Życie prywatne elit władzy PRL - Sławomir Koper

Życie prywatne elit władzy PRL

0,0

Elity władzy PRL nie miały na uwadze jedynie dobra Polski i Polaków, jak usiłowano nam wmawiać przez lata. Prywatne życie polityków PRL pełne było tajemnic, zdrad, zbytku i fałszu. Włodzimierz Sokorski to erotoman gawędziarz, który poślubiał coraz to młodsze kobiety, brutalny i bezwzględny Maciej Szczepański zwany „Krwawym Maćkiem” urządzał dzikie orgie, Jerzy Putrament upodobał sobie politykę, literaturę, wędkarstwo i… szpiegowanie, a zabójstwa syna Bolesława Piaseckiego nie wyjaśniono do dziś, zresztą – jego losy również zadziwiają. Zaś Mieczysław Moczar i Adam Ważyk…

Oto kolejna książka Sławomira Kopra z bestsellerowej serii o elitach PRL!

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Copyright © Sławomir Koper, Czerwone i Czarne

Projekt okładki
FRYCZ I WICHA

Zdjęcia
Corbis/FotoChannels (okładka); Wojciech Kryński/Forum; Władysław Sławny/Forum; Janusz Sobolewski/Forum; Uchymiak/CAF/PAP, Andrzej Szypowski/East News.

Redaktor prowadząca
Katarzyna Litwińczuk

Redakcja
Witold Grzechnik

Korekta
Małgorzata Ablewska, Katarzyna Szol

Skład
Tomasz Erbel

Wydawca
Czerwone
Czarne Sp. z o.o. S.K.A.
Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5
00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor
Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.
ul. Poznańska 91
05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-173-8

Warszawa 2015

Skład wersji elektronicznej
pan@drewnianyrower.com

 

Od autora
 

 

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że określenie „elita władzy PRL” może wywołać zdziwienie niektórych Czytelników. Uważam jednak, że jest ono jak najbardziej usprawiedliwione, gdyż obejmuje grupę ludzi, którzy pełnili ważne funkcje państwowe bez względu na to, z czyjego mandatu sprawowali władzę. Albowiem – czy tego chcemy, czy nie – czasy PRL stanowią ważną epokę w naszych dziejach i bez niej współczesna Polska wyglądałaby zupełnie inaczej. Pod względem materialnym zapewne o wiele lepiej, ale wcale nie jest wykluczone, że dorobek naszej kultury byłby znacznie uboższy. Co prawda w czasach PRL nie istniały podstawowe wolności demokratyczne, a w latach stalinowskich szerzył się prawdziwy terror, to jednak od połowy lat 50. dała się zaobserwować prawdziwa eksplozja talentów artystycznych.

W poprzednich pozycjach tego cyklu zajmowałem się już kobietami władzy PRL, pisałem o małżeństwie Jaroszewiczów, a także o Wojciechu Jaruzelskim. Dlatego tym razem skoncentrowałem się na osobach należących do elity politycznej, ale niekoniecznie stojących w pierwszym jej szeregu. Nie piszę o żadnym z pierwszych sekretarzy PPR czy PZPR, nie znajdą tutaj Państwo również żadnego z premierów PRL. Ale w zamian są ludzie, którzy odegrali ogromną rolę w sprawowaniu władzy, a ich życie prywatne było dostatecznie ciekawe, by przedstawić je Czytelnikom.

Zbierając materiały do tej książki, spotkałem się z problemem, na który natrafiają wszyscy badacze życia prywatnego polityków epoki PRL. Źródeł jest niewiele, przy czym niektóre przeczą sobie nawzajem, a spora część z nich to typowe laurki „ku chwale i czci”. Bardzo mało tam informacji o życiu prywatnym, ale rolą historyka jest wyławianie każdej wzmianki zasługującej na uwagę. Zajmując się epoką Polski Ludowej, przywykłem już do tej sytuacji i nie stanowi ona dla mnie specjalnej nowości. Muszę też zaznaczyć, że choć zawsze miałem duży dystans do źródeł pochodzących z Instytutu Pamięci Narodowej, to właśnie w archiwum IPN znalazłem wiele ciekawych materiałów, które wykorzystałem w tej książce. Oczywiście wszechstronnie je zanalizowałem, trudno bowiem o coś gorszego niż posługiwanie się źródłami bez uprzedniego poddania ich fachowej krytyce. W literaturze historycznej ostatnich lat mieliśmy wiele przykładów takich zabiegów i uważam, że bardzo zaszkodziły one sprawie popularyzacji historii. Prawdziwy badacz powinien za każdym razem wnikliwie sprawdzać wiarygodność źródła, zanim je opublikuje. Łatwo bowiem kogoś pochopnie oskarżyć, a raz rzuconego podejrzenia nie zdejmą już żadne sprostowania. Przyznam, że w swojej karierze autora książek o PRL wielokrotnie stawałem przed tego rodzaju dylematami, za każdym razem jednak rozstrzygając je na korzyść osób, o których pisałem. Nigdy bowiem nie szukałem taniej sensacji, starając się być przede wszystkim historykiem i popularyzatorem, a dopiero później autorem dbającym o sprzedaż swoich książek.

Na zakończenie muszę uprzedzić, że w rozdziale poświęconym Jarosławowi Iwaszkiewiczowi znajdą Państwo niewielkie powtórzenia z kilku moich poprzednich tytułów. Skamandryta występuje bowiem w pięciu wcześniejszych książkach mojego autorstwa, jednak nie stał się pierwszoplanowym bohaterem żadnej z nich. Teraz wreszcie miałem okazję poświęcić mu odpowiednią ilość miejsca i przedstawić jego sylwetkę w wyczerpujący – jak sądzę – sposób. Mam zresztą wrażenie, że nakreślony przeze mnie portret prezesa ZLP będzie dla niektórych Czytelników nieco zaskakujący. To samo zresztą dotyczy wizerunku szefa PAX-u, Bolesława Piaseckiego, a także innych bohaterów tej książki. Zawsze staram się bowiem ukazywać swoich bohaterów w sposób niekonwencjonalny, czyli tak, by nie zanudzić Czytelnika.

Sławomir Koper

 

Rozdział 1
Krwawy Maciek z Woronicza

Maciej Szczepański pił sporo, choć nie miał zbyt dużej tolerancji na alkohol. Przejawiał przy tym skłonność do luksusowych trunków, ze szczególnym uwzględnieniem dobrych gatunków koniaku. „Kiedyś poznałem dziewczynę, którą rwał Szczepański. Opowiedziała, że wziął przy niej butelkę koniaku, odkręcił i wypił duszkiem. »Mogłam siedzieć spokojnie – powiedziała – wiedziałam, że za chwilę runie«. I rzeczywiście”.
(Stefan Szlachtycz)

 

Śląski desant

Epoka Edwarda Gierka do dzisiaj cieszy się w naszym kraju szczególną atencją, a wielu rodaków uważa, że był to najlepszy okres w ich życiu. Sympatycy „przerwanej dekady” pamiętają wyłącznie pierwsze lata rządów śląskiej ekipy, zapominają natomiast o katastrofalnym kryzysie gospodarczym w drugiej połowie lat 70. Nie zmienia to jednak faktu, że Edward Gierek był ostatnim politykiem w dziejach PRL, który przez pewien czas cieszył się autentyczną popularnością.

Zawdzięczał ją między innymi rzeczywistemu podniesieniu poziomu życia społeczeństwa. Na wstępie cofnięto bowiem wprowadzone przez poprzednią ekipę podwyżki cen żywności, co przyniosło zdecydowaną poprawę nastrojów. Sympatię wzbudzał również nowy I sekretarz – postawny mężczyzna w świetnie skrojonych garniturach i „pachnący pierwszorzędnymi kosmetykami”.

Uzyskano zgodę Kremla na zachodnie kredyty, dzięki czemu do kraju popłynęły pieniądze z zagranicznych pożyczek. Znalazło to przełożenie na inwestycje – licencję na małego fiata, Centralną Magistralę Kolejową, Hutę Katowice, trasę szybkiego ruchu z Warszawy do Katowic (tzw. gierkówkę), rozwój budownictwa mieszkaniowego. A do tego na krajowym rynku pojawiły się papierosy Marlboro, coca-cola i magnetofony kasetowe. W sklepach Pewexu można było nabyć zachodnie towary za bony walutowe, zwiększyła się liczba legalnych wyjazdów za żelazną kurtynę. Nastroje poprawiały również sukcesy kadry piłkarskiej Kazimierza Górskiego, za którą nie pozostawali w tyle siatkarze Huberta Wagnera.

Ekipa Gierka dbała też o symbole, czego przykładem było rozpoczęcie odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie, a sam I sekretarz na każdym kroku deklarował, że zrobi wszystko, aby „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Inna sprawa, że niektóre projekty sugerowały brak kontaktu z rzeczywistością. Należał do nich pomysł budowy sztucznej wyspy u wybrzeży Antarktydy, co miało wzmocnić pozycję naszego kraju w świecie…

Nowy lider lubił otaczać się zaufanymi ludźmi, z którymi współpracował wcześniej na Śląsku, toteż już wkrótce w Warszawie zaczęto mówić o „śląskim desancie”. Jedną z ważniejszych zmian kadrowych było odwołanie Włodzimierza Sokorskiego ze stanowiska szefa Komitetu do spraw Radia i Telewizji. W październiku 1972 roku zastąpił go Maciej Szczepański.

Nowy prezes miał wówczas 44 lata i uchodził za ulubieńca Edwarda Gierka. Tak jak on pochodził z Sosnowca, a karierę zaczynał jako sekretarz redakcji „Nowin Rzeszowskich”. W 1955 roku przeniósł się do Katowic, gdzie został zastępcą redaktora naczelnego tamtejszej rozgłośni Polskiego Radia. Następnie kierował wydziałem propagandy miejscowego KW PZPR, a w 1966 roku objął stanowisko redaktora naczelnego „Trybuny Robotniczej”. Tam w pełni wykazał swoje menedżerskie umiejętności, pod jego kierownictwem śląska gazeta stała się drugim tytułem w kraju, po warszawskiej „Trybunie Ludu”. A jej szef uważany był za „osobę zaufania Gierka”.

„[…] ja się z nim raz na tydzień spotykałem, a przynajmniej raz na miesiąc – przyznawał towarzysz Edward wiele lat później. – Ja spotykałem się z nim, aby wytykać jego słabości, a więc częste zaglądanie do kieliszka i inne sprawy. […] Po prostu w jego rodzinie coś się nie kleiło i zadzwoniła jego matka, której nie znam, nawiasem mówiąc. Zadzwoniła do mojego syna, żebym ja jakoś zadziałał na Szczepańskiego, na jej syna, żeby on bardziej dbał o swoją żonę”[1].

Nie do końca było to prawdą, albowiem Gierkowie traktowali Szczepańskiego jak członka rodziny. Maciej przyjaźnił się z ich młodszym synem Jerzym, a Stanisława Gierek twierdziła nawet, że uważa go za swoje przybrane dziecko.

Szczepański sprawnie kierował „Trybuną Robotniczą”, ale już wówczas przejawiał słabości, które miały fatalnie odbić się na jego karierze.

„Pojechałem, chociaż nie lubię tej imprezy, ponieważ jej głównym celem jest chlanie wódki – wspominał Mieczysław Rakowski święto »Trybuny Robotniczej«. – […] Po obiedzie Szczepański zaprosił mnie, abym wpadł do niego do redakcji. Sądziłem, że chce ze mną pogadać, jako że coś bąknął na ten temat. Okazało się, że byłem w błędzie. Maciej zaprosił mnie na kolejne picie”[2].

Wielka czystka

Gierek życzył sobie, aby Szczepański „zrobił z radia i telewizji coś takiego jak »Trybuna Robotnicza«”, więc towarzysz Maciej niezwłocznie zabrał się do pracy. Miał jasną wizję celu, do którego dążył, czego dowodem był wywiad, jakiego udzielił wtedy Danielowi Passentowi.

„Szczepański miał koncepcję telewizji lojalnej wobec partii, a jednocześnie masowej, rozrywkowej – wspominał dziennikarz. – Nieustające święto »Trybuny Robotniczej«. […] Mówił, że »są tacy ludzie, którzy wolą homary, i są tacy, którzy wolą kaszankę. Natomiast każdy zje dobrze przyrządzoną pieczeń wołową. I to ilustruje naszą koncepcję rozrywki«”[3].

Nowy prezes miał odpowiedni rozmach i twierdził, że „w telewizji skończył się czas manufaktury, a zaczyna się wielkoprzemysłowy”. Nie interesował się programami o uznanej renomie, z dużą dozą pragmatyzmu uważał, że nie ma powodu ulepszania czegoś, co dobrze funkcjonuje, i choćby dlatego nie ingerował w działalność Teatru Telewizji.

„Powiedziałbym, że jego bardziej interesowała baza niż nadbudowa – kontynuował Passent. – Do mnie mówił tak: »Widzi pan tę zapałkę, składa się ona z główki i drewienka. Sama główka nie ma sensu, bo parzy, a samo drewienko się nie pali. Dopiero jedno z drugim tworzy całość. Widz ogląda na ekranie tylko świecącą główkę, a ja chciałbym mu uzmysłowić, jaki ogrom się za tym kryje. Transport, meble, elektronika«. To fascynowało Szczepańskiego. Uważał, że ilość przechodzi w jakość”[4].

Do realizacji swoich zamierzeń potrzebował sprawnego zespołu, w związku z czym w pierwszych miesiącach jego rządów na Woronicza nastąpiło kadrowe trzęsienie ziemi. Zwolniono z pracy około 1200 osób, czyli 10% stanu osobowego telewizji. Na pierwszy ogień poszli ludzie związani z poprzednią ekipą rządzącą, często osadzeni na stanowiskach dzięki układom towarzyskim czy rodzinnym.

„[…] chodziłem po radiu i telewizji – wspominał Szczepański – przyglądałem się, co kto robi i jak, zbierałem informacje. Telewizja to kombinat, w którym pracowało 12 tysięcy osób w dwustu zawodach.

Po pół roku obserwowania doszedłem do wniosku, że w telewizji i w radiu pracuje olbrzymia liczba ludzi bez kwalifikacji, wepchnięci tam jako krewni i znajomi królika. Moczar tam miał swoich popleczników, Gomułka miał, Józef Kępa – pierwszy sekretarz komitetu warszawskiego, panienki jakieś tam były, nie bardzo wiadomo od kogo”[5].

Szczepański nie miał skrupułów, a poza tym lubił urządzać pokazówki. Polecił zwolnić wartownika, który wpuścił go do firmy bez okazania legitymacji (!), pozbywał się ludzi za nieprzestrzeganie zakazu palenia. Nie przejmował się ich losem, dla niego nie liczyły się jednostki. Bez większych emocji usuwał nawet największe gwiazdy – Joannę Rostocką prowadzącą teleturniej Wielka gra polecił zwolnić za pokazanie się na wizji z krzyżykiem na szyi. Interweniującemu w jej sprawie Mieczysławowi Rakowskiemu wyjaśnił, że zażądał tego „aktyw partyjny”.

„To parszywe bydlę! – irytował się Rakowski – Aktyw! Już widzę ten partyjny aktyw. Powstał tylko w jego wyobraźni. Szczepański jest jednym z klasycznych typów, którzy mają w d… jakąkolwiek ideologię. Ich ideologią jest forsa, stanowiska, baby, samochód, słowem – pełnia życia”[6].

Usunął z pracy także prezentera pogody Czesława Nowickiego, będącego jedną z najbardziej lubianych osobowości szklanego ekranu. Popularny „Wicherek” miał nieszczęście powiedzieć na wizji, że „burza nadchodzi od wschodu”, a na dodatek nie chciał zapowiedzieć pięknej pogody na 1 maja. Szczepański wyrzucił również z etatu Kazimierza Korda, światowej sławy dyrygenta i szefa Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach. Kord regularnie wyjeżdżał służbowo za granicę, dlatego pretekstem do jego zwolnienia stała się „częsta nieobecność w pracy”. Przewidując protesty załogi, prezes zagroził usuwaniem pracowników według „kolejności podpisów na liście protestacyjnym”. Chętnych do kontestacji już nie było.

Głośnym echem odbiło się zwolnienie Witolda Zadrowskiego, który chciał nadać na antenie zachowaną wypowiedź Józefa Piłsudskiego. Nie wiedział, że dla Szczepańskiego nie było ważne, co właściwie mówił Piłsudski (nie było tam żadnych akcentów politycznych), liczyło się tylko samo jego nazwisko. Na domiar złego Zadrowski zaplanował emisję na 3 maja, a więc na dzień święta, które komuniści usunęli z kalendarza.

„[…] padł ofiarą – wspominał Jerzy Gruza – takiego lekkomyślnego zbliżenia się z szefem radia i telewizji podczas święta [pierwszo]majowego. W czasie częstych postojów grupy Radiokomitetu idącej w pochodzie, hamowanej przez »spontaniczne« składanie kwiatów przed trybuną, wdał się, zachęcony ogólną atmosferą zbratania, w rozmowę z przewodniczącym. W przypływie entuzjazmu poinformował go, że na święto trzeciego maja znalazł oryginalną taśmę z pierwszej transmisji na żywo z głosem marszałka Piłsudskiego. I nada ją podczas tego święta. Po obchodach został wyrzucony z pracy z hukiem. Gdyby nie wspólny marsz w święcie majowym, pracowałby do dzisiaj. Gdyby żył”[7].

To właśnie w tym czasie Szczepańskiemu nadano przydomek „Krwawy Maciek”, co zresztą przyjął z zadowoleniem. Wiedział, że cieszy się całkowitym poparciem Gierka i nie musi już obsadzać stanowisk ludźmi z klucza partyjnego. Umożliwiło mu to zatrudnienie autentycznych fachowców, których jedynym zadaniem było skrupulatne wykonywanie woli prezesa.

„Telewizja jest wielką fabryką – tłumaczył Szczepański – podzielić ją trzeba na działy, tymi działami będą naczelne redakcje. Każda wyprodukuje programy, które spłyną do naczelnej dyrekcji programowej. Naczelna dyrekcja złoży je do kupy i wpakuje »na szybę«. Proste? Powołałem więc naczelnych redaktorów redakcji i powiedziałem im: nie ja za was będę kadry ustawiał. Ja wam będę tylko dupę prał za wyniki, a wy sami sobie dobierzecie ludzi, jakich potrzebujecie”[8].

Nic jednak nie pozostawiał przypadkowi. Od samego początku chciał wiedzieć o wszystkim, co działo się w firmie, i w tym celu stosował najnowsze zdobycze techniki. Bliska mu była leninowska zasada „zaufanie plus kontrola”, o czym przekonała się Barbara Borys-Damięcka, gdy podczas realizacji programu została wezwana do prezesa:

„[…] przechodzę przez telewizyjny dziedziniec do wysokiego budynku, w którym urzędował.

Szczepański siedzi przy biurku. Przed nim kieliszek z koniakiem i… ściana monitorów. Przy moim Studiu 1 jest włączony dźwięk. Słyszę dalsze rozmowy związane z ustawianiem światła. Zrozumiałam, że w gabinecie ma podgląd do wszystkich studiów. Nie mieliśmy o tym pojęcia”[9].

Szczepański zajmował się głównie telewizją, natomiast do radia wydelegował Janusza Wilhelmiego. Człowiek ten uchodził za jednego z największych cyników epoki PRL, był osobnikiem niezwykle inteligentnym i całkowicie pozbawionym zasad moralnych. Powszechnie uważano go za specjalistę od mokrej roboty w ekipie „Krwawego Maćka”.

„Wilhelmi zjawił się na Myśliwieckiej i zwołał wszystkich naczelnych i kierowników redakcji – wspominał dziennikarz Aleksander Wieczorkowski. – Oświadczył szczerze, ku zdumieniu zebranych, że radia nie słucha, bo go nie lubi, ale skoro ma tym wszystkim rządzić, to rządzić będzie twardo i skutecznie. Było to całe przemówienie”[10].

Propaganda sukcesu

Szczepański był całkowicie oddany Gierkowi i zawsze utrzymywał, że pojawił się na Woronicza wyłącznie po to, by wspierać jego politykę. I to właśnie Szczepański wpadł na pomysł, aby rozpoczynać wieczorne wydanie Dziennika Telewizyjnego informacjami, co danego dnia robił pierwszy sekretarz. Pomysł idealnie wpisał się w koncepcję propagandy sukcesu lansowaną przez śląską ekipę, z czasem jednak obrócił się przeciwko władzom. Po kilku latach treści płynące z ekranu były bowiem coraz bardziej odległe od rzeczywistości, a społeczeństwo miało już dość sloganów o dziesiątej potędze przemysłowej świata.

Towarzysz Maciej był wprawdzie wiernym podwładnym Gierka, ale miał też własne zdanie i gdy zachodziła taka potrzeba, potrafił przeciwstawić się swojemu szefowi. Zdjął z anteny program Rakowskiego Świat i Polska i niewiele pomogła interwencja pierwszego sekretarza. W zamian jednak bezwzględnie tępił wszelkie objawy niechęci wobec towarzysza Edwarda, a zdarzało się nawet, że usuwał z pracy ludzi, którzy opowiedzieli jakiś dowcip na jego temat.

Pozycja prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji lokowała Szczepańskiego wysoko w ówczesnej hierarchii politycznej. W tych czasach niemal 70% gospodarstw domowych dysponowało już odbiornikami telewizyjnymi, a to oznaczało, że „Krwawy Maciek” miał realny wpływ na opinię publiczną. Szczepański dobrze o tym wiedział i zawsze twierdził, że „telewizja, jeśli ma duży zasięg, może być skutecznym instrumentem sprawowania władzy”. Przy okazji zapewniał, że „jest zawodowym propagandystą” i wie, „jak się robi propagandę”. I wykorzystywał swoje umiejętności często i skutecznie.

Zdarzyło się, że wezwał do siebie współpracowników i zażądał, aby udali się do Katowic w celu wprowadzenia korekt w programie uroczystego koncertu barbórkowego, który miał być transmitowany na żywo. Szczególnie nie przypadł mu do gustu pomysł, aby imprezę rozpoczęła piosenka Umarł Maciek, umarł. Jego wysłannicy dostali ścisłe instrukcje.

„Jedziemy z Krzysztofem Materną do Katowic – wspominał Jerzy Gruza. – Próba. Wycinamy numer Umarł Maciek… zamieniamy na Rinn Gdzie ci mężczyźni. Nagle komunikat przez megafon:

– Wszyscy poza towarzyszami wyznaczonymi przez KW proszeni są o opuszczenie sali. […]

– Walczak, po słowach pierwszego sekretarza krzyczycie…

Walczak wstaje, tuż za siedzącymi towarzyszami z Francji, i krzyczy:

– Niech żyje towarzysz Gierek! Gierek! Gierek!

Francuzi podskakują jak oparzeni.

– Bardzo dobrze, teraz wy z kopalni… Po słowach »pokój i przyjaźń« wołacie…”[11].

Imperium na Woronicza

Towarzysz Maciej traktował telewizję jak „swój prywatny folwark”, był jednak znakomitym menedżerem. Doskonale wiedział, jak zainteresować widzów, i to właśnie za jego kadencji pojawiły się takie programy jak Studio 2 czy Sonda, które natychmiast zdobyły ogromną popularność. W pozostałych programach również zadbano o atrakcyjną formułę przekazu, co spowodowało, że nawet magazyn kulturalny Pegaz miał oglądalność na poziomie 30%.

„Nie ulega wątpliwości – uważał scenarzysta Tadeusz Pikulski – że lata rządów Szczepańskiego to rozkwit publicystyki kulturalnej kierowanej przez Janusza Rolickiego. Z perspektywy czasu widzimy – co należy stwierdzić ze smutkiem – że pełniła ona rolę substytutu. Nie było życia politycznego z prawdziwego zdarzenia, nie było ścierania się racji, wymiany poglądów o imponderabilia. Tak więc, gdy Kałużyński z Jackiewiczem pokłócili się w Sam na samNoce i dnie Antczaka, to następnego dnia dyskutowała o tym cała Polska”[12].

Najważniejszym programem tych lat okazało się Studio 2, w którym – po raz pierwszy w dziejach polskiej telewizji – prowadzący dziennikarze zachowywali się swobodnie, nie przypominali sztywnych spikerów, nie było mowy o czytaniu z kartki ani o recytowaniu wyuczonego tekstu. Emisja tego wielogodzinnego bloku programowego odbywała się w wolne soboty (wprowadzane od 1973 roku), a wypełniały go atrakcyjne pozycje rozrywkowe (Właśnie leci kabarecik) oraz zachodnie filmy i seriale (Muppet Show, Kosmos 1999, Święty, Planeta małp). W oprawie muzycznej wykorzystywano fragmenty utworu grupy SBB, co można było uznać za bardzo nowatorską decyzję.

„Twórcą [programu] był Mariusz Walter – wspominał Daniel Passent – Janusz Rolicki był dyrektorem artystycznym, była Bożena Walter, Edward Mikołajczyk, Tomek Hopfer… Dużo rozrywki, dużo kultury, ale bez spraw kontrowersyjnych, bez Tadeusza Konwickiego, bez Czesława Miłosza, mało polityki, mało spraw drastycznych, za to kabareciku Olgi Lipińskiej, sportu pod dostatkiem. Studio 2 pełniło rolę kulturotwórczą, trochę jak »Przekrój«, ale dla ogromnej widowni”[13].

Szczepański nie żałował pieniędzy na sprowadzanie gwiazd, toteż w Studiu 2 wystąpiła nawet grupa Abba, będąca wówczas u szczytu swojej popularności. Atrakcje nie kończyły się zresztą na sobotnim bloku programowym, gdyż w pozostałe dni tygodnia, w najlepszym czasie antenowym nadawano wiele zachodnich filmów i seriali.

„Przyjąłem zasadę – tłumaczył Szczepański – że przeciętny obywatel włącza telewizję przede wszystkim po to, aby się rozerwać. A na drugim miejscu [dopiero] stawia sprawy dostępu do informacji. Chyba że są jakieś napięcia czy niepokoje, to wtedy [tylko] sytuacja się zmienia”[14].

Doszło nawet do tego, że wyrównała się liczba produkcji amerykańskich i tytułów z krajów socjalistycznych, co było ewenementem w całym bloku wschodnim i wzbudzało protesty przedstawicieli sowieckiej ambasady.

„Innym sposobem usypiania społeczeństwa jest telewizja – notował w lutym 1977 roku Stefan Kisielewski. – Pisywałem źle o Macieju Szczepańskim, jej dyrektorze, a teraz powiedzieć jednak muszę, że to w swoim rodzaju wielki menedżer. Daje mnóstwo amerykańskich filmów, coraz lepsze programy rozrywkowe i sportowe, i oto cała Polska siedzi bez przerwy przed telewizorem, ja sam bym siedział, i nie myśli, tylko chłonie tę opiumową strawę. Ameryka – opium dla ludu, to dobre hasło – ten spryciarz wie dobrze, że jakby pokazywał Rosję, toby ludzi szlag trafił. I tak Polska śpi – a oni rządzą”[15].

W czasach Szczepańskiego znacznie rozbudowano ofertę programową drugiego kanału telewizji i coraz więcej programów emitowano w kolorze. Pojawił się czwarty program polskiego radia, od razu w wersji stereofonicznej, próbowano nawet eksperymentów z dźwiękiem kwadrofonicznym. Radiowa „Trójka” kontynuowała swoją misję wśród młodych słuchaczy i słusznie uważano ją za jedyną rozgłośnię młodzieżową w krajach komunistycznych. Towarzysz Maciej doskonale wiedział, że „wentyl bezpieczeństwa” jest potrzebny, a młodzież potrafi przecież przysparzać kłopotów…

To wszystko nie byłoby możliwe bez ogromnych nakładów finansowych, ale Szczepański zawsze mógł liczyć na duże pieniądze.

„Zrobił najnowocześniejszą telewizję w całym obozie socjalistycznym – wspominał reżyser Stefan Szlachtycz. – Gdy potrzebował pieniędzy, to je miał. Budżet telewizji był praktycznie otwarty. W razie potrzeby łączyli Szczepańskiego z odpowiednim ministrem i było po sprawie”[16].

Prowadzenie firmy w warunkach gospodarki socjalistycznej wymagało jednak czegoś więcej niż tylko środków finansowych. Przepisy ograniczały wolny handel z krajami zachodnimi, dlatego Szczepański i jego ekipa omijali obowiązujące prawo. Zdarzyło się nawet, że scenografka Xymena Zaniewska przemyciła w dekolcie sukienki (!!!) 60 tysięcy marek zachodnioniemieckich, aby kupić w RFN podłogi z rolki, których brakowało w studiach na Woronicza. I wcale nie było to wyjątkiem, gdyż w podobny sposób sprowadzano również profesjonalny sprzęt nagrywający i nagłaśniający. Wreszcie po kilku latach Szczepański uznał, że najwyższy czas utworzyć na zachodzie Europy dwie spółki, które zajmowałyby się tego rodzaju transakcjami. A przy okazji planował, że firmy te będą wchodzić w koprodukcję z zachodnimi producentami, co powinno zapewnić finansowanie zakupów.

Powołanie spółek w krajach zachodnich nie mogło odbyć się bez zgody czynników partyjnych. Aprobował to osobiście Edward Gierek, który radził nawet Szczepańskiemu, aby „pilnował swoich dolarów, bo w kraju mu je rozdrapią”. Przy okazji za pośrednictwem tych dwóch firm zagranicznych władze PRL załatwiały zupełnie inne, niezwiązane z telewizją sprawy.

„[…] to jest tajemnica państwowa – zeznawał we wrześniu 1980 roku jeden z zastępców Szczepańskiego, Eugeniusz Patyk – ale muszę to ujawnić, że poprzez naszą spółkę załatwiano, poprzez Arabię Saudyjską – dostawy sprzętu wojskowego [dla Iraku] na sumę 150 milionów dolarów. […] Kashogi, tj. brat króla Arabii Saudyjskiej, zresztą był przyjęty przez premiera Jaroszewicza, [załatwił] pożyczkę dla Polski w wysokości 1,5 miliarda dolarów”[17].

Na szczycie

Szczepański chciał zaoferować atrakcyjny program i wydał bezwzględną wojnę siermiężnym przeżytkom z czasów swojego poprzednika. Uważał, że siedziba Telewizji przy ulicy Woronicza powinna być wizytówką polskich mediów, a jednym z pierwszych jego posunięć było zwolnienie strażników i zatrudnienie na ich miejsce atrakcyjnych dziewczyn.

„Kazałem zwolnić wszystkich i wprowadziłem hostessy – opowiadał po latach Teresie Torańskiej. – Każda musiała mieć maturę i znać co najmniej jeden obcy język. […] Wymyśliłem tak: jeżeli ładna dziewczyna zatrzyma faceta, poprosi o pokazanie wejściówki i zechce sprawdzić, co on wnosi lub wynosi, to z ładną dziewczyną nikt się nie będzie handryczył. Natomiast z tyłu na zapleczu ma siedzieć zawsze trzech, czterech ludzi, dobrze wyszkolonych, dobrze opłacanych i jeżeli będzie jakaś draka, to oni wkroczą. Racjonalne?”[18].

Ci „dobrze wyszkoleni, dobrze opłacani” ludzie w czerwcu 1976 roku zatrzymali nawet premiera Piotra Jaroszewicza, który spieszył się, aby przed kamerami telewizji odwołać podwyżki cen. Towarzysz premier nie miał przepustki, a prezes zakazał wpuszczania kogokolwiek bez zezwolenia. Było to po zajściach w Radomiu i Ursusie i niewiele brakowało, aby z tego powodu „przerwana dekada” trwała jeszcze krócej…

Wizytówką programu telewizyjnego były jego prezenterki, z którymi Szczepański toczył beznadziejną wojnę o ich fryzury. Człowiek, który podporządkował sobie wszystko i wszystkich, nie potrafił jednak uporać się z kobiecą próżnością.

„[…] spikerki były i są fatalnie ubrane i uczesane – przyznawał po latach. – Ileśmy z Xymeną Zaniewską, głównym scenografem telewizji, znakomitym fachowcem, z nimi nawalczyli, żeby je unormalnić. Bezskutecznie. Zaniewska przychodziła do mnie i mówiła: kurwa […] nie, nie mogę sobie poradzić z tymi tłumokami, tłumaczę im, jak mają się ubrać, instruuję, jak czesać, a gdy spuszczę na chwilę z oczu, to walą sobie lakier na głowę”[19].

Spikerki uwielbiały lakierować tapirowane włosy, a ich pasją było podnoszenie fryzury. W efekcie przed ich wejściem na plan dochodziło do dantejskich scen, a Zaniewska wprowadziła nawet coś w rodzaju rewizji.

„Spikerkom nie pozwalałam na emisję brać ołówków, długopisów itp., żeby nie wkładały ich pod włosy i nie podwyższały fryzur. Nie powiem, o kogo chodziło, ale jednej ze spikerek podczas festiwalu piosenki wyjęłam spod fryzury połowę gumowej piłki – tak bardzo chciała podnieść tapir na głowie”[20].

Zaniewska zamawiała kolekcje z Mody Polskiej i prenumerowała „Vogue’a”, a wszystko po to, by jej podopieczne prezentowały się jak najbardziej atrakcyjnie. I chyba swój cel osiągnęła, albowiem prezenterki pozostały jednym z pozytywnych symboli telewizji tamtych lat. A ich nazwiska pamiętane są do dzisiaj.

„Krwawy Maciej” miał skłonność do terroryzowania personelu, ale po usunięciu Rostockiej, Korda i „Wicherka” nie chciał już pozbywać się kolejnych osobowości telewizyjnych. Wyjątek robił tylko w przypadku osobistych animozji, ewentualnie pod wpływem dużego zdenerwowania. Inna sprawa, że z powodu nadużywania alkoholu nie brakowało okazji do spięć i awantur, a prezes nie przejawiał wówczas poczucia humoru.

„Maciuś bywał podchmielony często – wspominał Tadeusz Zakrzewski. – Podczas kolaudacji filmu o Edwardzie Gierku, zrealizowanym przez Waltera i Mikołajczyka dla telewizji amerykańskiej, prezes siedział przy stole montażowym w drugim rzędzie. Kiedy pojawiły się obrazki z Pierwszym w łódce i wiosłującym zawzięcie, wstał, zatrzymał film, by podyskutować. Siadając, nie trafił dupą w krzesło i wylądował niezdarnie na podłodze.

Kilka miesięcy później w tej samej montażowni DTV [Dziennika Telewizyjnego – S.K.] grupa dziennikarzy oglądała relację z pobytu Gierka w Stanach Zjednoczonych. Było ciasno. Szczepański stał za Bartoszem Janiszewskim i Edkiem Mikołajczykiem i co chwilę tracił równowagę. Aż oparł się o plecy Edka.

– O, przepraszam – wymamrotał, a Edi dowcipkował:

– Czuć na sobie oddech prezesa to dla mnie zaszczyt.

Dzień później Krwawy Maciuś kazał wywalić Mikołajczyka z pracy”[21].

Szczepański nie tolerował u swoich pracowników poważniejszych przejawów braku inteligencji. Co prawda przegrał z prezenterkami wojnę o tapirowanie włosów, ale bez skrupułów usuwał z pracy ludzi, którzy w programach emitowanych na żywo kompromitowali jego firmę. Radio i telewizja miały być wizytówką rządzącej ekipy i tutaj nie było miejsca na żadne pomyłki. Pracownik Radiokomitetu był jak saper i mógł pomylić się tylko raz.

„[…] wracałem z rejsu jachtem marynarki wojennej »Hetman« […] słuchałem radia – zwierzał się prezes. – Radiowa Jedynka miała wówczas zasięg od Narwiku po Algierię, nie tak jak dziś. I co słyszę? W wiadomościach sportowych facet podaje wynik jakiegoś meczu: zero-zero. I dodaje: do przerwy zero-zero. Zapisałem dzień i godzinę i po powrocie do Warszawy kazałem go wyrzucić. […] Głupek nie może pracować przy mikrofonie. Oświadczyłem Jasiowi Mietkowskiemu, wiceprezesowi do spraw radia: to, co ten facet zrobił, jest równoznaczne z niechlujstwem chirurga, który w brzuchu pacjenta zostawił rękawiczki”[22].

Pracownicy zgodnie przeklinali Szczepańskiego, nikt jednak nie chciał zmieniać pracy. Pensje były na wysokim poziomie, a prezes nie przejmował się obowiązującymi przepisami. Jeżeli uważał, że ktoś wart jest wyższych zarobków, to nie zwracał uwagi na kategorię zaszeregowania czy wysługę lat. Dodatkowo firma oferowała cały wachlarz świadczeń i przywilejów, zasiłek porodowy wynosił 5 tysięcy złotych i był prawie dwa razy wyższy niż w innych branżach. Do tego dochodziła wyprawka dla dzieci pracowników rozpoczynających edukację (1800 złotych), sprawnie działała zakładowa poliklinika „świadcząca 30 000 usług rocznie”. W czasach Szczepańskiego zbudowano liczne ośrodki wczasowe, z których jednocześnie mogło korzystać kilkanaście tysięcy osób. Radiokomitet oferował również bezpłatne kolonie dla dzieci pracowników. Aby zapewnić właściwe zaopatrzenie załogi w mięso, uruchomiono nawet własną chlewnię, w której hodowano 600 świń.

„Szczepański był nowoczesny – potwierdzał Stefan Szlachtycz. – Założył w TVP fitness club – wtedy to się zresztą tak nie nazywało – który działał jeszcze do niedawna. Na samym końcu terenu TVP, prawie na Domaniewskiej, za magazynami dekoracji i kostiumów. Fitness club był tylko dla wybranych pracowników kierownictwa – w piwnicy: trzy sauny, sale ćwiczeń i zabiegów. Towarzysze niechętnie z tego korzystali, nie mieli jeszcze takich nawyków”[23].

Pomimo upodobania do alkoholu i rozrywkowego trybu życia prezes był na nogach już od wczesnych godzin porannych. Zaczynał urzędowanie przed siódmą rano i z lubością prowadził odprawę dla dyrektorów. Podobno „rozmawiali z nim na wpół przytomni, a on był w pełni formy – już po saunie, masażu i biczach wodnych”.

Szczepański miał dobry gust, więc jego pokój umeblowano eleganckimi, drewnianymi sprzętami.

„Lubię meble z prawdziwego drewna – przyznawał. […] – Na jednej ścianie wisiała morska mapa Zatoki Gdańskiej, a na pozostałych orzeł oraz dwa portrety: Kopernika, którego uważam za najwybitniejszego Polaka, bo „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, polskie go wydało plemię” i dzięki temu podsycał moją narodową dumę. Oraz obraz Gierka, ale nie taki banalny, jakie wisiały we wszystkich urzędach, to była naprawdę piękna fotografia”[24].

Do tego dochodziły jeszcze skórzana kanapa i mebel, bez którego Szczepański nie wyobrażał sobie prowadzenia firmy – dobrze zaopatrzony barek. Przez pewien czas alkohol podawano zresztą w telewizyjnej kawiarni Kaprys, „nie było tam jednak czystej wódki, tylko alkohole wysokogatunkowe”. Prezes preferował tego rodzaju trunki i często mawiał, że jak „do kogoś przyjeżdżają goście z Anglii, to wypada zaprosić ich na whisky”.

Zupełnie odmiennie prezentowały się pokoje jego zastępców, a ich wyposażenie sugeruje, że „Krwawy Maciek” miał oryginalne poczucie humoru. Szczególne zainteresowanie wzbudzał gabinet zastępcy prezesa ds. politycznych Michała Gardowskiego:

„Gabinet polityczny wybity był wzorzystą tkaniną, jak gabinet kokoty. Wszędzie szezlongi, pufy i kanapy dostarczane z magazynów scenografii. Gabinet artystyczny [dla Janusza Wilhelmiego – S.K.] okazał się wzorem proletariackiej ascezy wzorowanej na znanym obrazie Lenina. Bielony wapnem, jedynie sosnowe biurko i dwa proste krzesła, a na ścianie wielkie zdjęcie E. Gierka. To był majstersztyk!”[25].

Alkohol, seks i telewizja

O słabościach prezesa plotkowano już w czasach, kiedy był szefem „Trybuny Robotniczej”. Pił sporo, choć nie miał zbyt dużej tolerancji na alkohol. Przejawiał przy tym skłonność do luksusowych trunków, ze szczególnym uwzględnieniem dobrych gatunków koniaku.

„Kiedyś poznałem dziewczynę, którą rwał Szczepański – relacjonował Szlachtycz. – Opowiedziała, że wziął przy niej butelkę koniaku, odkręcił i wypił duszkiem. – Mogłam siedzieć spokojnie – powiedziała – wiedziałam, że za chwilę runie. I rzeczywiście”[26].

Podobno podczas szefowania „Trybunie Robotniczej” był zamieszany w sprawę dymisji dyrektora Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” Stanisława Hadyny. W zespole tym występowały niezwykle urodziwe dziewczyny i z tego powodu uważano go za „kopalnię panienek dla Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach”. Hadyna usiłował chronić swoje podopieczne przed zakusami towarzyszy z Komitetu, co w 1968 roku spowodowało jego dymisję[27].

W przypadku Szczepańskiego wypracowano skuteczną metodę postępowania, która zapewniała nietykalność dziewcząt z zespołu.

„Gdy przyjeżdżał do »Śląska« – kontynuował Szlachtycz – natychmiast dawano mu dużo alkoholu, a on nie miał zbyt mocnej głowy. Zwalał się np. na podeście schodów i zasypiał. Bali się go ruszyć, wiedząc, że kiedy się ocknie, ten, kto go obudzi, będzie skończony. Przykrywano go strojami ludowymi i spędzał noc na schodach”[28].

Po przeprowadzce do Warszawy towarzysz Maciej nie zmienił trybu życia. Wprawdzie był żonaty i miał syna, jednak dużo czasu poświęcał na imprezy alkoholowo-erotyczne. Nadużywanie trunków stało się z czasem poważnym problemem, toteż Gierek zagroził, że zdymisjonuje go, jeśli nadal będzie dostawał informacje, że Szczepański „zagląda do zbyt głębokich kieliszków”. Nie przynosiło to żadnego rezultatu, a prezesowi zdarzało się być niedysponowanym nawet podczas wizyt zagranicznych. Latem 1975 roku skompromitował się w Helsinkach podczas obrad Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

„Był z nami także Maciej Szczepański, który jak zwykle, obija się – irytował się Mieczysław Rakowski. – Nic specjalnie go nie interesuje. Po prostu jest i pije wódkę. Pierwszego dnia, tj. 30 lipca, gdy rozpoczęła się konferencja, w ogóle nie było go na sali, ponieważ w nocy tak się spił, że potrzebował sporo godzin na wytrzeźwienie”[29].

Inny alkoholowy wybryk prezesa groził nawet międzynarodowym skandalem. Podczas rejsu żeglarskiego Szczepański dotarł do Kopenhagi, gdzie – będąc pod wpływem procentów – „obraził policję duńską i został aresztowany”. Sprawę załatwiono dzięki podwładnemu prezesa Zbigniewowi Lipszycowi, który „wziął na siebie całe odium”. Towarzysz Maciej potrafił okazać swoją wdzięczność, w związku z czym lojalny pracownik „w nagrodę został dyrektorem generalnym TVP”. Zapewne nie przypuszczał wtedy, że ta nominacja zaprowadzi go w przyszłości na ławę oskarżonych.

Trudno właściwie ustalić, co było większą słabością Szczepańskiego: alkohol czy kobiety. Obie te sfery bardzo go pociągały, często zresztą łączył je ze szkodą dla swojego męskiego wizerunku. Nie zmienia to jednak faktu, że niejedna z późniejszych gwiazdek mediów wiele mu zawdzięczała. Na Woronicza nigdy bowiem nie brakowało atrakcyjnych dziewcząt, a Szczepański zawsze miał bardzo pozytywny stosunek do płci pięknej.

„Kto nie poznał korytarzy telewizyjnych z lat 70-tych, ten nic nie wie o życiu w ówczesnej Polsce – pisał Filip Bajon. – Nie na darmo mamy w Człowieku z marmuru sceny dziejące się na korytarzu telewizyjnym. […] Przewalał się tam – jak przez molo w Sopocie – tłum świetnych dup, redaktorek, dla których była to najważniejsza promenada w życiu. Już nigdy nie miały tak wspaniałego poczucia bezkarności, że kłamstw, w których powstaniu uczestniczyły, nie kładą na ich karb. […] Ważne było jedynie to, jak odnoszą się do telewizyjnej rzeczywistości korytarzy. Bo tutaj powstawały hierarchie, tu robiło się kariery i tutaj upadały anioły”[30].

O telewizyjnych karierach „przez łóżko” plotkowano w całym kraju i faktycznie coś musiało być na rzeczy, skoro zirytowana Irena Dziedzic pomstowała na młodsze koleżanki, które „myślą, że raz dadzą i już gwiazdy”[31].

Szczepański jako prezes był w uprzywilejowanej sytuacji, ostatecznie nawet kelnerki w telewizyjnej kawiarni zatrudniano ze względu na ich fizyczną atrakcyjność. Powszechnie uważano też, że pojawienie się na Woronicza hostess (Służby Informacyjnej) było wstępem do utworzenia jego prywatnego haremu. Korzystał z niego zresztą nie tylko on, ale również jego zastępcy: Eugeniusz Patyk i Michał Gardowski (Wilhelmi odszedł na stanowisko wiceministra kultury i sztuki). Pochodzące z akt IPN informacje na temat stosunków obyczajowych na Woronicza są na tyle interesujące, że warto je przytoczyć w dłuższych fragmentach. Z oczywistych powodów nazwiska bohaterek tych opowieści zostały zastąpione inicjałami.

„Ze względu na stawiane wymagania – zeznawała w listopadzie 1980 roku dyrektor Biura Socjalno-Bytowego Jadwiga Tałach – przyjmowane były młode, ładne, inteligentne dziewczęta. Po pewnym czasie zauważyłam, że dwie z nich, Anna A. i Maria, nazwiska w tej chwili nie pamiętam (wysoka, szczupła blondynka), zaczęły w rozmowach z koleżankami dawać do zrozumienia, że z Prezesami łączą je jakieś pozasłużbowe kontakty. Na potwierdzenie tego mogę podać, że któregoś dnia Maria przyszła do mnie do gabinetu z pretensjami, dlaczego nie otrzymała jeszcze mieszkania, które przyrzekł jej M. Szczepański. Ponieważ odpowiedziałam jej, że w tej sprawie nie otrzymałam żadnych poleceń, w mojej obecności, z mojego gabinetu, usiłowała uzyskać połączenie z prezesem Szczepańskim. Połączenia tego nie uzyskała. W rozmowie tej dawała mi wyraźnie do zrozumienia, że jest w bliższych kontaktach ze Szczepańskim”[32].

Uparta hostessa umiała jednak zadbać o swoje interesy i ostatecznie trafiła do gabinetu Eugeniusza Patyka. Wiceprezes był doskonale zorientowany w upodobaniach swojego szefa, toteż umieścił sprawę jej mieszkania na liście pilnych potrzeb do załatwienia…

Patyk dobrze rozumiał Szczepańskiego, ponieważ sam nie był wolny od podobnych słabości. Zeznania Jadwigi Tałach nie pozostawiają pod tym względem większych wątpliwości, a jako przykład stosunków panujących na Woronicza pani dyrektor podała pewne wydarzenie z 1975 roku:

„Któregoś dnia, około godziny 18.00, Patyk zatelefonował osobiście do mojego gabinetu i poprosił, abym weszła do niego, ponieważ będzie miał gościa i jednocześnie, abym załatwiła »coś do zjedzenia«. Po wydaniu odpowiednich poleceń poszłam do jego gabinetu i zastałam tam hostessę Annę A. ubraną już w strój »nie służbowy«. Po podaniu po chwili kanapek przez kelnerkę wyszłam z gabinetu, czemu Patyk się nie przeciwstawiał”[33].

Anna A. niebawem otrzymała awans w ramach Służby Informacyjnej, ale po pewnym czasie Eugeniusz Patyk polecił ją zwolnić. Po dwóch dniach zmienił jednak swoją decyzję i nakazał przenieść dziewczynę na inne stanowisko, niezwiązane już bezpośrednio z telewizją.

Niespodziewany awans dostała również Krystyna W., która zwierzała się Tałach, że ma problemy osobiste, gdyż jej narzeczony podejrzewał ją o „łóżkowe flirty z prezesami”. Na Woronicza plotkowano nawet, że dziewczyna zaszła w ciążę z jednym z członków zarządu, co jednak okazało się nieprawdą.

Prezesi Radiokomitetu byli ludźmi bezpruderyjnymi i czasami pozwalali sobie na grupowe imprezy erotyczne. Ulubionym miejscem takich spotkań był ośrodek TVP w Zalesiu Dolnym – położony blisko Warszawy jednocześnie zapewniał odpowiedni poziom dyskrecji i komfortu. To właśnie tam przywożono urodziwe podwładne, aby w ich towarzystwie oddawać się seksualno-alkoholowym rozrywkom.

„Katarzyna M. zeznała – czytamy w notatce z przesłuchania z listopada 1980 roku – że w 1975 roku została w godzinach pracy zawieziona przez Eugeniusza Patyka i jego sekretarkę do prywatnej willi w Zalesiu k. Warszawy, gdzie wraz z M. Szczepańskim i M. Gardowskim odbyto zbiorowy stosunek płciowy połączony z piciem alkoholu. Sytuacja taka została powtórzona kilka miesięcy później, tym razem w prywatnym mieszkaniu jednego z pracowników Komitetu w Warszawie. Zorganizowano także zbiorowy, służbowy wyjazd do Gdańska, gdzie jednak – z uwagi na nadużycie alkoholu przez M. Szczepańskiego – do stosunków nie doszło. Za poddanie się tym czynom nierządnym Katarzyna M. otrzymała od E. Patyka premie pieniężne oraz talon na samochód”[34].

Szefowie Radiokomitetu nie zawsze jednak uprawiali seks grupowy – częściej zaspokajali swe potrzeby w węższym gronie, przy czym od czasu do czasu wymieniali się partnerkami. Tak było w przypadku zajmującej kierownicze stanowisko Bogusławy W., która najpierw została kochanką Patyka, a później obdarzała swoimi wdziękami również Szczepańskiego.

„Z E. Patykiem na przestrzeni 1978 roku miałam kilkanaście razy kontakt fizyczny – zeznawała Bogusława W. – […] Spotkania te miały miejsce z reguły po godzinach pracy. Miejsce spotkań ustalał Patyk. Czyje były to mieszkania, nie wiem. Ani w czasie pierwszego spotkania, ani w czasie następnych E. Patyk nie obiecywał mi żadnych nagród ani awansów. Nie »straszył« mnie również utratą posady. Faktem jest, że poddałam się tym kontaktom przede wszystkim dlatego, że był on moim przełożonym. Kontakty te ustały na początku 1979 roku po mojej kategorycznej rozmowie z Patykiem w tej sprawie. […]

Z Maciejem Szczepańskim miałam również dwa lub trzy kontakty tego rodzaju. Miały one miejsce na początku tego roku [1980 roku – S.K.]. Z propozycją tych spotkań wyszedł Szczepański przy okazji jakiejś rozmowy służbowej. Spotkania te miały miejsce w moim mieszkaniu. Również w tym przypadku nie obiecywał mi żadnych nagród ani awansów. Więcej takich spotkań Szczepański mi nie proponował. Ze Szczepańskim spotykałam się dlatego, że mi się po prostu podobał”[35].

Towarzysz Maciej faktycznie robił wrażenie na kobietach – Bogusława W. była młodsza od niego o 20 lat, co jednak nie zmniejszało jej zainteresowania osobą szefa. Prezes Radiokomitetu był człowiekiem inteligentnym, potrafił być czarujący, a gdy chciał zaimponować dziewczynie, to na randkę przylatywał śmigłowcem. Ponadto dysponował dużymi pieniędzmi i miał realną władzę, a to podobno jest najlepszym afrodyzjakiem.

„W 1975 roku pracowała w Biurze Socjalno-Bytowym jako maszynistka Wanda O. – kontynuowała zeznania Jadwiga Tałach. – Któregoś dnia zadzwonił do mnie prezes Patyk i poprosił, abym »oddelegowała« ją do niego, ponieważ są do napisania jakieś specjalne pisma. Na moją uwagę, że nie jest ona zbyt biegłą maszynistką, zapytał mnie, czy jest dyskretna. Ponieważ udzieliłam odpowiedzi twierdzącej, ponowił swoje polecenie. Następnego dnia Patyk stwierdził, że ona się nadaje i że od czasu do czasu będzie mi ją zabierał”[36].

Wanda O. musiała wyjątkowo przypaść wiceprezesowi do gustu, gdyż potrafił ją ściągnąć do swojego gabinetu nawet po godzinach pracy. Wysyłano wówczas po dziewczynę służbowy samochód, który przywoził ją na Woronicza. Zdarzyło się również, że do Tałach zadzwonił zaniepokojony brat dziewczyny, twierdząc, że siostra zniknęła i nikt nie wie, co się z nią dzieje. Ostatecznie Tałach ustaliła, że Wanda wyjechała służbowo z Patykiem do Olsztyna, po czym zadzwoniła do hotelu, gdzie oboje się zatrzymali.

„Zapytałam jej, dlaczego nie jest w pracy – zeznawała kilka lat później – na co ona odpowiedziała, że musiała wyjechać i nic więcej nie może mi na ten temat powiedzieć. Następnego dnia zatelefonował do mnie Patyk, przeprosił, że bez mojej wiedzy zabrał mi pracownika, ale było to konieczne. Jednocześnie poprosił, abym dała jej kilka dni wolnego, ponieważ Wanda O. w Olsztynie »bardzo ciężko pracowała«. Po tych dniach wolnych O. miała jeszcze kilka dni zwolnienia lekarskiego”[37].

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1  Gierek & Jaroszewicz zeznają, red. E. Desperak, M. Domański, Warszawa 1990, s. 24.

2  M. Rakowski, Dzienniki polityczne 1969–1971, Warszawa 2001, s. 458.

3  D. Passent, Passa. Z Danielem Passentem rozmawia Jan Ordyński, e-book, Warszawa 2012.

4  Ibidem.

5  T. Torańska, Byli, Warszawa 2006, s. 162.

6  Za: A. Krajewski, Krwawy Maciek z telewizji, http://historia.newsweek.pl/krwawy-maciek-z-telewizji,70368,1,1.html.

7  J. Gruza, Człowiek z wieszakiem. Życie zawodowe i towarzyskie, Warszawa 2003, s. 84–85.

8  Za: T. Torańska, op. cit., s. 163.

9  Za: A. Szarłat, Prezenterki, e-book, Warszawa b.d.w.

10  A.J. Wieczorkowski, Mój PRL, Warszawa 2007, s. 169.

11  J. Gruza, Telewizyjny alfabet wspomnień. W porządku niealfabetycznym, Warszawa 2000, s. 333.

12  T. Pikulski, Prywatna historia telewizji publicznej, Warszawa 2002, s. 137.

13  D. Passent, op. cit.

14  Za kulisami PRL. Maciej Szczepański, moja propaganda sukcesu, TVP SA 2010.

15  S. Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 1998, s. 899.

16  Za: J. Szczerba, Bufety na Woronicza, „Duży Format” 04.04.2010.

17  IPN BU 0582/163 t. 7.

18  T. Torańska, op. cit., s. 165.

19  Za: T. Torańska, op. cit., s. 161.

20  Za: A. Szarłat, op. cit.

21  T. Zakrzewski, Dziennik telewizyjny. Grzechy i grzeszki, Warszawa 2003, s. 143.

22  Za: T. Torańska, op. cit., s. 168.

23  Za: J. Szczerba, op. cit.

24  Za: T. Torańska, op. cit., s. 170.

25  Za: A. Szarłat, op. cit.

26  Za: J. Szczerba, op. cit.

27  Ibidem.

28  Za: ibidem.

29  M. Rakowski, Dzienniki polityczne 1972–1975, Warszawa 2002, s. 360.

30  Za: T. Pikulski, op. cit., s. 198–199.

31  Za: T. Torańska, op. cit., s. 165.

32  IPN BU 0582/163 t. 3.

33  Ibidem.

34  IPN BU 0582/163 t. 8.

35  IPN BU 0582/163 t. 1.

36  IPN BU 0582/163 t. 3.

37  Ibidem.

 

Rozdział 2
Niezatapialny prezes

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji eBooka.

„Dyplomata Jarosław Iwaszkiewicz i chłopiec z baletu, Jurij. Jarosław młodnieje, rży, głos z miodu, oczy żbika. Kręci zadkiem na krześle, śmieje się, kokietuje, opowiada o sobie. Jurij zdumiony, nie wie, co się dzieje, ale rumieni się. Przy pożegnaniu Jarosław wręcza mu fotografię swoją (miał ich ze dwadzieścia czy więcej w portfelu), skreśliwszy na odwrocie kilka słów”.
(Anna Kowalska)

 

Rozdział 3
Największy plotkarz PRL

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji eBooka.

„Włodzimierz Sokorski jest niewątpliwie erotycznym gawędziarzem. Osobiście zaświadczyć mogę tylko to, że kiedy byłem na jakimś posiedzeniu, które prowadził w roli przewodniczącego radia i telewizji, klepał po dupkach dziewczyny roznoszące kawę. Kawa się nie rozlała i to było najważniejsze”.
(Jerzy Urban)

 

Rozdział 4
Przypadek Bolesława Piaseckiego

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji eBooka.

„Jedna z sekretarek Bolesława Piaseckiego określiła siebie jako »bajzel-mamę«, gdy opowiadała, że Piasecki zapraszał do swego gabinetu w późnych godzinach wieczornych różne kobiety, z którymi przebywał dłuższy czas, zakazując jej wpuszczania w tym czasie do siebie kogokolwiek, nawet spośród najbardziej zaufanych osób”.

 

Rozdział 5
Wieszcz epoki PRL

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji eBooka.

„Gdy Adam Ważyk, człowiek niesłychanie spokojny, wychylał pierwsze 25 gramów, budziła się w nim pasja, rozpoczynał zacięte kłótnie, za które następnego dnia wszystkich ze skruchą przepraszał. Komentowano to ciepło: 25 gram – śmiertelna dawka Ważyka”.
(Bohdan Tomaszewski)

 

Rozdział 6
Towarzysz Pucio

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji eBooka.

„Jerzy Putrament dobrze czuł się w Paryżu. Lubił odwiedzać nocne boîte’y i kabarety. Znano go tam i kiedy wchodził, maître d’hôtel w ukłonach prowadził go do najbliższego stolika. Swoboda jego ruchów była swobodą człowieka świadomego swoich przywilejów. Do podwładnych, którzy często z urzędu towarzyszyli mu w jego nocnych wyprawach, odnosił się z dobroduszną pogardą”.
(Czesław Miłosz)

 

Zakończenie
 

 

 

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Ważniejsza bibliografia
 

 

 

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Spis treści
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Od autora
Rozdział 1. Krwawy Maciek z Woronicza
Śląski desant
Wielka czystka
Propaganda sukcesu
Imperium na Woronicza
Na szczycie
Alkohol, seks i telewizja
Towarzysz prezes wypoczywa
Obyczaje dworu
Bal na „Titanicu”
Poltex
Upadek
Winny całego zła
Rozdział 2. Niezatapialny prezes
Przybysz z Kresów
Anna Lilpop
Walcząc z sobą samym
Kopenhaga
Stawisko
Okupacja
Jarosław i jego partnerzy
Nowa rzeczywistość
Kontrowersje
Jerzy Błeszyński
Pisarz i córki
Ulubieniec władzy
Ostatnie lata
Rozdział 3. Największy plotkarz PRL
Miłość i więzienie
Brunetki, blondynki…
Seks pod bokiem Wandy Wasilewskiej
Kowel
W dywizji Berlinga
Romans z adiutantem
Bigamia
„Wuj Chłodek”
Śluby i rozwody
Sceny z życia prominenta
Działacz na emeryturze
Rozdział 4. Przypadek Bolesława Piaseckiego
Endecy jadą do Berezy
Falanga
Kolaboracja z Niemcami?
Konfederacja Narodu
„Genialnyj malczik”
Krwawa Luna
PAX
Wódz i kobiety
Finanse wodza
Obyczaje dworu
Odwilż
Śmierć Bohdana Piaseckiego
Marzec 1968
Ostatnia walka
Rozdział 5. Wieszcz epoki PRL
Od awangardy do komunizmu
W sowieckiej Galicji
Mały człowiek z wielkim rewolwerem
Drugie małżeństwo
Piewca socrealizmu
Rzygać! Rzygać!
Ekspiacja
Rodzina i polityka
Rozdział 6. Towarzysz Pucio
Żagary
W kierunku Kremla
Z mandatu Moskwy
Irena
Lwów
Ucieczka
W armii Berlinga
Zofia Bystrzycka
Kraków
Szwajcaria
Paryż
Słabości pana ambasadora
Związek Literatów Polskich
Mazury
Drugi rozwód
Natasza
Człowiek starego systemu
Zmierzch
Zakończenie
Ważniejsza bibliografia
Okładka