Zbrodnia w błękicie - Katarzyna Kwiatkowska

Zbrodnia w błękicie

0,0

Młody podróżnik i detektyw hobbysta, Jan Morawski, przybywa w śnieżną zadymkę do pałacu w Tarnowicach. Pierwszy wspólny posiłek z gospodarzami i ich gośćmi ujawnia niespodziewane urazy, konflikty i żale. Ta podminowana atmosfera ma tragiczny finał. Następnego ranka w błękitnej sypialni pokojówka znajduje zwłoki kobiety. Do akcji wkracza Morawski. Przytłacza go jednak ogrom wykluczających się dowodów i sprzecznych zeznań, skrywanych grzeszków, animozji i zdrad. Co gorsza niemal wszyscy mieli motyw i możliwość popełnienia zbrodni. Ale czy to koniec morderstw? Czy ktoś jeszcze zginie? Schyłek XIX wieku. Wyraziście zarysowane postaci na tle wysmakowanych pałacowych wnętrz, pełnych barw, zapachów i dźwięków. Skuteczna walka z pruskim zaborcą, znakomicie wplecione wątki historyczne, literackie i obyczajowe. I intryga rodem z powieści Agathy Christie z morderstwem w tle, osadzona w mroźnej ziemiańskiej Wielkopolsce. Zbrodnia w błękicie , udany debiut Katarzyny Kwiatkowskiej, to trzymający w napięciu aż do ostatniej strony polski kryminał retro.

Dodaj komentarz


Zastanawiam się, gdzie tu jest fabuła? Bohaterowie też wydają się być płascy i nieciekawi. Nawet stylistyka "dawnych lat" nie poprawia odbiory tej książki.


Kryminał retro umiejscowiony w Polsce. Przepraszam, właściwie powieść kryminalna. Szczególnie szwankuje kreacja bohaterów (jest mało przekonująca). Jednak widać potencjał autorki. Według mnie udany mimo wszystko debiut.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

ZBRODNIA W BŁĘKICIE

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
16.
17.
18.
19.
20.
EPILOG
Karta redakcyjna

KATARZYNA KWIATKOWSKA

ZBRODNIA W BŁĘKICIE

 

Fragment

Zysk i S-ka Wydawnictwo

1.

— Jesteśmy na końcu świata — padło z narożnika sań.

Jan przytrzymał czapkę i odwrócił się w stronę, skąd dochodził głos. Mateusz, kamerdyner i najwierniejszy przyjaciel, siedział tak opatulony, że przypominał wielki kokon, mumię lub zraz zawijany.

Mimo ust na wpół zdrętwiałych od mrozu, Jan spróbował pocieszyć malkontenta:

— Wielkie Księstwo Poznańskie to nie koniec świata.

— Już dawno przekroczyliśmy granicę z Królestwem[1].

Jan uśmiechnął się w duchu i cierpliwie odpowiedział:

— Do granicy daleko. Poza tym jedziemy w innym kierunku.

— A kto w tej zadymce rozróżni kierunek?

Wątpliwość była jak najbardziej zasadna. Świat skrył się za zasłoną lodowatych płatków, pędzących z zawrotną prędkością. Wiał tak silny wiatr, że śnieg padał prawie poziomo.

Jan zasłonił dłonią usta — bez tego podmuchy aż zatykały, uniemożliwiając nie tylko mówienie, ale i oddychanie — i przypomniał:

— Na Alasce na polowaniu nie przeszkadzały ci gorsze zadymki.

— Nienawidzę zimy i nienawidzę wysp. Mają fatalny wpływ na moje samopoczucie. I nienawidzę być głodny. Mam nadzieję, że mają tam wystarczające zapasy żywności, bo utkniemy na wiele dni — krakał. — Nikt nam nie pomoże na tym pustkowiu.

— Co ma z tym wspólnego wyspa? — wykrztusił zdumiony Jan, mając jednocześnie nadzieję, że po solidnej wielkopolskiej kolacji Mateuszowi wróci humor.

— Pałac wśród śniegu i lodu jest jak wyspa. Będziemy odcięci przez lata.

Po przedstawieniu tej krzepiącej wizji Mateusz zamilkł.

Jan wyraźnie nie podzielał nastroju swego towarzysza. Kochał wyzwania, był młody i spragniony wrażeń, a tych podróż przez zadymkę dostarczała aż nadto. Co prawda, zamiast siedzieć biernie z tyłu sań, wolałby nimi powozić, z drugiej jednak strony przy takiej pogodzie i na nieznanym terenie lepiej, że saniami kierował przysłany z Tarnowic fornal.

Im bardziej Jan był podekscytowany, tym bardziej zgryźliwy stawał się Mateusz. Z wnętrza zwoju dobiegło:

— Czy on wie, gdzie jesteśmy?

— Sprawia wrażenie, że wie. — Jan wierzył w fornala.

— Wrażenie to za mało, jeśli wolno mi zauważyć.

Po rzuceniu tej kwaśnej uwagi Mateusz zakrył sobie twarz pledem i całkowicie zniknął pod stertą futer.

Jan także cofnął się w głąb sań, gdzie wiatr nie hulał tak bezkarnie. Nie było widać nic i mimo woli podziwiał doświadczonego woźnicę najwyraźniej odnajdującego drogę dzięki sobie tylko znanym punktom terenu.

W pewnej chwili pochylił się i krzyknął w głąb kokonu:

— Już prawie jesteśmy. Minęliśmy bramę.

— To na pewno brama innego majątku.

Jan wybuchnął śmiechem, natychmiast zdławionym przez wicher. Postanowił zaprzestać prób podnoszenia Mateusza na duchu.

Zatrzymali się i Jan popatrzył na pałac. Widział właściwie tylko wejście tej prawdziwie wielkopańskiej siedziby — kilkanaście stopni, szeroki podest, cztery kolumny portyku. Odgarnął z siebie futra i wstał. W tym momencie poczuł tak silny powiew wiatru z boku, że aż musiał chwycić się sań. Odwrócił się lekko, by sprawdzić, jak idzie Mateuszowi — odkopywał się właśnie spod sterty futer i koców. Zgięci w pół skierowali się obaj w stronę schodów. Wyraźnie oczekiwano gościa, gdyż gdzieniegdzie na stopniach dostrzegli ślady odśnieżania, teraz prawie zasypane. Jan z Mateuszem ruszyli pod górę, natomiast woźnica zeskoczył na podjazd i zakrywając twarz od wiatru i śniegu, przesuwał się na tył sań.

W chwili, gdy Jan z Mateuszem dotarli na podest schodów, podwójne drzwi wejściowe się otworzyły i ktoś w nich stanął. W wejściu do pałacu czekał Tadeusz Tarnowski, pan domu i przyjaciel Jana. Objął przybysza serdecznie, nie bacząc na jego ośnieżone odzienie, poklepał po plecach i wprowadził do sieni.

— Witaj, Janie. Nareszcie. — Wyglądał na autentycznie szczęśliwego i Jan pomyślał, że warto było pokonać tę drogę, choćby tylko po to, aby być tak przywitanym. — Nareszcie przyjechałeś.

Tuż za nimi do sieni wszedł Mateusz, tak samo jak Jan zasypany śniegiem. Szybko zamknął za sobą drzwi, odcinając ich tym samym od zamieci i od razu zaczął otrzepywać Jana ze śniegu. Uśmiechnięty Tadeusz wpatrywał się w długo wyczekiwanego gościa i na nic innego nie zwracał uwagi. Mateusz skończył odśnieżanie Jana i zajął się swoim okryciem. Całą trójką weszli do holu.

— Gdzie Franciszek? — zwrócił się Tadeusz do podbiegającego lokaja.

— Panicz Karol dopiero wrócił. Pan Franciszek mu pomaga.

Jan rozglądał się po imponującym holu. Ciemnobrązowe boazerie płycinowe pokrywały ściany od dołu i przechodziły w obramowania drzwi. Usytuowana w narożniku klatka schodowa miała kształt litery L, a jej główną ozdobę stanowiła balustrada z rzeźbionymi tralkami oraz masywne wsporniki. Sufit ubogacały drewniane kasetony, a ich wzór odtwarzała posadzka z kamiennych płyt. Nad olbrzymim kominkiem z piaskowca wisiała tarcza herbowa, a wyposażenie uzupełniały fotele na lwich pazurach i imponujący żyrandol na łańcuchu. Hol urządzono jak wnętrze mieszkalne — dodatkowy pokój, w którym domownicy mogą wspólnie spędzać czas.

Tadeusz pociągnął gościa na środek i pomógł mu pozbyć się ciężkiego od lodu futra, które natychmiast przechwycił lokaj. Potem bez ceregieli wziął Jana w ramiona, przez chwilę przyglądał mu się rozpromieniony, a w końcu roześmiali się obaj. Stali tak razem, pod pewnymi względami podobni mimo dzielących ich lat — obaj wysocy i szczupli, obaj ciemnowłosi.

— Wyglądasz prawie jak Afrykańczyk! — zażartował gospodarz. — Skąd wracasz, Janie?

— Z Persji.

Tadeusz zagwizdał.

— Ty szczęściarzu. A nas tu prawie zasypało. Zresztą, co ci będę opowiadał. Przejechałeś tę drogę, to wiesz lepiej niż ja, co się dzieje.

— Straszna pogoda, odwykłem od polskich zim.

Tadeusz roześmiał się i aż mu oczy rozbłysły.

— Pozwól, chciałbym, abyś poznał moją żonę — zbliżył się do kobiety w błękitnozielonej sukni, która w towarzystwie panienki w błękicie właśnie ukazała się na progu.

— Kochanie, przedstawiam ci Jana, mojego przyjaciela. Nic więcej nie muszę dodawać, bo ciągle ci o nim opowiadam. Janie, moja żona, Julia.

Jan się ukłonił i spojrzał uważnie na drobną, szczupłą, ciemnowłosą kobietę. Jej uroda zdała mu się orientalna. Jakby to ona wróciła z Persji. Brakowało tylko czadoru. W porównaniu ze swojskim Tadeuszem, a może z powodu roztaczanego przez nią słodkiego zapachu, Julia skojarzyła się Janowi ze wschodnimi słodyczami, z rachatłukum.

Pani domu również przyglądała się gościowi.

— Rzeczywiście, Tadeusz bez przerwy o panu opowiada — powitała go melodyjnym głosem.

— Proszę nie wierzyć w żadne jego słowo.

— Nawet jeżeli mówił o panu dobrze?

Skrzywił się komicznie i pochylił ku niej, jakby dzieląc się sekretem:

— Zwłaszcza w to proszę nie wierzyć.

Potem zaczął tłumaczyć się Tadeuszowi ze spóźnienia.

— Daj spokój, przecież to nie ty zesłałeś zamieć.

Gość nie zdążył odpowiedzieć, gdy Julia dodała:

— Mamy przynajmniej taką nadzieję.

Roześmiali się.

— Dziękuję, że przysłałeś po mnie konie — zwrócił się Jan do gospodarza, mając myśli zaprzątnięte Julią. — Całą drogę podziwiałem powożącego. Nie wiem, czy ktoś inny by tu dotarł.

— Jest najlepszy.

Jan uznał, że może znowu spojrzeć na żonę przyjaciela, choć nie chciał się w nią wpatrywać zbyt nachalnie. Wiele o niej słyszał. Na ogół powtarzano, że jest rozkojarzona, nieobecna, bez głowy do prowadzenia domu, towarzyskich konwenansów, religijnych nakazów. To akurat rozumiał doskonale. Tak samo jak to, że pani Tarnowska żyła według własnej fantazji i, ku oburzeniu poznańskich matron, jeśli nie było w domu gości, to nie przestrzegała nawet godzin posiłków.

Zwrócił się do niej, choć wiedział, że nie ona zarządza domem:

— Mam nadzieję, że tym opóźnieniem nie spowodowałem zbyt wielkich komplikacji?

Uśmiechnęła się, jakby taki drobiazg nie był wart wspominania. Odpowiedział mąż:

— Nic się nie stało. Ile to już lat, Janie? Pięć?

— Prawie. Na pewno więcej niż cztery.

Tadeusz robił przegląd pamięci:

— Genewa?

— Genewa.

— Musisz opowiedzieć, co przez ten czas robiłeś. Te wszystkie miejsca, z których do mnie pisałeś…

Znowu uścisnęli sobie ręce. Tadeusz poprowadził Jana w kierunku stojącej nieco z boku panienki.

— Chciałbym, abyś jeszcze kogoś poznał.

Gość oniemiał. Zdało mu się, że widzi zmarłą przed wielu laty ukochaną siostrę Tadeusza, Karolinę. Dziewczyna, według oceny Jana mniej więcej osiemnastoletnia, miała takie same jasne włosy, przejrzystość, błękit oczu… Niemożliwe, żeby była jej córką — Karolina zmarła, mając piętnaście lat. Tadeusz nie dostrzegł oszołomienia gościa.

— Zosiu, poznaj proszę mojego przyjaciela, Jana Morawskiego. Janie, to panna Zofia Rusiecka, córka moich przyjaciół, która przebywa u nas w gościnie.

— Bardzo miło mi panią poznać.

— Mnie również. Ja także wiele o panu słyszałam — rzekła cichym, drżącym głosem, dygnęła szybko jak mała dziewczynka, po czym opuściła głowę i splotła za plecami ręce. Fryzurę miała bardzo młodzieńczą — próbując okiełznać włosy, uczesano je w koronę. Cel jednak nie został osiągnięty. Pojedyncze kosmyki wymykały się z upięcia i dziewczyna wyglądała, jakby puszysty obłok otaczał jej głowę. W tej chmurze przebłyskiwały szafiry diademu. Nieśmiało spojrzała na Tadeusza, jakby sprawdzała, czy jest zadowolony. Upewniwszy się, cała się rozpromieniła.

Jan przyglądał się Zosi ciekawie. Nie miewał kontaktu z nieopierzonymi panienkami, bo ze względu na krążące o jego przeszłości plotki uznawano go za niewłaściwe towarzystwo dla tych niewinnych duszyczek. Teraz zastanawiał się, czy Zosia mogła być córką Tadeusza. Czyżby zdecydował się na romans z mężatką i do tego żoną przyjaciela z dzieciństwa? Czy Zosia wie o swoim podobieństwie do siostry Tadeusza? A przede wszystkim czy wie Julia?!

Kątem oka zauważył, że ciemno ubrana starsza kobieta wydaje w kącie polecenia lokajom. Służący wyszli do sieni, a Mateusz podążył za nimi. Po chwili wrócili, niosąc walizki, pakunki, pudła.

— Czy zechciałabyś, Mario, wskazać pokój naszemu gościowi? — zwrócił się do matrony Tadeusz.

Skinęła głową i ruszyła w stronę schodów.

— Spotkamy się na kolacji. Nie spiesz się.

— Pół godziny mi wystarczy, Tadeuszu.

Dwie boginie — jakoś nie umiał o nich inaczej myśleć — stały koło siebie. Jan ukłonił się im, a one odpowiedziały uśmiechem — jedna zagadkowym, druga nieśmiałym.

Wchodząc po schodach, Morawski dostrzegł na pierwszym piętrze ogromny portret pięknej ciemnowłosej damy. Sądząc po stroju — wspaniałej krynolinie w kolorze dojrzałej wiśni — obraz namalowano mniej więcej przed czterdziestu laty. Stanął, wpatrując się w oczy kobiety, z których biło ciepło i mądrość. Aż się uśmiechnął. Nie zauważył, że Maria również się zatrzymała i przygląda mu się z zainteresowaniem.

— To poprzednia pani Tarnowska.

Dopiero teraz przypomniał sobie, że nie jest sam.

— Matka Tadeusza?

Maria skinęła głową i ruszyła jednym z korytarzy. Ociągając się, podążył za nią. Nie chciał rozstawać się z piękną panią. Wszedł do wskazanego pokoju, w którym Mateusz szybko wyciągał ubrania z walizki. Maria zlustrowała pomieszczenie, sprawdziła, czy wszystkie szuflady są zamknięte i czy piec jest wystarczająco ciepły. Lokaje stali przed nią na baczność.

— Czy będzie pan czegoś jeszcze potrzebował?

— Wydaje mi się, że nie. Mateuszu?

— Wszystko jest — potwierdził kamerdyner, kłaniając się Marii. Niedawna zrzędliwość ustąpiła miejsca właściwej mu dystynkcji.

— Śniadanie podajemy w jadalni od godziny dziewiątej. Goście schodzą o odpowiadającej im porze, ciepłe dania są rozstawione na fajerkach.

Jan z humorem dostosował się do narzuconej mu roli nowego ucznia w szkole z internatem: bez słowa posłusznie skinął głową, słuchając dalszych instrukcji.

— O ósmej służący roznoszą po sypialniach kawę lub herbatę i sucharki.

— Dla mnie tylko kawa.

— Jak pan sobie życzy.

Ostatni raz rzuciła okiem na sypialnię.

— Czy w pałacu przebywa wielu gości? — ośmielił się zapytać Jan.

— Hrabina Kareńska oraz panna Paulina i pan Wacław Bonikowscy. I oczywiście panienka Zosia i jej brat Karol. To raczej domownicy, nie goście. Jeśli to wszystko…

— Tak, nie zatrzymuję pani dłużej, bo z pewnością ma pani inne zajęcia.

Nie zaprzeczyła, za to przypomniała mu:

— Kolacja za niecałe pół godziny.

— Stawię się.

— Jest pan pewien, że nie potrzebuje jeszcze kogoś do pomocy? Może życzy pan sobie, by rozpalić w kominku? Niektórzy goście wolą takie ogrzewanie niż piece.

— Jestem pewien, że damy sobie radę. Piec nam wystarczy.

Na dany znak lokaje odmaszerowali jak na musztrze. Maria wyszła za nimi i zamknęła drzwi.

— Ostra. Jak brzytwa — podsumował złośliwie Mateusz, rozwieszając wieczorowe ubranie Jana.

— Jak brzytwa to jest twój język.

Jan z podróżnego neseseru wyciągał książki, dokumenty, przybory do pisania, cygara i inne niezbędne przedmioty. Na moment zatrzymał w ręce zaczytany tom de Montaigne’a i z zamyślonym uśmiechem go pogładził.

Mateusz także rozpakowywał swój bagaż. Jan jak zawsze nie mógł powstrzymać rozbawienia, gdyż kamerdyner niezmiennie zaczynał od swoich skarbów: czapki w kratkę, fajki, lupy, kilku książek Conan-Doyle’a i podręcznika medycyny sądowej. Prawdziwy niezbędnik wielbiciela i naśladowcy Sherlocka Holmesa. Brakowało tylko skrzypiec i laboratorium chemicznego.

Ku zdumieniu Jana kamerdyner gwizdał „Pieśń Torreadora” z Carmen. W przypadku Mateusza stanowiło to nieomylny znak rewelacyjnego humoru. Jednak żeby przed kolacją…?

— Wszystko dobrze, Mateuszu?

— Nawet lepiej.

Jakakolwiek była tego przyczyna, Mateusz przypisywał taki sam dobry nastrój wszystkim wokół.

— Pan Tarnowski wydaje się bardzo szczęśliwy. Nic dziwnego zresztą, ten pałac to królewski kąsek. To samo można powiedzieć o jego żonie.

Jan zacmokał karcąco, chcąc przywołać służącego do porządku, ale wolał ograniczyć się do takiej formy zwrócenia uwagi, gdyż słowa kamerdynera dziwnie zgadzały się z jego własnymi myślami.

— Jedyne, czego tu brakuje, to dzieci, nie uważa pan?

— To prawda — Jan znowu usłyszał swoją myśl.

— Czy naprawdę państwo Tarnowscy myślą o adoptowaniu tych młodych?

— Nie wiem, Mateuszu, być może adopcja jest już przeprowadzona.

— Znałem podobny przypadek. Małżeństwo przygarnęło dziewczynę, sierotę po jakimś dalekim krewnym, i wkrótce potem zdarzył się wypadek na polowaniu. Żona właściciela zginęła, a po kilku miesiącach wdowiec ożenił się ze swoją podopieczną.

— Wyobrażasz sobie Zosię jako morderczynię?

*

Jan przebierał się błyskawicznie w wieczorowy strój. Kamerdyner po wzmiance o przebywającej w pałacu dziewczynie poczuł się upoważniony do wypowiedzenia swej opinii:

— Co do panienki to bardzo mi się podoba. Na pierwszy rzut oka, bo nie miałem czasu przyjrzeć się dokładniej. Obserwowałem wymianę spojrzeń między gospodarzami.

Zawiesił głos i spojrzał kątem oka, czy udało mu się zaintrygować Jana. Udało. Jan podniósł wzrok i czekał na ciąg dalszy.

— Państwo Tarnowscy popatrzyli na siebie znacząco, gdy pan rozmawiał z panienką. Coś mi się widzi, że zamierzają zabawić się w swatanie.

— Czyżbyś chciał mnie ożenić?

— Nie zdecydowałem się jeszcze — odpowiedział rzeczowo Mateusz. — Jeśli pana ożenię, wówczas koniec z podróżami, ale jeśli pana nie ożenię, to nigdy nie będziemy mieli domu.

— Mogę rozwiązać twój dylemat — przynajmniej jeśli chodzi o Tarnowice. Tadeusz wie, że w moim przypadku małżeństwo nie wchodzi w grę, a poza tym wspominał mi, że panienka jest zaręczona.

— Nie tracę jednak nadziei, że zdecyduje się pan na ten skok na głęboką wodę. Wtedy ja nareszcie zrealizuję moje marzenie i spiszę nasze przygody. Jak na Watsona przystało — Mateusz już otwierał usta, aby coś dopowiedzieć, ale Jan rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Kamerdyner porzucił więc drażliwy temat, ale nadal miał szampański humor i sam zdradził jego powód:

— Pytałem lokaja, czy dobrze tu karmią służbę.

— I czego się dowiedziałeś?

— Że dzisiaj na kolację dostaniemy czerninę. Jeśli chodzi o mnie, to nie potrzebuję innej rekomendacji. Przy czerninie nie przeszkadza mi nawet towarzystwo nudziarzy.

— Nie sądzę, abyś się nudził — roześmiał się Jan, wpinając szpilkę do krawata. — Majordomus Franciszek jest bardzo interesującą postacią. Wiele podróżował z ojcem Tadeusza i ponoć nielegalnie przywieźli coś z Indii, jakiś przedmiot kultu. Próbowano to odzyskać, napadając na Franciszka.

— Jaki przedmiot kultu? — zafascynowany Mateusz wpatrywał się w Jana.

— Nie wiem. Tylko Franciszek wie, ale milczy.

Z dołu dobiegł ich odgłos gongu. Jan uznał, że jest gotowy, skinął ręką Mateuszowi i wyszedł z sypialni. Korytarzem dotarł do górnego holu i zbiegł po schodach. Wszyscy już się zebrali. Patrzyli na niego z nieukrywaną ciekawością, co oznaczało, że i tym razem reputacja go wyprzedziła.

— Pozwolisz, że cię przedstawię. — Tadeusz wziął go lekko pod ramię i poprowadził w stronę nobliwie wyglądającej damy, w której Jan domyślił się hrabiny Kareńskiej. Siedziała w jednym z foteli, ale wyglądała, jakby zasiadała na tronie: wyprostowana i sztywna, w aksamitnej czarnej sukni, od której odcinał się zawieszony na szyi medalion. Szczupłe arystokratyczne palce zdobiło kilka staroświeckich pierścionków. Ciemne, gorejące oczy robiły wrażenie, zwłaszcza przy białej cerze i siwych włosach, ale tym, co przykuwało wzrok, był dumny, wręcz pyszny wyraz twarzy.

— Pani hrabino, pozwoli pani, mój przyjaciel, Jan Morawski. Pani hrabina Kareńska, Janie, przyjaźniła się w szkole z matką Julii.

Jan ukłonił się i pocałował podaną dłoń. Tymczasem Tadeusz szedł dalej.

— Panno Paulino, mój przyjaciel, Jan Morawski.

Nie zdążył nic powiedzieć. Dłoń uniosła się wysoko, żeby wymusić pocałunek. Jan jednak miał manewr uniku po wielokroć przećwiczony: dłoń uścisnął, ukłonił się nad nią i na tym zakończył. Zignorował też to, że podając mu rękę, Paulina pochyliła się, eksponując dekolt, którego wycięcie i bez tego sięgało granic… ostatecznych. Srebrna blondynka w srebrnej sukni, o spojrzeniu zimniejszym i twardszym niż diamenty kolii, którą nosiła, od razu przejęła inicjatywę.

— Wprost nie mogłam się pana doczekać — rzekła miękko głosem rozpieszczonej kotki.

Jan pomyślał, że panna Bonikowska uwielbia szokować, ale nawet takie zachowanie nie mogło stopić lodu, jaki od niej wyczuwał. Prawie wyrwał rękę. Tadeusz odchrząknął, widząc to przywitanie i spróbował zapanować nad rozbawieniem.

— Julię i Zosię już znasz.

Jan ukłonił się boginkom, a Tadeusz poprowadził go w stronę dwóch mężczyzn.

Pierwszy z nich — ciężki, ogromny, z dumnie uniesioną głową i wyćwiczoną miną pełną godności — był to Wacław Bonikowski, poseł, sąsiad i narzeczony Zosi. Jego wysiłki, by wywrzeć imponujące wrażenie, poszły na marne. Nie dosyć bowiem, że brat Pauliny miał maleńką głowę osadzoną na wielkim korpusie, to na dodatek usiłował ukryć przedwczesną łysinę, komicznie zaczesując włosy znad jednego ucha w stronę drugiego. Podał Janowi z wyższością końcówki palców i nawet nie oddał uścisku. Jan z trudem oderwał od niego wzrok i spojrzał na drugiego mężczyznę. Pogodny, otwarty chłopak w typie sportsmana[2], wysoki i szczupły blondyn, który szczerze i z werwą uścisnął podaną dłoń, był bratem Zosi. Na jego widok człowiek sam się uśmiechał.

— A to Karol Rusiecki — dopełnił prezentacji gospodarz.

— Cieszę się, że nareszcie mogę pana poznać. — Patrzył na Jana z entuzjazmem i rozbrajająco dodał: — Nie jest pan trochę za młody?

— Za młody?

— Za młody na mojego przyjaciela — wyjaśnił Tadeusz.

— Mój ojciec był przyjacielem Tadeusza — wytłumaczył Jan.

— Nie tylko przyjacielem — uzupełnił Tarnowski. — Był moim wzorem, nauczycielem.

Karol spoglądał to na jednego, to na drugiego, aż Jan z uśmiechem przerwał te kalkulacje.

— Już wyjaśniam — mój ojciec był starszy od Tadeusza o ponad dziesięć lat, ale najwyraźniej wiek w przyjaźni nie stanowi przeszkody.

— Zgadza się — potwierdził pan domu. — Jan jest przecież młodszy ode mnie o piętnaście lat i to też nie przeszkadza.

Tymczasem podano do stołu, Tarnowski podszedł więc do hrabiny, z atencją pomógł jej wstać i poprowadził do jadalni. Wacław zaoferował ramię Julii, a Jan został dosłownie porwany przez Paulinę. Za nimi do rozświetlonej jadalni weszli Karol z Zosią. Janowi wskazano miejsce między Julią siedzącą u szczytu stołu a Pauliną. Jego sąsiadką vis-à-vis została Zosia.

Światła wielkich żyrandoli i bocznych kinkietów odbijały się w srebrnej zastawie stołowej i sztućcach, w kryształowych naczyniach, w szybach witryn, w biżuterii pań. Wniesiono pierwsze danie — solę w sosie holenderskim. Jan zauważył, że Julia nałożyła sobie tylko ozdoby z warzyw i sos.

Tadeusz zwrócił się do zebranych:

— Czy wiedzą państwo, że nasz nowy gość, Jan, przybywa właśnie z Persji — zresztą widać po kolorze skóry, że nie spędzał ostatnio czasu w kraju — i wpadł prosto w największą od dwudziestu lat śnieżycę.

— Zmiana rzeczywiście radykalna. Ostatni raz widziałem tyle śniegu, kiedy spędzałem Gwiazdkę u dziadków.

— Nie rozmawiajmy o tym okropnym śniegu — włączyła się Paulina rozkapryszonym tonem. — Proszę opowiadać o Persji. Podróżować — to najcudowniejsze, co może być.

— Przecież podróżowałaś z matką przez całe dzieciństwo — przypomniał jej nietaktownie Karol. — Dopiero niedawno wróciłaś do kraju.

— Takie tam podróże — machnęła lekceważąco ręką. — Francja, Włochy. Co to za przygoda? Ja marzę o egzotyce, o dalekich krajach, obcych lądach, o spaniu w oazie w namiocie.

— U nas największym wielbicielem podróży jest Franciszek — zaśmiał się Tadeusz. — Cały czas namawia mnie i Julię, żebyśmy gdzieś wyjechali. Niestety, ciągle to odkładam. — Tu zwrócił się do Jana: — Jakoś nie potrafię zostawić posiadłości pod nadzorem administratora, choćby najlepszego. Gospodarstwo potrzebuje…

Nie dane mu było jednak dokończyć. Ostro przerwała mu panna Paulina, uznając, że powiedział już wystarczająco dużo. Jan stanowił obecnie centrum jej świata i tylko jego miała ochotę słuchać.

— Musi mi pan wszystko opowiedzieć o tej ostatniej podróży. Czy to prawda, że tam mężczyźni mają wiele żon?

— Tak, o ile ich na to stać.

— Racja — głosem pełnym śmiechu skomentował Karol. — Tutaj trudno utrzymać jedną żonę. A kilka? To przecież katastrofa.

Do rozmowy wtrąciła się hrabina, mrożąc od razu dobry humor:

— Uważam, że wielożeństwo woła o pomstę do nieba. Chrześcijanie — tu znacząco spojrzała na Jana — w ogóle nie powinni udawać się w takie miejsca, przynajmniej dopóki misje nie nawrócą pogan.

Paulina marzyła dalej, ignorując wypowiedź Kareńskiej:

— Bardzo bym chciała tam pojechać. Obejrzeć. Zwiedzić.

— A zostać? — rzucił Karol.

— Tylko jeśli byłabym ukochaną sułtana.

Towarzyszyło temu kokieteryjne spojrzenie na Jana. Karol nie ustępował:

— Nie wystarcza ci, że jesteś moją ukochaną?

Jan patrzył akurat na Zosię i zauważył, że opuściła głowę zakłopotana wyznaniem brata.

Tadeusz wyjaśnił:

— Nie wiem, czy ci wspominałem, Janie, ale zapowiada się, że będziemy mieli podwójne wesele. Zosia jest po słowie z Wacławem, Karol zaś oświadczył się pannie Paulinie i wygląda na to, że będzie przyjęty.

— Wszystko zostanie w rodzinie — zażartował Karol.

— Nie przesądzałabym tego. Wiele się rzeczy niespodziewanych może wydarzyć między ustami a brzegiem pucharu — zmroziła ich znowu Kareńska niczym Zła Królowa.

Zapanowała konsternacja, której sprawczyni odłożyła sztućce i zwróciła się do Jana tonem niedopuszczającym sprzeciwu:

— Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie są obecnie bardzo zmienni. Nie znajduje pan? Za czasów mojej młodości kochało się raz na zawsze.

— Co za nudy — dobiegł Jana szept Pauliny.

— Młodzi państwo Rusieccy na przykład, Zofia i Karol. Jakże oni są niestali — ostry głos hrabiny ciął jak nóż. — Panienka już kilka miesięcy po śmierci narzeczonego, którego rzekomo tak kochała, pocieszyła się innym. A jeśli chodzi o Karola, to miał bardzo chorą narzeczoną. Suchoty, stan beznadziejny. I cóż na to kochający pan Karol? Żeni się z inną.

Po wypuszczeniu dwóch zatrutych strzał arystokratka zamilkła. Bez wątpienia mogła być z siebie zadowolona — teraz także Karol miał zwarzony humor.

Na szczęście w tym momencie służący wnieśli comber sarni z truflami i sosem maderowym. Jadalnię wypełnił zapach dziczyzny i upajający aromat grzybów.

Jan jadł z coraz większym przymusem, mimo że przepadał za tym połączeniem smaków. Nie tylko wrogość panująca w jadalni odebrała mu ochotę na jedzenie i przyprawiła o zawroty głowy. To zapach perfum, którymi zlała się bez umiaru Paulina, tłumił inne aromaty i przenikał smak potraw.

— Uwielbiam trufle — oblizała wargi sprawczyni węchowych katuszy Morawskiego. — Podobno to afrodyzjak, próbował pan?

Rozległ się jej perlisty śmiech. Jan zignorował tę jawną prowokację i zwrócił się do Julii:

— Pani nie je mięsa?

— Nie, raczej nie. Ale to nie względy zdrowotne, po prostu nie lubię.

— Pani Julia jest wyznawczynią filozofii wegetariańskiej — podsłuchiwała Paulina.

— Nie jestem, bo nawet nie wiem, że coś takiego istnieje — padła spokojna odpowiedź.

Paulina spojrzała znacząco na Jana, sprawdzając, czy dostrzegł ignorancję gospodyni.

— To typ diety, w której nie występuje mięso — wyjaśnił Jan.

— W takim razie jestem jej wyznawczynią.

Do rozmowy włączył się Wacław, który właśnie skończył drugą porcję pieczystego.

— To znaczy, że pani w ogóle nie jada mięsa?

Julia przytaknęła, a poseł się upewniał:

— Nie je pani pieczeni, pasztetów, szynek, wędlin?

— Ani jednej z tych rzeczy.

— To co pani je? — upodobania kulinarne gospodyni przekraczały jego możliwości pojmowania.

Tadeusz dostrzegł, że żona znalazła się w kłopotliwej sytuacji i odwrócił uwagę Bonikowskiego:

— Wacławie, ponoć znowu wyjeżdżasz do Berlina?

— Tak, moja obecność jest tam niezbędna. Pracuję obecnie intensywnie nad powrotem do ery pojednania z czasów kanclerza von Capriviego[3] — donośnym, głębokim głosem zwrócił się do Morawskiego. — Poinformowano mnie jednakże, że wrogie siły podejmują działania przeciwne moim.

— Tadeusz wspominał mi, że jest pan posłem — chciał wspomóc gospodarza Jan, nie zdając sobie sprawy, na co się decyduje.

— Zgadza się. I z dumą muszę zaznaczyć, że jestem wybitnie aktywnym parlamentarzystą. Jak obliczono i podano do publicznej wiadomości, zajmuję drugie miejsce, jeśli chodzi o łączny czas przemówień.

— Jeszcze wczoraj to było trzecie miejsce — skomentowała półgłosem Paulina. — Opowiedz, drogi bracie, jak twoja mowa prawie zniszczyła tę ustawę o dziwnej nazwie.

Służba kończyła sprzątanie ze stołu. Karol mruknął:

— Chryste, słyszałem to już milion razy.

— Co takiego, Karolu?

— Mówiłem właśnie panu Morawskiemu, że jesteś ważną postacią i że Koło Polskie już dawno przestałoby bez ciebie istnieć.

Wacław uśmiechnął się łaskawie, uniósł rękę, aby uciszyć zebranych i zaczął:

— To było w listopadzie zeszłego roku. Nic nie zapowiadało, że ta sesja będzie odbiegać od…

Wniesiono kolejne danie — przyrumienione kwiczoły i przepiórki, atrakcyjnie udekorowane kompotami[4] i sałatami. Na widok tych smakowitości i na szczęście dla współbiesiadników Wacław natychmiast przerwał swoją anegdotkę i wpatrywał się zahipnotyzowany w półmiski. Po chwili wszyscy mieli już jedzenie na talerzach, nawet Julia, chociaż także i tym razem zrezygnowała z mięsa, zadowalając się kompotem z jabłek, sałatą z roszponki i drugą z selerów. Paulina wyraźnie przyznała sobie monopol na Jana i testowała na nim najstarszą metodę postępowania z mężczyznami, mieszaninę pochlebstwa i zainteresowania.

— Czy na czas zimy znajduje pan sobie jakieś fascynujące zajęcia? Taki mężczyzna jak pan na pewno nie zadowala się zwykłym życiem.

— Nie bardzo rozumiem, co pani ma na myśli, mówiąc o fascynujących zajęciach?

— Coś niezwykłego. Na przykład narciarstwo. Zna pan ten sport?

— Poznałem go w Skandynawii, gdzie, ze względu na klimat, narty są niezastąpionym środkiem transportu.

— Słyszałem, że są też popularne w innych krajach w rejonach górskich — włączył się Karol.

Nagle ożywiona i pełna entuzjazmu Zosia klasnęła w dłonie i zwróciła się z pytaniem do brata:

— Widziałeś je w Meran[5], jak odwiedzałeś Halszkę?

Karol patrzył na nią, z trudem hamując złość. Zarumieniona dziewczyna zaczęła niezbornie tłumaczyć:

— Halszka to… to moja przyjaciółka. Karol odwiedził ją… Był w okolicy, gdzie ona przebywa i odwiedził ją… w moim imieniu.

— Co czytasz, Zosiu? — zaatakowała znienacka Paulina. — Zaczęłaś już Zolę, którego ci pożyczyłam?

— Ja… tak… ale…

— Ale co? Wypowiadaj się zdecydowanie.

Spłoszona dziewczyna czyniła bohaterskie wysiłki, żeby sprostać oczekiwaniom przyszłej szwagierki. Kilkakrotnie przełknęła ślinę i w końcu udało jej się odpowiedzieć z drżeniem w głosie:

— Nie podoba mi się. Za bardzo.

— Bo jesteś staroświecka. Świat idzie do przodu. Nie możesz żyć ciągle w średniowieczu. Co ja mam z tą dziewczyną, to pan sobie nie wyobraża. Jak bym jej pozwoliła, to by się zatrzymała na etapie Tańskiej-Hoffmanowej i podobnych bzdur dla panienek. Bestia ludzka Zoli to niezbędna książka — kontynuowała krucjatę Paulina. — Nie znając jej, nigdy nie staniesz się nowoczesną i modną kobietą.

Wacław uporał się z pierwszą porcją kwiczołów.

— Życzyłbym sobie, aby Zofia zajmowała się pożyteczną i rozwijającą lekturą. Swego czasu przywiozłem wielkiego Tomasza à Kempis. Czy poczyniłaś już postępy?

— Rozpoczęłam, ale to bardzo…

— Rozpocząć to za mało. Należy się z tą księgą dogłębnie zapoznać. Pozwoli ci to uniknąć w przyszłości błędów — rzekł nieznośnie mentorskim tonem.

— Och, daj jej spokój. Jakie błędy? — Jana zdumiała ta obrona, ale był to tylko pozór. Paulina popatrzyła złośliwie na Zosię: — Błędem było to, że miała ukochanego przed tobą czy to, że z nim zerwała? Moich ukochanych też mi masz za złe?

— Nie mogę cię winić, Paulinko, że mężczyźni za tobą szaleją. — Wacław mówił łagodnie, nawet z dumą, co tylko podkreśliło twardy ton, jakim zwrócił się do Zosi: — Od mojej narzeczonej zaś wymagam, aby pozostawała w panieńskiej niewinności bez podnoszenia wzroku na jakiegokolwiek mężczyznę poza mną i aby nie miała przede mną tajemnic. Żona Cezara musi być poza wszelkimi podejrzeniami — dorzucił po chwili z właściwą sobie skromnością, wpatrując się w siedzącą ze spuszczoną głową dziewczynę.

Jan nie mógł zrozumieć, dlaczego Tadeusz pozwala na takie traktowanie Zosi. Chyba tylko poczucie obowiązku gospodarza powstrzymywało go przed zwróceniem uwagi Wacławowi, choć wobec tak karygodnego zachowania wszystkie zasady savoir-vivre’u mógłby schować do kieszeni. Morawski dostrzegł, że Julia położyła rękę na dłoni Zosi, aby jej dodać otuchy. Zrobiła to w dobrym momencie, bo właśnie hrabina postanowiła postawić kropkę nad i:

— Jest wiele zasad, którymi powinna się kierować młoda panna. Nie należy na przykład bawić się uczuciami zakochanego mężczyzny i doprowadzać go tym do śmierci. Prawda, panno Zofio?

— Wścieka się, bo Zośka puściła kantem jej syna, Michała Kareńskiego — dobiegł szept Pauliny.

Zosia spojrzała przelotnie na Tadeusza — już wcześniej Jan zauważył, że intuicyjnie zwracała się do niego po obronę — i po jej przezroczystym policzku spłynęła łza, której nie zdołała skryć za spuszczonymi szybko powiekami. Tarnowski zaciskał kurczowo palce na zmiętej serwetce, a Jan usiłował przyswoić wiadomość o Zosi i synu hrabiny.

Karol spróbował przerwać tę nagonkę choć jednym miłym akcentem:

— Muszę pochwalić moją siostrę, à propos książek, że wczoraj ukończyła trzeci, miejmy nadzieję, że ostatni, tom dzieła o prowadzeniu domu. Autorka, pani Zakwaska, poświęca mnóstwo…

— Nakwaska — skorygowała hrabina. — Karolina Nakwaska.

Chłopak uznał, że najlepiej będzie całkowicie zmienić temat.

— Pani Julio, czy mogę coś pani podać? Zawsze się martwię, że pani za mało je.

— Nie, dziękuję. Mam wszystko, czego mi potrzeba.

— Sałatka selerowa jest wyśmienita.

Julia tylko skinęła głową i to bez tej uprzejmości, która dotychczas cechowała jej zachowanie.

Jan postanowił wspomóc Karola i za wszelką cenę utrzymać temat konwersacji z dala od Zosi.

— Panie Karolu, pan, jak rozumiem, studiuje?

— Szczerze mówiąc, nie. Przez kilka miesięcy studiowałem prawo, ale musiałem zrezygnować po śmierci naszych rodziców — pogłaskał Zosię czule po ręce. — Chciałbym kontynuować studia, ale już nie na tym wydziale. Gdy kończyłem Collegium Gostomianum, wydawało mi się, że prawo to coś dla mnie, ale jednak nie. A pan co studiował, jeśli można spytać?

— Między innymi również prawo, ale też uznałem, że to nie dla mnie. Okazało się, że bardziej niż sama litera prawa, interesuje mnie jego duch. Sprawiedliwość — to się dla mnie liczy. — Przez chwilę przy stole panowało milczenie — chyba niektórzy po raz pierwszy uświadomili sobie różnicę między prawem a sprawiedliwością. — A o jakim kierunku pan myśli, Karolu?

— O politechnice w Charlottenburgu lub o szkole rolniczej w Dublanach — widzi pan, najbardziej interesuje mnie hodowla koni.

— Uczelnia w Charlottenburgu uważana jest za jedną z najlepszych, prawda, Tadeuszu?

— Prawda. Jednym z jej absolwentów jest młody architekt ze znanej rodziny z Poznania, Roger Sławski. Widziałem kilka jego projektów, bardzo mi się podobały i chciałbym jemu powierzyć modernizację pałacu.

— Modernizację? — Karol był zaskoczony. — Przecież jest wspaniały.

— Marzy mi się dobudowanie po obu stronach oficyn i połączenie półokrągłymi galeriami z główną bryłą. — Jak zawsze, gdy wspominał o budowaniu, jego oczy zaiskrzyły. — Marzy mi się Śmiełów.

— Zamierza pan zlecić przebudowę pałacu jakiemuś nieopierzonemu architektowi? — spytał z niedowierzaniem Wacław. — I do tego Polakowi? Powinien pan się zdać na kogoś z Anglii. Ich wyczucie stylu nie ma sobie równych. Miałem okazję zapoznać się z perłami architektury angielskiej podczas studiów uniwersyteckich w Oxfordzie, oczywiście bywałem tylko w domach arystokratycznych…

— A pan gdzie studiował, Janie? — spytała przymilnie Paulina. — Jestem pewna, że w Paryżu.

— Tak między innymi również tam, ale…

— Ach Sorbona, jakże ja chciałabym móc tam studiować — wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma i dotknęła pieszczotliwie jego dłoni, nie pierwszy zresztą raz tego wieczoru. Niemal przy każdej wypowiedzi gładziła jego rękę lub mankiet i strzepywała nieistniejące pyłki. — Jakie pan prowadzi ciekawe życie, dziś tu, jutro tam… chciałabym być mężczyzną…

— Ja też panu zazdroszczę — przyznał Karol — tych podróży, zmian. Tutaj nigdy nic się nie dzieje. Musimy się wydawać prowincjuszami takiemu światowcowi jak pan.

— I dlatego ja to zamierzam nadrobić — zapowiedziała Paulina przerażonemu Janowi. — Rezerwuję sobie pana na jutro. Mam mnóstwo pytań na temat paryskiej mody, nowości literackich, skandali i innych pikantnych spraw. Naznaczymy sobie na jutro schadzkę, dobrze? Takie małe tête-à-tête.

Jan zastanawiał się, jak długo uda mu się opanowywać irytację. Tymczasem Paulina przeniosła swoje zainteresowanie na gospodarza, usiłując wzbudzić w Janie zazdrość.

— Panie Tadeuszu, nie mogę się doczekać przebudowy pałacu. Na pewno stworzy pan prawdziwe cacko. Jest pan przecież tak doświadczonym gospodarzem i tyle już pan zbudował. Zresztą cieszy się pan w sąsiedztwie opinią prawdziwego eksperta w tych sprawach. Już dawno postanowiłam, że jeśli będę cokolwiek budować, to zdam się we wszystkim na pana.

Tadeusz ukłonił się i podziękował.

— Bardzo pani uprzejma.

— Nawet tu, we wnętrzach widać pana rękę.

— To trzeba Julii przypisać…

— Ten perfekcjonizm, ten styl. Coś wspaniałego!

Jan popatrzył współczująco na Julię, ale pani domu zapewniła go cicho:

— Ona tak zawsze, to nic groźnego. Proszę się nie przejmować.

Zdumiało go, że tak trafnie odczytała jego niewypowiedzianą troskę.

— Skąd pani wie?

— Taka rozrywka. — Obydwoje spojrzeli na Paulinę wdzięczącą się teraz do Karola, która jednak kątem oka kontrolowała przebieg rozmowy Jana z Julią. — Teatr. Zemsta na panu.

Paulina właśnie demonstracyjnie obraziła się na Karola za to, że zabrał ostatnie pieczone jabłko, na które przecież ona miała ochotę. Chłopak natychmiast oddał jej ów przedmiot pożądania, za co usłyszał słodkie:

— Dziękuję ci, kochanie.

Julia wykorzystała zamieszanie przy przekazywaniu owocu, by dodać półgłosem:

— Była nieładną córką pięknej matki. Teraz udowadnia sobie i innym własną atrakcyjność.

Służący właśnie wnieśli karczochy, szparagi i vol-au-vent z groszkiem, poukładane w barwne kompozycje na porcelanowych legumierach.

— Nareszcie coś dla pani, Julio.

Uśmiechnęła się, a Jan odezwał się do Tadeusza:

— Podobno wysłałeś jednego z chłopców wiejskich do Poznania do szkoły?

— Tak, to syn jednego z fornali. Odkryliśmy w nim niesamowite zdolności w naukach przyrodniczych, prawda, kochanie?

— Tak. A nauczyciele w Poznaniu to potwierdzili.

— A czy istnieje tu system stypendiów? — pytał dalej Jan.

— Oczywiście — Towarzystwo Naukowej Pomocy[6]. Dlaczego pytasz? Chciałbyś ufundować stypendium?

— Istotnie, ale może porozmawiamy jutro.

Zauważył na sobie spojrzenie Zosi — patrzyła nieśmiało, ale z ciekawością, zwłaszcza widząc sympatię Tadeusza do nowego gościa. Chyba ujął ją swoim zainteresowaniem dla stypendiów, bo odważyła się zapytać:

— Czytał pan Janka Muzykanta?

Nie ukrywała entuzjazmu, oczy jej zabłękitniały i Jan pomyślał, że ta książka bardzo do niej pasuje.

Nie zdążył nawet otworzyć ust, gdy Paulina zganiła Zosię:

— Och, nie bądź nieznośna, daj spokój panu z tymi twoimi książkami dla dzieci.

Dziewczyna zgasła jak zdmuchnięta świeca. A Jan odpowiedział, starając się mówić tak ciepło, jak tylko potrafił:

— Czytałem. Bardzo piękna. I też uważam, że powinniśmy zajmować się utalentowanymi dziećmi, których nie stać na naukę.

Jan nie pomyślał, że przed wygłoszeniem tak wywrotowego stwierdzenia należało się upewnić, czy Wacław ma pełen talerz. Poseł nienawidził warzyw, więc zjadł tylko ciasto francuskie i sos. Zareagował od razu:

— Życzyłbym sobie, aby temat nauki nie był poruszany przy tak nieuformowanym i chwiejnym umyśle, jak mojej narzeczonej.

Julia głośno odłożyła widelec na talerz i spojrzała z niechęcią na oświeconego, który kontynuował:

— Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio wpadła na pomysł, że po naszym ślubie będzie prowadzić lekcje dla wiejskich dzieci. W moim majątku! Na szczęście szybko wybiłem jej to z głowy.

Patrzył na narzeczoną z taką naganą, że Julia znowu położyła dłoń na ręce Zosi. Tadeusz uśmiechem dodawał dziewczynie otuchy, ale nadal nie poskramiał agresji swoich gości. Tymczasem Paulina z radością dolała oliwy do ognia:

— Dobrze, że ja nie mam takich fantazyjnych pomysłów, żeby uczyć wieśniaków. Nienawidzę prymitywnych ludzi.

— Boginie nie zajmują się takimi sprawami.

Nagrodą dla Karola był łaskawy uśmiech prosto z Olimpu.

Jan powątpiewał, czy ten łagodny prostolinijny chłopak da sobie radę z boginią niezgody, która uparła się grać zawsze pierwsze skrzypce. Aby się nieco odprężyć obserwował Franciszka z pasją dyrygenta dowodzącego służbą. Widać było, że lubi to, co robi, a robi to dobrze i pewnie.

— Czy odebrałeś leki dla Zosi, Karolu? — Tadeusz także szukał nowych tematów.

— Oczywiście, bałem się, czy zdążę przed zamiecią, więc na wszelki wypadek przekazałem je w miasteczku Wacławowi.

Po raz pierwszy Jan miał okazję przysłuchiwać się wymianie zdań między Tadeuszem a Karolem i stwierdził, że młody Rusiecki zwraca się do swego opiekuna z dużym szacunkiem. Nastąpiła chwila ciszy i Wacław, wobec braku deseru na stole, zaatakował Jana:

— Czy ja dobrze zrozumiałem, że popiera pan wysyłanie wieśniaków do szkół?

— Tak.

— Nawłóczył się pan, nałykał dziwacznych idei, a nie zna pan sytuacji w kraju. — Mimo braku reakcji Wacław się nie poddawał. — Z przyjemnością wprowadzę pana w nasze realia. Kluczem do powodzenia jest porozumienie, współdziałanie z rządem, kurs ugodowy. Muszę zaznaczyć, że jestem zdziwiony pana poglądami i zamiarami, bo z tego, co o panu słyszałem… jak by to powiedzieć… wydawało mi się, że nie interesują pana ważne kwestie społeczne ani narodowe.

— A jakie?

— Cóż, pana reputacja jest powszechnie znana… ale to nie jest temat do poruszania przy panienkach.

W tym momencie wniesiono wety, na które składał się imponujący piętrowy tort hiszpański i krem ananasowy, a także salaterki z konfiturami: morelową i truskawkową. Wacław natychmiast stracił zainteresowanie dla Jana, jego reputacji i zgubnego wpływu na panienki. Pozostawała nadzieja, że kiedy upora się z wielką górą słodyczy, którą zgromadził na talerzu, będzie zbyt objedzony, żeby kontynuować akcję nawracania otoczenia. Niewinna Paulinka wyjadała krem z tortu, głośno się nim rozkoszując. W pewnej chwili demonstracyjnie oblizała łyżeczkę i zapowiedziała Janowi półgłosem:

— Jutro mi pan opowie o tej… reputacji.

Jan spojrzał na panią domu. Do deserowej miseczki nałożyła konfitury morelowe, które w gęstym syropie wyglądały jak zakrzepłe w słońcu, i polała je śmietaną. Nałożył sobie to samo, a Julia na ten widok się uśmiechnęła.

— Pozwolą państwo — Jan akurat patrzył na Zosię i zauważył, że aż drgnęła, słysząc głos Kareńskiej. Ta ostatnia podniosła się, lekko zachwiała i dokończyła: — że was opuszczę na moment.

Mężczyźni wstali. Karol odstawił krzesło hrabiny i odłożył na stół jej serwetkę — mimo złośliwości Kareńskiej wobec niego i Zosi, zachowywał się z atencją, wręcz uniżonością. Wacław właściwie nie wstał, a tylko uniósł pośladki i prawie natychmiast opadł z powrotem na siedzenie — czekał na niego krem ananasowy.

Tadeusz tymczasem odeskortował hrabinę do drzwi.

— Może panią odprowadzę? Bardzo pani zbladła.

— Nie, nie. Dziękuję.

— Może Maria by do pani zajrzała?

— Nie. Za chwilę wrócę.

Odsunęła podtrzymującą ją dłoń gospodarza i wyszła.

Jan mimo woli podziwiał Tadeusza. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Zosia jest naprawdę córką Tarnowskiego, który nie broni jej, żeby jego ojcostwo nie wyszło na jaw. Tymczasem kolacja dobiegła końca i panie, podążając za Julią, udały się do salonu. Panowie pozostali w jadalni, paląc cygara. Karol wnosił powiew wesołości w ciężkie powietrze mijającego wieczoru i nawet zatroskany Tadeusz się rozpogodził.

Niestety, wkrótce do rozmowy włączył się Wacław:

— Czy opowiadałem już panom o ostatnim procesie rewolucjonistów?

Pytanie było czysto retoryczne. Poseł nie oczekiwał odpowiedzi i od razu rozpoczął opowieść o tym, jak jego działania przyczyniły się do skazania dwóch młodych ludzi na karę więzienia za rozprowadzanie w Berlinie ulotek uznanych za wywrotowe. Nikt się nie odzywał. Cała sprawa była oburzająca, a rola Wacława niechlubna. Złamano życie dwójce polskich studentów, skonfiskowano nie tylko problematyczne druki, ale też polskie książki w księgarni, którą wzięto za siedzibę grupy. Poza tym proces był wodą na młyn dla pruskich polakożerców.

Wacław, dumny z odegranej przez siebie roli, nie dostrzegał potępienia i niesmaku w oczach towarzyszy.

— Rewolucjoniści są niebezpieczni, ale nie wahałem się narazić swego życia dla poprawy stosunków polsko-pruskich. Grożono mi nawet…

Pozostali za milczącym porozumieniem szybko zgasili cygara. Tadeusz odchrząknął, podniósł się i zaproponował:

— Myślę, że możemy dołączyć do pań.

Zanim Wacław zdołał otworzyć usta, Jan z Karolem również wstali i skierowali się do wyjścia.

W salonie tymczasem Julia nalewała kawę, a Zosia, wpatrzona w swą przyszłą szwagierkę, słuchała wykładu dotyczącego mody. Prelekcja trwała krótko, gdyż pannę Bonikowską bardziej ekscytował Jan.

— Jest cudowny. Po prostu cudowny. Te ciemne oczy. Jak czekolada. — Rozchyliła usta i przymknęła oczy. — Uwielbiam czekoladę.

Julia szepnęła do Zosi:

— Jej ojciec też miał takie oczy. I taki wzrost. I też był szczupły.

Paulina zachwycała się dalej:

— I ma takie silne dłonie. Ta mała blizna tylko dodaje mu męskości.

— Jest bardzo grzeczny.

— Grzeczny? Ty chyba sobie kpisz, Zosiu. Absolutnie nie jest grzeczny. I na tym właśnie polega jego urok. Czy ty wiesz, czego ja się o nim nasłucham we Francji? Skandale, romanse, pojedynki, rozbite małżeństwa. Moulin Rouge, berlińskie kabarety. Awanturnik. Prawdziwy, nie taki jak ci w Poznaniu — malowani. Nie rób tej swojej świętoszkowatej miny. Wszyscy wiedzą, że twój grzeczny pan Morawski jest przyjmowany w towarzystwie tylko ze względu na doskonałe pochodzenie. No i na majątek godzien Krezusa. Będę się mogła pochwalić, że go poznałam. Żadna z moich przyjaciółek nigdy go nie spotkała.

Paulina siedziała rozmarzona i nie wiadomo, czy przedmiotem tych snów na jawie była zazdrość przyjaciółek czy osoba Jana.

— Łajdak. Uwielbiam złych mężczyzn — zamruczała z uśmiechem. — Ma co prawda wadę — nie daje się łatwo podporządkować, przynajmniej na razie. — Spojrzała na pozostałe kobiety. — Jeszcze się nie urodził taki, na którego bym nie znalazła sposobu.

Wstrząśnięta Zosia z ulgą przyjęła pojawienie się panów, które położyło kres przemowom Pauliny. Chwilę później do salonu weszła hrabina. Jej czarne oczy wyglądały niczym dziury wypalone w prześcieradle. Jan pomyślał, że to coś poważniejszego niż złe samopoczucie.

Paulina nie zwróciła uwagi na wejście Kareńskiej.

— Czy zdajecie sobie sprawę, że jesteśmy literalnie odcięci od świata? A jeśli w pałacu ukrył się złoczyńca?

Wszyscy spojrzeli na nią uważnie, a Zosia objęła się ramionami, jakby zrobiło jej się zimno. Karol z roześmianymi oczyma podchwycił temat.

— Obudzimy się rano i okaże się, że ktoś wyniósł wszystkie klejnoty i srebra — prorokował złowieszczym szeptem.

— Obudzimy się rano i okaże się, że mamy trupa — przebiła go Paulina. Zapadło kłopotliwe milczenie, a ona prychnęła z uśmieszkiem: — Patrząc na wasze zwarzone miny, można by pomyśleć, że macie coś na sumieniu. I pewnie tak właśnie jest…

W tej samej chwili hrabina, już nie blada, lecz sina, zakryła dłonią usta i przymknęła oczy. Jan zerwał się i podbiegł do niej, to samo zrobiła Julia. Tadeusz zadzwonił na służbę.

Po pełnej napięcia chwili Kareńska poprosiła Julię słabym głosem:

— Odprowadź mnie na górę. Proszę — dodała z wahaniem.



[1] Wielkie Księstwo Poznańskie, powstałe na mocy kongresu wiedeńskiego w 1815 roku, formalnie istniało do 1848 roku, ale nazwa pozostała w użyciu społecznym oraz w tytulaturze władców Prus do roku 1918.

[2] Postawa dżentelmena, który nade wszystko przedkłada konie i wszelkiego rodzaju polowanie, ze szczególnym pominięciem zajęć intelektualnych, popularna od początku XVIII wieku.

[3] Era Capriviego (in. era pojednania) — złagodzenie polityki antypolskiej w latach 1890–– 1894 podczas rządów kanclerza Leo von Capriviego. Koło Polskie w parlamencie pruskim prowadziło w tym czasie politykę ugodową, popierając projekty rządowe i spodziewając się ustępstw.

[4] Pod pojęciem kompot rozumiano wówczas zarówno przetwory owocowe, jak i warzywne, czyli kompoty octowe (dzisiejsze pikle, marynaty).

[5] Niemiecka nazwa kurortu w Alpach, w 1900 roku leżał na terenie Austro-Węgier, obecnie we Włoszech — Merano.

[6] Pierwsza na ziemiach polskich instytucja filantropijna, która miała na celu udzielanie materialnej pomocy niezamożnej młodzieży, aby umożliwić jej zdobycie wykształcenia bądź podniesienie kwalifikacji. Założona w 1841 roku z inicjatywy Karola Marcinkowskiego.

2.

Dostępne w wersji pełnej

3.

Dostępne w wersji pełnej

4.

Dostępne w wersji pełnej

5.

Dostępne w wersji pełnej

6.

Dostępne w wersji pełnej

7.

Dostępne w wersji pełnej

8.

Dostępne w wersji pełnej

9.

Dostępne w wersji pełnej

10.

Dostępne w wersji pełnej

11.

Dostępne w wersji pełnej

12.

Dostępne w wersji pełnej

13.

Dostępne w wersji pełnej

14.

Dostępne w wersji pełnej

15.

Dostępne w wersji pełnej

16.

Dostępne w wersji pełnej

17.

Dostępne w wersji pełnej

18.

Dostępne w wersji pełnej

19.

Dostępne w wersji pełnej

20.

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Siedzieli we trójkę w zalanym zimowym słońcem buduarze Julii — Tadeusz z żoną na kanapie, a Jan na fotelu. Pomiędzy nimi stał niski stolik, a na nim srebrna zastawa do kawy i pożegnalny prezent dla Jana: babeczki waniliowe. Były jeszcze inne ciasta, między innymi kruche z wiśniami, z którego Julia wyjadała owoce, jednak dla Jana najważniejsze były te rozpływające się w ustach ciasteczka wypełnione aksamitnym kremem.

— I nic cię nie przekona, żebyś został? — wciąż miał nadzieję Tadeusz. — Wiem, że tu nie jest teraz wesoło, ale tyle obiecywaliśmy sobie po twoim przyjeździe. Tobie też należy się trochę odpoczynku po ostatnich wydarzeniach.

— Odpoczynku to przede wszystkim wy potrzebujecie.

— Zostań. Proszę cię.

— To nie jest dobry pomysł. Zaraz będziesz miał tu gości, którzy przyjadą na pogrzeb.

— Spodziewamy się tylko kilku osób. Pora nie sprzyja podróżom, a poza tym oni właściwie nie mieli krewnych.

Temat był nadal trudny.

— Na kiedy to zaplanowaliście?

— Za trzy dni.

— I tak jak mówiłeś? Sama Zosia?

Tadeusz skinął głową.

— Tadeuszu, a on?

— Osobno. Nie wiem, kiedy, nie wiem, jak.

— Przecież widziałeś się z księdzem.

— Uzgodniłem wszystko w sprawie Zosi, ale jeśli chodzi o Karola, to najpierw musi się wypowiedzieć landrat. Śledczy mieli mu wszystko przekazać wczoraj rano w drodze powrotnej.

— Chciałabym, aby Zosia była pochowana w moim diademie.

Wzruszony Tadeusz skinął głową, a Jan dodał:

— Może dołożylibyście także jej skarbczyk. Te rzeczy chyba wiele dla niej znaczyły. Choć może te listy i zdjęcia będą jeszcze potrzebne śledczym.

— A co z listem? Tym ostatnim, od Michała? — zastanawiał się Tadeusz.

— Dajcie go hrabinie — zaproponowała Julia. — Dla niej to będzie najdroższy skarb. Tak bardzo jej przecież na nim zależało, że aż…

— Jak ona się czuje? — zatroszczył się Jan. — Nie widziałem się z nią jeszcze dzisiaj.

— Twierdzi, że dobrze.

— I wygląda coraz lepiej — dodała Julia.

— Okazała się całkiem sympatyczna — Tadeusz uśmiechnął się nieznacznie. — Widziała, że trudno jest mi zabrać się do napisania listu do Halszki i sama zaproponowała, że skoro ona i tak jedzie do Meran, to mogłaby przekazać dziewczynie wiadomość osobiście.

— Tak będzie lepiej. Zanim cokolwiek powie, będzie się mogła zorientować, w jakim dziewczyna jest stanie. A przy okazji, hrabina zostaje na pogrzebie?

— Tak, zdecydowała się zostać i zaraz potem chce wyjechać.

— A pokojówka?

— Jedzie z nią.

Julia nałożyła sobie kolejny kawałek wiśniowego placka.

— Powiedziałam hrabinie, że jeżeli zamierza zwolnić tę dziewczynę, to niech ją zostawi u nas.

— Dla hrabiny fakt, że ty chciałaś zatrudnić jej pokojówkę jest niepodważalnym dowodem na uczciwość dziewczyny — zaśmiał się gość.

— Pani Kareńska zaprosiła wczoraj Marię do siebie i powiedziała jej, że chciałaby pomóc w przewozie zakazanych druków — zaskoczył Jana Tadeusz. — Często podróżuje i sądzi, że mogłaby być przydatna.

— To świetny pomysł. Byłaby poza podejrzeniami. Arystokratka, bogata, w… pewnym wieku.

— I to zachowanie w stylu udzielnej księżnej — dokończyła charakterystyki Julia.

— Żaden celnik nawet się do niej nie zbliży — uśmiechnął się Jan.

— Maria oczywiście przyjęła propozycję. Przypuszczam zresztą, że jej deklaracja o wycofaniu z działalności była tylko grą na użytek Wacława. Nie sądzę, aby zrezygnowała.

Siedzieli w ciszy. Julia skubała wiśnie, Jan rozkoszował się wspaniałym kremem, a Tadeusz w końcu znalazł na paterze coś dla siebie — trójkąty z ciasta francuskiego, które wyglądały na mało słodkie. Panowała całkowita harmonia i wszyscy to czuli. Jan strzepnął okruszki z dłoni i wprawił przyjaciół w osłupienie.

— Wyobraźcie sobie, że zgłosiła się do mnie wczoraj przed odjazdem Paulina. Prosiła, żebym przekazał Marii, że chce się zaangażować w konspirację. Nie róbcie takich min.

— A to niespodzianka — wyjąkał Tadeusz, gdy już udało mu się złożyć proste zdanie.

— Oczywiście od razu pozbawiła mnie złudzeń, dodając, że, broń Boże, nie robiłaby tego ze względu na jakieś bzdurne ideały, tylko dla wyzwania, dla dreszczyku emocji.

— Jej też nikt nie będzie podejrzewał — rozważała Julia. — Jest atrakcyjna i do tego taka… skoncentrowana na sobie. I przebojowa.

— Tupetu jej nie brakuje. No i te zdolności aktorskie.

— A co na to Maria? — zainteresował się Tadeusz.

— Zamurowało ją. Obiecała, że to przemyśli i przekaże osobie, która przejmie po niej dowodzenie siatką. Nie ufa Bonikowskiej.

— Franciszek wspominał, że Paulina dostała na odjezdnym prezent od ciebie — zwrócił się gospodarz do przyjaciela.

— Tak. Karabin. Ten, z którego postrzeliła swego narzeczonego.

Julia osłupiała.

— Podarowałeś kobiecie broń?

— Bardzo chwaliła ten karabin, tak jak ja chwaliłem jej strzał. To zresztą nie jest taka sobie pierwsza lepsza strzelba, tylko najnowszy mauser. Model 98.

Tadeusz aż gwizdnął.

— Nie było ci szkoda?

— Trochę było, ale ona naprawdę na niego zasłużyła.

— Wygląda na to, że Maria będzie mogła przebierać w kandydatkach na konspiratorki jak w ulęgałkach.

Jan był bardziej sceptyczny.

— Zobaczymy, ile z tego to chwilowe chęci i zrywy, a ile prawdziwa gotowość narażania się. Bez perspektywy nagrody.

— Jedno Marii nie grozi. — Jan i Julia spojrzeli na Tadeusza pytająco. — Współpraca z Wacławem.

Roześmiali się, a Jan dodał:

— Ciekawe, czy Paulina mu się przyzna, że zaproponowała Marii swą pomoc.

— Jeśli będzie mu chciała dopiec.

— Bardzo szybko wczoraj wyjechali, właściwie natychmiast po śledczych.

— Wacław się spieszy — Tadeusz dolał sobie kawy — musi zacząć przygotowania do ślubu. Nie wspominając o stajni — mrugnął porozumiewawczo do Jana. — Będę obstawiał na wyścigach i zbiję fortunę.

— Na twoim miejscu, Tadeuszu, nie robiłbym sobie zbyt wielu nadziei. Z planów Wacława także i tym razem niewiele wyjdzie. Sawiccy to bankruci i pilnie szukają bogatego męża dla córki.

Tarnowscy oniemieli. Tadeusz wydukał:

— Czyli żadne z nich nie ma majątku i każde jest przekonane, że to drugie ma?

— Trafiłeś w sedno.

— Niezły pasztet.

— Mateusz nazwał to bankructwem krzyżowym.

— Co za historia!

Dalej się śmiał. Jan patrzył na niego ciepło. W końcu Tadeusz zauważył to intensywne spojrzenie i nie wytrzymał.

— Dlaczego się śmiejesz?

— Uśmiecham się, bo nareszcie wrócił ten Tadeusz, którego znam: spokojny, zrównoważony, ironiczny. Bardzo się o ciebie martwiłem.

Julia się dołączyła

— Ja też.

Wprawili Tadeusza w zakłopotanie — komplementem i troską. Przyznał:

— To może być wstrętne, co powiem, ale lepiej się czuję, że go tu nie ma.

Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Przyglądali mu się obydwoje, czekając na to, co powie.

— Nie chodzi tylko o to, że wyjaśniła się sprawa morderstwa… Nie umiem tego wytłumaczyć.

— Spróbuj, a my postaramy się zrozumieć — zachęcała Julia.

— Czuję się swobodniej, lżej mi się tu oddycha. To jest tak, jakbym odzyskał dom dla siebie, dla nas.

Julia kiwnęła głową ze zrozumieniem.

— Ja też tak czuję. On był złem i to nam ciążyło.

— Nie debatujmy już nad tym — zaproponował delikatnie Jan.

Pierwszy otrząsnął się z przygnębienia Tadeusz.

— Po pogrzebie wrócimy do swych zajęć. Jan do podróży, ja do hreczkosiejstwa, a Julia do wymyślania lepszych zakończeń książek.

Jana zamurowało.

— Wymyślasz nowe zakończenia dla książek?

Zarumieniła się, a mąż odpowiedział za nią:

— Tylko jeśli jej nie satysfakcjonują. Wszystkie już przerobiła, ale jednej nie potrafi. Męczy się nad tym, odkąd ją znam.

Jan był autentycznie zainteresowany.

— Jaka książka?

Księżna de Clèves.

Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.

— Wiem, to głupie i dziwaczne — tłumaczyła się — ale nie potrafię się oprzeć tej pokusie.

— Jesteś drugą znaną mi osobą, która ma tę pasję.

Julia spojrzała na niego czujnie.

— Pierwszą jest owa tajemnicza Konstancja?

— Jesteś naprawdę czarownicą. — Nie mógł pojąć Jan.

— Kto to jest? — zainteresował się Tadeusz. — To ta Konstancja od depeszy?

— Tak.

Odpowiedź była celowo krótka, Jan miał nadzieję, że Tadeusz potraktuje tę lakoniczność jako aluzję, żeby nie tykać tematu. Ten najwyraźniej jednak uważał, że jako przyjacielowi należą mu się wyjaśnienia.

— Nie daj się prosić. Powiedz coś.

— Nie ma nic do opowiadania. To siostra mojego przyjaciela Antoniego. W dzieciństwie czasami spędzałem święta lub wakacje u dziadków, a potem, po ich śmierci, bywałem w domu dalekiego kuzyna ojca. Pewnie dlatego, że tam były dzieci prawie w moim wieku. I to są właśnie moi przyjaciele, Antoni i Konstancja.

— Podtrzymujesz ten kontakt?

— Raczej tak.

Tadeusz patrzył na Jana, mrużąc oczy.

— On coś przed nami ukrywa…

— Zdecydowanie.

— Patrz, Julio, Jan się zaczerwienił. Czyżbym słyszał w oddali marsz weselny?

— Niczego sobie nie wyobrażaj, Tadeuszu. Ja się nie nadaję do małżeństwa, byłbym fatalnym mężem i decyzję w tej sprawie podjąłem już wieki temu.

Miało to zabrzmieć zdecydowanie i zakończyć temat. Tadeusz się nie poddawał.

— Uważam, że powinieneś zaryzykować.

— Śmiałym szczęście sprzyja — zażartowała pani domu.

Roześmiali się. Julia wyręczyła męża w dręczeniu gościa.

— Kiedy ją poznamy?

Był zdumiony pomysłem, który im się wydawał naturalny.

— Może jak przyjedziesz spędzić z nami Wielkanoc? — Propozycja Tadeusza kompletnie zaskoczyła Jana. — To będzie prawdziwa polska Wielkanoc na wsi. Z rezurekcją, święconym i dyngusem.

— Z mazurkami i babką muślinową. — Julia wysunęła argument koronny. — Odmowy nie przyjmujemy. Powiedz: tak.

— Tak.

Julia nałożyła sobie kolejny kawałek ciasta i tak jak poprzednio oddzieliła nadzienie od ciasta, wiśnie zjadła, a resztę odłożyła. Tadeusz przyglądał się temu z mieszaniną rozbawienia i zainteresowania.

— Co cię naszło z tymi wiśniami? Nigdy ich nie jadłaś.

— Teraz już jem.

— A to ciasto?

Uśmiechnęła się do niego łobuzersko.

— Zostawiam dla ciebie.

— Kupię ci psa, żeby to za ciebie zjadał.

— Poproszę.

Jan przysłuchiwał się temu przekomarzaniu. Nagle, ku ich i własnemu zdumieniu, zaczął wspominać.

— Miałem kiedyś psa. Setera szkockiego. I zawsze oddawałem mu ostatni kęs z kromki chleba, którą jadłem. Kiedy zmarł, przez dłuższy czas nadal zostawiałem ostatni kawałek i rozglądałem się wokół, szukając go.

Julia przyglądała mu się ze współczuciem.

— I później już nie miałeś psa?

— Już nie. Zresztą przy moim trybie życia…

Zapukano do drzwi i weszła Maria z tacą.

— Przyniosłam jeszcze jeden dzbanek kawy.

— Dziękujemy — uśmiechnął się Tadeusz.

— Właśnie o tym marzyłam — wyznała Julia.

— Dla pani przyniosłam herbatę rumiankową.

Popatrzyli zaskoczeni.

— W pani stanie nie powinna pani pić za dużo kawy.

Wyjaśniła się płaczliwość Julii i niespodziewany apetyt na wiśnie, a Jan zrozumiał teraz sens słów Marii: „Niech pan lepiej pilnuje żony”.

A Julia patrzyła na Tadeusza i czekała na jego reakcję na tę upragnioną od dziesięciu lat wiadomość.

Zabrakło mu słów. Wskazał na jej brzuch i spytał:

— Ty?

— Ja.