Łups! - Terry Pratchett

Łups!

0,0

Dolina Koom – to właśnie tam trolle złapały w zasadzkę krasnoludów, a krasnoludy złapały w zasadzkę trolle. To było daleko stąd. To było dawno temu. 

Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork znowu zobaczy wojnę, tym razem przed własnym biurem, jeśli nie rozwiąże zagadki morderstwa przynajmniej jednego krasnoluda. Kiedy jego ukochana Straż się rozsypuje, kiedy grzmią werble bojowe, musi odsłonić każdy ślad, przechytrzyć każdego skrytobójcę, pokonać każdą ciemność, by znaleźć rozwiązanie. 

Aha – codziennie o szóstej, niezawodnie, bez żadnych wykrętów, musi wrócić do domu i poczytać synkowi "Gdzie jest moja krówka" ze wszystkimi odpowiednimi odgłosami podwórka. Są pewne rzeczy, które zwyczajnie trzeba załatwić.

Pomysłowe, dowcipne, logiczne... Wszystko, czym powinna być kolejna powieść w cyklu fantasy, a nawet więcej. „SFX Magazine”

Może pisać łagodne komedie, ale wie, jak przerażająco skomplikowany i ekscytujący jest wszechświat.  „The Times”

To seria, która wydaje się za każdym razem wymyślać od nowa poprzez naturalną ewolucję. „Starburst”

Dodaj komentarz


Ten tom (trzydziesty czwarty w cyklu) trochę mnie znużył. Oczywiście to nadal ten sam dobry Pratchett, ale jednocześnie jakby inny. Więcej w tej powieści polityki, kryminału (tajemnicze morderstwo) i problemów społecznych (stosunki trollowo krasnoludowe) niźli dobrego humoru. Oczywiście uśmiech zagości na twarzy niejednego czytelnika, ale to już nie to co oferował autor na początku cyklu. Jest poważniej i... mrocznie (co akurat mi się podobało).


Kolejny tom serii Świat Dysku, do którego mam mieszane odczucia, ale przeczytałam, gdyż byłam całkiem ciekawa tego, co znów może zaprezentować sir Terry Pratchett. Tomy poświęcone Straży Miejskiej Ankh - Morpork wchodzą mi różnie, ten akurat wciągnęłam bardzo szybko, chociaż nie mogę powiedzieć, bym była zachwycona. Jest to miła lektura na rozluźnienie po ciężkim dniu. Fani z pewnością nie będą zawiedzeni. Myślę, że warto po to sięgnąć.


Trzydziesty czwarty tom opowieści o Świecie Dysku. „Łups!” to kolejna część poświęcona Straży Miejskiej Ankh-Morpork, a szczególnie stojącemu na jej czele Samowi Vimesowi, który ma nie lada problem krasnoludo-trollowe nastroje w mieście uległy znacznemu pogorszeniu a do tego dochodzi do tajemniczego morderstwa. Pratchett jak zwykle bawi, a w pełnej inteligentnego humoru książce daje czytelnikowi rozrywkę na wiele godzin. Jak zwykle książkę szybko się czyta. Polecam


Ta książka Pratchetta obnaża głupotę nietolerancji i ośmiesza źle pojmowaną tradycję. Jak można zmienić (w tym przypadku krasnoludów) spokojnych, niemal wzorowych obywateli w fanatyków, którzy bezkrytycznie przyjmują nieswoje przekonania i za nie walczą. "Łups!" to tak naprawdę cięta satyra. Humor znany z początkowych powieści autora ze Świata Dysku wyparował. Jest teraz subtelniejszy, żeby nie powiedzieć poważny. Powieść jest dość mroczna. Nie każdemu odbiorcy się to spodoba. Niestety pisarze (jak każdy inny człowiek) z wiekiem się zmieniają, ich dokonania również


Jakże problemy Doliny Koom przypominają te, które dręczą nasz świat, nieprawdaż? Trochę słabsza część serii, ale nadal jest zabawnie. Pratchett swoim humor i stylem przyciąga czytelników, niczym miód Kubusia Puchatka. Wierni fani autora z pewnością darują mu ten chwilowy spadek formy. Bo przecież nawet Mistrzowi może zdarzyć się gorszy dzień. Mimo wszystko polecam tę książkę, jako satyryczne spojrzenie na otaczający nas świat.


A według mnie Łups! jest jedną z najlepszych części. Bardzo mi się podobała.


Wielu uważa tę książkę za gorszą, albo i najgorszą. No dobra, lekki spadem formy, ale to jednak wciąż ten sam Pratchett... A może jednak? Choroba odbiła się na jego twórczości... Smutne...


Mroczna tajemnica, morderstwo polityczne, krasnoludy kontra trolle. Okraszone humorem. Jak zwykle świetny Pratchett? W tym przypadku troszkę gorzej, co nie oznacza, że nalezy omijać tą część cyklu. Wręcz przeciwnie.


Jeden z gorszych tomów Świata dysku, jednak nie najgorszy bo takich nie ma. Z pewnością widać w nim odzwierciedlenia naszego świata, jednak tym razem nie jest ono zbyt subtelne.


Ten tom polecam szczególnie naszym politykom. Problem Doliny Koom wypływa w historii co czas jakiś w różnej postaci. Może czas na wnioski.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Łups!

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
* * *
* * *
Łups!
Karta redakcyjna

Terry Pratchett

Łups!

Fragment

Przełożył Piotr W. Cholewa 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Pierwsza rzecz, którą zrobił Tak, to spisał siebie.

Druga rzecz, którą zrobił Tak, to spisał Prawa.

Trzecia rzecz, którą zrobił Tak, to spisał Świat.

Czwarta rzecz, którą zrobił Tak, to spisał jaskinię.

Piąta rzecz, którą zrobił Tak, to spisał geodę, jajo z kamienia.

I oto w półmroku ujścia jaskini geoda pękła i narodzili się Bracia.

Pierwszy Brat poszedł w stronę światła i stanął pod otwartym niebem.

I od tego wyrósł za wysoko. Był to pierwszy Człowiek.

Nie znalazł żadnych praw i stał się oświecony.

Drugi Brat poszedł w stronę ciemności i stanął pod kamiennym sklepieniem.

I od tego zyskał prawidłowy wzrost. Był to pierwszy Krasnolud.

Znalazł Prawa spisane przez Taka i stał się ociemniony.

Ale część żyjącego ducha Taka pozostała uwięziona w kamiennym jaju i stała się pierwszym trollem, który wędruje po świecie nieproszony i niechciany, bez duszy ani celu, pojęcia ani zrozumienia. Bojąc się światła i ciemności, przez wieczność włóczy się w półmroku, nie wiedząc niczego, nie ucząc się niczego, nie tworząc niczego, będąc niczym…

fragment Gd Tak ‘Gar (Rzeczy, które spisał Tak),

przekł. prof. W.W.W. Wildblood, Wydawnictwa Niewidocznego Uniwersytetu,

cena 8 AM$ (w oryginale ostatni paragraf cytowanego tekstu wydaje się

dopisany o wiele później)

Jemu co góry kruszy jemu nie

Jemu co słońce jego zatrzyma jemu nie

Jemu co młot jego rozbija jemu nie

Jemu co ogień jego przerazi jemu nie

Jemu co głowę jego podnosi nad jego serce

Jemu diament

On diament

tłumaczenie trollowych piktogramów wyrytych na bazaltowym bloku,

znalezionym na najniższym pokładzie ankhmorporskich kopalni melasy,

w złożach melasy szacowanych na 500 000 lat

Łups!

Łups!…

Taki dźwięk wydała ciężka maczuga, kiedy zderzyła się z głową. Ciało zadygotało i osunęło się na wznak.

I rzecz się stała, niewidziana i niesłyszana – doskonałe zakończenie, doskonałe rozwiązanie, doskonała opowieść.

Ale, jak mawiają krasnoludy, gdzie są kłopoty, zawsze znajdzie się trolla.

Troll widział.

Łups!

Dzień zaczął się idealnie. Sam dobrze wiedział, że wkrótce przestanie być idealny, ale przez te kilka minut można było udawać, że nie.

Sam Vimes się golił. Był to jego codzienny akt buntu, potwierdzenie, że jest… no, zwykłym Samem Vimesem.

Owszem, golił się w swojej rezydencji, a kamerdyner czytał mu artykuły z „Pulsu”, ale to tylko… no, okoliczności. Nadal spoglądał na niego z lustra Sam Vimes. Zły będzie to dzień, kiedy zobaczy tam diuka Ankh. Diuk to tylko zakres obowiązków roboczych, nic więcej.

– Prawie wszystkie wiadomości dotyczą obecnej sytuacji… krasnoludziej, sir – rzekł Willikins.

Vimes zmagał się z tym trudnym regionem pod nosem. Nadal używał morderczej brzytwy swojego dziadka – to była jeszcze jedna kotwica mocująca go do rzeczywistości. Poza tym stal była wtedy o wiele lepsza od dzisiejszej. Sybil, przejawiająca dziwaczny entuzjazm dla nowoczesnych zabawek, sugerowała, że powinien używać jednej z tych nowych golarek, w których siedział taki mały czarodziejski chochlik z własnymi nożyczkami i bardzo szybko ścinał, co należy. Ale Vimes twardo odmawiał. Jeśli już ktoś ma wymachiwać ostrzem przy jego twarzy, to tylko on sam.

– Dolina Koom, dolina Koom… – mruczał do swojego odbicia. – Coś nowego?

– Właściwie nie – stwierdził Willikins i wrócił do pierwszej strony. – Jest artykuł o przemówieniu, jakie wygłosił grag Combergniot. Piszą, że potem nastąpiły zamieszki. Kilka krasnoludów i trolli odniosło rany. Przywódcy obu społeczności zaapelowali o spokój.

Vimes starł pianę z ostrza.

– Ha! Pewnie, że zaapelowali. Powiedz, Willikins, często się biłeś w młodości? Należałeś do jakiegoś gangu albo co?

– Miałem zaszczyt należeć do Niegrzecznych Chłopców z Fałszonogiej, sir – odparł kamerdyner.

– Poważnie? – Na Vimesie zrobiło to wrażenie. – Pamiętam, że to byli prawdziwi twardziele.

– Dziękuję, sir – rzekł spokojnie Willikins. – Muszę się pochwalić, że zwykle oddawałem trochę więcej, niż dostałem, kiedy musieliśmy rozstrzygać ciągle drażliwe kwestie terytorialne z młodymi ludźmi z Powroźniczej. O ile sobie przypominam, ich ulubioną bronią były sztauerskie haki.

– A waszą? – spytał zaciekawiony Vimes.

– Wyostrzone pensy wszyte w rondo kapelusza, sir. W nerwowych czasach zawsze przydatne narzędzie.

– Na bogów, człowieku! Czymś takim można kogoś pozbawić oka!

– Przy odpowiedniej staranności, sir, tak, istotnie. – Willikins bardzo skrupulatnie złożył ręcznik.

A teraz stoisz tutaj w tych swoich prążkowanych spodniach i kamerdynerskim surducie, błyszczący jak smalec i tłuściutki jak masło, myślał Vimes, docinając miejsca pod uszami. A ja jestem diukiem. Jak ten świat się zmienia…

– I czy kiedykolwiek słyszałeś, żeby ktoś powiedział: „Zróbmy jakieś zamieszki”?

– Nigdy, sir. – Willikins znów sięgnął po „Puls”.

– Ja też nie. To się zdarza tylko w azetach. – Vimes zerknął na bandaż na ręku. No cóż, mimo wszystko potrafią zamieszać… – Piszą tam, że szarżowałem osobiście?

– Nie, sir. Ale piszą, że przeciwne strony zostały rozdzielone dzięki mężnej postawie straży.

– Naprawdę użyli słowa „mężna”?

– Tak, sir, naprawdę.

– No to nieźle – przyznał niechętnie Vimes. – A czy napisali, że dwóch naszych funkcjonariuszy trafiło do Darmowego Szpitala, jeden w dość ciężkim stanie?

– Trudno to wytłumaczyć, sir, ale nie.

– Hm… Typowe. No trudno. Czytaj dalej.

Willikins chrząknął po kamerdynersku.

– Gdyby zechciał pan opuścić brzytwę, sir… Lady Sybil miała do mnie pretensje o to zeszłotygodniowe draśnięcie.

Vimes popatrzył, jak jego odbicie wzdycha, i opuścił brzytwę.

– No dobra, Willikins. Nie oszczędzaj mnie.

Azeta za jego plecami zaszeleściła profesjonalnie.

– Nagłówek na stronie trzeciej brzmi: „Wampirzy funkcjonariusz w straży?” – oznajmił kamerdyner i na wszelki wypadek cofnął się o krok.

– Niech to demony! Kto im powiedział?

– Nie mam pojęcia, sir. Piszą tu, że jest pan przeciwny wampirom w straży, ale dzisiaj będzie pan rozmawiał z rekrutem. I jeszcze, że sprawa jest źródłem żywych kontrowersji.

– Zajrzyj na stronę ósmą, dobrze? – poprosił Vimes.

Azeta zaszeleściła znowu.

– I co? – spytał. – Tam zwykle dają głupią karykaturę polityczną, zgadza się?

– Odłożył pan brzytwę, prawda? – upewnił się Willikins.

– Tak.

– Może byłoby lepiej, sir, gdyby zechciał się pan odsunąć od umywalki.

– Mnie narysowali, tak? – mruknął ponuro Vimes.

– Istotnie, sir. Rysunek przedstawia małego i zdenerwowanego wampira oraz pańską postać, jeśli wolno mi tak powiedzieć, większą niż w rzeczywistości, jak pochyla się nad biurkiem z ogromnym kołkiem w ręku. A podpis brzmi: „Liczysz na krwawe zbrodnie, co?”, sir, co jest humorystycznym nawiązaniem do znanych wampirzych apetytów…

– Tak, chyba udało mi się jakoś to zauważyć – rzekł ze znużeniem Vimes. – Jest jakaś szansa, że zdążysz tam pobiec i kupić oryginał, zanim zrobi to Sybil? Za każdym razem, kiedy wydrukują moją karykaturę, ściąga ją i wiesza w bibliotece.

– Pan, ehm, Fizz rzeczywiście potrafi uchwycić podobieństwo, sir – przyznał kamerdyner. – I z przykrością muszę poinformować, że lady Sybil już poleciła mi udać się do redakcji „Pulsu” w jej imieniu.

Vimes jęknął.

– Co więcej, sir – ciągnął Willikins – lady Sybil zasugerowała, by przypomnieć, że ona i Młody Sam spotkają się z panem w studiu sir Joshuy punktualnie o jedenastej, sir. Jak rozumiem, obraz znalazł się na ważnym etapie.

– Ale ja…

– Była bardzo stanowcza, sir. Powiedziała, że jeśli komendant straży nie może sobie wziąć wolnego, to kto może?

Łups!

Tego dnia w roku 1802 malarz Methodia Rascal zbudził się ze snu, ponieważ z szuflady jego nocnej szafki rozlegał się gwar bitewny.

Znowu.

Łups!

Jedna słaba lampka oświetlała piwnicę, czyli, inaczej mówiąc, nadawała ciemności inną fakturę i rozdzielała cienie od mroczniejszych cieni. Postacie były ledwie widoczne. Normalne oczy nie były w stanie poznać, która z nich się odzywa.

– To nie może się wydać, zrozumiano?

– Przecież on nie żyje!

To sprawa krasnoludów! Wiadomość nie powinna dotrzeć do Straży Miejskiej. Nie ma tu dla nich miejsca! Czy ktoś z nas chce ich tutaj, na dole?

– Wśród funkcjonariuszy mają krasnoludów…

– Ha… D’rkza. Za długo tkwią na słońcu. Teraz są już tylko niskimi ludźmi. Czy myślą po krasnoludzku? A Vimes będzie kopał i kopał, i wymachiwał tymi głupimi szmatami i śmieciami, które nazywają tu prawem. Dlaczego mamy dopuścić do takiego skandalu? Poza tym to przecież żadna zagadka. Tylko troll mógł tego dokonać, zgadzamy się chyba? Pytałem, czy się zgadzamy.

– To właśnie się stało – powiedziała jedna z postaci. Głos miała cienki, drżący i, prawdę mówiąc, niepewny.

– Rzeczywiście, to był troll – rozległ się inny głos, niemal identyczny z poprzednim, ale mówiący trochę bardziej pewnie.

Zapadła cisza, słychać było jedynie zawsze obecny odgłos pomp.

– To mógł być tylko troll – stwierdził głos, który wcześniej namawiał do zachowania tajemnicy. – Bo czyż nie jest powiedziane, że za każdą zbrodnią znajdzie się trolla?

Łups!

Kiedy Sam Vimes dotarł do Pseudopolis Yard, przed komendą straży zebrał się niewielki tłumek. Do tej chwili trwał miły, słoneczny dzień. Teraz nadal był słoneczny, lecz już całkiem niemiły.

Ludzie trzymali plakaty. „Pijawki wynocha!”, przeczytał Vimes; „Żadnych kłów!”. Twarze zwracały się ku niemu z ponurym, na wpół zalęknionym wyzwaniem.

Zaklął pod nosem, ale nieprzesadnie cicho.

Otto Chriek, ikonografik z „Pulsu”, stał w pobliżu, trzymał parasol i wyglądał na przygnębionego. Pochwycił wzrok Vimesa i podszedł smętnie.

– Po co ci to, Otto? – spytał Vimes. – Przyszedłeś zrobić obrazek jakichś porządnych rozruchów?

– To vieści, komendancie – odparł Otto, wpatrując się w swoje bardzo błyszczące buty.

– Kto ci dał znać?

– Ja tylko robię obrazki, komendancie. – Otto spojrzał na Vimesa z urazą. – Zresztą gdybym navet viedział, i tak bym nie mógł poviedzieć. Z povodu Volności Prasy.

– Raczej wolności dolewania oliwy do ognia.

– Taka to już volność. Nikt nie tvierdził, że będzie miła.

– Ale… przecież ty też jesteś wampirem! Podoba ci się to, co widzisz? – Komendant machnął ręką na tłum.

– To jednak noviny, komendancie – stwierdził potulnie Otto.

Vimes raz jeszcze przyjrzał się protestującym. Byli to głównie ludzie. Stał wśród nich jeden troll, choć prawdopodobnie dołączył z powodów ogólnych, po prostu dlatego, że coś się działo. Wampir potrzebowałby wiertła do muru i ogromnej cierpliwości, żeby zrobić trollowi krzywdę.

Mimo wszystko miało to pewną zaletę, jeśli można tak to określić – takie drobne przedstawienie odwracało uwagę od doliny Koom.

– Dziwne, że ty im jakoś nie przeszkadzasz, Otto – zauważył, już trochę uspokojony.

– Vie pan, ja nie jestem oficjalny – wyjaśnił Otto. – Nie mam miecza ani odznaki. Nie zagrażam. Tyram tylko, jak oni. I ich rozźmieżam.

Vimesowi nigdy wcześniej nie przyszło to do głowy, ale tak… mały, zapracowany Otto w swojej kamizelce z czerwoną podszewką i kieszeniami na cały osprzęt, z jego lśniącymi czarnymi butami, włosami wyciętymi w staranne V na czole i – nie najmniej ważnym – śmiesznym akcentem, który stawał się bardziej lub mniej wyraźny, zależnie od rozmówcy… Otto nie wydawał się groźny. Wydawał się zabawnym, jakby żartobliwym, wodewilowym wampirem. Dopiero dzisiaj Vimes odkrył, że może to on sobie żartuje. Niech się śmieją, to nie będą się bali.

Skinął mu głową i wszedł do środka. Sierżant Cudo Tyłeczek stała na skrzynce przy zbyt wysokim biurku dyżurnego, nowiutkie galony błyszczały jej na rękawie. Vimes zanotował w pamięci, żeby zrobić coś z tą skrzynką. Niektórzy z krasnoludzich funkcjonariuszy byli trochę przeczuleni na punkcie jej używania

– Przydałoby się paru chłopców przed drzwiami, Cudo – powiedział. – Nic prowokacyjnego, po prostu dyskretne przypomnienie, że pilnujemy tu porządku.

– To chyba nie będzie potrzebne, panie Vimes.

– Nie chciałbym zobaczyć w „Pulsie” obrazka, na którym pierwszy rekrut spośród wampirów jest atakowany przez demonstrantów, kap… sierżancie – odparł surowo Vimes.

– Tak właśnie myślałam, że pan by nie chciał, sir. Dlatego poprosiłam sierżant Anguę, żeby ją wprowadziła. Weszły tylnymi drzwiami już pół godziny temu. Angua oprowadza ją po budynku. Teraz są chyba w szatni.

– Poprosiłaś o to Anguę? – Serce Vimesa zamarło.

– Tak, sir. – Cudo zaniepokoiła się nagle. – Eee… to jakiś problem?

Vimes patrzył na nią w milczeniu. To dobry, sprawny funkcjonariusz. I zasługiwała na awans, bogowie świadkami. Ale – przypomniał sam sobie – pochodzi przecież z Überwaldu, prawda? Powinna pamiętać o… sytuacji… między wampirami i wilkołakami. A może to moja wina? Cały czas im powtarzam, że strażnicy to tylko strażnicy…

– Co? Och, nie – powiedział. – Chyba nie.

Wampir i wilkołak w jednym pokoju, myślał, wspinając się po schodach do swojego gabinetu. No trudno, muszą sobie z tym jakoś poradzić. Zresztą to tylko jeden z naszych problemów.

– A pana Pesymala zaprowadziłam do pokoju przesłuchań, sir! – zawołała jeszcze Cudo.

Vimes znieruchomiał w pół stopnia.

– Pesymala?

– Ten rządowy inspektor, sir – podpowiedziała Cudo. – Ten, o którym mi pan mówił…

A tak, pomyślał Vimes. Drugi z naszych problemów.

Łups!

Chodziło o politykę. Vimes nigdy jakoś nie mógł sobie poradzić z polityką, która była pełna pułapek na uczciwych ludzi. Ta zatrzasnęła się w zeszłym tygodniu, w gabinecie lorda Vetinariego, podczas zwykłego cotygodniowego spotkania…

– Ach, Vimes – rzekł jego lordowska mość, kiedy komendant straży stanął w progu. – Jak miło, że pan przyszedł. Czyż nie piękny mamy dziś dzień?

Aż do teraz, pomyślał Vimes, gdy zobaczył obecne w gabinecie dwie inne osoby.

– Wzywał mnie pan, sir? Krzemowa Liga przeciw Zniesławieniom zorganizowała marsz przez ulicę Wodną, więc musiałem zamknąć dla ruchu cały teren aż do Najmniejszej Bramy…

– Jestem pewien, że to może zaczekać, komendancie.

– Tak, sir. Na tym polega kłopot, sir. To właśnie robi.

Vetinari ze znużeniem machnął ręką.

– Wyładowane wozy blokujące ulice, Vimes, są znakiem postępu – oświadczył.

– Tylko w metaforycznym sensie, sir.

– No cóż, w każdym razie jestem pewien, że pańscy ludzie dadzą sobie radę. – Vetinari wskazał mu wolne krzesło. – Ma pan ich teraz tak wielu… Taki koszt… Niech pan siada, komendancie. Zna pan pana Johna Smitha?

Mężczyzna siedzący przy stole wyjął z ust fajkę i rzucił Vimesowi maniakalnie przyjazny uśmiech.

– Nie wwwydaje mi się, żebyśmy mieli tę przyjemność – rzekł, wyciągając rękę.

Wydawało się, że nie da się wymawiać „w” w taki sposób, niemal warcząco, ale John Smith to potrafił.

Podać rękę wampirowi? Nigdy w życiu, uznał Vimes, nawet taką okrytą rękawem niezbyt zręcznie robionego na drutach swetra. Zasalutował więc.

– Miło mi pana poznać, sir – rzekł, stając na baczność.

Ten sweter był naprawdę straszny. Miał przyprawiający o mdłości, zygzakowaty deseń w wielu dziwnych, nieszczęśliwych kolorach. Wyglądał jak coś, co zrobiła na prezent niewidoma ciotka – coś takiego, czego człowiek boi się wyrzucić na śmietnik, by śmieciarze nie śmiali się z niego i kopniakami nie przewracali mu pojemników.

– Pan Smith jest… – zaczął Vetinari.

– Prezesem Ankhmorporskiej Misji Überwaldzkiej Ligi Wstrzemięźliwości – dokończył Vimes. – Sądzę, że towarzysząca mu dama to pani Doreen Winkings, skarbnik tej samej misji. Chodzi o przyjęcie wampira do straży, prawda, sir? Znowu…

– Tak, Vimes, właśnie o to – zgodził się Patrycjusz. – I rzeczywiście znowu. Może jednak wszyscy usiądziemy? Vimes?

Osuwając się niechętnie na krzesło, Vimes wiedział, że nie ma ucieczki. I tym razem wiedział, że przegra. Vetinari zapędził go w ślepy zaułek.

Znał wszystkie argumenty za zatrudnianiem w straży różnych gatunków. To były dobre argumenty. Niektóre argumenty przeciwne były złymi argumentami. W straży służyły trolle, mnóstwo krasnoludów, jeden wilkołak, trzy golemy, Igor i – nie najmniej ważny – kapral Nobbs[1], więc czemu nie wampir. A liga wstrzemięźliwości była faktem. Wampiry noszące ligową czarną wstążeczkę („Ani kropli”) także były faktem. Owszem, te, które zrezygnowały z krwi, bywały czasem dziwaczne, ale też inteligentne i sprytne, a więc potencjalnie wartościowe dla społeczeństwa. Natomiast straż to najlepiej widoczna instytucja rządowa w mieście. Dlaczego nie może dać przykładu?

Ponieważ, odpowiedziała poharatana, ale wciąż działająca dusza Vimesa, nienawidzisz tych przeklętych wampirów. Żadnych fałszywych usprawiedliwień, żadnego mydlenia oczu w stylu „społeczeństwo tego nie zaakceptuje” czy „to nie jest odpowiedni moment”. Nienawidzisz tych piekielnych wampirów, a to jest twoja piekielna straż.

– Panie Vimes – zaczęła pani Winkings. – Trutno nam nie zauvażyć, że vciąż nie zaangażował pan v straży żatnego z naszych członków…

Czemu nie powiesz normalnie „zauważyć”, myślał Vimes. Wiem, że potrafisz. Niech ta dwudziesta czwarta litera alfabetu wkroczy w twoje życie. Poproś Johna Smitha, on ma ich w nadmiarze. Zresztą… wymyśliłem nowy argument. Bardzo policyjny.

– Pani Winkings – powiedział głośno. – Żaden wampir nie złożył prośby o przyjęcie do straży. Po prostu nie są psychicznie dostosowani do policyjnego stylu życia. I jestem komendantem Vimesem, bardzo dziękuję.

Małe oczka pani Winkings błysnęły słusznym gniewem.

– Aha, chce pan poviedzieć, że vampiry zą… głupie? – zapytała.

– Nie, pani Winkings, twierdzę, że są inteligentne. I tu napotykamy kłopot, właśnie w tym punkcie. Dlaczego mądra osoba miałaby się codziennie narażać na kopniaki w wo… głowę za trzydzieści osiem dolarów miesięcznie plus dodatki? Wampiry mają klasę, wykształcenie oraz von przed nazwiskiem. Mogą mieć setki zajęć o wiele ciekawszych niż łażenie po ulicach jako gliniarz. Niby jak chcecie to załatwić, siłą wcielić ich do sił policji?

– Czy nie zaproponowwwano by im stopnia oficerskiego? – spytał John Smith.

Twarz błyszczała mu od potu, a ten permanentny uśmiech wyglądał maniakalnie. Plotka głosiła, że dotrzymywanie Zobowiązania przychodzi mu z wyjątkową trudnością.

– Nie. Każdy zaczyna na ulicy. – Nie była to całkiem prawda, ale pytanie Vimesa uraziło. – I na nocnej zmianie. To dobra szkoła. Najlepsza z możliwych. Tydzień deszczowych nocy, kiedy podnoszą się mgły, woda ścieka za kołnierz, a z mroku rozbrzmiewają jakieś dziwne odgłosy… No więc wtedy właśnie odkrywamy, czy trafił nam się prawdziwy glina…

Zrozumiał, gdy tylko to powiedział. Wszedł prosto w pułapkę. Musieli znaleźć kandydata…

– No viętz śvietnie zię zkłada – oświadczyła pani Winkings i wyprostowała się z dumą.

Vimes miał ochotę nią potrząsnąć i krzyknąć: Nie jesteś wampirem, Doreen! Jesteś żoną wampira, owszem, ale został nim w wieku, w którym możliwość, że chciałby cię ukąsić, przekracza ludzkie wyobrażenie! Wszyscy prawdziwi czarnowstążkowcy starają się zachowywać normalnie i nie rzucać w oczy! Żadnych powiewających peleryn, żadnego wysysania i absolutnie żadnego zrywania krynolin z młodych dziewcząt! Wszyscy wiedzą, że John Wcale-Nie-Wampir- -Skąd Smith był kiedyś hrabią Vargo St Gruet von Vilinus! Ale teraz pali fajkę, nosi te potworne swetry, kolekcjonuje banany i buduje z zapałek modele ludzkich organów, bo uważa, że hobby czynią go bardziej ludzkim! Ale ty, Doreen? Urodziłaś się na Kogudziobnej! Twoja matka była praczką! Nikt nie zdarłby z ciebie nocnej koszuli, chyba że dźwigiem! Ale tak bardzo… tak bardzo się starasz, co? To takie nieszczęsne hobby! Starasz się wyglądać na wampira bardziej niż wampiry! A nawiasem mówiąc, te sztuczne szpiczaste zęby stukają ci, kiedy mówisz…

– Vimes?

– Hm?

Vimes zdał sobie sprawę, że coś mówili.

– Pan Smith ma dobrą wiadomość – wyjaśnił Patrycjusz.

– Www samej rzeczy – zgodził się John Smith, maniakalnie rozpromieniony. – Mamy dla pana rekruta, komendancie! Wwwampira, który chce być www straży!

– I oczyviście notz nie ztanovi problemu – oświadczyła tryumfalnie Doreen. – My jezteśmy notzą!

– Chce mi pan powiedzieć, że muszę… – zaczął Vimes.

Vetinari przerwał mu natychmiast.

– Ależ skąd, komendancie. W pełni szanujemy pańską autonomię jako komendanta straży. To oczywiste, że musi pan zatrudniać tych, których uzna za odpowiednich. Proszę tylko, by kandydat został przesłuchany, zgodnie z duchem równych praw dla wszystkich.

Tak, akurat, myślał Vimes. A stosunki polityczne z Überwaldem staną się troszeczkę łatwiejsze, prawda, jeśli będziesz mógł powiedzieć, że mamy nawet czarnowstążkowca w straży. Za to jeśli go odrzucę, będę musiał wyjaśnić dlaczego. I podejrzewam, że „Po prostu nie lubię wampirów, jasne?” jednak nie wystarczy.

– Oczywiście – rzekł. – Proszę go przysłać.

– Właściwie to on jest nią – wyjaśnił lord Vetinari. Zajrzał do papierów. – Salacia Deloresista Amanita Trigestatra Zeldana Malifee… – Urwał, przerzucił kilka kartek i dodał: – Możemy chyba część opuścić, kończy się to na „von Humpeding”. Ma pięćdziesiąt jeden lat, ale… – dodał szybko, nim Vimes zdążył wykorzystać tę informację – …to żaden wiek dla wampira. Aha, i chce, żeby mówić do niej po prostu Sally.

Łups!

Pomieszczenie szatni nie było dostatecznie duże. Nic by nie było dostatecznie duże. Sierżant Angua starała się nie nabierać powietrza.

Duża sala byłaby dobra. A otwarta przestrzeń jeszcze lepsza. Potrzebowała miejsca na oddech. A ściślej mówiąc, potrzebowała miejsca, żeby nie oddychać wampirem. Przeklęta Cudo! Ale przecież nie mogła jej odmówić, to by fatalnie wyglądało. Mogła tylko się uśmiechać, znosić to i tłumić narastającą pokusę, by zębami rozerwać dziewczynie gardło.

Musi przecież wiedzieć, że to robi, myślała. Muszą wiedzieć, że wydzielają tę atmosferę naturalnej swobody, pewni siebie w każdym towarzystwie, wszędzie na swoim miejscu, a u wszystkich innych wzbudzają poczucie skrępowania i niższej klasy. Och, jej… Proszę mnie nazywać Sally, też mi coś…

– Przepraszam za to – powiedziała, starając się zmusić włoski na karku, by nie stawały sztorcem. – Trochę tu duszno. – Zakaszlała. – No, w każdym razie to właśnie to. Nie przejmuj się, tutaj zawsze tak pachnie. I nie męcz się z zamykaniem szafki, wszystkie klucze są takie same, a zresztą większa część drzwiczek odskakuje, jeśli w odpowiedni sposób uderzyć w ramę. Nie trzymaj tam nic cennego, tutaj wszędzie jest pełno glin. I nie denerwuj się za bardzo, jeśli ktoś podrzuci ci drewniany kołek albo wodę święconą.

– Czy coś takiego jest prawdopodobne? – spytała Sally.

– Nie prawdopodobne – odparła Angua. – Pewne. Ja na przykład znajdowałam tu psie obroże i psie sucharki w kształcie kości.

– Poskarżyłaś się?

– Co? Nie! Nie skarżysz się na takie rzeczy! – warknęła Angua. Żałowała, że nie może przestać oddychać. I tak już była pewna, że jej włosy wyglądają okropnie.

– Ale myślałam, że straż jest…

– Słuchaj, to nie ma nic wspólnego z tym, kim jesteś… kim jesteśmy, jasne? Gdybyś była krasnoludem, znalazłabyś parę butów na platformach albo drabinę, albo jeszcze coś, chociaż ostatnio nie zdarza się to tak często. Zwykle próbują z każdym. To taka policyjna zabawa. A potem obserwują, co zrobisz, rozumiesz. Nikt się nie przejmuje, czy jesteś trollem, gnomem, zombi czy wampirem… – W każdym razie nie za bardzo, dodała w myślach. – Ale nie pozwól im uznać cię za marudę albo donosiciela. Zresztą te sucharki były całkiem niezłe, prawdę mówiąc… Aha, spotkałaś już Igora?

– Wiele razy – zapewniła Sally.

Angua uśmiechnęła się z przymusem. W Überwaldzie człowiek bez przerwy spotykał Igory. Zwłaszcza jeśli był wampirem.

– Ale tego tutaj? – spytała.

– Nie, raczej nie.

Aha. Dobrze. Angua starała się unikać laboratorium Igora, ponieważ zapachy, jakie stamtąd dolatywały, były albo boleśnie chemiczne, albo przeraźliwie, sugestywnie organiczne, ale teraz będzie je wąchać z ulgą. Podeszła do drzwi nieco szybciej, niż tego wymagała uprzejmość. Zastukała.

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Każde otwierane przez Igora drzwi skrzypiały. To taki dar…

– Cześć, Igor – rzuciła wesoło Sally. – Przybij szóstkę!

Angua zostawiła ich, zajętych pogawędką. Igory były naturalnie służalcze, wampiry naturalnie nie. Idealnie do siebie pasowali. A ona mogła przynajmniej wyjść na powietrze.

Łups!

Otworzyły się drzwi.

– Pan Pesymal, sir – oznajmiła Cudo, wprowadzając do gabinetu Vimesa mężczyznę niewiele wyższego od niej. – A tu jest służbowy egzemplarz „Pulsu”.

Pan Pesymal był schludny. A właściwie przeszedł już poza schludność. Był osobnikiem z rodzaju układających. Garnitur miał tani, ale bardzo czysty, a jego małe buty aż się skrzyły. Włosy też mu błyszczały, jeszcze mocniej niż buty. Miały na środku przedziałek i były tak przylizane, że wyglądały jak namalowane na głowie.

Wszystkie działy miejskiej administracji od czasu do czasu podlegają kontroli, wyjaśnił Vetinari. Nie było powodów, by w tych procedurach omijać straż, prawda? W końcu bardzo intensywnie drenowała miejską szkatułę. Vimes zauważył, że rzeczy drenowane zwykle są wyrzucane. „Pomimo to”, powiedział wtedy Vetinari. Tylko „pomimo to”. Nie można się spierać z „pomimo to”.

Rezultatem okazał się pan Pesymal zbliżający się do Vimesa.

Błyszczał przy każdym kroku. Vimes nie potrafił inaczej tego opisać. Każdy jego ruch był… no, schludny. Portmonetka podkówka i okulary na tasiemce, pomyślał; mogę się założyć.

Pan Pesymal złożył się na krześle przed biurkiem Vimesa i z dwoma cichymi trzaskami otworzył klamry swojej teczki. Z pewną ceremonialnością założył okulary. Rzeczywiście, były na czarnej tasiemce.

– To mój list uwierzytelniający od lorda Vetinariego, wasza łaskawość – powiedział, podając kartkę papieru.

– Dziękuję, panie… A.E. Pesymal. – Vimes zerknął tylko i odłożył list na bok. – W czym mógłbym panu pomóc? A przy okazji: komendant Vimes, kiedy jestem w pracy.

– Potrzebny mi będzie gabinet, wasza łaskawość. I wgląd we wszystkie pańskie papiery. Jak pan wie, moim zadaniem jest przekazanie jego lordowskiej mości pełnego przeglądu oraz analizy kosztów/zysków straży, oraz wszelkich sugestii udoskonaleń na wszystkich jej polach działania. Pańska współpraca będzie przyjęta z wdzięcznością, ale nie jest konieczna.

– Sugestie udoskonaleń, tak? – rzekł jowialnym tonem Vimes. Tymczasem stojąca za krzesłem A.E. Pesymala sierżant Tyłeczek ze zgrozą przymknęła oczy. – Po prostu świetnie. Zawsze znany byłem ze swojej chęci do współpracy. Wspominałem już o tym diuku, prawda?

– Tak, wasza łaskawość – odparł sztywno A.E. Pesymal. – Pomimo to jest pan diukiem Ankh i niewłaściwe byłoby zwracanie się do pana w inny sposób. Świadczyłoby o braku szacunku.

– Rozumiem. A jak powinienem się zwracać do pana, panie Pesymal? – zapytał Vimes.

Kątem oka zauważył, że deska podłogi na drugim końcu pokoju unosi się ledwie dostrzegalnie.

– A.E. Pesymal będzie całkiem odpowiednie, wasza łaskawość – odparł inspektor.

– To A oznacza…? – Vimes na moment oderwał wzrok od deski.

– Po prostu A, wasza łaskawość – wyjaśnił cierpliwie A.E. Pesymal. – A.E. Pesymal.

– Chce pan powiedzieć, że nie dostał pan imienia, tylko inicjały?

– Otóż to, wasza łaskawość.

– A jak zwracają się do pana przyjaciele?

A.E. Pesymal wyglądał, jakby w tym zdaniu pojawiło się jedno ważne założenie, którego nie zrozumiał. Dlatego Vimesowi zrobiło się go trochę żal.

– No cóż, sierżant Tyłeczek się panem zajmie – zapewnił z udawaną serdecznością. – Sierżancie, znajdźcie panu A.E. Pesymalowi jakiś pokój. I pokażcie wszelkie papiery, jakich zażąda.

I to jak najwięcej, pomyślał. Zasypcie go nimi, byle trzymał się ode mnie z daleka.

– Dziękuję, wasza łaskawość. Będę też musiał odbyć rozmowy z niektórymi funkcjonariuszami.

– Po co? – zdziwił się Vimes.

– By zagwarantować, że mój raport będzie kompletny, wasza łaskawość – wyjaśnił spokojnie A.E. Pesymal.

– Mogę panu powiedzieć wszystko, czego chce się pan dowiedzieć.

– Tak, wasza łaskawość, ale nie tak przebiega kontrola. Muszę działać całkowicie niezależnie. Quis custodiet ipsos custodes, wasza łaskawość.

– To znam – stwierdził Vimes. – Kto pilnuje strażników? Ja, panie Pesymal.

– Ach, ale kto pilnuje waszej łaskawości? – spytał inspektor z przelotnym uśmiechem.

– Też ja. Przez cały czas. Może mi pan wierzyć.

– No tak, wasza łaskawość. Pomimo to muszę w tej sprawie reprezentować interes publiczny. Postaram się nie wchodzić w drogę.

– To miło z pańskiej strony, panie Pesymal – rzekł Vimes, kapitulując. Nie zdawał sobie sprawy, że ostatnio tak bardzo irytował Vetinariego. To wyglądało jak jedna z jego gierek. – No dobrze. Życzę panu miłego, i mam nadzieję, krótkiego pobytu u nas. Proszę mi wybaczyć, ale dzisiaj czeka mnie sporo pracy z całą tą przeklętą doliną Koom i w ogóle. Wejdź, Fred!

Tej sztuczki nauczył się od Vetinariego. Gościowi trudno było przedłużać pobyt w gabinecie, gdy wszedł już kolejny interesant. Poza tym Fred mocno się pocił przy tej pogodzie – był mistrzem pocenia. A przez wszystkie te lata nigdy nie wpadł na to, że kiedy ktoś stanie przed drzwiami, deska podłogi przechylała się lekko na belce i unosiła akurat w miejscu, gdzie Vimes mógł to zauważyć.

Deska podłogowa opadła na miejsce i drzwi się otworzyły.

– Nie wiem, jak pan to robi, panie Vimes – stwierdził pogodnym tonem sierżant Colon. – Właśnie miałem zapukać.

Kiedy już znudzi ci się podsłuchiwanie, pomyślał Vimes. Ale z satysfakcją zauważył, że A.E. Pesymal marszczy nos.

– O co chodzi, Fred? – zapytał. – Nie, nie przejmuj się, pan Pesymal właśnie wychodził. Pamiętajcie, co mówiłem, sierżancie Tyłeczek. Miłego dnia, panie Pesymal.

Gdy tylko Cudo wyprowadziła inspektora za drzwi, Fred Colon zdjął hełm i otarł czoło.

– Znowu się robi upał – powiedział. – Jak nic będziemy mieli burzę z piorunami.

– Owszem, Fred. A jaką masz do mnie sprawę, konkretnie? – Vimes dał do zrozumienia, że co prawda Fred zawsze jest miłym gościem, ale akurat teraz chwila nie jest najlepsza.

– Eee… coś dużego toczy się po ulicy, sir – oświadczył Fred z powagą, tonem człowieka, który nauczył się tego zdania na pamięć.

Vimes westchnął.

– Fred, chcesz powiedzieć, że coś się dzieje?

– Tak, sir. To krasnoludy, sir. Chodzi mi o naszych chłopaków. Jest coraz gorzej. Cały czas rozmawiają w grupkach. Gdzie się spojrzy, sir, tam idzie takie grupowanie. Tylko że milkną, kiedy podejdzie ktoś inny. Milkną i rzucają mu spojrzenie, sir. A trolle robią się od tego nerwowe. Trudno się dziwić.

– Na tej komendzie nie będzie żadnego odgrywania doliny Koom, Fred – rzekł Vimes. – Wiem, że miasto aż się nią gotuje, bo zbliża się rocznica, ale spadnę jak tona prostokątnych rzeczy do budowania na każdego glinę, który spróbuje w szatni zabawy w rekreację historii. Wyleci na dupę, zanim się zorientuje. Dopilnuj, żeby wszyscy to rozumieli.

– Tajest. Ale mnie nie o takie sprawy chodzi, sir. Tyle wszyscy wiemy – zapewnił Fred Colon. – To coś innego, świeżego, od dzisiaj. Czuję coś niedobrego, sir, aż mnie ciarki przechodzą. Krasnoludy coś wiedzą. Coś, czego nie mówią.

Vimes się zawahał. Fred Colon – powolny, flegmatyczny, bez wielkiej wyobraźni – nie był największym darem dla służby policyjnej. Ale człapał po ulicach od tak dawna, że wyrył już na nich bruzdy, a gdzieś wewnątrz tej głupiej głowy kryło się coś bardzo sprytnego, co wąchało wiatr, słuchało brzęczenia ulicy i czytało napisy na ścianach, choć zapewne poruszając wargami.

– Pewnie ten przeklęty Combergniot znowu ich podburzył – uznał Vimes.

– Słyszę, jak w tej swojej mowie powtarzają jego nazwisko, sir, pewno, ale słowo daję, jest w tym coś więcej. Znaczy, naprawdę wyglądają niespokojnie, sir. To coś ważnego, sir. Czuję to w swojej wodzie…

Vimes rozważył możliwość dopuszczenia wody Freda Colona jako Dowodu Rzeczowego A. Nie było to coś, czym chciałby wymachiwać w sądzie, ale głębokie wewnętrzne przeczucie starego ulicznego potwora, takiego jak Fred, mocno się liczyło między glinami.

– Gdzie jest Marchewa? – zapytał.

– Ma wolne, sir. Był na służbie przez nocną i poranną zmianę, przy Kopalni Melasy. Wszyscy teraz ciągną na podwójnych dyżurach, sir – dodał Colon z wyrzutem.

– Przykro mi, Fred, ale sam wiesz, jak to jest. Jak tylko wróci, powiem, żeby się tym zajął. Jest krasnoludem, będzie wiedział, co w trawie piszczy.

– Obawiam się, że na tę trawę może być ciut za wysoki, sir – odparł Colon jakimś dziwnym tonem.

Vimes przechylił głowę w bok.

– Dlaczego tak mówisz, Fred?

Colon pokręcił głową.

– Takie przeczucie, sir. – A potem dodał głosem, w którym rozbrzmiewały wspomnienia i zniechęcenie: – Było nam lepiej, kiedy byliśmy tylko pan, sir, ja, Nobby i młody Marchewa, co? W tamtych czasach wszyscy wiedzieliśmy, kto jest kim. Wiedzieliśmy, co który myśli…

– Tak, Fred. Myśleliśmy: „Chciałbym, żebyśmy chociaż raz mieli przewagę”. Widzisz, Fred, ja wiem, że wszystko to trochę nas dołuje, ale właśnie dlatego potrzebuję was, doświadczonych funkcjonariuszy, żebyście się temu oparli. Jasne? Jak ci się podoba twój nowy gabinet?

Colon się rozpromienił.

– Bardzo ładny, sir. Tylko z tymi drzwiami trochę szkoda.

Znalezienie odpowiedniej niszy dla Freda Colona stanowiło poważny problem. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak ktoś, kto – na przykład – spadając w przepaść, musi się zatrzymywać i pytać o drogę w dół. Freda Colona trzeba było znać. A nowsi gliniarze go nie znali. Widzieli tylko tchórzliwego, głupawego grubasa, co – prawdę mówiąc – było mniej więcej prawdą. Ale nie całą prawdą. Fred spojrzał emeryturze prosto w twarz i nie życzył sobie takich rzeczy. Vimes ominął ten kłopot, przydzielając mu stanowisko podoficera aresztowego, ku powszechnemu rozbawieniu[2], oraz gabinet w Ośrodku Szkoleniowym Straży po drugiej stronie uliczki, w miejscu, które było znane – i prawdopodobnie będzie znane już zawsze – jako dawna fabryka lemoniady. Dorzucił mu jeszcze funkcję podoficera łącznikowego, ponieważ nazwa dobrze brzmiała, a nikt nie wiedział dokładnie, co znaczy. Dołożył mu także kaprala Nobbsa – kolejnego niewygodnego we współczesnej straży dinozaura.

To działało. Nobby i Colon posiedli uliczną wiedzę o Ankh-Morpork dorównującą wiedzy samego Vimesa. Spacerowali sobie, na pozór bezcelowo i nikomu nie zagrażając, i nasłuchiwali miejskiego odpowiednika dżunglowych tam-tamów. A czasami tam-tamy przychodziły do nich. Kiedyś duszny pokoik Freda był miejscem, gdzie kobiety z nagimi ramionami mieszały wielkie porcje takich napojów jak Sarsaparilla, Malinowa Lawa czy Imbirowa Soda. Teraz zawsze grzał się tam czajnik i był to dom otwarty dla wszystkich kumpli, dawnych strażników i dawnych oszustów – czasami były to te same osoby. Vimes bez oporów podpisywał rachunki za pączki pochłaniane masowo, kiedy zaglądali tam, by wyrwać się spod nadzoru żon. Warto było. Dawni gliniarze mieli oczy szeroko otwarte, a plotkowali jak praczki. W teorii jedynym problemem życia Freda były drzwi.

– Gildia Historyków twierdzi, że powinniśmy zachować jak najwięcej ze starej fabryki, Fred – przypomniał Vimes.

– Wiem, sir, ale… Ale „Dyrdymalnia”, sir? No poważnie…

– Przecież to ładna mosiężna tabliczka, Fred. Podobno nazwa wzięła się od syropu będącego podstawą napojów. Ważny fakt historyczny. Mógłbyś zalepić napis kawałkiem papieru.

– Tak robimy, sir, ale chłopcy zrywają go i chichoczą.

Vimes westchnął.

– Załatw to jakoś, Fred. Doświadczony sierżant poradzi sobie z taką sprawą. To wszystko?

– No, niby tak, sir, właściwie… Ale…

– Daj spokój. Mam ciężki dzień.

– Słyszał pan o panu Błysku, sir?

– Czyści się nim oporne powierzchnie?

– Eee… co takiego, sir? – spytał Fred.

Nikt nie potrafił wyrazić osłupienia lepiej od Freda Colona. Vimes trochę się zawstydził.

– Przepraszam, Fred, Nie, nie słyszałem o panu Błysku. A czemu?

– No… nic takiego, właściwie. „Pan Błysk, on diament!”… Widziałem to ostatnio parę razy na murach. Trollowe graffiti. Wie pan, wyryte głęboko. Chyba budzi jakby brzęczenie wśród trolli. Może coś ważnego?

Vimes przytaknął. Napisy na murach można było ignorować na własne ryzyko. Czasami miasto starało się w ten sposób przekazać coś, co tkwi może nie w jego wrzącym umyśle, ale w pękającym sercu.

– Nasłuchuj, Fred. Polegam na tobie, że nie dopuścisz, by takie brzęczenie zmieniło się w żądlenie – rzekł Vimes z dodatkową dawką pewności, by poprawić sierżantowi samopoczucie. – A teraz muszę pogadać z naszym wampirem.

– Powodzenia, Sam. Obawiam się, że czeka nas ciężki dzień.

Sam, pomyślał Vimes, kiedy stary sierżant wyszedł. Bogowie świadkami, że sobie na to zasłużył, ale nazywa mnie Samem tylko wtedy, kiedy naprawdę się czymś martwi. My wszyscy się martwimy. Czekamy na pierwsze odgłosy burzy…

Rozłożył „Puls”, który Cudo zostawiła mu na biurku. Zawsze czytał go w pracy, żeby poznać wiadomości, które Willikins uznał za zbyt niebezpieczne przy goleniu.

Koom, dolina Koom… Przeglądał azetę i wszędzie widział dolinę Koom. Przeklęta dolina Koom. Oby bogowie rzucili klątwę na to paskudne miejsce, chociaż najwyraźniej już to zrobili – przeklęli ją, a potem opuścili. Z bliska było to jeszcze jedno skaliste pustkowie w górach, w teorii znajdujące się bardzo daleko. Jednak ostatnio zdawało się, że jest coraz bliżej. Dolina Koom nie była po prostu miejscem, już nie. Była stanem umysłu.

Nagie fakty wyglądały tak, że pewnego niesławnego dnia pod niełaskawymi gwiazdami w dolinie Koom krasnoludy wciągnęły w pułapkę trolle i/lub trolle wciągnęły w pułapkę krasnoludy. Pewnie, walczyły ze sobą od dnia Stworzenia, o ile Vimes to rozumiał, ale od bitwy w dolinie Koom ta wzajemna nienawiść stała się tak jakby oficjalna. A jako taka, stworzyła coś w rodzaju ruchomej geografii. Gdziekolwiek krasnolud walczył z trollem, tam była dolina Koom. Nawet jeśli chodziło o bójkę w barze, była to dolina Koom. Stała się elementem mitologii obu ras, zawołaniem bojowym, odwieczną przyczyną, dla której nie można wierzyć tym niskim i brodatym/wielkim i skalistym draniom.

Od tamtej pierwszej zdarzyło się bardzo wiele dolin Koom. Wojna między trollami i krasnoludami była starciem sił natury, jak wojna pomiędzy wiatrem i falami. Miała własny pęd.

W sobotę przypadał Dzień Doliny Koom i Ankh-Morpork było pełne trolli i krasnoludów. I ciekawostka: im dalej te trolle i krasnoludy odchodziły od gór, tym ważniejsza stawała się dla nich ta przeklęta, nieszczęsna dolina Koom. Parady były w porządku; straż nabrała wprawy w rozdzielaniu ich, a poza tym odbywały się zwykle rano, kiedy wszyscy byli mniej więcej trzeźwi. Ale kiedy wieczorami pustoszały trollowe bary i krasnoludzie bary, piekło wychodziło na przechadzkę z podwiniętymi rękawami.

Za dawnych lat straż znajdowała sobie zajęcie gdzie indziej i zjawiała się na miejscu, dopiero kiedy opadły emocje. Ściągali więźniarkę i aresztowali każdego trolla i krasnoluda, który był zbyt pijany, nieprzytomny albo martwy, żeby się ruszać. Prosta sprawa.

Tak było wtedy. Teraz mieli zbyt wiele krasnoludów i trolli – nie, poprawka, miasto wzbogaciły rosnące, dynamiczne społeczności krasnoludów i trolli – i coraz więcej unosiło się w powietrzu… tak, nazwijmy to jadem. Za dużo starożytnej polityki, za dużo uraz przekazywanych z pokolenia na pokolenie. I za dużo pijaństwa.

A potem, kiedy człowiek sądził już, że gorzej nie będzie, wyskakiwał nagle grag Combergniot i jego kumple, głębinowcy, jak ich nazywano, krasnoludy tak fundamentalistyczne jak skała macierzysta. Pojawili się miesiąc temu, zajęli jakiś stary dom przy Kopalni Melasy i zatrudnili miejscową ekipę, żeby otworzyć piwnice. To byli gragowie. Vimes dostatecznie dobrze znał krasnoludy, by wiedzieć, że grag oznacza uznanego mistrza krasnoludziej tradycji. Combergniot jednak opanował tę tradycję w swoim własnym, szczególnym stylu. Głosił wyższość krasnoludów nad trollami, i że obowiązkiem każdego krasnoluda jest podążanie śladem przodków i staranie się o usunięcie trollowego rodzaju z powierzchni Dysku. Podobno zostało to zapisane w jakiejś świętej księdze, a zatem było całkiem rozsądne i prawdopodobnie obowiązkowe.

Młode krasnoludy słuchały go, ponieważ mówił o historii, przeznaczeniu i używał wszystkich innych słów, które zawsze się wyciąga, żeby nadać rzeziom trochę blichtru. Te hasła uderzają do głowy, tyle że mózgi nie biorą w tym udziału. Tacy szkodliwi idioci jak on byli powodem, dla którego widywało się ostatnio krasnoludów chodzących po ulicach nie tylko z „kulturowym” toporem bojowym, ale w ciężkich kolczugach, z łańcuchami, morgensternami, mieczami… całe to głupie, wyzywające puszenie się, które określano „klangiem”.

Trolle słuchały także. Widywało się więcej mchu, więcej klanowego graffiti, więcej rzeźbień w ciele i wleczone po bruku o wiele, wiele większe maczugi.

Nie zawsze tak było. Przez ostatnie mniej więcej dziesięć lat napięcie bardzo spadło. Krasnoludy i trolle jako rasy nigdy pewnie nie byłyby przyjaciółmi, ale miasto przemieszało ich dokładnie i Vimes miał wrażenie, że jakoś to przeżyli z powierzchownymi tylko obtarciami.

A teraz w tyglu znowu pojawiły się grudy.

Niech demony porwą tego Combergniota. Vimesa aż ręce świerzbiały, żeby go aresztować. Formalnie nie robił nic złego, ale to przecież żadna przeszkoda dla gliniarza, który zna się na rzeczy. Z pewnością dałoby się go przymknąć za Zachowanie Grożące Zakłóceniem Spokoju Publicznego. Jednak Vetinari był temu przeciwny. Twierdził, że to tylko zaogni sytuację – ale jak bardzo może się ona pogorszyć?

Vimes przymknął oczy, przypominając sobie tę niewielką postać ubraną w grubą, skórzaną odzież i z kapturem, by nie popełnić zbrodni zobaczenia dziennego światła. Niewielka postać, ale pełna wielkich słów. Pamiętał je:

„Strzeż się trolla. Nie ufaj mu. Odpędź go od swoich drzwi. Jest niczym, jedynie przypadkowym działaniem sił, niezapisanym, nieczystym, bladym echem żywych, myślących istot w zazdrosnym świecie minerałów. W jego głowie skała, w sercu kamień. Nie buduje, nie kopie, nie sieje ani nie zbiera. Narodził się z kradzieży i kradnie wszędzie, gdzie zawlecze swoją maczugę. A gdy nie kradnie, planuje kradzież. Jedynym celem jego nędznego życia jest zakończenie go, uwolnienie tej nędznej skały od zbyt ciężkiego brzemienia myśli. Mówię to ze smutkiem. Zabicie trolla nie jest morderstwem. W najgorszym razie to akt miłosierdzia”.

Mniej więcej wtedy motłoch wdarł się do sali.

Tak właśnie może być gorzej… Vimes zamrugał, wpatrując się w azetę. Tym razem szukał czegokolwiek, co próbowałoby sugerować, że mieszkańcy Ankh-Morpork nadal żyją w świecie rzeczywistym.

– Niech to demon!

Poderwał się i zbiegł po schodach. Cudo skuliła się niemal, słysząc jego gniewne kroki.

– Wiedzieliśmy o tym? – zapytał, ciskając azetę na księgę meldunków.

– O czym, sir? – spytała Cudo.

Vimes dźgnął palcem w krótki, ilustrowany artykuł na stronie czwartej.

– Widzisz to? – warknął. – Ten ptasi móżdżek, ten idiota z poczty wypuścił znaczek z doliną Koom!

Krasnoludka nerwowo przeczytała artykuł.

– Dwa znaczki, sir – zauważyła.

Vimes przyjrzał się dokładniej. Wcześniej nie zwrócił uwagi na szczegóły, ponieważ czerwona mgła przesłoniła mu oczy. No tak, dwa znaczki. Były niemal identyczne. Oba ukazywały dolinę Koom – skalisty teren otoczony górami. Ale na jednym małe figurki trolli ścigały krasnoludy od prawej na lewą, a na drugim krasnoludy goniły trolle od lewej do prawej. Dolina Koom, gdzie trolle wciągnęły w zasadzkę krasnoludy, a krasnoludy wciągnęły w zasadzkę trolle. Vimes jęknął. Wybierz własną historię, dziesięć centów za skrawek, eksponat kolekcjonerski.

– Dolina Koom, wydanie pamiątkowe – przeczytał. – Ale przecież nie chcemy, żeby o niej pamiętali! Chcemy, żeby zapomnieli!

– To tylko znaczki, sir! Nie ma żadnego prawa zakazującego znaczków…

– Ale powinno być takie, które zakazuje bycia przeklętym durniem!

– Gdyby było, codziennie musielibyśmy brać nadgodziny – powiedziała z uśmiechem Cudo.

Vimes uspokoił się trochę.

– I nikt nie potrafiłby tak szybko dostawiać cel. Pamiętasz ten zeszłomiesięczny znaczek o zapachu kapusty?

– Wyślijcie przebywającym daleko synom i córkom znajome odory domowe?

– Zapalały się, jeśli ktoś położył za dużo w jednym miejscu.

– I wciąż nie mogę się pozbyć tego zapachu z ubrania, sir.

– Słyszałem, że są ludzie mieszkający setki mil stąd, którzy też nie mogą. Co w końcu zrobiłaś z tym paskudztwem?

– Schowałam do szafki na dowody rzeczowe numer 4 i zostawiłam klucz w zamku – wyjaśniła.

– Ale Nobby Nobbs zawsze kradnie wszystko, co… – zaczął Vimes.

– Zgadza się, sir – rozpromieniła się Cudo. – Nie widziałam ich już od tygodni.

Od strony bufetu rozległ się trzask, a po nim krzyki. Coś wewnątrz Vimesa – być może właśnie ta część, która czekała na pierwsze oznaki burzy – pchnęła go przez gabinet i korytarzem w dół, do drzwi bufetu, tak szybko, że pozostawił za sobą nad podłogą spirale kurzu. Przed sobą zobaczył scenę we wnętrzu w różnych odcieniach poczucia winy. Jeden ze stołów leżał przewrócony. Jedzenie i tanie cynowe nakrycia rozsypały się na podłodze. Po jednej stronie stołówki stał funkcjonariusz troll Mika, aktualnie przytrzymywany z obu stron przez funkcjonariuszy Bluejohna i Łupka. Po drugiej znalazł się funkcjonariusz krasnolud Złomotarcz, aktualnie podnoszony z podłogi przez kaprala prawdopodobnie człowieka Nobbsa oraz funkcjonariusza niewątpliwie człowieka Haddocka.

Przy innych stolikach siedzieli inni strażnicy, wszyscy pochwyceni w akcie wstawania. I w absolutnej ciszy, słyszalny tylko dla wyczulonych uszu człowieka, który go szukał, brzmiał dźwięk dłoni zatrzymywanych o cal nad ulubioną bronią i bardzo powoli opuszczanych.

– No dobra – powiedział Vimes w dźwięczącej próżni. – Kto będzie pierwszy, kto rzuci jakąś ściemą? Kapral Nobbs?

– No więc, panie Vimes… – zaczął Nobby, opuszczając milczącego Złomotarcza na podłogę – …eee… Ten tutaj Złomotarcz… wziął Miki… tak, wziął Miki kubek, przez pomyłkę, znaczy… No i… wszyscy zauważyliśmy, więc podskoczyliśmy, prawda… – Nobby przyspieszył, widząc, że udało mu się pokonać najbardziej dramatyczne bzdury. – I dlatego przewrócił się stół… No bo… – W tym miejscu twarz Nobby’ego przybrała wyraz cnotliwego imbecylizmu; widok był naprawdę przerażający. – Bo naprawdę by mu zaszkodziło, jakby tak sobie łyknął trollowej kawy, sir.

Vimes westchnął w duchu. Jak na głupie i kulawe wytłumaczenia, to nie było nawet takie złe. Przede wszystkim miało zaletę całkowitej niewiarygodności. Żaden krasnolud nawet by się nie zbliżył do kubka trollowego espresso, będącego mieszanką stopionych chemikaliów, posypanych na wierzchu rdzą. Wszyscy to wiedzieli – i tak samo wiedzieli, że Vimes zobaczył, jak Złomotarcz trzyma nad głową topór, a funkcjonariusz Bluejohn znieruchomiał w akcie wyrywania Mice maczugi. Wszyscy też wiedzieli, że w tym nastroju Vimes skłonny jest wyrzucić każdego nieszczęsnego idiotę, który wykona niewłaściwy ruch, a pewnie też wszystkich stojących blisko.

– Czyli to właśnie się stało, tak? – spytał Vimes. – Czyli nikt nie wygłosił żadnej złośliwej uwagi o którymś funkcjonariuszu i innych z jego rasy? Żadnej odrobiny głupoty, która dokłada się tylko do tego bałaganu, jaki mamy na ulicach?

– Ależ nic podobnego, sir – zapewnił Nobby. – Zwykła… pomyłka.

– Niemal groźny wypadek, tak?

– Tajest, sir.

– No więc nie chcemy tu groźnych wypadków, prawda, Nobby?

– Nie, sir!

– Nikt tutaj nie chciałby groźnych wypadków, jak podejrzewam. – Vimes rozejrzał się po sali. Niektórzy funkcjonariusze, co stwierdził z ponurą satysfakcją, pocili się z wysiłku, by się nie poruszyć. – A bardzo łatwo mogą się zdarzyć, jeśli nie jesteście całkowicie skoncentrowani na pracy. Zrozumiano?

Zabrzmiały niewyraźne pomruki.

– Nie słyszę was!

Tym razem rozległy się wyraźniejsze motywy na temat „Tajest, sir”.

– I dobrze – burknął Vimes. – A teraz wynoście się stąd i utrzymujcie spokój, bo niech mnie demony, tutaj tego nie zrobicie!

Rzucił specjalne spojrzenie na funkcjonariuszy Złomotarcza i Mikę, po czym wyszedł do głównej sali, gdzie niemal się zderzył z sierżant Anguą.

– Przepraszam, sir, właśnie przyprowadziłam… – zaczęła.

– Załatwiłem to, nie martw się – przerwał jej. – Ale niewiele brakowało.

– Niektóre krasnoludy naprawdę są rozdrażnione, sir. Czuję to – oświadczyła.

– Ty i Fred Colon…

– I nie wydaje mi się, że to tylko historia z Combergniotem. To coś… krasnoludziego.

– No więc nie mogę z nich tego wyciągnąć. I akurat kiedy dzień nie mógłby chyba gorzej się ułożyć, to jeszcze muszę porozmawiać z tym przeklętym wampirem.

Za późno zauważył ostrzegawcze spojrzenie Angui.

– Aha… Myślę, że chodzi o mnie – odezwał się wysoki głos za jego plecami.

Łups!

Ciąg dalszy w wersji pełnej



[1] Vimes musiał przyznać, że trochę to obraźliwe dla Nobby’ego. Nobby był człowiekiem, tak samo jak wielu innych funkcjonariuszy. Tylko że on jedyny musiał nosić certyfikat, by tego dowieść.

[2] Jak przy „Stary Fred myślał, że będzie mógł dojadać resztki, więc się zgłosił na ochotnika”. Ponieważ jest to przykład humoru biurowego, wcale nie musi być zabawny.