Zawód fotograf - Chris Niedethal

Zawód fotograf

0,0

Czołg pod kinem Moskwa z Czasem apokalipsy to fotograficzna ikona stanu wojennego. Zdjęcie zrobione z dystansem i sercem. Przez chłopaka z aparatem i brytyjskim paszportem, który przyjechał tu w 1973 roku. Przez zauroczonego Polską dziennikarza, relacjonującego dla świata wydarzenia zza żelaznej kurtyny. Obserwowałem rewolucje w Pradze, Berlinie i na Węgrzech. Ale moje serce pozostało w Gdańsku – wspomina udział w sierpniowym strajku w stoczni.

 

Wydanie dostępne w nowej wersji formatu MOBI.

Dodaj komentarz


Ciekawa pozycja dla wszystkich interesujących się fotografią. Dziennikarz zauroczony Polską wykonuje nielegalne zdjęcia (czasy PRL). Książka nie jest tylko zapisem pracy Niedenthala (sporo zdjęć) ale także swoistym podsumowaniem jego życia. Dlaczego to takie wielkie i ciężkie (dosłownie)?


To dwie rzeczy w jednej: biografia i album. Opowiada życie człowieka, który z wyboru mieszkał i nielegalnie pracował jako fotograf w miejscach, gdzie komunizm korodował zdrowe społeczeństwa. Autor wielu znanych fotografii, laureat narody World Press Photo, stworzył książkę, które podsumowuje jego pasję i życie jako artysty. Jedna uwaga dla czytających wersje "analogową" - nie upuście jej sobie na nogę, bo waży z tonę.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

CHRIS NIEDENTHAL

ZAWÓD: FOTOGRAF

WYDAWNICTWO MARGINESY

Filipowi

Krzysztof%20na%20wrotkach.tif

Choć podobieństwo do młodego Cary’ego Granta jest tu piorunujące, to jednak jestem ja na supernowoczesnych wrotkach. Nie potrafiłem na nich stać, a co dopiero jeździć

Copyright © by Chris Niedenthal 2011

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2011

 

Redakcja: Maja Lipowska, Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Irma Iwaszko

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: Anna Pol

Fotografie na okładce copyright © Chris Niedenthal

Zdjęcie Autora na czwartej stronie okładki © Rafał Masłow

 

Okładki tygodnika „Newsweek” © 1979, 1980, 1981, 1983, 1984, Harman Newsweek LLC.All rights reserved. Reprinted by permission.

Okładki tygodnika „Time”: Courtesy of Time, Inc.

 

Zdjęcia wykorzystane w książce nieopatrzone nazwiskiem autora są dziełem

Chrisa Niedenthala lub pochodzą z Jego zbiorów prywatnych

Wszystkie fotografie autorstwa Chrisa Niedenthala zamieszczone w książce znajdują się

w FORUM Polskiej Agencji Fotografów; www.forum.com.pl

 

Wydawca dziękuje:

redakcjom tygodników „Newsweek” i „Time” za zgodę na publikację okładek:

Pani Krystynie Tarasiewicz oraz Panom: Maciejowi Biedrzyckiemu, Markowi Gryglowi,Rafałowi Masłowowi, Rafałowi Nowakowi, Woody'emu Ochnio, Januszowi Rosikoniowi i Zbigniewowi Wdowińskiemu za udostępnienie zdjęć do publikacji w książce;

FORUM Polskiej Agencji Fotografów za wyrażenie zgody na publikację zdjęcia autorstwa Macieja Biedrzyckiego;

Panu Januszowi Głowackiemu za życzliwość

 

W książce wykorzystano także zdjęcie autorstwa Kuby Grelowskiego

 

ISBN 978-83-928431-9-1

 

Wydawnictwo Marginesy

ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa

tel./fax 22 839 91 27, 48 696 451 127

marginesy@marginesy.com.pl, redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

 

Warszawa 2011

 

Konwersja:

Nexto.pl

Rozdział 1
POCZĄTKI

„Aaaarrrni wan wuuuu!”

Krzyk ten się powtarza, słyszę przy tym stukot końskich kopyt.

 

Co to znaczy? Nie wiem. Nigdy tego okrzyku nie udało mi się rozszyfrować. Ale wiem, pamiętam, o co tu chodziło. Że Any old iron to okrzyk zbieraczy żelastwa i pierwsze słowa starej rewiowej piosenki. I że nasz lokalny zbieracz, na londyńskim Ladbroke Grove, miał swój własny okrzyk, właśnie to „Aaaarrrni wan wuuuu!”. Jeździł wolno płaskim wozem ciągniętym przez konia i liczył na to, że ludzie będą wybiegali z domów i przynosili mu stare, niepotrzebne żelazne przedmioty. Moja mama rzeczywiście wyskakiwała, tyle tylko że z wiaderkiem i szufelką, i biegła za koniem, zbierając dymiące jeszcze kupy. Bo to dobre dla ogrodu, tłumaczyła.

 

To był mój Londyn, w latach pięćdziesiątych.

 

Niedaleko znajdował się słynny targ na ulicy Portobello, gdzie mój ojciec zawsze kupował owoce, a na święta Bożego Narodzenia razem wybieraliśmy choinkę. I to nie byle jaką, sięgającą do sufitu, więc musiała być wysoka. Razem z nią szliśmy do domu piechotą: tata trzymał dolną część, ja górną. O samochodzie nie było mowy – nie mieliśmy.

Chodziłem do zwykłej, choć katolickiej, angielskiej szkoły, ale w soboty, kiedy moi angielscy koledzy mieli święty spokój, razem z siostrą udawaliśmy się do polskiej szkoły, gdzie lekcje trwały tylko do czternastej. Uczyliśmy się polskiego, historii, geografii, śpiewaliśmy polskie piosenki i tańczyliśmy polskie tańce. „Zasiali górale owies, o-owies” i tak dalej. Taniec nigdy nie był moją najmocniejszą stroną (tak pozostało zresztą do dziś), ale jakoś sobie wtedy z tym dawałem radę. Lubiłem, w miarę, tańczyć poloneza, bo to mały wysiłek, wystarczyło pociągać jedną nogą, trochę po inwalidzku.

Czytam%20w%20krawacie.tif

Już do szkoły musiałem nosić krawat, 1957

W polskiej szkole na Boże Narodzenie zawsze wystawiano jasełka i co roku dostawałem rolę jednego z trzech króli. Bo byłem w miarę wysoki, no i zawsze miałem problem z odmawianiem. Raz wrobiono mnie w zagranie głównej roli w przedstawieniu o Panu Twardowskim. Innym razem byłem harfiarzem w Lilli Wenedzie. Zagrałem też Murzyna w W pustyni i w puszczy. Poza Panem Twardowskim szczyt „sukcesu” osiągnąłem w roli biskupa Oleśnickiego, w 1966 roku, czyli na tysiąclecie chrztu Polski. Póki przedstawienie odbywało się na scenie, wszystko jeszcze grało. Ale kiedy w stroju biskupa musiałem wystąpić na otwartym powietrzu na wielkim stadionie White City, gdzie odbywały się największe polonijne uroczystości, zrobiło się gorzej. Stałem na murawie obok Zawiszy Czarnego – był nim Jacek Zapaśnik w pięknej żelaznej zbroi. Na głowie miałem elegancką mitrę, zrobioną przez mamę, choć była to wersja do zabawy, a nie taka do ciężkich zadań. I stało się. Jako że był to Londyn, zaczął padać deszcz. Śmiałem się na widok Zawiszy Czarnego, który zaczął rdzewieć, pokrywając się czerwonawymi plamkami. Śmiałem się jednak tylko do czasu, gdy moja mitra oklapła, a ja wyglądem zacząłem bardziej przypominać Królika Bugsa aniżeli biskupa Oleśnickiego. Te i podobne imprezy szkolne fotografował zawsze niejaki pan Plichta. Robił oczywiście czarno-białe zdjęcia; fotografował przy świetle zastanym – nigdy nie widziałem, żeby używał błysku. Zainteresowało mnie to. Mówił, że się utrzymuje z fotografii i że robi też fotosy na planach filmowych.

Biskup%20Olesnicki-Bugs%20Bunny%201966.tif

Biskup Oleśnicki – Królik Bugs, stadion White City, 1966

M%c3%b3j%20pierwszy%20aparat.tif

Mój pierwszy aparat

Swój pierwszy aparat dostałem w wieku jedenastu lat, kiedy jakimś cudem zdałem bardzo ważny egzamin szkolny. Nazywał się „11 Plus”, a po jego zaliczeniu przechodziło się do lepszej szkoły, do tzw. grammar school. Kto go oblał, musiał się zadowolić nieco gorszą szkołą, tzw. comprehensive school. A to rzutowało na dalsze możliwości edukacyjne już na zawsze. W nagrodę za moje nieoczekiwane sukcesy dostałem od rodziców bardzo prosty aparat: Kodak Starmite. Nie pamiętam już, po tylu latach, dlaczego dostałem akurat aparat fotograficzny, a nie co innego. Czy sam o niego poprosiłem, czy to był pomysł rodziców, teraz już nie wiem. Tata interesował się fotografią wyłącznie na wakacjach, kiedy robił nam zdjęcia swoim starym kodakiem, takim z mieszkiem, rozkładanym.

Krzywy%20wizjer%20Taty.tif

Udajemy z siostrą, że pomagamy w ogrodzie. Na zdjęciach taty często wypadamy z kadru

Rodzice moi byli nieco starsi od rodziców moich kolegów; tata już miał czterdzieści cztery lata, kiedy się urodziłem, a mama trzydzieści sześć. Wojny mają to do siebie, że niektóre procesy przyspieszają, a inne opóźniają. W tym wypadku wszystko się opóźniło.

Dzieciństwo miałem, jak to się ładnie mówi, szczęśliwe. Co znaczy, że nie pamiętam, żeby mnie i mojej siostrze Krysi przydarzyło się cokolwiek strasznego. Nie byłem molestowany, nie spadłem nawet z łóżka. Może trochę szkoda, bo taka normalka bywa nudna, ale nie ma na co narzekać. Ot, takie zwyczajne codzienne życie polskiej rodziny na emigracji. Rodzice byli prawdopodobnie szczęśliwi, że muszą się borykać jedynie z codziennymi problemami typu praca, zakupy i czy mleczarz zostawi rano butelkę mleka na stopniu przed domem. Wiedzieli dobrze, jakie życie prowadzili wtedy ich rodacy – i ich rodziny – w stalinowskiej jeszcze Polsce.

Tata był społecznikiem. Udzielał się w różnych polonijnych stowarzyszeniach: sędziowskim, w kole byłych grenadierów. Cały czas właściwie działał na rzecz innych. Miał przez to mnóstwo pracy i papierów, ale wszystko w należytym porządku, tak jak i mama. Niestety, ten zmysł porządkowania w żaden sposób nie przeszedł na mnie. Tata zawsze chodził w kapeluszu, nosił skórzaną teczkę i kiedy wracał z biura do domu, miał zwyczaj skopywać z chodnika wszelkie napotkane śmieci.

W towarzystwie był bardzo dowcipny, a nawet czarujący, i przez to uwielbiany przez wszystkie panie.

Chociaż dość srogi, tak naprawdę był bardzo dobry i życzliwy, z wielkim poczuciem humoru. Krzyczał co prawda, kiedy słyszał, że rozmawiamy ze sobą po angielsku, ale chyba miał rację. Mama lubiła, by dom tętnił życiem, i zawsze nam pozwalała zapraszać kolegów i koleżanki. Nie mieliśmy, jak wspomniałem, samochodu. Nie mieliśmy też telewizora, pralki, zmywarki ani nawet lodówki. Mieliśmy za to odbiornik radiowy (no dobrze, niech będzie: radio) i słuchaliśmy tylko dwóch stacji (bo też tylko dwie istniały): BBC Home Service i BBC Light Programme. Pierwsza to poważniejsza stacja, druga lżejsza. Co do lodówki: mama uważała, że trzeba codziennie jeść świeże jedzenie i że konieczna jest tylko dobra spiżarka. Et voilà! Żyję!

W%20lesie%201957.tif

Wakacje%201953.tif

Wakacje, 1953

Mama dla mnie zawsze była piękna, nawet w ostatnich tygodniach przed śmiercią, a umarła w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. Jako dziecko i młodzieniec nigdy nie zwracałem uwagi na jej wiek. Przez wiele lat, kiedy o to pytałem, bo chciałem narysować jej laurkę na urodziny, odpowiadała zawsze: „trzydzieści trzy”. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że robi mnie w bambuko, bo nigdy za mojego życia nie miała tylu lat! Już w chwili moich narodzin była o kilka lat starsza. I jako prawdziwa dama nie myślała o swym wieku, a tym bardziej o nim nie mówiła. Kiedy odwiedzali nas goście, mama przygotowywała zazwyczaj pyszną pieczeń – wołową, wieprzową lub moją ulubioną jagnięcą. Gotowała również pyszne zupy (chyba jak wszystkie mamy na świecie): rosół, pomidorową, czasami barszcz, wszystkie raczej klasyczne, polskie. Robiła wtedy też pyszną przekąskę. Bakłażan, pomidor, cebulkę kroiła w kostkę i dusiła na patelni. Potem kładła to na kromki chleba i pod grill. Tym właśnie różnią się angielskie i polskie kuchnie gazowe. W Anglii miały zawsze, i tak jest do dziś, pewne urządzenie nieznane w polskich kuchniach. Otóż na wysokości oczu zamontowany jest gazowy opiekacz. To bardzo przydatne, bo można sobie opiekać tosty, kiełbaski, kotlety jagnięce, no i te wspaniałe przekąski mamy. Nie wiem, dlaczego pamiętam akurat te tościki z bakłażanem, bo przecież nie było to jakieś specjalnie wykwintne danie. Mama jeszcze czymś je przyprawiała, ale tej tajemnicy, niestety, nie znam. Może pamiętam te tosty, bo podawano je wyłącznie, gdy przychodzili goście. A były pyszne! Może w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych bakłażany w Anglii też jeszcze mało znano, a więc sam ich smak był dla nas rarytasem. Co innego chleb. Za moich czasów nazywaliśmy go po prostu „watą”. Bo też tak trochę wyglądał i smakował.

990.jpg

 

W pierwszych latach powojennych gospodarka brytyjska była w tarapatach na tyle poważnych, że racjonowano towary spożywcze – i nie tylko – i trwało to do czasów mojej najwcześniejszej młodości. Kiedy się urodziłem w 1950 roku, dotyczyło to niektórych produktów. Tego oczywiście nie pamiętam, tym bardziej że akurat w tym roku zakończono reglamentowanie większości produktów – pamiętam jednak, że były problemy z sokiem pomarańczowym i tranem. O tranie wolałbym zapomnieć, bo do tej pory u mojej siostry znajduje się łyżeczka używana tak dawno temu do podawania nam tego specjału. I do dziś ani siostra, ani ja nie możemy na nią patrzeć. Ale sok pomarańczowy z tamtych lat chętnie pamiętam. Był to właściwie syrop, raczej do rozcieńczania, kupowało się go w małych butelkach. Póki nasza mama żyła, używała takiej właśnie butelki ze specjalną nasadką do spryskiwania bielizny przed prasowaniem. I tyle pamiętam z racjonowania. Na pocieszenie mogę oficjalnie zawiadomić, że z racjonowania mięsa zrezygnowano w lipcu 1954 roku – czyli prawdopodobnie dokładnie wtedy, kiedy zaczynałem jeść normalne befsztyki. To się nazywa szczęście!

Pieciolatek%20do%20szko%c5%82y%201955.tif

Pięciolatek w mundurku idzie do szkoły

Do szkoły poszedłem w wieku pięciu lat. Tak to wtedy w Anglii było. Pamiętam, że na początku miałem jeszcze kłopoty z angielskim. Dotychczas żyłem w kokonie polskości, musiałem chyba mieć bardzo mało kontaktów z Anglikami i angielskimi dziećmi, mówiłem bowiem prawie wyłącznie po polsku. Pamiętam też, że bardzo mi się nie chciało chodzić do szkoły, do tego stopnia, że dokładnie zaplanowałem sobie ucieczkę. Wiedziałem, którym autobusem i na którym przystanku mam wysiąść. Nie lubiłem też swojego imienia, Christopher (rodzice nadali mi angielską wersję Krzysztofa), a co dopiero nazwiska, ale może po prostu dlatego, że ani jednego, ani drugiego nie potrafiłem napisać. Problem został prawdopodobnie zażegnany, kiedy zakochałem się w małej rudej Philippie. Ona raczej nie odwzajemniała moich uczuć, ale to mnie nie obchodziło. Byłem zakochany! No i pogodziłem się ze szkołą. Miała ona (szkoła) jednak pewną wadę. Prowadziły ją zakonnice, no i była to szkoła żeńska, chociaż siostry tolerowały obecność kilku chłopców w wieku do siedmiu lat. Moja starsza o parę lat siostra Krysia też tam chodziła. Najgorsze, że jedną z lekcji były robótki ręczne, a na to już na pewno nie chciałem się zgodzić.

Trafalgar%20Square-lata%2050.tif

Z mamą i Krysią na Trafalgar Square w Londynie, lata 50.

Buckingham%20Palace%202.tif

Tata właśnie otrzymał Order Imperium Brytyjskiego od królowej. Stoimy przed Pałacem Buckingham, luty 1961. Szkoda, że nie widać moich sinych kolan!

Nie pamiętam, żeby rodzice pytali nas kiedykolwiek o zdanie albo żeby opowiadali nam o swoim przedwojennym życiu. Nie wiedzieliśmy nic albo prawie nic o ich wojennych przygodach. Każdą Wigilię obchodziliśmy tradycyjnie, po polsku, ze śledziem, karpiem, barszczem z uszkami itd. – ale nigdy przy tej okazji nie opowiedziano nam, jak to się odbywało u nich w domach przed wojną. Zawsze nie mogliśmy się doczekać, żeby wreszcie otworzyć prezenty. Pamiętam, że wymusiliśmy na rodzicach straszną rzecz: przez kilka ładnych lat Święty Mikołaj musiał nam przynosić prezenty już rano w Wigilię, a nie dopiero wieczorem. Później zgodziliśmy się na dostawę wieczorową, a ponieważ nadal nie lubiłem tego, co się jadło na wigilię (poza barszczem, pierogami i sałatką winegret), cały wieczór wierciłem się niecierpliwie. A propos pierogów: mama robiła (ale oczywiście nie w Wigilię) znakomite, przepyszne pierogi z mięsem. Zawsze ścigaliśmy się z Krysią, kto zje ich więcej, a na kartce papieru odfajkowywaliśmy długopisem każdy zjedzony pieróg. Nagrodą było tylko błogie uczucie w brzuchu. Oboje mieliśmy wtedy także inne, dziwaczne zwyczaje. W szczególności jeden wydaje mi się dzisiaj wyjątkowo obrzydliwy. Mama zakazywała nam żuć gumę, nie mogliśmy więc jej nigdy kupować. Co było robić, gdy jednak czuliśmy przeogromną chęć żucia? Zbieraliśmy ukradkiem wyplutą i przyklejoną do chodnika gumę, a potem w domu porządnie ją szorowaliśmy – i przysmak gotowy!!! Dzisiaj trudno mi w to uwierzyć, ale niestety – to najprawdziwsza prawda. A bakterie? No właśnie, nigdy nic nam się nie stało po takim tajemnym żuciu. A może to argument za tym, że nie powinno się dzieci zbytnio chronić przed bakteriami? Krysia ostatnio usiłowała mi wytłumaczyć, że ona zbierała tylko gumę balonową. Ja zaś, jak ten głupi młodszy brat, zbierałem wszystko, co popadło. Ale za to dzisiaj, powiedzmy sobie, te pięćdziesiąt lat później, wciąż trzymam się całkiem nieźle, a nawet na głowie mam własne włosy.

Puscila-czy%20nie%20puscila.tif

Kochający młodszy braciszek

Pamiętam jeszcze jedną dziwną rzecz z Londynu lat pięćdziesiątych. Może mi się to przyśniło, ale chyba nie. W sklepach z obuwiem, szczególnie dla dzieci i młodzieży, były takie dziwne urządzenia do sprawdzania, czy stopa pasuje do wybranego buta. Patrzyło się przez wizjer i widziało się rentgenowski ruchomy obraz swoich palców w bucie. Czy było to zdrowe? Mnie w każdym razie chyba nie zaszkodziło. Ale może żucie zebranej z chodnika gumy niwelowało w moim przypadku wszystkie niebezpieczne skutki fal rentgenowskich?

Wracając do naszej niewiedzy na temat przeszłości rodzinnej, bardzo długo nie wiedzieliśmy, że mama nie była pierwszą żoną taty. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero dużo, dużo później. I co więcej, okazało się, że mama była nawet nie drugą, ale trzecią żoną taty. Pamiętam, że jako młodzieniec trochę się zastanawiałem, dlaczego rodzice nie przystępują do komunii w czasie niedzielnych mszy. Teraz domyślam się, że to rozwody taty nie pozwalały im na przyjmowanie komunii.

Rodzice%20wsrod%20rododendronow.tif

Rodzice wśród rododendronów w Kew Gardens

Hormones-Part%20One.tif

Ale%20zabawa-Krysia%20ma%203%20lata.tif

Życie wśród kobiet
Ale zabawa! Krysia skończyła trzy lata

Chodziliśmy zazwyczaj, każde z osobna, na angielskie msze w kościele Benedyktynów na Ealingu. Ja wpadałem tam zawsze w ostatniej chwili i stawałem blisko wejścia, nigdy nie siadałem. Przez pewien czas fascynował mnie starszy mężczyzna, który też zawsze stał z tyłu. Miał całkowicie przestrzelony policzek, prawdopodobnie była to rana wojenna. Zastanawiałem się, jak on daje sobie radę z piciem herbaty czy jedzeniem zupy. Stojąc z tyłu, lubiłem obserwować ludzi. Dzisiaj robię to samo, ale siedząc wygodnie w kawiarni. Przywilej wieku. Wtedy na Ealingu było bardzo mało kawiarni; pamiętam tylko jedną, koło stacji metra. Nazywała się Golden Egg i to do niej chodziła cała polska „paczka”. Ale ja do tej paczki nie należałem, więc i do kawiarni nie chodziłem. Może dlatego, że nigdy nie byłem „paczkowym” człowiekiem...

Tata właściwie nie miał już rodziny w Polsce. Jego rodzice zmarli, a bracia albo zginęli w czasie wojny, albo żyli na emigracji. Tylko mama miała rodzinę w ojczystym kraju, dwóch braci, którzy z nią korespondowali. Musieli też chyba przesyłać nam książki, bo przecież do dziś pamiętam nasz egzemplarz elementarza Falskiego. Co to była za piękna książka! Ala i As i tak dalej. Chodziło jeszcze o jakiegoś kota, ale szczegóły już mi się nieco zatarły. Pamiętam doskonale zapach tego elementarza, bo pachniał niesamowicie – czystą, żywą sosną z pięknych polskich lasów. O tym, że te lasy są piękne, przekonałem się sporo lat później – ale z elementarza pozostały mi do dziś w pamięci i ten druk, i zapach, coś, czego nie spotkałem w żadnych brytyjskich wydawnictwach. A były to przecież lata pięćdziesiąte...

Starszy brat mamy prenumerował nam czasopismo „Stolica”, czytałem je z zainteresowaniem, choć bardziej zwracałem uwagę na zamieszczone tam fotografie.

Zabrzmi to strasznie banalnie, kiedy stwierdzę, że te dawne lata były zupełnie inne niż dzisiejsze. Taka jest prawda dla każdego pokolenia. Inaczej się jednak żyło, inne rzeczy się czytało, inaczej się bawiło. Moje dzieciństwo przypadło na lata rozkwitu komiksów. Za kieszonkowe kupowałem więc dziecinne, niewinne „Beano” i „Dandy”, a trochę później przeznaczone już dla starszych chłopców „Eagle”. Ten ostatni wypełniały stereotypowe obrazy wojny, gdzie niemieccy żołnierze zawsze mieli wykrzywione ze złości twarze i krzyczeli Achtung! i Britischer Schweinhund!

Były to oczywiście komiksy w wersji brytyjskiej; na te słynne amerykańskie o Supermanie i Batmanie nie było mnie stać – zresztą te akurat mniej mnie interesowały. Co nie znaczy, że ich nie czytałem: czasami pożyczałem je od swojej przyjaciółki i sąsiadki Małgosi Ostrowskiej. Jej ojciec pracował w Radiu Wolna Europa w Monachium i miała dojście do takich skarbów.

W tamtych czasach dużo się czytało. Razem z siostrą chodziliśmy co tydzień do publicznej biblioteki, gdzie wypożyczaliśmy i potem pożeraliśmy mnóstwo książek. W moim wypadku nie powiem, żeby to były arcydzieła literatury światowej, ale hej, byłem jeszcze małym szkrabem!

Pojęcie „pójścia do restauracji” w latach pięćdziesiątych było nam raczej obce. Nie przelewało się, więc się nie chodziło. Ale też i nie było wtedy takich restauracji ani takiego wyboru jak dzisiaj. Jeśli w ogóle, to czasami, od święta, chodziliśmy z rodzicami do restauracji sieci Lyons Corner House, gdzie było tanio i w miarę smacznie. O ile pamiętam, były to restauracje samoobsługowe i do wyboru miało się różne specjały kuchni brytyjskiej typu bangers and mash, czyli smażone kiełbaski z purée kartoflanym, oraz jako dodatek słynna baked beans, czyli fasola w sosie pomidorowym. A zatem pójście do restauracji stanowiło dla nas, dzieci, wielką, ale jakże rzadką frajdę.

Krysia-%20me-Malgosia-Ostrowska-57.tif

Z Krysią i Małgosią Ostrowską na drzewie, 1957

Rodziców odwiedzali prawie wyłącznie Polacy. Czasami zdarzało się, że któryś z gości miał angielską żonę. Co oczywiście trochę utrudniało konwersację. Kilka razy tata zaprosił do nas na kolację swojego angielskiego szefa z Ministerstwa Edukacji, bardzo dostojnego pana Iresona z żoną. Ale tak naprawdę obracaliśmy się prawie wyłącznie w polskim towarzystwie. Chodziliśmy na różne polskie akademie – święto Konstytucji 3 maja było chyba najwznioślejsze. Kościół polski na Ealingu był zawsze dość prężnym ośrodkiem polonijnym, ale my jako rodzina woleliśmy chodzić na angielskie msze. Młodzieżą polską opiekowali się w tym czasie księża Kazimierz Grzymała i Włodzimierz Okoński, znany z tego, że wszędzie jeździł skuterem, a kiedy wpuszczało się go do domu, uwielbiał atakować nas, dzieci, głową w twardym kasku. Ksiądz Okoński organizował także bardzo ambitne pielgrzymki młodzieży polonijnej do Loreto we Włoszech i do Polski. Nigdy nie dołączyłem do takiej wyprawy, ale doceniałem jego wyjątkowy zapał i wielkie poczucie humoru. Naszym proboszczem był niejaki ksiądz Władysław Honkisz, który znikł z życia parafii w złej sławie, kiedy okazało się, że uciekł za granicę z polską zakonnicą, po czym słyszało się o nim różne dziwne i niepokojące rzeczy. Coś jednak w tym jest – jak się później okaże – gdziekolwiek się pojawiam, tam księża zrzucają sutanny i uciekają z młodymi kobietami...

Jako mały chłopiec chodziłem do kina, na co tylko się dało (choć były pilnie strzeżone ograniczenia wiekowe: „U” – dla wszystkich, „A” – chyba od 16 lat, ale ze starszym opiekunem lub rodzicem, i „X” – od 18 lat). Pamiętam, że najbardziej podobał mi się film historyczny Ben Hur, z Charltonem Hestonem w roli głównej. Wyścig rydwanów na końcu filmu – majstersztyk! Aż pięć razy oglądałem ten film. Potem zafascynował mnie Spartakus, z Kirkiem Douglasem, i oglądałem go chyba ze trzy razy. Występowała w nim piękna brytyjska aktorka, ciemnowłosa Jean Simmons, w której się podkochiwałem. Z zupełnie innej beczki, i nieco później, strasznie mi się podobał film muzyczny The Sound of Music (Dźwięki muzyki) z Julie Andrews w roli głównej. Mężczyźni raczej nie przyznają się do tego, że film tego typu ich zachwyca, ale a) byłem jeszcze chłopcem i b) jest to piękny film, ze znakomitymi piosenkami, i proszę mi tego wrażenia nie psuć. W tamtych czasach seanse filmowe często, jeśli nie zawsze, były podwójne. To znaczy, że szło się obejrzeć główny film, czyli film A, ale przed nim puszczano drugi film, oczywiście słabszy, i był to film B. Teraz większość by sobie pomyślała: „Mam tak długo siedzieć w kinie?”, ale wtedy jakoś się tego nie zauważało. Mieliśmy wszyscy chyba więcej czasu dla siebie. Najlepsze było to, że w przerwie pomiędzy filmami pojawiały się dziewczyny sprzedające z podświetlonych tac lody i chłodne soki. Pycha! I do tego, o ile mnie pamięć nie myli, w czasie tej przerwy różne wesołe melodie grał mężczyzna na organach Wurlitzera. A przed całym programem oglądaliśmy jeszcze coś w rodzaju naszej Kroniki Filmowej, czyli Pathe News lub Look at Life. Nie ma co, pójście do kina było naprawdę pójściem do kina! Dodam, że na zakończenie wieczoru grano hymn God Save the Queen i trzeba było stać na baczność, a nie wybiegać jak najszybciej, żeby trochę dogonić życie. Ile w tym kinie spędzaliśmy godzin? Ze cztery na pewno. Uff!

Plaza%201952.tif

Z tatą na wakacjach. Krysi strasznie spuchła prawa noga...

W latach pięćdziesiątych na wakacje letnie zazwyczaj jeździliśmy z rodzicami gdzieś nad angielskie morze. Ale jakże inaczej się wtedy jeździło! Nie mając samochodu, zawsze podróżowaliśmy koleją, ale wtedy istniało jeszcze pojęcie advance luggage. Jeździło się z własną pościelą, więc bagażu musiało być sporo. Można było wysłać część bagażu in advance, czyli przed własnym wyjazdem, na podstawie kupionego wcześniej biletu. Dojeżdżało się na miejsce – a tu już czekał wielki kufer. Pamiętam z grubsza te wszystkie szczegóły, nie pamiętam natomiast w ogóle samych wakacji. Poza jednymi, i to akurat nie w Anglii, lecz we Francji. Właściwie to są one moim pierwszym świadomym wspomnieniem z czasów, kiedy miałem cztery, może pięć lat. Był to rok 1955 i pojechaliśmy całą rodziną na francuską wyspę na Atlantyku: Île d’Oléron. Pamiętam dosyć dokładnie te wakacje, poza jednym, dość ważnym szczegółem – ale o tym za chwilę. Mieszkaliśmy w jakimś pensjonacie, naprzeciwko którego znajdowało się małe wesołe miasteczko, z cudowną, prawdziwą karuzelą, taką z muzyką organową. Miała ona jedną cechę, której już nigdy gdzie indziej w karuzelach nie spotkałem. Nad naszymi głowami wisiała rozciągnięta linka, do której przyczepiono klipsami jakieś „ogonki” czy coś takiego. Cała zabawa polegała na tym, że my, unosząc się na tych koniach i samochodzikach karuzelowych, mieliśmy za zadanie ściągnąć owe „ogonki”. W nagrodę dostawało się chyba darmowy kolejny bilet. Nie było to oczywiście takie łatwe, bo inaczej właściciel owej karuzeli dawno by zbankrutował. Byliśmy też wtedy nieco mniejsi niż teraz, więc sięganie po te „ogonki” z ruchomych koni – a linka z „ogonkami” też podskakiwała – wymagało nie lada ekwilibrystyki. Ale czasami się udawało. Pamiętam też, że jeździliśmy na plażę, gdzieś na drugą stronę wyspy, autobusem. Z siostrą nazwaliśmy go, czy raczej jego kierowcę, wariatem, bo pędził po tych wyboistych drogach jak prawdziwy wariat. A my, bojąc się strasznie, potęgowaliśmy ten cudowny strach, siedząc zawsze na tylnym siedzeniu, gdzie nas wybujało niemiłosiernie. Na wakacjach, w tym samym pensjonacie, było dwóch chłopców mniej więcej w naszym wieku, i to razem z nimi zrywaliśmy te „ogonki” na karuzeli. Przyjechali z ojcem, ale oczywiście na niego nie zwracaliśmy uwagi, jak to dzieci. Mamy takie zdjęcie, na którym siedzimy razem na schodach pensjonatu. I teraz wrócę do tego jednego, brakującego szczegółu. Dopiero kilkadziesiąt lat później wyjaśniono mi, kim jest ten mężczyzna na zdjęciu. Był to Czesław Miłosz z synami.

Francja%201955.tif

Z mamą na Île d’Oléron, Francja 1955

K-K%20na%20wakacjach.tif

Z Krysią na wakacjach

Z%20Miloszem%20etc-Francja%201955.tif

Z Czesławem Miłoszem i jego synami na Île d’Oléron, 1955

Czeslaw%20Milosz-Newsweek%2006-1981.tif

Dwadzieścia sześć lat po naszym pierwszym spotkaniu zrobiłem zdjęcie Miłoszowi dla „Newsweeka”, Lublin, czerwiec 1981

Nigdy nie dowiedziałem się, czy tata znał pana Czesława jeszcze z Wilna, czy może z Francji z czasów wojny. Ani czy w ogóle się znali, bo może poznali się dopiero w tym pensjonacie na wyspie, choć taki zbieg okoliczności wydaje się mało prawdopodobny. Moi rodzice nigdy o tej znajomości nie wspomnieli. Jak to jest, że kiedy jesteśmy młodzi, jakoś nie przychodzi nam do głowy o czymś z rodzicami porozmawiać albo oni nie chcą o tym mówić – a kiedy jesteśmy na to gotowi, już nie żyją i drzwi te zamykają się na zawsze? Wiele lat później, kiedy fotografowałem Miłosza podczas jego wizyty w Lublinie w 1980 roku, nie miałem niestety okazji podejść do niego i spytać, czy nazwisko Niedenthal jest mu znane, czy nie. Dopiero kilkanaście lat później znalazłem taką okazję i spytałem go właśnie o to nasze nazwisko, o Île d’Oléron i o wakacje w 1955 roku. Niestety, nic takiego nie pamiętał. Na tej imprezie było tłumnie i głośno, a sam Miłosz był już w podeszłym wieku, więc może nie skojarzył. Nigdy zatem się nie dowiedziałem, dlaczego ponad pół wieku wcześniej siedziałem przy tak znanej osobie. Skądinąd, czy ja w jego wieku będę pamiętał, z kim byłem na wakacjach w tak dalekiej przeszłości?

 

Bardzo lubiliśmy całą rodziną chodzić na długie spacery do londyńskich parków. W grę wchodziły tylko niedziele, bo wtedy jeszcze tata pracował nawet w sobotę, choć tylko pół dnia. Wyprawy te połączone były zazwyczaj z piknikiem, a więc zabieraliśmy ze sobą jedzenie. Póki mieszkaliśmy na Ladbroke Grove, chodziliśmy blisko domu, na Wormwood Scrubs. Była to, i nadal jest, nazwa wielkiego londyńskiego więzienia – ale spokojnie, to także nazwa dużej otwartej przestrzeni, tak jak Błonia w Krakowie. Mama rozkładała wielki koc i rozpakowywała prowiant. Pieczony kurczak na zimno był prawdopodobnie najpopularniejszym wtedy daniem. Często chodziliśmy z przyjaciółmi: blisko nas mieszkała rodzina Ostrowskich i zawsze trzymaliśmy się razem. Tak jest zresztą do dzisiaj. We wczesnych latach sześćdziesiątych, kiedy i my, i Ostrowscy przeprowadziliśmy się dalej na zachód Londynu, czyli na Ealing Broadway, w niedziele jeździliśmy raczej do pięknego, wielkiego parku Kew Gardens. Ale proszę sobie wyobrazić taką scenę. Przechodzący obok nas Anglik przeciera oczy ze zdziwienia, widząc, jak grupa dorosłych, razem z dziećmi, czołga się po trawniku albo chodzi na czworakach, zbierając i podjadając trawę. I myśli sobie: to chyba nie mogą być Anglicy. Jacyś wariaci? Ale to byliśmy my, oczywiście, i żadnej klepki nam nie zabrakło. Zbieraliśmy szczaw. Trudno go wtedy było w Londynie kupić, więc szukaliśmy go i zbieraliśmy sami. Przy okazji trochę sobie podjadaliśmy. A że działo się to w publicznym parku, no cóż...

Kew%20Gardens%201954.tif

Z Krysią i tatą w ulubionym Kew Gardens. Wizjer aparatu znowu szwankuje, bo ledwie zmieściliśmy się w kadrze…

Trzecim naszym ulubionym miejscem rekreacji był Regent’s Park, niedaleko stacji metra Baker Street, a więc bliżej już centrum miasta. Chodziło się tam na łódki; jako dzieci pływaliśmy z siostrą canoe po takim małym bajorku. Kiedy byłem nieco starszy, chodziłem na łódki dla dorosłych, tym razem pływałem po o wiele większym, pięknym jeziorze. Miło było wiosłować sobie taką dość solidną drewnianą jedynką przy muzyce dobiegającej ze specjalnej altany, w której grała orkiestra wojskowa wystrojona w piękne odświętne mundury. Na drugim końcu parku znajdowało się zoo i teatr pod gołym niebem. Tam przeżyłem niezapomniane nocne przedstawienie Shakespeare’a, chyba Sen nocy letniej, kiedy w tle wyły wilki i ryczały lwy. Jak na Londyn, całkiem niezłe doznanie.

Krzysztof%20w%20parku%201960.tif

W Anglii zawsze miałem problemy ze swoim nazwiskiem. A właściwie to Anglicy mieli z nim problem. Przekręcali je przeróżnie i dzieje się tak do tej pory. Neanderthal to jedna z najbardziej ogranych szkolnych wersji. Przez pewien czas zbierałem nawet korespondencję, koperty z różnymi kreatywnymi odmianami „swojej godności”. Pamiętam taką nieco orientalną Nieden Thay oraz znerwicowaną Niedentitall. Najbardziej kreatywny okazał się jednak nie londyński, lecz warszawski taksówkarz, który w latach siedemdziesiątych przyjął telefoniczne zamówienie (przez: RRRRadio Taxi, proszę czekać na przyjęcie zamówienia. RRRRadio Taxi, proszę czekać na przyjęcie zamówienia. Więcej było zawsze czekania niż zamawiania). Wsiadam do jego taksówki, a on mnie pyta: Czy pan NIEDORYTAŁ? No cóż – mogło być gorzej!

Na%20%c5%82odkach-Regents%20Park.tif

Zwykle po bajorku w Regent’s Park pływałem canoe sam, a tu mama się wcisnęła!

Mama prowadziła w domu polską kuchnię, a zupa szczawiowa – to pycha! Tata nie gotował, właściwie w ogóle nie zbliżał się do kuchni. Nie chciał, nie potrafił. Poza tym że w Anglii mięso było w sklepach mięsnych, Anglia różniła się tym jeszcze od Polski, że tutejsi rzeźnicy zupełnie inaczej dzielili je i kroili. Tak więc kotlet wieprzowy z kostką miał też kawałek nereczki w jednym rogu. Tego w Polsce nie widziałem do dnia dzisiejszego. Kuchnia mamy różniła się również i tym od typowo polskiej, że często jedliśmy jagnięcinę. W Anglii, w przeciwieństwie do Polski, było i jest to bardzo popularne mięso – zresztą pyszne! Co może być lepszego od pieczonego udźca jagnięcego, z czosnkiem i do tego z buraczkami? Anglicy do jagnięciny dodawali zawsze sos miętowy, ale tego, niestety, nie mogłem przełknąć. A gulasz z jagnięciny – pycha! A żeberka jagnięce z grilla... palce lizać! Sam wtedy oczywiście nie gotowałem, ale zawsze lubiłem obserwować mamę w kuchni. Czasami, kiedy się bardzo spieszyła, smażyła nam angielskie kiełbaski. Z tego co wiem, w żadnym innym kraju nie odważono by się jeść czegoś takiego, ale to typowe angielskie danie i w gruncie rzeczy wcale nie jest złe!

Myślę sobie, że bardziej byłem związany z mamą niż z tatą. Siłą rzeczy, bo mama zawsze była w domu w pierwszych latach mojego życia. Codziennie o trzynastej czterdzieści pięć siadaliśmy razem w fotelu i obowiązkowo słuchałem w radiu programu dla dzieci Listen With Mother. Piętnaście minut bajek. Pamiętam, jak strasznie się o nią bałem, kiedy po obiedzie ucinała sobie drzemkę w fotelu – a ja myślałem, że umarła. Sprawdzałem, czy oddycha, szturchałem ją i budziłem, z czego chyba nie była zbyt zadowolona. Pamiętam też jak dziś, kiedy pewnego dnia stała przy oknie w salonie i płakała. Trzymała w ręku list, na który padały jej łzy... Pamiętam, że do niej podszedłem, taki mały szkrab, i ciągnąc za rękaw, spytałem, co się stało. „Moja mama umarła”, powiedziała. Mama, której nie widziała od roku 1939 – a był to już 1956 rok. Nigdy nie poznałem żadnej z babć ani też dziadka. Do dziś żałuję: jak miło byłoby mieć babcię i dziadka...

Mama%20Mamy-po%20wojnie.tif

Mama mamy, Anna Łyżwańska, już po wojnie, w Polsce. Niestety, nigdy babci nie poznałem

Londyńska Polonia powojenna miała podobno dwa oblicza, ja tak naprawdę znałem tylko jedno z nich. Chodzi mi o tych biedniejszych i o tych lepiej usytuowanych Polaków. Nie mogę powiedzieć, żebym miał też rozeznanie na ten temat. Nasza rodzina, wcale nie bogata, należała jednak do grupy tych „lepiej usytuowanych”. Tata jako urzędnik państwowy, civil servant, miał prawdopodobnie lepszą możliwość uzyskania pożyczki na zakup domu. Sądzę, że spora część Polonii miała podobne możliwości. Wydaje mi się także, że w Polakach tkwiła zawsze szczególnie mocno chęć posiadania własnego domu. Po wojnie domy w Londynie nie były aż tak drogie, za dwa tysiące funtów można było kupić niezły i spory. I chociaż zarabiało się wtedy mniej, o wiele mniej niż dzisiaj, to stosunek ceny domu do rocznych zarobków też wyglądał zupełnie inaczej. Tak więc kto tylko mógł, kupował dom, i to zazwyczaj duży, w którym można by odnajmować kilka pokoi, tak by wpływy z wynajmu pokrywały spłaty kredytu i koszty utrzymania tegoż domu. Tak też zrobili moi rodzice. Na Ladbroke Grove mama odnajmowała trzy albo cztery pokoje na piętrze i na poddaszu oraz małe mieszkanie w suterenie, tzw. basement. Pamiętam, że tylko mama się tym zajmowała; to ona co tydzień pobierała czynsz, skrupulatnie zapisując wszystko w osobnych notesikach. Do końca życia używała starego dużego liczydła – był to jej kalkulator. Nie potrafiła inaczej liczyć. Kiedyś dostała prawdziwy elektroniczny kalkulator i wyrzuciła go.

Nie był to oczywiście wynajem na dni czy tygodnie, chodziło wyłącznie o dłuższe umowy, zazwyczaj kilkuletnie. My mieszkaliśmy na parterze: mieliśmy dwa pokoje z kuchnią. Lokatorzy płacili co tydzień. Była wspólna łazienka i WC, ale każdy lokator miał bieżącą wodę w pokoju, małą kuchenkę i piecyk gazowy do ogrzewania. Nie było w tamtych czasach ogrzewania centralnego. W każdym pokoju znajdował się licznik gazowy i elektryczny, do którego trzeba było wrzucać szylingi i pensy – bez tego lokator nie mógł ani gotować, ani się ogrzać, ani używać oświetlenia. Każdy lokator grzał więc swój pokój tylko wtedy, kiedy tam był. Okna w Anglii w tamtych czasach miały pojedyncze szyby i w ogóle były mało szczelne. Nazywano je sash windows i otwierały się pionowo, trzeba było chwycić za dolną część i podsunąć ją do góry. Linka i przeciwwaga w ramie umożliwiały unieruchomienie okna, i podobno dawały gwarancję, że jeśli ktoś wychyli głowę, to szyba nie spadnie mu na łeb. Obawiam się, że z tym to różnie bywało, ale takie były okna w Londynie i przy takich też się i marzło.

Z Ladbroke Grove wyprowadziliśmy się chyba w 1962 roku. Nie wiem, dlaczego rodzice zdecydowali się na taki krok, ale jeden powód jest mi znany. Aż wstyd się przyznać: Ladbroke Grove zaczęło się robić „zbyt kolorowe”. A pokolenie moich rodziców nie było aż tak tolerancyjne pod tym względem. Przeprowadziliśmy się więc na Ealing Broadway w zachodniej części Londynu i wkrótce ta dzielnica stała się „polska”.

Na Ealing Broadway również zamieszkaliśmy na parterze, ale mieliśmy już o wiele więcej miejsca, właściwie trzy przestronne pokoje, łazienkę, toaletę oraz kuchnię z jadalnią. Było też bezpośrednie wyjście na taras i do ogrodu. Kotek nasz miał własne drzwiczki, taką specjalną klapę wmontowaną w drzwi kuchenne. Mógł sobie spokojnie wchodzić i wychodzić, kiedy tylko chciał. Gdy wprowadziliśmy się do tego domu, odkryliśmy, że kiedyś musiała być tam służba, bo w każdym pokoju tkwił w ścianie elektryczny przycisk, który uruchamiał takie zmyślne urządzenie na ścianie w kuchni. Jeśli ktoś nacisnął ów przycisk, w specjalnym okienku zaczynała się kręcić kuleczka z numerem pokoju. Wtedy służba pędziła do wskazanego pokoju w oczekiwaniu na rozkaz, powiedzmy że „dwie gorące czekolady i kanapkę z szynką, please”. Nie wypadało tego urządzenia zostawiać, bo i tak nikt by nie przyniósł nawet jednej gorącej czekolady – a szkoda. Lokatorzy wynajmowali pokoje lub małe dwupokojowe mieszkania na piętrze i na strychu, ale mieli oddzielne wejście z boku domu, a schody na górę od naszej strony zamurowano. Mama musiała wyposażyć każdy z wynajmowanych pokoi w proste umeblowanie i kuchenkę.

Można by pomyśleć, że nie jest specjalnie miło mieć obcych ludzi we własnym domu, ale to nie do końca prawda. Na St Mark’s Road nie odgradzaliśmy się od nich – wchodzili od ulicy przez duży wspólny hol i szli sobie na górę do swoich pokoi, nie stykając się tak naprawdę z nami. I moja siostra Krysia, i ja uwielbialiśmy niektórych z nich. Do naszych ulubionych lokatorów należał starszy, bardzo ekscentryczny pan, Anglik. Nazywał się Robert Norton i był rozwiedziony z dość znaną w Anglii i na świecie autorką książek dla dzieci, Mary Norton (napisała m.in. Pożyczalskich, historię miniaturowych ludzików mieszkających pod podłogami domów, którzy wychodząc na powierzchnię, pożyczali sobie różne przedmioty od prawdziwych ludzi). Pan Norton był w jakiś sposób związany z Portugalią, ale nie pamiętam już dokładnie, o co chodziło. Nosił, o dziwo, spódnicę (na szczęście tylko po domu), chociaż może było to raczej coś w rodzaju hinduskiego sari. Strasznie u niego śmierdziało, ponieważ ciągle gotował nóżki w galarecie, co nie było typowym angielskim daniem (choć może się mylę). Często nas do siebie zapraszał, a my chętnie do niego chodziliśmy, bo bardzo ciekawie opowiadał o różnych ważnych dla dzieci sprawach. Brzydziliśmy się co prawda tych okropnych kubeczków z nóżkami w galarecie, jeszcze nieodwróconymi, bo była tam paskudna, gruba warstwa tłuszczu. No i ten zapach! Do tego nigdy chyba nie otwierał okien. Ale dla nas wszystko to było magiczne. Starając się przetrzymać ten straszny smród i nie oddychać, siadaliśmy koło niego i słuchaliśmy o różnych cudownych rzeczach, a także muzyki poważnej. Miał dużą kolekcję płyt (siedemdziesiątek ósemek) i piękny, stary, drewniany gramofon na korbkę. Siłę głosu regulował prostym sposobem: otwierał lub przymykał małe drewniane drzwiczki z przodu. Pan Norton był też fanatykiem puzzli, czyli układanek, ale nie takich kupionych – te nie wchodziły w grę. Liczyły się tylko takie, które robił sam. Naklejał jakieś ładne zdjęcie wycięte z kolorowej gazety na kawałek drewnianej sklejki i wkładał w imadło, a potem wyciągał specjalną małą piłę – laubzegę – i kawałek po kawałeczku wycinał swoje własne unikatowe puzzle. Przed rozdaniem takich prezentów każdy skończony komplet wrzucał do małej plastikowej torebki i przytrzymując jej górne brzegi, przypalał je zapałką lub świeczką, by skleić szczelnie torebkę. Świetny człowiek!

Po przeprowadzce na King’s Avenue w dzielnicy Ealing Broadway, w 1962 roku, nasz nowy dom został przerobiony tak, że my zajmowaliśmy cały parter, a lokatorzy resztę domu. Wchodzili osobnym wejściem z boku. Nie byliśmy już małymi dziećmi, ale nadal mieliśmy swoich ulubieńców. W tym domu naszym absolutnym faworytem był Hindus z Fidżi, który nazywał się K.B. Singh. Mówiło się do niego i o nim KB. Oczywiście nikt nie wiedział, co te litery KB oznaczają, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że to jakieś bardzo trudne hinduskie imiona. KB był maszynistą w metrze londyńskim – prowadził pociąg na zielonej District Line. Jeśli zobaczył mnie lub Krysię na peronie, wpuszczał nas do swojej kabiny. Jak przystawało prawdziwemu Hindusowi, lubił kucharzyć, więc z góry domu sączył się zawsze zapach curry czy innych przypraw. Nauczył mnie gotować ryż. Kto jak kto, ale akurat to Hindus potrafi! Bardzo proste! Należy wrzucić ryż do posolonego wrzątku (dużo wody), raz zamieszać i gotować, aż woda wyparuje. Przecedzić – i już. Finito! Mieszkał u nas wiele lat, aż pewnego razu przyszedł i powiedział, że musi wracać na Fidżi. Ktoś umarł i teraz on został jakimś tam lokalnym dostojnikiem, obowiązki wzywały. Piękna historia!

Mieszkał u nas także samotnie przez wiele lat trochę tajemniczy starszy pan, Anglik, Mr Knowd. Kupował namiętnie pisma pornograficzne. Znał się na samochodach i był moim pierwszym nauczycielem, kiedy starałem się nauczyć prowadzić auto. Twarz miał trochę jak z kiepskiego horroru. Pamiętam, jak przychodził do nas zapłacić czynsz. Zamiast dzwonić od frontu, pukał do przeszklonych drzwi od strony ogrodu. Prawie zawsze późnym wieczorem. Pamiętam, jak czasami, kiedy siedziałem z mamą w kuchni, tuż za szybą, z ciemności wyłaniała się raptem ta twarz... Atak serca w takim momencie gwarantowany!

Ealing Broadway było w latach sześćdziesiątych spokojną, prawie wiejską dzielnicą. Do metra mieliśmy niedaleko, mniej więcej siedem minut spaceru z domu i potem jakieś pół godziny metrem do centrum Londynu. Sklepów było sporo, kilka pubów, Wimpy Bar, taki ówczesny angielski odpowiednik McDonalda, parę restauracyjek, w tym też i chińska, bo właśnie w tamtych latach zaczynała się angielska fascynacja kuchnią chińską. Był też tzw. fishmonger, czyli sklep rybny – żałuję, że od dawna go tam i chyba już nigdzie nie ma. Ryby można teraz kupić wyłącznie w większych supermarketach. A taki sklep rybny był imponujący: wielki, rubaszny i wesoły właściciel wystawiał rano swój towar na ladach, które wychodziły na ulicę. Wybór miał spory, lubiłem oglądać te różne potworki; gorzej było z ich jedzeniem. Szybko i sprawnie czyścił ryby klientom. My kupowaliśmy tam jakieś rybki głównie dla kota; dla siebie tylko w piątki. Sam się z tym nie spotkałem, ale Krysia twierdzi, że mama przychodziła do tego sklepu i mówiła I would like some fish for my Pussy, czyli „chciałabym kilka rybek dla mojego kotka”, co po angielsku jest może poprawnie, ale brzmi dość dwuznacznie, jako że pussy może znaczyć nie tylko „kotek”, ale także coś zupełnie innego, o czym wolałbym tu nie pisać! Ale naszemu rybiarzowi tak się to zawsze podobało, że udawał niedosłyszącego, co mama mówi, i prosił, żeby powtórzyła to jeszcze raz, głośniej, tak by inni klienci także słyszeli... Złośliwa bestia! A biedna mama, nie znając aż tak dobrze angielskiego, nie wiedziała, jakie wrażenie robią jej słowa.

Mama-%20ja-%20i%20slynny%20kot%20Pussy.tif

Mama, ja (leżę na ziemi, nie wiedzieć dlaczego) i słynny kot Pussy

Rodzice oczywiście mówili po angielsku, dość płynnie, ale niezbyt poprawnie i z obcym akcentem. Młodsi imigranci mieli trochę łatwiej, bo mogli się tego języka lepiej nauczyć. Im jest się starszym, tym trudniej to przychodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o akcent. Pewnie to z mojej strony nieładnie, ale trochę się wstydziłem rozmawiać z mamą przed angielskimi kolegami po angielsku. Mama mówiła do mnie coś po angielsku, a ja, skonfundowany, odpowiadałem po polsku.

Siostra%20Krysia.tif

Moja wspaniała siostra Krysia

Krysia, moja trochę starsza siostra, miała zawsze ciąg do bardziej „alternatywnego” stylu życia. Jest frankofilem, studiowała romanistykę. Potem także projektowanie obuwia, co uważam za godne podziwu. Skończyła polską szkołę sobotnią, ale później odsunęła się od kontaktów i spraw polskich, co miał jej za złe nasz tata. Pierwszy jej mąż był ekscentrycznym Anglikiem, sympatyczną „czarną owcą” z bardzo dobrej i szacownej londyńskiej rodziny. Po ślubie zamieszkali na drewnianej barce, która stała na jednym z londyńskich kanałów. Barki takie są bardzo popularne w Anglii: można je wynajmować i pływać nimi spokojnie po całym kraju, najlepiej od pubu do pubu. Nazywają się narrow boats, czyli „wąskie łodzie”, bo rzeczywiście są bardzo wąskie i bardzo długie, mają około dwudziestu metrów. Za dawnych czasów nie były zabudowywane, miały tylko kabinę kapitana i służyły głównie do transportu węgla. Z początku nie miały nawet silników, bo ciągnęły je konie. Konie nie płynęły oczywiście przed barką z cumą w zębach, lecz szły sobie grzecznie wzdłuż brzegu specjalną ścieżką. Dzisiaj spaceruje się tam wzdłuż kanałów. Steve, mąż Krysi, kupił taką właśnie łódź w stanie surowym, tylko z tą małą kabiną. I to w niej zamieszkało młode małżeństwo, zanim uzdolniony manualnie szwagier nie dobudował reszty „domu”. Czy to nie piękne? Tata nasz jednak był innego zdania. Nie rozumiał takiego życia, tak samo jak nie zachwycał się moim pomysłem, kiedy chciałem zostać fotografem. Ze swoim wychowaniem, wykształceniem i przeszłością nie był w stanie zrozumieć, że fotografia może być zawodem i że da się z tego wyżyć. Albo że można mieszkać na barce i że to ciekawa forma spędzania życia. Trochę grzmiał, trochę się złościł – ale ostatecznie niczego nam nie zakazywał.

Londyn%201972%20slub%20siostry.tif

Ślub Krysi ze Steve’em, 1972. Z lewej mój przyjaciel Andrzej Klimacki, kapitan w wojsku brytyjskim.
Po prawej ja; strasznie nie lubię nosić kapeluszy

Spis treści - wersja demonstracyjna
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Rozdział 1 POCZĄTKI