PRAWDA - Terry Pratchett

PRAWDA

5,0

William de Worde jest przypadkowym wydawcą pierwszej gazety na Dysku. Musi sobie radzić z tradycyjnymi problemami dziennikarskiego życia - ludźmi, którzy chcą, by zginął, wampirem na odwyku, żywiącym samobójczą fascynację fotografowaniem z lampą błyskową, innymi ludźmi, którzy też chcą, by zginął, choć w inny sposób, oraz, co najgorsze, człowiekiem, który błaga go, by publikował zdjęcia jego ziemniaków o zabawnych kształtach.

Książka uznana  przez Rzeczpospolitą za bestseller roku 2007.

„Prawda” to czysta rozkosz. Jest bardzo, bardzo zabawna... Peter Ingham, The Times

Prawdziwa rozkosz czeka fanów Pratchetta w tej dwudziestej piątej powieści ze świata Dysku. Maggie Pringle, Daily Express

Płynna, ze skomplikowaną intrygą, a miejscami bardzo śmieszna. James Delingpole, Daily Telegraph

Terry Pratchett Urodził się 28 kwietnia 1948 roku w Beaconsfield. Jako autor opowiadań zadebiutował w wieku 13 lat. Już wtedy było oczywiste, że czeka go świetlana przyszłość. W 1965 roku zaczął pracować jako dziennikarz. W 1971 roku wydana została jego pierwsza powieść „The Carpet People”, a potem kolejne „The Dark Side of the Sun” (1976) i „Strata” (1981)... więcej >>

Dodaj komentarz


"Prawda" to już dwudziesty piąty tom opowiadania Pratchetta o niezwykłym Świecei Dysku. Jest to jedna z lepszych pozycji dziejących się w Świecie Dysku. Tym razem autor zabiera czytelników w podróż by pokazać im niezwykły świat prasy i redakcji gazety. Jak zwykle Terry Pratchett robi to ze swoim (dobrze nam znamym) poczuciem humoru. Znajdziemy tu wiele odwołań do kultury masowej, zabawne postacie i niezwykłe miejsca. Książkę czyta sieniesamowicie szybko i lekko i jest to jedna z lepszych w całym cyklu.


„Prawda” jest naprawdę dobra książką w dorobku Terry’ego Pratchetta. Napisana jak wykle świetnym stylem bawi, uczy i zmusza do myślenia. Nietuzinkowi bohaterowie, oryginalny pomysł na akcje sprawiają, iż lektura „Prawdy” jest prawdziwą przyjemnością. Po książkę powinni sięgnąć nie tylko fani autora, czy też wielbiciele fantastyki, ale wszyscy ci, którzy mają ochotę na chwilę dobrej zabawy wyśmienicie stworzonym świecie. Polecam bardzo.


Czy w prasie znajdziemy prawdę? Z założenia tak, w praktyce bywa różnie. Ta książka jest o prasie i dziennikarstwie. Ponieważ znajdujemy się w Świecie Dysku nie jest to zwykła prasa, ani zwykłe dziennikarstwo. Pogoń za tematem podobna jak w naszym świecie. Cała reszta jest już inna. Choćby to, że fotoreporterem jest wampir (kocha tą pracę mimo, że błysk flesza przyprawia go o alergię). Właśnie bohaterowie są największym atutem tej opowieści. Niezwykle barwni, wyraziści, wręcz absurdalni. Język oczywiście lekki, charakterystyczny dla Pratchetta. Autor wyczarował całkiem ciekawą historię.


Patachett, po prostu. On zawsze jest dobry.


Prawda... czasem potrafi zaboleć. Tutaj nie jest inaczej. Dziennikarze udowadniają, że są o wiele silniejsi niż niejedna broń. Nowe spojrzenie na prasę, a jakże, w końcu to Pratchett, a On na wszystko na nowe, inne, po prostu własne spojrzenie.


Co jest prawdą? Gdzie jest prawda? W azecie. Na pewno? W ŚD też są dziennikarze, a pióro jest mocniejsze niż miecz. Ciekawe satyryczne spojrzenie na działalność prasy. Niby nic nowego, a jednak.


Każda kolejna książka Pratchetta jest coraz lepsza. "No cóż... Nigdy nie wiadomo kiedy pojawi się ziemniak." - Książka równie zaskakująca co ten cytat.


To jedna z tych książek, które wyjaśniają nam to, co wydaje się, że wiemy. Prosta sprawa - druk. A o Gutenbergu cichutko.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

THE TRUTH

Copyright © Terry Pratchett 1999

This edition is published by arrangement with Transworld Publishers,

a division of the Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Copyright © Josh Kirby via Agentur Schlück GmbH

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7648-883-7

Warszawa 2012

Fantastyka

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

Notka autora

Czasami autor fantasy musi wskazać dziwne zjawiska rzeczywistości. Sposób, w jaki Ankh-Morpork radziło sobie z problemem powodzi, w niezwykły sposób przypomina metody zastosowane w mieście Seattle (stan Waszyngton) pod koniec dziewiętnastego wieku. Naprawdę. Pojedźcie tam i sami się przekonajcie. A przy okazji spróbujcie potrawki z małży.

SLONIE.TIF

Plotka rozprzestrzeniała się po mieście jak pożar (który rozprzestrzeniał się dość często, odkąd mieszkańcy Ankh-Morpork poznali znaczenie terminu „ubezpieczenie od ognia”).

Krasnoludy potrafią zmieniać ołów w złoto...

Wibrowała w cuchnącym powietrzu dzielnicy Alchemików, którzy od stuleci próbowali osiągnąć to samo, na razie bez sukcesów, ale byli pewni, że uda się już jutro, a najdalej w przyszły wtorek. W każdym razie nie później niż do końca miesiąca.

Wywoływała spekulacje wśród magów Niewidocznego Uniwersytetu, którzy wiedzieli, że można zamienić jeden pierwiastek w drugi, jeśli tylko człowiekowi nie przeszkadza, że następnego dnia zmieni się z powrotem, a w takim razie po co to komu? Poza tym większość pierwiastków jest całkiem zadowolona ze swego stanu.

Plotka przebiła się do poharatanych, opuchniętych, a czasem całkiem brakujących uszu Gildii Złodziei, gdzie ludzie ostrzyli już łomy. Kogo obchodzi, skąd się bierze złoto?

Krasnoludy potrafią zmieniać ołów w złoto...

Plotka dotarła do spokojnych, ale niewiarygodnie czułych uszu Patrycjusza, w dodatku szybko, ponieważ nie da się długo rządzić Ankh-Morpork, jeśli człowiek nie śledzi najnowszych wieści. Patrycjusz westchnął, zanotował ją i dołożył do bardzo wielu innych notatek.

Krasnoludy potrafią zmieniać ołów w złoto...

Plotka dotarła też do spiczastych uszu krasnoludów.

– Potrafimy?

– Nie mam pojęcia. Ja na przykład nie potrafię.

– No tak, ale gdybyś potrafił, i tak byś się nie przyznał. Ja bym się nie przyznał, gdybym potrafił.

– A potrafisz?

– Nie.

– Aha!

SLONIE_male

Plotka dotarła do uszu Nocnej Straży, a konkretnie oddziału pełniącego służbę przy bramie, o dziesiątej wieczorem w lodowatą noc. Służba przy bramie w Ankh-Morpork nie jest wymagająca. Polega głównie na machaniu ręką i przepuszczaniu wszystkiego, co zechce przejechać przez bramę, chociaż w ciemności i zimnej mgle ruch był minimalny.

Kulili się pod łukiem bramy i wspólnie palili jednego wilgotnego papierosa.

– Nie można zamienić czegoś w coś innego – stwierdził kapral Nobbs. – Alchemicy próbują to zrobić od lat.

– Ale na ogół potrafią zamienić budynek w dziurę w ziemi – zauważył sierżant Colon.

– O to mi właśnie chodzi – zgodził się kapral Nobbs. – Niemożliwe. To ma związek z pierwiastkami. Jeden alchemik mi tłumaczył. Wszystko jest zrobione z pierwiastków, tak? Ziemia, Woda, Powietrze, Ogień i... cóś. Powszechnie znany fakt. I we wszystkim one są wymieszane tak jak należy.

Zatupał, żeby trochę rozgrzać stopy.

– Gdyby dało się zmienić ołów w złoto, wszyscy by to robili – dokończył.

– Magowie to robią – przypomniał sierżant Colon.

– No wiesz, magia... – Nobby machnął ręką.

Duży wóz wytoczył się z żółtych oparów i wjechał w bramę, ochlapując Colona wodą z kałuży – obiektu charakterystycznego dla dróg przelotowych Ankh-Morpork.

– Przeklęte krasnoludy – mruknął Colon, gdy wóz odjechał w stronę miasta. Ale nie mruknął zbyt głośno.

– Sporo ich popychało ten wóz – stwierdził refleksyjnie kapral Nobbs.

Wóz, kołysząc się, zniknął za zakrętem.

– To pewnie całe to złoto.

– Ha. No tak. To by było na tyle.

SLONIE_male

Plotka dotarła również do uszu Williama de Worde i w pewnym sensie tam się zatrzymała, ponieważ sumiennie ją zanotował.

Na tym polegała jego praca. Lady Margolotta z Überwaldu posyłała mu za to pięć dolarów miesięcznie. Księżna wdowa Quirmu także posyłała mu pięć dolarów. I król Verence z Lancre oraz kilku innych arystokratów z Ramtopów. Podobnie szeryf Al Khali, choć w jego przypadku na płatność składało się pół wozu fig dwa razy w roku.

Ogólnie rzecz biorąc, uważał, że nieźle się urządził. Musiał tylko bardzo wyraźnie napisać jeden list, starannie przerysować go od tyłu na klocku bukszpanowego drewna, dostarczonego mu przez pana Cripslocka, grawera z ulicy Chytrych Rzemieślników, a potem zapłacić panu Cripslockowi dwadzieścia dolarów, by ostrożnie usunął drewno niebędące literami, a następnie wykonał odpowiednią liczbę odbitek na kartkach papieru.

Oczywiście, należało robić to uważnie, pozostawiając wolne miejsca po „Do mojego Szlachetnego Klienta” i podobnych sformułowaniach – później uzupełniał tekst ręcznie. Ale nawet po odjęciu kosztów wciąż pozostawała mu większa część trzydziestu dolarów za jeden dzień pracy w miesiącu.

Młody człowiek pozbawiony licznych zobowiązań mógł w Ankh-Morpork żyć skromnie za trzydzieści do czterdziestu dolarów miesięcznie. Zawsze sprzedawał figi, bo choć można przeżyć, żywiąc się figami, po krótkim czasie człowiek zaczyna tego żałować.

Zawsze też trafiały się zarabiane tu czy tam dodatkowe kwoty. Świat listów był regionem zamkniętym dla wielu obywateli Ankh-Morpork, uważających je za tajemnicze płaskie obiekty. Jeśli jednak potrzebowali przelać coś na papier, wielu z nich wchodziło po skrzypiących schodach obok szyldu „William de Worde: Zapisywanie Rzeczy”.

Na przykład krasnoludy. Krasnoludy zawsze szukały pracy w mieście, a po przybyciu natychmiast wysyłały do domu list mówiący o tym, jak doskonale sobie radzą. Zdarzało się to tak regularnie – nawet jeśli konkretnemu krasnoludowi szczęście do tego stopnia nie sprzyjało, że musiał zjeść własny hełm – że William zamówił u pana Cripslocka kilkadziesiąt typowych listów, które należało uzupełnić tylko w kilku wolnych miejscach, by stały się całkiem akceptowalne.

Kochający krasnoludzi rodzice w całych górach czule przechowywali listy wyglądające mniej więcej tak:

Kochani [Mamo & Tato]

No więc dotarłem tu bez kłopotów i zatrzymałem się, przy [Kogudziobnej 109, Mroki, Ankh-Morpork]. Wszystko dobrze. Mam dobrą posadę pracuyę, dla [p. G.S.P. Dibblera, przedsiębiorcy handlowego] i będę yuż niedługo zarabiał dużo pieniędzy. Pamiętam wszyskie wasze dobre porady, nie piyę, w barach i się nie zadayę ze Trollami. No i to hyba tyle, muszę iźć, mam nadzieyę, że niedługo znóf zobaczem was i [Emelię], wasz kochayący syn

[Tomas Złamobrew]

... który zwykle chwiał się nieco, kiedy dyktował. To było łatwo zarobione dwadzieścia pensów, a w ramach usługi dodatkowej William starannie dobierał ortografię, by odpowiadała klientowi, i pozwalał wybierać własną interpunkcję.

Tego konkretnego wieczoru, kiedy deszcz ze śniegiem spływał rynnami na zewnątrz jego kwatery, William siedział w malutkim gabinecie nad Gildią Iluzjonistów i pisał starannie, nieuważnie słuchając smętnego, ale skrupulatnego katechizmu przyszłych iluzjonistów z kursu wieczorowego, odbywającego się w sali na dole.

– ...uważajcie. Gotowi? Dobrze. Jajko. Kieliszek...

– Jajko. Kieliszek – powtarzała apatycznie klasa.

– ...Kieliszek. Jajko...

– Kieliszek. Jajko.

– ...Magiczne słowo...

– Magiczne słowo...

– Fazammm. I gotowe. Ahahahahaha...

– Faz-ammm. I gotowe. Aha-ha-ha-ha-ha...

William sięgnął po następną kartkę, zaostrzył świeże pióro, przez chwilę wpatrywał się w ścianę, po czym napisał, co następuje:

# I w końcu, z zabawniejfych wieści, mówi się, że Krasnoludy potrafią Zmienić Ołów w Złoto. Nikt nie wie, skąd się owa plotka wzięła, a Krasnoludy chodzące po Mieście w swych słufnych sprawach witane są okrzykami jak na przykład „Hola, kurduplu, pokaż no, jak zrobić trochę złota!”, choć czynią tak jedynie Nowo Przybyli, gdyż wfyscy tu wiedzą, co się dzieje, kiedy nazwać Krasnoluda „kurduplem”, tzn. jest się Martwym.

Twój uniżony Sługa, William de Worde

Zawsze lubił kończyć swoje listy jakimś weselszym akcentem.

Sięgnął po klocek bukszpanu, zapalił drugą świecę i ułożył list na drewnie tekstem w dół. Szybkie potarcie wypukłą stroną łyżki przeniosło atrament na drewno, a trzydzieści dolarów oraz dość fig, żeby człowieka poważnie zemdliło, stały się pewne jak w banku.

Jeszcze dziś wieczorem podrzuci to do pana Cripslocka, a kopie odbierze jutro po spokojnym lunchu. Przy odrobinie szczęścia w połowie tygodnia powinny już być wysłane.

William włożył płaszcz, owinął drewno w nawoskowany papier i wyszedł w zimną noc.

SLONIE_male

Świat zbudowany jest z czterech elementów: Ziemi, Powietrza, Wody i Ognia. To fakt dobrze znany nawet kapralowi Nobbsowi. A także błędny. Istnieje również piąty element, zwany ogólnie Niespodzianką.

Na przykład: krasnoludy znalazły metodę przemiany ołowiu w złoto, ale czyniły to trudniejszym sposobem. Różnica między nim a łatwym sposobem polega na tym, że trudny działa.

SLONIE_male

Krasnoludy pchały swój przeładowany, skrzypiący wóz wzdłuż ulicy, wytrzeszczając oczy we mgle. Lód tworzył się na wozie, sople zwisały im z bród.

Wystarczyłaby jedna zamarznięta kałuża.

Dobra stara pani Fortuna... Można na niej polegać.

SLONIE_male

Mgła zgęstniała, zmieniając każde światło w mętnie lśniącą plamę i tłumiąc wszystkie odgłosy. Dla kaprala Nobbsa i sierżanta Colona stało się oczywiste, że żadna horda barbarzyńców raczej nie włączy inwazji na Ankh-Morpork w swoje plany podróżne tego wieczora. Strażnicy nie mieli do nich żalu.

Zamknęli bramę. Nie była to czynność tak dramatyczna, jak mogłoby się wydawać, jako że klucze zginęły gdzieś już dawno. Spóźnieni podróżni zwykle rzucali kamykami w okna domów zbudowanych na szczycie muru, aż trafili na znajomego, który podnosił sztabę. Zakładano, że obcy najeźdźcy nie będą wiedzieli, w które okna rzucać kamykami.

Następnie obaj strażnicy powlekli się przez błoto i topniejący śnieg do Bramy Wodnej, przez którą rzeka Ankh miała szczęście wlewać się do miasta. Woda była niewidoczna w mroku, ale niekiedy dryfował pod parapetem widmowy kształt kry lodowej.

– Chwila – rzucił Nobby, kiedy chwycili za kołowrót kraty. – Ktoś tam jest na dole.

– W rzece? – zdziwił się Colon.

Zaczął nasłuchiwać. Daleko w dole usłyszał skrzypienie wioseł.

Zwinął dłonie przy ustach i wydał tradycyjny okrzyk policyjnego wezwania:

– Hej! Ty!

Na chwilę zapadła cisza; słychać było tylko wiatr i szum wody. Potem odezwał się głos.

– Tak?

– Atakujecie miasto czy co?

Znowu chwila milczenia. I:

– Co?

– Co co? – Sierżant Colon podniósł stawkę.

– Jakie były inne możliwości?

– Nie gadaj mi tu głupot... Czy wy, tam na dole, w łódce, atakujecie miasto?

– Nie.

– To w porządku – ucieszył się Colon, który w taką noc chętnie wierzył ludziom na słowo. – No to ruszajcie się, bo zaraz opuszczamy kratę.

Po chwili wiosła zachlupotały, a ich skrzypienie ucichło w dole rzeki.

– Myślisz, że to wystarczy tak ich zwyczajnie zapytać? – odezwał się Nobby.

– Przecież powinni wiedzieć – odparł Colon.

– No tak, ale...

– To była malutka łódka wiosłowa, Nobby. Oczywiście, jeśli masz ochotę schodzić na sam dół po tych ślicznie oblodzonych stopniach, aż na nabrzeże...

– Nie, sierżancie.

– No to wracajmy na komendę.

SLONIE_male

William podniósł kołnierz płaszcza, spiesząc do Cripslocka, grawera i rytownika. Zatłoczone zwykle ulice były puste. Tylko najpilniejsze sprawy skłaniały dzisiaj ludzi do wyjścia. Zapowiadała się bardzo paskudna zima, mieszanina marznącej mżawki, śniegu i wiecznie obecnego, wiecznie się kłębiącego smogu Ankh-Morpork.

Wzrok Williama przyciągnęła niewielka plama światła w pobliżu Gildii Zegarmistrzów. W blasku widoczna była niska, przygarbiona sylwetka.

Podszedł bliżej.

– Gorąca kiełbaska? – zaproponował głos brzmiący tak, jakby stracił wszelką nadzieję. – W bułce?

– Pan Dibbler? – upewnił się William.

Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, najbardziej przedsiębiorczo pechowy biznesmen Ankh-Morpork, przyjrzał się Williamowi ponad swą przenośną tacą do gotowania kiełbasek. Płatki śniegu syczały w krzepnącym tłuszczu.

William westchnął.

– Pracuje pan do późna, panie Dibbler – stwierdził grzecznie.

– Ach, to pan Word. Czasy są ciężkie w branży handlu gorącymi kiełbaskami.

– Trudno związać koniec z mięsem, co? – zapytał William.

Nie mógłby się powstrzymać nawet za sto dolarów i cały statek fig.

– Wyraźny krach na rynku spożywczym – przyznał Dibbler, zbyt głęboko pogrążony w smutku, żeby cokolwiek zauważyć. – Trudno ostatnio znaleźć kogoś chętnego do zakupu kiełbaski w bułce.

William przyjrzał się tacy. To, że Gardło Sobie Podrzynam Dibbler sprzedawał gorące kiełbaski, było pewnym znakiem, że jego bardziej ambitne przedsięwzięcie znowu poszło śladem zgniłych wahoonie. Handel gorącymi kiełbaskami z tacy był stanem podstawowym egzystencji Dibblera, który przez cały czas usiłował wznieść się ponad niego i bezustannie do niego wracał, kiedy najnowszy interes się rozsypywał. Właściwie szkoda, ponieważ Dibbler był doskonałym sprzedawcą gorących kiełbasek. Musiał być, biorąc pod uwagę owych kiełbasek naturę.

– Powinienem zdobyć porządne wykształcenie, jak pan – oświadczył przygnębiony Dibbler. – A potem miła robota pod dachem, bez dźwigania ciężarów. Mógłbym znaleźć swojego nicza, gdybym odebrał wykształcenie.

– Nicza?

– Któryś z magów mi o nich opowiedział. Wszystko ma swojego nicza. No wie pan... Takie miejsce, gdzie powinno być. Do czego się nadaje...

William pokiwał głową. Znał się na słowach.

– Niszę? – upewnił się.

– Coś podobnego, tak. – Dibbler westchnął. – Przegapiłem semafory. Po prostu nie zauważyłem, że to będzie szał. A potem ani się obejrzałem, a każdy miał już firmę sekarową. Wielkie pieniądze. Za wielkie jak na mój gust. Ale mogło mi się udać z Fungiem Szują. Zwyczajny pech.

– Naprawdę poczułem się lepiej, kiedy ustawiłem krzesło w innym miejscu – zapewnił go William.

Ta rada kosztowała go dwa dolary, wraz z zaleceniem, by zamykał klapę od wygódki, żeby Smok Nieszczęśliwości nie wleciał mu w siedzenie.

– Był pan moim pierwszym klientem i jestem za to wdzięczny – rzekł Dibbler. – Wszystko już miałam przygotowane, gongi Dibblera, lusterka Dibblera, forsa tylko czekała... To znaczy, wszystko było już ułożone dla osiągnięcia maksymalnej harmonii, ale wtedy... bęc! Zła karma znów na mnie spadła.

– No ale pan Passmore dopiero po tygodniu znowu mógł chodzić – przypomniał William.

Przypadek drugiego klienta Dibblera okazał się bardzo użyteczny dla jego listu z wieściami, co poniekąd wyrównało stratę tych dwóch dolarów.

– Skąd mogłem wiedzieć, że Smok Nieszczęśliwości naprawdę istnieje? – poskarżył się Dibbler.

– Bo chyba go nie było, dopóki pan go nie przekonał, że jest.

Dibbler poweselał trochę.

– Co tam. Można mówić, co się chce, ale zawsze dobrze mi szła sprzedaż idei. Czy zdołam pana przekonać do idei, że kiełbaska w bułce jest właśnie tym, czego obecnie pan pragnie?

– Właściwie muszę zanieść to do... – zaczął William i wytężył słuch. – Zdaje się, że ktoś krzyczał...

– Mam gdzieś tutaj zimne paszteciki z mięsem. – Dibbler pogrzebał na tacy. – Mogę zaproponować przekonująco okazyjną cenę na...

– Na pewno coś słyszałem – przerwał mu William.

Dibbler nastawił ucha.

– Coś jakby turkotanie?

– Tak.

Wpatrywali się w skłębione opary przesłaniające Broad-Way.

Które to opary całkiem nagle stały się wielkim wozem przykrytym brezentem, sunącym niepowstrzymanie i bardzo szybko...

– Zatrzymać prasę!

Ten okrzyk William jeszcze usłyszał, zanim coś wyskoczyło z ciemności i trafiło go między oczy.

SLONIE_male

Reszta w pełnej wersji

Spis treści
Okładka
Notka autora
Tekst