Zośka i Parasol. Opowieść o niektórych ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich - Aleksander Kamiński

Zośka i Parasol. Opowieść o niektórych ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich

0,0

Książka powstała na podstawie sławnego archiwum Jana Rodowicza – Anody, relacji żołnierzy batalionów, dokumentów, listów, pamiętników, konsultacji z matkami poległych. Autor prowadzi swych bohaterów – spadkobierców ideałów Kamieni na szaniec – przez barykady powstańcze od Woli poprzez Starówkę po Czerniaków. Spotykamy na kartach najsłynniejsze postaci Szarych Szeregów: Andrzeja Romockiego – Morro, Piotra Pomiana, Stanisława Leopolda, Czarnego Jasia – Wuttke, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.Iskry wydały epopeję druha Kamińskiego po raz pierwszy w roku 1957. Obecne wydanie wzbogacono unikatowymi zdjęciami bohaterów, a także wstępem Barbary Wachowicz.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

OPRA­CO­WA­NIE GRA­FICZ­NE An­drzej Ba­rec­ki

KO­REK­TA Jo­lan­ta Ro­so­siń­ska

ZDJĘ­CIE NA OKŁAD­CE

DO­BÓR ZDJĘĆ I POD­PII­SY Bar­ba­ra Wa­cho­wicz

Zdję­cia ze zbio­rów Bar­ba­ry wa­cho­wicz ofia­ro­wa­ne przez żoł­nie­rzy ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”; zdję­cia współ­cze­sne – Bar­ba­ra Wa­cho­wicz; re­pro­duk­cje zdjęć ar­chi­wal­nych – Adam Płu­cien­nik

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2009

ISBN 978-83-244-0287-8

Wy­daw­nic­two Iskry

ul. Smol­na 11 00-375 War­sza­wa

tel./faks: (0-22) 827-94-15

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Barbara Wachowicz
Polska godna szacunku

Jest luty 1978 roku. War­szaw­skie kino „Skar­pa”, po któ­rym dziś po­zo­sta­ła już tyl­ko zie­ją­ca pust­ką jama. Pre­mie­ra fil­mu Jana Łom­nic­kie­go „Ak­cja pod Ar­se­na­łem”. Tłum­nie ze­bra­na eli­ta War­sza­wy i War­szaw­ki. Roz­gło­śny gwar na­gle cich­nie i przez kino to­czy się szmer: „Ka­myk… Ka­myk… Ka­myk…”. Cała wi­dow­nia wsta­je. Bu­rza okla­sków. Siwy, nie­wy­so­ki, nie­co przy­gar­bio­ny star­szy pan o ży­wych, czar­nych oczach – wi­do­mie za­sko­czo­ny, za­że­no­wa­ny po­chy­la gło­wę w ge­ście po­dzię­ki.

Druh Alek­san­der Ka­miń­ski, au­tor „Ka­mie­ni na sza­niec”, książ­ki uczą­cej po­ko­le­nia bra­ter­stwa i służ­by.

Ileż mu za­wdzię­cza­my! Woj­na zdru­zgo­ta­ła świat na­szych ro­dzi­ców. Nas rzu­ci­ła w pust­kę. Było sza­ro, buro, bez­na­dziej­nie. Każ­dy sa­mo­chód za­trzy­mu­ją­cy się przed do­mem przej­mo­wał gro­zą. Może już idą po ro­dzi­ców, żoł­nie­rzy Ar­mii Kra­jo­wej, tych, któ­rzy się nie ujaw­ni­li.

Pierw­szym świa­tłem w mro­ku tych sta­li­now­skich lat była nie­wiel­ka ksią­żecz­ka, ob­ja­wie­nie, olśnie­nie. Za­ka­za­ne, wy­co­fa­ne z bi­blio­tek „Ka­mie­nie na sza­niec”. „Rudy”, „Alek”, „Zoś­ka” – wy­cią­ga­ją do nas po­moc­ną dłoń. – Tacy by­li­śmy – mó­wią – a wy, jacy je­ste­ście? Któ­reś z AK-owskich dzie­ci prze­my­ci­ło też wiersz Ta­de­usza Gaj­ce­go: „Jed­na jest zie­mia, któ­ra nie­sie cie­bie i mnie, i jed­na mło­dość…”. Wie­dzie­li­śmy, że zgi­nął w po­wsta­niu. Mło­dość nie była jed­na. Ale była jed­na zie­mia – i ten „je­den dom, któ­ry nade mną w to­bie ro­śnie” – jak na­pi­sał. Oni zgi­nę­li.Te­raz my mu­si­my wzno­sić ten pol­ski dom – tak so­bie tłu­ma­czy­li­śmy na­sze za­da­nie. Świat prze­sta­wał być pu­sty.

SZKO­ŁA CHA­RAK­TE­RÓW

Ja­kimś cu­dem oca­la­ło ar­chi­wum Alek­san­dra Ka­miń­skie­go. Udo­stęp­nio­ne mi przez żonę Ka­my­ka, Ja­ni­nę z So­ko­łow­skich, od­kry­ło przede mną sze­reg bez­cen­nych do­ku­men­tów. Wśród nich mło­dzień­czy pa­mięt­nik, a na jego kar­tach sło­wa dzie­więt­na­sto­let­nie­go har­ce­rza, za­pi­sa­ne w 1922 roku: „Dużo ma­rzę. I znów o Niej, o tej Bia­łej, Uko­cha­nej Naj­ja­śniej­szej Pol­sce. Pa­mię­tam, jak przed laty my­śla­łem o To­bie. By­łaś mi Ide­ałem, Praw­dą, Spra­wie­dli­wo­ścią. Pa­mię­tam, jak łzy szczę­ścia ka­pa­ły mi z oczu, gdyś wsta­ła z gro­bu… Ma­rzy­łem o To­bie!

A te­raz? Cze­go Ci brak? Dla­cze­go Sy­no­wie Twoi tak cham­sko wy­że­ra­ją się o wła­dzę?! (…)

Bo nie dość jest my­śleć i chcieć o Pol­sce i dla Pol­ski.Trze­ba sa­me­mu re­pre­zen­to­wać Pol­skę!!!”.

Temu prze­ko­na­niu po­zo­stał wier­ny. U schył­ku ży­wo­ta po­wie­dział: „Pra­gną­łem prze­ka­zy­wać chłop­com i dziew­czę­tom, mło­dzie­ży i do­ro­słym swój ide­ał Pol­ski god­nej sza­cun­ku”.

O ten ide­ał Pol­ski, ide­ał Po­la­ka wal­czył w naj­tra­gicz­niej­szych la­tach oku­pa­cji. „Wiel­ka gra” jest nie tyl­ko pod­ręcz­ni­kiem wal­ki z wro­giem, nie­sie wzor­ce ży­cia.

„Je­śli­by de­mo­kra­tycz­na Rzecz­po­spo­li­ta ska­za­na zo­sta­ła przez ja­kieś fa­tum dzie­jo­we na rzą­dy sła­be i nie­trwa­łe – zgi­nie­my! Na Pol­skę nie­rząd­ną i nie­po­rad­ną nie ma miej­sca w na­szej czę­ści Eu­ro­py” – pi­sał druh Ka­miń­ski. „Pol­ska bę­dzie pań­stwem de­mo­kra­tycz­nym, par­tie zaś po­li­tycz­ne są nie­od­łącz­nym i nie­zbęd­nym skład­ni­kiem każ­de­go ustro­ju de­mo­kra­tycz­ne­go, gdyż de­mo­kra­cja – to do­pusz­cze­nie do gło­su spo­łe­czeń­stwa.

Ale gdy­byś moc­no się prze­jął du­chem któ­rejś par­tii po­li­tycz­nej i wszedł w jej służ­bę, zdo­bądź się na naj­wyż­szy wy­si­łek, aby prze­strze­gać w swym ży­ciu par­tyj­nym ogrom­nie waż­nej za­sa­dy: po­mi­mo ca­łej mi­ło­ści i wia­ry, jaką da­rzysz swo­ją par­tię – zdo­bądź się na lo­jal­ną po­sta­wę wo­bec wszyst­kich in­nych par­tii, sto­ją­cych na grun­cie nie­pod­le­głe­go pań­stwa pol­skie­go. Jed­ną z naj­przy­krzej­szych wła­ści­wo­ści ży­cia par­tyj­ne­go jest ja­kieś sza­tań­skie otu­ma­nie­nie mó­zgów, któ­re czy­ni z lu­dzi on­giś ry­cer­skich, ho­no­ro­wych i uczci­wych – ogłu­pia­łych fa­na­ty­ków, któ­rzy we wszyst­kich in­nych par­tiach i stron­nic­twach po­li­tycz­nych prócz wła­sne­go do­strze­ga­ją tyl­ko pod­łość, nik­czem­ne in­ten­cje, nie­udol­ność i złą wolę – oraz prze­ko­na­ni są, że naj­strasz­niej­sze klę­ski spo­tkać są go­to­we oj­czy­znę z rąk ich prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych. Zdo­bądź się na ry­cer­ski i lo­jal­ny sto­su­nek wo­bec in­nych par­tii. Od naj­skraj­niej le­wi­co­wej do skraj­nie pra­wi­co­wej – trak­tuj wszyst­kie gru­py jako te, w sto­sun­ku do któ­rych trze­ba zdo­by­wać się na lo­jal­ność, w sto­sun­ku do któ­rych trze­ba czy­nić wy­si­łek zro­zu­mie­nia ich in­ten­cji. Kul­tu­ra pol­skie­go ży­cia po­li­tycz­ne­go była do­tych­czas fa­tal­na. Ta dzie­dzi­na woła wiel­kim gło­sem o nowy styl ży­cia.

Je­śli­byś wszedł do ży­cia po­li­tycz­ne­go i zy­ski­wał na to ży­cie wpływ – miej am­bi­cję wnie­sie­nia tam god­nych od­ro­dzo­nej Pol­ski form po­stę­po­wa­nia, u pod­ło­ża któ­rych leżą sta­re, ale za­wsze ak­tu­al­ne praw­dy o tym, że służ­ba na­ro­do­wi, a nie po­goń za przy­wi­le­ja­mi i ko­rzy­ścia­mi – jest ho­no­rem każ­de­go oby­wa­te­la! Każ­de­go po­li­ty­ka! (…)

Nie kon­sty­tu­cje, nie masy ludz­kie i nie gra­ni­ce de­cy­du­ją o wiel­ko­ści na­ro­dów i ich roli w świe­cie. (…) O wiel­ko­ści i po­tę­dze państw de­cy­du­je nie ustrój, nie ob­szar, nie masa ludz­ka – lecz czło­wiek i cha­rak­ter czło­wie­ka. (…) Styl ży­cia Po­la­ków za­de­cy­du­je o na­szej wiel­ko­ści”.

Re­da­go­wa­ny prze­zeń „Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny”, naj­więk­sze pi­smo pod­ziem­nej Eu­ro­py – nie tyl­ko niósł in­for­ma­cje z fron­tów, lecz tak­że praw­dzi­wie wy­cho­wy­wał na­ród.

„Za co umie­ra­my, o co wal­czy­my, dla cze­go ży­je­my?”, „O służ­bie i za­słu­dze”, „Pa­trio­tyzm bier­ny i pa­trio­tyzm czyn­ny”, „Każ­dy Po­lak żoł­nie­rzem”, „Ka­mie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec”, „Ar­mia Kra­jo­wa woj­skiem de­mo­kra­tycz­nym”, „Nę­dza Po­la­ków – to nie­wo­la Pol­ski, bo­gac­two – to jej siła”, „Wal­ka z pi­jań­stwem – obo­wiąz­kiem na­ro­do­wym”, „Co to jest de­mo­kra­cja?”, „W po­szu­ki­wa­niu siły”, „Wol­ność, wol­ność.”, „O jaką Pol­skę wal­czy­my?”, „Dla­cze­go od­rzu­ca­my ko­mu­nizm?”, „Cha­rak­ter na­ro­do­wy Po­la­ków” – już same ty­tu­ły tek­stów Ka­my­ka mó­wią o krę­gu spraw naj­waż­niej­szych, do któ­rych po­wra­cał. I tu mnó­stwo spo­strze­żeń nie utra­ci­ło swej ak­tu­al­no­ści. Ana­li­zu­jąc nasz cha­rak­ter na­ro­do­wy, Ka­myk wy­li­cza naj­waż­niej­sze ce­chy: umi­ło­wa­nie wol­no­ści i nie­za­leż­ność du­cha, wiel­ko­dusz­ność, do­broć, po­czu­cie hu­ma­ni­tar­ne, mę­stwo, bo­ha­ter­stwo, ho­nor, umie­jęt­ność cał­ko­wi­te­go od­da­nia się spra­wie pu­blicz­nej. Ale te wspa­nia­łe ce­chy mogą przyj­mo­wać for­my po­zy­tyw­ne i ne­ga­tyw­ne. Obok nie­na­wi­ści do ob­ce­go jarz­ma, poza to­le­ran­cją re­li­gij­ną, prze­ciw­sta­wia­niem się cen­zu­rze i taj­nej po­li­cji – war­chol­stwo i „dzie­le­nie się na co­raz drob­niej­sze par­tie”. Na­sze chwa­leb­ne „umi­ło­wa­nie wol­no­ści”: „Jest to za­ra­zem jed­nak wła­ści­wość nie­bez­piecz­na, czy­nią­ca z nas wy­jąt­ko­wo trud­ne do rzą­dze­nia spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym uzgod­nie­nie de­cy­zji mię­dzy wol­ny­mi i nie­pod­le­gły­mi gru­pa­mi sta­je się czę­sto rze­czą nie­osią­gal­ną”. Praw­dzi­wa de­mo­kra­cja „prze­ja­wia się w trak­to­wa­niu swo­jej par­tii jako czę­ści na­ro­du, a nie jako ob­ja­wie­nia na­ro­do­we­go, któ­re je­dy­nie tyl­ko i wy­łącz­nie zdol­ne jest ob­da­rzyć na­ród wszel­ki­mi do­bro­dziej­stwa­mi” – stwier­dza Ka­myk. Obok ofiar­no­ści i spo­łecz­nej służ­by – ist­nie­je u nas groź­ne zja­wi­sko nie­do­ce­nia­nia war­to­ści lu­dzi do­brze pra­cu­ją­cych, nie­do­ce­nia­nie zja­wisk eko­no­micz­nych, lek­ce­wa­żą­cy sto­su­nek do sza­rej, mrów­czej pra­cy i do „sza­re­go czło­wie­ka”, nie­umie­jęt­ność or­ga­ni­za­cji dzia­łań i pra­cy. A jed­no­cze­śnie – gdy Niem­cy uczy­ni­li wszyst­ko, by znisz­czyć, uni­ce­stwić pol­ską kul­tu­rę, szkol­nic­two, by zła­mać, za­mor­do­wać, roz­pić na­ród – „szczy­ty mło­dzie­ży prze­cho­dzą dziś we wszyst­kich war­stwach spo­łecz­nych okres tak sil­ne­go na­pię­cia ide­owe­go, tak bez­gra­nicz­ne­go od­da­nia Pol­sce, or­ga­ni­zu­ją z ta­kim roz­ma­chem pra­cę nad sobą – że po­zaz­dro­ścić im mogą po­ko­le­nia po­przed­nie” – su­mo­wał Ka­myk na ła­mach „Biu­le­ty­nu” opty­mi­stycz­nym ak­cen­tem swe roz­wa­ża­nia po­świę­co­ne mło­dzie­ży w cy­klu „Bla­ski i nę­dze ży­cia oku­pa­cji” (1942).

„Ży­ciem moim: Pol­ska cier­pią­ca i wal­czą­ca. Wia­rą moją: Pol­ska zwy­cię­ska i trium­fu­ją­ca” – to wy­zna­nie wia­ry za­miesz­czo­ne w „Ka­te­chi­zmie” kol­por­to­wa­nym przez chłop­ców i dziew­czę­ta z Sza­rych Sze­re­gów.

W ar­chi­wach Ka­my­ka jest re­cen­zja Jana Kot­ta z „Ka­mie­ni na sza­niec”(„Prze­krój” 1946, nr 49) za­czy­na­ją­ca się sło­wy: „(…) od­rzu­ca mnie od tej książ­ki. To jest groź­na książ­ka. Tak wy­cho­wy­wa­no po­ko­le­nie kon­do­tie­rów, a nie żoł­nie­rzy i dzia­ła­czy świa­do­mych celu i sen­su wal­ki”.

Przy­po­mi­nam, że kon­do­tier – to na­jem­nik wal­czą­cy za obo­jęt­ną mu spra­wę dla pie­nię­dzy.

13 wrze­śnia 1942 roku na ćwi­cze­niach huf­ca Sza­rych Sze­re­gów Mo­ko­tów Gór­ny „kon­do­tier” Ja­nek Byt­nar „Rudy” od­czy­tał roz­kaz „kon­do­tie­ra” Ta­de­usza Za­wadz­kie­go „Zoś­ki”, do­wód­cy Grup Sztur­mo­wych:

„Sto­imy moc­no i stać bę­dzie­my nadal na róż­nych od­cin­kach wal­ki pod­ziem­nej, pro­wa­dzo­nej z wro­ga­mi już dziś. Cho­ciaż wal­kę tę pro­wa­dzi się bez bro­ni w ręku, jed­nak moż­na w niej roz­wi­nąć w so­bie od­wa­gę, kar­ność, zdol­ność bra­nia na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści. Tej je­dy­nej w swo­im ro­dza­ju szko­ły cha­rak­te­rów, jaką jest dla nas wal­ka pod­ziem­na, nie wol­no nam prze­oczyć.

By­ło­by jed­nak źle, gdy­by­śmy po­prze­sta­li na przy­go­to­wa­niu się tyl­ko do wal­ki zbroj­nej, a za­po­mnie­li o tych roz­licz­nych obo­wiąz­kach, ja­kie ocze­ku­ją nas w Pol­sce nie­pod­le­głej. Na­szym ce­lem jest nie tyl­ko wy­cho­wa­nie żoł­nie­rza, ale ukształ­to­wa­nie peł­no­war­to­ścio­we­go oby­wa­te­la, zdol­ne­go nie tyl­ko do służ­by woj­sko­wej, lecz do jak naj­sze­rzej po­ję­tej służ­by spo­łecz­nej, służ­by oby­wa­tel­skiej”.

Roz­ka­zy, li­sty, no­tat­ki bo­ha­te­rów „Ka­mie­ni na sza­niec”, bo­ha­te­rów „Zoś­ki i Pa­ra­so­la” sta­no­wią bez­cen­ne do­wo­dy, że – jak po­wie­dział o swym po­ko­le­niu Zdzi­sław Stro­iń­ski, po­eta po­le­gły w po­wsta­niu – „ta mło­dość nie my­śli o zglisz­czach, lecz łunę my­śli po­nie­sie”.

Blask tej łuny obej­mu­je no­tat­ki Alka Da­wi­dow­skie­go, któ­re lat trzy­dzie­ści le­ża­ły ukry­te w ko­mi­nie. Ten „kon­do­tier” w swych re­flek­sjach po­sta­na­wia: „Wszyst­ko po­ję­te jako przy­go­to­wa­nie, za­pra­wa do do­brej pra­cy i ca­łe­go ży­cia… Wy­ko­rzy­sta­nie chwi­li, chwy­ce­nie oka­zji, by roz­grza­ne że­la­zo kuć na go­rą­co, by me­tal nie tra­cił na swej czy­sto­ści i szla­chet­no­ści, by co­raz nowe i lep­sze przy­bie­rał for­my (…) naj­wię­cej rzut­ko­ści i ini­cja­ty­wy, ener­gii (…). Nie wol­no ogra­ni­czać się do po­zna­nia tyl­ko jed­ne­go stron­nic­twa czy ugru­po­wa­nia, oby­wa­tel­skim obo­wiąz­kiem jest za­po­zna­nie się w po­sza­no­wa­niu dla prze­ciw­ni­ka ze wszyst­ki­mi kie­run­ka­mi my­śli po­li­tycz­nej pol­skiej: a) wy­cho­wa­nie oby­wa­tel­skie, b) współ­ży­cie, c) kul­tu­ra, d) na­ucza­nie pra­cy za­wo­do­wej, spo­łecz­nej, or­ga­ni­za­cyj­nej”.

„Kon­do­tier” „Mały Ta­dzio” Wut­t­ke – brat „Czar­ne­go Ja­sia” – w li­ście do ojca na Boże Na­ro­dze­nie 1943: „Mu­si­my trwać, mu­si­my we krwi wzra­stać. Tyl­ko jak wzro­śnie­my. Dro­ga krwi do­kąd za­pro­wa­dzi. Wro­gość, ob­cość, na­pię­cie nie­na­wi­ści na­si­la­ją się (…). «Jako i my od­pusz­cza­my» – czy rze­czy­wi­ście, czy też to tyl­ko fra­zes?”.

I w li­ście ostat­nim, u pro­gu roku 1944, któ­ry miał być w jego ży­ciu ostat­ni: „Świa­do­ma od­po­wie­dzial­ność za to jed­no­ra­zo­we na­sze ży­cie, któ­re te­raz nie­wie­le kosz­tu­je, nie two­rzy bez­wol­nych roz­grze­szeń. Raz żyję, więc mu­szę żyć jak naj­le­piej”.

A „kon­do­tier”„Czar­ny Jaś” – czo­ło­wy bo­ha­ter książ­ki Ka­my­ka – twór­ca sław­nej Ak­cji „M”, pi­sał do ojca 30 wrze­śnia 1943 roku, po śmier­ci „Ru­de­go”, „Alka” i „Zoś­ki”: „Od­cho­dzą je­den za dru­gim, jak ka­mie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec. Ale rzu­ca­ne nie w ni­cość, nie na zmar­no­wa­nie. Je­den przy dru­gim twar­do sto­ją. Jak ce­gła przy ce­gle. Wzno­szą się ścia­ny wiel­kie­go domu. (…) To nic, jak przyj­dzie być mar­twą ce­głą, nie­ru­cho­mą, tego domu. (…) Dużo mu­ra­rzy po­trze­ba! Jak dom wy­mu­ru­ją, niech nie stoi pu­sty. (…) Dom już wi­dać. Tak! (…) Ale ce­gły dro­gie. Dro­gie ce­gły rzu­ca­ne na sza­niec. Co dnia! Niech nie stoi pu­sty!”.

WAL­CZYĆ ZE ZŁEM

„(…) Gdy pi­sa­łem «Ka­mie­nie», to prze­cież pi­sa­łem o za­przy­jaź­nio­nych ze sobą chłop­cach. Więc gdy zde­cy­do­wa­łem się pi­sać – do­ko­na­łem tego w cią­gu kil­ku dni, może ty­go­dnia? Od­czu­wa­łem to tak, jak­bym był me­dium, przez któ­re wy­po­wia­da się ja­kaś wiel­ka siła, siła pod­sta­wo­wych war­to­ści. I za­wsze mia­łem po­czu­cie, że nie je­stem au­to­rem «Ka­mie­ni», lecz tyl­ko po­śred­ni­kiem w ich prze­ka­za­niu (…). Wszyst­ko to się splą­ta­ło, sto­pi­ło: mi­łość i ża­ło­ba po po­le­głych chłop­cach, ja­kieś wi­zje pod­sta­wo­wych war­to­ści i chęć da­nia im wy­ra­zu” – ten list dru­ha Alek­san­dra Ka­miń­skie­go do mnie, da­to­wa­ny 14 lu­te­go 1978 roku, jest je­dy­nym do­ku­men­tem mó­wią­cym o tym, w ja­kim na­pię­ciu emo­cjo­nal­nym po­wsta­wa­ła ta książ­ka za­czy­na­ją­ca się jak ga­wę­da przy har­cer­skim ogni­sku: „Po­słu­chaj­cie opo­wia­da­nia o «Alku», «Ru­dym», «Zo­ś­ce»…”.

Dzię­ki dzie­cię­ce­mu pa­mięt­ni­ko­wi cór­ki Ka­my­ka – Ewy – zna­my do­kład­nie czas po­wsta­nia pierw­szej wer­sji „Ka­mie­ni”. To po­cząt­ko­we dni maja 1943 roku. Ka­myk dyk­to­wał swą opo­wieść żo­nie Ja­ni­nie, ukry­wa­jąc się w ma­łej ofi­cy­nie, na gra­ni­cy miej­sco­wo­ści Pia­stów i Żbi­ków pod Prusz­ko­wem. Od­na­la­zły­śmy to miej­sce z pa­nią pro­fe­sor Ewą z Ka­miń­skich Fe­lesz­ko i usi­ło­wa­ły­śmy wy­wal­czyć tam – przy uli­cy Gał­czyń­skie­go 44 – ja­kiś znak pa­mię­ci, mó­wią­cy, iż tu wła­śnie po­wsta­ła naj­sław­niej­sza książ­ka cza­sów oku­pa­cji. Nie­ste­ty – na próż­no. I po­my­śleć, że to wła­śnie w tym­że Pia­sto­wie cho­dził do szko­ły Ja­nek Byt­nar „Rudy”, że tu nas po la­tach kaź­nio­no za czy­ta­nie za­bro­nio­nych „Ka­mie­ni”, a nie­opo­dal – w Pę­ci­cach, ucie­kł­szy na wa­ga­ry, od­kry­li­śmy nie­zwy­kłą mo­gi­łę z or­łem i krzy­żem Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri. Tu spo­czę­li żoł­nie­rze 2. plu­to­nu 3. kom­pa­nii ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” po­le­gli 2 sierp­nia 1944 roku.

Do­wód­ca plu­to­nu – Iwo Ry­giel, pseu­do­nim „Bo­gu­sław”, po­ja­wia się prze­lot­nie na kar­tach „Zoś­ki i Pa­ra­so­la”. Pa­mię­ta­jąc, jak sta­li­śmy się straż­ni­ka­mi pę­cic­kiej mo­gi­ły – uda mi się po la­tach od­two­rzyć losy tych, któ­rzy tam spo­czy­wa­ją, w IV to­mie cy­klu „Wier­na rze­ka har­cer­stwa”.

W ga­blot­kach bra­ci Ro­moc­kich na na­szej wy­sta­wie „Ka­myk na szań­cu – opo­wieść o Dru­hu Alek­san­drze Ka­miń­skim i Jego Bo­ha­te­rach” – eks­po­nu­je­my pierw­sze po­wo­jen­ne wy­da­nie „Ka­mie­ni” z roku 1946, opa­trzo­ne de­dy­ka­cją: „Pani Ja­dwi­dze Ro­moc­kiej – mat­ce dwóch wspa­nia­łych sy­nów, któ­rych pa­mię­ci w pierw­szym rzę­dzie pra­gnę po­świę­cić dal­szy ciąg «Ka­mie­ni» – je­śli będę umiał je na­pi­sać”.

Kie­dy sło­wa do­trzy­mał?

W la­tach 1946-1947 od­wie­dzał Ka­my­ka Ja­nek Ro­do­wicz „Ano­da”, żoł­nierz plu­to­nu „Fe­lek” ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”, po­rucz­nik Ar­mii Kra­jo­wej, uczest­nik ak­cji pod Ar­se­na­łem i dwu­dzie­stu in­nych w Wiel­kiej Dy­wer­sji… Ka­wa­ler Krzy­ża Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri i dwa­kroć Krzy­ża Wa­lecz­nych. Zwa­ny – dla bra­wu­ry, wi­tal­no­ści, od­wa­gi, fan­ta­zji i nie­praw­do­po­dob­ne­go szczę­ścia – uła­nem ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Na pew­no nie „sły­nął z fleg­ma­tycz­ne­go tem­pe­ra­men­tu”, jak pi­sze Ka­myk! Jest to jed­na z nie­licz­nych omy­łek w cha­rak­te­ry­sty­ce bo­ha­te­rów.

„Ano­da”, dwa­kroć ran­ny w po­wsta­niu, oca­lo­ny przez przy­ja­cie­la, Stasz­ka Sie­radz­kie­go „Świ­sta”, któ­ry go wy­niósł, ry­zy­ku­jąc ży­cie, spod ostrza­łu na Sta­rów­ce, dru­gi raz, ze zgru­cho­ta­nym ra­mie­niem, prze­wie­zio­ny z ko­na­ją­ce­go Czer­nia­ko­wa na pra­ski brzeg przez pol­skich żoł­nie­rzy i Dy­wi­zji im. Ko­ściusz­ki (jed­nym z nie­licz­nych pon­to­nów, któ­ry zdo­łał do­pły­nąć) – na­tych­miast po po­wro­cie do War­sza­wy, obok prac nad wy­do­by­wa­niem spod gru­zów po­le­głych, za­czął gro­ma­dzić ar­chi­wum ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Od­naj­do­wał cu­dem w mi­ster­nie skon­stru­owa­nych skryt­kach oca­lo­ne do­ku­men­ty, ra­to­wał je, bła­gał tych, któ­rzy prze­ży­li: „Pisz­cie wspo­mnie­nia! Tyl­ko na­sza pa­mięć może ich oca­lić!”.

Po roz­mo­wach z Zoś­kow­ca­mi, po spo­tka­niach z „Ano­dą”, już wio­sną 1946, Ka­myk opra­co­wał część pierw­szą – „W dy­wer­sji”, za­czy­na­jąc opo­wieść przej­mu­ją­cą sce­ną prze­wo­że­nia le­śny­mi duk­ta­mi cia­ła „Zoś­ki”. Książ­ka mia­ła być dal­szym cią­giem „Ka­mie­ni na sza­niec”, mia­ła opo­wia­dać o tych, któ­rzy po odej­ściu „Ru­de­go”, „Alka”, „Zoś­ki” nadal będą peł­ni­li ich służ­bę w bra­ter­stwie i bo­ha­ter­stwie.

Har­cer­stwo od­ro­dzi­ło się po woj­nie bły­ska­wicz­nie i spon­ta­nicz­nie. Już w 1945 roku dwie­ście ty­się­cy mło­dych lu­dzi wło­ży­ło znów sza­re i zie­lo­ne mun­dur­ki, przy­pię­ło krzy­że, ukry­te pod­czas oku­pa­cji, bły­snę­ło li­lij­ka­mi. Druh Ka­miń­ski zo­stał człon­kiem Na­czel­nej Rady Har­cer­skiej. W jego ar­chi­wum za­cho­wa­ła się ko­pia re­fe­ra­tu wy­gło­szo­ne­go na kon­fe­ren­cji in­struk­to­rów 15 czerw­ca 1946 roku. Po­wie­dział: „Nie po­szli­śmy dro­gą ma­ło­dusz­ne­go słu­żal­stwa, pro­te­sto­wa­li­śmy prze­ciw­ko ob­łu­dzie, jaką na­rzu­ca się ca­łe­mu po­wo­jen­ne­mu ży­ciu, bro­ni­li­śmy z całą wia­rą w słusz­ność spra­wy ide­ałów har­cer­skich (…), bro­ni­li­śmy swej har­cer­skiej twa­rzy, ale rów­no­cze­śnie usi­ło­wa­li­śmy to wszyst­ko czy­nić w opar­ciu o nową pol­ską rze­czy­wi­stość – nie wbrew niej i nie poza nią”.

W mar­cu 1947 roku alar­mo­wał w li­ście do przy­ja­cie­la har­cer­skiej mło­do­ści – harc­mi­strza Oska­ra Żaw­roc­kie­go: „To­ta­lizm, je­dy­na or­ga­ni­za­cja mło­dzie­ży – to: 1) ogrom­ne zu­bo­że­nie ży­cia, 2) pchnię­cie sil­nie mło­dzie­ży do or­ga­ni­zo­wa­nia związ­ków kon­spi­ra­cyj­nych. Wszy­scy win­ni­śmy wyć na to jak psy i tłu­ma­czyć nie­zmor­do­wa­nie, by od tych po­my­słów od­wieść lu­dzi po­li­ty­ki! By­ła­by to ka­ta­stro­fa. Na od­wrót – trze­ba po­pie­rać włą­cze­nie w peł­no­praw­ne pol­skie ży­cie do­tąd od­su­wa­nych na bok mło­dzie­żo­wych or­ga­ni­za­cji ka­to­lic­kich. I bro­nić za wszel­ką cenę sa­mo­dziel­no­ści ZHP. (…) Nie wol­no się pod­da­wać!”. Na kwiet­nio­we świę­to har­cer­stwa roku 1947 przy­go­to­wał ga­wę­dę „Na­stęp­cy Świę­te­go Je­rze­go”. Zo­sta­ła ona przez sa­me­go mi­ni­stra oświa­ty oce­nio­na grom­kim okrzy­kiem: „Nie­bez­pie­czeń­stwo!”. Wro­go­wie ro­zu­mo­wa­li we­dle swej lo­gi­ki traf­nie. Bo jak­że w epo­ce na­ra­sta­ją­cych re­pre­sji od­czy­tać te sło­wa by­łe­go do­wód­cy ma­łe­go sa­bo­ta­żu: „Mu­si­my po­zbyć się wszel­kich wąt­pli­wo­ści i wa­hań. Mu­si­my być na­stęp­ca­mi Świę­te­go Je­rze­go w wal­ce ze wszel­kim złem. (…) Je­że­li po­sta­no­wi­li­śmy prze­bi­jać mur, nie prze­bi­jaj­my go gło­wą, lecz ja­kimś umie­jęt­nie wy­bra­nym na­rzę­dziem! Ale wal­czyć ze złem trze­ba. (…) Od­waż­nie i upo­rczy­wie, lecz ro­zum­nie i in­te­li­gent­nie. Kto by z wal­ki ze złem zre­zy­gno­wał – zre­zy­gno­wał­by z czło­wie­czeń­stwa!”. Ga­wę­da zo­sta­ła skon­fi­sko­wa­na. Na ple­num Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go Pol­skiej Par­tii Ro­bot­ni­czej w tym­że kwiet­niu 1947 po­sta­no­wio­no: „Zde­ma­sko­wać na­le­ży po­zy­cję Ka­miń­skie­go jako szko­dli­wą”.

O tym, iż Ka­myk pra­co­wał nad książ­ką o „Zo­ś­ce” i „Pa­ra­so­lu” jesz­cze la­tem 1947, mówi list Ja­ni­ny Ko­wal­skiej, kol­por­ter­ki „Biu­le­ty­nu In­for­ma­cyj­ne­go”, mat­ki dwóch łącz­ni­czek: Ma­ry­ny, po­le­głej w po­wsta­niu, i Irki, za­mor­do­wa­nej w jego ostat­nich dniach z gru­pą bez­bron­nych dziew­cząt. Irka i jej po­ślu­bio­ny w po­wsta­niu mąż, „Czar­ny Jaś” Wut­t­ke – mie­li być jed­ny­mi z głów­nych bo­ha­te­rów no­wej książ­ki Ka­my­ka.

„Czę­sto i in­ten­syw­nie my­ślą je­stem przy Panu i jego pra­cy. Chcia­ła­bym swo­imi my­śla­mi po­móc Panu w pi­sa­niu – pi­sze mat­ka Irki 27 lip­ca 1947. – Już za parę dni 3-cia rocz­ni­ca Po­wsta­nia. (…) Żeby tak całe Po­wsta­nie mo­gło być opi­sa­ne!

Ja swo­ją Ma­ry­nę eks­hu­mo­wa­łam z Ogro­du Kra­siń­skich. Trud­no­ści z po­cho­wa­niem ich w kwa­te­rze «Zoś­ki» były ogrom­ne. Cały ty­dzień trwa­ły roz­mo­wy z dy­gni­ta­rza­mi, Ra­do­sław na­pi­sał b. moc­ny me­mo­riał – a ży­cie idzie swo­im to­rem. (…) Ob­sy­cha­ją łzy – za­ra­sta­ją gro­by”.

„Zo­ś­ce” miał wkrót­ce przy­być jesz­cze je­den. 7 stycz­nia 1949 za­mor­do­wa­no w Urzę­dzie Bez­pie­czeń­stwa pod­czas śledz­twa Jan­ka Ro­do­wi­cza „Ano­dę”. Jego ro­dzi­ce ura­to­wa­li ar­chi­wum – pa­mięt­ni­ki Zoś­kow­ców.

Opo­wia­da­ła mi mat­ka „Ano­dy”, Zo­fia Ro­do­wi­czo­wa, gdy ją od­wie­dza­łam w domu star­ców na Szu­biń­skiej:

– Jan­ka aresz­to­wa­no w wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia 1948. Wła­śnie mie­li­śmy się dzie­lić opłat­kiem i dzię­ko­wa­łam Bogu, że oca­lił dla mnie cho­ciaż jed­no dziec­ko. Star­szy syn zgi­nął w po­wsta­niu, ale prze­cież były mat­ki, któ­rym przy sto­łach wi­gi­lij­nych sta­ły po trzy pu­ste krze­sła…

Dzwo­nek. My­śle­li­śmy, że może ktoś z bli­skich, sa­mot­nych…

Re­wi­zja była dość po­spiesz­na, da­łam Jaś­ko­wi ukrad­kiem opła­tek, żeby po­dzie­lił się w wię­zie­niu. Już go ży­we­go nie zo­ba­czy­łam. Wy­pro­wa­dzi­li. Ar­chi­wum sta­ło w pu­dłach na sza­fie. Nie wiem, ja­kim cu­dem nie za­uwa­ży­li. Po­rwa­li­śmy z mę­żem te pu­dła i za­czę­li prze­no­sić do za­przy­jaź­nio­nych są­sia­dów. Na­gle re­flek­sja – prze­cież oni po to wró­cą! Co ro­bić? Za­czę­li­śmy go­rącz­ko­wo prze­glą­dać. Trze­ba zo­sta­wić wszyst­ko o po­le­głych, ich już nie aresz­tu­ją, usu­nąć wszyst­ko, co może zgu­bić jesz­cze ży­ją­cych…

Wró­ci­li dru­gie­go dnia świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Od pro­gu py­ta­li o ar­chi­wum. Za­bra­li – te wy­se­lek­cjo­no­wa­ne przez nas reszt­ki, któ­re ni­ko­mu nie mo­gły za­szko­dzić, na ża­den na­pro­wa­dzić ich trop.

Od życz­li­wych są­sia­dów prze­nie­śli­śmy oca­lo­ne pa­mięt­ni­ki do Han­ny Dłu­go­szow­skiej. Jej już nie mie­li kogo aresz­to­wać. Mąż, sław­ny przed woj­ną pi­lot – zgi­nął w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej. Oby­dwaj sy­no­wie, Ma­rek „Ba­obab” i An­drzej „Dłu­gi”, Zoś­kow­cy, po­le­gli w po­wsta­niu… Ba­li­śmy się, że mogą nas śle­dzić, umó­wi­li­śmy się na kon­takt – jak za oku­pa­cyj­nych cza­sów – w ko­ście­le Zba­wi­cie­la na ja­kiejś mszy. Zbie­la­ła jesz­cze bar­dziej. I mnie si­wi­zny przy­by­ło, bo nic o Jaś­ku nie wie­dzie­li­śmy – gdzie go trzy­ma­ją, co się z nim dzie­je, szy­ko­wa­łam pacz­ki, cho­dzi­łam pod wię­zie­nie na Ra­ko­wiec­kiej, nie przyj­mo­wa­li… A on już nie żył.

Han­na, klę­cząc obok mnie – to pa­mię­tam – szep­ta­ła taką dzi­wacz­ną li­ta­nię: …I od­puść nam na­sze winy… Od­da­łam mat­ce „Hani Bia­łej”… I od­puść nam na­sze winy… U mnie już nie… I od­puść nam… Dzię­ku­ję za wszyst­ko…

Prze­że­gna­ła się i po­szła. Do „jako i my od­pusz­cza­my” nie do­brnę­ła.

Te pa­mięt­ni­ki przy­ja­ciół i to­wa­rzy­szy bro­ni jej sy­nów były ostat­nią lek­tu­rą mat­ki. Han­na Dłu­go­szow­ska, otrzy­mu­jąc nie­mal co­dzien­nie wia­do­mo­ści o no­wych aresz­to­wa­niach wśród Zoś­kow­ców, po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo.

Ar­chi­wum prze­ka­za­ła swej przy­ja­ciół­ce, in­nej mat­ce – Ire­nie Za­krzew­skiej. I jej nie mie­li kogo uwię­zić. Ha­nia Za­krzew­ska, dla pięk­no­ści swych ja­snych wło­sów zwa­na Bia­łą, zgi­nę­ła – jak An­drzej „Dłu­gi” – pod­czas pierw­szych dni po­wsta­nia na Woli…

Tyle mat­ka Ano­dy.

Do­tar­łam wio­sną 1985 do oboj­ga jesz­cze ży­ją­cych ro­dzi­ców „Hani Bia­łej”. Mat­ka Hani ofia­ro­wa­ła mi li­sty Ka­my­ka i opo­wie­dzia­ła dal­szy ciąg dra­ma­tycz­nych lo­sów ar­chi­wum „Ano­dy”:

– My, mat­ki po­le­głych, bar­dzo zbli­ży­ły­śmy się, ja­koś tak przy­tu­li­ły do sie­bie. Ja­dwi­ga Ro­moc­ka sta­ra­ła się nas łą­czyć, za­wsze mó­wi­ła: – An­drzej był ich do­wód­cą, dbał o nich, te­raz tak ja mu­szę dbać o was – ich mat­ki. Naj­bied­niej­sze były te, któ­re dzie­ci zna­leźć nie mo­gły i nie zna­la­zły, jak pani Ko­wal­ska, któ­ra cór­ki Irki, żony Czar­ne­go Ja­sia, szu­ka­ła mie­sią­ca­mi. Inne nie wie­rzy­ły, jak pani Ste­fa­nia Ba­czyń­ska, cią­gle po­wta­rza­ła: – Nig­dy, nig­dy nie uwie­rzę w śmierć Krzy­cha, on żyje, on jest gdzieś za gra­ni­cą, on wró­ci.

Han­ka Dłu­go­szow­ska swo­ich chłop­ców zna­la­zła obu. Ja moją Ha­nię też. Nie mia­ły­śmy na kogo cze­kać. A te­raz my, mat­ki dzie­ci po­bi­tych, pa­trzy­ły­śmy, jak ci ostat­ni ich przy­ja­cie­le, któ­rzy prze­ży­li – idą do wię­zień – może na za­tra­ce­nie.

Przy­szła Han­ka Dłu­go­szow­ska. Wie­dzie­li­śmy już o aresz­to­wa­niu Ano­dy. Nio­sła ja­kieś tor­by:

– Zoń­ka Ro­do­wi­czo­wa dała mi na prze­cho­wa­nie te pa­mięt­ni­ki, któ­re Ja­nek ze­brał. Wiesz, ja tam od­na­la­złam mo­ich – po­wie­dzia­ła. I wy­su­płu­je te kart­ki. Ja­kieś za­pi­ski An­drze­ja, roz­wa­ża­nia o róż­ni­cy mię­dzy wy­kształ­ce­niem a mą­dro­ścią, de­fi­ni­cje czło­wie­ka mą­dre­go, któ­ry ma wła­ści­wą hie­rar­chię war­to­ści…

– No po­patrz, czym to się ci moi sy­no­wie zaj­mo­wa­li mię­dzy wy­sa­dza­niem po­cią­gów i stu­dia­mi w pod­cho­rą­żów­ce – Han­ka po­gła­ska­ła pa­pie­rek de­li­kat­nie. – A do Mar­ka to się w po­wsta­niu przy­plą­tał pies. Do­wie­dzia­łam się z tego wspo­mnie­nia Bila. Ja w ogó­le nie pa­mię­tam tego chłop­ca, szko­da. Ład­nie pi­sze, że „Ba­obab” ol­brzym opie­ko­wał się tym kun­del­kiem i prze­zwa­li go Sa­dzik, bo ich plu­ton był „Sad”. I nie wia­do­mo, co się sta­ło z Sa­dzi­kiem, jak Ma­rek zgi­nął. Może ja we­zmę te­raz ja­kie­goś psa, jak my­ślisz, Iren­ko?

– Tak, tak, na­ma­wia­łam, żeby wzię­ła! – I na­zwę go Sa­dzik! – po­wie­dzia­ła, że­gna­jąc się i zo­sta­wia­jąc mi te pa­mięt­ni­ki. – Bo tu im bę­dzie le­piej niż u mnie! – wy­rze­kła, jak­by to było coś ży­we­go.

Nie wzię­ła Sa­dzi­ka. Po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo.

Prze­ży­ła śmierć sy­nów. Ale śmier­ci cy­wil­nej tych, co po­zo­sta­li – nie mo­gła.

Alek­san­der Ka­miń­ski nie na­pi­sał o śmier­ci „Ba­oba­ba”, ani o Sa­dzi­ku…

O mo­jej Hani też nie.

Kie­dy mat­ka „Dłu­gie­go” i „Ba­oba­ba” zo­sta­wi­ła nam te wspo­mnie­nia Zoś­ko­we – prze­czy­ta­łam u „Świ­sta”, jak Ha­nia za­grze­wa­ła ich do wal­ki – a za chwi­lę, jak zo­ba­czył ją na kar­to­fli­sku i jej wło­sy pra­wie bia­łe, tak ja­sne, cze­pia­ją­ce się naci. I Ta­dzio „Lesz­czyc” tak pięk­nie o niej na­pi­sał – jak się prze­bi­ja­li ze Spo­koj­nej, moja Ha­nia bie­gła do ran­ne­go w strasz­nym ogniu. Ale ja nie mam żalu, że Hani nie ma w „Zo­ś­ce i Pa­ra­so­lu”. Wiem, że pan Alek­san­der mu­siał wy­bie­rać…

Sio­stra moja, Ma­ry­la Ło­skie­wicz-Pasz­ko­wicz, to jego ko­le­żan­ka z taj­ne­go har­cer­stwa w Hu­ma­niu! No­si­ła pseu­do­nim „Szczę­sna”. Ma­ry­la od­na­la­zła pana Ka­miń­skie­go po po­wsta­niu w Ło­dzi, utrzy­my­wa­ła z nim ser­decz­ny kon­takt. Po prze­czy­ta­niu prze­cho­wy­wa­nych u mnie pa­mięt­ni­ków po­wie­dzia­ła: – On by je oca­lił…

„Wśród lu­dzi mi bar­dzo bli­skich były ostat­nio w War­sza­wie bar­dzo cięż­kie przej­ścia – mu­sia­łeś zresz­tą czy­tać ko­mu­ni­kat o aresz­to­wa­niach resz­tek lu­dzi z by­łych Ba­ta­lio­nów «Zoś­ka» i «Pa­ra­sol»” – pi­sze Ka­myk Oska­ro­wi Żaw­roc­kie­mu 28 lu­te­go 1949.

Strasz­ny rok. 7 stycz­nia gi­nie, wy­rzu­co­ny przez okno w cza­sie śledz­twa, Ja­nek Ro­do­wicz „Ano­da”, wier­ny łącz­nik Ka­my­ka z tymi, któ­rzy prze­ży­li po­wsta­nie. Aresz­to­wa­nia na­ra­sta­ją gwał­tow­nie – wię­zie­nia na Ra­ko­wiec­kiej, w For­do­nie, Ra­wi­czu, we Wron­kach za­peł­nia­ją te „reszt­ki” obu har­cer­skich ba­ta­lio­nów. Bog­dan Decz­kow­ski, Bog­dan Ce­liń­ski, Han­ka Bor­kie­wi­czów­na (wy­nie­sio­na cu­dem ze Sta­rów­ki, ran­na, przy­wró­co­na ży­ciu, wspie­ra­ła ojca – puł­kow­ni­ka Ada­ma Bor­kie­wi­cza – w pra­cy nad mo­no­gra­fią po­wsta­nia), Sta­szek Sie­radz­ki „Świst”, An­drzej Wol­ski „Jur”, wszy­scy do­sta­ją wy­so­kie wy­ro­ki – nie­rzad­ko śmier­ci, za­mie­nio­ne na do­ży­wo­cie. Hal­ka Du­nin-Kar­wic­ka z „Pa­ra­so­la” – przy­szła bo­ha­ter­ka książ­ki Ka­my­ka „Zoś­ka i Pa­ra­sol” – opusz­cza śledz­two na no­szach… Prze­słu­chu­je ją oso­bi­ście obe­rkat bez­pie­ki – Ró­żań­ski. Umie­ra­ją­ce­mu z ran po po­wsta­niu mę­żo­wi, harc­mi­strzo­wi Wac­ko­wi, pseu­do­nim „Luty”, do­wód­cy kom­pa­nii w „Pa­ra­so­lu”, obie­ca­ła, że wszy­scy Pa­ra­so­la­rze spo­czną ra­zem obok sie­bie na Po­wąz­kach, nie­opo­dal „Zoś­ki”. Do­trzy­ma­ła sło­wa.

I zo­sta­je ska­za­na na sześć lat, utra­tę praw oby­wa­tel­skich i ho­no­ro­wych, prze­pa­dek mie­nia za to, że (we­dług wy­ro­ku) „była kon­ty­nu­ator­ką wię­zi gru­po­wej resz­tek ujaw­nio­nych od­dzia­łów «Pa­ra­so­la», przez udział w pra­cach eks­hu­ma­cyj­nych była świa­do­ma, że od­dzia­ły zo­sta­ją utrzy­ma­ne w gru­po­wej wię­zi ce­lem usi­ło­wa­nia zmia­ny prze­mo­cą ustro­ju Pań­stwa Pol­skie­go”!

Alek­san­der Ka­miń­ski od­cho­dzi z Na­czel­nej Rady Har­cer­stwa już w 1947 roku. W 1949 zo­sta­je wy­rzu­co­ny ze Związ­ku Har­cer­stwa Pol­skie­go, któ­ry w tym­że roku uni­ce­stwio­no. W roku 1950 usu­wa­ją Ka­my­ka z Uni­wer­sy­te­tu. Od­zy­wa się gruź­li­ca… Jest umie­ra­ją­cy…

„ZIAR­NA MOCY, PIĘK­NA I WIEL­KO­ŚCI…”

Od de­dy­ka­cji-obiet­ni­cy zło­żo­nej Ja­dwi­dze Ro­moc­kiej mi­nę­ło sześć cięż­kich lat. 25 stycz­nia 1952 od­po­wie­dział Ka­myk gorz­ko Żaw­roc­kie­mu: „Py­tasz, cze­mu nie pi­szę ja­kiejś wiel­kiej po­wie­ści, za­miast Ja­ćwin­gów. Dra­ma­tycz­ne py­ta­nie. Po­dob­ne za­da­wa­li mi przez kil­ka lat – nie­kie­dy na­tar­czy­wie – moi kon­spi­ra­cyj­ni przy­ja­cie­le: – Kie­dy za­bio­rę się do dal­szej czę­ści «Ka­mie­ni na sza­niec»?

Nig­dy.

Pró­bo­wa­łem – i nic nie wy­szło. Dłu­go mę­czy­łem się, za­nim zna­la­złem przy­czy­nę: pi­sać do­brze moż­na tyl­ko o tym, co się bar­dzo do­brze zna i co się ak­tu­al­nie go­rą­co prze­ży­wa. Ja prze­sta­łem brać udział w wiel­kim, kon­kret­nym i go­rą­cym ży­ciu, prze­sta­łem wie­le wi­dzieć i na­mięt­nie czuć. A to, co było na­wet przed paru laty – za­cie­ra się w kon­tu­rach, blak­nie w wy­obraź­ni i w uczu­ciach (…). Po­wie­ści nie na­pi­szę już nig­dy. Ani do­brej no­we­li”.

Ta­jem­ni­czy Ja­ćwin­go­wie – to bo­ha­te­ro­wie pra­cy ma­gi­ster­skiej Ka­my­ka (ukoń­czył wy­dział hu­ma­ni­stycz­ny Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go w 1928 roku), wa­lecz­ne ple­mię, któ­re wy­gi­nę­ło u schył­ku XIII wie­ku, za­nim po­sia­dło sztu­kę pi­sa­nia. Dźwi­ga­ją­cy się z cho­ro­by Ka­myk pra­cu­je nie­stru­dze­nie, roz­wi­ja­jąc te­mat ja­ćwin­go­wy w po­tęż­ną dy­ser­ta­cję. Pi­sał też mo­nu­men­tal­ną hi­sto­rię pol­skich związ­ków mło­dzie­ży, owych „wspól­not przy­jaź­ni”…

Po śmier­ci Sta­li­na – nad­cho­dzi czas tak zwa­nej od­wil­ży.

3 lu­te­go 1955 Ka­myk po­wia­da­mia Oska­ra z uśmie­chem: „Mo­no­po­li­stycz­ne pa­no­wa­nie Ja­ćwin­gów już się skoń­czy­ło, za­bie­ram się do pi­sa­nia wiel­kie­go opo­wia­da­nia”… Do­cie­ra doń ar­chi­wum Ano­dy.

Mat­ka „Hani Bia­łej” pi­sa­ła (bez daty, ale dzięk­czyn­na od­po­wiedź Ka­my­ka z 28 lu­te­go 1956 umiej­sca­wia rzecz w cza­sie): „Te pa­mięt­ni­ki otrzy­ma­łam od mat­ki Dłu­gie­go i Ba­oba­ba, bie­dacz­ka w peł­ni zdro­wia i w peł­ni swe­go nad wy­raz war­to­ścio­we­go ży­cia po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo, nie mo­gła znieść stra­ty sy­nów i jak­by za­ła­ma­nia się tych ide­ałów, za któ­re oni od­da­li swe mło­de, szla­chet­ne ży­cia. (…) Te pa­mięt­ni­ki są dla nas, ma­tek, świę­tą re­li­kwią”.

Te ko­bie­ty włą­czył Ka­myk do swej pra­cy. Skła­da­ły mu re­la­cje o swych po­le­głych, pro­wa­dzi­ły pra­ce re­dak­cyj­ne. Ja­dwi­ga Ro­moc­ka, Ja­ni­na Ko­wal­ska.

Tyl­ko pani Ste­fa­nia Ba­czyń­ska nie do­ży­ła cza­su prac nad „Zoś­ką i Pa­ra­so­lem” ani po­śmiert­ne­go try­um­fu wier­szy syna. Umar­ła w domu star­ców w 1953 roku, sa­mot­na. W jed­nym z ostat­nich li­stów w lu­tym 1947 roku, tuż po po­grze­bie syna, pi­sa­ła: „(…) od­cho­dzę od wszyst­kie­go, co nie jest bo­daj wspo­mnie­niem o Krzy­chu”.

Mat­ka do­wód­cy Krzysz­to­fa – Ja­dwi­ga Ro­moc­ka – ca­łym ser­cem za­an­ga­żo­wa­ła się w pra­cę Ka­my­ka.

Zma­gał się z su­ge­stia­mi, spro­sto­wa­nia­mi, proś­ba­mi, ape­la­mi. Nie­któ­rzy Zoś­kow­cy uwa­ża­li, że wy­bór bo­ha­te­rów nie jest spra­wie­dli­wy, że byli inni – dziel­niej­si i god­niej­si, zda­wa­li so­bie spra­wę, że książ­ka ta weź­mie na skrzy­dła le­gen­dy tyl­ko wy­bra­nych, ża­ło­wa­li po­mi­nię­tych, po­le­głych. Inni – uzna­wa­li wi­ze­run­ki przy­ja­ciół za zbyt bla­de. Oba­wy bu­dził ty­tuł. Sta­ni­sław Bro­niew­ski „Or­sza” (dru­gi po wspa­nia­łym Flo­ria­nie Mar­ci­nia­ku „Sza­rym” na­czel­nik Sza­rych Sze­re­gów) za­sta­na­wiał się, czy dla nie­wta­jem­ni­czo­nych w Sza­ro­sze­re­go­we dzie­je po upły­wie lat nie bę­dzie on wy­wo­ły­wał ja­kichś zu­peł­nie in­nych sko­ja­rzeń – i czy nie zo­sta­nie od­czy­ta­ny jak na przy­kład coś w ro­dza­ju „Han­ka i ka­lo­sze”.

Mat­ka An­drze­ja „Mor­ro” pi­sa­ła 30 paź­dzier­ni­ka 1957, krze­piąc Ka­my­ka w roz­ter­kach: „Naj­zu­peł­niej po­dzie­lam Pana sta­no­wi­sko w ogra­ni­cze­niu szcze­gó­łów i na­pły­wa­ją­cych po­pra­wek, któ­re wy­da­wa­ły mi się od po­cząt­ku, po na­pi­sa­niu, już bez­ce­lo­we. I nie umiem so­bie na­wet tej pra­cy wy­obra­zić bez stra­ty «na tem­pe­ra­tu­rze uczu­cio­wej» i sta­ram się wszyst­kich prze­ko­nać, że to jest «opo­wia­da­nie» czy opo­wieść o lu­dziach – o ich du­cho­wych zma­ga­niach, o at­mos­fe­rze ich pra­cy i wal­ki, a nie kro­ni­ka czy hi­sto­ria.

Ty­tuł «Zoś­ka i Pa­ra­sol» wy­da­je mi się naj­lep­szy i je­stem pew­na, że bę­dzie atrak­cyj­ny, że nic na tym nie stra­ci póź­niej­sza pra­ca hi­sto­rycz­na – prze­ciw­nie, za­chę­ci do po­zna­nia. O An­drze­ja ani na chwi­lę nie mia­łam i nie mam naj­mniej­szej oba­wy i cie­szę się, że Go po­znał Pan le­piej, dla­te­go wła­śnie tak bar­dzo za­le­ża­ło mi na wy­sła­niu Czar­ta – Lau­dań­skie­go – Wi­tol­da. Czart to ten, któ­ry do mnie po­wie­dział 23 II 45 r. «pro­szę nie szu­kać lu­dzi do eks­hu­ma­cji – An­drze­ja i Jaś­ka, nikt ich obu nie do­tknie» – taki był przy po­zna­niu – i taki po­zo­stał – to­też opi­nia Pana o Nim jest dla mnie wiel­ką ra­do­ścią.

By­łam 26 VIII na Ja­snej Gó­rze – ogar­nia­łam my­ślą wszyst­kich bli­skich – Pana wiel­kie Ser­ce dla mo­ich Chłop­ców i Zoś­kow­ców wszyst­kich, któ­rych Pan wpro­wa­dza w ży­cie na­sze. Na nowo”.

Ka­myk rze­tel­nie kon­sul­to­wał swą pra­cę tak­że z jej ży­ją­cy­mi bo­ha­te­ra­mi. Jest w jego ar­chi­wum wie­lo­stro­ni­co­wy list wspo­mnia­ne­go przez pa­nią Ro­moc­ką Stasz­ka Lech­mi­ro­wi­cza „Czar­ta” z dnia 28 paź­dzier­ni­ka 1956, kwe­stio­nu­ją­cy „Epi­log”, któ­re­go był obok Bog­da­na Ce­liń­skie­go „Wik­to­ra” po­sta­cią cen­tral­ną. Ich li­te­rac­ki dia­log, wkom­po­no­wa­ny przez Ka­my­ka w au­ten­tycz­ną sce­nę, kie­dy usi­ło­wa­li prze­drzeć się z ko­na­ją­ce­go Czer­nia­ko­wa na Pra­gę po ze­rwa­nych przę­słach mo­stu Po­nia­tow­skie­go, na­zy­wa „Czart” „dys­ku­sją nie­re­al­ną”: „bo tak chy­ba, mimo wszyst­ko, trze­ba by na­zwać roz­mo­wę z Wik­to­rem o Ter­mo­pi­lach i Ko­ściusz­ce, wo­bec fak­tu, że obaj by­li­śmy u kre­su wy­czer­pa­nia, że mie­li­śmy go­rącz­kę i sta­li­śmy na gra­ni­cy ma­li­gny, że w ta­kich sy­tu­acjach in­a­czej się my­śli, a pra­wie nie roz­ma­wia, że jest mowa o prze­rżnię­ciu po­wsta­nia, a więc wkła­da się w na­sze usta sło­wa, któ­re wpro­wa­dza­ją czyn­nik, któ­ry wte­dy wśród nas ani w tej for­mie, ani w tym aspek­cie nie wy­stę­po­wał”.

Ka­myk „Epi­log” zmie­nił. Nie ma już ani Ter­mo­pil, ani Ko­ściusz­ki, tyl­ko dwóch ran­nych, pół­przy­tom­nych po­wstań­ców, brną­cych ku Wi­śle. Fi­nał książ­ki jest pra­wie do­kład­nym po­wtó­rze­niem pa­mięt­ni­ka „Czar­ta” z 1945 roku:

„Reszt­ką sił ści­ska­my się z Wik­to­rem i osu­wa­my bez­sil­nie na żwir.

Gdzieś da­le­ko, na dru­giej stro­nie gra ce­ka­em, a przed nimi szy­bu­je ja­sna wstę­ga ra­kie­ty… Zmę­czo­ne oko chwy­ta jesz­cze błysk wy­nu­rza­ją­ce­go się zza fi­la­ru ba­gne­tu.

– Kto idzie?

– P o w s t a ń c y”.

Wśród po­wstań­ców z „Zoś­ki”, któ­rzy wspie­ra­li Ka­my­ka w pra­cy nad książ­ką na czo­ło­we miej­sce wy­su­nął się Ju­liusz Bog­dan Decz­kow­ski-Lau­dań­ski, wię­zień Pa­wia­ka, bo­ha­ter Po­wsta­nia, wię­zień PRL-u.

Po­wie­dział mi:

– Sie­dzia­łem we Wron­kach, wi­dzia­łem z da­le­ka wy­so­ką po­stać „Świ­sta”, po­sta­wio­ne­go twa­rzą do ścia­ny. Przy­po­mi­na­łem, jak śpie­wa­li­śmy w po­wsta­niu pio­sen­kę „Ziut­ka” Szcze­pań­skie­go z „Pa­ra­so­la”:

A gdy miną już dni – wal­ki, sztur­mów i krwi,

Ale­ja­mi z pa­ra­dą, bę­dziem szli z de­fi­la­dą,

W wol­ną Pol­skę, co wsta­ła z na­szej krwi.

I taka była na­sza de­fi­la­da.

Aw 1956 roku spo­tka­ła mnie wiel­ka na­gro­da – współ­pra­ca z dru­hem Ka­miń­skim przy książ­ce „Zoś­ka i Pa­ra­sol” od chwi­li, kie­dy po­sła­łem mu to­mik wier­szy Krzy­sia Ba­czyń­skie­go „Śpiew z po­żo­gi”. Mat­ka Krzy­sia, któ­ry był w mo­jej dru­ży­nie, na­pi­sa­ła mi de­dy­ka­cję: „Przy­ja­cie­lo­wi mego syna…”.

Dzie­ląc się z Bog­da­nem swy­mi roz­ter­ka­mi, Ka­myk pi­sał: „Jest dla mnie ja­snym, że po­nie­waż nie by­łem żoł­nie­rzem Wa­szych ba­ta­lio­nów – mogę po­peł­niać ja­kieś nie­wła­ści­wo­ści w cha­rak­te­ry­sty­kach, oce­nach etc. Moja głów­na rola, Ko­cha­ny Dru­hu, nie po­le­ga na tym, że­bym miał moż­li­wie ści­śle od­twa­rzać ty­sięcz­ne fak­ty, lecz na czym in­nym: ja je­den tyl­ko je­stem w sta­nie po­wie­dzieć jed­ną praw­dę naj­waż­niej­szą, ona po­win­na przede wszyst­kim prze­trwać”.

Udo­ku­men­to­wa­ny rze­tel­nie tom, po­tęż­ny fresk, po­wstał szyb­ko. Od pierw­sze­go sy­gna­łu w li­ście do Żaw­roc­kie­go mi­nę­ło pół­to­ra roku. 21 czerw­ca 1956 roku – na ty­dzień przed straj­kiem ro­bot­ni­ków po­znań­skich – Ka­myk za­koń­czył pra­cę nad „opo­wie­ścią o nie­któ­rych lu­dziach i nie­któ­rych ak­cjach dwóch ba­ta­lio­nów har­cer­skich” – „Zoś­ka” i „Pa­ra­sol”.

To praw­da – nie był żoł­nie­rzem opi­sy­wa­nych ba­ta­lio­nów. Ale prze­żył z ich bo­ha­te­ra­mi czas ma­łe­go sa­bo­ta­żu i Wiel­kiej Dy­wer­sji, prze­żył po­wsta­nie – gdy jego „Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny” stał na stra­ży każ­de­go po­wstań­cze­go dnia. To­wa­rzy­szy ge­ne­ra­ło­wi „Mon­te­ro­wi”, An­to­nie­mu Chru­ście­lo­wi, w in­spek­cji po­wstań­czych od­dzia­łów – przez ba­ry­ka­dy Że­la­znej, Mie­dzia­nej, Srebr­nej, pierw­sze stro­ny „Biu­le­ty­nu” po­świę­ca he­ro­icz­ne­mu bo­jo­wi Sta­rów­ki, gdzie wal­czy „Zoś­ka”, wal­czy „Pa­ra­sol”…

„Na krań­cach tej bo­ha­ter­skiej for­te­cy, wśród gru­zów i zwa­lisk, przy­war­ły do zie­mi na­sze od­dzia­ły. Nie ma pra­wie wśród żoł­nie­rzy Sta­re­go Mia­sta lu­dzi, któ­rzy nie mie­li na so­bie ban­da­ży. Ich broń, przy po­mo­cy któ­rej prze­ciw­sta­wia­ją się naj­no­wo­cze­śniej­szym ma­szy­nom wo­jen­nym – to pi­sto­le­ty, ka­ra­bi­ny, gra­na­ty i lek­ka broń ma­szy­no­wa. (…)

W czym­że tkwi ta moc, ta siła, któ­ra po hu­ra­ga­no­wej na­wa­le ognia nie­przy­ja­ciel­skie­go po­tra­fi osa­dzić na miej­scu sztur­mu­ją­ce czoł­gi i po­su­wa­ją­cą się za nimi pie­cho­tę? (…) Praw­da jest tyl­ko ta: na Sta­rym Mie­ście wal­czą naj­cu­dow­niej­si żoł­nie­rze, ja­kich wy­da­ło na­sze po­ko­le­nie. He­ro­izm wal­czą­cych żoł­nie­rzy udzie­la się stu­ty­sięcz­nej lud­no­ści Sta­re­go Mia­sta. (…)

Sta­re Mia­sto – ser­ce Po­wstań­czej War­sza­wy – krwa­wi, pło­nie i wal­czy. (…) Ale wśród tylu ruin i zgliszcz za­sia­ne zo­sta­ły ziar­na ta­kiej mocy, pięk­na i wiel­ko­ści – że plo­ny z nich umac­niać będą pol­ską du­szę przez wie­ki całe”.

Na­le­żą­ca do re­dak­cji „Biu­le­ty­nu” har­cer­ka – Zula Wi­śniew­ska (obec­nie Mach­now­ska) – opo­wia­da­ła mi:

– Było to w pierw­szych dniach wrze­śnia, gdy przy­szedł do Ka­my­ka, kuś­ty­ka­jąc, Ry­szard Bia­ło­us, harc­mistrz, huf­co­wy Po­wi­śla za przed­pow­stań­czych cza­sów, te­raz ka­pi­tan Je­rzy, do­wód­ca ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Przedarł się z gru­pą po­wstań­ców ze Sta­rów­ki do Śród­mie­ścia przez Ogród Sa­ski. Wte­dy Ka­myk po raz pierw­szy usły­szał od na­ocz­ne­go świad­ka na go­rą­co zre­la­cjo­no­wa­ną opo­wieść o tym wy­czy­nie, któ­ry opi­sze po la­tach w „Zo­ś­ce i Pa­ra­so­lu”.

Ry­szard opo­wia­dał twar­do, żoł­nier­sko, krót­ko. Prze­skok w huku gra­na­tów do ko­ścio­ła świę­te­go An­to­nie­go, osa­cze­ni w ostrze­li­wa­nych piw­ni­cach – prze­cze­ku­ją cały dzień, ran­ni, bez kro­pli wody, nocą – spo­koj­nym kro­kiem, w mun­du­rach i nie­miec­kich heł­mach, zsu­nąw­szy opa­ski po­wstań­cze – idą obok po­ste­run­ków nie­miec­kich, wy­mie­nia­jąc z nimi uwa­gi:

– Wy skąd?

– Z pa­ła­cu Brüh­la!

– Uwa­żaj­cie, bo tu ostrzał!

W re­la­cji Je­rze­go po­wta­rza się imię An­drze­ja „Mor­ro” – do­wód­cy kom­pa­nii „Rudy”. Jego wy­trwa­łość, cier­pli­wość, roz­wa­ga, czuj­ność, od­por­ność. Jest ran­ny, ale do­wo­dzi. To on utrzy­mu­je na wo­dzy ner­wy od­dzia­łu, gdy sie­dzą w piw­ni­cy, a wo­kół krą­żą Niem­cy, wrzu­ca­jąc gra­na­ty. Kie­dy czy­ta­łam „Zoś­kę i Pa­ra­sol” – wi­dzia­łam chwi­lę, kie­dy Bia­ło­us opo­wia­da Ka­my­ko­wi tę sce­nę – na go­rą­co.

Na go­rą­co – pod­czas po­wsta­nia – do­cie­ra też do Ka­my­ka wieść o śmier­ci „Pio­tra Po­mia­na” – Eu­ge­niu­sza Sta­siec­kie­go. Ktoś z „Zoś­ki” opo­wia­da mu o ostat­nim ogni­sku „Pio­tra”…

Ka­myk opi­sze ta­kie ogni­sko w książ­ce „Zoś­ka i Pa­ra­sol”, opi­sze śmierć „Pio­tra” na Staw­kach… Ale – o dzi­wo – bę­dzie to bled­sze, mniej wy­ra­zi­ste i przej­mu­ją­ce niż opis za­miesz­czo­ny w „Biu­le­ty­nie” z 29 sierp­nia: „Noc już gwiaź­dzi­sta. Cie­pły wiatr gła­ska twa­rze. Od­dzia­ły po­su­wa­ją się ci­cho… gdy od­le­głość od czu­jek nie­miec­kich zmniej­szy­ła się do mi­ni­mum – Niem­cy mu­sie­li coś wy­czuć. Na­gle bla­ski re­flek­to­rów oświe­tli­ły przed­po­le, a rów­no­cze­śnie nie­miec­kie gra­nat­ni­ki i ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we otwo­rzy­ły gwał­tow­ny ogień. (…) Druh Piotr dzia­łał w ta­kich wy­pad­kach od­ru­cha­mi na­by­ty­mi w licz­nych po­przed­nich wal­kach: trze­ba być oso­bi­ście tam, gdzie naj­cię­żej (…), zry­wa się i pę­dzi do czo­ło­we­go plu­to­nu (…), za­ta­cza się w bok i pada”. Nie od­na­le­zio­no jego cia­ła. W „Biu­le­ty­nie” epi­ta­fium „Druh Piotr” za­koń­czył Ka­myk sło­wa­mi: „Mówi się, że rze­czą nie­mę­ską jest prze­czu­le­nie, za­du­ma, ma­rze­nie. Ale har­ce­rzom z ba­ta­lio­nu «Zoś­ka» wy­da­je się, że my­śli i uczu­cia «Pio­tra» są z nimi. Zbyt sil­nie byli ze sobą zwią­za­ni. Wy­da­je się nie­kie­dy, że krą­ży gdzieś tam w pierw­szej li­nii, cho­dzi od jed­ne­go do dru­gie­go żoł­nie­rza i mówi coś swo­im życz­li­wym, do­brym gło­sem”.

„PI­SA­ŁEM Z PO­TRZE­BY SER­CA”

4 paź­dzier­ni­ka 1956 Ka­myk na­pi­sał: „Jesz­cze do­tych­czas nie mogę przyjść do sie­bie po od­da­niu «Zoś­ki i Pa­ra­so­la». Je­stem roz­ło­żo­ny fi­zycz­nie i ner­wo­wo”. Te sło­wa mó­wią, że książ­ka po­wsta­wa­ła w nie mniej­szym na­pię­ciu niż „Ka­mie­nie”. Nie bez po­wo­du au­tor mówi, że ko­cha swych bo­ha­te­rów.

16 paź­dzier­ni­ka (na­le­ża­ło­by na­pi­sać wiel­ką li­te­rą) 1956 pani Ja­ni­na Ko­wal­ska zło­ży­ła ma­szy­no­pis w Wy­daw­nic­twie Iskry, peł­na nie­po­ko­ju: „Boję się o los tej książ­ki – je­stem pe­sy­mist­ką – no i tak im wszyst­kim nie wie­rzę! Od­da­jąc dziś pacz­kę – mia­łam uczu­cie, że lwom na po­żar­cie”. Mamy cie­ka­wą re­la­cję jed­ne­go z „lwów”. W pół wie­ku po po­wsta­niu, a w lat czter­dzie­ści od opi­sy­wa­ne­go wy­da­rze­nia – Ry­szard Wa­si­ta wspo­mi­na, jak bę­dąc pod­ów­czas dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nim re­dak­to­rem „Iskier”, po­sta­wił so­bie za cel na­wią­za­nie kon­tak­tu z au­to­rem „Ka­mie­ni na sza­niec”: „Wie­lo­krot­nie (…) od­wie­dza­łem Po­wąz­ki Woj­sko­we, krą­żąc mię­dzy brzo­zo­wy­mi krzy­ża­mi mo­ich star­szych po­le­głych ko­le­gów. Mó­wi­łem so­bie – oto na­sza wła­sna i mło­da gwar­dia, prze­mil­cza­na w szko­le, w książ­ce, w pra­sie, w prze­ci­wień­stwie do tej ob­cej «mło­dej gwar­dii» tak na­tręt­nie wci­ska­nej w mło­de pol­skie gło­wy. Na­pi­sa­łem o tym wszyst­kim do Ło­dzi, gdzie miesz­ka­li wów­czas pań­stwo Ka­miń­scy”. Z wi­zy­ty w stycz­niu 1956 wy­je­chał ob­da­ro­wa­ny nową edy­cją „Ka­mie­ni” i de­dy­ka­cją, któ­rą uzna za „bo­daj naj­waż­niej­szą w ży­ciu”. Ka­myk uznał, że „ser­decz­ne sło­wa o woj­sko­wym cmen­ta­rzu po­wąz­kow­skim – mło­de­go czło­wie­ka – przy­czy­ni­ły się de­cy­du­ją­co do po­wsta­nia dal­sze­go cią­gu tej książ­ki”. „(…) Pra­co­wał in­ten­syw­nie nad dzie­ja­mi pol­skich związ­ków mło­dzie­żo­wych – opo­wia­da Wa­si­ta. – Była to pra­ca za­kro­jo­na na kil­ka to­mów. A jed­nak druh Ka­miń­ski (bo był dru­hem aż do śmier­ci) pod­jął na­tych­miast pra­cę nad przy­bli­ża­niem mło­dym po­ko­le­niom tak dro­gich jego ser­cu lu­dzi z dwóch ba­ta­lio­nów har­cer­skich Ar­mii Kra­jo­wej”(…).

Nie­ste­ty, od­wilż 1956 roku, jak każ­de zja­wi­sko at­mos­fe­rycz­ne, nie była ugrun­to­wa­na i trwa­ła. Książ­ka tra­fi­ła do cen­zu­ry na uli­cę My­sią i wy­ma­ga­ła wal­ki o bar­dzo wie­le nie tyl­ko stron, ale wręcz po­szcze­gól­nych zdań. Spra­wa opar­ła się o dość wów­czas wy­so­ki szcze­bel w hie­rar­chii in­sty­tu­cji na uli­cy My­siej. To i owo uda­ło się wy­bro­nić, ale nie wszyst­ko. Na pew­no nie uda­ło się wy­bro­nić ta­kich tek­stów o Sta­li­nie, któ­re moż­na zna­leźć w pier­wot­nej wer­sji ma­szy­no­pi­su, prze­cho­wy­wa­nej w ar­chi­wum Ka­miń­skie­go: «Sta­lin, jak wi­dać, uwa­ża Po­wsta­nie za akt po­li­tycz­ny prze­ciw­so­wiec­ki, od­mó­wił uży­cze­nia lot­nisk eska­drom an­glo­sa­skim do­ko­nu­ją­cym zrzu­tów nad War­sza­wę – i jak moż­na się do­my­ślać – wstrzy­mu­jąc lot­nic­two so­wiec­kie od po­mo­cy Po­wsta­niu». «Sta­lin na zim­no po­zwa­la Hi­tle­ro­wi mor­do­wać War­sza­wę».

Te oce­ny wło­żo­ne w usta bo­ha­te­rów po­wsta­nia My­sia ostro skry­ty­ko­wa­ła.

Ale i tak było to wiel­kie zwy­cię­stwo – w paź­dzier­ni­ku 1957 roku tom li­czą­cy 644 stro­ny le­d­wie się uka­zał – cały na­kład na­tych­miast znik­nął.

„Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję – bo jak po­wie­dział p. Wut­t­ke – już inny po­mnik nie jest im po­trzeb­ny. Prze­cież oni żyją – są tacy, jacy byli na­praw­dę, i tacy po­win­ni po­zo­stać w oczach obec­nej mło­dzie­ży” – pi­sze mat­ka Irki i Ma­ry­ny – Ja­ni­na Ko­wal­ska.

„Jak pa­cior­ki ró­żań­ca – prze­su­wa­ją się Ich roz­mo­wy – dys­ku­sje – Ich prze­ży­cia i męka – tak do­brze zna­ne, a wciąż żywe i bli­skie. Pan swym ser­cem wszyst­ko zro­zu­miał. Ser­cem Ich ogar­nął – i nie umiem oprzeć się wra­że­niu, że z Nimi roz­ma­wiał. Na pew­no sto­ją wszy­scy przy swym Dro­gim Dru­hu i Prze­wod­ni­ku i po­ma­gać będą w każ­dej chwi­li dnia po­wsze­dnie­go re­ali­zo­wa­nia har­cer­skie­go «sty­lu ży­cia» i wszel­kich jego tru­dów” – pi­sze mat­ka An­drze­ja „Mor­ro” i Jan­ka „Bo­na­wen­tu­ry” – Ja­dwi­ga Ro­moc­ka.

Z mat­ką obu bra­ci Ro­moc­kich był Ka­myk w sta­łym kon­tak­cie. Na jej ręce prze­ka­zy­wał po­ło­wę swych ho­no­ra­riów za „Ka­mie­nie”, któ­re się uka­za­ły znów – po dzie­się­cio­let­niej prze­rwie – z po­nu­rym zna­kiem cza­su, któ­ry od­cho­dził: miej­sce wy­da­nia – Sta­li­no­gród (mło­dzie­ży przy­po­mi­nam, że tak prze­chrzczo­no Ka­to­wi­ce!), po­tem za „Zoś­kę i Pa­ra­so­la” – dla ro­dzin po­le­głych, na cele eks­hu­ma­cji, na opie­kę nad cmen­ta­rzem obu ba­ta­lio­nów. W sierp­niu 1957 pani Ja­dwi­ga Ro­moc­ka re­la­cjo­no­wa­ła: „(…) Wy­mie­nio­ne zo­sta­ły wszyst­kie krzy­że brzo­zo­we – nie­któ­re ta­blicz­ki, opła­co­no też gro­by bez ro­dzin i za­le­głość za kwia­ty. Wy­pła­co­no też dwie więk­sze za­po­mo­gi na ku­ra­cję cho­rym mat­kom. Chcia­ła­bym prze­zna­czyć część «Zoś­ki» na ta­bli­cę z na­zwi­ska­mi nie od­na­le­zio­nych”.

Taka ta­bli­ca – po­tęż­na gra­ni­to­wa ścia­na – po­wsta­ła. Wid­nie­ją na niej na­zwi­ska tych Zoś­kow­ców, któ­rzy nie spo­czę­li wśród ko­le­gów na kwa­te­rze (jak „Ano­da”) lub też mo­gi­ły nie mają – jak An­drzej Sam­so­no­wicz „Ksią­żę”, do któ­re­go sio­stra – Han­ka Sam­so­no­wi­czów­na, stu­dent­ka – jak on – taj­nej me­dy­cy­ny, pi­sa­ła: „Na­wet krzy­żyk drew­nia­ny na tym miej­scu nie sta­nie. Cóż zo­sta­ło po «Zo­ś­ce». Co zo­sta­ło po To­bie?”.

Co zo­sta­ło?

Po uka­za­niu się „Zoś­ki i Pa­ra­so­la” mło­dzi pi­sa­li do Ka­my­ka (li­sty są w jego ar­chi­wum): „Książ­ka sta­ła się dla nas bez­cen­nym skar­bem. Ko­cha­my tam­tych chłop­ców i dziew­czę­ta, są dla nas wzo­rem, jak żyć i jak wal­czyć. Przez dwa­na­ście lat uczęsz­cza­nia do szko­ły kar­mio­no nas ba­nal­ny­mi słów­ka­mi, któ­re… mia­ły być pięk­ny­mi. Na­uczo­no nas kła­mać «wiel­ki­mi i praw­dzi­wy­mi» sło­wa­mi. I te­raz, kie­dy już mo­że­my mó­wić praw­dę, nie mo­że­my się tego na­uczyć. Mu­si­my za­cząć na­ukę od po­cząt­ku. Ale nie prze­ra­ża­my się tym wca­le, chce­my wal­czyć o na­sze ide­ały, jak tam­ci chłop­cy i dziew­czę­ta wal­czy­li o wol­ność. Na­stęp­ne­go dnia po spo­tka­niu z Pa­nem po­szli­śmy na Se­na­tor­ską szu­kać tej ka­mie­ni­cy, w któ­rej Oni prze­ży­wa­li te strasz­ne chwi­le bo­ha­ter­stwa. Ogród Sa­ski, przez któ­ry Oni prze­cho­dzi­li, prze­stał być dla nas miej­scem nie­dziel­nych spa­ce­rów, a stał się Po­mni­kiem Bo­ha­te­rów War­sza­wy i gdy­by to od nas za­le­ża­ło, to wła­śnie ten po­mnik po­sta­wi­li­by­śmy tam” – Bar­ba­ra Śnie­chór­ska, Ire­ne­usz Misz­ta­la, War­sza­wa, 29 stycz­nia 1958.

„Skąd po­pu­lar­ność?” – za­sta­na­wiał sie Ka­myk. I od­po­wia­dał: „Wą­tek przy­jaź­ni na śmierć i ży­cie – od­wiecz­ny. Wą­tek bo­ha­ter­stwa w służ­bie war­to­ściom – od­wiecz­ny. Czy­tel­nik spra­gnio­ny od­wiecz­nie w sztu­ce pięk­na, praw­dy, spra­wie­dli­wo­ści”.

W ar­chi­wum Ka­my­ka znaj­du­ją się zwię­złe kon­spek­ty przy­go­to­wa­ne na wie­czo­ry au­tor­skie w Ło­dzi – 19 li­sto­pa­da i 18 grud­nia 1958. Cen­na au­to­ana­li­za pod­sta­wo­wych cech swe­go pi­sar­stwa:

„Je­stem au­to­rem jed­nej książ­ki, nie be­le­try­stą (…). Pi­sa­łem z po­trze­by ser­ca. Zna­łem cu­dow­ną mło­dzież, by­łem wśród nich – gdy ude­rzył w nich grom – za­pra­gną­łem go­rą­co po­ka­zać tę mło­dzież świa­tu, utrwa­lić praw­dę, prze­dłu­żyć jej spo­łecz­ne ży­cie, poza śmierć. (…) Do­ko­ny­wa­łem wy­bo­ru! Na pew­ne fak­ty pa­trzy­łem przez szkło po­więk­sza­ją­ce: dziel­ność, pra­wość, opie­kuń­czość (…). Ale ni­cze­go nie za­ta­iłem! Mój po­gląd na li­te­ra­tu­rę: musi krze­pić ser­ca! Ale nie wol­no fał­szo­wać fak­tów i za­ta­jać fak­tów”.

Je­śli już mowa o fał­szer­stwach, to go­dzi się tu wspo­mnieć o tym, iż w pew­nej au­dy­cji te­le­wi­zyj­nej po­szu­ki­wa­cze kłam­li­wych sen­sa­cji ob­wie­ści­li – iż An­drzej Ro­moc­ki „Mor­ro” zgi­nął tra­fio­ny kulą… pol­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy o świ­cie 15 wrze­śnia 1944 roku prze­pły­nę­li Wi­słę.

Tę ha­nieb­ną i krzyw­dzą­cą wer­sję ogło­szo­no nie wia­do­mo na ja­kich pod­sta­wach. Żyła jesz­cze wów­czas, gdy tę bzdu­rę po­da­no – bo­ha­ter­ska sa­ni­ta­riusz­ka, któ­ra mia­ła od­wa­gę wy­biec, by ra­to­wać An­drze­ja – pro­fe­sor Zo­fia Ste­fa­now­ska-Treu­gutt – wy­bit­ny hi­sto­ryk li­te­ra­tu­ry ro­man­tycz­nej. Żyje do dziś, na szczę­ście, świa­dek śmier­ci An­drze­ja z ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” – dok­tor Wi­told Si­kor­ski „Bo­ru­ta”, żyje łącz­nicz­ka An­drze­ja – Kry­sty­na Mu­sia­to­wicz, któ­rej na­rze­czo­ny po­legł ra­zem z An­drze­jem. Jest pi­sa­na tuż po po­wsta­niu re­la­cja do­wód­cy ba­ta­lio­nu – Ry­szar­da Bia­ło­usa – „Wal­ka w po­żo­dze”. I żyje do­wód­ca tej je­dy­nej ło­dzi, któ­ra pierw­sza przedar­ła się z Pra­gi na po­wstań­czy brzeg – żoł­nierz I Sa­mo­dziel­nej Kom­pa­nii Zwia­dow­czej 1. Dy­wi­zji Pie­cho­ty im. Ta­de­usza Ko­ściusz­ki, har­cerz i Wo­łyń­skiej Dru­ży­ny Har­ce­rzy im. Za­wi­szy Czar­ne­go, wów­czas pod­cho­rą­ży – Ja­nusz Ko­wal­ski. Ra­nio­ny cięż­ko praw­do­po­dob­nie przez tego sa­me­go snaj­pe­ra nie­miec­kie­go, któ­ry za­bił An­drze­ja, ope­ro­wa­ny przez dok­to­ra Zyg­mun­ta Ku­jaw­skie­go „Bro­ma” – le­żał w tej sa­mej piw­ni­cy co Je­rzy Zbo­row­ski „Je­re­mi” i Wa­cek Du­nin-Kar­wic­ki. Ofiar­ny, zna­ko­mi­ty le­karz, któ­ry ty­siąc­om ma­tek i dzie­ci ura­to­wał ży­cie – był wi­ta­ny en­tu­zja­stycz­nie na opłat­ku ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” w roku 1985 przez wszyst­kich Zoś­kow­ców z dok­to­rem „Bro­mem” na cze­le…

W książ­ce Ka­my­ka, w któ­rej tak, jak było na­praw­dę, Zoś­kow­cy „ści­ska­ją mu ser­decz­nie dłoń” – dok­tor Ko­wal­ski za­kwe­stio­no­wał tyl­ko przy­pi­sa­ne mu przez Ka­my­ka sło­wa: „Ja mu­szę do wa­sze­go ko­men­dan­ta, to­wa­rzy­sze”.

– Nikt z nas, żoł­nie­rzy, nie uży­wał tego okre­śle­nia „to­wa­rzy­sze”… Na­to­miast praw­dą jest, że pa­dli­śmy so­bie w ra­mio­na z pierw­szym Zoś­kow­cem, któ­ry do mnie do­biegł. Jak bra­cia – po­wie­dział mi dok­tor Ko­wal­ski.

I jest jesz­cze jed­no świa­dec­two śmier­ci An­drze­ja. Mat­czy­ny pa­mięt­nik pi­sa­ny tuż po po­wsta­niu i po od­na­le­zie­niu obu sy­nów. „Chłop­cy na­sze­go domu roz­bi­te­go! Wiem jesz­cze o Was wszyst­ko i wszyst­ko z Wami prze­ży­wam. (…) By­li­ście na­szą dumą i szczę­ściem. Iskra Boża roz­pa­la­ła się w Was pło­mie­niem, któ­ry pro­mie­nio­wał i dał Wam tyle serc, przy­jaź­ni ludz­kiej i moż­ność wno­sze­nia wszę­dzie tyle ra­do­ści. (…)” – pi­sa­ła Ja­dwi­ga Ro­moc­ka. – Po­sze­dłeś, Synu, sam zu­peł­nie na roz­po­zna­nie te­re­nu i Bóg przy­jął Two­ją ofia­rę za wszyst­kich – strzał w ser­ce… «Je­zus – Ma­ry­ja!» Twój okrzyk ostat­ni za­my­ka Twe ży­cie, a Je­zus i Ma­ria bło­go­sła­wią Twą mękę Woli, Sta­rów­ki i Czer­nia­ko­wa, zsy­ła­jąc taką śmierć, o ja­kiej pew­no Syn­ku ma­rzy­łeś w te naj­trud­niej­sze dni…

I przyjm, o Boże, któ­ry wi­dzisz wszyst­ko – moje «Tak, Oj­cze» za te na­sze dzie­ci pol­skie”.

„MOI RÓ­WIE­ŚNI­CY W PAN­TER­KACH”

Od roku 1995 ostat­ni ży­ją­cy żoł­nie­rze ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” ape­lu­ją do zmie­nia­ją­cych się władz Mi­ni­ster­stwa Edu­ka­cji Na­ro­do­wej o wpro­wa­dze­nie na li­stę lek­tur książ­ki Alek­san­dra Ka­miń­skie­go „Zoś­ka i Pa­ra­sol”. Mło­dzież w wol­nej Pol­sce nie ma w lek­tu­rach ani jed­nej książ­ki o bo­ha­ter­stwie ich ró­wie­śni­ków w po­wsta­niu war­szaw­skim!

Ru­nę­ły im­pe­ria. Zmie­ni­ły się ustro­je. A siła obu ksią­żek Ka­my­ka, pro­mie­nio­wa­nie jego bo­ha­te­rów – trwa­ją.

Mam dzie­siąt­ki li­stów od mło­dzie­ży (w epo­ce SMS-ów i e-ma­ili), set­ki wpi­sów do ksiąg pa­miąt­ko­wych Ka­my­ko­wej wy­sta­wy. Żal, że moż­na ich tu za­cy­to­wać tak nie­wie­le:

„Leżą te­raz przy­sy­pa­ni zie­mią, już na za­wsze dwu­dzie­sto­let­ni. Moi ró­wie­śni­cy w pan­ter­kach, któ­rzy umie­li pięk­nie żyć i pięk­nie umie­rać. Od­gar­niaj­my zie­mię, oca­laj­my pa­mięć o nich, od­naj­duj­my tych, któ­rzy prze­ży­li, niech nam po­mo­gą zna­leźć wła­sną dro­gę we wła­snym kra­ju” – Ewa Szu­lik, li­ce­alist­ka z Ryb­ni­ka.

„Dźwi­ga­li pol­ski krzyż mę­czeń­stwa – a prze­cież nie róż­ni­li się od nas. Pra­gnę­li ko­chać i być ko­cha­ni, chcie­li żyć… Doj­rze­wa­li tak szyb­ko – do wal­ki, czy­nu, ofia­ry – i nie­ste­ty, do śmier­ci, nie do ży­cia! Jak trud­no zro­zu­mieć po­ko­rę, z jaką przyj­mo­wa­li cier­pie­nie, ich siłę i ogrom­ną na­dzie­ję, któ­rej nam czę­sto brak” – Anna Prze­woź­nik z Li­ceum im. Ba­czyń­skie­go w Kra­ko­wie.

„Co mam zro­bić, aby Pol­ska, o któ­rą wal­czo­no, nie umar­ła. Nie chcę, by cier­pie­nia mo­ich ró­wie­śni­ków po­szły na mar­ne, chcę tak jak oni – aby POL­SKA BYŁA, TRWA­ŁA I NIG­DY NIE UMAR­ŁA!” – Edy­ta Bu­rzyń­ska z Li­ceum Eko­no­micz­ne­go im. Jana Ko­cha­now­skie­go w Czę­sto­cho­wie.

„Mam 17 lat i cie­szę się każ­dym przy­po­mnie­niem mo­jej pol­sko­ści. Jak­że to waż­ne dla ser­ca gu­bią­ce­go się w świe­cie bie­ga­ni­ny, ner­wów i co­raz bar­dziej wszech­wład­ne­go pie­nią­dza. Ale wie­rzę, że my, mło­dzi, nie za­po­mni­my, «skąd nasz ród»” – Ma­rek Ka­zu­lak z Be­ne­wicz.

„Sza­re płasz­cze, sza­re uli­ce i my, na któ­rych za­rzu­co­no te sza­re płasz­cze, okry­wa­ją­ce ko­lo­ro­we skrzy­dła, wła­śnie my – tyle mo­że­my. Mo­że­my krzy­czeć: – Jesz­cze nie zgi­nę­łaś, póki my ży­je­my, a my nie zgi­nę­li­śmy, póki Ty ży­jesz w nas!” – Do­mi­ni­ka Ma­ków­ka z Piotr­ko­wa Try­bu­nal­skie­go.

„Je­ste­śmy har­cer­ka­mi-li­ce­alist­ka­mi, wie­le my­śli­my o war­to­ściach – o praw­dzie, o wol­no­ści, o mi­ło­ści. Chce­my wia­rę w te war­to­ści umac­niać i spraw­dzać. W hi­sto­rii Po­wsta­nia nie szu­ka­my tyl­ko wy­da­rzeń i dat – ale przede wszyst­kim Lu­dzi – z ich roz­ter­ka­mi, emo­cja­mi, cier­pie­niem. My­śli­my o Po­wsta­niu nie jak o wy­da­rze­niu z hi­sto­rii Pol­ski – ale jak o czymś ży­wym – o dra­ma­tach mło­dych lu­dzi, ich de­cy­zjach, ich bo­ha­ter­stwie, o tym, że Oni byli tacy jak my.” – Mag­da Ma­gow­ska, Po­znań.

„Za ty­dzień skoń­czę 15 lat. To prze­cież taki «po­wstań­czy» wiek. Tylu wspa­nia­łych lu­dzi, kwiat pol­skiej mło­dzie­ży, sta­nął mu­rem w obro­nie swo­je­go mia­sta, da­jąc do­wód, że jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła. Z ca­łe­go ser­ca po­dzi­wiam Po­wstań­ców, ty­sią­ce bez­i­mien­nych bo­ha­te­rów do ostat­niej kro­pli krwi wal­czą­cych i wie­rzą­cych w Pol­skę. Jaka szko­da, że tak wie­lu z nich nie do­cze­ka­ło wol­no­ści, na pew­no mo­gli­by wpły­nąć na losy Pol­ski, prze­ka­zu­jąc dzie­ciom i wnu­kom wspo­mnie­nia i ide­ały tak waż­ne w dzi­siej­szym świe­cie, gdy czę­sto war­tość czło­wie­ka oce­nia się nie po tym, jaki jest, ale po tym, ile ma pie­nię­dzy.

Mło­dzi lu­dzie ob­ra­ża­ją Pol­skę, uwa­ża­jąc, że pa­trio­tyzm to prze­ży­tek, a na py­ta­nie – co jest 1 sierp­nia, od­po­wia­da­ją – wa­ka­cje.

Od­rzu­ca­nie swej hi­sto­rii to igno­ran­cja i tchó­rzo­stwo, a nie – jak mnie­ma­ją – tak mod­ne «by­cie tren­dy».

Bo­ha­te­ro­wie Sza­rych Sze­re­gów i Po­wstań­cy War­sza­wy będą dla mnie za­wsze wzo­rem, od nich się uczę sza­cun­ku do Oj­czy­zny i pa­trzę na swój kraj jak na coś naj­cen­niej­sze­go na świe­cie” – Ola Wierz­ba z Gim­na­zjum im. Igna­ce­go Do­mey­ki w War­sza­wie.

„Ich roz­wa­ga, od­wa­ga, od­po­wie­dzial­ność, ho­nor, przy­jaźń są nie­śmier­tel­ne, za­wsze będą to ce­chy waż­ne i god­ne mło­dzie­ży. Sta­nę­li przed twar­dą pró­bą cha­rak­te­ru, od­wa­gi, mę­stwa, wy­cho­dząc z niej zwy­cię­sko.

Żyją po śmier­ci w nas, zo­sta­wia­jąc po so­bie «te­sta­ment», dla nich po­mnik, dla nas prze­sła­nie. Woj­na się skoń­czy­ła, inne cza­sy, po cóż nam ono, ktoś pyta. Po to, by­śmy umie­li ko­chać szcze­rze, wie­rzyć w przy­jaźń, mieć od­wa­gę mó­wić to, co na­praw­dę my­śli­my, by­śmy umie­li brać od­po­wie­dzial­ność za to, co ro­bi­my, mie­li po­czu­cie god­no­ści i ho­no­ru” – Kry­stian Łu­ka­sik, lat 16, Łódź.

„Te­raz wal­czyć bro­nią się nie da, ale sło­wem i czy­nem. Jak wspo­mni mi się wal­ka o wol­ność tylu Po­la­ków wspa­nia­łych, to łza się w oku krę­ci, że te­raz, cho­ciaż wol­na, tak da­le­ka od ide­ału ich Pol­ska. Nie mogę wal­czyć o nią jak oni, ale o ję­zyk pol­ski po­tra­fię i będę” – Mi­chał Beł­dow­ski z Czar­no­ci­na.

„To ta­kie waż­ne, by Oni wszy­scy trwa­li w na­szych ser­cach i umy­słach, bo będą żyli, do­pó­ki żyją w na­szej pa­mię­ci. Moje za­in­te­re­so­wa­nie hi­sto­rią Sza­rych Sze­re­gów i Po­wsta­niem War­szaw­skim za­czę­ło się po prze­czy­ta­niu nie­zwy­kłej, wzru­sza­ją­cej i po­ucza­ją­cej książ­ki, na szczę­ście lek­tu­ry szkol­nej – «Ka­mie­ni na sza­niec» Alek­san­dra Ka­miń­skie­go. Wie­le razy za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go moi ró­wie­śni­cy mu­sie­li cier­pieć, po­rzu­cić swo­je ma­rze­nia, a na­wet stra­cić ży­cie. Skąd bra­li siłę, by zno­sić to wszyst­ko. I my­ślę, że od­po­wiedź jest tyl­ko jed­na – z mi­ło­ści do Oj­czy­zny! To była taka wspa­nia­ła mło­dzież, od­waż­na i mą­dra. Sło­wo «Oj­czy­zna» nie było dla nich pu­ste. Ko­cha­li Ją ca­łym ser­cem i za nią umar­li. Nie po­trze­bo­wa­li od­ręb­ne­go przed­mio­tu w szko­le, któ­ry na­uczył­by ich pa­trio­ty­zmu. Czę­sto za­sta­na­wiam się, czy gdy pa­trzą na nas te­raz z góry, na to, co się dzie­je w na­szym kra­ju, nie cier­pią pra­wie tak moc­no jak wte­dy. Nie o taką Pol­skę wal­czy­li.

Czy my pa­mię­ta­my, że wol­ną Pol­skę mamy dzię­ki nim? Czy umie­my oka­zać im wdzięcz­ność za ofia­rę, jaką po­nie­śli? Moją pra­cę ma­tu­ral­ną po­świę­ci­łam po­sta­ci Krzysz­to­fa Ka­mi­la Ba­czyń­skie­go, wspa­nia­łe­go po­ety-żoł­nie­rza. To on po­wie­dział: «Trze­ba nam te­raz umie­rać, by Pol­ska umia­ła znów żyć!». Oby wresz­cie umia­ła znów żyć” – Iwo­na Zie­liń­ska, stu­dent­ka Aka­de­mii Me­dycz­nej w Kiel­cach.

„Ja o Nich my­ślę jak o mo­ich przy­ja­cio­łach, któ­rzy cią­gle ist­nie­ją gdzieś w cza­sie – i wie­rzę, że Oni wie­dzą – że my też zro­bi­my wszyst­ko pro­sto, zwy­czaj­nie, jak trze­ba” – Ane­ta Pi­skorz z Gorz­ko­wic, lat 16.

„Oni koła ra­tun­ko­we nam rzu­ca­ją – wier­ność i na­dzie­ję” – Ka­ro­li­na Czer­wiń­ska, lat 15, Łódź.

„Ta­de­usz Gaj­cy, za­nim po­legł, po­wie­dział do nas: «Jed­na jest zie­mia, któ­ra nie­sie cie­bie i mnie, i jed­na mło­dość». Krzysz­tof Ka­mil Ba­czyń­ski, za­nim po­legł, po­wie­dział do nas: «Trze­ba nam te­raz umie­rać, by Pol­ska umia­ła znów żyć». Nie­ste­ty – cią­gle żyć nie umie. Jak na­pi­sał Druh Alek­san­der Ka­miń­ski lat temu pra­wie 80! «(…) cze­mu jej sy­no­wie tak cham­sko wy­że­ra­ją się o wła­dzę?». Mam 23 lata. Ukoń­czy­łem wy­dział po­li­to­lo­gii i so­cjo­lo­gii. Cią­gle drę­czy mnie myśl – co moje po­ko­le­nie zdo­ła uczy­nić, by speł­nić ma­rze­nia po­le­głych, by «Pol­ska umia­ła żyć».” – Mar­cin Bryl­czak, Po­znań.

„«Ka­mie­nia­mi na sza­niec» in­te­re­su­ję sie od za­wsze. Jeź­dzi­łam do War­sza­wy, wę­dro­wa­łam szla­ka­mi «mo­ich» chłop­ców. Na Po­wąz­ki, gdzie za­wsze w ci­szy moż­na się po­mo­dlić i «po­roz­ma­wiać» z nimi. Tak samo jak mu­sia­łam być 1 sierp­nia – w rocz­ni­cę po­wsta­nia. Za­wsze strasz­nie ża­ło­wa­łam, że uro­dzi­łam się tak póź­no. Po ja­kimś cza­sie do­tar­ło do mnie jed­nak, że każ­dy czło­wiek ma swój czas, w któ­rym żyje. I w każ­dym moż­na żyć peł­nią ży­cia, nie mu­szę «pięk­nie umie­rać», ale mogę «pięk­nie żyć», co prze­cież też jest wy­zwa­niem i też wy­ma­ga tru­du i ogrom­nej pra­cy nad sobą. Oni są za­wsze w moim ser­cu. War­to­ści, któ­ry­mi żyli, wy­zna­cza­ją i moje ży­cie. War­to żyć dniem dzi­siej­szym, ko­rzy­sta­jąc z wszyst­kie­go, co ży­cie daje, za­wsze ma­jąc w ser­cu prze­szłość. Ale ona nie ma nas za­trzy­my­wać, nie cho­dzi o to, by tyl­ko wspo­mi­nać, wzru­szać się. Ona ma bu­do­wać na­sze ży­cie!” – Anna Strze­lec, praw­nicz­ka, lat 26, Cho­rzów.

„Na ekra­nach na­szych te­le­wi­zo­rów kró­lu­je mło­dzież, za któ­rą moż­na się tyl­ko wsty­dzić. Nie ma tam ani mo­ich ró­wie­śni­ków, któ­rzy wal­czy­li o Pol­skę, ani tych, któ­rzy dziś mo­gli­by być dla nas wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. A prze­cież i dziś tacy mło­dzi są! Pa­trzy­łem na tych, któ­rzy po­da­wa­li do za­pa­le­nia zni­cze żoł­nie­rzom «Zoś­ki» i «Pa­ra­so­la» – na to po­łą­cze­nie du­cho­we po­ko­le­nia Ko­lum­bów i po­ko­le­nia wcho­dzą­ce­go do­pie­ro w ży­cie. I my­śla­łem – jaką dro­gą iść, co mamy ro­bić, żeby te ich za­mie­rze­nia, któ­rych nie zdą­ży­li zre­ali­zo­wać – sta­ły się dzię­ki nam tak­że Ich zwy­cię­stwem?” – Ra­fał Zdraj­kow­ski, lat 16, uczeń Szko­ły Mu­zycz­nej w Ło­dzi.

„Przy­gnę­bie­nie, wzru­sze­nie, ale i ra­dość – oto uczu­cia to­wa­rzy­szą­ce mi. Pa­trząc na te ślicz­ne, ro­ze­śmia­ne, peł­ne ener­gii i chę­ci do ży­cia twa­rze, my­śla­łam – prze­cież to byli moi ró­wie­śni­cy. Mie­li przed sobą naj­pięk­niej­sze lata. Zgi­nę­li. Oca­la­ła ich gar­stecz­ka, sie­dzie­li w PRL-owskich wię­zie­niach, wy­szli. Jacy? Oglą­da­łam ich dy­plo­my z naj­wyż­szy­mi no­ta­mi. Le­ka­rze, ar­chi­tek­ci, na­uczy­cie­le, hi­sto­ry­cy. Skąd bra­li moc? Bar­dzo chcia­ła­bym Ich spo­tkać, za­py­tać?” – Syl­wia Fink, uczen­ni­ca Szko­ły im. Za­moy­skie­go w Za­ko­pa­nem.

„Zoś­ka, Rudy, Alek, An­drzej Mor­ro – to po­sta­cie, któ­re przez całe moje ży­cie będą wska­zy­wać mi dro­gę. Ich krót­kie, lecz jak­że pięk­ne ży­cio­ry­sy – to dla mnie wzór po­stę­po­wa­nia, a wy­pra­co­wa­ne przez Nich war­to­ści, po­cząw­szy od co­dzien­nej pra­co­wi­to­ści, su­mien­no­ści i po­god­ne­go uśmie­chu do bra­ter­stwa, bo­ha­ter­stwa czy przede wszyst­kim go­rą­ce­go umi­ło­wa­nia Oj­czy­zny, sta­ły się mo­imi ide­ała­mi. To dzię­ki Nim po­czu­łam się dum­na, że je­stem Po­lką, Ich ro­dacz­ką, że mat­ką nam – ta sama zie­mia, Pol­ska.

Pi­sząc o Nich, chcia­ła­bym uni­kać wznio­słych słów (choć nie umiem), bo prze­cież przy swo­jej wiel­ko­ści byli Oni tacy skrom­ni i tacy zwy­czaj­ni. I ci zwy­kli mło­dzi lu­dzie po­tra­fi­li trwa­le wy­ryć imio­na na kar­tach hi­sto­rii, a przede wszyst­kim pięk­nie za­pi­sać się w pa­mię­ci po­ko­leń – w pa­mię­ci Ich ró­wie­śni­ków, mo­ich ró­wie­śni­ków i wie­rzę, że i tych, któ­rzy na­dej­dą” – Agniesz­ka Bryś, stu­dent­ka po­lo­ni­sty­ki, Po­znań.

„W moim do­ra­sta­niu, kształ­to­wa­niu cha­rak­te­ru i pa­sji to­wa­rzy­szą mi pra­wie od po­cząt­ku. Przy­ja­cie­le, bo nie umiem Ich już in­a­czej na­zy­wać, ży­ją­cy przede mną. Wy­war­li na mnie wiel­ki wpływ. Są ze mną bez prze­rwy, choć da­le­ko, to jed­nak tak bli­sko. Oni wska­za­li mi ścież­kę ży­cia. Alek, Rudy, Zoś­ka, An­drzej i Ja­nek Ro­moc­cy, Ma­ciek, Piotr Po­mian, Czar­ny Jaś to­wa­rzy­szą mi i pro­wa­dzą, od­kry­wam nowe fak­ty z Ich ży­cia, nowe za­pi­sy z Ich my­śli, któ­re zmu­sza­ją do re­flek­sji, kształ­tu­ją cha­rak­ter, gdy wra­cam do lek­tu­ry Ka­my­ko­wych ksią­żek.” – Aga­ta Bo­giel, stu­dent­ka skan­dy­na­wi­sty­ki, Gdy­nia.

„Po­dob­no au­tor «Zoś­ki i Pa­ra­so­la» miał na­pi­sać jesz­cze jed­ną książ­kę – o tych bo­ha­te­rach «Zoś­ki», któ­rzy prze­ży­li. Jaka szko­da, że nie zdą­żył. Chciał­bym Ich wszyst­kich po­znać!” – Piotr Macz­kow­ski, Szcze­cin.

To praw­da. Alek­san­der Ka­miń­ski my­ślał o ta­kiej książ­ce. Przy­go­to­wa­niem do niej była an­kie­ta, któ­rą ro­ze­słał do oca­lo­nych Zoś­kow­ców już w stycz­niu 1959 roku. Jej pod­su­mo­wa­nie zna­la­zło się w roz­pra­wie „Po­wo­jen­ne losy żoł­nie­rzy Ba­ta­lio­nu «Zoś­ka»”, któ­ra cze­ka­ła na ze­zwo­le­nie dru­ku… lat dwa­na­ście, do roku 1971!

Od sie­bie do­dam z go­ry­czą, że kie­dy już w wol­nej Pol­sce usi­ło­wa­łam zre­ali­zo­wać o Nich film te­le­wi­zyj­ny, otrzy­ma­łam od­po­wiedź z 1 Pro­gra­mu TVP, iż „na tę te­ma­ty­kę nie ma pa­sma i nie ma pie­nię­dzy”.

A dziś już wie­lu spo­śród Nich nie ma, za­ga­sa­ją, od­cho­dzą.

Naj­wspa­nial­si lu­dzie na­szej epo­ki. Pięć lat oku­pa­cji, sześć­dzie­siąt trzy dni po­wsta­nia, lata wię­zie­nia w PRL-u. Nie za­ła­ma­li się. Nie ucie­kli z Pol­ski. Nie po­pa­dli w na­ło­gi. Wspa­nia­le ukoń­czy­li stu­dia. Sta­li się zna­ko­mi­ty­mi le­ka­rza­mi (Wi­told Si­kor­ski „Bo­ru­ta”, Ka­zi­mierz Ło­dziń­ski „Mar­kiz”, Je­rzy Wa­lesz­kow­ski „Ali”), ar­chi­tek­ta­mi (Sta­ni­sław Lech­mi­ro­wicz „Czart”), in­ży­nie­ra­mi (Bog­dan Ce­liń­ski „Wik­tor”, Wło­dzi­mierz Stey­er „Grom”, Wik­tor Ma­tu­le­wicz „Lu­xor”, Wi­told Bart­nic­ki „Ka­dłu­bek”, Ty­tus Kar­li­kow­ski „Wąż”, sła­wa eu­ro­pej­skie­go le­śnic­twa), fo­to­gra­fi­ka­mi (Ta­de­usz Su­miń­ski „Lesz­czyc”), in­struk­to­ra­mi har­cer­ski­mi (nie­stru­dzo­ny Sta­szek Sie­radz­ki „Świst”, któ­re­go ko­cha cała har­cer­ska Pol­ska), praw­ni­ka­mi (Lid­ka Zien­tal), far­ma­ceu­ta­mi (Ula Ka­ta­rzyń­ska), hi­sto­ry­ka­mi-na­ukow­ca­mi (Zo­fia Ste­fa­now­ska, Han­ka Bor­kie­wicz-Ce­liń­ska)… To tyl­ko garst­ka z garst­ki. Wszy­scy – do­słow­nie wszy­scy za­iste re­pre­zen­tu­ją Pol­skę god­ną sza­cun­ku!

W czerw­cu 1966 roku po­wo­ła­li Śro­do­wi­sko Żoł­nie­rzy Ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”, od­na­leź­li wszyst­kich ży­ją­cych i ro­dzi­ny po­le­głych. Roz­to­czy­li wza­jem­ną opie­kę: przy­ja­ciel­ską, zdro­wot­ną, by­to­wą. Do­ku­men­to­wa­li czy­ny wo­jen­ne i po­wstań­cze. Usta­li­li, że ba­ta­lion „Zoś­ka” li­czył pię­ciu­set pięć­dzie­się­ciu sze­ściu żoł­nie­rzy (dziew­cząt i chłop­ców), z cze­go w ak­cjach, obo­zach i po­wsta­niu zgi­nę­ło czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu trzech. Usta­no­wi­li od­zna­kę Ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” wrę­cza­ną bli­skim po­le­głych na uro­czy­stych ko­min­kach. Sta­li się sy­na­mi dla sa­mot­nych ma­tek, to­wa­rzy­sząc im czę­sto do ostat­nich chwil.

W roku 1988 stwo­rzy­li Spo­łecz­ny Ko­mi­tet Opie­ki nad Gro­ba­mi Po­le­głych Żoł­nie­rzy Ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”, kon­ty­nu­ując swą od lat pro­wa­dzo­ną ak­cję dba­ło­ści o ten nie­zwy­kły po­mnik pa­mię­ci – rzę­dy mo­gił w le­sie bia­łych brzo­zo­wych krzy­ży, je­dy­nych, ja­kie zo­sta­ły na po­wstań­czych kwa­te­rach. Utrzy­mu­ją sta­ły kon­takt ze szko­ła­mi no­szą­cy­mi imię Ba­ta­lio­nu i imio­na jego bo­ha­te­rów. Uczest­ni­czą w zlo­tach i raj­dach.

1 Pułk Ko­man­do­sów w Lu­bliń­cu przy­jął uro­czy­ście dzie­dzic­two ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”.

Pi­sał Ka­myk z ża­lem w „Wiel­kiej grze”: „Ła­twiej u nas o wiel­kie czy­ny w chwi­lach za­pa­łu – niż o wy­trwa­łość i co­dzien­ne «bo­ha­ter­stwo» przy zno­sze­niu trud­nych obo­wiąz­ków. Ła­twiej u nas umrzeć dla Oj­czy­zny, niż ofiar­nie dla niej żyć”.

Oni po­łą­czy­li pie­tyzm dla prze­szło­ści z wzo­rem ży­cia w te­raź­niej­szo­ści. Umie­li za Pol­skę wal­czyć. Umie­ją dla niej żyć. Są ży­wym za­prze­cze­niem gorz­kiej kon­sta­ta­cji Nor­wi­da, że Po­lak w Po­la­ku to ol­brzym, lecz czło­wiek w Po­la­ku to czę­sto ka­rzeł. Udo­wod­ni­li swym ży­ciem, że i czło­wiek w Po­la­ku może być ol­brzy­mem.

* * *

Alek­san­dro­wi Ka­miń­skie­mu i jego Bo­ha­te­rom po­świę­co­ny jest pię­cio­to­mo­wy cykl Bar­ba­ry Wa­cho­wicz „Wier­na rze­ka har­cer­stwa”. Po­wsta­ła z my­ślą o nich wy­sta­wa znaj­du­je się w ge­stii Mu­zeum Hi­sto­rycz­ne­go m.st. War­sza­wy (Ry­nek Sta­re­go Mia­sta 28,00-272 War­sza­wa).

O autorze

Alek­san­der Ka­miń­ski – mój Oj­ciec – zna­ny jest przede wszyst­kim jako au­tor „Ka­mie­ni na sza­niec”, słyn­nej opo­wie­ści o pod­ziem­nej wal­ce har­ce­rzy „Sza­rych Sze­re­gów”. „Zoś­ka i Pa­ra­sol” mia­ła być dru­gą czę­ścią za­mie­rzo­nej try­lo­gii, Oj­ciec my­ślał bo­wiem jesz­cze o trze­cim to­mie, po­świę­co­nym po­wo­jen­nym lo­som bo­ha­te­rów.

Pod­czas oku­pa­cji na­pi­sał tak­że „Wiel­ką grę” (1942), któ­ra była pod­ręcz­ni­kiem dla kon­spi­ra­to­rów, i „Przo­dow­ni­ka” (1944) – prze­zna­czo­ne­go dla kie­row­ni­ków od­dzia­łów „Za­wi­szy”. Był też przez pięć lat na­czel­nym re­dak­to­rem „Biu­le­ty­nu In­for­ma­cyj­ne­go”, któ­ry – jako ty­go­dnik, a w okre­sie Po­wsta­nia War­szaw­skie­go dzien­nik – osią­gnął naj­wyż­szy na­kład wśród pism wo­jen­nej Eu­ro­py.

Naj­czę­ściej mówi się i pi­sze o ów­cze­snych do­ko­na­niach mego Ojca. Są one naj­le­piej zna­ne. We wrze­śniu 1939 roku przy­je­chał ze Ślą­ska do War­sza­wy, by wziąć udział w jej obro­nie, a po ka­pi­tu­la­cji za­czął or­ga­ni­zo­wać har­cer­skie pod­zie­mie. Wkrót­ce po­wsta­ła kie­ro­wa­na przez Nie­go or­ga­ni­za­cja „Wa­wer”. Oj­ciec był du­cho­wym przy­wód­cą i wy­cho­waw­cą „Sza­rych Sze­re­gów”, od kwiet­nia 1941 roku sze­fem Okrę­gu War­szaw­skie­go Biu­ra In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy AK oraz re­fe­ren­tem kontr­wy­wia­du Od­dzia­łu II Ko­men­dy Głów­nej ZWZ AK.

W jaki spo­sób ukształ­to­wa­ły się Jego losy i po­sta­wa? Co spra­wi­ło, że Jego ce­lem była służ­ba: Pol­sce, spo­łe­czeń­stwu, har­cer­stwu, sła­bym i prze­śla­do­wa­nym, na­uce? Cze­mu za­wdzię­czał nie­zwy­kły ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny i twór­czą ak­tyw­ność w każ­dym okre­sie ży­cia?

Uro­dził się w War­sza­wie 28 stycz­nia 1903 roku. Jego oj­ciec był far­ma­ceu­tą, mat­ka przy­wę­dro­wa­ła do War­sza­wy spod Łę­czy­cy. Na ro­dzin­nych fo­to­gra­fiach wi­docz­ne jest ra­czej po­do­bień­stwo do mat­ki. Dzie­ciń­stwo za­kłó­co­ne zo­sta­ło wy­jaz­dem ro­dzi­ny do Ki­jo­wa i wcze­sną śmier­cią ojca. Alek­san­der miał wte­dy osiem lat. Mógł skoń­czyć tyl­ko czte­ro­kla­so­wą szko­łę ele­men­tar­ną i mu­siał – jako dwu­na­sto­let­ni chło­piec – pod­jąć pra­cę, aby po­móc mat­ce. Zo­stał goń­cem w ban­ku. Wy­niósł stam­tąd waż­ną umie­jęt­ność pi­sa­nia na ma­szy­nie.

Kie­dy miał nie­ca­łe czter­na­ście lat, na­stą­pi­ło roz­sta­nie z mat­ką. Po­gu­bi­li się w cza­sie po­dró­ży, prze­sia­da­jąc się na ja­kiejś więk­szej sta­cji w Ro­sji czy na Ukra­inie, gdy wo­kół sza­la­ła re­wo­lu­cja. Stra­cił wów­czas mat­kę z oczu na pięć lat. Od­naj­dzie ją do­pie­ro jako osiem­na­sto­let­ni mło­dzie­niec. Tym­cza­sem zo­stał zu­peł­nie sam. Wuja, u któ­re­go po­cząt­ko­wo miesz­kał, za­mor­do­wa­no. On sam zaś oca­lał, bo nie było go w tym cza­sie w domu.

W Hu­ma­niu wszedł w pol­skie śro­do­wi­sko har­cer­skie. Tu zna­lazł ser­decz­nych przy­ja­ciół i dru­ży­nę, któ­ra sta­ła się jego ro­dzi­ną. W tym wła­śnie cza­sie, gdy for­mo­wał się jego cha­rak­ter, gdy wy­zna­czał so­bie cel i bu­do­wał sys­tem war­to­ści, żył ży­ciem har­ce­rza pol­skie­go na ob­czyź­nie. Ide­ały or­ga­ni­za­cji sta­ły się jego ide­ała­mi, a tę­sk­no­ta za Pol­ską zmie­nia­ła się stop­nio­wo w go­rą­cy pa­trio­tyzm. Czy­tał Mic­kie­wi­cza i Sło­wac­kie­go, ale przede wszyst­kim chło­nął try­lo­gię Sien­kie­wi­cza. W niej znaj­do­wał bo­ha­te­rów god­nych na­śla­do­wa­nia. Zna­ko­mi­ta opie­kun­ka Bi­blio­te­ki Pol­skiej w Hu­ma­niu, ser­decz­nie za­in­te­re­so­wa­na zdol­nym i in­te­li­gent­nym chłop­cem, kształ­to­wa­ła Jego ser­ce i umysł.

Był spraw­ny, sil­ny, szyb­ki, za­rad­ny, we­so­ły; Jego spo­so­bem na ży­cie było upo­rczy­we do­sko­na­le­nie się, umac­nia­nie cha­rak­te­ru, sil­nej woli, ini­cja­ty­wy. Umiał zor­ga­ni­zo­wać wy­rąb lasu, by ogrzać szko­łę i in­ter­nat, obro­nić pra­wo­sław­ne­go popa przed na­pa­ścią bol­sze­wi­ków, wy­cią­gnąć z wody to­piel­ca, za­ra­biać ko­pa­niem gro­bów i wy­ro­bem cu­kier­ków. Jego pierw­szą pod­ziem­ną or­ga­ni­za­cją sta­ło się roz­wią­za­ne w 1920 roku przez bol­sze­wi­ków hu­mań­skie gniaz­do har­cer­skie.

W lu­tym na­stęp­ne­go roku opu­ścił Hu­mań i nie­le­gal­nie, pod ostrza­łem, prze­kro­czył gra­ni­cę Pol­ski, by roz­po­cząć – uwień­czo­ne po­wo­dze­niem – po­szu­ki­wa­nia mat­ki.

Po przy­jeź­dzie do Pol­ski pra­co­wał i miesz­kał w Prusz­ko­wie w bur­sie dla chłop­ców. W 1922 roku zdał ma­tu­rę, wstą­pił na uni­wer­sy­tet. Stu­dio­wał hi­sto­rię i ar­che­olo­gię. Pra­cę ma­gi­ster­ską – o bał­tyc­kim ple­mie­niu Ja­dź­win­gów pod­bi­tym w XIII wie­ku przez osad­ni­ków z Ma­zow­sza – na­pi­sał w 1928 roku. Przez cały ten czas dzia­łał w har­cer­stwie: był ko­men­dan­tem huf­ca prusz­kow­skie­go, or­ga­ni­zo­wał obo­zy i kur­sy, wi­zy­to­wał dru­ży­ny; wresz­cie zo­stał harc­mi­strzem. Pi­sał opo­wia­da­nia i ar­ty­ku­ły do „Zni­cza”, „Iskier”, „Pło­my­ka”, „Wy­cho­waw­cy”, „Harc­mi­strza” i „Na tro­pie”. Wciąż sta­wiał so­bie wy­so­kie wy­ma­ga­nia, har­to­wał wolę i cha­rak­ter, ulep­szał or­ga­ni­za­cję dnia, po­dej­mo­wał ko­lej­ne za­da­nia, zdo­by­wał nowe umie­jęt­no­ści. No­tat­ki z tego okre­su po­ka­zu­ją, jak kon­tro­lo­wał re­ali­za­cję za­mie­rzeń, oce­niał za­nie­dba­nia i suk­ce­sy. Tych ostat­nich było wię­cej.

Dwa eta­py ży­cia za­wa­ży­ły na Jego syl­wet­ce. Pierw­szy – hu­mań­ski – gdy wstą­pił do har­cer­stwa i cał­ko­wi­cie zi­den­ty­fi­ko­wał się z jego sys­te­mem war­to­ści.

Dru­gi – prusz­kow­ski – kie­dy to in­ten­syw­nie i wszech­stron­nie rzeź­bił swą oso­bo­wość. Wów­czas to w kon­tak­tach z przy­ja­ciół­mi, w dys­ku­sjach zro­dził się cel ży­cia: służ­ba.

Po stu­diach w 1930 roku oże­nił się z har­cer­ką z Prusz­ko­wa, stu­dent­ką hi­sto­rii i ar­che­olo­gii. Ra­zem po­dró­żo­wa­li po Fran­cji, urzą­dza­li dom. W tym cza­sie Alek­san­dra po­wo­ła­no do woj­ska. Tam wła­śnie za­czę­ły się kło­po­ty ze zdro­wiem: za­zię­bie­nie i ostry atak gruź­li­cy (na tę cho­ro­bę wcze­śniej zmar­ła Jego mat­ka), któ­ra od­tąd bę­dzie to­wa­rzy­szyć Mu nie­prze­rwa­nie, nisz­cząc płu­ca i ner­ki, osła­bia­jąc ser­ce. Po­by­ty w szpi­ta­lach i sa­na­to­riach, ope­ra­cje sta­ną się nie­od­łącz­nym ele­men­tem ży­cia mego Ojca. Ata­ki cho­ro­by przy­pa­da­ły zwy­kle na okre­sy in­nych klęsk, po­li­tycz­nych i oso­bi­stych. Le­ka­rze zdu­mie­wa­li się, że czło­wiek po­zba­wio­ny po­waż­nej czę­ści płuc i jed­nej ner­ki mógł tak in­ten­syw­nie dzia­łać i nie­prze­rwa­nie pra­co­wać.

W la­tach 1933-1939 or­ga­ni­zo­wał i pro­wa­dził kur­sy dla ka­dry har­cer­skiej w Bren­nej, Nie­ro­dzi­miu i Gór­kach Wiel­kich na Ślą­sku Cie­szyń­skim.To tam od­by­wa­ły się nie­za­po­mnia­ne ko­min­ki i obo­zy. Tam ła­do­wa­ły się ener­gią i ide­ami umy­sły in­struk­to­rów z ca­łej Pol­ski, a tak­że z za­gra­ni­cy. Uczest­ni­cy kur­sów wią­za­li się na za­wsze ca­łym ser­cem z gó­rec­kim ośrod­kiem i jego ko­men­dan­tem – dru­hem Ka­miń­skim „Ka­my­kiem”.

W tym wła­śnie cza­sie opra­co­wy­wał On kon­cep­cję sys­te­mu zu­cho­we­go. Opie­ra­jąc się na do­świad­cze­niach an­giel­skich „wil­cząt”, ob­my­ślał cy­kle za­baw spraw­no­ścio­wych, do­sto­so­wa­nych do wy­obraź­ni pol­skich dzie­ci, two­rzył na­wet pio­sen­ki i tań­ce. W Gór­kach od­by­wa­ły się pierw­sze pró­by tych gier i za­baw, tam też po­wsta­ła zu­cho­wa try­lo­gia-in­struk­taż: „An­tek Cwa­niak”, „Książ­ka wo­dza zu­chów”, „Krąg Rady”. Alek­san­der pa­mię­tał ze swo­ich lat dzie­cin­nych, jak waż­ne jest, by chło­piec zna­lazł praw­dzi­wych przy­ja­ciół, by mógł się ba­wić w gro­ma­dzie ró­wie­śni­ków, by uczył się od­wa­gi. To­też je­den z naj­waż­niej­szych punk­tów pra­wa zu­cho­we­go brzmiał: „Zuch jest dziel­ny”. Lata gó­rec­kie to naj­szczę­śliw­sze cza­sy w ży­ciu „Ka­my­ka”.

W koń­cu lat trzy­dzie­stych Alek­san­der wcie­lił swą me­to­dę w ży­cie. Kil­ka klas szko­ły w Mi­ko­ło­wie koło Ka­to­wic było po­lem do­świad­czal­nym. Wy­ni­ki oka­za­ły się re­we­la­cyj­ne.

Kie­dy 1 wrze­śnia 1939 roku wy­bu­chła woj­na, Oj­ciec wsiadł na ro­wer (trans­port ko­le­jo­wy zdez­or­ga­ni­zo­wa­ny, auta nie było) i po­je­chał do sto­li­cy. Wziął udział w obro­nie War­sza­wy, a po ka­pi­tu­la­cji zor­ga­ni­zo­wał pierw­sze for­my pod­ziem­ne­go opo­ru. Już 27 wrze­śnia wraz z gro­nem in­struk­to­rów har­cer­skich po­sta­no­wił nie prze­ry­wać pra­cy i przy­go­to­wy­wać się do wal­ki zbroj­nej. Po­wsta­ły „Sza­re Sze­re­gi”. Jako ko­men­dant szko­ły gó­rec­kiej był zna­ny więk­szo­ści in­struk­to­rów i cie­szył się ogrom­nym za­ufa­niem i au­to­ry­te­tem, co zna­ko­mi­cie uła­twia­ło Mu two­rze­nie sie­ci kon­tak­tów i or­ga­ni­zo­wa­nie grup kon­spi­ra­cyj­nych. Bę­dąc człon­kiem „Pa­sie­ki” – Kwa­te­ry Głów­nej „Sza­rych Sze­re­gów”, nie za­nie­dby­wał wy­cho­waw­czej funk­cji pod­ziem­ne­go har­cer­stwa, kwe­stii kształ­ce­nia, bu­do­wy wi­zji przy­szłej Pol­ski.

W li­sto­pa­dzie za­czął wy­da­wać „Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny”, któ­re­go był ini­cja­to­rem i na­czel­nym re­dak­to­rem. Zda­wał so­bie spra­wę, że ma w ręku broń sil­niej­szą niż ka­ra­bin – sło­wo. Mu­sia­ło ono wspie­rać w ra­zie klę­ski, ale i ostrze­gać przed bez­pod­staw­ną na­dzie­ją. Praw­dzi­wa in­for­ma­cja mu­sia­ła do­trzeć wszę­dzie, do naj­od­le­glej­szych za­kąt­ków. „Biu­le­tyn” stał się naj­po­pu­lar­niej­szą ga­ze­tą kon­spi­ra­cyj­ną w Pol­sce, a jego na­kład do­cho­dził do 47 ty­się­cy. Był to fe­no­men or­ga­ni­za­cyj­ny: ga­ze­ta wy­cho­dzi­ła zdu­mie­wa­ją­co re­gu­lar­nie, za­wie­ra­ła świa­to­wy ser­wis in­for­ma­cyj­ny, wie­ści przy­wo­żo­ne przez ku­rie­rów z ca­łe­go kra­ju. Ar­ty­kuł wstęp­ny pi­sał z re­gu­ły Oj­ciec. Ce­lem „Biu­le­ty­nu” było pod­trzy­my­wa­nie du­cha pol­skie­go, pięt­no­wa­nie szmal­cow­ni­ków i sza­brow­ni­ków, obro­na sła­bych, a wśród nich Ży­dów.

W grud­niu 1940 roku po­wstał „Wa­wer”. Alek­san­der był jego twór­cą i ko­men­dan­tem. Przez ak­cje ma­łe­go sa­bo­ta­żu i ulicz­ną pro­pa­gan­dę „Wa­wer” po­bu­dzał pol­skie spo­łe­czeń­stwo do opo­ru wo­bec oku­pan­ta. „Ka­myk” oso­bi­ście uczest­ni­czył w pierw­szej se­rii tych ak­cji. Jako szef kon­spi­ra­cyj­nych or­ga­ni­za­cji wy­ma­gał wie­le od sie­bie i od in­nych. Przede wszyst­kim że­la­znej punk­tu­al­no­ści i słow­no­ści, a tak­że in­wen­cji. Na­le­ża­ło uni­kać zbęd­nych kon­tak­tów to­wa­rzy­skich, do­cho­wy­wać ta­jem­ni­cy, nie zdra­dzać szcze­gó­łów dzia­ła­nia na­wet naj­bliż­szej oso­bie, być roz­waż­nym i zdy­scy­pli­no­wa­nym. Każ­da lek­ko­myśl­ność gro­zi­ła wię­zie­niem i śmier­cią.

Pi­sał o tym w „Wiel­kiej grze”, za­le­ca­jąc mło­dym lu­dziom pra­cę nad cha­rak­te­rem i sa­mo­kształ­ce­nie. Książ­ka była pod­ręcz­ni­kiem kon­spi­ra­to­ra, to­też – wy­da­na przez taj­ne Woj­sko­we Za­kła­dy Wy­daw­ni­cze w 2 ty­sią­cach eg­zem­pla­rzy – zo­sta­ła na po­le­ce­nie Ko­men­dy Głów­nej AK na­tych­miast wy­co­fa­na i znisz­czo­na. Oba­wia­no się, że umoż­li­wi Niem­com roz­szy­fro­wa­nie me­tod dzia­ła­nia pod­ziem­nych or­ga­ni­za­cji. Za­cho­wa­ło się za­le­d­wie kil­ka eg­zem­pla­rzy.

W pod­zie­miu uży­wał pseu­do­ni­mów: „Kaź­mier­czak”, „Fak­tor”, „Fa­bry­kant”, „Hu­bert”. Czę­sto zmie­niał na­zwi­ska i miesz­ka­nia. Ci, któ­rzy sty­ka­li się z Nim w la­tach oku­pa­cji, pod­kre­śla­ją Jego nie­sły­cha­ny ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny, dar prze­wi­dy­wa­nia, po­my­sło­wość. „Biu­le­tyn”, któ­ry wy­cho­dził nie­prze­rwa­nie przez pięć lat, nie miał ani jed­nej wpad­ki. A prze­cież była to ogrom­na ma­chi­na, rów­nież tech­nicz­na i kol­por­ta­żo­wa.

Oj­ciec, sta­le się ukry­wa­jąc, nie mógł miesz­kać z ro­dzi­ną. Po­cząt­ko­wo wraz z Nim zmie­nia­ły­śmy ad­re­sy, jed­nak po fali aresz­to­wań je­sie­nią 1941 roku na­stą­pi­ło roz­sta­nie. Tyl­ko krót­kie mie­sią­ce wa­ka­cyj­ne spę­dza­li­śmy ra­zem.

Kie­dy wy­bu­chło po­wsta­nie, Oj­ciec za­jął się przede wszyst­kim „Biu­le­ty­nem”, któ­ry stał się wów­czas dzien­ni­kiem Ko­men­dy Głów­nej AK. Wy­da­wa­ny był od 1 sierp­nia do 4 paź­dzier­ni­ka 1944 roku, kie­dy to po ogło­sze­niu ka­pi­tu­la­cji po­wstań­cy wzię­ci do nie­wo­li wy­ma­sze­ro­wa­li z mia­sta.

Po upad­ku po­wsta­nia Oj­ciec zna­lazł się u ro­dzi­ny w Skier­nie­wi­cach, a od wio­sny 1945 roku roz­po­czął pra­cę na uni­wer­sy­te­cie w Ło­dzi na ka­te­drach pe­da­go­gi­ki spo­łecz­nej i ogól­nej.

Nowa sy­tu­acja po­li­tycz­na – prze­gra­na Ar­mii Kra­jo­wej zwią­za­nej z rzą­dem pol­skim na emi­gra­cji – i re­pre­sje ze stro­ny wła­dzy na­ka­zy­wa­ły od­su­nię­cie się od dzia­łal­no­ści har­cer­skiej i po­li­tycz­nej. Oj­ciec ze­rwał kon­tak­ty z or­ga­ni­za­cją, któ­ra w la­tach 1949-1950 zo­sta­ła prze­kształ­co­na w dzie­cię­cą i mło­dzie­żo­wą przy­bu­dów­kę ZMP i par­tii. Aresz­to­wa­nia, pro­ce­sy i wy­ro­ki, ja­kie do­tknę­ły akow­ców w la­tach 1948-1956, omi­nę­ły Alek­san­dra. Nie omi­nę­ły Go jed­nak re­pre­sje: był sta­le pod ob­ser­wa­cją Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, wzy­wa­ny na prze­słu­cha­nia do War­sza­wy i „od­wie­dza­ny” w łódz­kim domu. (Usi­ło­wa­no na­wet wpro­wa­dzić agen­ta UB do miesz­ka­nia ro­dzi­ców). Z po­cząt­kiem 1950 roku zo­stał usu­nię­ty z uni­wer­sy­te­tu i przez sie­dem lat po­zo­sta­wał bez pra­cy, otrzy­mu­jąc ni­ską ren­tę cho­ro­bo­wą. Na uczel­nię po­wró­cił do­pie­ro w 1958 roku. Z łódz­ką ka­te­drą pe­da­go­gi­ki spo­łecz­nej zwią­za­ny był aż do eme­ry­tu­ry (1973).

W 1947 roku uzy­skał sto­pień dok­to­ra fi­lo­zo­fii na pod­sta­wie pra­cy pt. „Me­to­da har­cer­ska w wy­cho­wa­niu i na­ucza­niu szkol­nym”, w któ­rej wy­ko­rzy­stał do­świad­cze­nia przed­wo­jen­ne­go eks­pe­ry­men­tu szkol­ne­go w Mi­ko­ło­wie. W okre­sie bez­ro­bo­cia za­jął się hi­sto­rią i teo­rią pol­skich związ­ków mło­dzie­ży od XVIII wie­ku. Kie­dy po­wró­cił na uni­wer­sy­tet, pra­ca ta sta­ła się pod­sta­wą ha­bi­li­ta­cji w 1959 roku. W trzy lata póź­niej ob­jął kie­row­nic­two ka­te­dry pe­da­go­gi­ki spo­łecz­nej, aw 1969 roku zo­stał mia­no­wa­ny pro­fe­so­rem.

Pa­sjo­no­wa­ły Go zwłasz­cza spra­wy śro­do­wi­ska spo­łecz­ne­go sa­mo­rzą­dów uczniow­skich, kul­tu­ra spę­dza­nia wol­ne­go cza­su. Ana­li­zę teo­re­tycz­ną po­wsta­wa­nia w Pol­sce róż­no­rod­nych związ­ków mło­dzie­ży uwa­żał za swo­je wiel­kie od­kry­cie. Za­jął się rów­nież ge­ria­trią – na­uką o sta­ro­ści, zwłasz­cza zaś przy­go­to­wy­wa­niem lu­dzi do przy­ję­cia i jak naj­lep­sze­go prze­ży­cia sta­ro­ści.

Jako wy­cho­waw­ca nie był mo­ra­li­za­to­rem. Za­chę­cał do pra­cy nad sobą i do dziel­no­ści za­rów­no sied­mio­let­nich chłop­ców, jak i oso­by star­sze. Za­chę­cał do ak­tyw­no­ści, do wier­no­ści war­to­ściom. Pi­sał też o lu­dziach god­nych na­śla­do­wa­nia, przede wszyst­kim o har­cer­zach, któ­rzy „na śmierć idą po ko­lei, jak ka­mie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec”.

Książ­ką o nich jest wła­śnie „Zoś­ka i Pa­ra­sol”. Za­miar na­pi­sa­nia dal­sze­go cią­gu „Ka­mie­ni” zro­dził się za­pew­ne w cza­sie po­wsta­nia, choć może i wcze­śniej. Po śmier­ci „Zoś­ki”, „Ru­de­go” i „Alka” ich przy­ja­cie­le i pod­ko­mend­ni na­zwa­li pseu­do­ni­ma­mi po­le­głych do­wód­ców swo­je od­dzia­ły. Po­wstał więc ba­ta­lion „Zoś­ka”, kom­pa­nia „Rudy” i plu­ton „Alek”. Było to wy­ra­zem woli, by ci ko­le­dzy i do­wód­cy żyli da­lej, byli wciąż w wal­czą­cych od­dzia­łach. Oj­ciec zro­zu­miał tę in­ten­cję.

Zbie­ra­nie ma­te­ria­łów do książ­ki roz­po­czął bar­dzo wcze­śnie, bo już w 1946 roku. Wal­ka i upa­dek po­wsta­nia były wciąż jesz­cze żywe w ob­ra­zie mia­sta i w pa­mię­ci tych, któ­rzy prze­ży­li. Ka­miń­ski zbie­rał do­ku­men­ty i re­la­cje. Naj­cen­niej­szym uni­ka­to­wym źró­dłem było ar­chi­wum Jana Ro­do­wi­cza „Ano­dy”, któ­ry gro­ma­dził, po­rząd­ko­wał i ko­men­to­wał ma­te­ria­ły, spo­rzą­dzał no­tat­ki i za­chę­cał do tego in­nych, sło­wem – był praw­dzi­wym biu­rem hi­sto­rycz­nym. Aresz­to­wa­ny przez Urząd Bez­pie­czeń­stwa, zo­stał za­mor­do­wa­ny w śledz­twie 6 stycz­nia 1949 roku. Ar­chi­wum za­gi­nę­ło na kil­ka lat, a Oj­ciec za­nie­chał wów­czas pra­cy nad książ­ką.

Pod ko­niec Jego przy­mu­so­wej bez­czyn­no­ści za­wo­do­wej, gdy po śmier­ci Sta­li­na roz­po­czął się okres od­wil­ży – od­ży­ła myśl o książ­ce. Przy­ja­cie­le i sza­ro­sze­re­gow­cy py­ta­li o nią, do­po­mi­na­li się i po­na­gla­li.

W stycz­niu 1956 roku re­dak­tor „Iskier”, Ry­szard Wa­si­ta, przy­je­chał do Ojca do Ło­dzi i roz­po­czę­ły się roz­mo­wy o wy­da­niu no­wej opo­wie­ści, po­świę­co­nej wal­ce żoł­nie­rzy „Sza­rych Sze­re­gów”, przede wszyst­kim w po­wsta­niu. Jed­no­cze­śnie Sta­ni­sław Bro­niew­ski „Or­sza” sy­gna­li­zo­wał z War­sza­wy, że prze­cho­wa­ło się wie­le waż­nych ma­te­ria­łów, zdjęć i wspo­mnień. Śro­do­wi­sko akow­skie uwa­ża­ło, że trze­ba pu­blicz­nie ujaw­nić praw­dę o po­wsta­niu i wal­czą­cej w nim mło­dzie­ży, aby ofia­ra jej ży­cia po­zo­sta­ła w pa­mię­ci i nie była da­rem­na.

W do­dat­ku zda­rzył się naj­praw­dziw­szy cud: od­na­la­zło się ar­chi­wum „Ano­dy”. Prze­ka­zy­wa­ne z rąk do rąk przez ro­dzi­nę i bli­skich, a po śmier­ci Ro­do­wi­cza ukry­wa­ne, prze­no­szo­ne z miej­sca na miej­sce, do biur i miesz­kań, do­tar­ło w pew­nym mo­men­cie do rąk pani Ma­rii Pasz­ko­wicz, bi­blio­te­kar­ki z Hu­ma­nia, za­przy­jaź­nio­nej z moim Oj­cem. Wie­dząc, że za­mie­rza On pi­sać książ­kę, za­wia­do­mi­ła go o swo­im zna­le­zi­sku. Od­po­wie­dział: „Pra­gnę Pani bar­dzo go­rą­co po­dzię­ko­wać za po­moc w zdo­by­ciu ma­te­ria­łu źró­dło­we­go. Gdy­bym miał spo­sób my­śle­nia me­ta­fi­zycz­ny, uwa­żał­bym Pani ini­cja­ty­wę za cud. Ja te ma­te­ria­ły mia­łem w ręku w la­tach 1946-1947, po­ro­bi­łem na­wet wy­cią­gi z nie­któ­rych wspo­mnień (nie­ste­ty zbyt zwię­złe), ale gdy te­raz usi­ło­wa­łem te ma­te­ria­ły od­szu­kać – pró­by nie da­wa­ły żad­ne­go wy­ni­ku. Raz jesz­cze dzię­ku­ję za nie­zwy­kle szczę­śli­we po­śred­nic­two”.

Książ­ka ukoń­czo­na zo­sta­ła w grud­niu 1956 i wy­da­na przez „Iskry” we wrze­śniu na­stęp­ne­go roku.

„Zoś­ka i Pa­ra­sol” to opo­wieść inna niż „Ka­mie­nie na sza­niec”, któ­re pi­sa­ne były jak w go­rącz­ce, w cią­gu kil­ku ty­go­dni, z żar­li­wej po­trze­by ser­ca i dla po­krze­pie­nia serc. Nowa książ­ka po­wsta­wa­ła po­wo­li w dzie­sięć lat po opi­sy­wa­nych wy­da­rze­niach, na pod­sta­wie wspo­mnień, pa­mięt­ni­ków, do­ku­men­tów i in­nych ma­te­ria­łów, z dba­ło­ścią o wier­ność szcze­gó­łów. A tak­że – z nie­za­tar­tym ob­ra­zem tam­tych dni, z żywą pa­mię­cią o tylu dziel­nych dziew­czę­tach i chłop­cach, któ­rzy po­le­gli, z nie­słab­ną­cym bó­lem prze­gra­nej.

Druh „Ka­myk” zo­stał przy­ję­ty po śmier­ci przez swych bo­ha­te­rów. Jego grób włą­czo­no do kwa­te­ry ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” na Cmen­ta­rzu Woj­sko­wym na Po­wąz­kach. Oj­ciec spo­czął pod ta­kim sa­mym brzo­zo­wym krzy­żem, jaki stoi na mo­gi­łach „Zoś­ki”, „Ru­de­go”, „Alka” i in­nych har­ce­rzy z „Sza­rych Sze­re­gów” peł­nią­cych wiecz­ną war­tę.

Ewa Rze­tel­ska-Fe­lesz­ko

War­sza­wa, gru­dzień 1993

Od autora

Au­tor nie jest po­wie­ścio­pi­sa­rzem, a książ­ka, któ­rą czy­tel­nik otrzy­mu­je – nie jest po­wie­ścią.

„Zoś­ka i Pa­ra­sol” sta­no­wi re­la­cję o zda­rze­niach praw­dzi­wych, o lu­dziach praw­dzi­wych, o sy­tu­acjach rze­czy­wi­stych. Jed­nak­że opo­wieść ta nie jest opra­co­wa­niem hi­sto­rycz­nym. Nie tyl­ko dla­te­go, że au­tor nie­któ­re sy­tu­acje od­twa­rza pla­stycz­nie i świat uczuć trak­tu­je po­dob­nie jak świat zda­rzeń ze­wnętrz­nych, a bo­ha­te­ro­wie opo­wie­ści czu­ją i prze­ma­wia­ją tak, jak tego je­dy­nie wol­no się było do­my­ślać. Au­tor usi­ło­wał wpraw­dzie jak naj­wier­niej od­two­rzyć rze­czy­wi­stość na pod­sta­wie wła­snych wspo­mnień i spra­woz­dań tych uczest­ni­ków walk, któ­rym los dał do­cze­kać chwi­li obec­nej, ale nie miał ani za­mia­ru, ani moż­li­wo­ści  ś c i s ł e g o  i  p e ł n e g o przed­sta­wie­nia dzie­jów „Zoś­ki” i „Pa­ra­so­la”. Za­mia­rem au­to­ra było uka­za­nie czło­wie­ka, któ­ry był uczest­ni­kiem walk oby­dwu ba­ta­lio­nów, uka­za­nie mło­dzie­ży pol­skiej w la­tach okrut­nej woj­ny i oku­pa­cji, uka­za­nie lu­dzi po­sta­wio­nych wo­bec naj­trud­niej­szych prób cha­rak­te­ru i prób wier­no­ści naj­wyż­szym war­to­ściom.

Mło­dzież „Zoś­ki” i „Pa­ra­so­la” nie sta­no­wi­ła gru­py wy­jąt­ko­wej pod wzglę­dem ofiar­no­ści i bo­ha­ter­stwa wśród jak­że licz­nych od­dzia­łów Ar­mii Kra­jo­wej i in­nych grup wal­czą­cych. Pol­ska mło­dzież w tym cięż­kim okre­sie ujaw­ni­ła bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek swe war­to­ści. Jed­nak­że mło­dzi lu­dzie „Zoś­ki” i „Pa­ra­so­la” swo­ją wal­kę i służ­bę poj­mo­wa­li sze­rzej niż nie­któ­re inne od­dzia­ły ru­chu zbroj­ne­go: pra­gnę­li słu­żyć kra­jo­wi „dziś, ju­tro i po­ju­trze”, aby w ży­cie pol­skie wpro­wa­dzać ide­ały bra­ter­stwa i bez­in­te­re­sow­nej, ofiar­nej służ­by oraz po­sta­wę świa­do­me­go oby­wa­te­la, dźwi­ga­ją­ce­go z wła­snej chę­ci współ­od­po­wie­dzial­ność za losy na­ro­du i pań­stwa pod­czas woj­ny i po­ko­ju. Dą­że­nia te re­ali­zo­wa­ne były w wal­ce z wro­giem oraz w wal­ce z wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi i błę­da­mi.

Au­tor z ko­niecz­no­ści sze­rzej przed­sta­wia tyl­ko kil­ka syl­we­tek spo­śród wie­lu se­tek żoł­nie­rzy „Zoś­ki” i „Pa­ra­so­la”, z któ­rych pra­wie każ­dy za­słu­gi­wał­by na wspo­mnie­nie, oraz opi­su­je tyl­ko głów­ne ak­cje dy­wer­syj­ne i naj­waż­niej­sze wal­ki po­wstań­cze oby­dwu ba­ta­lio­nów. Opra­co­wa­nie hi­sto­rii tych ba­ta­lio­nów po­win­no dać peł­nię praw­dy, uka­zać licz­niej­sze syl­wet­ki żoł­nie­rzy i wszyst­kie ich pra­ce.

Łódź, 1956

CZĘŚĆ PIERWSZA
W dywersji

I. Batalion „Zośka”

Zoś­ka to imię wo­jen­ne Ta­de­usza Za­wadz­kie­go. Był w cza­sach oku­pa­cji nie­miec­kiej przy­wód­cą ze­spo­łu har­cer­skie­go, któ­ry za­sły­nął w War­sza­wie z ak­cji ma­łe­go sa­bo­ta­żu i dy­wer­sji. Na­ro­dzi­ny tego ze­spo­łu się­ga­ją po­cząt­ków oku­pa­cji.

Póź­ną je­sie­nią 1939 roku har­ce­rze 23. Dru­ży­ny War­szaw­skiej zwią­za­li się naj­pierw z Pol­ską Lu­do­wą Ak­cją Nie­pod­le­gło­ścio­wą, po­tem byli łącz­ni­ka­mi w ko­mór­ce kon­spi­ra­cyj­nej zaj­mu­ją­cej się kon­tak­to­wa­niem więź­niów po­li­tycz­nych ze świa­tem ze­wnętrz­nym za po­mo­cą gryp­sów. Od 1941 roku wy­ko­ny­wa­li ak­cje ma­łe­go sa­bo­ta­żu w ra­mach or­ga­ni­za­cji „Wa­wer”. Od li­sto­pa­da 1942 roku ukształ­to­wa­li się – jako Gru­py Sztur­mo­we – w od­dział dy­wer­sji. Przez cały czas do­wód­cą tej mło­dzie­ży był Ta­de­usz Za­wadz­ki. Ze wzglę­du na rysy twa­rzy i de­li­kat­ność ko­le­dzy na­zy­wa­li go Zoś­ką. Z bie­giem cza­su do­wo­dze­nie Zoś­ki prze­kro­czy­ło ramy ma­cie­rzy­stej dru­ży­ny – w Gru­pach Sztur­mo­wych zna­la­zła się tak­że star­sza mło­dzież in­nych dru­żyn har­cer­skich War­sza­wy oraz nie­wiel­ka li­czeb­nie or­ga­ni­za­cja „Przy­szłość”, zwa­na krót­ko „Pet” (od grec­kiej na­zwy pierw­szej li­te­ry). Pet wy­wo­dził się z daw­ne­go pol­skie­go związ­ku mło­dzie­ży szkół śred­nich, zaj­mu­ją­ce­go się sa­mo­kształ­ce­niem. W okre­sie oku­pa­cji war­szaw­ska or­ga­ni­za­cja Petu złą­czy­ła się z har­cer­stwem. Oto jaki był ro­do­wód war­szaw­skich Grup Sztur­mo­wych.

Wio­sną 1943 roku aresz­to­wa­no naj­ser­decz­niej­sze­go przy­ja­cie­la Zoś­ki – Ru­de­go. Zoś­ka po­sta­no­wił wraz ze swy­mi to­wa­rzy­sza­mi oca­lić przy­ja­cie­la – było to słyn­ne od­bi­cie pod Ar­se­na­łem więź­niów od­wo­żo­nych z ge­sta­pow­skie­go śledz­twa do wię­zie­nia na Pa­wiak. Ru­de­go od­bi­to, lecz krót­ko­trwa­ła była ra­dość: po­twor­nie ska­to­wa­ny zmarł w kil­ka dni po oswo­bo­dze­niu, a rów­no­cze­śnie od­szedł w za­świa­ty cięż­ko ran­ny w ak­cji pod Ar­se­na­łem dru­gi przy­ja­ciel Zoś­ki – Alek.

Co czuł Zoś­ka po stra­cie Ru­de­go i Alka – zby­tecz­ne mó­wić. Wal­czył jed­nak da­lej z wro­giem na cze­le swo­ich Grup Sztur­mo­wych. Aż oto w sierp­niu 1943 roku, prze­ła­mu­jąc im­pas po­tycz­ki pod Sie­czy­cha­mi, dał wpraw­dzie swe­mu od­dzia­ło­wi zwy­cię­stwo, ale sam otrzy­mał kulę w pierś. Śmier­tel­ną.

Trój­ka przy­ja­ciół – Zoś­ka, Rudy i Alek – do­stą­pi­ła rzad­kie­go przy­wi­le­ju: żyła jesz­cze przez pe­wien czas tak­że po śmier­ci, choć w swo­istej po­sta­ci. Mó­wić bę­dzie o tym na­sza opo­wieść.

Piasz­czy­stą ma­zo­wiec­ką dro­gą wle­cze się za­przę­gnię­ty w jed­ne­go ko­nia chłop­ski wóz. Na nim – sty­gną­ce cia­ło do­wód­cy wy­pra­wy na Sie­czy­chy, Zoś­ki. Do­oko­ła wozu idą w mil­cze­niu jego to­wa­rzy­sze. Mrok sierp­nio­wej nocy rzed­nie, na wscho­dzie nie­bo na­bie­ra to­nów ja­sno­nie­bie­ska­wych. Idą przy­gar­bie­ni, po­sza­rza­li, z rę­ka­mi na de­skach wozu, na kło­ni­cach, na uprzę­ży ko­nia. Gdy te­ren się wzno­si, na­tę­ża­ją mię­śnie, aby do­po­móc ko­nio­wi. Mi­ja­ją pola i la­ski świer­ko­we. An­drzej Mor­ro ostroż­nie uno­si gło­wę po­le­głe­go, mosz­cząc ze sło­my wgłę­bio­ne pod­wyż­sze­nie. Gdy bla­dość świ­tu po­zwo­li wy­raź­nie do­strzec szcze­gó­ły, Dłu­gi zdej­mie kurt­kę i przy­kry­je nią pierś Zoś­ki.

Wia­do­mość o tym, że Zoś­ka po­legł, w cią­gu kil­ku­dzie­się­ciu go­dzin obie­gła w War­sza­wie wszyst­kich jego przy­ja­ciół i bli­skich. Przej­mu­ją­cy ból i ostry nie­po­kój szar­pał ser­ca. Zda­wa­ło się, że ja­kaś ka­ta­stro­fa za­wi­sła nad bra­ter­ską gro­ma­dą mło­dych lu­dzi. Prze­cież zgi­nął ktoś, do kogo się tak bar­dzo gar­nę­li, kto urze­czy­wist­niał to wszyst­ko, do cze­go tę­sk­ni­li, cze­go pra­gnę­li, co było ich ma­rze­niem.

Ko­men­dant War­szaw­skiej Cho­rą­gwi Sza­rych Sze­re­gów po­wia­do­mił od­dzia­ły o śmier­ci Zoś­ki spe­cjal­nym roz­ka­zem:

Zoś­ka, ko­men­dant Grup Sztur­mo­wych Wi­sły, nie żyje. Zgi­nął śmier­cią zwy­kłe­go żoł­nie­rza, choć żoł­nie­rzem był nie­zwy­kłym. Łą­czył w so­bie wy­so­ki ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny i rzad­ko spo­ty­ka­ny re­alizm pra­cy z nie­prze­cięt­nym po­zio­mem ide­owym. Na tych ce­chach swe­go cha­rak­te­ru bu­do­wał i two­rzył nowy styl pra­cy woj­sko­wej i har­cer­skiej.

Wo­bec tak bo­le­sne­go cio­su wszel­kie sło­wa, wszel­kie ze­wnętrz­ne ozna­ki uczcze­nia Zoś­ki są ni­czym. Istot­na treść we­wnętrz­na na­szej o nim pa­mię­ci po­le­gać musi na nie­zmor­do­wa­nym i nie­ustan­nym wy­sił­ku, aby do zwy­cię­skie­go koń­ca do­pro­wa­dzić to dzie­ło, któ­re on – nasz druh, przy­ja­ciel i do­wód­ca – wspól­nie z nami za­czął i pro­wa­dził.

Przez Boga na wiecz­ną war­tę po­wo­ła­ny, nie bę­dzie dzie­ła tego z nami koń­czył. Duch jego czuj­ny za ży­cia – te­raz straż wie­czy­stą nad nami peł­nić bę­dzie.

Za­rzą­dzam, aby od dnia dzi­siej­sze­go po­cząw­szy przez dwa ty­go­dnie wszyst­kie od­pra­wy w Ulu Wi­sła roz­po­czy­na­ły się jed­no­mi­nu­to­wą ci­szą dla uczcze­nia jego pa­mię­ci… Cz! B. Praw­dzic hm.

Przez dwa ty­go­dnie na kil­ku­set zbiór­kach war­szaw­skich Sza­rych Sze­re­gów naj­pierw – jak na­ka­zał roz­kaz – mi­nu­to­wa ci­sza. A po­tem – już bez roz­ka­zu – mo­dli­twa i krót­kie uwa­gi o tym, któ­ry po­legł.

Śmierć Zoś­ki za­mknę­ła pierw­szy okres dzie­jów sza­ro­sze­re­go­wych Grup Sztur­mo­wych. Za­czy­nał się nowy okres. Oma­wia­nie i przy­go­to­wy­wa­nie re­or­ga­ni­za­cji roz­po­czę­to jesz­cze za ży­cia Zoś­ki. U jej pod­sta­wy le­ża­ły ten­den­cje woj­ska do ujed­no­li­ce­nia or­ga­ni­za­cyj­ne­go oraz roz­rost Grup Sztur­mo­wych. Li­czy­ły one obec­nie oko­ło trzy­stu lu­dzi. Do­wo­dze­nie ta­kim ze­spo­łem w wa­run­kach kon­spi­ra­cji sta­wa­ło się uciąż­li­we.

Odej­ście Zoś­ki przy­śpie­szy­ło bieg rze­czy. Wszyst­kie war­szaw­skie od­dzia­ły Grup Sztur­mo­wych, do­tych­czas po­dzie­lo­ne na za­stę­py, dru­ży­ny i huf­ce, zo­sta­ły sku­pio­ne w trzech kom­pa­niach. Dwie z tych kom­pa­nii utwo­rzy­ły ba­ta­lion. Trze­cia zo­sta­ła wy­dzie­lo­na do za­dań spe­cjal­nych – do wal­ki z ge­sta­po. Kom­pa­nie skła­da­ły się z plu­to­nów, plu­to­ny – z dru­żyn. Do­wód­cą ba­ta­lio­nu zo­stał harc­mistrz-po­rucz­nik Je­rzy. Do­wód­cą kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej ka­pi­tan Pług, współ­pra­cu­ją­cy z Gru­pa­mi Sztur­mo­wy­mi od po­cząt­ku dy­wer­sji, je­den z wy­bit­niej­szych ofi­ce­rów Ke­dy­wu. Po­zo­sta­łe sta­no­wi­ska ofi­cer­skie i pod­ofi­cer­skie ob­sa­dzo­no wy­łącz­nie przez naj­bar­dziej zdol­nych do­wód­ców Grup, do­tych­cza­so­wych huf­co­wych i dru­ży­no­wych Sza­rych Sze­re­gów.

Po­cząt­ko­wo nie do­ce­nia­no po­tę­gi tkwią­cej w tra­dy­cyj­nych, przez stu­le­cia kształ­to­wa­nych for­mach. To nie tyl­ko nowe na­zwy przy­szły na miej­sce nazw daw­nych, to mło­dzież Grup Sztur­mo­wych zo­sta­ła ob­ję­ta – jak­że po­cząt­ko­wo de­li­kat­nie i nie­znacz­nie – przez jed­ną z naj­star­szych i naj­bar­dziej zwar­tych in­sty­tu­cji, przez woj­sko.

W tym okre­sie do­wód­cy Grup Sztur­mo­wych uczy­ni­li na pół świa­do­mie krok ma­ją­cy wzmóc od­dzia­ły­wa­nie na przy­szłe, nowe ży­cie Grup wszyst­kie­go tego, co było w do­tych­cza­so­wym ich do­rob­ku do­bre i war­to­ścio­we. Nowo utwo­rzo­ny ba­ta­lion zo­stał jak­by ze­spo­lo­ny z oso­bą Zoś­ki, stał się ba­ta­lio­nem „Zoś­ka”.

Ini­cja­ty­wa wy­szła od dwóch An­drze­jów: Dłu­gie­go i Mor­ro. Nie pro­po­no­wa­li, aby ba­ta­lion stał się ba­ta­lio­nem imie­nia po­rucz­ni­ka Za­wadz­kie­go-Zoś­ki. Nie, miał to być ba­ta­lion „Zoś­ka”! Sta­ną się Zoś­ką usto­krot­nio­nym.

Pra­wie cały „Sad” Ru­de­go zna­lazł się w jed­nej z or­ga­ni­zo­wa­nych kom­pa­nii, któ­ra z miej­sca przy­bra­ła na­zwę „Rudy”. O Alka na­to­miast o mało nie wy­buchł za­targ. Chłop­cy, któ­rzy z Al­kiem współ­ży­li i wal­czy­li, zna­leź­li się w jed­nym z plu­to­nów kom­pa­nii „Rudy”. Gdy usły­sze­li, że za­no­si się na na­zwa­nie in­nej kom­pa­nii imie­niem ich przy­ja­cie­la i do­wód­cy, za­pro­te­sto­wa­li za­pal­czy­wie. Alek musi po­zo­stać z nimi, z ich plu­to­nem! Nie było rady – je­den z plu­to­nów kom­pa­nii „Rudy” mu­siał zo­stać plu­to­nem „Alek”.

Rów­nież przy­ja­cie­le Fel­ka – któ­re­go ko­le­żeń­ska tro­ska o pod­ko­mend­nych oraz bo­ha­ter­ska śmierć w ak­cji pod Czar­no­ci­nem sta­wa­ły się sym­bo­lem – naj­pierw ze­spo­li­li z jego imie­niem pierw­szą kom­pa­nię, ale po re­or­ga­ni­za­cji „za­bra­li go” ze sobą do jed­ne­go z plu­to­nów „Ru­de­go”! I od­tąd za­miast kom­pa­nii „Fe­lek” był plu­ton „Fe­lek”. Du­chy po­le­głych to­wa­rzy­szy­ły, jak z tego wi­dać, swym ży­ją­cym przy­ja­cio­łom, a nie or­ga­ni­za­cyj­nym for­mom.

Wła­ści­wym bo­ha­te­rem na­szej opo­wie­ści jest wiel­ki  z e s p ó ł mło­dzie­ży Grup Sztur­mo­wych. Ale po­nie­waż dla toku opo­wia­da­nia po­żą­da­ne jest wy­su­nię­cie paru po­sta­ci, wo­kół któ­rych sku­pi się nar­ra­cja, nie­chże nimi będą An­drzej Mor­ro i Je­re­mi. Pri­mi in­ter­pa­res – jak ma­wia­li Rzy­mia­nie.

An­drzej Mor­ro za­czął zwra­cać na sie­bie uwa­gę w okre­sie ma­łe­go sa­bo­ta­żu, a w okre­sie dy­wer­sji miał już moc­ną po­zy­cję. Zoś­ka ce­nił go bar­dzo i ty­po­wał na jed­ne­go ze swych na­stęp­ców.

Był o kil­ka lat młod­szy od twór­ców Grup Sztur­mo­wych. Tam­tych woj­na za­sko­czy­ła po peł­nych ma­tu­rach, jego – po „ma­łej ma­tu­rze”. Był wy­so­kim, po­staw­nym chłop­cem o ja­snych blond wło­sach, nie­bie­skich oczach i po­dłuż­nej, re­gu­lar­nej twa­rzy. Gdy Niem­cy za­ję­li War­sza­wę i lu­dzie z ko­niecz­no­ści ze­tknę­li się z hi­tle­row­sko-ra­si­stow­ski­mi teo­ria­mi, ko­le­dzy za­czę­li po­kpi­wać, iż An­drzej jest ty­po­wym nor­dy­kiem. Szes­na­sto­let­ni wów­czas An­drzej był w roz­pa­czy. Pró­bo­wał udo­wad­niać, że nor­dy­kiem nie jest, gdyż tę­czów­ki ma nie­zu­peł­nie nie­bie­skie, a na twa­rzy tro­chę pie­gów, któ­rych nie uwzględ­nia­ją żad­ne ra­si­stow­skie cha­rak­te­ry­sty­ki czy­stych Ger­ma­nów. Nie po­mo­gło – ko­le­dzy, wy­czu­wa­jąc, iż tra­fi­li na „sła­by punkt” An­drze­ja, upo­rczy­wie gło­si­li jego nor­dyc­kość. Nie­szczę­śli­wy chło­piec dźwi­gał przez wie­le pierw­szych mie­się­cy oku­pa­cji ta­jem­ną udrę­kę swej nor­dyc­ko­ści, aż po pew­nym cza­sie prze­sta­li się tym in­te­re­so­wać ko­le­dzy i za­po­mniał o tym sam An­drzej.

Za­po­mniał tym ła­twiej, iż te­raz za­czę­ły do­cie­rać doń nowe gło­sy o jego wy­glą­dzie – gło­sy dziew­cząt. Że jest przy­stoj­ny. Tyl­ko war­gi ma zbyt chło­pię­ce, pra­wie dzie­cin­ne. An­drzej więc za­czął za­sta­na­wiać się, czy nie ma ja­kie­go spo­so­bu na nada­nie war­gom bar­dziej mę­skie­go wy­ra­zu, ale wnet mach­nął i na to ręką.

Mło­dy czło­wiek z każ­dym mie­sią­cem oku­pa­cji co­raz mniej in­te­re­so­wał się swym wy­glą­dem ze­wnętrz­nym, a co­raz bar­dziej po­grą­żał w świat we­wnętrz­ny, świat my­śli. Fak­ty co­dzien­nej hi­tle­row­skiej prze­mo­cy wy­wo­ły­wa­ły moc­ne, gwał­tow­ne pra­gnie­nie spra­wie­dli­wo­ści i praw­dy. Nie wia­do­mo, kie­dy i jak, nie­mal z mie­sią­ca na mie­siąc, uro­czy chło­piec prze­kształ­cał się co­raz wy­raź­niej w gor­li­we­go wy­znaw­cę tych idei. Na sto­sun­kach ko­le­żeń­skich ta An­drze­jo­wa prze­mia­na za­wa­ży o tyle, iż dla przy­ja­ciół An­drzej Mor­ro sta­nie się nie­ja­ko czło­wie­kiem o dwóch du­szach: miły kom­pan, wier­ny to­wa­rzysz – w pew­nych chwi­lach zmie­nia się na­gle w bez­kom­pro­mi­so­we­go, twar­de­go gło­si­cie­la praw­dy. An­drzej – uro­czy ko­le­ga, przy­cią­ga i ze­spa­la, An­drzej – upo­rczy­wy re­ali­za­tor czy­stej li­nii po­stę­po­wa­nia, tak­że wpraw­dzie po­cią­ga nie­któ­rych, lecz zra­ża in­nych. Zwa­no go nie­kie­dy An­drze­jem Fi­lo­zo­fem.

An­drzej jest wy­ro­bio­ny spor­to­wo. Na przed­wo­jen­nych mię­dzysz­kol­nych za­wo­dach zdo­był pierw­sze miej­sce w sko­ku o tycz­ce. Był do­brym strzel­cem. Do­brze i chęt­nie gry­wał w ko­szy­ków­kę, siat­ków­kę i pił­kę noż­ną. Do­bra kon­dy­cja fi­zycz­na sta­nie się w woj­sko­wych pe­ry­pe­tiach An­drze­ja bar­dzo cen­ną opra­wą dla jego war­to­ści we­wnętrz­nych. Po­łą­cze­nie tych dwóch cech dać może w okre­sach wal­ki zbroj­nej szcze­gól­nie ko­rzyst­ne wy­ni­ki. W wy­pad­ku An­drze­ja tak wła­śnie się za­po­wia­da­ło, gdyż cha­rak­ter i umysł mło­de­go czło­wie­ka nie były na niż­szym po­zio­mie niż jego sprę­ży­stość mię­śnio­wa. Za­rów­no małą, przed­wo­jen­ną ma­tu­rę, jak i ma­tu­rę „wiel­ką”, ro­bio­ną na kon­spi­ra­cyj­nych kom­ple­tach, zdał na „bar­dzo do­brze”. Po­nad­to wy­róż­niał się w uczniow­skim ży­ciu spo­łecz­nym, gdzie przez trzy lata był prze­wod­ni­czą­cym sa­mo­rzą­du.

Oj­ciec An­drze­ja był in­dy­wi­du­al­no­ścią wy­bit­ną. Wy­wie­rał nie­zwy­kły urok na całą ro­dzi­nę. Po­tra­fił za­przy­jaź­nić się z oby­dwo­ma sy­na­mi (An­drzej miał o dwa lata młod­sze­go bra­ta, któ­ry te­raz z nim ra­zem na­le­żał do Grup Sztur­mo­wych). Owo­cem tej przy­jaź­ni stał się fakt może drob­ny, lecz cha­rak­te­ry­stycz­ny: gdy trze­ba było wy­brać pseu­do­nim kon­spi­ra­cyj­ny, An­drzej po­dał: „Mor­ro”. Był to pseu­do­nim jego ojca z kon­spi­ra­cyj­nych cza­sów po­przed­niej ge­ne­ra­cji, utwo­rzo­ny z prze­sta­wie­nia dwóch pierw­szych sy­lab na­zwi­ska Ro­moc­ki. An­drzej po tra­gicz­nej śmier­ci ojca w 1940 roku pra­gnął stać się jego kon­ty­nu­acją, być jak on dzia­ła­czem spo­łecz­nym – żoł­nie­rzem. A mat­ka? Z mat­ką moż­na było pro­wa­dzić nie­koń­czą­ce się „za­sad­ni­cze” roz­mo­wy i dys­ku­sje, była więc „rów­ną” mamą.

W Sza­rych Sze­re­gach An­drzej czuł się świet­nie, był prze­cież har­ce­rzem od lat chło­pię­cych. Służ­bę peł­nił w huf­cu Ru­de­go, zwa­nym „Sad”. Nie­win­na ta na­zwa sta­no­wi­ła kryp­to­nim wy­ra­zów sa­bo­taż i dy­wer­sja. Za­przy­jaź­nił się z Ru­dym i z Zoś­ką. Śmierć ich wstrzą­snę­ła nim. Gdy pierw­sze i naj­sil­niej­sze wra­że­nie prze­mi­nę­ło, po­wta­rzał upo­rczy­wie: „Mu­si­my Zoś­kę i Ru­de­go za­stą­pić, mu­szą trwać w na­szej pra­cy”.

Miał te­raz dwa­dzie­ścia lat i usta­lo­ny cha­rak­ter. Po­sia­dał sze­ro­kie, lecz roz­pro­szo­ne za­in­te­re­so­wa­nia spo­łecz­ne, po­li­tycz­ne, kul­tu­ral­ne. Pra­gnął, za za­chę­tą ojca, stu­dio­wać w Szko­le Nauk Po­li­tycz­nych, wiel­bił sprę­ży­stość w my­śle­niu i dzia­ła­niu. Uczył się ję­zy­ków. Wie­le my­ślał i dys­ku­to­wał.

Gdy doj­dzie do wy­da­rzeń opi­sa­nych w na­stęp­nym roz­dzia­le, An­drzej Mor­ro bę­dzie „świe­żo upie­czo­nym” do­wód­cą swe­go ma­cie­rzy­ste­go plu­to­nu „Sad”, w „świe­żo upie­czo­nej” kom­pa­nii „Rudy”. Trzy mie­sią­ce póź­niej, w grud­niu 1943 roku, zo­sta­nie do­wód­cą tej kom­pa­nii.

A Je­re­mi? O Je­re­mim bę­dzie wła­ści­wiej po­wie­dzieć w in­nym miej­scu.

II. Pod Wilanowem

W le­cie 1943 roku kil­ka za­stę­pów sza­ro­sze­re­go­wych z Mo­ko­to­wa urzą­dzi­ło ćwi­cze­nia w La­sach Ka­bac­kich, któ­re sta­no­wią wiel­ki kom­pleks le­śny. Je­den z tych za­stę­pów za­błą­dził; po wie­lo­go­dzin­nym klu­cze­niu zna­lazł się wcze­snym ran­kiem w ja­kiejś wsi, jak się po­tem oka­za­ło – w Kę­pie La­tosz­ko­wej pod Wi­la­no­wem, któ­ra była wsią w znacz­nej czę­ści ob­sa­dzo­ną przez ko­lo­ni­stów nie­miec­kich. Wpraw­dzie go­spo­darz, któ­re­go py­ta­li o dro­gę, był Po­la­kiem, lecz oka­zał się Po­la­kiem zdraj­cą. Gdy mło­dzi wy­po­czy­wa­li w jego obej­ściu, za­wia­do­mił swych są­sia­dów Niem­ców.

Uzbro­je­ni ko­lo­ni­ści zor­ga­ni­zo­wa­li ob­ła­wę. Uciecz­ka nie po­wio­dła się. Ści­ga­ni przez co­raz licz­niej­szych Niem­ców i paru po­ma­ga­ją­cym im są­sia­dów Po­la­ków, wy­czer­pa­ni uprzed­nim ca­ło­noc­nym błą­dze­niem, nie uszli po­go­ni. Tyl­ko tro­je zna­la­zło ukry­cie w za­gro­dach lu­dzi z pol­skim su­mie­niem, czte­rech na­to­miast chłop­ców zgi­nę­ło okrut­ną śmier­cią z rąk znę­ca­ją­cych się nad nimi ko­lo­ni­stów.

Prze­bra­ła się mia­ra. Nie wol­no było pu­ścić pła­zem nie­ludz­ko­ści ko­lo­ni­stów i ich prze­ciw­pol­skie­go zu­chwal­stwa w bez­po­śred­nim po­bli­żu sto­li­cy. Nie wol­no było to­le­ro­wać ha­nieb­ne­go za­cho­wa­nia się paru pol­skich chło­pów, głów­nych spraw­ców zdra­dy i schwy­ta­nia. W Kie­row­nic­twie Wal­ki Pod­ziem­nej za­padł na wieś wy­rok. Wy­rok groź­ny: znisz­czyć zdra­dziec­ką wieś! Całą wieś. Trze­ba było wstrzą­snąć wy­obraź­nią Niem­ców i kan­dy­da­tów na zdraj­ców kra­ju.

Ke­dyw wy­ko­ny­wał wy­rok. Wy­da­no roz­kaz zmo­bi­li­zo­wa­nia kil­ku plu­to­nów z róż­nych jed­no­stek dy­wer­sji, a tak­że sie­dem­dzie­się­ciu lu­dzi z Grup Sztur­mo­wych.

Gdy na od­pra­wie do­wód­ców kom­pa­nii i plu­to­nów ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” od­czy­ta­no roz­kaz, za­pa­no­wa­ła dłu­ga chwi­la ci­szy.

– Więc co to ma być? Mamy pod­pa­lić wieś?

– Nie pod­pa­lić, ale spa­lić.

Znów mil­cze­nie. Po­tem nowe py­ta­nie:

– A chło­pi?

– Jacy tam chło­pi! Niem­cy i gor­si od nich – zdraj­cy. Roz­kaz mówi wy­raź­nie: znisz­czyć, wy­strze­lać.

An­drzej Mor­ro zbladł, od­dy­cha głę­bo­ko:

– Je­rzy, prze­cież to nie­moż­li­we! Jak­że my to mo­że­my ro­bić?

Je­rzy, do­wód­ca ba­ta­lio­nu, trze w za­kło­po­ta­niu bro­dę. Trzy­ma w ręku bi­buł­kę roz­ka­zu, pa­trzy w nią upo­rczy­wie.

Mil­cze­nie prze­ry­wa Koł­czan. Jest po­waż­niej­szy niż zwy­kle, choć usi­łu­je iro­ni­zo­wać.

– Tyl­ko nie wy­mą­drzać się, dru­ho­wie. Zo­sta­li­śmy woj­skiem, a to, co Je­rzy od­czy­tał, jest roz­ka­zem woj­sko­wym. Po­nad­to – drob­ne przy­po­mnie­nie: ci chło­pi to zdra­dziec­ka swo­łocz, któ­ra po­mor­do­wa­ła na­szych chłop­ców. Po­mor­do­wa­ła z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli. Musi być kara.

Gdy Koł­czan koń­czy mó­wić, czu­je, iż szczę­ki zwie­ra mu skurcz. Wyj­mu­je ręce z kie­sze­ni spodni i roz­pi­na gu­zi­ki kurt­ki.

– Spo­koj­nie, bra­cie, spo­koj­nie – wtrą­ca się Dłu­gi. – Ka­rać na pew­no trze­ba. Tyl­ko, bra­cie, zdo­bądź się na wy­obraź­nię: mamy więc strze­lać do bez­bron­nych? Do ko­biet może też? I ma to wy­ko­ny­wać plu­ton „Alek”? Wła­śnie „Alek”?

Dłu­gi jest po śmier­ci Zoś­ki uzna­wa­ny za straż­ni­ka tra­dy­cji Bu­ków – tego „kla­nu” Grup Sztur­mo­wych – więc to, że sta­nął te­raz przy An­drze­ju Mor­ro, robi wra­że­nie. A Dłu­gi, od­cze­kaw­szy tro­chę, koń­czy:

– Nie po­win­ni­śmy mieć am­bi­cji do­rów­ny­wa­nia Niem­com w hi­tle­row­skich me­to­dach wal­ki.

Taka jed­nak kon­klu­zja znów po­de­rwa­ła Koł­cza­na. Ten ro­bot­ni­czy syn – krę­py, ener­gicz­ny – ła­two wpa­da w roz­draż­nie­nie. Go­rą­co, na­mięt­nie pro­te­stu­je prze­ciw po­dob­nym ze­sta­wie­niom. Tem­pe­ra­tu­ra dys­ku­sji wzra­sta. Ni­ko­mu do gło­wy nie przy­szło, że to prze­cież od­pra­wa woj­sko­wa, na­wet Je­rzy za­po­mniał o tym. Mó­wi­li je­den przez dru­gie­go, nie­mal wszy­scy rów­no­cze­śnie. Po­waż­nie lub iro­nicz­nie, gwał­tow­nie lub z uda­nym chło­dem. Wszyst­ko skon­cen­tro­wa­ło się wo­kół za­gad­nie­nia od­po­wie­dzial­no­ści zbio­ro­wej: Czy do­pusz­czal­na? Czy ce­lo­wa? Gdy wresz­cie po paru go­dzi­nach przy­na­gla­ni gło­dem skoń­czy­li dys­ku­to­wa­nie i roz­po­czę­li po­je­dyn­czo lub po dwóch opusz­czać lo­kal, rzecz wy­da­wa­ła się uzgod­nio­na. Je­rzy wrę­czył łącz­nicz­ce kart­kę do swe­go do­wód­cy z proś­bą o na­tych­mia­sto­we spo­tka­nie: miał pod­jąć pró­bę zmie­nie­nia przez Ke­dyw roz­ka­zu tak, aby na znisz­cze­nie zo­sta­ła ska­za­na nie wieś, lecz tyl­ko te punk­ty, w któ­rych do­ko­na­ła się zdra­da. Ze wzglę­du na nie­pew­ne losy in­ter­wen­cji Je­rzy zo­bo­wią­zał uczest­ni­ków od­pra­wy, aby o jej prze­bie­gu nie do­wie­dział się nikt z pod­ko­mend­nych.

Pe­sy­mizm Je­rze­go oka­zał się słusz­ny. Zmia­na roz­ka­zu na­po­tka­ła trud­no­ści. Wy­ja­śnio­no, że wy­rok na zdra­dziec­ką wieś za­padł nie w woj­sku, lecz w Kie­row­nic­twie Wal­ki Pod­ziem­nej, a na in­ter­we­nio­wa­nie tam było za póź­no. Dys­po­zy­cje do ak­cji i przy­go­to­wa­nia były już zbyt za­awan­so­wa­ne. Po­nad­to w Ke­dy­wie, w związ­ku z nie­daw­ny­mi okru­cień­stwa­mi hi­tle­row­ski­mi we wsiach lu­bel­skich, gdzie ma­so­wo od­bie­ra­no dzie­ci ro­dzi­com, aby je niem­czyć, oraz wy­sie­dla­no całe wsie, pa­no­wa­ło prze­ko­na­nie o ko­niecz­no­ści okrut­ne­go od­we­tu na ko­lo­ni­stach nie­miec­kich. Tyle tyl­ko Je­rzy wy­jed­nał, że jego od­dzia­ły zo­sta­ły prze­zna­czo­ne wy­łącz­nie do wy­ko­na­nia bo­jo­wej czę­ści ro­bo­ty, od­cią­ża­ją­cej ak­cję od­we­to­wą ata­ka­mi na po­ste­ru­nek żan­dar­me­rii i na sko­sza­ro­wa­ną w pa­ła­cu wi­la­now­skim gru­pę lot­ni­ków nie­miec­kich. Znisz­cze­nie wsi mia­ły prze­pro­wa­dzić inne gru­py Ke­dy­wu.

Kon­cen­tra­cja od­dzia­łu „Zoś­ka”, skie­ro­wa­ne­go do ak­cji pod do­wódz­twem Gie­won­ta, zo­sta­ła wy­zna­czo­na 26 wrze­śnia na cmen­ta­rzu wi­la­now­skim, tuż przed koń­cem go­dzi­ny po­li­cyj­nej (w tym cza­sie była to go­dzi­na dwu­dzie­sta). Zjeż­dża­no się tram­wa­ja­mi, przy­by­wa­no pie­szo. Broń – ste­ny, visy, gra­na­ty, pla­styk – wie­zio­no w tecz­kach lub nie­sio­no pod płasz­cza­mi. Gdy Koł­czan z kil­ko­ma swo­imi wsiadł do tram­wa­ju nie­zbyt wy­peł­nio­ne­go w tych ostat­nich mi­nu­tach do­zwo­lo­ne­go ru­chu, kon­duk­tor przez dłu­gi czas kry­tycz­nym, z lek­ka po­kpi­wa­ją­cym spoj­rze­niem przy­glą­dał się mło­dym lu­dziom. Paru było w dłu­gich bu­tach, a więk­szość trzy­ma­ła pod pa­cha­mi ja­kieś nie­wy­raź­ne tecz­ki. Koł­czan wy­cią­gnął pie­nią­dze, aby za­pła­cić za bi­le­ty. Wów­czas kon­duk­tor nie wy­trzy­mał:

– Pa­no­wie, za­pła­ci­cie po ro­bo­cie! Zresz­tą – woj­sko nie pła­ci!

Koł­czan, mały, czar­ny, za­ro­śnię­ty – w pierw­szej chwi­li onie­miał z za­sko­cze­nia i nie wie­dział, czy ma się obu­rzyć, czy „udać głu­pie­go”. Ale wa­gon był nie­mal pu­sty, a kon­duk­tor mru­żył oczy tak do­bro­dusz­nie. Koł­czan rów­nież zmru­żył w uśmie­chu oko. Uśmiech­nę­ła się i resz­ta chłop­ców.

Na cmen­ta­rzu, ob­sta­wio­nym przez czuj­ki, było już roj­no. Przy­był też dok­tor Brom z pa­ro­ma sa­ni­ta­riusz­ka­mi. Brom do­pie­ro przed mie­sią­cem zwią­zał się z Gru­pa­mi Sztur­mo­wy­mi, była to jego dru­ga ak­cja. Po raz pierw­szy wy­stą­pił w Sie­czy­chach, a jego pierw­szym ran­nym był Zoś­ka. Dok­tor Brom był in­struk­to­rem har­cer­skim z Piotr­ko­wa, świe­żo przed woj­ną ukoń­czo­nym le­ka­rzem, któ­re­go „na śle­po” przy­dzie­lo­no do Grup Sztur­mo­wych. Moż­na so­bie wy­obra­zić zdzi­wie­nie Bro­ma, gdy w Sie­czy­chach, mel­du­jąc się u do­wód­cy od­dzia­łu, zo­ba­czył na jego pier­si krzyż har­cer­ski. Obok sta­ło jesz­cze kil­ku dy­wer­san­tów – rów­nież z krzy­ża­mi.

– Co to za od­dział, skąd te ozna­ki? – py­tał zdzi­wio­ny Zoś­ki, gdy szedł z nim na bi­wak.

– Wi­dzę, że pan dok­tor po raz pierw­szy zo­ba­czył har­ce­rzy – za­żar­to­wał Zoś­ka.

– Pro­szę nie ga­dać głupstw – żach­nął się Brom. – Je­stem in­struk­to­rem har­cer­skim.

– Pa­aan? – zdzi­wił się te­raz z ko­lei Zoś­ka. Aż przy­sta­nął z prze­ję­cia. – Co za far­sa! Prze­cież my je­ste­śmy od­dzia­łem har­cer­skim w dy­wer­sji!

Żywy, o bo­jo­wym tem­pe­ra­men­cie le­karz przy­padł chłop­com do ser­ca. Za­przy­jaź­ni­li się z nim szyb­ko.

Przy­by­ło też na ak­cję kil­ka sa­ni­ta­riu­szek. Zna­li je z kon­tak­tów w mie­ście, ale w polu wy­stą­pi­ły po raz pierw­szy do­pie­ro w Sie­czy­chach i te­raz – w Wi­la­no­wie. Do­tych­czas chłop­cy ra­to­wa­li się sami. Na tę no­wość pa­trzy­li z apro­ba­tą: to­wa­rzy­stwo dziew­cząt wy­szko­lo­nych w ra­tow­nic­twie jest i po­ży­tecz­ne, i przy­jem­ne.

Do­cho­dzi­ła go­dzi­na dwu­dzie­sta dru­ga. Ze­rwał się sil­ny wiatr. Ga­łę­zie drzew za­czę­ły sze­le­ścić wśród ra­mion krzy­ży.

Do­wód­ca ak­cji – Gie­wont – raz po raz spo­glą­dał na ze­ga­rek. Był to przed­wo­jen­ny in­struk­tor har­cer­ski, o kil­ka lat star­szy od An­drze­ja Mor­ro i jego ko­le­gów.Ten ni­ski, krę­py, ma­ło­mów­ny, fleg­ma­tycz­ny męż­czy­zna jesz­cze nie­daw­no był zwa­ny w Gru­pach Sztur­mo­wych Ma­łym. Ale spon­ta­nicz­nie zro­dzo­ny wśród oto­cze­nia pseu­do­nim nie zy­skał apro­ba­ty Ma­łe­go. To­też chłop­cy, roz­ba­wie­ni nie­za­do­wo­lo­ny­mi mi­na­mi in­struk­to­ra, za­czę­li go żar­to­bli­wie zwać Gie­won­tem. I tak już zo­sta­ło.

Dwu­dzie­sta dru­ga! Gie­wont bły­snął la­tar­ką elek­trycz­ną.

– Za­czy­na­my!

Ostroż­nie i w zu­peł­nej ci­szy od­dział opusz­cza cmen­tarz czte­re­ma gru­pa­mi. Jed­na gru­pa ma za­ata­ko­wać lot­ni­ków roz­lo­ko­wa­nych w skrzy­dle pa­ła­cu wi­la­now­skie­go. Dru­ga bę­dzie li­kwi­do­wać tak zwa­ną stre­ifę, po­ste­ru­nek nie­miec­ki na szo­sie do Po­wsi­na. Trze­cia na­trze na pla­ców­kę po­li­cji nie­miec­kiej i gra­na­to­wej. Czwar­ta ubez­pie­czy dzia­ła­nie od stro­ny Sa­dy­by. Brom z sa­ni­ta­riusz­ka­mi zo­sta­je na ra­zie na cmen­ta­rzu.

Wal­ka roz­po­czę­ła się pod złym zna­kiem: nie za­czę­to wszyst­kich dzia­łań rów­no­cze­śnie. Może Gie­wont coś źle ob­li­czył albo je­den z pa­tro­li Ke­dy­wu za wcze­śnie spo­wo­do­wał eks­plo­zję ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go za­ło­żo­ne­go przy słu­pie te­le­fo­nicz­nym (prze­rwa­nie po­łą­czeń z War­sza­wą). Wy­buch na­stą­pił, gdy od­dzia­ły „Zoś­ki” nie wszyst­kie jesz­cze były na sta­no­wi­skach.

Pierw­sza roz­po­czę­ła wal­kę gru­pa „stre­ify”. Nie­ste­ty, wy­buch za­ostrzył czuj­ność żan­dar­mów. Na nasz ogień od­po­wie­dzie­li na­tych­miast ogniem. Dwóch na­szych – Wi­tol­da i Fa­ry­sa – ra­nio­no. Na szczę­ście An­drzej Mor­ro, do­wo­dzą­cy tu na­tar­ciem od­dzia­łu zło­żo­ne­go z chłop­ców „Sadu” i gru­py Kop­cia z kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej, wpadł na po­mysł oświe­tle­nia Niem­ców od tyłu roz­la­ną i pod­pa­lo­ną ben­zy­ną. Efekt był pio­ru­nu­ją­cy: po­grą­że­ni w ciem­no­ściach bo­jow­cy uj­rze­li na­gle żan­dar­mów w bla­skach ognia. Wal­ka zo­sta­ła za­koń­czo­na w cią­gu mi­nu­ty – więk­szość Niem­ców po­le­gła.

Na in­nym od­cin­ku, z lot­ni­ka­mi – a ra­czej z żoł­nie­rza­mi ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej – wy­two­rzy­ła się dzi­wacz­na sy­tu­acja. Gru­pa pierw­szej kom­pa­nii „Fe­lek” wpa­dła do skrzy­dła pa­ła­cu za­ję­te­go przez żoł­nie­rzy i za­sta­ła po­ko­je… pu­ste! Niem­cy wy­szli na pa­trol do par­ku. Zja­wi­li się na dzie­dziń­cu w kil­ka mi­nut po­tem, wy­ba­wia­jąc chłop­ców z głu­pie­go za­kło­po­ta­nia. Gdy syl­wet­ki pa­tro­lu lot­ni­cze­go uka­za­ły się na tle ja­śniej­sze­go nie­ba, pada nie­mą­dre py­ta­nie:

– Kto tam?

– Die Wa­che! – od­po­wia­da nie mniej głu­pio Nie­miec. Ale już w na­stęp­nej se­kun­dzie orien­tu­je się w sy­tu­acji i bły­ska­wicz­nym ru­chem pod­no­si „roz­py­lacz”. Flo­rian był szyb­szy – ostry trzask bro­ni ma­szy­no­wej i wy­bu­chy gra­na­tów bu­rzą ci­szę dzie­dziń­ca. Kil­ku Niem­ców pada. U nas za­bi­ty Smu­kły, cięż­ko ran­ny Gru­by i lek­ko ran­na łącz­nicz­ka. Ze­wsząd sły­chać tu­pot nóg bie­gną­cych Niem­ców. Chłop­cy wy­co­fu­ją się w gąszcz par­ku. Po­zo­sta­wia­ją wśród wro­gów – bo­daj­że po raz pierw­szy w dzie­jach Grup Sztur­mo­wych – cięż­ko ran­ne­go to­wa­rzy­sza oraz cia­ło po­le­głe­go.

Rów­no­cze­śnie z pierw­szy­mi strza­ła­mi koło pa­ła­cu wy­bu­cha­ją gra­na­ty pod od­le­głym o kil­ka­set me­trów bu­dyn­kiem (pla­ców­ka po­li­cji nie­miec­kiej i gra­na­to­wej). Ci też nie byli za­sko­cze­ni. Le­d­wo wy­bu­chły na­sze fi­li­pin­ki i le­d­wo ode­zwa­ły się strza­ły na­szych ste­nów, gdy spo­za ciem­nych okien po­ste­run­ku syp­nę­ły się po­ci­ski.

Po­li­cja gra­na­to­wa, zaj­mu­ją­ca jed­ną część bu­dyn­ku, dała się ła­two roz­bro­ić i bez strat. Po­li­cjan­ci nie­miec­cy wal­czy­li na­to­miast za­cie­kle. Wśród „Al­ków” po­wsta­ło za­mie­sza­nie. Co­fa­ją się nie­co. Niem­cy ukry­ci w ciem­no­ściach mają do­god­ne po­ło­że­nie, a prze­klę­ty księ­życ oświe­tla te­ren ak­cji.

– Ka­zik, z bu­tel­ka­mi na­przód! – woła Koł­czan, do­wo­dzą­cy tu gru­pą „Al­ków”. Ka­zik wy­bie­ga po­chy­lo­ny. W ogniu ka­ra­bi­nów nie­miec­kich, wy­ko­rzy­stu­jąc cień ofi­cy­ny, do­pa­da okna. Rzu­ca do wnę­trza sa­mo­za­pa­la­ją­cą bu­tel­kę z ben­zy­ną. Bez skut­ku. Dru­ga bu­tel­ka też się nie za­pa­la.

– Gra­na­tem do środ­ka! – roz­ka­zu­je Koł­czan Lau­dań­skie­mu. – Prę­dzej!

Lau­dań­ski, przy­warł­szy do zie­mi, wy­cią­gnął fi­li­pin­kę. Pod­ry­wa się, bie­gnie i ci­ska w okno. Nim zdą­żył ob­ró­cić się i paść na zie­mię, uj­rzał błysk, usły­szał huk. Moc­ny po­dmuch pchnął go tak, że wy­wró­cił się, ude­rza­jąc twa­rzą o zie­mię. Mo­men­tal­nie pod­niósł się i w pod­sko­kach bie­gnie do ogród­ka. Czu­je, jak­by w spodniach miał rój zło­śli­wych os, i zde­ner­wo­wa­ny chwy­ta się za po­ślad­ki – wy­ma­cu­je sze­reg bo­le­snych miejsc. „Prze­klę­ta fi­li­pi­na”.

W świe­tle ognia pło­ną­cej w po­li­cyj­nej izbie ben­zy­ny wy­ska­ku­je z ko­ry­ta­rza ja­kiś żan­darm. Koł­czan na­tych­miast zry­wa się i strze­la­jąc w bie­gu do żan­dar­ma, wpa­da do sie­ni. Ska­cze przez wa­lą­ce­go się na zie­mię Niem­ca. Krót­kie se­rie i szyb­kie po­je­dyn­cze strza­ły w sie­ni. Za krę­pą po­sta­cią sza­leń­ca Koł­cza­na, nie­odrod­ne­go na­stęp­cy Alka, pod­ry­wa­ją się: szo­fer Sem, Kuba, Ano­da, Ksią­żę. Bie­gną do bu­dyn­ku. Na­wet Lau­dań­ski bie­gnie do wal­ki. Tuż przy drzwiach do­sta­je po­strzał w szy­ję. Czu­jąc pły­ną­cą krew, skrę­ca w bra­mę są­sied­nie­go domu. – Tak, tak, tak – mam­ro­cze wy­stra­szo­ny, spraw­dza­jąc, czy ma głos. Ma! Za­czy­na ru­szać gło­wą – w po­rząd­ku, nic nie boli. Się­ga więc po opa­tru­nek oso­bi­sty, któ­ry przed ak­cją przy­piął agraf­ką do ma­ry­nar­ki – nie ma go. Od­wra­ca się, wy­pa­tru­jąc po­mo­cy, i wi­dzi, że Ka­zik – mło­dy to­karz z Brun­wer­ke – leży we krwi. Czoł­ga się do nie­go, chwy­ta za nogę i wcią­ga do są­sied­niej bra­my. Nie żyje, rany okrop­ne. Koło kie­sze­ni Ka­zi­ka – opa­tru­nek oso­bi­sty, przy­cze­pio­ny rów­nież przed ak­cją. Lau­dań­ski bie­rze nie­po­trzeb­ny już tam­te­mu opa­tru­nek i zaj­mu­je się swo­ją szy­ją.

Ja­kim cu­dem Koł­czan wy­szedł cało z cha­osu strza­łów we­wnątrz bu­dyn­ku, spo­śród pa­da­ją­cych tru­pem Niem­ców i ran otrzy­my­wa­nych przez na­szych – trud­no po­jąć. Wy­szedł jed­nak cało. Nie­ste­ty, pa­dło w tej wal­ce dwóch na­szych i kil­ku zo­sta­ło ran­nych, mię­dzy in­ny­mi Ksią­żę.

Od­dzia­ły ścią­ga­ły pod­nie­co­ne, prze­mę­czo­ne po wy­ko­na­niu swo­ich za­dań. Gdy An­drzej Mor­ro jako ostat­ni z od­ska­ku­ją­cych wsiadł do sa­mo­cho­du, w któ­rym już znaj­do­wa­li się: Brom, ran­ni, za­bi­ci, dwie sa­ni­ta­riusz­ki i osło­na – wiel­ka łuna czer­wie­ni­ła nie­bo. Pło­nął po­ste­ru­nek. Pło­nę­ła La­tosz­ko­wa Kępa, w któ­rej ci­chły już da­le­kie, ostat­nie strza­ły.

– Za­da­nie wy­ko­na­li­śmy – po­wie­dział Mor­ro do le­ka­rza – ale mamy aż pię­ciu za­bi­tych i bar­dzo cięż­ko ran­nych.

Gwał­tow­ne szarp­nię­cie prze­chy­li­ło wóz na bok. Ja­kiś ostry zgrzyt szarp­nął całą ka­ro­se­rią.

– Sa­kra­menc­ka cho­le­ra! – za­klął je­den z mło­dych lu­dzi, wa­ląc zę­ba­mi w szo­fer­kę, a łok­ciem w czy­jąś gło­wę. Wóz ja­dą­cy z nie­za­pa­lo­ny­mi świa­tła­mi na­je­chał na słup „stre­ify”, wbe­to­no­wa­ny na środ­ku szo­sy. Re­zul­ta­ty nie ka­za­ły na sie­bie dłu­go cze­kać. Po mi­nu­cie przy­kry swąd za­czął wy­do­by­wać się spod ma­ski sa­mo­cho­du, po­tem – kil­ka­na­ście prych­nięć i wóz sta­nął.

Chłod­ni­ca sil­ni­ka była bez wody. Me­dy­to­wa­li bez­rad­ni nad unie­ru­cho­mio­nym wo­zem. Na­gle z dala, od stro­ny Pia­secz­na – blask re­flek­to­rów. Blask rósł za­trwa­ża­ją­co szyb­ko. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – zbli­ża się kil­ka du­żych sa­mo­cho­dów.

– Ład­na hi­sto­ria!

Mowy nie było, aby zdą­żyć wy­nieść ran­nych i od­sko­czyć. Zdro­wi i lek­ko ran­ni we­szli do rowu przy­droż­ne­go i przy­go­to­wa­li broń.

An­drzej Mor­ro od­bez­pie­czył ste­na i cze­kał. Wtem zbli­ża­ją­ce się szyb­ko obce auta za­czy­na­ją… dzwo­nić! Po chwi­li osłu­pie­nia – ra­do­sna myśl: straż ognio­wa!

An­drzej Mor­ro jest już na szo­sie. Wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tem, krzy­czy coś do aut. Pierw­sze auto mija go. Dru­gie – gdy wy­sko­czył na śro­dek jezd­ni i stał tak bez ru­chu z pi­sto­le­tem skie­ro­wa­nym w czerń nocy po­wy­żej re­flek­to­rów – sta­nę­ło. Po chwi­li sta­nę­ło i pierw­sze.

Z jed­ne­go i dru­gie­go wozy wy­sy­pu­ją się stra­ża­cy, pod­cho­dzą do An­drze­ja. Ten stoi nie­ru­cho­mo w peł­nych bla­skach re­flek­to­rów, ze ste­nem w dło­ni, wy­so­ki, po­staw­ny i groź­ny.

– Pa­no­wie, na tym te­re­nie od­by­wa się ak­cja Ar­mii Kra­jo­wej. Po­psuł się nam wóz. Zmu­sze­ni je­ste­śmy za­re­kwi­ro­wać wasz.

Chwi­la ci­szy i…

– Niech żyje Pol­ska! – krzy­czy pi­skli­wym, nie­na­tu­ral­nym w ra­do­snym pod­nie­ce­niu gło­sem któ­ryś ze stra­ża­ków.

– Niech żyje Pol­ska! – pod­chwy­tu­ją dzie­siąt­ki gło­sów. Co za lu­dzie! Pod­nie­ce­ni nie wie­dzą, jak wy­ra­zić swe uczu­cia bo­jow­com. Któ­ryś zdej­mu­je swój hełm stra­żac­ki i wkła­da na gło­wę An­drze­ja Mor­ro.

Sa­mo­chód stra­ży ognio­wej, któ­ra nie do­je­cha­ła nig­dy do pło­ną­cej wsi, bie­rze cię­ża­rów­kę na hol. Stra­ża­cy po­zo­sta­ją. Ubez­pie­cze­ni i ran­ni z cia­ła­mi za­bi­tych po­dą­ża­ją do za­kła­du sióstr ur­szu­la­nek w Chy­li­cach, gdzie był umó­wio­ny punkt opa­trun­ko­wy.

Dok­tor Brom opa­tru­je naj­pierw lżej ran­nych, któ­rzy mu­szą jak naj­szyb­ciej od­je­chać. Gdy le­karz oglą­da szy­ję Lau­dań­skie­go, mówi doń:

– Szczę­ściarz! Kil­ka mi­li­me­trów głę­biej i mie­li­by­ście prze­rwa­ną tęt­ni­cę! Czy są jesz­cze ja­kie rany?

Lau­dań­ski ru­mie­ni się, spo­glą­da­jąc z uko­sa na sa­ni­ta­riusz­kę, i mówi moż­li­wie naj­ci­szej:

– Zda­je się, że moja wła­sna fi­li­pi­na trzep­nę­ła mnie tro­chę w po­ślad­ki.

Le­karz uśmie­cha się, ro­zu­mie chłop­ca; gdy skoń­czył z szy­ją, zwra­ca się do sa­ni­ta­riusz­ki:

– Pan­no Mar­to, dal­sze zra­nie­nia tego dru­ha opa­trzę sam.

Skoń­czo­ne. An­drzej Mor­ro zo­sta­wia le­ka­rza i jed­ną z sa­ni­ta­riu­szek z dwo­ma cięż­ko ran­ny­mi i z cia­ła­mi dwóch za­bi­tych ko­le­gów, a sam z lek­ko ran­ny­mi i z ochro­ną od­jeż­dża.

Nie od­je­chał­by An­drzej tak szyb­ko, gdy­by wie­dział, ja­kie kło­po­ty zwa­lą się na le­ka­rza. Nie­szczę­sny Brom i nie­szczę­sna sa­ni­ta­riusz­ka, prze­mę­cze­ni wy­czer­pu­ją­cą, wie­lo­go­dzin­ną pra­cą opa­try­wa­nia, czu­wa­nia i wie­zie­nia ran­nych, mu­szą prze­no­sić obu ran­nych i sami grze­bać cia­ła dwóch za­bi­tych – Ka­zi­ka i Józ­ka.

Jak­że cięż­kie są cia­ła po­le­głych, gdy we dwój­kę trze­ba je nieść w da­le­ką część ogro­du, jak­że zbo­la­łe są mię­śnie i ko­ści, gdy ko­pie się przez parę go­dzin mo­gi­łę… A po­tem, le­d­wo umyw­szy ręce, trze­ba śpie­szyć do tego, któ­ry ran­ny w brzuch zda­je się już ko­nać. Za­strzyk. Umy­cie i wy­god­ne, ostroż­ne uło­że­nie. Znów za­strzyk.

Jest już peł­ny ra­nek. Naj­wyż­szy czas na od­jazd. Le­karz po­śpiesz­nie zmy­wa pla­my krwi z ma­ry­nar­ki, pa­ku­je wa­li­zecz­kę le­kar­ską. Idzie szyb­ko do ko­lej­ki wą­sko­to­ro­wej. Sa­ni­ta­riusz­ka po­zo­sta­je z ran­ny­mi.

Gdy ko­lej­ka sta­je na sta­cji w Wi­la­no­wie, jest pra­wie pu­sta. Na pe­ro­nie peł­no żan­dar­me­rii i ja­kiś nie­na­tu­ral­ny ruch. Kil­ku żan­dar­mów wcho­dzi do wa­go­nu i po­wo­li zbli­ża się do Bro­ma. Po raz pierw­szy w ży­ciu dok­tor Brom od­czu­wa gwał­tow­ną po­trze­bę za­pa­le­nia pa­pie­ro­sa. Nie­ste­ty, nie pali, nie ma więc pa­pie­ro­sów.

Niem­cy prze­szli.

W tym sa­mym cza­sie w Domu Star­ców w Gó­rze Kal­wa­rii obu­dził się po mę­czą­cej nocy je­den z lek­ko ran­nych – Lau­dań­ski. Mu­siał całą noc le­żeć na brzu­chu, z gło­wą od­wró­co­ną tyl­ko w jed­ną stro­nę – miał więc fa­tal­ne sny. Śnił mu się pro­fe­sor Czy­ży­kow­ski z kom­ple­tów: „Pa­nie Lau­dań­ski, jak tam z try­go­no­me­trią?”, to znów drę­czył go nie­po­kój o wła­sną dru­ży­nę: jak tam bę­dzie bez nie­go ze szko­le­niem dy­wer­syj­nym? A po­tem na­wie­dzi­ła go za­tro­ska­na twarz mat­ki i Ka­zik z tymi okrop­ny­mi ra­na­mi gło­wy. Co za noc!

Wie­czo­rem ze­szli się u An­drze­ja Mor­ro – Je­rzy, Gie­wont, Koł­czan, Ma­ciek, Czar­ny Jaś i jesz­cze paru. Przy­szli ot tak, po­ga­dać.

– No i co zro­bić z tymi ty­pa­mi, któ­rzy zo­sta­wi­li ran­ne­go na te­re­nie pa­ła­cu?

– Nie ma co, szpet­na hi­sto­ria: ba­ta­lion „Zoś­ka” i dwóch ko­le­gów po­zo­sta­wio­nych Niem­com. Alek, Rudy i Zoś­ka skrę­ca­ją się chy­ba w gro­bach.

Mil­czą.

– W ogó­le cała afe­ra z tą Kępą La­tosz­ko­wą nie bę­dzie chy­ba na­le­ża­ła do naj­pięk­niej­szych kart „Zoś­ki” – mówi z na­my­słem i po­wo­li młod­szy brat An­drze­ja Mor­ro – Jaś Ro­moc­ki, zwa­ny Bo­na­wen­tu­rą. Ma zmarsz­czo­ne brwi i z tru­dem wy­du­sza z sie­bie sło­wa.

– O co ci cho­dzi? – pyta po­ryw­czo Koł­czan. – Że pię­ciu na­szych zgi­nę­ło? By­ło­by zbyt do­brze, gdy­by na woj­nie tyl­ko wróg gi­nął. Zresz­tą co naj­mniej sied­miu szko­pów gry­zie piach z na­szej ręki.

– Nie tyl­ko, nie tyl­ko o tych po­le­głych – mru­czy chu­dzie­lec Bo­na­wen­tu­ra. De­ner­wu­je się, gnie­cie pal­ce. – Wciąż mam przed oczy­ma da­le­ki ogień, dymy pa­lą­cej się wsi i wciąż sły­szę strza­ły nie na­sze, nie te z par­ku, gdzie lot­ni­cy, lecz tam­te, koło wsi…

– Czyś ty zwa­rio­wał, Bo­na­wen­tu­ra? – uno­si się znów Koł­czan, wście­kły, że dys­ku­sja z nie­daw­nej od­pra­wy może znów się roz­po­cząć w no­wym gro­nie. – Miej ro­zum, prze­cież to Niem­cy i gor­si od Niem­ców – zdraj­cy pol­scy. Wy­mor­do­wa­li na­szych chłop­ców. Pa­stwi­li się nad nimi. Było prze­cież śledz­two, wie­my do­brze, co się tam dzia­ło. Może byś i żan­dar­mów bro­nił?

Bo­na­wen­tu­ra wciąż ner­wo­wo gnie­cie pal­ce. Jest jed­nym z naj­młod­szych w tym gro­nie. Czu­je się skrę­po­wa­ny swy­mi od­czu­cia­mi. Nie jest pe­wien, czy nie bę­dzie mu to po­czy­ty­wa­ne za brak mę­sko­ści.

Wy­ba­wia go z kło­po­tli­wej sy­tu­acji do­wód­ca ba­ta­lio­nu – Je­rzy. In­for­mu­je, że ma do­kład­ne wia­do­mo­ści o ak­cji i że „prze­wraż­li­wio­ne su­mie­nia” nie­po­trzeb­nie wy­ol­brzy­mia­ją nie­któ­re fak­ty. Nie spa­lo­no ca­łej wsi, tyl­ko jej część. Nie „wy­mor­do­wa­no w pień” lud­no­ści, lecz wy­ko­nu­jąc wy­rok, roz­strze­la­no trzech męż­czyzn – Po­la­ków, z któ­rych dwóch było głów­ny­mi spraw­ca­mi nie­szczę­ścia, oraz zgła­dzo­no dzie­wię­ciu volks­deut­schów. To wszyst­ko.

An­drzej Mor­ro spusz­cza oczy, Ma­ciek na­to­miast za­czy­na z za­cię­to­ścią wy­krzy­ki­wać, że Ke­dyw nie­po­trzeb­nie zmiękł; mówi to z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. Za­wsze uśmiech­nię­ty i za­wsze z za­dar­tą gło­wą, Ma­ciek tym ra­zem nie po­gwiz­du­je, nie uśmie­cha się, tyl­ko pod­nie­sio­nym gło­sem coś udo­wad­nia. An­drzej Dłu­gi wstał, pod­szedł do okna i wło­żyw­szy ręce głę­bo­ko w kie­sze­nie, pa­trzy na po­żół­kłą zie­leń wy­so­kiej to­po­li.

– Pię­ciu na­szych znów pa­dło – mru­czy Czar­ny Jaś, po­chy­liw­szy gło­wę o gra­na­to­wo­czar­nej czu­pry­nie.

– Może w tym jest część na­szej winy – mówi po dłuż­szej chwi­li za­sę­pio­ny Gie­wont. – Może po­peł­ni­li­śmy ja­kiś błąd w opra­co­wy­wa­niu ak­cji?

An­drzej Mor­ro wstał.

– Czy nie za wie­le ję­ków? Czy nie wy­star­czy krót­kie stwier­dze­nie, że wy­star­to­wa­li­śmy jako „Zoś­ka” nie naj­le­piej? Uży­to nas do ak­cji nie­od­po­wied­niej, sko­ro u tylu spo­śród nas wy­wo­ła­ła nie­po­kój su­mień. To raz. A po dru­gie – ak­cja ujaw­ni­ła, że woj­sko­wo je­ste­śmy mniej war­ci, niż so­bie wy­obra­ża­li­śmy. Trze­ba bę­dzie wziąć sie­bie i plu­to­ny w garść, je­że­li mamy nie za­gu­bić tra­dy­cji Zoś­ki, Ru­de­go i Alka.

Je­rzy wpa­tru­je się uważ­nie w mło­dzień­czą twarz An­drze­ja, w jego sze­ro­kie czo­ło wy­ra­ża­ją­ce sku­pie­nie i w zde­cy­do­wa­nie za­ry­so­wa­ny pod­bró­dek. „To ja po­wi­nie­nem po­wie­dzieć coś ta­kie­go” – my­śli Je­rzy. To samo my­śli Gie­wont. Wy­ra­zy twa­rzy Koł­cza­na i Mać­ka zdra­dza­ją jed­nak upo­rczy­wy sprze­ciw.

W kil­ka dni po­tem kie­row­nic­two Sza­rych Sze­re­gów wy­sła­ło list do do­wódz­twa Ar­mii Kra­jo­wej. W li­ście tym stwier­dzo­no, że nie­złom­nym pra­gnie­niem Grup Sztur­mo­wych jest przo­do­wa­nie w żoł­nier­skiej ofiar­no­ści bo­jo­wej. Jed­nak­że ist­nie­ją wąt­pli­wo­ści, czy sto­sun­ko­wo licz­ne w ostat­nich cza­sach stra­ty od­dzia­łów nie wy­ma­ga­ją re­wi­zji spo­so­bów dys­po­no­wa­nia nimi i czy wszyst­kie prze­pro­wa­dzo­ne ostat­nio ak­cje były wła­ści­wie oce­nio­ne pod ką­tem po­trzeb woj­ny.

Wy­sła­nie tego li­stu kosz­to­wa­ło nie­ma­ło tych, któ­rzy go za­ini­cjo­wa­li. Pra­wo czyn­ni­ków spo­łecz­nych do wglą­du w dzia­łal­ność woj­ska zda­wa­ło się tak nie­pew­ne.

III. Kompania wydzielona, czyli przyszły „Parasol”

Z Grup Sztur­mo­wych ufor­mo­wa­no trzy kom­pa­nie. Dwie z nich utwo­rzy­ły ba­ta­lion „Zoś­ka”. Trze­cia zo­sta­ła wy­dzie­lo­na z tego ba­ta­lio­nu do za­dań spe­cjal­nych. W cza­sie kie­dy lu­dzie „Zoś­ki” przy­go­to­wy­wa­li ak­cję wi­la­now­ską, kom­pa­nia wy­dzie­lo­na mia­ła do wy­ko­na­nia swe pierw­sze waż­ne za­da­nie: li­kwi­da­cję Bürc­kla.

Roz­ma­itość i czę­sto­tli­wość za­dań, ja­kie spa­da­ły na Dy­wer­sję, wy­ma­ga­ły spe­cja­li­za­cji. Po­mię­dzy ata­ko­wa­niem trans­por­tów ko­le­jo­wych lub po­ste­run­ków woj­sko­wych a li­kwi­da­cją szko­dli­wych hi­tle­row­ców była tak wiel­ka róż­ni­ca, że na­le­ża­ło w każ­dej z tych od­mien­nych form wal­ki dys­po­no­wać in­ny­mi ludź­mi. Cho­dzi­ło o wdro­że­nie w od­ręb­ne ro­dza­je umie­jęt­no­ści; trze­ba było or­ga­ni­zo­wać róż­ne typy roz­po­zna­nia i za­bez­pie­cze­nia, wy­pra­co­wać wy­spe­cja­li­zo­wa­ne ro­dza­je łącz­no­ści. Oto dla­cze­go w „Zo­ś­ce” kom­pa­nie „Rudy” i „Fe­lek” two­rzy­ły jed­ną gru­pę dy­wer­syj­ną na­sta­wio­ną na za­ma­chy ko­le­jo­we i ak­cje po­dob­ne, kom­pa­nia zaś wy­dzie­lo­na (któ­ra z cza­sem otrzy­ma­ła kryp­to­nim „Pa­ra­sol”) two­rzy­ła gru­pę dy­wer­syj­ną dru­gą, prze­zna­czo­ną spe­cjal­nie do wal­ki z ge­sta­po. Oczy­wi­ście te dwa ro­dza­je spe­cja­li­za­cji nie wy­czer­py­wa­ły ów­cze­snych form wal­ki zbroj­nej. Wy­star­czy przy­po­mnieć bo­jo­wą pra­cę od­dzia­łów par­ty­zanc­kich roz­rzu­co­nych po la­sach.

Wal­ka z ge­sta­po sta­ła się w po­ło­wie 1943 roku pie­ką­cą ko­niecz­no­ścią. Nade wszyst­ko w War­sza­wie. Apa­rat wro­ga zo­stał tu tak bar­dzo roz­bu­do­wa­ny, iż czas był naj­wyż­szy przy­stą­pić do psu­cia tej ma­szy­ny. A po­nad­to War­sza­wa była naj­bar­dziej pod­mi­no­wa­ną sto­li­cą w oku­po­wa­nej Eu­ro­pie. Hi­tle­row­ska po­li­cja po­li­tycz­na, ge­sta­po, skon­cen­tro­wa­ła tu od­dzia­ły i lu­dzi naj­bez­względ­niej­szych, naj­tward­szych. To­też nig­dzie chy­ba okru­cień­stwo ge­sta­pow­skie nie hu­la­ło tak, jak w War­sza­wie i nig­dzie ko­niecz­ność re­flek­tu­ją­cej oku­pan­ta po­msty nie była tak pil­na, jak w War­sza­wie.

Wal­ka z ge­sta­po zo­sta­ła zle­co­na trze­ciej kom­pa­nii Grup Sztur­mo­wych, od­da­nej pod do­wódz­two ofi­ce­ra Ke­dy­wu do zle­ceń spe­cjal­nych, Płu­ga. I, wła­ści­wie mó­wiąc, kom­pa­nia trze­cia sta­ła się dzie­łem jego rąk. Za­stęp­cą swym mia­no­wał Pług Je­rze­go Zbo­row­skie­go-Je­re­mie­go. No­mi­na­cja była na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją tego fak­tu, że gdy jesz­cze za ży­cia Zoś­ki do­bie­ra­no z Grup Sztur­mo­wych dru­ży­ny do przy­szłej kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej, Zoś­ka na ich sze­fa wy­zna­czył Je­re­mie­go, do­wód­cę naj­licz­niej­szej gru­py tego ze­spo­łu.

Już przy pierw­szym, wstęp­nym oma­wia­niu za­dań kom­pa­nii Pług oświad­czył:

– Usta­li­łem w Ke­dy­wie, że kom­pa­nia na­sza bę­dzie uży­wa­na wy­łącz­nie do ak­cji na ge­sta­po i SS. Nie zo­sta­nie­my nig­dy uży­ci do wy­ko­ny­wa­nia wy­ro­ków na ro­dzi­mej ka­na­lii.

– Je­ste­śmy panu za to ogrom­nie wdzięcz­ni – po­wie­dział Je­re­mi. A po chwi­li do­dał z uśmie­chem: – Kat jest wpraw­dzie też in­sty­tu­cją dziś po­trzeb­ną, ale my już wo­li­my nisz­czyć praw­dzi­we­go wro­ga.

Ogra­ni­cze­nie dzia­łań kom­pa­nii i w ogó­le od­dzia­łów sza­ro­sze­re­go­wych tyl­ko do ak­cji prze­ciw­ko si­łom zbroj­nym i po­li­cyj­nym nie­miec­kim za­wdzię­cza­no „Dy­rek­to­ro­wi” Ke­dy­wu – Ni­lo­wi, któ­ry wczu­wał się do­sko­na­le w po­trze­by wy­cho­waw­czo-woj­sko­we tej mło­dzie­ży. Nie cho­dzi­ło o za­osz­czę­dze­nie mło­dzie­ży sza­ro­sze­re­go­wej „brud­nej ro­bo­ty”, jak to błęd­nie na­pi­sał po woj­nie ktoś nie­obe­zna­ny z fak­ta­mi. Myśl prze­wod­nia tej de­cy­zji była inna: wy­su­nąć od­dzia­ły Grup Sztur­mo­wych do wal­ki rów­ne­go z rów­nym, do wal­ki z praw­dzi­wie groź­nym wro­giem.

Je­re­mi w ra­mach Petu – sa­mo­kształ­ce­nio­wej or­ga­ni­za­cji mło­dzie­ży szkół śred­nich – wszedł przed pa­ro­ma laty, po­dob­nie jak An­drzej Mor­ro, do Sza­rych Sze­re­gów. Oby­dwaj już w Pe­cie przy­jaź­ni­li się ze sobą. Gdy or­ga­ni­za­cja roz­ro­sła się i za­szła ko­niecz­ność po­dzie­le­nia jej na dwie gru­py – Żo­li­borz i Mo­ko­tów – Je­re­mi zo­stał „star­szym” Żo­li­bo­rza, An­drzej zaś – Mo­ko­to­wa. Każ­dy z nich roz­wi­nął swą gru­pę do czte­rech sek­cji i każ­dy usi­ło­wał po­sta­wić re­fe­ra­ty w sek­cjach i dys­ku­sje na do­brym po­zio­mie. Je­re­mi wsła­wił się cy­klem obej­mu­ją­cym roz­wa­ża­nia o cha­rak­te­rze na­ro­do­wym Po­la­ków i pró­bą sa­mo­okre­śle­nia – pod tym ką­tem wi­dze­nia – wad i błę­dów po­peł­nia­nych przez chłop­ców i dziew­czę­ta. An­drzej na­to­miast za­sły­nął z cy­klu wy­kła­dów o sy­tu­acji go­spo­dar­czo-spo­łecz­nej Pol­ski, do któ­rych spo­rzą­dzo­na zo­sta­ła przy po­mo­cy kie­row­ni­ka Petu – Ra­fa­ła – im­po­nu­ją­ca bi­blio­gra­fia. Na­pię­cie współ­za­wod­nic­twa mię­dzy „Żo­li­bo­rzem” Je­re­mie­go i „Mo­ko­to­wem” An­drze­ja Mor­ro po­wsta­ło je­sie­nią 1941 roku, gdy Pet roz­po­czął w ra­mach or­ga­ni­za­cji „Wa­wer” co­ty­go­dnio­we ak­cje ma­łe­go sa­bo­ta­żu i gdy wkrót­ce po­tem ze­spo­lił się z Sza­ry­mi Sze­re­ga­mi i w ich ra­mach przy­stą­pił do ak­cji dy­wer­syj­nych.

An­drze­ja Mor­ro ce­cho­wa­ła pew­na re­pre­zen­ta­cyj­ność, barw­ność i bły­sko­tli­wość – jego po­stać przy­cią­ga­ła bar­dziej wzrok i przez pe­wien czas prze­su­wał się on przez ży­cie sza­ro­sze­re­go­we o krok przed Je­re­mim. Aż na­gle – było to w okre­sie re­or­ga­ni­zo­wa­nia Grup Sztur­mo­wych – pe­wien za­baw­ny wy­pa­dek od­wró­cił szan­se oby­dwu mło­dych lu­dzi.

Któ­re­goś wie­czo­ru Je­re­mi pę­dził do swe­go domu na Żo­li­bo­rzu. Zbli­ża­ła się go­dzi­na po­li­cyj­na. Gdy skrę­cał za róg uli­cy – na­tknął się no­sem w nos na pa­trol nie­miec­ki, prze­pro­wa­dza­ją­cy „mod­ne” wów­czas małe, wie­czo­ro­we ob­ła­wy. War­kli­we: Han­de hoch! I oto Je­re­mi stoi w bra­mie twa­rzą do ścia­ny, z pod­nie­sio­ny­mi do góry rę­ko­ma, a za nim żan­darm z ka­ra­bi­nem. Po chwi­li dwaj inni żan­dar­mi od­da­la­ją się o kil­ka­dzie­siąt kro­ków, aby za­gar­nąć na­stęp­nych prze­chod­niów. Wów­czas Je­re­mi, tak jak stał z pod­nie­sio­ny­mi rę­ko­ma, skrę­ca się na­gle i wali Niem­ca w łeb z ta­kim roz­ma­chem, że Nie­miec, jego ka­ra­bin i hełm roz­la­tu­ją się na trzy stro­ny po chod­ni­ku uli­cy. Wrzask, gwizd­ki, strza­ły – ale zbaw­czy la­bi­rynt za­drze­wio­nych uli­czek wil­lo­wych wchła­nia umy­ka­ją­cą po­stać. Pa­trol klnie szpet­nie i za­wra­ca w kie­run­ku lud­niej­szej czę­ści Żo­li­bo­rza, fra­so­bli­wie spo­glą­da­jąc na ma­su­ją­ce­go so­bie skroń „ka­me­ra­da”.

Przy­go­da żo­li­bor­ska przy­nio­sła Je­re­mie­mu na pe­wien czas sła­wę w „Zo­ś­ce” i kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej. Cho­dził – jak sam o so­bie ma­wiał – „w pro­mie­niach sła­wy”. Pra­wą dłoń ma­ni­fe­sta­cyj­nie owi­jał w kra­cia­sty, ba­weł­nia­ny sza­lik i z góry spo­glą­dał na An­drze­ja. A gdy w roz­ka­zie Ke­dy­wu przy­pie­czę­to­wu­ją­cym re­or­ga­ni­za­cję Grup Sztur­mo­wych po­da­no no­mi­na­cję Je­re­mie­go na za­stęp­cę do­wód­cy kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej, przy rów­no­cze­snym mia­no­wa­niu An­drze­ja Mor­ro do­wód­cą plu­to­nu w in­nej kom­pa­nii, po plu­to­nach gruch­nę­ła plot­ka, iż naj­lep­szy spo­sób na awans to wal­nię­cie żan­dar­ma w ucho!

Je­re­mi był mło­dym, dwu­dzie­sto­let­nim czło­wie­kiem. Pług na­to­miast – prze­ło­żo­ny Je­re­mie­go – był męż­czy­zną w peł­ni sił (li­czył chy­ba oko­ło 35 lat). W woj­sku słu­żył od po­cząt­ku woj­ny i prze­szedł bar­dzo sta­ran­ne prze­szko­le­nie dy­wer­syj­ne pod kie­run­kiem spe­cja­li­stów an­giel­skich.

Je­re­mi nie znał świa­ta poza Pol­ską, Pług kil­ka lat spę­dził w kra­jach an­glo­sa­skich. Je­re­mi znał War­sza­wę, w któ­rej wy­rósł i wy­cho­wał się, jak wła­sną kie­szeń, Pług zaś zo­stał zrzu­co­ny na spa­do­chro­nie przed ro­kiem i do­pie­ro w tym cza­sie po raz pierw­szy za­miesz­kał w War­sza­wie. Je­re­mi był uczu­cio­wy, w cza­sie roz­mo­wy pod­nie­cał się, ge­sty­ku­lo­wał żywo. W my­ślach i dzia­ła­niach był rzut­ki, ener­gicz­ny, by­stry. Pług prze­jął an­giel­ską fleg­mę i tak zdu­mie­wa­ją­ce opa­no­wa­nie w sło­wach i ru­chach, że chłop­cy – zna­jąc go od wie­lu mie­się­cy – wciąż pa­trzy­li nań z po­dzi­wem.

Tyl­ko w chwi­lach kry­tycz­nych, gdy wa­ży­ły się losy ży­cia, oby­dwaj ci lu­dzie, za­da­jąc pod­świa­do­mie gwałt swo­im na­tu­rom, sta­wa­li się za­prze­cze­niem jak­by sa­mych sie­bie: Je­re­mi na­bie­rał wów­czas czuj­nej roz­wa­gi i ostroż­no­ści, Pług zaś sta­wał się uoso­bie­niem by­stro­ści i ostrej, na­tych­mia­sto­wej de­cy­zji.

Gdy szli ra­zem uli­cą – Je­re­mi ni­ski, nie­dba­ją­cy o ubiór, w nie­oczysz­czo­nych bu­tach, od daw­na nie­strzy­żo­ny, za­pal­czy­wie dys­ku­tu­ją­cy w bły­skach swych oku­la­rów, a obok nie­go spo­koj­ny, ma­ło­mów­ny, pro­sty jak świe­ca, sta­ran­nie ubra­ny męż­czy­zna z la­ską w ręku, w spodniach za­wsze do­kład­nie wy­pra­so­wa­nych, z wła­ści­wie do­bra­nym kra­wa­tem – zda­wa­ło się, że idą obok sie­bie dwa zu­peł­ne prze­ci­wień­stwa.

A może dwa typy ludz­kie wza­jem­nie się uzu­peł­nia­ją­ce?

Ra­czej to dru­gie! Mło­dy po­dzi­wiał star­sze­go, star­szy ce­nił mło­de­go. Wie­dzie­li, że je­den bez dru­gie­go jest czymś nie­zu­peł­nym, że ra­zem, we dwój­kę, sta­no­wią in­stru­ment nie­mal do­sko­na­ły. Oczy­wi­ście w pra­cy or­ga­ni­za­cyj­nej i jako au­to­ry­tet woj­sko­wy wy­traw­ny Pług gó­ro­wał znacz­nie nad Je­re­mim, ale w ru­chli­wo­ści, spraw­no­ści fi­zycz­nej i by­strej orien­ta­cji Je­re­mi był bez­kon­ku­ren­cyj­ny; a przy tym był na­tu­ral­nym przy­wód­cą ko­le­gów-pe­tow­ców.

Roz­ka­zem Ke­dy­wu – kie­row­nic­twa Dy­wer­sji – skon­cen­tro­wa­ni wy­łącz­nie na wal­ce z ge­sta­po, szyb­ko i spraw­nie mon­to­wa­li apa­rat do tych de­li­kat­nych za­dań. Mie­li już zresz­tą z po­przed­nie­go okre­su tro­chę do­świad­cze­nia. Te­raz włą­czył się do tych prac do­sko­na­ły part­ner – po­rucz­nik Ray­ski, mia­no­wa­ny ofi­ce­rem wy­wia­du dy­wer­syj­ne­go kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej. Ray­ski swą ka­rie­rę u Płu­ga za­czął od nie­ła­twe­go „roz­pra­co­wa­nia” Fran­za Bürc­kla. Ak­cja ta sta­no­wi­ła pierw­sze po­waż­ne za­da­nie kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej.

Od­po­wie­dzial­ność za­da­nia po­le­ga­ła nie tyle na tym, że cho­dzi­ło o słyn­ne­go na całą War­sza­wę za­stęp­cę ko­men­dan­ta Pa­wia­ka, do­wo­dzą­ce­go jed­ną z dwóch zmian za­ło­gi tego ol­brzy­mie­go wię­zie­nia, SS-obe­rschar­füh­re­ra Bürc­kla, zna­ne­go z sa­dy­stycz­ne­go znę­ca­nia się nad więź­nia­mi po­li­tycz­ny­mi. Duża od­po­wie­dzial­ność ak­cji wią­za­ła się z miej­scem, na któ­rym mia­ła się ro­ze­grać. Trze­ba było rzecz wy­ko­nać w re­jo­nie uli­cy Li­tew­skiej, tyl­ko bo­wiem na tym te­re­nie roz­po­zna­no sta­łe ru­chy Bürc­kla. Re­jon Li­tew­skiej był miej­scem wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­nym, miej­scem bez­po­śred­nie­go są­siedz­twa z cen­tra­lą ge­sta­po na Szu­cha. Krę­ci­ło się tu mnó­stwo Niem­ców umun­du­ro­wa­nych i po cy­wil­ne­mu. W po­bli­żu było kil­ka po­ste­run­ków po­li­cji nie­miec­kiej i woj­ska.

Do­cho­dzi go­dzi­na dzie­wią­ta pięć­dzie­siąt pięć rano. Je­re­mi, któ­ry oso­bi­ście do­wo­dzi ak­cją, stoi na przy­stan­ku tram­wa­jo­wym przy rogu Mar­szał­kow­skiej i Ole­an­drów. Pa­trzy w stro­nę uli­cy Ole­an­drów, gdzie miesz­ka Bürckl. Stąd na­le­ży się go spo­dzie­wać. W po­bli­żu Je­re­mie­go – mło­dy czło­wiek z wy­wia­du. Kil­ka­na­ście kro­ków da­lej oparł się o mur domu ja­kiś me­lan­cho­lij­ny skrzy­pek, trzy­ma­jąc pod pa­chą za­mknię­ty fu­te­rał skrzy­piec. W są­sied­niej bra­mie i na prze­ciw­le­głym przy­stan­ku u wy­lo­tu Li­tew­skiej – dwóch mło­dych, nie­zwra­ca­ją­cych wza­jem na sie­bie uwa­gi, lu­dzi.

W pew­nej chwi­li wy­wia­dow­ca Żar wska­zu­je Je­re­mie­mu gło­wą i wzro­kiem: Ten tam, gru­by, krę­py, po cy­wil­ne­mu, z ko­bie­tą i z psem.

Ser­ce za­czy­na wa­lić w pier­si Je­re­mie­go, lecz na­raz – za­mie­ra. Do prze­ciw­le­głe­go przy­stan­ku u wy­lo­tu Li­tew­skiej, przy któ­rym stoi Bro­nek Lot, zbli­ża się trzech żan­dar­mów. Rów­no­cze­śnie od pla­cu Zba­wi­cie­la nad­jeż­dża na dwóch mo­to­cy­klach lot­ny pa­trol schu­po, a z pla­cu Unii Lu­bel­skiej wy­ła­nia się tram­waj, któ­re­go przed­nia plat­for­ma jest cała zie­lo­na od mun­du­rów po­li­cji nie­miec­kiej. Co za dia­bel­na kon­cen­tra­cja prze­szkód! I w tym mo­men­cie Bürckl wcho­dzi w Mar­szał­kow­ską…

Wir roz­pacz­li­wych my­śli! Szar­pią­ca bez­wo­la wa­ha­nia… Od­dech za­marł i oczy zda­ją się wy­cho­dzić z or­bit… Je­re­mi wi­dzi zbli­ża­ją­cą się na­la­ną, obrzę­kłą twarz, po­nu­re spoj­rze­nie, ka­pe­lusz na­su­nię­ty na czo­ło, po­tęż­ne pię­ści. Ale w tym­że ułam­ku se­kun­dy wi­dzi wszyst­kich swo­ich na wła­ści­wych miej­scach. Za­pa­da de­cy­zja: ro­bić!

Je­re­mi opusz­cza przy­sta­nek i idzie przez jezd­nię przed Niem­cem. Jest to umó­wio­ny znak na roz­po­czę­cie ak­cji. Te­raz już nic nie może po­wstrzy­mać bie­gu wy­pad­ków.

Bro­nek Lot, któ­ry wspól­nie z Je­re­mim ma wy­ko­nać wy­rok Kie­row­nic­twa Wal­ki Pod­ziem­nej, prze­cho­dzi na dru­gą stro­nę Li­tew­skiej, jak­by na spo­tka­nie Je­re­mie­go. Wy­mi­ja trzech cze­ka­ją­cych na tram­waj żan­dar­mów. Od­bez­pie­cza pod płasz­czem pi­sto­let. Bürckl co­raz bli­żej.

Se­ria krót­kich, su­chych strza­łów!

Uli­ca za­mie­ra w za­sko­cze­niu. Bürckl sła­nia się i pada. Prze­chod­nie w po­pło­chu bie­gną do bram. Nad­jeż­dża­ją­cy tram­waj ostro, zgrzy­tli­wie ha­mu­je. Żan­dar­mi i pa­trol mo­to­cy­klo­wy się­ga­ją po broń.

Je­re­mi ze ste­nem w dło­ni pod­bie­ga do Bron­ka:

– Ubez­pie­czam, re­wi­duj!

Bro­nek schy­la się nad Bürc­klem w po­szu­ki­wa­niu do­ku­men­tów. Je­re­mi, uprze­dza­jąc żan­dar­mów, na­ci­ska spust. Stru­mień po­ci­sków leci w kie­run­ku przy­stan­ku. Je­den żan­darm pada. Resz­ta bie­gnie za wóz tram­wa­jo­wy. Z wozu wy­sy­pu­ją się zie­lo­ni, do­by­wa­jąc w po­śpie­chu broń. Pa­trol mo­to­cy­klo­wy roz­po­czy­na ogień od stro­ny alei Pił­sud­skie­go: sze­ściu schu­pow­ców wali cha­otycz­nie, lecz gę­sto, z sze­ściu luf.

Na­gle – zu­peł­ne za­sko­cze­nie Niem­ców: me­lan­cho­lij­ny skrzy­pek pod mu­rem, na któ­re­go nikt nie zwra­ca uwa­gi, otwie­ra fu­te­rał, do­by­wa pi­sto­let ma­szy­no­wy i ze zdu­mie­wa­ją­cym spo­ko­jem, cel­nie, uważ­nie bije w mo­to­cy­kli­stów. Tam­ci chro­nią się szyb­ko za mo­to­ry. Nie­ste­ty, te­raz za­czy­na­ją ner­wo­wy ogień zie­lo­ni, któ­rzy schro­ni­li się za tram­waj.

– Już? – pyta Je­re­mi. Do­strze­ga w ręku Bron­ka pa­pie­ry, nie cze­ka­jąc więc od­po­wie­dzi, strze­la jesz­cze kil­ka­krot­nie do SS-ma­nów nad­bie­ga­ją­cych uli­cą Li­tew­ską.

Gdzieś z bra­my, osła­nia­jąc bieg Je­re­mie­go i Bron­ka, strza­ły Kę­dzio­ra trzy­ma­ją w miej­scu skry­tych za tram­wa­jem Niem­ców. Paru bro­czy krwią. Na jezd­ni przy Li­tew­skiej leży we krwi dwóch żan­dar­mów. Kę­dzior jest świet­nie usta­wio­ny, strze­la uważ­nie.

Po­tęż­ny wy­buch – i gę­sty kurz z dy­mem. To skrzy­pek Die­trich rzu­cił fi­li­pin­kę, wy­do­by­tą z te­goż nie­zwy­kłe­go fu­te­ra­łu skrzyp­co­we­go, w zbi­tą gro­ma­dę zie­lo­nych za tram­wa­jem. Po­płoch, jęki.

Mło­dzi lu­dzie bie­gną w kie­run­ku alei Pił­sud­skie­go, gdzie cze­ka sa­mo­chód. Mo­tor jest już włą­czo­ny. Kie­row­ca Kon­rad pod­ry­wa ma­szy­nę, gdy ostat­ni bo­jo­wiec wsko­czył w drzwicz­ki wozu. Wi­dzą jesz­cze, jak z Li­tew­skiej wy­bie­ga ja­kiś ge­sta­po­wiec, re­pe­tu­ją­cy po­śpiesz­nie broń i pada ugo­dzo­ny przez Je­re­mie­go w brzuch. Mu­zyk, przy­klęk­nąw­szy w au­cie, wo­dzi lufą pi­sto­le­tu wszę­dzie tam, gdzie do­strze­ga nie­bez­pie­czeń­stwo.

Sa­mo­chód za­ta­cza krót­ki za­kos. W peł­nym bie­gu skrę­ca w ale­ję Pił­sud­skie­go, nie­mal ocie­ra­jąc się o pa­trol mo­to­cy­klo­wy. Niem­cy są jed­nak zbyt po­de­ner­wo­wa­ni. Ich kule nie są cel­ne, a pi­sto­let Je­re­mie­go, któ­ry wy­chy­lił się z roz­trza­ska­ne­go okna auta i „pru­je” w mo­to­cy­kli­stów, za­ła­mu­je ich do resz­ty i rzu­ca na chod­nik. Gwał­tow­ne wy­cie mo­to­ru cich­nie i wóz zni­ka za naj­bliż­szym ro­giem.

Ak­cja trwa­ła jed­ną mi­nu­tę i trzy­dzie­ści se­kund.

Z na­szej stro­ny – żad­nych strat. U Niem­ców oko­ło ośmiu za­bi­tych i ran­nych.

Po woj­nie w opo­wia­da­niach z cza­sów oku­pa­cyj­nych, w fil­mach i po­wie­ściach nie­raz zja­wiać się bę­dzie skrzy­pek, za­ska­ku­ją­cy wro­ga swą prze­mia­ną w bo­jow­ca. Hi­sto­rycz­nym fak­tem jest, iż po­mysł ten zro­dził się i zo­stał urze­czy­wist­nio­ny w kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej. Zresz­tą po­mysł ze skrzyp­kiem jest tyl­ko uda­nym frag­men­tem; znacz­nie bar­dziej in­te­re­su­ją­cy jest fakt inny: w cią­gu ca­łej tej bły­ska­wicz­nie roz­gry­wa­ją­cej się ak­cji pra­wie nie było sły­chać gło­sów bo­jow­ców. Rzekł­byś – wal­czy­ła gru­pa nie­mych, nie jed­na przy tym gru­pa, lecz prze­dziw­nie zhar­mo­ni­zo­wa­ny ze­spół po­roz­rzu­ca­nych z dala od sie­bie jed­no­stek lub dwó­jek. Oczy­wi­ście to kla­sycz­nie pre­cy­zyj­ne i od­waż­ne wy­ko­naw­stwo, jak­by ja­sno­wi­dzą­co prze­czu­wa­ją­ce spię­trze­nie nie­ocze­ki­wa­nych trud­no­ści – było da­le­kie od im­pro­wi­za­cji: „ak­cja Bürckl” zo­sta­ła dzie­siąt­ki razy prze­ćwi­czo­na naj­pierw w po­ko­ju przy sto­le, na wiel­kim pla­nie tego re­jo­nu mia­sta, a po­tem pa­ro­krot­nie ode­gra­na prób­nie w „te­re­nie”, z bra­niem pod uwa­gę róż­nych wa­rian­tów sy­tu­acyj­nych.

A co się ty­czy sen­su do­ko­na­ne­go wy­ro­ku, to przy­wra­cał on rów­no­wa­gę mo­ral­ną w wiel­kim śro­do­wi­sku ludz­kim, nad któ­rym Bürckl cią­żył, i re­flek­to­wał inne śro­do­wi­sko ludz­kie, któ­re­mu Bürckl słu­żył. Franz Bürckl bo­wiem był tym, któ­ry wśród wszyst­kich opraw­ców Pa­wia­ka miał naj­wię­cej zbrod­ni za sobą. Zna­li go wszy­scy więź­nio­wie, to zna­czy – wie­le ty­się­cy osób. Nie­po­czy­tal­ny okrut­nik, wie­lo­krot­ny mor­der­ca, po­tra­fił pa­stwić się nad ko­bie­ta­mi i star­ca­mi, a z nie­opi­sa­ną wręcz za­cię­to­ścią – nad więź­nia­mi Ży­da­mi. Do jego roz­ry­wek na­le­ża­ło szczu­cie więź­niów psem oraz „gim­na­sty­ka” sta­no­wią­ca pa­smo śmier­tel­nych czę­sto udrę­czeń. Oso­bi­ście za­strze­lił i po­wie­sił dzie­siąt­ki więź­niów. Kula, od któ­rej padł- pi­sa­ło jed­no z pism pod­ziem­nych – usu­nę­ła ze świa­ta zło­wro­gie by­dlę, któ­re nie za­słu­ży­ło na tak pręd­ką, ła­god­ną śmierć.

Ak­cja na Bürc­kla była w ży­ciu Je­re­mie­go eta­pem waż­nym tak­że dla­te­go, że prze­żył wów­czas jed­no z naj­pięk­niej­szych do­świad­czeń mło­do­ści: od­krył przy­ja­cie­la. Do­tych­czas tak się skła­da­ło, że miał wie­lu ser­decz­nych ko­le­gów, ale nie miał przy­ja­cie­la. Praw­dzi­we­go, je­dy­ne­go przy­ja­cie­la.

Bro­nek Lot był ró­wie­śni­kiem Je­re­mie­go. Tak jak Je­re­mi miał dwa­dzie­ścia lat. Do Petu żo­li­bor­skie­go wstą­pił w dru­gim roku jego ist­nie­nia i wy­glą­dem ze­wnętrz­nym nie wy­róż­niał się wśród wie­lu po­dob­nych mło­dych lu­dzi. Był szczu­pły, nie­wy­so­ki, wło­sy ciem­ne i gład­ko za­cze­sa­ne ba­na­li­zo­wa­ły­by gło­wę, gdy­by nie sil­nie za­ry­so­wa­ne brwi nad piw­ny­mi ocza­mi i ru­chli­wość śnia­dej twa­rzy. Czy­nił wra­że­nie czło­wie­ka nie­co wy­bu­cho­we­go i upar­te­go, skłon­ne­go do dys­put i po­le­mik teo­re­ty­ka-in­te­lek­tu­ali­sty.

Po­zna­wa­li się z Je­re­mim stop­nio­wo, jak­by eta­pa­mi. W dys­ku­sjach Bro­nek ujaw­niał wy­so­ki po­ziom in­te­li­gen­cji i eru­dy­cji. Szcze­gól­nie gdy rzecz do­ty­czy­ła te­ma­tów, któ­ry­mi się pa­sjo­no­wał: spraw na­ro­do­wo­ścio­wych i za­gad­nień współ­ży­cia na­ro­dów. W ak­cjach ma­łe­go sa­bo­ta­żu oka­za­ło się, że nie­zręcz­ność i roz­tar­gnie­nie Bron­ka, przy­pi­sy­wa­ne mu przez ko­le­gów, są le­gen­dą! W isto­cie był spo­koj­nym i zrów­no­wa­żo­nym, choć nie­kie­dy zu­chwa­łym re­ali­za­to­rem ma­łych sa­bo­ta­żo­wych ak­cji ulicz­nych. Gdy zo­stał sze­fem nie­wiel­kie­go ze­spo­łu – prze­wi­du­ją­cym i tro­skli­wym do­wód­cą. Te wła­śnie ce­chy spra­wi­ły, że kie­dy for­mo­wa­ła się kom­pa­nia wy­dzie­lo­na Grup Sztur­mo­wych i sam Je­re­mi ob­jął w niej pierw­szy plu­ton, mia­no­wał Bron­ka do­wód­cą jed­nej z dru­żyn w swo­im plu­to­nie. Był to zresz­tą plu­ton ty­po­wo in­te­li­genc­ki – jego ją­dro sta­no­wi­ła mło­dzież żo­li­bor­skie­go Petu, po­sze­rzo­na o świet­ną gru­pę chłop­ców ze Sta­rów­ki, któ­rą i Je­re­mi, i Bro­nek bar­dzo ce­ni­li. Zga­dza­li się zresz­tą prze­waż­nie w swych są­dach. Ale do­pie­ro pod­czas przy­go­to­wań do ak­cji na Bürc­kla i pod­czas sa­mej ak­cji oby­dwaj mło­dzi lu­dzie uj­rze­li w ca­łej peł­ni zdu­mie­wa­ją­cą har­mo­nię w swych ro­zu­mo­wa­niach i od­czu­ciach, w poj­mo­wa­niu świa­ta i lu­dzi. Nie była to oczy­wi­ście iden­tycz­ność, ale wła­śnie róż­ni­ce ich uspo­so­bień sta­ły się jak­by klam­rą, spi­na­ją­cą osta­tecz­nie przy­jaźń, gdyż czy­ni­ły tę przy­jaźń ko­niecz­no­ścią. Je­re­mi spo­strzegł, że Bro­nek Lot po­głę­bia jego spoj­rze­nie na wy­da­rze­nia i na sto­sun­ki ludz­kie, Bro­nek zaś uj­rzał, że Je­re­mi dy­na­mi­zu­je jego do­tych­cza­so­we ży­cie.

W cią­gu dzie­więć­dzie­się­ciu se­kund ak­cji na Bürc­kla, gdy każ­dy gest, każ­dy krok, każ­da myśl oby­dwu mło­dych lu­dzi ope­ru­ją­cych na jezd­ni i chod­ni­ku Mar­szał­kow­skiej de­cy­do­wa­ły o ich ży­ciu i śmier­ci, o klę­sce lub zwy­cię­stwie, od­czu­li tak­że rzecz dla ich przy­jaź­ni bar­dzo waż­ną: mo­gli na so­bie po­le­gać cał­ko­wi­cie. Mo­gli być pew­ni spraw­no­ści swych dzia­łań i swej wier­no­ści wza­jem­nej.

Tego wie­czo­ru prze­spa­ce­ro­wa­li (we dwój­kę) parę go­dzin nad Wi­słą, na prze­mian mil­cząc lub roz­ma­wia­jąc żar­li­wie.

Kom­pa­nia wy­dzie­lo­na – przy­szły „Pa­ra­sol” – skła­da­ła się z trzech plu­to­nów. Ak­cję na Bürc­kla wy­ko­nał plu­ton pierw­szy, któ­re­go do­wód­cą był Je­re­mi. Jed­ną z naj­po­waż­niej­szych ak­cji na­stęp­nych zle­co­no plu­to­no­wi trze­cie­mu, któ­re­go do­wód­cą był Luty.

Luty, Wa­cław Du­nin-Kar­wic­ki, stu­dent me­dy­cy­ny na taj­nych kom­ple­tach, wy­wo­dził się z szó­stej war­szaw­skiej dru­ży­ny har­cer­skiej, ma­cie­rzy­stej dru­ży­ny do­wód­cy „Zoś­ki” – Je­rze­go. We­szło ich z tej dru­ży­ny do Grup Sztur­mo­wych sze­ściu, mię­dzy in­ny­mi lek­ko­duch, fan­ta­sta Przy­go­da, po­waż­ny Dryl, ale przede wszyst­kim wła­śnie Luty, przy­bocz­ny przed­wo­jen­nej Szóst­ki, tro­chę od ko­le­gów star­szy, ich mo­ral­ny przy­wód­ca. Bra­li udział w ak­cji pod Ce­le­sty­no­wem i wkrót­ce we­szli do kom­pa­nii wy­dzie­lo­nej, sta­jąc się za­ląż­kiem trze­cie­go plu­to­nu.

Wpraw­dzie sam Luty i jego szkol­ni ko­le­dzy po­cho­dzi­li ze śro­do­wi­ska in­te­li­genc­ko-miesz­czań­skie­go, ale w trze­cim plu­to­nie zna­la­zła się w więk­szo­ści mło­dzież ro­bot­ni­cza i rze­mieśl­ni­cza Po­wi­śla, gdzie Luty pro­wa­dził pod­czas oku­pa­cji swój hu­fiec har­cer­ski. Sied­miu jego chłop­ców jeź­dzi­ło do pra­cy w nie­miec­kiej fa­bry­ce ka­bli w Oża­ro­wie, resz­ta pra­co­wa­ła w War­sza­wie.

Prze­wa­ga mło­dzie­ży ro­bot­ni­czej w plu­to­nie róż­ni­ła go od in­te­li­genc­kie­go w swej ma­sie plu­to­nu Je­re­mie­go. Chłop­cy Lu­te­go sły­nę­li z ra­do­ści ży­cio­wej, co nie­jed­no­krot­nie było przed­mio­tem dumy ich do­wód­cy, ale nie­kie­dy tak­że jego tro­ską, szcze­gól­nie gdy w grę wcho­dzi­ły sa­mo­wol­ne ak­cje zdo­by­wa­nia bro­ni na prze­cho­dzą­cych Po­wi­ślem „szko­pach”. W ustach chłop­ców na­zy­wa­ło się to „cho­dze­niem po proś­bie”. Czy moż­na się w tych wa­run­kach dzi­wić, że Luty pro­sił Płu­ga o szyb­kie zle­ce­nie jego plu­to­no­wi ja­kiejś po­waż­niej­szej ro­bo­ty?

Luty sta­no­wił ośro­dek ży­cia i ak­tyw­no­ści plu­to­nu nie tyl­ko dzię­ki swej in­te­li­gen­cji, za­rad­no­ści, po­wa­dze i do­świad­cze­niu ży­cio­we­mu. Jego żona, któ­ra ob­ję­ła sze­fo­stwo łącz­no­ści w plu­to­nie, po­dob­nie jak jej mąż, chęt­nie wi­dzia­ła w swo­im miesz­ka­niu każ­de­go z chłop­ców. Wnet też nie­wiel­kie po­ko­iki tego stu­denc­kie­go mał­żeń­stwa sta­ły się głów­ną bazą ży­cia plu­to­nu. Czu­li się tu za­wsze jak u sie­bie. Wie­dzie­li, gdzie leżą klu­cze, kie­dy go­spo­da­rzy nie ma w domu, i bez że­na­dy wy­ja­da­li wszyst­kie za­pa­sy, gdy byli głod­ni.

Pierw­szy po­waż­ny eg­za­min bo­jo­wej sa­mo­dziel­no­ści plu­to­nu zo­stał wresz­cie wy­zna­czo­ny. Mia­ła to być ak­cja na słyn­ne­go kon­fi­den­ta ge­sta­po – Al­fre­da Mil­ke, pro­wa­dzo­na wspól­nie z gru­pą „Osja­na” z „Bro­dy”. Po­wa­ga i od­po­wie­dzial­ność ak­cji po­le­ga­ła przede wszyst­kim na miej­scu, w któ­rym miał być wy­ko­na­ny wy­rok: miej­sce to było jesz­cze trud­niej­sze niż te­ren ak­cji na Bürc­kla. Za­mach na­le­ża­ło wy­ko­nać na dzie­dziń­cu po­dwó­rza przy alei Szu­cha osiem, a więc w bar­dzo bli­skim są­siedz­twie ge­sta­po, któ­re­go ośro­dek znaj­do­wał się w gma­chu Si­cher­he­it­spo­li­zei przy alei Szu­cha 23, w dzi­siej­szym bu­dyn­ku Mi­ni­ster­stwa Edu­ka­cji Na­ro­do­wej. Rów­no­cze­śnie z li­kwi­da­cją Mil­ke­go na­le­ża­ło wy­ko­nać wy­rok na in­nej pa­rze kon­fi­den­tów – na do­zor­cy i do­zor­czy­ni domu, w któ­rym miesz­kał Mil­ke. To dru­gie za­da­nie przy­ję­to w plu­to­nie bez en­tu­zja­zmu, ale roz­kaz był roz­ka­zem.

Ak­cję prze­pro­wa­dzo­no 5 paź­dzier­ni­ka 1943 roku, a więc w nie­ca­ły mie­siąc po Bürc­klu. Do­wo­dził Przy­go­da; Luty w tym cza­sie cho­ro­wał.

Wła­ści­wa gru­pa wy­ko­naw­ców skła­da­ła się z trzech lu­dzi: Przy­go­da, Olek i Na­rwik. We­szli szyb­ko do miesz­ka­nia do­zor­cy i Na­rwik za­żą­dał w ję­zy­ku nie­miec­kim, aby dano mu do spraw­dze­nia książ­kę mel­dun­ko­wą. Po­wie­dział, że są z ge­sta­po i chcą spraw­dzić spis lo­ka­to­rów. Gdy Na­rwik prze­glą­da książ­kę mel­dun­ko­wą, Przy­go­da przez okno wy­glą­da na po­dwó­rze, gdzie lada chwi­la po­ja­wić się po­wi­nien Mil­ke; Olek nie może ode­rwać wzro­ku od dwoj­ga ma­łych dzie­ci ba­wią­cych się w ką­cie po­ko­ju. Bled­nie i od­czu­wa ta­kie osła­bie­nie, że musi oprzeć się ple­ca­mi o ścia­nę. Wyj­mu­je chu­s­tecz­kę i wy­cie­ra zro­szo­ne po­tem czo­ło.

Mi­ja­ją mi­nu­ty. Na­rwik już kil­ka razy przej­rzał książ­kę mel­dun­ko­wą, a Mil­ke­go wciąż nie wi­dać. Do­zor­ca co­raz uważ­niej przy­glą­da się mło­dym lu­dziom. Olek wyj­mu­je pi­sto­let ma­szy­no­wy i roz­ka­zu­je do­zor­com, aby po­ło­ży­li się na pod­ło­dze. Mija jesz­cze kil­ka mi­nut, Mil­ke nie nad­cho­dzi.

Wtem – strza­ły na uli­cy! Po­je­dyn­cze, a po­tem se­ria z bro­ni ma­szy­no­wej. „Pil­nuj do­zor­ców!” – krzy­czy Przy­go­da do Na­rwi­ka, a sam z Ol­kiem wy­bie­ga do bra­my. Wi­dzą, jak pierw­szy z ich dwóch sa­mo­cho­dów, pro­wa­dzo­ny przez Nie­mi­rę, mija bra­mę i sta­je przed są­sied­nim do­mem. W sa­mo­cho­dzie prócz Nie­mi­ry – Bąk i Ssak, ostrze­li­wu­ją się w kie­run­ku wy­lo­tu Li­tew­skiej.

Tam wła­śnie przy rogu Li­tew­skiej i Szu­cha sie­dzie­li przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi wszy­scy trzej w au­cie, któ­re­go sil­nik pra­co­wał na wol­nych ob­ro­tach.

Ubez­pie­cza­li wy­ko­naw­ców wy­ro­ku i cze­ka­li na ich strza­ły, ozna­cza­ją­ce po­czą­tek ak­cji – wte­dy do­pie­ro mie­li pod­je­chać pod Szu­cha osiem. Przy­go­da i jego to­wa­rzy­sze dość dłu­go już prze­by­wa­li w stró­żów­ce do­zor­cy, lada chwi­la więc po­win­no się za­cząć… Na­gle pod­cho­dzi do sa­mo­cho­du ofi­cer SS i wy­cią­ga z ka­bu­ry pi­sto­let. „Dla­cze­go tu sto­icie?” – pyta po nie­miec­ku. Kie­row­ca Nie­mi­ra coś od­bur­ku­je nie­wy­raź­nie i kiwa gło­wą na swo­ich pa­sa­że­rów. Gdy Nie­miec zwra­ca się z tym sa­mym py­ta­niem do Ssa­ka i Bąka, ci nie wy­trzy­mu­ją na­pię­cia ner­wo­we­go, szar­pią drzwicz­ki i usi­łu­ją wy­sko­czyć z sa­mo­cho­du. Nie­mi­ra strze­la do ofi­ce­ra, za­bi­ja­jąc go na miej­scu, i ru­sza wo­zem w stro­nę pla­cu Unii Lu­bel­skiej. Niem­cy, któ­rych spo­ro w tym cza­sie po­dą­ża do biur ge­sta­po, za­czy­na­ją strze­lać do od­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du. Bąk i Ssak ostrze­li­wu­ją się. Nie­mi­ra opa­no­wał gwał­tow­ną chęć uciecz­ki i za­trzy­mu­je wóz tuż za do­mem, w któ­rym znaj­du­ją się wy­ko­naw­cy za­ma­chu, aby ich za­brać. Ssak i Bąk chro­nią się do są­sied­niej bra­my i usi­łu­ją ubez­pie­czyć ogniem sa­mo­chód; za­strze­lo­ny zo­sta­je tam pod­ofi­cer We­hr­mach­tu.

Na szczę­ście Przy­go­da i Olek już wy­bie­gli ze stró­żów­ki. Se­kun­da wy­star­czy­ła, aby Przy­go­da zo­rien­to­wał się w sy­tu­acji.

– Olek do Na­rwi­ka! Niech wali w do­zor­ców i do nas!

Olek znów zni­ka w bra­mie, a po kil­ku chwi­lach jest już z Na­rwi­kiem na uli­cy i te­raz cała gru­pa, ostrze­li­wu­jąc się, bie­gnie do sa­mo­cho­du. Przy­go­da rzu­ca gra­nat dym­ny i pod jego osło­ną do­pa­da­ją wozu.

Ru­szy­li! Cała uli­ca grzmi strza­ła­mi. Jed­na z se­rii nie­miec­kie­go er­ka­emu tra­fia w ta­bli­cę roz­dziel­czą sa­mo­cho­du. Są ran­ni – naj­cię­żej Ssak, któ­ry wy­mio­tu­je krwią. Olek do­stał po­strzał w nogę. Nowe po­ci­ski prze­bi­ja­ją ka­ro­se­rię. Po kil­ku chwi­lach Ssak nie żyje.

Plac Unii Lu­bel­skiej. Od stro­ny Ba­ga­te­li i Mar­szał­kow­skiej ogień uzbro­jo­nych Niem­ców. Za­ło­ga wozu stło­czo­na w środ­ku nie od­po­wia­da na strza­ły. Kula prze­bi­ja tyl­ną opo­nę – wóz za­rzu­ca na skwe­rek koło po­mni­ka. Nie­mi­ra wy­rów­nu­je bieg. Dru­gą tyl­ną opo­nę prze­bi­ja kula, gdy mi­ja­ją bu­dy­nek stra­ży ognio­wej – wóz za­rzu­ca na świe­żo po­sa­dzo­ne drzew­ko; spod ma­ski wy­do­by­wa się ogień, za wo­zem cią­gnie się wy­rwa­ne drzew­ko. Sa­mo­chód je­dzie te­raz z szyb­ko­ścią pięt­na­stu ki­lo­me­trów. Z tyłu uka­zu­je się duże, otwar­te auto nie­miec­kie peł­ne żan­dar­mów. Bąk ci­ska przez okno dwie fi­li­pin­ki. Gra­na­ty nie wy­bu­chły, ale go­nią­cy Niem­cy wstrzy­ma­li na kil­ka chwil po­ścig. Nasi wjeż­dża­ją w uli­cę Emi­lii Pla­ter.

– Z wozu, chłop­cy, z wozu – de­ner­wu­je się roz­go­rącz­ko­wa­ny Na­rwik i usi­łu­je otwo­rzyć drzwicz­ki.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie – ce­dzi przez zęby Nie­mi­ra i nie zwal­nia bie­gu.

Na­resz­cie Wspól­na! Tu mają cze­kać dwie łącz­nicz­ki… Nie­mi­ra ha­mu­je w umó­wio­nym miej­scu… Są! Przy­go­da i Nie­mi­ra od­da­ją broń oraz fał­szy­we do­ku­men­ty Ja­dwi­dze i w nogi. Zde­ner­wo­wa­ny Na­rwik nie do­strzegł łącz­ni­czek, kry­je się więc na klat­ce scho­do­wej prze­ciw­le­głe­go domu. Bąk bie­gnie w stro­nę Mar­szał­kow­skiej. W sa­mo­cho­dzie jesz­cze chwi­lę po­zo­sta­je ran­ny w udo Olek. Ten – obok Nie­mi­ry – jest naj­bar­dziej opa­no­wa­ny. Wyj­mu­je z kie­sze­ni nie­ży­ją­ce­go Ssa­ka do­ku­men­ty, broń i do­pie­ro te­raz usi­łu­je wyjść z sa­mo­cho­du. Na szczę­ście pod­bie­ga dru­ga łącz­nicz­ka – Lu­to­wa, i chwy­ciw­szy Olka pod ra­mię, pro­wa­dzi go w głąb uli­cy; w dali, zza rogu, wy­ła­nia się ści­ga­ją­cy wóz ge­sta­po. Ale ucie­ka­ją­cy zmie­sza­li się już z po­to­kiem prze­chod­niów.

Uli­ca roz­brzmie­wa te­raz gwizd­ka­mi. Prze­chod­nie chro­nią się do bram. Lu­to­wa na­rzu­ca pe­le­ry­nę na po­da­ne­go jej ste­na i wi­dząc skrwa­wio­ne no­ga­wi­ce spodni Olka oraz krew na jego ma­ry­nar­ce, wy­cią­ga do chłop­ca rękę z klu­cza­mi.

– Na­sze miesz­ka­nie bli­sko. No­wo­grodz­ka 26. Schroń się tam!

Olek znik­nął. Sten w rę­kach Lu­to­wej nie chce się zło­żyć. Mło­da ko­bie­ta szar­pie że­la­zo raz, dru­gi, trze­ci – sten nie pod­da­je się.

Gra­na­to­wy po­li­cjant na­prze­ciw­ko. Pa­trzy na nią uważ­nie… Za­trzy­mu­je, uj­mu­je pod rękę i siłą wcią­ga do bra­my.

– Oj, baby, baby – mam­ro­cze, sa­piąc. – Prze­cze­kaj, pani, tu w bra­mie i do­brze owiń swój ba­gaż.

Do­pie­ro te­raz zde­ner­wo­wa­na Lu­to­wa wi­dzi, że spod pe­le­ry­ny wy­sta­je stop­ka ste­na. I stop­ka, i pe­le­ry­na są we krwi. Za­mknę­ła na chwi­lę oczy. Po­tem nie­zgrab­nie prze­wi­nę­ła broń. Po­li­cjant znik­nął. Gdy wy­szła na uli­cę, pa­no­wał tu już zwy­kły po­śpiesz­ny i za­gęsz­czo­ny ruch Śród­mie­ścia.

Na­stęp­ne­go dnia przy­ga­szo­ny Nie­mi­ra spo­tkał Przy­go­dę.

– Cho­ler­ne pu­dło! – mówi. – Mil­ke zdrów i cały, Ssak nie żyje. Cała ak­cja do bani!

– Czło­wie­ku, czło­wie­ku! – woła pod­nie­co­ny Przy­go­da. – Wra­cam od Płu­ga. Wiesz, ko­goś roz­wa­lił wczo­raj przy au­cie? Lech­ne­ra! Haupt­sturm­füh­re­ra SS Lech­ne­ra, kie­row­ni­ka re­fe­ra­tu ge­sta­po do wal­ki z ru­chem opo­ru na okręg war­szaw­ski! Pług mówi, że ge­sta­pow­cy w alei Szu­cha są prze­ko­na­ni, że to był za­mach na Lech­ne­ra. Uda­ny i sku­tecz­ny za­mach, ro­zu­miesz?

Ak­cja na Bürc­kla od­by­ła się 7 wrze­śnia, Lech­ne­ra za­strze­lo­no 5 paź­dzier­ni­ka. 24 wrze­śnia prze­pro­wa­dził swo­ją pierw­szą ak­cję dru­gi plu­ton przy­szłe­go „Pa­ra­so­la”, za­mach na za­stęp­cę ko­men­dan­ta obo­zu kar­ne­go na te­re­nie get­ta war­szaw­skie­go przy uli­cy Gę­siej, ge­sta­pow­ca haupt­schar­füh­re­ra SS, Au­gu­sta Kret­sch­man­na. W ty­dzień po Kret­sch­man­nie miał ten­że dru­gi plu­ton wy­ko­nać ak­cję na Er­ne­sta Wef­fel­sa, kie­row­ni­ka od­dzia­łu ko­bie­ce­go na Pa­wia­ku. Pa­wiak w owym cza­sie sku­piał od 2300 do 3000 więź­niów, prze­waż­nie po­li­tycz­nych; okru­cień­stwo jego kie­row­nic­twa było po­wszech­nie zna­ne.

Dru­gi plu­ton przy­brał z mło­dzień­czą fan­ta­zją za­pro­po­no­wa­ną przez ko­goś na­zwę „Bra­vi”; ukształ­to­wał się wo­kół jed­nej z dru­żyn huf­ca Ru­de­go – „Sąd 100”. Jego do­wód­cą zo­stał bli­ski to­wa­rzysz Ru­de­go – Mir­ski. Mimo jed­nak tak bli­skich sza­ro­sze­re­go­wych po­wią­zań, gdy roz­ro­sły się sek­cje, „Bra­vi” za­tra­ci­li czy­sto har­cer­ski cha­rak­ter. Obo­wią­zy­wa­ły tu wpraw­dzie nie­pi­sa­nym zwy­cza­jem ogól­ne za­sa­dy sza­ro­sze­re­go­we­go spo­so­bu by­cia, ale nie wszy­scy sto­so­wa­li się do pra­wa har­cer­skie­go.

Cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi po­sta­cia­mi tego plu­to­nu byli: bli­ski ko­le­ga Mir­skie­go – krzy­wo­no­sy Gó­ral i nie mniej od nie­go wy­róż­nia­ją­cy się przy­szły za­stęp­ca do­wód­cy – po­tęż­nej bu­do­wy bo­jo­wy Ko­peć z Po­wi­śla. Znacz­ną część plu­to­nu sta­no­wi­ła mło­dzież po­cho­dze­nia ro­bot­ni­cze­go, mło­dzież o nie­zwy­kłej bo­jo­wo­ści. Ale szcze­gól­nie war­to­ścio­wy ze­spół two­rzy­ła w plu­to­nie sek­cja jego łącz­ni­czek, wy­wo­dzą­ca się z 58. dru­ży­ny har­ce­rek, z dru­ży­no­wą Jen­ny na cze­le oraz z dziew­czę­ta­mi, któ­re z cza­sem sta­ły się pod­sta­wą wy­wia­du pa­ra­so­lo­we­go: Kamą i De­waj­tis.

Ak­cję na Kret­sch­man­na prze­pro­wa­dził pa­trol do­wo­dzo­ny przez Kop­cia i była to ro­bo­ta bez­błęd­na. Ko­peć, Cy­klon i Ra­wicz „szli” jak w ze­gar­ku. Ak­cja na Wef­fel­sa na­to­miast mia­ła prze­bieg dra­ma­tycz­ny, za­ska­ku­ją­cy nie­spo­dzian­ka­mi, prze­dłu­ża­ją­cy­mi za­mach o jed­ną mi­nu­tę. Or­kan oka­zał się nie­zrów­na­ny – to jego upór i wola wal­ki oraz zim­na krew za­pew­ni­ły wy­nik po­zy­tyw­ny.

Nie będę przed­sta­wiał szcze­gó­łów tych ak­cji ani dzie­siąt­ków ak­cji na­stęp­nych, wy­ko­ny­wa­nych przez trzy plu­to­ny przy­szłe­go „Pa­ra­so­la”. Opo­wieść na­sza nie jest prze­cież kro­ni­ką dzia­łań dy­wer­syj­nych „Pa­ra­so­la”, te zaś przy­kła­dy, któ­re tu po­da­no, po­win­ny wy­star­czyć, aby zo­rien­to­wać się, jak groź­nym apa­ra­tem prze­ciw oku­pan­to­wi sta­ła się kom­pa­nia wy­dzie­lo­na Grup Sztur­mo­wych. Apa­ra­tem bar­dzo spraw­nym, dzia­ła­ją­cym sys­te­ma­tycz­nie i pre­cy­zyj­nie. Apa­ra­tem roz­bu­do­wa­nym, dys­po­nu­ją­cym wła­snym wy­wia­dem, wła­snym par­kiem sa­mo­cho­do­wym, wła­snym sa­ni­ta­ria­tem.

Płu­ga na­zy­wa­li chłop­cy nie­kie­dy „dy­rek­to­rem” (choć wła­ści­wie ten pseu­do­nim na­le­żał do sze­fa Ke­dy­wu – Nila). Było to okre­śle­nie po­dwój­nie traf­ne: za­rów­no ze wzglę­du na duży me­cha­nizm kon­spi­ra­cyj­ny or­ga­ni­zmu, któ­rym Pług kie­ro­wał, jak i ze wzglę­du na spo­sób by­cia tego ofi­ce­ra, w ży­ciu przed­wo­jen­nym in­ży­nie­ra agro­no­ma, któ­ry po­gar­dzał dry­lem woj­sko­wym i cno­ty żoł­nier­skie uj­mo­wał po cy­wil­ne­mu. Fa­scy­no­wał chłop­ców swym opa­no­wa­niem, roz­sąd­kiem, twar­do­ścią i ciem­ny­mi, krza­cza­sty­mi brwia­mi. „Wzbu­dzał w nas lęk i sza­cu­nek”.

W ko­le­żeń­stwie wo­jen­nym wy­traw­ne­go, do­świad­czo­ne­go ży­cio­wo Płu­ga, spe­cja­li­sty wy­wia­du – Ray­skie­go, dy­na­micz­ne­go i in­te­li­gent­ne­go przy­wód­cy Je­re­mie­go oraz bra­ter­skie­go ze­spo­łu ta­kich lu­dzi, jak: Bro­nek Lot, Mir­ski, Luty, Or­kan, Ma­ry­la, Ko­peć, Ro­bert i wie­lu, wie­lu in­nych kształ­to­wał się je­den z do­brych od­dzia­łów Ar­mii Kra­jo­wej, bliź­nia­czy brat ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Od­dział, któ­ry ode­grał de­cy­du­ją­cą rolę w ak­cjach dy­wer­syj­nych na te­re­nie sto­li­cy.

IV. Najcięższy czas okupacji

Je­sień 1943 roku była dla Hi­tle­ra złym okre­sem. Jesz­cze w środ­ko­wej Eu­ro­pie po­tę­ga Rze­szy hi­tle­row­skiej mo­gła wy­da­wać się nie­za­chwia­na, ale groź­ne zwia­stu­ny nad­cią­ga­ją­cej klę­ski już ko­ła­ta­ły do nie­miec­kich okien z co­dzien­nych ko­mu­ni­ka­tów wo­jen­nych ze wscho­du i po­łu­dnia. Ro­sja­nie w krwa­wych wal­kach zbli­ży­li się ku Dnie­pro­wi i prze­for­so­wa­li kil­ka przy­czół­ków mo­sto­wych na jego za­chod­nim brze­gu; An­glo­sa­si wy­koń­czy­li Niem­ców w Afry­ce; Wło­chy – głów­ny nie­miec­ki sprzy­mie­rze­niec eu­ro­pej­ski – ka­pi­tu­lo­wa­ły i de­san­to­we dy­wi­zje alianc­kie usta­li­ły nowy front w środ­ko­wych Wło­szech. Wy­da­wa­ło się, że lada mie­siąc po­tęż­ne ar­mie ame­ry­kań­skie i an­giel­skie za­czną lą­do­wać w któ­rymś z klu­czo­wych punk­tów Eu­ro­py, a woj­ska ra­dziec­kie, zła­paw­szy od­dech, ru­szą za Dniepr. No­ca­mi na wiel­kie prze­my­sło­we mia­sta nie­miec­kie spa­da­ły w ogniu po­ża­rów ty­sią­ce ton bomb.

Aby wzmóc i po­głę­bić wśród Niem­ców sta­cjo­nu­ją­cych w Pol­sce po­czu­cie zbli­ża­ją­cej się klę­ski, jed­na z ko­mó­rek szta­bo­wych Ar­mii Kra­jo­wej pod­ję­ła nie­zbyt szczę­śli­we po­sta­no­wie­nie, aby w po­cząt­kach wrze­śnia rzu­cić na mury ca­łe­go kra­ju sło­wo „Okto­ber”. Rów­no­cze­śnie roz­sie­wa­ne ulot­ki w ję­zy­ku nie­miec­kim mia­ły wy­two­rzyć wśród Niem­ców prze­świad­cze­nie, że paź­dzier­nik – Okto­ber – bę­dzie dla nich mie­sią­cem ja­kiejś wiel­kiej klę­ski. Może ogrom­ne, nie­by­wa­łe na­lo­ty? Może po­wsta­nia na ob­sza­rze cie­mię­żo­nych kra­jów?

W sto­li­cy i w miej­sco­wo­ściach pod­war­szaw­skich ak­cję „Okto­ber” re­ali­zo­wa­ła przede wszyst­kim or­ga­ni­za­cja ma­łe­go sa­bo­ta­żu „Wa­wer”, na in­nych te­re­nach Pol­ski dzia­ła­ły spe­cjal­nie w tym celu wy­zna­czo­ne gru­py. Ak­cja pro­wa­dzo­na była z roz­ma­chem i wy­trwa­ło­ścią. Ty­sią­ce ogrom­nych i ma­łych na­pi­sów po­ja­wia­ło się nie­mal co dnia na mu­rach, par­ka­nach, chod­ni­kach, jezd­niach. „Wa­wer­czy­cy” i ich ko­le­dzy z ko­mó­rek „N” dwo­ili się i tro­ili.

Spo­łecz­ność nie­miec­ka w Pol­sce – cy­wil­na i woj­sko­wa – prze­ję­ła się nad­spo­dzie­wa­nie moc­no ta­jem­ni­czym, dzia­ła­ją­cym na wy­obraź­nię ha­słem. W nie­po­ko­ju ocze­ki­wa­no ja­kichś po­wszech­nych nie­szczęść.

Wła­dze oku­pa­cyj­ne uzna­ły za ko­niecz­ne prze­ciw­sta­wie­nie się de­struk­cyj­nej su­ge­stii. Naj­pierw uru­cho­mio­no kontr­pro­pa­gan­dę i pew­ne­go dnia obok na­szych na­pi­sów „Okto­ber” po­ka­za­ły się na­pi­sy ro­bio­ne ma­so­wo przez Niem­ców: Okto­ber – vier Jah­re Ge­ne­ral­go­uver­ne­ment – paź­dzier­nik, czte­ro­le­cie rzą­dów nie­miec­kich w Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni!

A na­stęp­nie przy­śpie­szo­no przy­go­to­wy­wa­ne od daw­na re­pre­sje ma­so­we. Pol­ska – obok Ju­go­sła­wii – była naj­bar­dziej nie­spo­koj­nym kra­jem w oku­po­wa­nej Eu­ro­pie, to­też rząd hi­tle­row­ski po­sta­no­wił i w Ju­go­sła­wii, i w Pol­sce zdu­sić środ­ka­mi spe­cjal­ny­mi ruch nie­pod­le­gło­ścio­wy, zła­mać wolę wal­ki tych na­ro­dów, znisz­czyć źró­dła ich sił mo­ral­nych, uni­ce­stwić opór. Ge­sta­po i We­hr­macht w tych spra­wach so­li­da­ry­zo­wa­ły się w peł­ni: na Bał­ka­nach li­czo­no się z de­san­tem An­glo­sa­sów, na wscho­dzie front ra­dziec­ki mógł lada mie­siąc ru­szyć znad Dnie­pru w kie­run­ku Bugu. Na­le­ża­ło spa­cy­fi­ko­wać Ju­go­sła­wię i Pol­skę. Bez tego za­ple­cze nie­miec­kich fron­tów sta­je się dla We­hr­mach­tu jak­by ol­brzy­mim, wro­gim po­lem mi­no­wym. W Pol­sce wróg po­sta­no­wił za­sto­so­wać ak­cję praw­dzi­wie sza­tań­ską: nie­by­wa­łym, nie­spo­ty­ka­nym do­tych­czas ter­ro­rem ma­so­wym wy­two­rzyć taki na­strój prze­ra­że­nia, któ­ry by pod­ciął ogól­no­na­ro­do­wą wolę wal­ki. 16 paź­dzier­ni­ka roz­po­czę­ły się w War­sza­wie roz­strze­li­wa­nia ulicz­ne.

Ta­kiej gro­zy od daw­na War­sza­wa już nie prze­ży­wa­ła. Co dzień lub co dru­gi, trze­ci dzień, a nie­kie­dy po kil­ka razy dzien­nie za­jeż­dża­ły w te punk­ty mia­sta, gdzie zda­rza­ły się ja­kie­kol­wiek akty prze­ciw­nie­miec­kie, sa­mo­cho­dy po­li­cyj­ne z set­ką lub dwie­ma hi­tle­row­skich po­li­cjan­tów i żan­dar­mów. Szyb­ko oczysz­cza­no z lud­no­ści część uli­cy prze­zna­czo­ną na miej­sce eg­ze­ku­cji. Wy­pę­dza­no z wo­zów wię­zien­nych dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu, nie­kie­dy na­wet sie­dem­dzie­się­ciu i stu więź­niów lub przy­pad­ko­wo za­gar­nię­tych w ła­pan­kach lu­dzi; wszy­scy mie­li za­kne­blo­wa­ne gip­sem i opa­ską usta oraz zwią­za­ne z tyłu ręce. Usta­wia­no ich na uli­cy pod mu­rem któ­rejś z ka­mie­nic i za­bi­ja­no strza­ła­mi bro­ni ma­szy­no­wej. Po chwi­li inna gru­pa przy­wie­zio­nych więź­niów wrzu­ca­ła cia­ła po­mor­do­wa­nych do cię­ża­ró­wek i cała ka­wal­ka­da zie­lo­nych ka­tów zni­ka­ła. Na bru­ku po­zo­sta­wa­ły ka­łu­że krwi. Na mu­rze – śla­dy kul, roz­pry­ski krwi, drob­ne strzę­py mó­zgu i włó­kien mię­śni. Wo­kół – na­strój gro­zy i bez­si­ły, roz­pa­czy i pra­gnie­nia ze­msty.

Kie­row­nic­two Wal­ki Pod­ziem­nej od­wo­ła­ło w tym cza­sie wszyst­kie drob­ne akty sa­bo­ta­żo­we i dy­wer­syj­ne, aby nie pro­wa­dzić z wro­giem po­twor­nej li­cy­ta­cji. Nie­ste­ty, hi­tle­row­cy za­sma­ko­waw­szy w tej ja­skra­wej i bez­względ­nej for­mie ter­ro­ru, wi­dząc jego do­raź­ne skut­ki, nie tyl­ko nie prze­rwa­li ma­so­wych roz­strze­li­wań nie­win­nych lu­dzi, ale na­wet je wzmo­gli. W ca­łym kra­ju, jak dłu­ga i sze­ro­ka była tak zwa­na Ge­ne­ral­na Gu­ber­nia, od­by­wa­ły się licz­ne eg­ze­ku­cje. Roz­wie­sza­no wiel­kie, czer­wo­ne pla­ka­ty, po­da­ją­ce na­zwi­ska za­strze­lo­nych i rze­ko­my po­wód eg­ze­ku­cji. Wszyst­kie war­szaw­skie pla­ka­ty sy­gno­wa­ne były przez ano­ni­mo­we­go „Do­wód­cę SS i po­li­cji”. Wie­dzia­no, że jest nim nowa „gwiaz­da” ge­sta­po – ge­ne­rał Kut­sche­ra – czło­nek hi­tle­row­skiej eli­ty, de­le­go­wa­ny spe­cjal­nie do War­sza­wy dla zde­cy­do­wa­ne­go wy­kar­czo­wa­nia pol­skie­go ru­chu opo­ru.

Kut­sche­ra z chłod­ną sys­te­ma­tycz­no­ścią prze­pro­wa­dzał opra­co­wa­ny plan ter­ro­ru. Roz­strze­li­wa­nia ulicz­ne roz­kła­dał na wszyst­kie dziel­ni­ce War­sza­wy, prze­strze­ga­jąc, aby na­stę­po­wa­ły mniej wię­cej co dru­gi dzień. Roz­strze­li­wa­no prze­waż­nie gru­py dwu­dzie­sto­oso­bo­we, aby zwięk­szyć licz­bę fak­tów i punk­tów gro­zy. Za­bi­ja­no głów­nie męż­czyzn. Ale w każ­dej gru­pie były też ko­bie­ty, zda­rza­li się star­cy i dzie­ci (na przy­kład je­de­na­sto­let­ni chło­piec wśród roz­strze­la­nych pod Dwor­cem Gdań­skim).

Mor­do­wa­no lu­dzi wszyst­kich klas i warstw spo­łecz­nych, wszel­kich za­wo­dów, pu­bli­ku­jąc sta­ran­nie ich imio­na i na­zwi­ska oraz ad­re­sy, aby ter­ror do­tarł wszę­dzie. Rów­no­cze­śnie prze­pro­wa­dza­no sys­te­ma­tycz­ne, za­kro­jo­ne na ogrom­ną ska­lę ła­pan­ki ulicz­ne i po do­mach, su­ge­ru­jąc, że każ­dy spo­śród ty­się­cy za­trzy­ma­nych może na­za­jutrz pójść pod mur.

Cały po­li­tycz­ny sens tej po­twor­no­ści za­war­ty był w krót­kiej for­mu­le, dru­ko­wa­nej na każ­dym czer­wo­nym pla­ka­cie z na­zwi­ska­mi roz­strze­la­nych: Roz­strze­la­nie ni­niej­sze jest od­we­tem za ak­cję pol­skie­go ru­chu pod­ziem­ne­go (dla po­głę­bie­nia za­mę­tu prze­waż­nie ak­cje te przy­pi­sy­wa­no ko­mu­ni­stom). Sami je­ste­ście win­ni – prze­ko­ny­wa­ły afi­sze, ga­ze­ty, gło­śni­ki – a ra­czej win­ni są wasi taj­ni przy­wód­cy i ko­mu­ni­ści. Po co nas pro­wo­ku­je­cie? Za­prze­stań­cie sa­bo­ta­ży, dy­wer­sji, par­ty­zant­ki, pro­pa­gan­dy – a my zo­sta­wi­my was w spo­ko­ju. Rzecz była ja­sna: w at­mos­fe­rze strasz­li­wej pre­sji mo­ral­nej wróg wbi­jał klin mię­dzy ruch pod­ziem­ny a naj­szer­sze masy spo­łe­czeń­stwa pol­skie­go.

Nie uwie­rzo­no hi­tle­row­com. Nie za­po­mnia­no, że je­den z naj­pierw­szych ma­so­wych mor­dów – roz­strze­la­nie w Pal­mi­rach w czerw­cu 1940 roku 220 dzia­ła­czy po­li­tycz­nych, spo­łecz­nych, kul­tu­ral­nych, go­spo­dar­czych – zo­stał do­ko­na­ny bez żad­nej pro­wo­ka­cji ze stro­ny pol­skiej, że mor­do­wa­nie mi­lio­nów Ży­dów pol­skich prze­pro­wa­dzo­no bez pro­wo­ka­cji ze stro­ny ży­dow­skiej. Nie uwie­rzo­no i zro­zu­mia­no wła­ści­wy sens tej naj­strasz­liw­szej fali ter­ro­ru.

Re­ak­cja ludu war­szaw­skie­go była jed­no­myśl­na: miej­sca do­ko­na­nych zbrod­ni sta­ły się miej­sca­mi świę­ty­mi. Wśród świe­żych plam krwi po­ja­wia­ły się na­tych­miast pło­ną­ce świecz­ki, krzy­że i kwia­ty. Męż­czyź­ni, prze­cho­dząc, zdej­mo­wa­li czap­ki, nie­któ­re ko­bie­ty klę­ka­ły. Co dzień nowe świecz­ki, co dzień nowe kwia­ty i nie­kie­dy wi­dok lu­dzi mo­dlą­cych się na klęcz­kach…

Cho­ciaż gro­za eg­ze­ku­cji ulicz­nych ob­ję­ła cały kraj, w War­sza­wie była wprost nie­sa­mo­wi­ta. Punk­ty eg­ze­ku­cyj­ne na­ra­sta­ły w szyb­kim tem­pie. Dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści, trzy­dzie­ści pięć, czter­dzie­ści… Licz­ba roz­strze­la­nych we­dług ogło­szeń na czer­wo­nych afi­szach się­ga­ła ty­sią­ca i prze­kro­czy­ła go. A wia­do­mo­ści ze­bra­ne przez ko­mór­kę Kie­row­nic­twa Wal­ki Pod­ziem­nej pra­cu­ją­cą na Pa­wia­ku po­da­wa­ły, że nie­za­leż­nie od roz­strze­li­wać „ofi­cjal­nych”, ulicz­nych, od­by­wa się rów­no­cze­śnie nie­ujaw­nio­ne, ma­so­we li­kwi­do­wa­nie więź­niów w ru­inach get­ta. Jed­ne­go razu he­ka­tom­ba tych bez­i­mien­nych ofiar w ru­inach ob­ję­ła licz­bę sze­ściu­set męż­czyzn i ko­biet.

To o owych ty­go­dniach zgro­zy Krzysz­tof Ba­czyń­ski – żoł­nierz „Zoś­ki” i naj­wy­bit­niej­szy po­eta oku­pa­cji – pi­sał:

Stań się krzyw­dą i ze­mstą, mi­ło­ścią i lu­dem,

O, chwyć za miecz hi­sto­rii i uderz, i uderz!

Nie moż­na było w tych wa­run­kach trwać w przy­cza­je­niu lub ogra­ni­czać się do do­tych­cza­so­wych ak­tów dy­wer­sji. Trze­ba było chwy­cić się kontr­ter­ro­ru, aby otrzeź­wić hi­tle­row­ców.

Kie­row­nic­two Wal­ki Pod­ziem­nej zde­cy­do­wa­ło ude­rzyć wro­ga w miej­sce spe­cjal­nie czu­łe: w nie­miec­kie po­cią­gi po­śpiesz­ne, prze­bie­ga­ją­ce po pol­skich li­niach ko­le­jo­wych, po­cią­gi nie­do­stęp­ne dla po­dróż­nych pol­skich, ob­słu­gu­ją­ce głów­nie nie­miec­ki świat urzęd­ni­czy i woj­sko­wy.

„Zoś­ka” brał tak­że udział w tych okrut­nych, lecz nie­zbęd­nych ak­cjach. Wy­ko­nał pięć za­ma­chów – tyl­ko je­den z nich nie był sku­tecz­ny.

23 paź­dzier­ni­ka wy­sa­dzo­no po­ciąg nie­miec­ki koło sta­cji Po­go­rzel (w kie­run­ku Dę­bli­na). Pierw­sza ta ak­cja od­we­to­wa na po­ciąg była zresz­tą wy­ko­na­na tyl­ko dzię­ki za­cię­to­ści i upo­ro­wi do­wo­dzą­ce­go plu­to­nem Kuby, któ­ry za­wziął się, aby rzecz do­pro­wa­dzić do koń­ca. Sta­ło się bo­wiem tak, że lo­ko­mo­ty­wa woj­sko­we­go po­cią­gu urlo­po­we­go… ze­psu­ła się o trzy ki­lo­me­try przed miej­scem za­ma­chu! Po­ciąg miał prze­je­chać obok na­szy­ko­wa­nej pu­łap­ki mi­no­wej o go­dzi­nie 23.40 – tym­cza­sem mija pierw­sza, mija dru­ga go­dzi­na, a po­cią­gu nie ma! Po­sła­ni na wy­ba­da­nie sy­tu­acji Słoń i Ano­da przy­no­szą hio­bo­wą wieść: po­ciąg pe­łen żoł­nie­rzy stoi w polu, lo­ko­mo­ty­wa z wy­ga­szo­nym ko­tłem, do­pie­ro ran­kiem na­czel­nik sta­cji w po­bli­skim Ce­le­sty­no­wie ocze­ku­je z Dę­bli­na no­wej lo­ko­mo­ty­wy.

Za­wsze we­so­ły Kuba tym ra­zem był zroz­pa­czo­ny. Bez koń­ca po­pra­wia oku­la­ry i w koń­cu po­dej­mu­je de­spe­rac­ką de­cy­zję: pod lufą pi­sto­le­tu zmu­sza dróż­ni­ka ko­le­jo­we­go do na­tych­mia­sto­we­go we­zwa­nia za­pa­so­wej lo­ko­mo­ty­wy z Otwoc­ka. „Pan ko­men­dant po­cią­gu żoł­nier­skie­go krzy­czą, żeby za­raz szedł pa­ro­wóz” – po­wta­rza kil­ka­krot­nie dróż­nik po­dyk­to­wa­ne mu przez Kubę zda­nie. I rze­czy­wi­ście – Otwock wy­ko­nał „za­rzą­dze­nie”! Kuba usu­nął miny, aby prze­pu­ścić lo­ko­mo­ty­wę, po czym szyb­ko za­ło­żył je zno­wu. Nie­ste­ty, lo­ko­mo­ty­wa otwoc­ka była ja­kaś sła­ba­wa, cią­gnę­ła dłu­gi skład wa­go­nów za­le­d­wie z szyb­ko­ścią trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. To­też skut­ki wy­bu­chu nie były ta­kie, ja­kich się spo­dzie­wa­no. Nie­mniej jed­nak dwie lo­ko­mo­ty­wy le­ża­ły na na­sy­pie, dwa wa­go­ny – i to ofi­cer­skie – zo­sta­ły znisz­czo­ne, dwa inne wy­ko­le­jo­ne.

Ak­cja pod Szy­ma­no­wem (22 li­sto­pa­da) przy­nio­sła oku­pan­to­wi duże stra­ty. Wy­ko­le­jo­ny po­ciąg po­śpiesz­ny Ber­lin – War­sza­wa miał oko­ło stu za­bi­tych i cięż­ko ran­nych. Mi­mo­wol­nym świad­kiem i na pół uczest­ni­kiem tej ak­cji stał się pro­fe­sor Mar­ce­li Han­del­sman, któ­ry w tym cza­sie ukry­wał się w Mi­la­nów­ku w domu do­wód­cy „Zoś­ki” – po­rucz­ni­ka Je­rze­go. Tu­taj chłop­cy schro­ni­li się na noc po za­ma­chu.

Naj­strasz­niej­szy w skut­kach stał się dla wro­ga za­mach na li­nii Tłuszcz – Urle. Wy­ko­ny­wał go „Alek”. Do­wo­dził Koł­czan. An­drzej Mor­ro zo­stał nie­daw­no mia­no­wa­ny do­wód­cą kom­pa­nii „Rudy”, nie mógł jed­nak wy­ru­szyć te­raz z „Al­kiem”, aby oso­bi­ście czu­wać nad od­po­wie­dzial­ną ro­bo­tą.

Wszyst­kie pra­ce przy­go­to­waw­cze szły wzo­ro­wo: bez po­śpie­chu roz­sta­wio­no w od­po­wied­nich miej­scach lu­dzi z gra­na­ta­mi i bro­nią pal­ną. Mi­nie­rzy bez­błęd­nie za­ło­ży­li dwie miny w od­stę­pach kil­ku­me­tro­wych. I gdy po­ciąg po­śpiesz­ny, prze­peł­nio­ny SS-ma­na­mi i żoł­nie­rza­mi We­hr­mach­tu, w peł­nym pę­dzie wy­biegł sze­ro­kim łu­kiem spo­za za­krę­tu, od stro­ny Bia­łe­go­sto­ku – mi­nie­rzy, wy­cze­kaw­szy od­po­wied­ni czas, od­pa­li­li miny.

Pod ko­ła­mi pę­dzą­cej ol­brzy­miej lo­ko­mo­ty­wy, cią­gną­cej za sobą dłu­gi rząd ciem­nych pul­ma­nów, wy­try­ska fon­tan­na ognia. Roz­le­ga się huk, ło­mot, po­twor­ne zgrzy­ty. Po­ciąg pę­dzi jesz­cze chwi­lę, po­tem lo­ko­mo­ty­wa i wa­go­ny walą się z toru, rwą pod­kła­dy i szy­ny, krze­sząc smu­gi iskier z ka­mie­ni na­sy­pu.

– Gra­na­ty na­przód!

Pod­bie­gli. Rzu­ca­ją – i pa­da­ją, by ochro­nić się przed wy­bu­cha­mi. Kil­ku do­bie­ga do sa­mych wa­go­nów, wrzu­ca­ją gra­na­ty w okna. Eks­plo­zje łą­czą się z ję­ka­mi ran­nych. Gdzie­nieg­dzie uka­zu­ją się ję­zy­ki pło­mie­ni.

– Ognia! – krzy­czy Koł­czan. Pod­niósł się, wy­pro­sto­wał i tak stoi bez ru­chu. W mi­go­tli­wych bla­skach roz­nie­ca­ją­ce­go się po­ża­ru wi­dać jego przy­sa­dzi­stą po­stać na krót­kich no­gach, błysz­czą­ce pod­nie­ce­niem oczy wśród sma­głej, czar­nia­wej twa­rzy i roz­pię­ty sze­ro­ko mimo zim­na koł­nierz kurt­ki. Wzniósł ku gó­rze ręce z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi i krzy­czy prze­ni­kli­wie, nie­na­tu­ral­nie wy­so­kim gło­sem:

– Od­wet! Od­wet!

Przez dłu­gie mi­nu­ty nie milk­nie trzask ręcz­nych ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych, ste­nów i pi­sto­le­tów. A wśród ostrych trza­sków bro­ni ma­szy­no­wej, wśród syku pary wy­ry­wa­ją­cej się z ko­tła prze­wró­co­nej lo­ko­mo­ty­wy nie­ustan­ne – raz słab­sze, raz sil­niej­sze – gło­sy: – Hil­fe, Hil­fe.

Gdy „Alek” był już poza te­re­nem ak­cji, oca­le­ni z prze­wró­co­ne­go po­cią­gu Niem­cy roz­po­czy­na­ją zby­tecz­ny ogień.

Od­dział wra­ca w mil­cze­niu. Plu­ton „Alek” jest za­do­wo­lo­ny – strat wła­snych nie było i ostre, pie­ką­ce pra­gnie­nie od­we­tu za po­twor­no­ści miast pol­skich zo­sta­ło za­spo­ko­jo­ne. Ale jak­że dys­har­mo­nij­na jest du­sza ludz­ka: jesz­cze przed go­dzi­ną, gdy za­kła­da­no miny, każ­dy czuł, że mógł­by z naj­zim­niej­szą krwią wła­sny­mi rę­ko­ma mor­do­wać wro­ga za wszyst­kie te sza­tań­skie okru­cień­stwa czy­nio­ne lu­dziom. A te­raz, gdy wra­ca­ją, tam­te na­stro­je gdzieś prze­mi­nę­ły i w uszach nie­zno­śnie, do­kucz­li­wie brzmią jęki i te gło­sy: – Hil­fe! Co­raz to któ­ryś pró­bu­je z uda­nym cy­ni­zmem po­kpi­wać z ko­le­gów i z sie­bie; jed­nym się uda­je le­piej, in­nym – sła­biej. A może to wina Alka? On za­wsze drę­czył i sie­bie, i in­nych skru­pu­ła­mi na te­mat za­bi­ja­nia wro­ga z ukry­cia, od tyłu, bez­bron­ne­go. Do dia­bła! Czyż nie wszyst­ko jed­no, jak się wali we wro­ga: z ukry­cia czy na wprost? Czyż „Alek” ma wlec za sobą te udrę­ki Alka?

Wle­cze! Nie wszy­scy, nie w rów­nym stop­niu, ale na przy­kład młod­szy brat An­drze­ja Mor­ro – Bo­na­wen­tu­ra, wle­cze to bar­dzo uciąż­li­wie.

Tej nocy śni­ło mu się, że wraz z bra­tem zo­stał zła­pa­ny przez żan­dar­mów nie­miec­kich w ja­kiejś przy­god­nej ob­ła­wie. Zna­le­zio­no przy nich na­bo­je pi­sto­le­to­we, sku­to w kaj­dan­ki oby­dwu ra­zem i pro­wa­dzo­no na po­ste­ru­nek. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – to był już ko­niec. W tym cza­sie na­si­le­nia hi­tle­row­skie­go ter­ro­ru i ma­so­we­go roz­strze­li­wa­nia więź­niów Pa­wia­ka na uli­cach – ich los był przy­pie­czę­to­wa­ny. – Ucie­kaj­my, pró­buj­my – szep­ce ką­tem ust An­drzej. Krót­ki, po­ro­zu­mie­waw­czy błysk oczu – i zry­wa­ją się do bie­gu. Bie­gną w naj­wyż­szym na­pię­ciu mię­śni, ale bie­gną nie­zręcz­nie, są sku­ci – mu­szą biec tuż obok sie­bie. Bach – kula świ­snę­ła obok gło­wy Bo­na­wen­tu­ry. Bach, bach – dwie inne ude­rzy­ły w drze­wo tuż przed nimi. Gwizd – An­drzej ko­zioł­ku­je i pada, po­cią­ga­jąc za sobą bra­ta. Ran­ny w nogę pró­bu­je An­drzej unieść się – i w tej se­kun­dzie do­sta­je kulą w pierś, tuż pod oboj­czy­kiem. Z za­ci­śnię­tych ust ran­ne­go wy­do­by­wa się prze­cią­gły, ci­chy krzyk: „ra­tun­ku”. Sza­mo­ce się przez chwi­lę, po­tem za­prze­sta­je ru­chów, na­bie­ra w płu­ca po­wie­trza i woła, ile sił: „ra­tu­uuun­ku!!!”.

I na­gle Bo­na­wen­tu­rze wy­da­je się, że leży na zie­mi nie ze sku­tym, śmier­tel­nie ran­nym bra­tem, lecz sam ze ste­nem w gar­ści, a przed nim z ja­kichś po­ła­ma­nych wo­zów tram­wa­jo­wych czy po­cią­go­wych do­cho­dzi nie­ludz­ki krzyk: Hiiil­fe!

Bo­na­wen­tu­ra bu­dzi się z gło­śnym ję­kiem. Sia­da wy­stra­szo­ny na łóż­ku; jest cały spo­co­ny.

An­drzej, śpią­cy pod dru­gą ścia­ną, bu­dzi się rów­nież i mru­czy zły do bra­ta:

– Śpij­że, ty­pie, i nie jęcz po nocy.

Dłu­gie mi­nu­ty ci­szy. Ścien­ny ze­gar sen­nie po­ru­sza wa­ha­dłem.

– An­drzej…

– No?

– Strasz­na jest woj­na…

Wa­ha­dło ze­ga­ra mo­no­ton­nie od­mie­rza swe ru­chy. An­drzej otrzą­sa z sie­bie sen, ob­ra­ca się w kie­run­ku młod­sze­go bra­ta i sta­ra się do­strzec jego twarz. Ja­siek leży na wznak, ręce za­ło­żył pod gło­wę i mówi bar­dziej do sie­bie niż do An­drze­ja:

– Już cza­sem zu­peł­nie nie wiem, co my­śleć. Prze­cież ludz­kość nie robi żad­ne­go po­stę­pu mo­ral­ne­go. W tech­ni­ce – ta­kie osią­gnię­cia… a w mo­ral­no­ści – czy le­piej jest dziś, niż było za cza­sów So­kra­te­sa, Chry­stu­sa?

An­drzej sia­da na łóż­ku. Sta­ry te­mat. Ileż o tym prze­ga­da­ło się z Czar­nym Ja­siem, z Dłu­gim, z Je­re­mim. Ale mimo tych nie­koń­czą­cych się dys­ku­sji po­zo­sta­je na dnie du­szy wciąż ja­kaś nie­pew­ność. Usi­łu­je znów doj­rzeć rysy twa­rzy bra­ta. Od­zy­wa się z na­my­słem:

– Po­stęp mo­ral­ny ist­nie­je, jest wiel­ki, mimo że hi­tle­row­cy cof­nę­li go znów o ty­siąc lat. Ale hi­tle­row­cy prze­mi­ną. Na­wet i dziś nie są wszę­dzie. Po­myśl na przy­kład o War­sza­wie, o tym, jak lu­dzie re­agu­ją na te mor­dy ulicz­ne. Po­stęp mo­ral­ny świa­ta zo­stał tyl­ko przy­tłu­mio­ny przej­ścio­wo.

– My­ślisz, że to już po raz ostat­ni od­by­wa się zbio­ro­we mor­der­stwo dzie­siąt­ków mi­lio­nów lu­dzi?

– Nie wiem, jak bę­dzie, ale chcę zro­bić wszyst­ko, co moż­li­we, aby to było po raz ostat­ni.

Znów tyl­ko mo­no­ton­ny ruch wa­ha­dła ze­ga­ro­we­go.

– I my­ślę, że wie­lu z nas, że Rudy, że Zoś­ka, że ty, że może my wszy­scy po to ży­je­my i po to…

– Prze­stań, nie lu­bię ta­kie­go ga­da­nia.

Milk­ną. Roz­mo­wa się już nie klei. Za­wi­ja­ją się w koce i usi­łu­ją za­snąć.

V. Zamach na Kutscherę

Gdy dwie kom­pa­nie „Zoś­ki” ope­ro­wa­ły w ra­mach ak­cji, któ­ra mia­ła zre­flek­to­wać oku­pan­ta kontr­ter­ro­rem wy­sa­dza­nych po­cią­gów, w tym sa­mym cza­sie kom­pa­nia wy­dzie­lo­na otrzy­ma­ła po­le­ce­nie ude­rze­nia w ośro­dek woli i sym­bol hi­tle­row­skiej zbrod­ni­czo­ści, hi­tle­row­skich okru­cieństw i mor­dów w Pol­sce:

Kut­sche­ra!

Był to mło­dy ge­ne­rał SS. Do War­sza­wy przy­był wcze­sną je­sie­nią 1943 roku jako kie­row­nik bez­pie­czeń­stwa „dys­tryk­tu” war­szaw­skie­go. Po­przed­nio z po­le­ce­nia Him­m­le­ra nisz­czył ruch opo­ru w Cze­cho­sło­wa­cji, Da­nii i Ho­lan­dii. Wśród hi­tle­row­skiej eli­ty ucho­dził za spe­cja­li­stę w ope­ro­wa­niu bez­względ­nym, ma­so­wym ter­ro­rem. To on roz­pla­no­wał i urze­czy­wist­niał po­twor­no­ści ma­so­wych roz­strze­li­wań nie­win­nych lu­dzi na uli­cach War­sza­wy, aby za­stra­szyć spo­łe­czeń­stwo, wy­izo­lo­wać pol­ski ruch nie­pod­le­gło­ścio­wy i stwo­rzyć wo­kół nie­go pust­kę spo­łecz­ną. To jego na­zwi­sko kry­ło się za ano­ni­mem: „Do­wód­ca SS i po­li­cji” każ­dej czer­wo­nej płach­ty afi­szów śmier­ci. Miał za kil­ka mie­się­cy po­ślu­bić cór­kę Him­m­le­ra, mi­ni­stra SS i po­li­cji hi­tle­row­skiej Rze­szy, bez­przy­kład­nym więc, de­mon­stra­cyj­nym okru­cień­stwem chciał wi­dać umoc­nić swo­ją po­zy­cję w hi­tle­row­skiej gru­pie rzą­dzą­cej. Na­zwi­sko jego mia­ło się ze­spo­lić z suk­ce­sem uspo­ko­je­nia naj­bar­dziej nie­pod­le­głe­go mia­sta w oku­po­wa­nej Eu­ro­pie.

Dwóch mło­dych, dwu­dzie­sto­let­nich lu­dzi przy­stą­pi­ło w ma­łym po­ko­iku na Żo­li­bo­rzu do roz­pra­co­wy­wa­nia pla­nu za­ma­chu na Kut­sche­rę: Je­re­mi i Bro­nek Lot. Oby­dwaj po bez­błęd­nie zor­ga­ni­zo­wa­nej przed pa­ro­ma mie­sią­ca­mi ak­cji na Bürc­kla czu­li się w do­sko­na­łej for­mie. Ze­spo­li­li się w przy­jaź­ni, mie­li (może odro­bi­nę prze­sad­ne) za­ufa­nie do sie­bie i do swych to­wa­rzy­szy. Je­re­mi co­dzien­nie wy­ska­ki­wał te­raz wcze­snym ran­kiem z łóż­ka ze śpie­wem, pie­śnia­mi bu­dził mat­kę i sio­strę. Śpie­wa­jąc, mył się do pasa w zim­nej wo­dzie. A jego druh – Bro­nek Lot – sta­rał się wpa­dać do przy­ja­cie­la jak naj­czę­ściej, aby na­cie­szyć się we wspól­nych z nim roz­mo­wach o rze­czach waż­nych i bła­hych i aby bo­daj móc po­pa­trzeć na Kry­się. Je­re­mi ja­koś nie orien­to­wał się, że Bro­nek wpa­da nie tyl­ko do nie­go, a gdy tu jest – sio­stra spo­glą­da nań czę­ściej niż na in­nych jego ko­le­gów. Bro­nek znał Kry­się od daw­na, ale do­pie­ro te­raz, w ostat­nich dniach za­uwa­żył ją na­praw­dę i za­czął się jej jak­by z ukry­cia przy­glą­dać.

W okre­sie naj­strasz­niej­sze­go ter­ro­ru do­bra for­ma psy­chicz­na oby­dwu przy­ja­ciół nie zma­la­ła, usta­ły tyl­ko we­so­łe śpie­wy. Ich wia­ra w sie­bie, w mło­dość, w słusz­ność wal­ki wy­ra­ża­ła się te­raz w tward­szym niż zwy­kle kro­ku, w wy­so­ko no­szo­nej gło­wie i w le­d­wo uchwyt­nym za­ostrze­niu ry­sów twa­rzy. Je­dy­nie gdy Bro­nek roz­ma­wiał z Kry­sią, jego bar­dzo jesz­cze mło­dzień­cza twarz przy­bie­ra­ła po daw­ne­mu ła­god­ny wy­raz, a ofen­syw­ny nie­co nos tra­cił swą zwy­kłą pew­ność sie­bie.

Tak więc Je­re­mi i Bro­nek otrzy­ma­li nie­zwy­kłe za­da­nie: opra­co­wać za­mach na Kut­sche­rę. Nad tymi przy­go­to­waw­czy­mi pra­ca­mi Pług czu­wał uważ­nie. Po­sta­wił tyl­ko jed­no żą­da­nie: Je­re­mi nie może do­wo­dzić ak­cją. Była to re­ali­za­cja za­sa­dy przy­ję­tej przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi przez Kie­row­nic­two Dy­wer­sji, za­sa­dy, któ­ra wy­ra­ża­ła się w ję­zy­ku bo­jow­ców la­pi­dar­nym zwro­tem: „nie trza­skać czo­łów­ki!”. W pierw­szym okre­sie dy­wer­sji za­rów­no do­wo­dze­nie w ak­cjach, jak na­wet udział w nich re­zer­wo­wa­no dla naj­bar­dziej wy­róż­nia­ją­cych się bo­jow­ców i dla naj­zdol­niej­szych do­wód­ców. Cho­dzi­ło o wy­pró­bo­wa­nie me­tod i wy­szko­le­nie ka­dry. W sze­re­gu ko­lej­nych ak­cji do­wo­dzi­li i uczest­ni­czy­li nie­mal ci sami lu­dzie. Dało to w re­zul­ta­cie za­stra­sza­ją­ce stra­ty wła­śnie wśród naj­bar­dziej wy­ro­bio­nych i war­to­ścio­wych lu­dzi.

Śmierć Zoś­ki, któ­ry oso­bi­ście brał udział nie­mal w każ­dej ak­cji, spo­wo­do­wa­ła ener­gicz­ne wy­stą­pie­nie kie­row­nic­twa Sza­rych Sze­re­gów wo­bec Ko­men­dy Ar­mii Kra­jo­wej i od daw­na na­ra­sta­ją­ca de­cy­zja zo­sta­ła osta­tecz­nie prze­są­dzo­na: za­rzą­dzo­no, iż za­rów­no do udzia­łu w ak­cjach, jak i do do­wo­dze­nia nimi na­le­ży przy­dzie­lać co­raz inne ze­spo­ły i wy­zna­czać co­raz in­nych do­wód­ców. Na­le­ży chro­nić tych, co się już wy­ro­bi­li, a z dru­giej stro­ny – na­le­ży dać szan­sę wy­ra­bia­nia się in­nym. W myśl tej za­sa­dy Je­re­mie­mu, któ­ry do­wo­dził – i to do­brze do­wo­dził – w za­ma­chu na Bürc­kla, nie wol­no było brać udzia­łu w za­ma­chu na Kut­sche­rę. Na­to­miast Bro­nek Lot, któ­ry w za­ma­chu na Bürc­kla uczest­ni­czył jako je­den z wy­ko­naw­ców i zło­żył wów­czas do­wo­dy zim­nej krwi, od­wa­gi i by­stro­ści, miał te­raz ob­jąć sta­no­wi­sko do­wód­cy. Na­le­ża­ło mu się to zresz­tą tak­że dla­te­go, że ak­cję miał wy­ko­nać pierw­szy plu­ton. Bro­nek otrzy­mał nie­daw­no no­mi­na­cję na do­wód­cę tego plu­to­nu.

Zresz­tą do­wo­dze­nie w tej hi­sto­rycz­nej ak­cji za­wdzię­czał Bro­nek Pie­tra­sze­wicz nie tyl­ko od­wa­dze, zim­nej krwi i funk­cji do­wód­cy plu­to­nu. Za­wdzię­czał je przede wszyst­kim in­te­li­gen­cji i wy­so­kiej kla­sie mo­ral­nej, jaka ce­cho­wa­ła tego mło­de­go czło­wie­ka. W Gru­pach Sztur­mo­wych wi­dzi­my wie­le peł­nych i zhar­mo­ni­zo­wa­nych jed­no­stek, któ­re łą­czy­ły od­wa­gę bo­jo­wą z czy­sto­ścią in­ten­cji, cha­rak­ter z in­te­li­gen­cją. By­ło­by na­iw­no­ścią przy­pusz­czać, że mamy tu do czy­nie­nia ze zja­wi­skiem przy­pad­ko­wym. Nie­zwy­kła at­mos­fe­ra wal­ki z oku­pan­tem oraz szcze­gól­ne na­pię­cie ide­owe pa­nu­ją­ce w Sza­rych Sze­re­gach pod­cią­ga­ło lu­dzi, sprzy­ja­ło ujaw­nia­niu się i roz­wi­ja­niu wszyst­kie­go tego, co w czło­wie­ku jest na­praw­dę war­to­ścio­we.

Czas przejść do opi­su jed­ne­go z naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń w hi­sto­rii oku­po­wa­ne­go kra­ju.

1 lu­te­go 1944 roku.