Nauka Świata Dysku I - Terry Pratchett,Jack Cohen,Ian Stewart

Nauka Świata Dysku I

0,0

W fantastycznej rzeczywistości Świata Dysku wszystko działa w zgodzie z magią i zdrowym rozsądkiem. Świat jest płaski a szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Nasz świat jest zupełnie inny – jego funkcjonowaniem rządzą prawa, zasady i reguły. Wystarczy jednak nieco uważniej się przyjrzeć, aby stwierdzić, iż w wielu przypadkach są one znacznie mniej jednoznaczne i przejrzyste niż te ze Świata Dysku. Ot, weźmy na przykład fizykę cząstek elementarnych...

Ian Stewart, Jack Cohen i Terry Pratchett połączyli swe talenty, by opowiedzieć historię o wszechświecie widzianym z zewnątrz. Z bardzo zewnątrz. Z najbardziej zewnętrznego zewnątrz, jakie można sobie wyobrazić. Oglądany z tej perspektywy, okazuje się równie magiczny jak dowolny świat na dowolnym żółwiu.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Nauka Świata Dysku I

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
* * *
Od tłumacza
Opowieść zaczyna się tutaj
1 Rozbicie thaumu
2 Nauka z kortu
3 Znam swoich magów
4 Nauka i magia
5 Projekt „Świat Kuli”
6 Rozpoczynanie i stawanie się
7 Poza piątym pierwiastkiem
8 Jesteśmy gwiezdnym pyłem (a przynajmniej byliśmy w Woodstock)
9 Pij gorącą naftę, psie!
10 Kształt rzeczy
11 Nie ufaj zakrzywionym wszechświatom
12 Skąd się biorą reguły?
13 Nie, tego nie może robić
14 Dyskowe Światy
15 Świt świtu
16 Ziemia i ogień
17 Skafander z zaklęć
18 Powietrze i woda
19 Nadchodzi przypływ...
20 Wielki krok ludzkości
21 Światło, przy którym widać ciemność
22 Rzeczy, których nie ma
23 Żadnej możliwości życia
24 A mimo to...
25 Dobór nienaturalny
26 O pochodzeniu Darwina
27 Potrzebujemy więcej kleksów
28 Nadchodzi lodowiec
29 Wielki krok w bok
30 Uniwersalne i lokalne
31 Przyszłość to traszka
32 Dziewięć razy na dziesięć
33 Wciąż te przeklęte jaszczurki
34 Zagłada dinozaurów
35 Wstecznicy
36 Ssaki naprzód!
37 Nie graj boga
38 Myśl kolonijna
39 Uuk: Odyseja kosmiczna
40 Extel Outside
41 Beczenie trwa
42 Metody opuszczenia planety
43 Niezbędne jest chelonium
44 Eden i Avalon
45 Jako w górze, tak i na dole
Index
Karta redakcyjna

Terry Pratchett

Ian Stewart

Jack Cohen

Nauka Świata Dysku I

Fragment

Przełożył
Piotr W. Cholewa
 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Każda dostatecznie zaawansowana technologia

jest nieodróżnialna od magii.

Arthur C. Clarke

Każda technologia odróżnialna od magii

jest niedostatecznie zaawansowana.

Gregory Benford

Przyczyną, dla której prawda wydaje się o wiele dziwniejsza

od fikcji, jest to, że nie wymaga się, by była logiczna.

Mark Twain

Nigdzie nie ma żadnych żółwi.

Myślak Stibbons

Od tłumacza

Tłumacz dziękuje za pomoc

Anecie Baran, Tomaszowi Brzezińskiemu,

Jackowi Drewnowskiemu, Rafałowi Hyli, Marcinowi Jagodzińskiemu,

Tomaszowi Mazurowi, Michałowi Mierzwie, Ewie Pawelec,

Szymonowi Sokołowi i Danielowi Tarce.

Opowieść zaczyna się tutaj

Dawno, dawno temu istniał sobie Świat Dysku. I wciąż istnieje w dostatecznej liczbie.

Świat Dysku jest płaski i sunie przez kosmos na grzbiecie ogromnego żółwia; stał się inspiracją dla – jak dotąd – dwudziestu pięciu powieści, czterech map, encyklopedii, dwóch seriali animowanych, koszulek, szalików, modeli, plakietek, piwa, haftów, długopisów, plakatów i prawdopodobnie – zanim ta książka ukaże się drukiem – także pudru i dezodorantu (jeśli nie, to tylko kwestia czasu).

Krótko mówiąc, zyskał niezwykłą popularność.

W dodatku Świat Dysku funkcjonuje dzięki magii.

Świat Kuli – nasza ojczysta planeta, a przez rozszerzenie obserwacji także wszechświat, w którym istnieje – funkcjonuje zgodnie z regułami. Tak naprawdę to po prostu funkcjonuje. Ale przyglądamy się jego działaniu, a te obserwacje i oparte na nich dedukcje są fundamentem nauki.

Magowie i uczeni z pozoru bardzo się od siebie różnią. To oczywiste, że grupa ludzi, którzy dziwacznie się ubierają, żyją we własnym świecie, mówią specyficznym językiem i często wygłaszają stwierdzenia wydające się naruszać zdrowy rozsądek, nie ma absolutnie nic wspólnego z grupą ludzi, którzy często dziwacznie się ubierają, mówią specyficznym językiem, żyją... hm...

Może spróbujmy inaczej. Czy istnieje związek między nauką a magią? Czy magia Świata Dysku z jego ekscentrycznymi magami, rozsądnymi czarownicami, upartymi trollami, smokami ziejącymi ogniem, gadającymi psami i osobową (osobowym) ŚMIERCIĄ, rzuca jakieś światło na surową, racjonalną, solidną ziemską naukę?

Sądzimy, że tak.

Wyjaśnimy to za chwilę. Najpierw jednak chcielibyśmy zaznaczyć, czym Nauka Świata Dysku nie jest. Ostatnio pojawiło się na rynku kilka książek związanych z filmami, książek typu Nauka czegoś... – takich jak The Science of X-Files (Nauka Archiwum X) czy The Physics of Star Trek (dosł. Fizyka Star Treka, wydana po polsku jako Fizyka podróży międzygwiezdnych). Opisują te obszary współczesnej nauki, które pewnego dnia mogą stworzyć przedstawione w filmach urządzenia czy zjawiska. Czy obcy rzeczywiście lądowali awaryjnie w Roswell? Czy można zbudować napęd nadświetlny? Czy pojawią się kiedykolwiek superpojemne baterie, jakie Scully i Mulder muszą wykorzystywać w swoich latarkach?

Moglibyśmy pójść tą drogą. Moglibyśmy na przykład wskazać, że teoria Darwina tłumaczy, jak niższe formy życia ewoluują w wyższe, wobec czego całkiem rozsądna wydaje się przemiana człowieka w orangutana (który pozostał jednak bibliotekarzem, jako że nie ma formy życia wyższej niż bibliotekarz). Moglibyśmy spekulować, jakie sekwencje DNA potrafią sensownie wymusić azbestową wyściółkę wnętrzności smoków. Moglibyśmy nawet próbować wyjaśniać, jak powstał długi na tysiące kilometrów żółw.

Postanowiliśmy tego nie robić – z ważnego powodu. Właściwie z dwóch powodów.

Przede wszystkim byłoby to... no... głupie.

A to z drugiego powodu. Świat Dysku nie podąża drogą nauki. Po co udawać, że mógłby? Smoki zioną ogniem nie dlatego, że mają azbestowe płuca – zioną ogniem, ponieważ wszyscy wiedzą, że tak właśnie powinny się zachowywać.

Światem Dysku kieruje coś głębszego niż zwykła magia, coś potężniejszego od bezbarwnej nauki. To imperatyw narracyjny, siła opowieści. Odgrywa rolę podobną do substancji znanej jako flogiston. Kiedyś wierzono, że jest on elementem czy substancją zawartą we wszystkich materiałach palnych, która pozwala im się palić. W uniwersum Dysku jest to narrativum. Występuje w spinie każdego atomu, w torze każdej chmury. Sprawia, że są tym, czym są, że istnieją i uczestniczą w rozwijającej się opowieści o świecie.

W Świecie Kuli rzeczy zdarzają się, ponieważ chcą się zdarzyć[1]. To, czego chcą lub nie chcą ludzie, nie ma większego znaczenia w schemacie rzeczy; wszechświat nie istnieje po to, by opowiedzieć historię.

Z pomocą magii można zmienić żabę w księcia. Z pomocą nauki można zmienić żabę w doktora nauk, ale ów doktor nauk wciąż pozostaje tą samą żabą, od której zaczęliśmy.

Taki jest powszechny pogląd na naukę Świata Kuli. Nie dostrzega się przy tym znacznej części tego, dzięki czemu nauka naprawdę działa. Nauka nie istnieje abstrakcyjnie. Można przemielić wszechświat na cząstki składowe i nie znaleźć nawet śladu Nauki. Nauka jest strukturą stworzoną i rozwijaną przez ludzi. A ludzie sami wybierają, co ich interesuje, co uważają za istotne. I często myślą w sposób narracyjny.

Narrativum to potężna substancja. Zawsze mieliśmy skłonność, by nanosić na uniwersum opowieści. Kiedy istoty ludzkie pierwszy raz spojrzały w gwiazdy, które są wielkimi, ognistymi słońcami położonymi niewyobrażalnie daleko, zobaczyły wśród nich wielkie byki, smoki i miejscowych bohaterów.

Ta ludzka skłonność nie wpływa na to, co mówią reguły, ale określa, które z reguł mamy ochotę rozważać. Co więcej, zasady wszechświata muszą umożliwić wszystko, co ludzie potrafią zaobserwować, a to wprowadza imperatyw narracyjny także do nauki. Ludzie myślą historiami. Klasycznie, sama nauka była odkrywaniem tych historii. Wystarczy przypomnieć sobie różne książki, jak na przykład Historia ludzkości, O pochodzeniu człowieka czy – skoro już o tym mowa – Krótka historiaczasu.

Jednak poza – i ponad – opowieściami nauki Świat Dysku może odegrać o wiele ważniejszą rolę: „A gdyby?”. Możemy go wykorzystać jako eksperyment myślowy, wyobrazić sobie, jak wyglądałaby nauka, gdyby wszechświat był inny albo gdyby historia nauki podążyła inną ścieżką. Możemy spojrzeć na naukę z zewnątrz.

Dla naukowca eksperyment myślowy to doświadczenie, które może przeprowadzić w głowie; dzięki niemu tak dobrze rozumie, co naprawdę się dzieje, że nie musi już wykonywać prawdziwych eksperymentów, co oczywiście pozwala zaoszczędzić sporo czasu i pieniędzy, a także chroni przed uzyskaniem wyników, które irytująco nie pasują do teorii. Świat Dysku prezentuje bardziej praktyczne podejście – tam eksperyment myślowy to ten, którego nie można wykonać, a i tak by się nie udał, gdyby nawet próbować. Ale my planujemy w tej książce taki eksperyment, jaki naukowcy przeprowadzają przez cały czas, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I nie trzeba go wykonywać naprawdę, ponieważ by się nie udał. Wiele najważniejszych problemów w nauce i w naszym jej rozumieniu nie dotyczy tego, czym wszechświat jest naprawdę. Dotyczy tego, co by się stało, gdyby był inny.

Ktoś pyta: „Dlaczego zebry tworzą stada?”. Można na to odpowiedzieć, analizując socjologię zebr, ich psychologię i tak dalej... Albo można zadać pytanie innego rodzaju: „Co by się stało, gdyby nie tworzyły?”. Jedna z dość oczywistych odpowiedzi brzmi: „Ryzyko pożarcia przez lwy byłoby wtedy o wiele większe”. To natychmiast sugeruje, że zebry zbierają się w stada dla wzajemnej obrony. Zaczynamy rozumieć zachowanie zebr, rozważając przez chwilę możliwość, że zachowują się całkiem inaczej.

Innym, poważniejszym przykładem jest pytanie: „Czy Układ Słoneczny jest stabilny?”, co oznacza: „Czy mógłby drastycznie się zmienić w rezultacie jakiegoś maleńkiego zakłócenia?”. W 1887 roku król Szwecji, Oscar II, wyznaczył nagrodę 2500 koron za rozwiązanie tego problemu. Matematycy potrzebowali około stu lat, by wreszcie uzyskać pewną odpowiedź: „Być może”. (Była to dobra odpowiedź, ale nie dostali za nią pieniędzy. Nagrodę wręczono już komuś, kto odpowiedzi nie uzyskał i w nagrodzonym artykule popełnił poważny błąd akurat w najciekawszej części. Kiedy własnym kosztem starał się błąd poprawić, wymyślił teorię chaosu i otworzył drogę dla „być może”. Czasami najlepszą odpowiedzią jest jeszcze ciekawsze pytanie). Ale nam chodzi o to, że stabilność nie jest tym, co system naprawdę robi; jest stwierdzeniem, jak mógłby się zmienić w wyniku zakłócenia. Stabilność, z definicji, zajmuje się „a gdyby”.

Ponieważ znaczna część nauki dotyczy naprawdę tego nieistniejącego świata eksperymentów myślowych, nasze rozumienie nauki musi obejmować światy nie tylko realne, ale też wyobrażone. Nie zwykła inteligencja, lecz raczej wyobraźnia jest cechą prawdziwie ludzką. A czy jest lepszy świat wyobraźni, od którego moglibyśmy zacząć, niż Świat Dysku? Świat Dysku to spójne, dobrze rozwinięte uniwersum, z własnym zestawem reguł i przekonująco realnymi bohaterami żyjącymi tam właśnie, mimo znaczących różnic między zasadami ich i naszego wszechświata. Wielu z nich dysponuje też bogatymi zasobami „zdrowego rozsądku”, jednego z naturalnych wrogów nauki.

W kanonicznych dziełach o Dysku regularnie pojawiają się budynki i grono profesorskie Niewidocznego Uniwersytetu, głównej uczelni magicznej. Magowie[2] to pełna entuzjazmu gromada, zawsze gotowa otworzyć dowolne drzwi, na których wypisano: „Te drzwi mają pozostać zamknięte”, albo chwycić coś, co właśnie zaczęło syczeć. Uznaliśmy więc, że mogą być użyteczni...

Jeśli my – czy też oni – porównamy magię Dysku z nauką Kuli, znajdziemy wiele podobieństw i analogii. Magowie z Niewidocznego Uniwersytetu nie bez powodu uważają, że nasz świat jest parodią Dysku.

A jeśli nawet nie znajdziemy podobieństw, przekonamy się, że różnice także są niezwykle pouczające. Nauka zaczyna inaczej wyglądać, jeśli przestajemy zadawać pytania typu: „Jak wygląda DNA traszki?”, a zamiast tego spytamy: „Jak magowie przyjęliby taki sposób myślenia o traszkach?”.

Na Świecie Dysku nie istnieje nauka jako taka. Dlatego trochę jej wprowadziliśmy. Magicznymi środkami trzeba magów z Dysku doprowadzić do stworzenia własnej gałęzi nauki – jakiegoś „kieszonkowego wszechświata”, gdzie magia przestaje działać, ale obowiązują reguły. Wtedy – gdy magowie uczą się rozumieć, w jaki sposób reguły prowadzą do ciekawych wydarzeń i obiektów: skał, bakterii, cywilizacji – obserwujemy, jak oni obserwują... no, właściwie obserwują nas. To coś w rodzaju rekurencyjnego eksperymentu myślowego albo rosyjskiej „matrioszki”, lalki, w której tkwią mniejsze lalki, a po ich otworzeniu znajdujemy wewnątrz najmniejszą.

I wtedy odkrywamy, że... Ale to już całkiem inna historia.

grudzień 1998

T.P., I.S. & J.C.

PS Obawiamy się, że na stronicach tej książki wspomnieliśmy o kocie Schrödingera, o paradoksie bliźniąt i jeszcze o świeceniu latarką przed statkiem kosmicznym lecącym z prędkością światła. To dlatego, że zgodnie z regulaminem Gildii Pisarzy Popularnonaukowych te rzeczy muszą się pojawić. Staraliśmy się jednak pisać o nich krótko.

Udało nam się także bardzo, naprawdę bardzo krótko wspomnieć o Nogawkach Czasu.



[1] W pewnym sensie. Zdarzają się, ponieważ obiekty przestrzegają reguł wszechświata. Kamień nie zdradza żadnych wykrywalnych opinii na temat grawitacji.

[2] Podobnie jak pracownicy dowolnego uniwersytetu Świata Kuli, mają nieograniczony czas na badania, nieograniczone fundusze i nie muszą się martwić o kontrakty. Są jednak kolejno: niekonsekwentni, pomysłowo złośliwi, odporni na nowe idee (dopóki nie staną się starymi ideami), wysoce kreatywni w najmniej odpowiednich chwilach i wiecznie kłótliwi – i pod tymi względami absolutnie nie przypominają swoich odpowiedników ze Świata Kuli. Ani trochę.

1
Rozbicie thaumu

Pewnych pytań nie powinno się zadawać. Ale zawsze ktoś to zrobi.

– Jak to działa? – zapytał nadrektor Mustrum Ridcully, kierujący Niewidocznym Uniwersytetem.

Takich pytań Myślak Stibbons nienawidził prawie tak bardzo, jak „Ile to kosztuje?”. Były to dwa najtrudniejsze pytania, na jakie musiał odpowiadać badacz. Jako pełniący obowiązki szefa działu badań i rozwoju magicznego, starał się za wszelką cenę unikać pytań o finanse.

– W dość skomplikowany sposób – odparł wreszcie.

– Aha.

– A ja chciałbym się dowiedzieć – dodał pierwszy prymus – kiedy dostaniemy znowu nasz kort do squasha.

– Nigdy pan nie gra, pierwszy prymusie – zauważył Ridcully, podziwiając wysoką, czarną konstrukcję ustawioną na środku starego uniwersyteckiego kortu[3].

– Ale pewnego dnia może mi przyjść ochota. A będzie bardzo trudno z tym czymś na korcie. Chyba że całkiem zmienimy reguły.

Na zewnątrz śnieg zasypał wysokie okna. Zima z wolna okazywała się najdłuższą w ludzkiej pamięci – tak długą, że sama ludzka pamięć uległa skróceniu, kiedy mrozom ulegli co niektórzy starsi obywatele. Chłód przenikał nawet grube i stare mury Niewidocznego Uniwersytetu, ku powszechnej trosce i irytacji grona profesorskiego. Magowie potrafili znieść każdą niewygodę i trud, pod warunkiem że przytrafiały się komuś innemu.

I tak, po licznych próbach, projekt Myślaka Stibbonsa uzyskał wreszcie aprobatę. Jego wyjaśnienia, że rozbicie thaumu przesunie granice ludzkiej wiedzy, trafiały na nieczułe uszy; magowie uważali, że przesuwanie granic czegokolwiek podobne jest do dźwigania bardzo ciężkiego, wilgotnego kamienia. Jego teza, że rozbicie thaumu może znacząco powiększyć sumę ludzkiego szczęścia, spotkała się z ripostą, że już teraz wszyscy wydają się dostatecznie szczęśliwi.

Wreszcie stwierdził, że rozbicie thaumu uwolni wielkie ilości pierwotnej magii, którą bez trudu i tanio można przekształcić w ciepło. To podziałało. Wykładowcy dość chłodno traktowali ideę wiedzy dla samej wiedzy, za to ideę ciepłych sypialni przyjęli z gorącym entuzjazmem.

W tej chwili wszyscy starsi magowie spacerowali po ciasnym nagle korcie i dotykali niezwykłego urządzenia. Nadrektor wyjął z ust fajkę i z roztargnieniem postukał cybuchem o matowoczarną ścianę maszyny.

– Eee... Proszę tego nie robić – odezwał się Myślak.

– Dlaczego nie?

– Bo może nastąpić... możliwy jest... istnieje szansa... – Myślak urwał. – Zapanuje tu nieporządek – zakończył po chwili.

– Aha. Słuszna uwaga. Więc nie chodzi o to, że to urządzenie mogłoby wybuchnąć?

– Tego... no nie, panie nadrektorze. Cha, cha – zaprzeczył niepewnie Myślak. – Potrzebne jest coś więcej niż tylko...

Stuknęło cicho – to piłka odbiła się od ściany, trafiła w obudowę i wytrąciła nadrektorowi fajkę z ust.

– To był pan, dziekanie – oznajmił oskarżycielskim tonem Ridcully. – Bądźmy poważni. Przecież nikt z was od lat nawet nie wspominał o squashu, aż tu nagle wszyscy chcą... Panie Stibbons? Panie Stibbons?

Trącił niewielki kopczyk, który okazał się skulonym szefem uniwersyteckiego działu badawczego. Myślak Stibbons wyprostował się ostrożnie i wyjrzał spomiędzy palców.

– Naprawdę sądzę, że lepiej by było, gdyby przestali grać w squasha – wyszeptał.

– Ja też. Nie ma nic gorszego od spoconego maga. Przestańcie, panowie. I podejdźcie bliżej. Pan Stibbons chce wygłosić swoją prezentację. – Nadrektor rzucił Myślakowi surowe spojrzenie. – Będzie bardzo ciekawa i pouczająca. Wytłumaczy nam, na co wydał pięćdziesiąt pięć tysięcy osiemset siedemdziesiąt dziewięć ankhmorporkiańskich dolarów i czterdzieści pięć pensów.

– I dlaczego zrujnował całkiem przyzwoity kort do squasha – dodał pierwszy prymus i stuknął rakietą w aparaturę.

– I czy to bezpieczne – wtrącił dziekan. – Jestem przeciwny grzebaniu się w fizyce.

Myślak Stibbons skrzywił się lekko.

– Zapewniam pana, dziekanie, że szanse, iż ktokolwiek zostanie zabity przez... hm... przez machinę reakcyjną, są nawet większe niż szansa, że zostanie najechany podczas przechodzenia przez ulicę – oświadczył.

– Naprawdę? No tak... W takim razie w porządku.

Myślak raz jeszcze przemyślał zaimprowizowane stwierdzenie, które właśnie wygłosił, i postanowił, że w danych okolicznościach lepiej go nie prostować. Rozmowa ze starszymi magami przypominała budowę domku z kart: jeśli cokolwiek zdoła stanąć pionowo, człowiek tylko oddycha delikatnie i pracuje dalej.

Myślak wynalazł pewien system, który na własny użytek nazywał „okłamywaniem magów”. To dla ich dobra, tłumaczył sobie. Nie warto mówić szefom wszystkiego. Nie ma sensu ich obciążać. Tak naprawdę potrzebują bajeczek, o których sądzą, że je rozumieją, a potem idą sobie i już się nie martwią.

Kazał swoim studentom przygotować w rogu kortu niewielki model. Obok, z rurami biegnącymi przez ścianę do sąsiedniego budynku Magii Wysokich Energii, stał terminal HEX-a, uniwersyteckiej maszyny myślącej. Przy niej wyrastał niewielki postument z bardzo dużą czerwoną dźwignią, na której ktoś zawiązał różową kokardkę.

Myślak zerknął do notatek i przyjrzał się zgromadzonym magom.

– Ehm... – zaczął.

– Mam tu gdzieś cukierki na gardło... – Pierwszy prymus poklepał się po kieszeniach.

Myślak raz jeszcze zajrzał w notatki i ogarnęło go straszliwe poczucie beznadziejności. Uświadomił sobie, że doskonale potrafi wytłumaczyć zasady rozpadu thaumowego, pod warunkiem jednak, że osoba, do której mówi, wie już wszystko na ten temat. Jednak starszym magom będzie musiał wyjaśniać znaczenie każdego słowa. W pewnych przypadkach oznaczało to również takie słowa jak „z” oraz „i”.

Zauważył dzbanek z wodą na pulpicie i postanowił improwizować.

Podniósł szklankę wody.

– Czy zdajecie sobie sprawę, panowie – zaczął – że potencjał thaumiczny w tej wodzie... to znaczy, chciałem powiedzieć, pole magiczne generowane przez zawartość narrativum, które mówi jej, że jest wodą, i dzięki któremu pozostaje wodą, zamiast, cha, cha, gołębiem albo żabą... wystarczyłby, gdybyśmy potrafili go uwolnić, aby przemieścić cały nasz Uniwersytet na księżyc?

Uśmiechnął się promiennie.

– Więc lepiej niech tam zostanie – uznał kierownik Katedry Studiów Nieokreślonych.

Myślak zamarł.

– Oczywiście nie jesteśmy w stanie uwolnić go w całości – zapewnił. – Ale...

– Dość, żeby przemieścić na księżyc mały kawałek uniwersytetu? – dokończył wykładowca run współczesnych.

– Dziekanowi przydałyby się wakacje – zauważył nadrektor.

– Nie podoba mu się ta uwaga, nadrektorze.

– Chciałem tylko poprawić nastrój, dziekanie.

– Ale możemy uwolnić! Możemy uwolnić tyle, by wykonać rozmaite pożyteczne prace – dokończył z wysiłkiem Myślak.

– Na przykład ogrzać mój gabinet – podpowiedział wykładowca run współczesnych. – Dziś rano woda znowu zamarzła w dzbanku.

– Otóż to! – zgodził się radośnie Myślak, rozpaczliwie poszukujący użytecznego „kłamstwa dla magów”. – Możemy wykorzystać ten potencjał do zagotowania wody w wielkim kotle! O to właśnie chodzi. To absolutnie niegroźne! Bezpieczne pod każdym względem! Dlatego senat uniwersytetu zgodził się na budowę! Nie pozwolilibyście mi, panowie, gdyby to było niebezpieczne. Prawda?

Wypił wodę.

Jak jeden, zebrani magowie odstąpili o krok.

– Proszę zawiadomić, jak wszystko tam wygląda – powiedział dziekan.

– I przywieźć z powrotem kamienie. Albo cokolwiek – dodał wykładowca run współczesnych.

– Niech pan do nas pomacha – zaproponował pierwszy prymus. – Mamy całkiem dobry teleskop.

Myślak przyjrzał się pustej szklance i po raz kolejny dopasował sposób myślenia do publiczności.

– No nie – powiedział. – Paliwo musi najpierw trafić do machiny reakcyjnej. A potem... potem...

Zrezygnował.

– Magia krąży w kółko i przepływa pod kocioł, do którego podłączyliśmy rury, więc na całym uniwersytecie będzie przyjemnie i ciepło – zakończył. – Jakieś pytania?

– Gdzie się sypie węgiel? – chciał wiedzieć dziekan. – To rozbój, ile ostatnio żądają krasnoludy.

– Nigdzie, panie dziekanie. Nie trzeba żadnego węgla. Ciepło jest... darmowe. – Po czole Myślaka spłynęła niewielka kropla potu.

– Naprawdę? W takim razie sporo zaoszczędzimy. Prawda, kwestorze? Prawda? Gdzie jest kwestor?

– No... tego... Kwestor mi dzisiaj asystuje.

Myślak wskazał galerię wokół kortu. Kwestor stał tam, uśmiechając się z roztargnieniem. Trzymał siekierę. Przywiązaną do poręczy linę przerzucono przez belkę w suficie; zwisał z niej długi, ciężki pręt umieszczony nad środkiem machiny reakcyjnej.

– Jest... istnieje niewielka możliwość, że machina wytworzy zbyt wiele magii – wyjaśnił Myślak. – Ten pręt jest z ołowiu laminowanego drewnem jarzębiny. Wspólnie stłumią dowolną reakcję magiczną. Gdyby więc zaczęło się dziać coś... Jeśli zechcemy ustabilizować proces, kwestor przetnie linę i pręt opadnie w sam środek machiny reakcyjnej. Rozumiecie, panowie?

– A ten człowiek, który stoi obok niego?

– To pan Rzepiszcz, mój asystent. Jest systemem zabezpieczającym.

– To znaczy co robi?

– Ma za zadanie krzyknąć: „Na miłość bogów, natychmiast rąb tę linę!”.

Magowie ze zrozumieniem pokiwali głowami. Według norm Ankh-Morpork, gdzie własnego kciuka używano powszechnie jako miernika temperatury, była to dbałość o bezpieczeństwo i higienę pracy doprowadzona do granic możliwości.

– Wszystko to wydaje mi się wystarczająco bezpieczne – stwierdził pierwszy prymus.

– Jak pan wpadł na ten pomysł, panie Stibbons? – zainteresował się Ridcully.

– No więc... Przede wszystkim poprzez własne badania, panie nadrektorze, ale wiele ważnych wskazówek odkryłem dzięki starannej lekturze Zwojów z Loko w Bibliotece.

Myślak uznał, że to bezpieczne wyznanie. Magowie lubili starożytną mądrość, jednak pod warunkiem że jest dostatecznie starożytna. Uważali, że mądrość jest jak wino: tym lepsza, im dłużej pozostawiana w spokoju. Coś, czego nie znano przez parę setek lat, prawdopodobnie nie jest warte poznania.

– Loko... Loko... Loko... – zastanawiał się Ridcully. – To w Uberwaldzie, zgadza się?

– W samej rzeczy, panie nadrektorze.

– Usiłuję sobie przypomnieć... – Ridcully przeczesał brodę. – To tam, gdzie jest taka wielka, głęboka dolina otoczona pierścieniem gór, tak? Bardzo głęboka, jeśli dobrze pamiętam.

– Istotnie, panie nadrektorze. Według katalogu Biblioteki, zwoje odnalazła wyprawa Crustleya...

– Żyje tam masa centaurów, faunów i innych dziwacznie zbudowanych magicznych dziwolągów, jeśli sobie przypominam te teksty.

– Doprawdy?

– Czy to nie Stanmer Crustley zmarł na planety?

– Nie orientuję się...

– Zdaje się, że to niezwykle rzadka choroba magiczna.

– To prawda, panie nadrektorze, ale...

– O ile wiem, w ciągu kilku miesięcy od powrotu wszyscy członkowie wyprawy zachorowali na coś poważnie magicznego – mówił dalej Ridcully.

– No... no tak. Istniała nawet sugestia, że miejsce obłożone jest jakąś klątwą. Śmieszny pomysł, przyzna pan, nadrektorze.

– Wydaje mi się, że powinienem spytać, panie Stibbons... Jaka jest szansa, że to wszystko wybuchnie i zniszczy cały uniwersytet?

Serce Myślaka zamarło. Przeanalizował ostatnie zdanie i postanowił szukać ucieczki w prawdzie.

– Żadna, panie nadrektorze.

– Niech pan będzie szczery, panie Stibbons.

Na tym polegał główny problem z nadrektorem. Zwykle kroczył po okolicy i krzyczał na ludzi, ale kiedy już zechciał ustawić swoje szare komórki w szeregu, potrafił bezbłędnie skierować je w najbliższy słaby punkt.

– No więc... W mało prawdopodobnym wypadku jakiejś poważnej awarii, to... to nie zniszczy tylko uniwersytetu, panie nadrektorze.

– A co zniszczy, jeśli wolno spytać?

– No... Wszystko, panie nadrektorze.

– Wszystko, co istnieje, chce pan powiedzieć?

– W promieniu pięćdziesięciu tysięcy mil w przestrzeni, panie nadrektorze. Tak. Według HEX-a nastąpi to natychmiastowo. Nie zdążymy nic zauważyć.

– A szansa takiego zdarzenia jest...

– Około jednego do pięćdziesięciu.

Magowie uspokoili się wyraźnie.

– To całkiem bezpieczne. Przy takich szansach nie stawiałbym na wyścigach – oświadczył pierwszy prymus. Na wewnętrznej powierzchni okna jego sypialni było pół cala lodu. Takie rzeczy sprawiają, że człowiek inaczej ocenia ryzyko.



[3] Squash magów, albo „prawdziwy”, ma niewiele wspólnego z tą szybkościową kąpielą we własnym pocie, jaką rozgrywa się gdzie indziej. Magowie nie widzą powodu, by szybko się poruszać. Piłka płynie leniwie w wysokich lobach. Pewne magiczne niespójności, wbudowane w mury i podłogę, sprawiają jednak, że ściana, w którą uderza, niekoniecznie jest tą samą, od której się odbija. Był to jeden z czynników, jakie – co Stibbons uświadomił sobie później – powinien wziąć pod uwagę. Nic tak nie pobudza magicznej cząstki jak spotkanie ze sobą, biegnącą z naprzeciwka.

2
Nauka z kortu

Kort do squasha można wykorzystać, by skłonić pewne elementy do poruszania się o wiele szybciej niż mała gumowa piłeczka...

Drugiego grudnia 1942 roku na korcie do squasha w podziemiach Stagg Field, na Uniwersytecie Chicagowskim, rozpoczęła się nowa era techniki. Była to technika zrodzona z wojny, ale jedną z jej konsekwencji okazało się uczynienie samej perspektywy wojny tak straszną, że – powoli i z wahaniem – wojna globalna stawała się coraz mniej prawdopodobna[4]. W Stagg Field urodzony w Rzymie fizyk Enrico Fermi i jego zespół jako pierwsi na świecie uzyskali samopodtrzymującą się łańcuchową reakcję jądrową. Pojawiły się też konsekwencje bardziej znaczące: świt Wielkiej Nauki i nowy styl przemian technicznych.

Nikt nie grał w squasha w podziemiach Stagg Field, kiedy stał tam reaktor – ale wielu zatrudnionych ludzi prezentowało takie podejście jak Myślak Stibbons: głównie nienasyconą ciekawość, połączoną z okresami dręczących wątpliwości i przebłyskami grozy. Ciekawość zaczęła całą sprawę, a groza ją zakończyła.

W 1934 roku, po długiej serii odkryć fizycznych związanych ze zjawiskiem radioaktywności, Fermi stwierdził, że dzieją się ciekawe rzeczy, gdy substancje bombardowane są przez „powolne neutrony” – subatomowe cząstki emitowane przez radioaktywny beryl i przechodzące przez parafinę, która je spowalniała. Powolne neutrony, jak stwierdził Fermi, są właśnie tym, czego trzeba innym pierwiastkom, by wyemitować własne cząstki radioaktywne. Uznał zjawisko za interesujące, więc ostrzeliwał strumieniami powolnych neutronów wszystko, co tylko przyszło mu do głowy. W końcu wypróbował mało wtedy znany pierwiastek: uran, do tego czasu wykorzystywany głównie jako źródło żółtego barwnika. Kiedy uderzyły w niego powolne neutrony, uran – w drodze niemal alchemicznego procesu – zmienił się w coś innego. Fermi nie potrafił stwierdzić w co.

Cztery lata później Niemcy – Otto Hahn, Lise Meitner i Fritz Strassman – powtórzyli eksperyment Fermiego, a jako lepsi od niego chemicy, sprawdzili, co się dzieje z uranem. Otóż uran w tajemniczy sposób stawał się barem, kryptonem i niewielkimi ilościami innych składników. Meitner uświadomiła sobie, że taki proces „rozpadu atomowego” wytwarza energię, i to w niezwykły sposób. Wszyscy wiedzą, że chemia potrafi zmieniać materię w inną materię, ale teraz część materii uranu zmieniała się w energię, czego nikt dotąd nie zaobserwował. Tak się składa, że Albert Einstein przewidział już teoretycznie taką możliwość i ujął ją w swój słynny wzór – równanie, które bibliotekarz Niewidocznego Uniwersytetu, orangutan[5], wyraziłby jako „Uuk”[6]. Wzór Einsteina mówi nam, że ilość energii „zawartej” w danej ilości materii równa jest masie tej materii pomnożonej przez prędkość światła i potem przemnożonej przez prędkość światła po raz drugi. Jak Einstein od razu zauważył, światło jest tak szybkie, aż wydaje się wcale nie poruszać, więc jego prędkość jest stanowczo duża... a prędkość przemnożona przez siebie wręcz ogromna. Innymi słowy: z maleńkiej drobinki materii można uzyskać bardzo dużo energii, jeśli tylko znajdzie się jakiś sposób, żeby tego dokonać. I Meitner rozpracowała tę sztuczkę.

Jedno równanie może, ale nie musi zmniejszyć do połowy sprzedaży książki, natomiast może całkowicie zmienić świat.

Hahn, Meitner i Strassman opublikowali swoje odkrycie w brytyjskim piśmie naukowym „Nature” w styczniu 1939 roku. Dziewięć miesięcy później Wielka Brytania znalazła się w stanie wojny – wojny zakończonej militarnym zastosowaniem ich odkrycia. Zabawne, że największa naukowa tajemnica drugiej wojny światowej została ogłoszona tuż przed jej początkiem. To dowodzi, że politycy nie zdawali sobie sprawy z możliwości – dobrych czy złych – Wielkiej Nauki. Fermi natychmiast dostrzegł implikacje artykułu w „Nature” i porozumiał się z innym znakomitym fizykiem, Nielsem Bohrem. Ten zaproponował coś nowego: reakcję łańcuchową. Jeśli pewną szczególną, rzadką postać uranu, zwaną uranem 235, bombardować powolnymi neutronami, to nie tylko rozpada się na inne pierwiastki i uwalnia energię, ale emituje więcej neutronów. Które z kolei bombardują uran 235... Reakcja zaczyna się sama podtrzymywać i uzyskana energia może być gigantyczna.

Czy to zadziała? Czy można w ten sposób uzyskać coś za nic? Przekonanie się było trudne, ponieważ uran 235 zmieszany jest ze zwykłym uranem (uranem 238) i wydobycie go przypomina szukanie igły w stogu siana, kiedy igła także zrobiona jest z suchej trawy.

Istniały też inne problemy. W szczególności ten, czy przypadkiem eksperyment nie uda się aż za dobrze, uruchamiając reakcję łańcuchową, która nie tylko ogarnie zgromadzony zapas uranu 235, ale też wszystko inne na Ziemi. Czy atmosfera może stanąć w ogniu? Obliczenia sugerowały, że raczej nie. Poza tym wszyscy się martwili, że jeśli alianci nie zdołają opanować rozpadu atomowego, to wyprzedzą ich Niemcy. A wobec wyboru między zniszczeniem świata przez nas i zniszczeniem świata przez nieprzyjaciela, decyzja wydawała się oczywista.

Co, po zastanowieniu, trudno uznać za optymistyczne.

* * *

Loko jest dziwnie podobne do Oklo w południowo-wschodnim Gabonie, gdzie znajdują się bogate złoża uranu. W latach siedemdziesiątych francuscy naukowcy odkryli dowody, że część tego uranu albo podlegała bardzo intensywnym reakcjom jądrowym, albo jest o wiele, wiele starsza niż reszta planety.

Oczywiście, mógłby to być arecheologiczny relikt jakiejś starożytnej cywilizacji, którą rozwój techniczny doprowadził już do energii jądrowej. Mniej ciekawe, choć bardziej wiarygodne tłumaczenie sugeruje, że Oklo to „naturalny reaktor jądrowy”. Z jakichś przypadkowych powodów ten konkretny pokład uranu okazał się bogatszy niż zwykle w uran 235 i spontaniczna reakcja łańcuchowa trwała tam przez setki tysięcy lat. Natura mocno wyprzedziła Naukę, i to nie posiadając kortów ani nawet nie znając squasha.

Chyba że – ma się rozumieć – to rzeczywiście archeologiczny relikt jakieś starożytnej cywilizacji.

Aż do roku 1998 naturalny reaktor w Oklo był także najlepszym znanym dowodem na to, że jedno z największych pytań „a gdyby?” w nauce ma całkiem nieciekawą odpowiedź. To pytanie brzmi: „A gdyby naturalne stałe nie były stałe?”.

Nasze teorie naukowe wspierają się rozmaitymi liczbami, stałymi fundamentalnymi. Wśród nich można wymienić prędkość światła, stałą Plancka (kluczową dla mechaniki kwantowej), stałą grawitacyjną (kluczową dla teorii grawitacji), ładunek elektronu i tak dalej. Wszystkie uznane teorie zakładają, że liczby te zawsze były takie same, od pierwszej chwili istnienia wszechświata. Nasze obliczenia dotyczące tego wczesnego wszechświata opierają się na ich stałości. Gdyby kiedyś były inne, to nie wiemy, jakie wartości wstawić do rachunków. Przypominałoby to próbę wyliczenia należnego podatku, kiedy nikt nie chce nam podać stawek. Od czasu do czasu ekscentryczni naukowcy wysuwają niezwykłe teorie „a gdyby?”, w których rozważają możliwość, że jedna lub więcej fundamentalnych stałych nie jest stała. Fizyk Lee Smolin stworzył nawet teorię ewoluujących wszechświatów, z których pączkują wszechświaty niemowlęce z innymi stałymi fundamentalnymi. Według tej teorii, nasz własny wszechświat jest wyjątkowo dobrze przystosowany do wydawania takiego potomstwa, a także wyjątkowo dobrze się nadaje do rozwoju życia. Zbieżność tych dwóch cech, jak twierdzi Smolin, nie jest przypadkowa (magowie z NU ze zrozumieniem przyjęliby takie koncepcje – wiadomo bowiem, że dostatecznie zaawansowana fizyka jest nieodróżnialna od magii).

Oklo przekonuje nas, że fundamentalne stałe nie zmieniły się przez ostatnie dwa miliardy lat – około połowy wieku Ziemi i dziesięciu procent wieku wszechświata. Kluczowa dla tej argumentacji jest pewna kombinacja stałych fundamentalnych, znana jako stała struktury subtelnej[7]. Jej wartość jest bardzo bliska 1/137 (i wiele atramentu przelano, by wyjaśnić tę liczbę całkowitą 137; zanim dokładniejsze pomiary zmieniły jej wartość na 137,036). Zaletą stałej struktury subtelnej jest to, że jej wartość nie zależy od jednostek miary – w przeciwieństwie na przykład do prędkości światła, która daje inną liczbę, jeśli wyrazimy ją w milach na sekundę, a inną, jeśli w kilometrach na sekundę. Rosyjski fizyk Aleksander Szliachter przeanalizował różne substancje chemiczne w „radioaktywnych odpadach” reaktora w Oklo i wyliczył, jaka musiała być wartość stałej struktury subtelnej dwa miliardy lat temu, kiedy reaktor działał. Otrzymał wynik taki sam jak dzisiaj, z dokładnością do kilku dziesięciomilionowych.

Jednak pod koniec 1998 roku zespół astronomów pod kierownictwem Johna Webba przeprowadził bardzo precyzyjne badania światła emitowanego przez bardzo odległe, ale bardzo jasne obiekty zwane kwazarami. Odkryli subtelne zmiany w pewnych właściwościach tego światła, zwanych liniami widma i związanych z wibracjami rozmaitych typów atomów. W rezultacie stwierdzili, jak się wydaje, że wiele miliardów lat temu – o wiele dawniej niż reaktor w Oklo – atomy nie wibrowały dokładnie w tym samym tempie co dzisiaj. W bardzo starych chmurach gazowych z początków wszechświata wartość stałej struktury subtelnej różni się od współczesnej o jedną pięćdziesięciotysięczną. A to ogromna różnica jak na warunki tej dziedziny fizyki. O ile można to stwierdzić, rezultat ten nie jest skutkiem błędu doświadczenia. Teoria zaproponowana w 1994 roku przez Thibaulta Damoura i Aleksandra Poliakowa wskazuje wprawdzie na możliwe zmiany stałej struktury subtelnej, lecz wielkości jednej dziecięciotysięcznej tych, jakie odkrył zespół Webba. Wszystko to tworzy ciekawą zagadkę i większość teoretyków rozsądnie woli wstrzymywać się od zakładów i czekać na dalsze wyniki. Odkrycie zespołu Webba może oznaczać, że wkrótce wszyscy będziemy musieli uznać, iż prawa fizyki były odrobinę inne w najdalszych rubieżach czasu i przestrzeni. Może nie żółwiokształtne, ale... inne.



[4] A przynajmniej mniej radioaktywna. Możemy tylko mieć nadzieję.

[5] Był ofiarą magicznego wypadku, co dość mu się spodobało. Ale to już wiecie.

[6] Podobno każdy wzór zmniejsza o połowę sprzedaż książki popularnonaukowej. Bzdura. Gdyby to była prawda, The Emperor’s New Mind (Nowy umysł cesarza) Rogera Penrose’a sprzedałby się w nakładzie jednej ósmej egzemplarza, podczas gdy w rzeczywistości osiągnął setki tysięcy. Jednakże na wypadek gdyby w tej bajce tkwiło ziarnko prawdy, zastosowaliśmy ten właśnie sposób opisu wzoru, co powinno podwoić sprzedaż. Wszyscy wiecie, o jaki wzór chodzi. Możecie go znaleźć, zapisany symbolami, na 105 stronie Krótkiej historii czasu Stephena Hawkinga. Jeśli więc mit jest prawdziwy, Hawking mógłby sprzedać dwa razy więcej egzemplarzy – porażająca myśl.

[7] Stałą struktury subtelnej definiuje się jako kwadrat ładunku elektronu podzielony przez dwa razy stała Plancka razy prędkość światła razy przenikalność dielektryczna próżni (poręczne kłamstwo: możemy wyobrażać sobie ostatnią wielkość jako „sposób, w jaki próżnia reaguje na ładunek elektryczny”). Dziękujemy za uwagę.

3
Znam swoich magów

Już po chwili grono wykładowców skierowało swój zbiorowy intelekt na filozoficzne sedno problemu związanego z całkowitym zniszczeniem wszystkiego.

– Jeśli nikt nie będzie wiedział, że to się stało, to w całkiem realnym sensie nic się nie stanie – stwierdził wykładowca run współczesnych. Miał sypialnię w jednym z chłodniejszych skrzydeł budynku.

– Z pewnością nikt nie będzie nas obwiniał – dodał dziekan. – Nawet gdyby się stało.

– Prawdę mówiąc – wtrącił Myślak, zachęcony swobodnym traktowaniem tej sprawy przez magów – istnieją pewne teoretyczne dowody, że coś takiego nie mogłoby się zdarzyć w żaden sposób, ze względu na nietemporalną naturę składowej thaumicznej.

– Co proszę? – zdziwił się Ridcully.

– Awaria nie spowoduje eksplozji, panie nadrektorze – wyjaśnił Myślak. – Ani też, o ile zdołałem to przeliczyć, nie sprawi, że rzeczy przestaną istnieć od tej chwili dalej. One przestaną istnieć całkowicie, z powodu wielokierunkowego kolapsu pola thaumicznego. A że jesteśmy tutaj, to musimy żyć we wszechświecie, gdzie wszystko poszło jak należy.

– A, słyszałem o tym – przyznał Ridcully. – To z powodu kwantów, tak? Istnieją różni my w jakimś sąsiednim wszechświecie, gdzie eksperyment się nie udał, a ci biedacy wylecieli w powietrze?

– Tak, panie nadrektorze. A właściwie nie. Nie wylecieli w powietrze, ponieważ urządzenie, które ten drugi Myślak Stibbons by zbudował, doznałoby awarii, a więc... on nie zaistniał, żeby go nie zbudować. Taka przynajmniej jest teoria.

– Cieszę się, że to rozstrzygnęliśmy – oświadczył raźnie pierwszy prymus. – Jesteśmy tu, ponieważ tu jesteśmy. A że tu jesteśmy, to nie musimy przy tym marznąć.

– A zatem doszliśmy do porozumienia – podsumował Ridcully. – Panie Stibbons, może pan uruchamiać swoją piekielną machinę.

Wskazał czerwoną dźwignię na postumencie.

– Sądziłem raczej, że to pan wyświadczy nam ten zaszczyt, panie nadrektorze. – Myślak skłonił się z szacunkiem. – Trzeba tylko pociągnąć dźwignię. To zwolni... tego... blokadę, pozwalając zawirowaniom przeniknąć do wymiennika, gdzie prosta reakcja oktironowa zmieni magię w ciepło i podgrzeje wodę w kotle.

– Więc to naprawdę tylko wielki kocioł? – upewnił się dziekan.

– W pewnym sensie tak – zgodził się Myślak, usiłując zachować poważną minę.

Ridcully chwycił dźwignię.

– Może zechciałby pan powiedzieć kilka słów? – zaproponował Myślak.

– Tak. – Ridcully zastanowił się i rozpromienił nagle. – Załatwmy to szybko i chodźmy na obiad.

Rozległy się oklaski. Szarpnął za dźwignię. Wskazówka na ściennej tarczy zsunęła się z zera.

– No to jakoś nie wybuchliśmy – ucieszył się pierwszy prymus. – Po co są te liczby na tarczy, Stibbons?

– Och... one... one pokazują, do jakiej liczby to doszło – odparł Myślak.

– Aha. Rozumiem. – Pierwszy prymus chwycił się za klapy szaty. – Panowie, dzisiaj mamy kaczkę z zielonym groszkiem, o ile pamiętam – dodał tonem o wiele bardziej przejętym. – Dobra robota, panie Stibbons.

Wszyscy ruszyli do wyjścia pozornie leniwym, ale szybkim krokiem magów zdążających na posiłek.

Myślak odetchnął z ulgą, lecz westchnienie zmieniło się w pełne przerażenia syknięcie, gdy zauważył, że nadrektor wcale nie wyszedł i z uwagą przygląda się machinie.

– Hm... Czy mógłbym coś jeszcze wyjaśnić, panie nadrektorze? – zapytał pospiesznie.

– Kiedy pan to naprawdę uruchomił, panie Stibbons?

– Słucham?

– Każde słowo w tym zdaniu było całkiem krótkie i łatwe do zrozumienia. Czyżbym poukładał je w niewłaściwym porządku?

– Ja... my... zaczęło się zaraz po śniadaniu, panie nadrektorze – wyznał pokornie Myślak. – Wskazówkę na tarczy przesunął pan Rzepiszcz za pomocą nitki.

– Czy coś wybuchło, kiedy uruchomił pan machinę?

– Nie, panie nadrektorze! Przecież... no, w każdym razie wiedziałby pan o tym.

– Niedawno tłumaczył pan, mam wrażenie, że niczego byśmy nie zauważyli.

– No nie, to znaczy...

– Znam pana, Stibbons – rzekł Ridcully. – Nigdy nie próbowałby pan niczego publicznie, gdyby pan wcześniej nie sprawdził, czy działa. Nikt nie chce dostać jajkiem w twarz, prawda?

Stibbons pomyślał, że jajko na twarzy to niewielki powód do trosk, kiedy sama twarz jest częścią chmury cząstek rozpraszającej się ze znaczącym ułamkiem prędkości ciemności[8].

Ridcully klepnął mocno o czarne płyty kryjące machinę; Myślak wyraźnie oderwał się na moment od ziemi.

– Już ciepła – zauważył. – Wszystko w porządku, kwestorze?

Kwestor z uśmiechem pokiwał głową.

– Dzielny człowiek. Dobra robota, panie Stibbons. Chodźmy na obiad.

Po chwili, kiedy ucichły już kroki nadrektora, kwestor uświadomił sobie, że został tu sam, głodny.

Kwestor nie był obłąkany, jak to podejrzewano. Wręcz przeciwnie, stąpał pewnie po ziemi, a trudność polegała na tym, że owa ziemia, po której stąpał, znajdowała się na jakiejś innej planecie – takiej z puszystymi różowymi obłoczkami na niebie i szczęśliwymi króliczkami na łąkach. Nie przeszkadzało mu to, gdyż wolał ją od prawdziwego świata, gdzie ludzie za dużo krzyczą. Spędzał tu jak najmniej czasu. Niestety, ten czas obejmował również pory posiłków. Nie można było polegać na służbie kuchennej z Miłej Planety.

Uśmiechając się z roztargnieniem, odłożył siekierę. W końcu, myślał, chodzi o to, żeby ta paskudna maszyneria nie przeszła... w cokolwiek to było. A z pewnością potrafi wykonać tak łatwe zadanie bez jego nadzoru.

Na nieszczęście Stibbons był zbyt przejęty, by go zauważyć. A żaden z magów nie przejął się zbytnio faktem, że wszystko, co dzieli ich od thaumicznego zniszczenia, w tej chwili przez słomkę wdmuchuje bąbelki do szklanki mleka.



[8] Jak dotąd prędkość ta nie została zmierzona, ale uważa się, że ciemność jest szybsza niż światło, a to ze względu na zdolność tak szybkiego usuwania się światłu z drogi.

4
Nauka i magia

Gdybyśmy mieli ochotę, moglibyśmy skomentować kilka cech eksperymentu Myślaka Stibbonsa, przedstawiając wiążące się z nim fakty naukowe. Na przykład sugestia interpretacji „wielu światów” mechaniki kwantowej, gdzie miliardy uniwersów odgałęziają się od naszego za każdym razem, kiedy możliwa jest więcej niż jedna decyzja. Istnieje też nieoficjalna, ale standardowa procedura publicznych ceremonii otwarcia, podczas której Osoba Królewska albo Prezydent ciągnie wielką dźwignię albo naciska wielki guzik, by „uruchomić” wspaniały pomnik techniki – który od wielu dni już dyskretnie działa. Kiedy królowa Elżbieta II otwierała Calder Hall, pierwszą brytyjską elektrownię jądrową, tak to właśnie wyglądało – z wielkim miernikiem na ścianie i całą resztą.

Jednak jest trochę za wcześnie na kwanty, a większość z nas całkiem już zapomniała o Calder Hall. Zresztą mamy ważniejszą sprawę do omówienia. Chodzi o relację nauki i magii. Zacznijmy od nauki.

* * *

Ludzkie zainteresowanie naturą wszechświata i naszej pozycji w tym wszechświecie trwa już od bardzo, bardzo dawna. Nawet prymitywne humanoidy, żyjące w afrykańskich sawannach, raczej nie mogły nie zauważyć, że nocą niebo pełne jest jasnych świetlnych punktów. Na jakim etapie ewolucji zaczęły się zastanawiać, czym są te światełka, pozostaje tajemnicą. Gdy jednak wyewoluowali i zyskali inteligencję dostateczną, by dźgać kijami zwierzęta jadalne i używać ognia, trudno uwierzyć, by mogli patrzeć na nocne niebo i nie kombinować, po co ono tam jest, u licha (oraz, wobec znanej i tradycyjnej obsesji ludzkości, czy nie ma jakiegoś związku z seksem). Księżyc z pewnością robił wrażenie; był wielki, jasny, a w dodatku zmieniał kształt.

Nawet istoty stojące niżej na drabinie ewolucji z pewnością dostrzegały Księżyc. Weźmy dla przykładu żółwia – zwierzę tak dyskowe, jak tylko można sobie wyobrazić. Kiedy dzisiejsze żółwie wypełzają na plażę, żeby złożyć jaja i zakopać je w piasku, w jakiś sposób tak dobierają czas, by małe żółwiki mogły podążać w stronę morza, kierując się Księżycem. Wiemy to, ponieważ mylą je światła nowoczesnych budynków. Takie zachowanie jest niezwykłe i naukowców nie satysfakcjonuje tłumaczenie go instynktem i udawanie, że to już odpowiedź. Czym właściwie jest instynkt? Jak działa? Skąd się wziął? Naukowiec szuka prawdopodobnej odpowiedzi na te pytania, a nie pretekstu, by przestać o nich myśleć. Zapewne występująca u żółwików tendencja pełzania za Księżycem i niesamowite wyczucie czasu ich matek ewoluowały wspólnie. Żółwie, które przypadkiem złożyły jaja w odpowiednim czasie, by w chwili wylęgu Księżyc znalazł się po stronie morza od miejsca zakopania jaj, i których młode przypadkiem miały skłonność podążania za jasnym światłem, doprowadzały do morza większą część nowego pokolenia niż pozostałe. Aby utrwalić tę tendencję jako uniwersalną cechę żółwiowatości, potrzebny był tylko jakiś sposób, by przekazywać ją z pokolenia na pokolenie. W tym miejscu na scenę wchodzą geny. Żółwie, które odkryły działającą strategię nawigacyjną i potrafiły przekazać ją potomstwu, radziły sobie lepiej niż inne. I rozmnażały się, pokonując pozostałe, aż w końcu jedynymi żyjącymi żółwiami są te, które potrafią nawigować według Księżyca.

Czy Wielki A’Tuin, żółw podtrzymujący słonie, które podtrzymują Dysk, płynie przez kosmos w pogoni za dalekim światłem? Możliwe. Według Blasku fantastycznego „Filozofowie przez całe lata debatowali nad kwestią celu wędrówki Wielkiego A’Tuina. Często powtarzali, jak bardzo się martwią, że mogą nigdy owego celu nie poznać. Poznają go za jakieś dwa miesiące. A wtedy naprawdę zaczną się martwić...”. Bowiem, podobnie jak jego ziemscy krewniacy, Wielki A’Tuin był w okresie reprodukcyjnym, a konkretnie zmierzał do miejsca lęgu, by obserwować wykluwanie się młodych. Opowieść kończy się, kiedy odpływa w lodowatą przestrzeń, otoczony krążącymi wokół ośmioma żółwikami (które zapewne odleciały potem, zaczęły samodzielne życie i być może, już podtrzymują bardzo małe Dyski)...

Najciekawszy w tych sztuczkach ziemskich żółwi jest fakt, że na żadnym etapie nie występuje konieczność, by zwierzęta zdawały sobie sprawę, iż ich pora lęgu powiązana jest z ruchem Księżyca, ani nawet z istnienia Księżyca jako takiego. Jednak sztuczka by się nie udała, gdyby małe żółwie nie zauważały Księżyca; wnioskujemy zatem, że go widzą. Trudno jednak wydedukować istnienie jakiegoś żółwiego astronoma, który zastanawia się nad niezwykłymi zmianami kształtu Księżyca.

Kiedy na scenie pojawiła się pewna szczególna gromada awansujących społecznie małp, zaczęły one stawiać właśnie takie pytania. Im lepiej małpom szło z odpowiadaniem, tym bardziej zadziwiający stawał się wszechświat – wiedza wzmaga ignorancję. Odkryły jednak, że Tam-W-Górze jest zupełnie inaczej niż Tu-Na-Dole.

Nie wiedziały, że Tu-Na-Dole jest całkiem odpowiednim miejscem dla takich istot jak one. Miały powietrze do oddychania, zwierzęta i rośliny do jedzenia, wodę do picia, grunt do stania na nim, jaskinie do chowania się przed deszczem i lwami. Wiedziały jednak, że jest to miejsce zmienne, chaotyczne, nieprzewidywalne...

Nie wiedziały, że Tam-W-Górze – w reszcie wszechświata – jest całkiem inaczej. Większa część to pusta przestrzeń, próżnia. Nie da się oddychać próżnią. Większość z tego, co nie jest próżnią, to ogromne kule przegrzanej plazmy. Nie da się stanąć na kuli ognia. A większość tego, co nie jest próżnią i nie płonie, to pozbawiona życia skała. Nie da się jeść skały[9]. Małpy miały to odkryć później. Na razie wiedziały tylko, że Tam-W-Górze wszystko jest – w ludzkiej skali czasu – spokojne, uporządkowane, regularne. I przewidywalne – można według tego ustawić swój kamienny krąg.

Wszystko to wzbudziło powszechne przekonanie, że Tam-W-Górze z jakiejś przyczyny różni się od Tu-Na-Dole. Tu-Na-Dole wyraźnie zostało zaprojektowane specjalnie dla nas. Równie oczywisty wydawał się fakt, że Tam-W-Górze nie zostało zaprojektowane dla nas. Musiało być zatem przeznaczone dla kogoś innego. A nowa ludzkość spekulowała już na temat możliwych lokatorów – spekulowała od czasu, kiedy pierwszy raz ukryła się przed burzą w jaskini. To bogowie! Siedzieli Tam-W-Górze i spoglądali Tu-Na-Dół. Z pewnością też oni rządzili, ponieważ ludzkość nie rządziła na pewno. W dodatku taka teoria wyjaśniała wszystkie rzeczy Tu-Na-Dole, które były o wiele bardziej skomplikowane niż cokolwiek dostrzeganego Tam-W-Górze – takie jak burze z piorunami, trzęsienia ziemi i pszczoły. Wszystkim tym władali bogowie.

To zgrabne wyjaśnienie. Budzi w nas poczucie własnej ważności. I z pewnością czyni ważnymi kapłanów. A że kapłani są takimi ludźmi, którzy mogą kazać wyrwać język albo wypędzić do Krainy Lwów kogoś, kto się z nimi nie zgadza, wyjaśnienie to stało się wkrótce teorią niezwykle popularną. Choćby tylko dlatego, że ci, którzy mieli inną, albo nie mogli mówić, albo siedzieli gdzieś na drzewie.

A jednak... Od czasu do czasu jakiś pozbawiony instynktu samozachowawczego wariat uznawał to tłumaczenie za niewystarczające i ryzykował gniew kapłanów, mówiąc o tym głośno. Tacy ludzie żyli już w czasach Babilonu, którego cywilizacja kwitła nad Tygrysem i Eufratem od roku 4000 p.n.e. do 300 p.n.e. Babilończycy – termin ten obejmuje liczne, na wpół niezależne ludy zamieszkujące osobne miasta, takie jak Babilon, Ur, Nippur, Uruk, Lagasz – z całą pewnością oddawali cześć bogom, tak jak wszyscy. Na przykład jedna z ich opowieści o bogach jest podstawą biblijnej historii Noego i jego arki. Ale też mocno ich ciekawiło, co robią te światełka na niebie. Wiedzieli, że Księżyc jest okrągły, że to raczej sfera niż płaski dysk. Prawdopodobnie wiedzieli również, że Ziemia jest okrągła, ponieważ rzucała okrągły cień na Księżyc podczas jego zaćmień. Wiedzieli, że rok ma około 365 1/4 doby długości. Znali nawet zjawisko precesji, ruch osi ziemskiej o cyklu długości 26 000 lat. Dokonali tych odkryć, dokładnie rejestrując, w jaki sposób poruszają się po niebie Księżyc i planety. Babilońskie kroniki astronomiczne z roku 500 p.n.e. przetrwały do dnia dzisiejszego.

Z takich źródeł wzięło się alternatywne tłumaczenie wszechświata. Nie odwołuje się ono do bogów, więc z początku nie cieszyło się poparciem kapłanów. Niektórzy ich potomkowie wciąż próbują je stłumić, nawet dzisiaj. Tradycyjny stan kapłański (do którego wtedy i teraz należeli często bardzo inteligentni ludzie) w końcu opracował metody współistnienia z takim bezbożnym myśleniem, jednak wciąż nie jest on popularny wśród postmodernistów, kreacjonistów, gazetowych astrologów i innych, preferujących rozwiązania, które można wymyślić samemu, bez wychodzenia z domu.

Obecna nazwa tego, co w różnych okresach zwane było „herezją” i „filozofią naturalną” brzmi, oczywiście, „nauka”.

Nauka wytworzyła niezwykły punkt widzenia wszechświata. Twierdzi ona, że wszechświat działa według reguł. Reguł, których nigdy nie łamie. Reguł, które pozostawiają bardzo mało miejsca na kaprysy bogów.

Waga przywiązywana do reguł stawia przed nauką trudne zadanie. Nauka musi wytłumaczyć, w jaki sposób masy płonącego gazu i skał Tam-W-Górze, stosujące się do prostych zasad (takich jak „duże rzeczy przyciągają małe rzeczy, a chociaż małe rzeczy także przyciągają duże rzeczy, to tak słabo, że trudno zauważyć”) mogą w jakikolwiek sposób doprowadzić do tego, co dzieje się Tu-Na-Dole. Tu-Na-Dole ścisłe przestrzeganie reguł wydaje się całkowicie nieobecne. Jednego dnia człowiek wychodzi na polowanie i łapie tuzin gazeli, drugiego dnia lew łapie jego. Tu-Na-Dole najwyraźniej dostrzeganą regułą wydaje się „nie ma żadnych reguł”. Może z wyjątkiem tej, którą można wyrazić naukowo jako merda accidid. Jak ujmuje to harvardzkie prawo zachowania zwierząt: „Zwierzęta doświadczalne w starannie kontrolowanych warunkach laboratoryjnych robią to, na co mają ochotę”. Nie tylko zwierzęta; każdy golfista wie, że coś tak elementarnego jak twarda, sprężysta kulka z deseniem drobnych wgłębień na powierzchni nigdy nie zachowuje się tak, jak powinna. A już pogoda...

* * *

Nauka dzieli się obecnie na dwie rozległe dziedziny: nauki biologiczne, które mówią nam o istotach żywych, i nauki fizyczne, które mówią o wszystkim innym. Historycznie rzecz biorąc, „dzieli się” jest odpowiednim słowem – style naukowe tych dwóch dziedzin tyle mają do siebie, co przysłowiowy piernik do wiatraka. W samej rzeczy, wiatrak to maszyna napędzana energią wiatru i jako taka jest przedmiotem zainteresowań mechaniki, piernik natomiast powstaje z mąki, która jest przetworzonymi nasionami pewnych roślin, a zatem podlega naukom biologicznym. Obie te dziedziny są bez wątpienia nauką, tak samo podkreślają rolę eksperymentu w testowaniu teorii, jednak sposoby myślenia biegną zwykle innymi torami.

Przynajmniej tak było do dzisiaj.

W miarę zbliżania się trzeciego tysiąclecia coraz więcej aspektów nauki obejmuje kilka jej dyscyplin. Wiatrak na przykład zbudowany jest z drewna i służy do mielenia ziarna. A pieczenie piernika opiera się na technice grzewczej i pomiarowej, nie tylko na biologii pszenicy i drożdży.

Pierwszą przyczyną tego rozdwojenia nauki było silne przekonanie, że życie i nieżycie są całkowicie różne. Nieżycie jest proste i podlega formułom matematycznym; życie jest złożone i nie podlega żadnym formułom. Jak już wspomnieliśmy, Tu-Na-Dole wydaje się całkiem inne niż Tam-W-Górze.

Jednak im dokładniej badamy wnioski z matematycznych reguł, tym bardziej elastyczny wydaje się rządzony regułami wszechświat. I odwrotnie, im lepiej rozumiemy biologię, tym ważniejsze stają się jej aspekty fizyczne – ponieważ życie jest szczególnym rodzajem materii, musi zatem stosować się do reguł fizyki. To, co wyglądało jak ogromna, niepokonana przepaść między naukami biologicznymi i fizycznymi, zmniejsza się tak prędko, że dziś wydaje się zaledwie cienką linią wyrysowaną na piasku naukowej pustyni.

Jeśli chcemy przestąpić tę linię, musimy zrewidować sposób naszego myślenia. Zbyt łatwo jest powrócić do dawnych – i niewłaściwych – nawyków. Aby zilustrować tę tezę i przedstawić powracający motyw niniejszej książki, spójrzmy, w jaki sposób techniczne problemy dotarcia człowieka na Księżyc mówią nam o funkcjonowaniu żywych stworzeń.

Główną przeszkodą w locie człowieka na Księżyc nie jest odległość, ale grawitacja. Można by dojść do Księżyca pieszo, w ciągu około trzydziestu lat, mając drogę, powietrze i zwykłe wyposażenie doświadczonego wędrowca – gdyby nie fakt, że przez większość trasy trzeba się wspinać pod górę. Przeniesienie człowieka z powierzchni do punktu neutralnego, gdzie przyciąganie Księżyca równoważy ziemskie, wymaga energii. Fizyka określa nieprzekraczalną dolną granicę tej niezbędnej energii – to różnica energii potencjalnej masy umieszczonej w punkcie neutralnym i energii potencjalnej tej samej masy leżącej na powierzchni Ziemi. Prawo zachowania energii stwierdza, że choćbyśmy byli bardzo sprytni, nie możemy osiągnąć celu mniejszym kosztem.

Nie da się pokonać fizyki.

Dlatego właśnie badania kosmiczne są takie kosztowne. Wiele paliwa trzeba, by wynieść człowieka rakietą w kosmos... a co gorsza, trzeba jeszcze paliwa, by wynieść rakietę... i paliwa, żeby wynieść to paliwo... i... W każdym razie wydaje się, że utknęliśmy na dnie ziemskiej studni grawitacyjnej, a bilet na wyjazd kosztuje fortunę.

Ale czy rzeczywiście?

Od czasu do czasu podobne obliczenia stosowano do istot żywych, uzyskując niezwykłe wyniki. „Udowodniono” na przykład, że kangury nie mogą skakać, pszczoły nie mogą latać, a ptaki nie uzyskują z pożywienia energii wystarczającej na szukanie pożywienia. „Udowodniono” nawet, że samo życie jest niemożliwe, ponieważ systemy żywe stają się coraz bardziej uporządkowane, a przecież fizyka stwierdza, że wszystkie systemy stają się coraz bardziej nieuporządkowane.

Podstawowym wnioskiem, jaki biolodzy wyciągnęli z tych wyników, był głęboki sceptycyzm co do znaczenia fizyki w biologii, a także przyjemne poczucie wyższości, jako że życie okazało się wyraźnie ciekawsze od fizyki.

Poprawny wniosek jest jednak całkiem inny: uważaj, jakie ukryte założenia przyjmujesz, kiedy wykonujesz takie obliczenia. Weźmy na przykład wspomnianego kangura. Można wyliczyć, ile energii zużywa podczas skoku, pomnożyć przez liczbę skoków dziennie i otrzymać dolną granicę dziennego zapotrzebowania na energię. Podczas skoku kangur odrywa się od ziemi, wznosi się i opada z powrotem, więc obliczenia są takie jak dla rakiety kosmicznej. Mnożymy i okazuje się, że dzienne zapotrzebowanie energetyczne kangura jest dziesięć razy większe niż wszystko, co może uzyskać z pożywienia. Wniosek: kangury nie mogą skakać. A skoro nie mogą skakać, to nie mogą znaleźć pożywienia, zatem wszystkie są martwe.

To dziwne, ale w Australii wręcz roi się od kangurów, które – na szczęście – nie mają pojęcia o fizyce.

Gdzie tkwi błąd? Obliczenia modelują kangura tak, jakby był workiem ziemniaków. Zamiast tysiąca kangurzych skoków dziennie (powiedzmy), ocenia się energię niezbędną do podniesienia worka ziemniaków nad ziemię i upuszczenia go tysiąc razy. Ale jeśli obejrzymy w zwolnionym tempie film z kangurem biegnącym po australijskich pustkowiach, przekonamy się, że zwierzę wcale nie przypomina worka ziemniaków. Kangur odbija się i podskakuje jak wielka gumowa sprężyna. Kiedy nogi wznoszą się w górę, głowa i ogon opadają, magazynując w mięśniach energię. Potem, kiedy stopy uderzają o ziemię, ta energia jest uwalniana i pozwala na kolejny skok. Ponieważ większa jej część jest „wypożyczana” i zaraz potem „oddawana”, koszt energetyczny jednego skoku kształtuje się bardzo nisko.

A oto test skojarzeniowy dla czytelnika. „Worek ziemniaków” tak się ma do „kangura”, jak „rakieta” do... do czego? Jedną z możliwych odpowiedzi jest winda kosmiczna. W numerze „Wireless World” z października 1945 roku autor science fiction, Arthur C. Clarke, przedstawił koncepcję orbity geostacjonarnej, wykorzystywanej teraz przez niemal wszystkie satelity komunikacyjne. Na pewnej wysokości (około 35 000 km nad powierzchnią) satelita obiega Ziemię, dokładnie zsynchronizowany z jej ruchem obrotowym. Dlatego z powierzchni wydaje się, że zawisł nieruchomo. To użyteczna właściwość dla komunikacji; możemy skierować antenę satelitarną w ustalonym kierunku i zawsze odbierać spójny, sensowny sygnał, a przynajmniej MTV.

Prawie trzydzieści lat później Clarke spopularyzował ideę o potencjalnie jeszcze większym wpływie na rozwój techniki. Ustawmy satelitę na orbicie geostacjonarnej i opuśćmy z niego linę aż na ziemię. Lina musi być niezwykle wytrzymała; na razie nie potrafimy takiej wyprodukować, ale nanorurki węglowe, wytwarzane obecnie w laboratoriach, zbliżają się do tego celu. Jeśli poradzimy sobie z mechaniką, możemy zbudować windę na wysokość 35 000 km. Koszt będzie gigantyczny, ale potem można wynosić towary w kosmos, zwyczajnie wciągając je po linie.

No tak – nie można oszukać fizyki. Wymagana energia będzie dokładnie taka sama, jak przy użyciu rakiety.

Oczywiście. Podobnie jak energia niezbędna do podniesienia kangura jest dokładnie taka sama, jak potrzebna do podniesienia worka ziemniaków.

Sztuka polega na tym, żeby znaleźć sposób wypożyczania energii i oddawania jej potem. Ale kiedy winda kosmiczna już ruszy, po pewnym czasie tyle samo ładunków będzie zjeżdżać na dół, co wjeżdżać do góry. A gdybyśmy zaczęli wydobywać minerały na Księżycu czy z asteroidów, wkrótce więcej towarów trzeba będzie transportować na dół niż do góry. Materiały opuszczane na dół dostarczają energii potrzebnej na wciąganie innych do góry. W przeciwieństwie do rakiety, która zużywa się po odpaleniu, winda kosmiczna utrzymuje się sama.

Życie jest jak winda kosmiczna. Tym, co utrzymuje życie, nie jest energia, ale organizacja. Kiedy raz już powstanie system tak wysoko zorganizowany, że potrafi tworzyć kopie samego siebie, utrzymanie tego poziomu organizacji nie jest „kosztowne”. Początkowa inwestycja była ogromna, jak w przypadku windy kosmicznej. Ale kiedy już jej dokonano, całą resztę dostajemy za darmo.

Jeśli chce się zrozumieć biologię, potrzebna jest fizyka wind kosmicznych, nie fizyka rakiet.

* * *

Ciąg dalszy w wersji pełnej



[9] Właściwie można jeść sól. Ale nikt poza Światem Dysku nie chodzi do restauracji, żeby zamówić bazalt z przystawkami.

5
Projekt „Świat Kuli”

Dostępne w wersji pełnej

6
Rozpoczynanie i stawanie się

Dostępne w wersji pełnej

7
Poza piątym pierwiastkiem

Dostępne w wersji pełnej

8
Jesteśmy gwiezdnym pyłem
(a przynajmniej byliśmy w Woodstock)

Dostępne w wersji pełnej

9
Pij gorącą naftę, psie!

Dostępne w wersji pełnej

10
Kształt rzeczy

Dostępne w wersji pełnej

11
Nie ufaj zakrzywionym wszechświatom

Dostępne w wersji pełnej

12
Skąd się biorą reguły?

Dostępne w wersji pełnej

13
Nie, tego nie może robić

Dostępne w wersji pełnej

14
Dyskowe Światy

Dostępne w wersji pełnej

15
Świt świtu

Dostępne w wersji pełnej

16
Ziemia i ogień

Dostępne w wersji pełnej

17
Skafander z zaklęć

Dostępne w wersji pełnej

18
Powietrze i woda

Dostępne w wersji pełnej

19
Nadchodzi przypływ...

Dostępne w wersji pełnej

20
Wielki krok ludzkości

Dostępne w wersji pełnej

21
Światło, przy którym widać ciemność

Dostępne w wersji pełnej

22
Rzeczy, których nie ma

Dostępne w wersji pełnej

23
Żadnej możliwości życia

Dostępne w wersji pełnej

24
A mimo to...

Dostępne w wersji pełnej

25
Dobór nienaturalny

Dostępne w wersji pełnej

26
O pochodzeniu Darwina

Dostępne w wersji pełnej

27
Potrzebujemy więcej kleksów

Dostępne w wersji pełnej

28
Nadchodzi lodowiec

Dostępne w wersji pełnej

29
Wielki krok w bok

Dostępne w wersji pełnej

30
Uniwersalne i lokalne

Dostępne w wersji pełnej

31
Przyszłość to traszka

Dostępne w wersji pełnej

32
Dziewięć razy na dziesięć

Dostępne w wersji pełnej

33
Wciąż te przeklęte jaszczurki

Dostępne w wersji pełnej

34
Zagłada dinozaurów

Dostępne w wersji pełnej

35
Wstecznicy

Dostępne w wersji pełnej

36
Ssaki naprzód!

Dostępne w wersji pełnej

37
Nie graj boga

Dostępne w wersji pełnej

38
Myśl kolonijna

Dostępne w wersji pełnej

39
Uuk: Odyseja kosmiczna

Dostępne w wersji pełnej

40
Extel Outside

Dostępne w wersji pełnej

41 Beczenie trwa

Dostępne w wersji pełnej

42
Metody opuszczenia planety

Dostępne w wersji pełnej

43
Niezbędne jest chelonium

Dostępne w wersji pełnej

44
Eden i Avalon

Dostępne w wersji pełnej

45
Jako w górze, tak i na dole

Dostępne w wersji pełnej

Index

Dostępne w wersji pełnej