych prze­czuć, po­śmiert­ni prze­rzu­ca­li ka­pi­tał w nie­spo­dzie­wa­ne in­we­sty­cje albo też do­ra­dza­li ta­kie ru­chy swo­im nie­umar­łym ory­gi­na­łom lub po­tom­kom, w każ­dym ra­zie od gę­stych lsnów oczy za­cho­dzi­ły ma­kle­rom ró­żo­wą krwią. Bó­stwa chto­nicz­ne za­wia­dy­wa­ły już po­śred­nio lub bez­po­śred­nio bli­sko jed­ną dwu­dzie­stą glo­bal­nej go­spo­dar­ki, a to sta­no­wi­ło wpływ bar­dzo zna­czą­cy, zwłasz­cza w Azji, gdzie od lat wszy­scy man­da­ry­ni par­tyj­ni i ge­ne­ra­ło­wie-mi­liar­de­rzy żyli w Cie­niu. Je­śli moż­na w ogó­le na­zy­wać to ży­ciem, bo Zu­zan­na nadal mia­ła wąt­pli­wo­ści. Pod­czas pierw­szej prze­rwy pa­pie­ro­so­wej ba­wi­ła się ma­chi­nal­nie lsen­nym pu­deł­kiem od Ma­le­ny, wciąż nie­zde­cy­do­wa­na. Za­czę­ło się po­wo­li roz­my­wać pod jej pal­ca­mi. Zbyt dużo lsnu, skon­sta­to­wa­ła, li­ba­ryt wy­płu­ku­je mi się już z krwi, trze­ba dać so­bie w żyłę.

Pre­zent od ojca przy­szedł pocz­tą elek­tro­nicz­ną. Nadaw­cą była bruk­sel­ska kan­ce­la­ria no­ta­rial­na. Że Zu­zan­na zo­sta­ła za­sko­czo­na, to mało po­wie­dzia­ne. Oj­ciec był mi­to­lo­gicz­ną be­stią jej dzie­ciń­stwa, nie my­śla­ła o nim in­a­czej, jak w ka­te­go­riach le­gen­dy, a i to je­dy­nie w sko­ja­rze­niu z ja­kąś ro­dzin­ną hi­sto­rią, nig­dy spon­ta­nicz­nie. A tu na­gle: wy­cho­dzi z ekra­nu, sia­da na biur­ku, dra­pie się po po­kry­tej czar­nym za­ro­stem bro­dzie.

— A więc nie żyję — rze­cze. — Je­śli nie je­stem mar­twy, to w każ­dym ra­zie nie je­stem też żywy; przy­najm­niej dla cie­bie. Taak. Nie wiem, czy mnie w ogó­le pa­mię­tasz, Zuz. To ja, tato. — Uśmie­cha się nie­pew­nie, mru­ga ło­bu­zer­sko. — Pa­mię­tasz? Na­gry­wam to na dzień przed two­imi trze­ci­mi uro­dzi­na­mi. Pew­ne wy­da­rze­nia… Two­ja mat­ka mia­ła ra­cję, ja nig­dy nie do­ro­snę. Masz te­raz osiem­na­ście lat, je­steś pew­nie bar­dziej od­po­wie­dzial­na ode mnie. A może nie? Mam na­dzie­ję, że… Wi­dzisz ten klucz? Od­bie­rzesz kar­tę z nim w Dru­gim Wło­skim w Rot­ter­da­mie na pod­sta­wie swo­je­go DNA. To mój pry­wat­ny klucz, prze­pi­sa­łem na nie­go wszyst­kie nie­oso­bo­we upraw­nie­nia. Zgłoś się po­tem do kra­kow­skiej fi­lii Abo­mi­na­do; kan­ce­la­ria Lip­szy­ca po­in­for­mu­je cię o pro­ce­du­rach spad­ko­wych i tym po­dob­nych… Boże, tak na­praw­dę to chciał­bym cię te­raz zo­ba­czyć. Jak wy­glą­dasz? Po­roz­ma­wiać z tobą. Jak się śmie­jesz? Uśmiech­nij się raz dla mnie, do­brze? By­łaś ta­kim ko­cha­nym dziec­kiem… No, już, wy­łą­czam się. Trzy­maj się, Zuz. Zbój is out.

Obej­rza­ła to chy­ba dzie­sięć razy. Na­wet Ma­te­usz ze sta­no­wi­ska obok zwró­cił uwa­gę.

— Kto to? — spy­tał.

— Mój oj­ciec.

— Skąd dzwo­nił?

— Nie żyje.

— O!

— Od lat.

— Ach.

— No wła­śnie.

Dwa pa­pie­ro­sy póź­niej nadal nie wie­dzia­ła, co o tym są­dzić. Spraw­dzi­ła szy­fry pocz­to­we nadaw­cy, ale wszyst­ko się zga­dza­ło, plik przy­szedł od bruk­sel­skie­go no­ta­riu­sza. Wie­rzy­ła, cho­ciaż nie wie­rzy­ła — ten męż­czy­zna, mru­ga­ją­cy do niej z pro­jek­cji… Więc  n a p r a w d ę  mia­ła ojca! Lecz trud­no po­wie­dzieć, żeby nią to prze­sła­nie zza gro­bu wstrzą­snę­ło, zde­ner­wo­wa­ło czy choć­by wzru­szy­ło — dzie­cin­nie zdu­mio­na, sie­dzia­ła i ro­bi­ła dziw­ne miny do swe­go od­bi­cia na wy­blan­ko­wa­nym ekra­nie. Czy on istot­nie mó­wił do niej „Zuz”? Czy w ogó­le za­cho­wa­ła ja­kie­kol­wiek wspo­mnie­nia o swo­im ojcu, czy też są to tyl­ko wspo­mnie­nia wy­obra­żeń o nim, zro­dzo­nych z opo­wie­ści mat­ki i krew­nych? Cóż, te­raz to już tak czy owak nie do roz­strzy­gnię­cia.

Spraw­dzi­ła roz­kład po­śli­zgó­wek do Rot­ter­da­mu. Dru­gi Bank Ita­lii był otwar­ty dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, czas nie sta­no­wił więc pro­ble­mu — zdą­ży­ła­by ob­ró­cić po pra­cy tam i z po­wro­tem. Je­śli już co­kol­wiek, to nie­po­ko­ił ją ra­czej fakt, że zgła­sza­jąc się tam po klucz, wy­peł­nia­ła­by śle­po plan owe­go czło­wie­ka — Jana Klajn — jej ojca — o któ­rym nie wie­dzia­ła nic.

Cóż niby mo­gło­by jej gro­zić w związ­ku z prze­ję­ciem pry­wat­ne­go klu­cza zmar­łe­go ro­dzi­ca? Daje się tu po­rwać fil­mo­wej pa­ra­noi; po­win­na się roz­czu­lać nad ro­dzin­ny­mi fo­to­gra­fia­mi, nie zaś do­cie­kać ukry­tych mo­ty­wów nie­bosz­czy­ka. A jed­nak — nie­po­kój.

W dro­dze do domu prze­lśni­ła się ciot­ce Ma­rian­nie. Na ostat­nich kro­plach li­ba­ry­tu po­łą­cze­nie było sła­be, pła­skie, nie czu­ła fak­tu­ry fo­te­li sa­mo­cho­du, któ­rym je­cha­ła ciot­ka, za­pach jej per­fum też był le­d­wo wy­czu­wal­ny; sły­sza­ła jed­nak wy­raź­nie.

— Te­sta­ment, na­praw­dę? W Bruk­se­li? A to by się zga­dza­ło, tam prze­cież wte­dy pra­co­wał.

— Ale dla­cze­go on w ogó­le coś ta­kie­go na­grał? Spo­dzie­wał się? Mu­siał się spo­dzie­wać. A prze­cież to był wy­pa­dek, praw­da?

— Mhm, no, nie­zu­peł­nie.

Ciot­ka Ma­rian­na ob­ró­ci­ła się ku Zu­zan­nie, pod­wi­ja­jąc pra­wą nogę i opie­ra­jąc się o drzwi sa­mo­cho­du. Wóz su­nął po ob­wod­ni­cy, ni­skie Słoń­ce roz­le­wa­ło się po spo­la­ry­zo­wa­nych szy­bach czer­wo­na­wy­mi akwa­re­la­mi. Ciot­ka pa­trzy­ła gdzieś po­nad ra­mie­niem Zu­zan­ny, pal­ca­mi o dłu­gich, se­le­dy­no­wych pa­znok­ciach roz­cze­su­jąc so­bie spły­wa­ją­ce na ra­mię wło­sy.

— Te­raz mi wy­ja­wisz strasz­ną ta­jem­ni­cę ro­dzin­ną — mruk­nę­ła Zu­zan­na.

— Och, nic ta­kie­go — za­śmia­ła się ciot­ka; nadal jed­nak nie pa­trzy­ła dziew­czy­nie w oczy. — Po pro­stu… No chy­ba cię okła­ma­ły­śmy. To zna­czy — nie świa­do­mie. Ro­zu­miesz, by­łaś mała, ile, czte­ry lat­ka? Daje się wów­czas od­po­wie­dzi naj­prost­sze, in­nych dzie­ci zwy­czaj­nie nie ro­zu­mie­ją.

— Ro­zu­mie­ją.

— Wiesz, o co mi cho­dzi! — zi­ry­to­wa­ła się ciot­ka i wresz­cie spoj­rza­ła na Zu­zan­nę. — Nor­mal­ne dzie­ci. W każ­dym ra­zie wte­dy nie ro­zu­mia­ły. No więc po­wie­dzie­li­śmy, że miał wy­pa­dek; a po­tem wi­dać nig­dy tego nie od­krę­ci­ła. A to jest praw­da. To zna­czy — tak jest w pa­pie­rach, ta­kie mu świa­dec­two zgo­nu wy­sta­wi­li: wy­pa­dek.

— A na­praw­dę?

— Na­praw­dę — nie wia­do­mo. Nie zna­le­zio­no cia­ła.

— Co wła­ści­wie się sta­ło?

Ma­rian­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Se­le­dy­no­we pa­znok­cie po­wę­dro­wa­ły ku wy­gię­tym gry­ma­śnie war­gom, gdy za­sta­na­wia­ła się nad sło­wa­mi.

— Nie wró­cił z ba­dań po­lo­wych. Czy ja­koś tak. Pew­nie wy­ko­pa­li­ska. Szu­ka­li go. Bez re­zul­ta­tu.

— Za­gi­nął więc. Gdzie?

Po­now­ne wzru­sze­nie ra­mion.

— Nie wiesz? — zdu­mia­ła się Zu­zan­na.

— Two­ja mat­ka pro­wa­dzi­ła przez lata praw­ną ba­ta­lię… Po­win­naś zna­leźć w jej pli­kach. Na­wet nie wiem, czy uzy­ska­ła ja­kieś kon­kret­ne od­po­wie­dzi. On zjeź­dził pół świa­ta, cza­sa­mi dzwo­nił z miejsc, któ­rych na­zwy na­wet wy­mó­wić się nie dało, co do­pie­ro za­pa­mię­tać i… Hej, gdzie ucie­kasz…?

Wbie­gła do Wod­nej Wie­ży z od­chy­lo­ną wstecz gło­wą, za­ci­ska­jąc pal­ca­mi noz­drza. Krwo­tok po­pla­mił bluz­kę. Po­win­na była być mą­drzej­sza, nie moż­na lśnić na su­cho. Przej­ście przez wod­ną kur­ty­nę nie­co ją otrzeź­wi­ło (wiał hal­ny i trój­kąt­ny spad głów­nej bra­my nie roz­dzie­lał ścia­ny sztucz­ne­go desz­czu).

Z bliź­nia­ków był w domu tyl­ko Bar­tek, sie­dział w sa­lo­nie nad ja­ki­miś pa­pie­ra­mi, na­wet nie uniósł gło­wy. Po­szła pro­sto do sie­bie.

Dwa po­ko­je: sy­pial­nia i bi­blio­te­ka, któ­ra była bi­blio­te­ką je­dy­nie z na­zwy, w isto­cie bar­dziej przy­po­mi­na­ła ma­ga­zyn, sta­ły tu kar­to­ny z rze­cza­mi ze sta­re­go miesz­ka­nia, do któ­rych roz­pa­ko­wa­nia nie mo­gła się Zu­zan­na zmu­sić od prze­pro­wadz­ki po śmier­ci mat­ki. Żad­na trau­ma, nic po­dob­ne­go; po pro­stu od­ru­cho­wo usta­wi­ła je w sto­sach pod ścia­ną, naj­pierw od­kła­da­jąc spra­wę do cza­su skoń­cze­nia stu­diów, po­tem — do zna­le­zie­nia pra­cy, a te­raz mó­wi­ła so­bie, że prze­pro­wa­dzi se­lek­cję, gdy bę­dzie się prze­no­sić do swo­je­go miesz­ka­nia, już wpła­ci­ła pierw­szą ratę. Była le­ni­wa, ot i całe po­wi­kła­nie psy­cho­lo­gicz­ne. Zmia­na za­zwy­czaj prze­gry­wa­ła u niej ze sta­tus quo — i stąd też, przy­pusz­cza­ła, bra­ło się jej za­nie­po­ko­je­nie li­stem ojca zza gro­bu. Po co re­wi­do­wać pa­mięć już ule­ża­ną, choć­by i fał­szy­wą? Te­raz i tak nie ma to prze­cież zna­cze­nia. A swę­dzi i pie­cze, i nie po­zwa­la prze­stać my­śleć.

Przy­siadł­szy na łóż­ku, wstrze­li­ła so­bie w żyłę na­bój wy­so­ko­trom­bo­cy­to­we­go li­ba­ry­tu. Po­trwa, za­nim od­po­wied­nio ro­zej­dzie się w or­ga­ni­zmie. ART do Rot­ter­da­mu mia­ła o dwu­dzie­stej dwa­na­ście, aku­rat czas, żeby coś prze­łknąć i prze­brać się sto­sow­nie. Może w elfi gar­ni­tur…? Kosz­to­wał ją całe dwie pierw­sze pen­sje, czę­sto go no­si­ła bez ofi­cjal­nej oka­zji, choć­by na spo­tka­nia z klien­ta­mi Licz; za­bie­ra­ła też ze sobą na wszyst­kie wy­jaz­dy, uspra­wie­dli­wio­na próż­ność to nie wada. Bar­dzo się so­bie w nim po­do­ba­ła: wy­glą­da­ła wów­czas pra­wie jak gwiaz­da biz­ne­su czy po­li­ty­ki, kro­nicz­ny ma­te­riał po­zo­sta­wał za­wsze nie­ska­zi­tel­nie bia­ły, za­wsze ide­al­nie się do­pa­so­wy­wał do fi­gu­ry, nie­omal wy­prze­dza­jąc ży­cze­nia i na­stro­je. No i ten do­tyk, bar­dziej mięk­ki od je­dwa­biu — el­fie ubra­nia wdzie­wa się na gołe cia­ło. Jak dziew­czyn­ka pierw­szy raz do­strze­ga­ją­ca w so­bie przed­miot po­żą­da­nia i eks­pe­ry­men­tu­ją­ca z for­ma­mi ko­bie­co­ści — prze­glą­da­ła się te­raz w na­drzwio­wym lu­strze: śnież­na biel ma­ry­nar­ki kon­tra­stu­ją­ca z trwa­le opa­lo­ną skó­rą, kształt de­kol­tu za­leż­ny od spo­so­bu za­pię­cia ha­ftek, czar­ne wło­sy spu­ścić na ple­cy czy upiąć wy­so­ko…? Od­wra­ca­jąc się od sza­fy, za­ha­czy­ła wzro­kiem o czar­ną pacz­kę od Ma­le­ny. Bez za­sta­no­wie­nia się­gnę­ła i szarp­nię­ciem otwo­rzy­ła pu­deł­ko. W środ­ku, oczy­wi­ście, nie było ni­cze­go. Mam­ro­cząc pod no­sem, wy­rzu­ci­ła je do śmie­ci.

Po­drep­ta­ła do kuch­ni na­sta­wić ro­bo­ta. Gdy sta­ła nad ekra­nem sie­men­so­we­go all-co­oka, nie­zde­cy­do­wa­na mię­dzy mię­sną piz­zą a Bar­dzo Zdro­wą Zie­le­ni­ną — w lek­kim mro­wie­niu pod­nie­bie­nia i opusz­ków pal­ców opadł ją lsen. Ocze­ki­wa­ła na nią roz­mo­wa z ad­re­su chto­nicz­ne­go. Ode­bra­ła na sztyw­nej lo­ka­cji. Ktoś za­pu­kał w uchy­lo­ne drzwi kuch­ni.

— Wejść! — krzyk­nę­ła przez ra­mię, za­twier­dza­jąc syn­te­zę piz­zy.

Ko­bie­ta ob­ję­ła ją od tyłu, ca­łu­jąc w po­li­czek.

— Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, ko­cha­nie.

Wy­ma­ni­cu­ro­wa­ne, dłu­gie pal­ce spo­czę­ły lek­ko na oboj­czy­ku — po­zna­ła ją po pier­ście­niach. Ob­rącz­ka, ru­bin, srebr­ny wę­zeł… bi­żu­te­ria dzie­więt­na­sto­wiecz­na. Iza­bel­la, bab­ka ojca, prze­pi­sa­ła się w Cień w wie­ku stu trzech lat — od­tąd nie opusz­cza­ła czter­dzie­ste­go roku ży­cia.

— Iza! Nie od­zy­wa­łaś się ostat­nio!

Uści­snę­ły się moc­no. Iza­bel­la od­su­nę­ła pra­wnucz­kę na od­le­głość wy­cią­gnię­tych ra­mion.

— Rze­czy­wi­ście, zbyt dłu­go chy­ba — pra­wie cię nie po­zna­łam.

— Co wła­ści­wie za­bie­ra ci tyle cza­su? My­ślał­by kto, że po śmier­ci czło­wiek może na­resz­cie od­po­cząć.

Iza­bel­la za­śmia­ła się gar­dło­wo.

— Wy­star­cza­ją­co na­od­po­czy­wa­łam się za ży­cia!

Przy ku­chen­nym sto­le wy­mie­nia­ły ostat­nie no­wi­ny. Zu­zan­na wrzu­ci­ła do pral­ki po­pla­mio­ną bluz­kę. Piz­zę ja­dła za po­mo­cą sztuć­ców, kro­jąc cia­sto na drob­niut­kie ka­wał­ki. Bab­ka opo­wia­da­ła, ge­sty­ku­lu­jąc dło­nią z pa­pie­ro­sem, pier­ście­nie tra­ci­ły blask za za­sło­ną si­ne­go dymu. Gdy usły­sza­ła o te­sta­men­cie swe­go wnu­ka, tyl­ko unio­sła brew.

Zu­zan­na co­raz czę­ściej po­pa­try­wa­ła na ze­ga­rek. W obec­no­ści Iza­bel­li za­dzwo­ni­ła po tak­sów­kę. Gdy pod­nio­sła się, by wło­żyć ta­lerz do zmy­war­ki, pra­bab­ka wsta­ła rów­nież.

— No, bo jesz­cze się prze­ze mnie spóź­nisz. Po­win­nam czę­ściej za­glą­dać… Nie­chże cię uca­łu­ję! Ach, za­po­mnia­ła­bym, a po­tem nie będę mieć cza­su — pro­szę, baw się do­brze.

— Co to jest?