Kiksy klawiatury - Terry Pratchett

Kiksy klawiatury

0,0

erry Pratchett trafił do serc czytelników na całym świecie dzięki swojemu bestsellerowemu cyklowi o Świecie Dysku. Jednak w ostatnich latach zyskał równie wielką sławę i szacunek jako zaangażowany bojownik o takie sprawy, jak problem choroby Alzheimera czy prawa zwierząt. W „Kiksach klawiatury” po raz pierwszy zebrano najlepsze przykłady niebeletrystycznych tekstów Pratchetta, zarówno poważnych, jak i surrealistycznych: od rozważań o grzybach po tłumaczenie, co to znaczy być pisarzem (i dlaczego tak ważne są bananowe daiquiri); od wspomnień pratchettowej babci po spekulacje na temat intymnego życia Gandalfa, oraz namiętną obronę spraw, które są dla niego istotne.
Z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, które zapewniło trwałą popularność jego powieściom, w tym zbiorze Pratchett wychodzi zza kulis Świata Dysku i mówi we własnym imieniu: mężczyzny i chłopca, bibliofila i maniaka komputerowego, obrońcy kapeluszy, orangutanów i godności umierania.

Pratchett to jeden z najznakomitszych pisarzy na świecie.
Cory Doctorow

Niektórzy autorzy po prostu mają prawdziwy Dar. Bez względu na to, co napiszą, jest to zawsze znakomite. Z całą pewnością takim właśnie pisarzem jest Terry Pratchett.
The Washington Post Book World

Wielki Terry Pratchett, którego humor jest metafizyczny, który stworzył niesamowity alternatywny świat, który potrafi być najznakomitszym parodystą (…) który walczy z chorobą w niezwykle oryginalny i tylko sobie właściwy sposób. Wspaniały człowiek i autor.
A. S. Byatt

Terry Pratchett (1948-2015) był uznanym twórcą światowych bestsellerów, cyklu powieści o Świecie Dysku, którego pierwszy tytuł – „Kolor magii” – ukazał się w roku 1983. Autor ponad 70 bardzo popularnych książek. Jego powieści były wielokrotnie ekranizowane i inscenizowane, jest też laureatem wielu nagród, w tym Medalu Carnegie. Za swe zasługi dla literatury otrzymał tytuł szlachecki. Na świecie jego książki rozeszły się w łącznym nakładzie 70 milionów egzemplarzy i były tłumaczone na trzydzieści siedem języków.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

A SLIP OF THE KEYBOARD

Copyright © Terry and Lyn Pratchett, 2014

First published in Great Britain in 2014 by Doubleday

an imprint of Transworld Publishers a division of

The Random House Group Ltd.

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Ilustracje na okładce

© Josh Kirby

Zdjęcia na okładce

© Pal Hansen, © Malcolm Brice/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Czech

Redakcja

Agnieszka Rosłan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-641-9

Warszawa 2015

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II I III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUT LUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

*

ŻÓŁW PRZYPOMNIANY

*

PARA W RUCH

SŁOWO OD TŁUMACZA

Wiadomość o śmierci Terry’ego Pratchetta mną wstrząsnęla. Jego choroba rozwijała się już od ośmiu lat i spodziewaliśmy się, że nastąpi to wcześniej czy później, ale łudziliśmy się, że mamy jeszcze trochę czasu…

Pratchett pozostawił po sobie ponad 40 książek cyklu o świecie Dysku oraz niedokończone powieści. Nie ma pewności, czy dowiemy się, kto będzie rządził Ankh-Morpork i jak w nowym świecie poradzi sobie babcia Weatherwax.

Możemy zapytać, skąd się wziął fenomen Terry’ego Pratchetta… Wbrew pierwszemu wrażeniu, książki o świecie Dysku mówią o ważnych sprawach, trudnych problemach i ciekawych kwestiach natury filozoficznej, a jednocześnie napisane są tak, że trudno się od nich oderwać i powstrzymać od śmiechu. Pratchett był erudytą, aforystą, filozofem. Być może trochę niedocenionym – gdyż Jego książki zaliczane są jednak do gatunku fantastyki. Kiedy zdobył zaszczytny tytuł Kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, z właściwym sobie dystansem żartował, że nie wymaga zwracania się do siebie per „Sir Terry”, ale jeśli komuś podczas spotkania autorskiego przyjdzie do głowy, żeby rzucić w niego pomidorem, niech pamięta, że obraża majestat Imperium.

Myślę, że o Jego talencie i mądrości przekonamy się tym bardziej teraz, kiedy Go zabrakło. Od 12 marca 2015 roku nasz świat jest nieciekawie kulisty.

Piotr W. Cholewa

DEDYKACJA

Trzymacie w rękach księgę słów obejmującą całą moją karierę, a zatem jest rzeczą jedynie słuszną, bym zadedykował ją tym cudownym duchom, które albo ze mną współpracowały, albo wspomagały mnie na miriady użytecznych sposobów1 przez wiele, wiele lat.

Aby wyróżnić i wymienić choćby nielicznych – moim szanownym wydawcom, Colinowi Smythe, Larry’emu Finlayowi, Marianne Velmans, Philippie Dickinson, Suzanne Bridson, Malcolmowi Edwardsowi i Patrickowi Janson-Smithowi. Moim dozorcom słów, Katrinie Woe, Sue Cook i Elizabeth Dobson. Moim ulubionym redaktorom, Simonowi Taylorowi, Di Pearson, Kirsten Armstrong, Jennifer Bell i Anne Hope. Moim zawsze pomysłowym specjalistom od promocji, Sally Wray i Lynseyowi Dalladayowi. Lordowi Überfanów, doktorowi Patowi Harkinowi. Moim przyjaciołom Neilowi Gaimanowi, profesorowi Davidowi Lloydowi i temu łajdakowi panu Bernardowi Pearsonowi. Dyrektorowi generalnemu Narrativii i jeszcze większemu łajdakowi Rodowi Brownowi. Moim partnerom pisarskim, Steve’owi Baxterowi, Jacqueline Simpson, Jackowi Cohenowi, Ianowi Stewartowi, oraz mojemu osobistemu kartografowi/dramaturgowi/nosicielowi rajtuz i Człowiekowi o Tysiącu Głosów2, Stephenowi Briggsowi. Moim ilustratorom, Paulowi Kidby’emu, Joshowi Kirby’emu i Stephenowi Playerowi, oraz czarującym doradcom Sandrze i Jo Kidbym. Jasonowi Anthony’emu za Discworld Monthly, Elizabeth Alway za Gildię Fanów i Adeptów oraz Steve’owi Deanowi za jego niezwykle prestiżowy Wizard’s Knob.

Szczególne wspomnienie należy się Przewodniczącemu Gildii Złodziei, panu Josiahowi Boggisowi/Dave’owi Wardowi3. Oraz Pod Głową Królowej za marynowane jaja i nadzwyczajną zapiekankę bulgot-i-pisk.

A także każdemu, kto przygotowywał albo przeżył zamęt, ­jakim jest konwent świata Dysku jako uczestnik albo członek komitetu organizacyjnego, a zwłaszcza jego twórcy i osobie odpowiedzialnej, Paulowi Kruzyckiemu.

Oraz wszystkim innym, którzy pomagali mi i nie przeszkadzali w drodze, ale przede wszystkim Robowi, który spokojnie robi swoje, a bez którego…

Dziękuję wam wszystkim i każdemu z osobna. Dziękuję.

1 W każdym razie w zamierzeniu wspomagały, prawie zawsze z zabójczo pogodną miną.

2 Pod warunkiem że wszystkie brzmią po walijsku.

3 Niepotrzebne skreślić.

PRZEDMOWA NEILA GAIMANA

Chciałbym wam opowiedzieć o moim przyjacielu, Terrym Pratchetcie, ale nie jest to łatwe. Opowiem coś, o czym może nie wiecie.

Niektórzy poznali życzliwego człowieka z brodą i w kapeluszu. Wierzą, że spotkali sir Terry’ego Pratchetta. Mylą się.

Konwenty science fiction często przydzielają gościom rodzaj opiekuna dbającego, by gość nie zgubił się w drodze z jednego miejsca do drugiego. Parę lat temu spotkałem kogoś, kto opiekował się Terrym podczas konwentu w Teksasie. Oczy zaszły mu mgiełką, kiedy wspominał, jak prowadził Terry’ego z panelu do stoiska z książkami i z powrotem.

– Sir Terry to naprawdę przemiły żartowniś – powiedział.

A ja pomyślałem: Nie, wcale nie.

W lutym 1991 roku Terry i ja odbyliśmy trasę promocyjną naszej wspólnej książki Dobry omen. Możemy opowiedzieć dziesiątki nie tylko zabawnych, ale też prawdziwych historii o przypadkach, jakie zdarzyły się nam w podróży – o niektórych Terry wspomina w niniejszej książce. Ta historia jest prawdziwa, ale nie należy do tych, które opowiadamy.

Byliśmy w San Francisco. Właśnie skończyliśmy składanie autografów na kilkunastu egzemplarzach dla księgarni. Terry spojrzał na rozkład spotkań – następnym przystankiem była stacja radiowa; mieliśmy tam zaplanowaną godzinę rozmowy na żywo.

– Po adresie sądząc, to kawałek stąd – stwierdził Terry. – I mamy pół godziny. Przejdźmy się.

To było w dawnych dobrych czasach przed systemami GPS, przed telefonami komórkowymi, aplikacjami do wzywania taksówek i podobnymi drobiazgami, które w jednej chwili ostrzegłyby nas, że nie, od stacji nie dzieli nas kilka przecznic. To raczej kilka kilometrów, pod górkę i głównie przez park.

Po drodze dzwoniliśmy do stacji, gdy tylko trafialiśmy na automat telefoniczny. Tłumaczyliśmy, że wiemy, że jesteśmy spóźnieni na audycję na żywo i że – z ręką na spoconym sercu – idziemy najszybciej, jak tylko potrafimy.

Po drodze starałem się wygłaszać jakieś pogodne i optymistyczne uwagi. Terry milczał w sposób, który bardzo wyraźnie dawał do zrozumienia, że cokolwiek powiem, tylko pogorszę sytuację. W żadnym punkcie tego marszu nie powiedziałem, że uniknęlibyśmy tego wszystkiego, gdybyśmy w księgarni poprosili, żeby wezwali nam taksówkę. Są słowa, których nie da się już cofnąć, których nie da się wypowiedzieć i dalej pozostać przyjaciółmi. To byłyby te słowa.

Dotarliśmy do stacji na szczycie wzgórza, bardzo daleko od całej reszty świata, o jakieś czterdzieści minut spóźnieni na naszą godzinną rozmowę. Zjawiliśmy się tam spoceni i zdyszani, a oni akurat nadawali najnowsze wiadomości: jakiś szaleniec zaczął właśnie strzelać do ludzi w miejscowym McDonaldzie. Takiej informacji człowiek nie chciałby słyszeć jako wprowadzenie do rozmowy o zabawnej książce, którą właśnie napisał, traktującej o końcu świata i o tym, że wszyscy zginiemy.

Radiowcy byli na nas wściekli, czemu trudno się dziwić: to nic przyjemnego, kiedy trzeba improwizować, bo goście się spóźniają… Nie sądzę, żeby nasze piętnaście minut na antenie było bardzo zabawne. (Dowiedziałem się później, że Terry i ja na kilka lat trafiliśmy na czarną listę tej stacji, ponieważ zmuszanie prowadzącego, żeby przez czterdzieści minut paplał w martwy eter, to coś, czego Potęgi Radia nie zapominają i nie wybaczają łatwo).

Jednak godzina dobiegła końca i było po wszystkim. Ruszyliśmy do hotelu, tym razem wezwawszy taksówkę.

Terry milczał wściekły – podejrzewam, że głównie na siebie i na świat, który go nie uprzedził, że odległość od księgarni do stacji radiowej jest dużo większa, niżby wynikało z naszego rozkładu spotkań. Siedział na tylnym siedzeniu taksówki obok mnie, blady z gniewu, jak bezkierunkowa kula furii. Powiedziałem coś, żeby go udobruchać. Może coś w rodzaju: Na szczęście wszystko się jakoś ułożyło, to jeszcze nie koniec świata; zasugerowałem, że może już czas, by się więcej nie złościć.

Terry spojrzał na mnie. I powiedział:

– Nie lekceważ tego gniewu. Ten gniew jest siłą, która napędzała Dobry omen.

Pomyślałem, w jak natchniony sposób pisze Terry i jak porywa za sobą nas wszystkich, i wiedziałem, że ma rację. Jest w pisarstwie Terry’ego Pratchetta jakaś wściekłość. To wściekłość, która napędza świat Dysku, o czym przekonacie się tutaj. To gniew na nauczyciela, który uznał, że sześcioletni Terry nigdy nie będzie dość mądry, by przystąpić do egzaminu dla jedenastolatków; gniew na nadętych krytyków, którzy uważają, że poważne jest przeciwieństwem zabawnego; gniew na jego pierwszych amerykańskich wydawców, którzy nie potrafili skutecznie wypromować jego książek.

Ten gniew jest zawsze obecny, jest napędzającą go energią. Niniejsza książka wkracza w ostatni akt – Terry dowiaduje się, że cierpi na rzadką, wcześnie atakującą odmianę choroby Alzheimera, i zmienia obiekt swego gniewu. Teraz jest wściekły na własny mózg, własne geny, a jeszcze bardziej na swój kraj, który nie chce mu pozwolić (ani innym w podobnie nieznośnej sytuacji), by wybrał sobie sposób i czas odejścia. Ten gniew, mam wrażenie, dotyczy wrodzonego przekonania Terry’ego, co jest uczciwe, a co nie.

To poczucie uczciwości tkwi u podstaw pracy Terry’ego i jego pisarstwa; to ono po szkole pchnęło go do dziennikarstwa, a potem do biura prasowego Południowo-Zachodniej Dyrekcji Energetyki, aż w końcu osiągnął pozycję jednego z najbardziej lubianych i najpopularniejszych autorów świata. To samo poczucie uczciwości oznacza, że w tej książce, czasami przelotnie, mówiąc o innych sprawach, pamięta, by skrupulatnie wymieniać tych, którzy na niego wpłynęli – na przykład Alana Corena, pioniera tak licznych technik zwięzłego humoru, z których Terry i ja ściągaliśmy od lat. Albo też wspaniale przeładowany i oszałamiający tom, jakim jest Brewer’s Dictionary of Phrase and Fable4, oraz jego twórcę, wielebnego E. Cobhama Brewera, najbardziej utalentowanego z autorów. Wstęp, jaki Terry napisał do słownika Brewera, wzbudził u mnie radość – często z zachwytem dzwoniliśmy do siebie nawzajem, kiedy udało nam się odkryć niewidzianą wcześniej książkę Brewera („Hej, masz już A Dictionary of Miracles: Imitative, Realistic and Dogmatic5?”).

Wybrane tu teksty obejmują całą pisarską karierę Terry’ego, od ucznia do Rycerza Krainy Literatury, i zachowują ciągłość. Nic się nie zestarzało, z wyjątkiem może opisów konkretnych elementów sprzętu komputerowego. (Podejrzewam, że jeśli nie przekazał go już do muzeum lub na aukcję dobroczynną, Terry potrafi dokładnie powiedzieć, gdzie jest jego Atari Portfolio i ile zapłacił za robioną na specjalne zamówienie kartę rozszerzenia, która zwiększyła pamięć Atari do niewiarygodnego jednego megabajta). Komentarz autorski zawsze należy do Terry’ego: łagodny, erudycyjny, rozsądny, oschle rozbawiony. Przypuszczam, że jeśli spojrzycie pobieżnie, bez skupienia uwagi, możecie to wziąć za wesołość.

Ale pod wesołością tkwi fundament furii. Terry Pratchett nie należy do tych, którzy łagodnie wejdą do nocy, dobrej czy nie. Będzie się buntował przeciwko tak wielu rzeczom: głupocie, niesprawiedliwości, ludzkiej tępocie i krótkowzroczności – nie tylko gdy światło się mroczy, choć przeciw temu również. A ręka w rękę z tym gniewem, jak anioł i demon odchodzący ramię w ramię ku zachodzącemu słońcu, jest też miłość: do ludzkich istot mimo całej naszej omylności; do pięknych obiektów; do opowieści; a nade wszystko i we wszystkim do godności człowieka. Albo, by ująć to inaczej, gniew jest tą siłą, która go napędza, ale wielkość ducha pozwala mu użyć tego gniewu po stronie aniołów czy też – tym lepiej dla nas wszystkich – orangutanów.

Terry Pratchett nie jest przemiłym żartownisiem. Nie jest nawet zbliżony do tej kategorii. Jest kimś o wiele, wiele więcej.

I kiedy Terry o wiele za szybko odchodzi w ciemność, odkrywam wściekłość i bunt także u siebie: na niesprawiedliwość, która pozbawia nas… czego? Jeszcze dwudziestu czy trzydziestu książek? Kolejnej półki wypełnionej pomysłami, wspaniałymi frazami, przyjaciółmi starymi i nowymi, opowieściami, w których ludzie robią to, co potrafią robić najlepiej, to znaczy używają głów, by wydobyć się z kłopotów, w jakie wpadli, nie myśląc? Jeszcze jednej czy dwóch książek takich jak ta, tekstów dziennikarskich i agitacyjnych, a nawet niekiedy jakiegoś wstępu? To mnie smuci, ale – ponieważ widziałem z bliska powstawanie niektórych – rozumiem dobrze, że każda książka Terry’ego Pratchetta to niewielki cud; mieliśmy ich już więcej, niż można rozsądnie oczekiwać, a zachłanność nikomu nie przystoi.

Wściekam się na bliską stratę przyjaciela.

I myślę: Co Terry by zrobił z tym gniewem?

A potem sięgam po pióro i zaczynam pisać.

NG

Nowy Jork, czerwiec 2014

4 Słownik powiedzeń i opowieści Brewera – nie został wydany w Polsce. W Wielkiej Brytanii ukazał się po raz pierwszy w 1870 r., ostatnie, dziewiętnaste wydanie pochodzi z r. 2012. W naszym języku nie ma chyba dzieła równie kanonicznego, kultowego i klasycznego. Treściowo najbliższym odpowiednikiem jest może Słownik mitów i tradycji kultury Władysława Kopalińskiego (przyp. tłum.).

5 Słownik cudów: imitacyjnych, realistycznych i dogmatycznych (1884).

GRYZMOLĄCY INTRUZ

O księgarniach, smokach, listach od fanów,

kanapkach, narzędziach, dawaniu wyrazu

i całym interesie

bycia Zawodowym Pisarzem

PROCES MYŚLOWY

„20/20 Magazine”, maj 1989

Krótki tekst o pisaniu tekstów. Uważni czytelnicy zauważą, że w tym czasie mój umysł zajmowały Pomniejsze bóstwa.

To całkiem precyzyjny opis procesu twórczego w działaniu…

Wstaję, śniadanie. Włączam komputer, patrzę w ekran.

Patrzę w ekran jeszcze trochę.

Nadal patrzę w ekran, ale nadstawiam ucha, czy nie nadchodzi listonosz. Przy odrobinie szczęścia dostarczy worek poczty, pozwalający na spędzenie pracowitego ranka. Ostatnia powieść właśnie poszła do wydawcy. Nic do roboty. Wielka próżnia w samym środku świata.

Przychodzi poczta. Jeden list. Na papierze w zwierzątka, z prośbą o zdjęcie z autografem.

No dobrze, dobrze, poszukajmy informacji. Na potrzeby fabuły następnej powieści o Dysku trzeba się dowiedzieć czegoś o żółwiach. Mam niejasne przeczucie, że mówiący żółw będzie istotnym elementem akcji. Nie wiem dlaczego – żółwie wyłoniły się właśnie z gatunkowej nieświadomości. Prawdopodobnie pod wpływem moich żółwi, wyłaniających się z hibernacji i obecnie w szklarni udających Bertranda Russella.

Wyciągam książkę o żółwiach z pudła w zapasowym pokoju.

Stanowczo musimy w końcu zbudować regały na książki. (Sprytny pomysł był taki, żeby przyciąć deski w garażu, z użyciem ekierek i całej reszty, nałożyć dwie warstwy politury, a potem wnieść do domu i zmontować na kołki i klej – setki książek w równych rzędach… Interesujący eksperyment naukowy: co się dzieje z drewnem, które kilka tygodni stało w zimnym i wilgotnym garażu, kiedy trafi nagle do ciepłego i suchego pokoju? O trzeciej w nocy odkryłem, że każdy element zmniejsza się o 0,32 centymetra).

Ciekawy przypis w książce o żółwiach przypomina, że najsławniejszym żółwiem w historii jest zapewne ten, który spadł na głowę wielkiego greckiego filozofa… jak mu było? Bardzo sławny, gdzie tylko wspomni się o tym zrzucaniu żółwia… Nagła i nieodparta chęć zbadania tej sprawy, łącznie z kwestią: co o tym wszystkim myślał żółw. Ciągle mi się wydaje, że to był Zenon, ale na pewno nie.

Sprawdzenie, że to Ajschylos, zajmuje dwadzieścia minut. Nie filozof, ale tragik. W jego utworach akcja podejmowała ważką tematykę religijną, służąc za forum rozwiązywania głębokich konfliktów moralnych i wyrażając wspaniałość myśli i języka. A potem wysoki świst i dobranoc. Z ciekawości sprawdzam też Zenona. Aha, to ten, który twierdził, że logicznie biorąc, nie można dogonić żółwia.

Powinien to powiedzieć Ajschylosowi.

Czytam też o młynkach modlitewnych oraz – bez konkretnego powodu – o Williamie Blake’u. W tym czasie dzwoni jakaś kobieta i pyta, czy to dentysta.

Praca wyraźnie posuwa się naprzód. Główna sprężyna kreatywności wyraźnie się nakręca.

Do pracy więc – pilnie wykonuję kopię zapasową dysku. To jest piękne w komputerach. Za dawnych ciężkich czasów maszyn do pisania, kiedy spadał poziom kreatywności, człowiek musiał się zajmować ostrzeniem ołówków i czyszczeniem szpilką czcionki e. Komputer gwarantuje nieskończone możliwości dłubania przy nim, twórczego konstruowania makr, skrupulatnej regulacji zegara czasu rzeczywistego i tak dalej; porządna, uczciwa praca.

Siedzenie nad klawiaturą i przed ekranem to praca. Tysiące biur działa dzięki tej zasadzie.

Patrzę na ekran.

Ciekawe, dlaczego orzeł zrzucił tego nieszczęsnego żółwia na tragika. Przecież nie po to, żeby rozbić skorupę, jak piszą w książce. Orły nie są głupie. Grecja cała jest z kamieni, więc jakim cudem taki orzeł, mając całą Grecję do wyboru, trafia dokładnie w łysą głowę Ajschylosa? Swoją drogą ciekawe, jak się po grecku pisze Ajschylos.

Słownik kultury klasycznej w pudle na strychu.

Drabina w garażu.

Trzeba umyć samochód.

Lunch.

Uczciwie przepracowany ranek, nie ma co.

Znowu przed ekranem.

Patrzę w ekran.

Dzwoni inna dama i pyta, czy to Paradise (położony niedaleko motel ma numer telefonu różniący się tylko jedną cyfrą od naszego). Udzielam dowcipnej odpowiedzi numer trzy.

Patrzę w ekran.

Zaczynam się zastanawiać: Może to jednak nie była wina orła, może miał zadanie do wykonania, leciał już w zbyt wielu misjach, rany, przecież wyrzucą cię z orlich sił powietrznych, jeśli zaczniesz się martwić niewinnymi filozofami, na których zrzucasz żółwie. Paragraf 22. Nie.

Patrzę w ekran.

Nie. To jasne, że żółw wszystko zaplanował od samego początku. Miał jakąś urazę do tragika – może ostatnia sztuka Ajschylosa jakoś obraziła żółwie, może padło w niej zbyt wiele szybkoistowskich dowcipów, może zauważył okulary w szylkretowej oprawie… Ty brudny draniu, zabiłeś mojego brata. No więc porwał orła, trzymał się nóg nieszczęsnego ptaka – jak żółw w dawnym logo Friends of the Earth – i zduszonym głosem podawał mu wskazówki: wektor 19, bipbipbip, Geronimooooo…

Patrzę w ekran.

Ciekawe, czy orzeł ma coś jeszcze, czego mógłby się chwycić zdesperowany żółw.

Sprawdzam w encyklopedii ptaków z pudła na schodach. O rany…

Kolacja.

Patrzę w ekran. Obracam myśli w głowie. Żółwie, łysa głowa, orły. Hm… Nie, to nie może być autor sztuk; do jakich ludzi żółwie natychmiast czują niechęć?

Północ.

Patrzę w ekran. Niejasno sobie uświadamiam, że prawa ręka uderzyła w klawisze, otwierając nowy plik. Zaczynam oddychać bardzo powoli.

Piszę 1943 słowa.

Łóżko.

Przez cały dzień już myślałem, że nam się nie uda.

Ciąg dalszy dostępny w pełnej, płatnej wersji

Pełny spis treści:

SŁOWO OD TŁUMACZA

DEDYKACJA

PRZEDMOWA NEILA GAIMANA

GRYZMOLĄCY INTRUZ

PROCES MYŚLOWY

PALMTOP

DOBOROWE SŁOWO

JAK ZOSTAĆ ZAWODOWYM BOKSEREM

DZIECKO BREWERA

AUTOR PAPERBACKÓW

PORADY DLA KSIĘGARZY

NIE MA ZMARTWIENIA

MĄDROŚĆ KONWENCJONALNA

PROSTO Z SERCA PRZEZ LĘDŹWIE

DYSK KOŃCZY 21 LAT

KEVINOWIE

DZIWNE POMYSŁY

UWAGI SPEŁNIONEGO AUTORA FANTASY: DBAJCIE O REALIZM

CZYJĄ FANTASY JESTEŚ?

CZEMU GANDALF SIĘ NIE OŻENIŁ

KORZENIE FANTASY

ELFY TO DRANIE

NIECH SIĘ STANĄ SMOKI

MAGICZNE KRÓLESTWA

KULTOWE DZIEŁO

NEIL GAIMAN – MISTRZ ILUZJI

WYSTĄPIENIE NA CEREMONII WRĘCZENIA MEDALU CARNEGIE

WYSTĄPIENIE PO PRZYZNANIU NAGRODY BOSTON GLOBE – HORN BOOK DLA NACJI

OGLĄDAJĄC NACJĘ

DOKTOR WHO?

SŁOWO O KAPELUSZACH

BŁAZEN I MARZYCIEL

WIELKI SKLEP

ROUNDHEAD WOOD, FORTY GREEN

WYBITNY WYCHOWANEK

O BABCI PRATCHETTOWEJ

OPOWIEŚCI O CUDACH I O PORNO

LIST DO „VECTORA”

PISARSKIE LEKTURY

PRZEDMOWA DO THE EVOLUTION MAN ROYA LEWISA

KRÓL I JA ALBO JAK SIĘ ZAŁAMAŁ FACH TRZECH KRÓLÓW

TE PSZCZOŁY MAJĄ ZŁOTE SERCA

TAK BRZMIĄ GRZYBY – TO MUSI BYĆ CHÓR ŚWITU

PRZEDMOWA DO THE LEAKY ESTABLISHMENT DAVIDA LANGFORDA

ZNACZENIE MOICH ŚWIĄT

OBCE ŚWIĘTA

2001: WIZJA I RZECZYWISTOŚĆ

BOSKA CHWILA

PRAWDZIWY ROZTARGNIONY PROFESOR

SOBOTY

DNI GNIEWU

O DOSKONAŁOŚCI SZKÓŁ

ORANGUTANY GINĄ

NHS JEST POWAŻNIE CHORY

ZSUWAM SIĘ PO TROCHU… I MOGĘ TYLKO PATRZEĆ

ŚWIAT PODATKU

WSKAŻCIE MI NIEBO, GDY ZACZNIE SIĘ OSTATNI ROZDZIAŁ

WYKŁAD RICHARDA DIMBLEBY: PODAĆ RĘKĘ ŚMIERCI

WRESZCIE WIDZIMY WSPÓŁCZUCIE: WE WSKAZÓWKACH NA TEMAT WSPOMAGANEJ ŚMIERCI

WSPOMAGANA ŚMIERĆ: PORA, BY RZĄD DAŁ NAM PRAWO SKOŃCZENIA WŁASNEGO ŻYCIA

ŚMIERĆ ZAPUKAŁ I GO WPUŚCILIŚMY

TYDZIEŃ ŚMIERCI TERRY’EGO PRATCHETTA

I W KOŃCU…

DZIWNE I NIEPOWIĄZANE ODNOŚNIKI DO ŻYCIA

Spis treści
SŁOWO OD TŁUMACZA
DEDYKACJA
PRZEDMOWA NEILA GAIMANA
GRYZMOLĄCY INTRUZ
PROCES MYŚLOWY