Zawisza Czarny. Droga do króla - Szymon Jędrusiak

Zawisza Czarny. Droga do króla

0,0

Zawisza Czarny to nasz największy bohater z czasów średniowiecza. Zręczny dyplomata, biegły w wojennym rzemiośle rycerz, zapobiegliwy gospodarz, który służąc królom polskiemu i węgierskiemu, dorobił się sporego majątku. Nie był człowiekiem bez skazy: w młodości groziła mu ekskomunika za występki przeciwko biskupowi; pił piwo ponad miarę, nie spłacał długów w terminie, procesował się o pieniądze, nie respektował wyroków sądów, stawał z orężem przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. A jednak z jakichś powodów stał się już dla współczesnych symbolem wszelkich cnót, bohaterem narodowym.

Dobiega końca XIV wiek. Unia z Litwą otwiera przed Polakami nieograniczone możliwości ekspansji i rozwoju: militarnego, gospodarczego i kulturowego. Ten nagły awans Polski wywołuje dyplomatyczno-propagandową akcję zakonu krzyżackiego.

Do Gdańska, prosto z Aragonii, udaje się Zawisza Czarny, by spotkać się z jednym z kupców pruskich. Przybywa za późno. Kupiec nie żyje. Tak rozpoczyna się kolejny etap polsko-krzyżackiej wojny wywiadów, w której stawką jest bezpieczeństwo króla Władysława Jagiełły i przetrwanie unii Polski z Litwą.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Copyright © by Szymon Jędrusiak, 2017
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-8074-063-1

PROJEKT OKŁADKI: Małgorzata Flis
REDAKCJA: „Sztuka i Słowo”: Daria Demidowicz-Domanasiewicz
KOREKTA: Bogusława Otfinowska, Magdalena Fortuniak
REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA:
Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.
ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław
www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl


WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR:
Firma Księgarska Olesiejuk
Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j.
ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki
tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01
www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

 

Część I

 

1

Zamek krzyżacki, Brodnica, jesień roku Pańskiego 1391

Komtur brodnicki Karol von Lichtenstein wyprowadził swego gościa na dziedziniec. Unikał odbywania ważnych rozmów w zamkowych komnatach. Sam nakazał przed laty urządzić każde pomieszczenie tak, by niewidoczny dla rozmówców skryba mógł sporządzać notatki ze spotkań. Szło na to dużo papieru, ale warto być zapobiegliwym. Teraz obróciło się to przeciwko niemu. Podejrzewał, że jego ludzie podsłuchują nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzy. Po co mieliby to robić? Żeby go szantażować, gdy nadejdą ciężkie czasy. Albo dlatego, że zostali przekupieni przez Polaków. Albo dlatego, że takie polecenie przyszło z Malborka.

Tego ostatniego obawiał się najbardziej.

Zygfryd von Dohn stawił się na wezwanie komtura najszybciej, jak tylko mógł. Prawie nie spał w drodze, dwa razy zmieniał konie. Ale nie odczuwał zmęczenia. Był młody, silny, dobrze znosił wielodniowe podróże w siodle.

– Byłem w Malborku. Na zaproszenie wielkiego mistrza – odezwał się komtur, gdy znaleźli się w miejscu, gdzie mogli swobodnie rozmawiać.

Zygfryd na wzmiankę o stolicy krzyżackiego państwa z szacunkiem schylił głowę.

– Przysłali kilku knechtów. Mieli ze sobą powrozy, na wypadek gdybym się opierał.

Zygfryd milczał.

– W zasadzie żegnałem się już z tym światem – dodał Lichtenstein. – Po drodze układałem w głowie tysiące argumentów na swoją obronę.

Młody rycerz nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Pochlebiało mu, że komtur dopuszcza go do swych tajemnic. Karol von Lichtenstein od lat prowadził rozległe interesy w całym chrześcijańskim świecie. Robił to bez wiedzy swoich przełożonych, ale za to często korzystając z pieniędzy zakonu. Nie zawsze zwracał je na czas.

– Bardzo dobrych argumentów. Prawie sam siebie przekonałem, że jestem uczciwym człowiekiem. – Komtur zatarł dłonie.

Uśmiechnęli się do siebie. Oba rody łączyły wielowiekowe więzi, wspólnie odbyte wojenne kampanie, interesy i przyjaźnie. Zygfryd von Dohn parał się werbunkiem najemników. W ostatnich latach niemal całkowicie poświęcił się pracy dla Karola von Lichtensteina, który pełnił w zakonie bardzo ważną funkcję: jako komtur przygranicznej Brodnicy nadzorował wszystkich szpiegów i agentów krzyżackich działających na ziemiach Królestwa Polskiego.

Zakonny dostojnik odwdzięczał się Zygfrydowi całkowitym zaufaniem.

– Byłem przekonany – mówił dalej spokojnym głosem – że to te włoskie kanalie doniosły na mnie do Malborka.

Młodzieniec szedł pół kroku za komturem. Tak jak on założył ręce za plecy. Po co go wezwano? Wszystko musiało się dobrze skończyć, skoro zakonnik przechadza się tu cały i zdrowy w nie najgorszym nastroju.

– Myślisz, że wszystko dobrze się skończyło, tak? – spytał Lichtenstein. – Bo nie rzucili mnie szczurom?

– Panie… – Zygfryd rozłożył ręce. – Czytasz w moich myślach. Rad jestem, że widzę cię w dobrym zdrowiu.

– Gdy po kilku dniach dowiedziałem się wreszcie, po co mnie ściągnięto do Malborka, w pierwszej chwili poczułem, jakbym wypłynął z głębin na powierzchnię. Ulga jednak szybko minęła. Żyję, oddycham, Zygfrydzie, to prawda, ale jestem na środku morza. Nie wiem, czy dopłynę do brzegu.

– W czym rzecz, panie?

– Wielki mistrz uzyskał informację, że Polakom udało się zawiązać w Prusach szpiegowską siatkę. Tworzy ją podobno siedmiu pruskich kupców, z tych najważniejszych, z tych, którzy zaopatrują nasze zamki, w tym sam Malbork.

– Siedmiu? – spytał Zygfryd.

– Siedmiu, siedemnastu czy stu, co za różnica! – odparł komtur poirytowanym tonem. – Wstyd mnie dławi, że nic o tej siatce nie wiedziałem! Przez ostatnie lata brałem z kasy zakonu tysiące grzywien na szpiegów. Chełpiłem się przed wielkim mistrzem, że wiem o Polakach wszystko. Wiem, który i kiedy lezie do kloaki, poczynając od byle rajcy, a kończąc na królu. Tymczasem to oni przez lata mieli nas jak na tacy.

Komtur rozejrzał się wokół. Chyba zdał sobie sprawę, że za bardzo podniósł głos.

– Moi wrogowie w Malborku już zacierają ręce.

– Znamy nazwiska tych kupców?

– Tylko pierwsze. Za każde następne Malbork będzie musiał zapłacić.

– Zapłacić? Komu? – spytał najemnik.

– Dobre pytanie!

– Jak zatem brzmi to pierwsze nazwisko?

– Krzysztof Lobeschitz.

Zygfryd potrząsnął głową.

– To niemożliwe!

– Malbork posłał za nim wywiadowców. Sprawdzali wszystko kilka miesięcy. Śledzili go. Nie ma najmniejszych wątpliwości: Krzysztof Lobeschitz jest polskim szpiegiem.

– Co się z nim teraz stanie?

– To będzie moje zadanie. A raczej twoje zadanie.

– To znaczy?

– Udasz się do Gdańska i uprowadzisz go.

Młodzieniec rzucił komturowi szybkie spojrzenie.

– To, że nie mam pieniędzy, nie znaczy, że nie jestem bogaty. Hojnie cię wynagrodzę… – uspokajał Lichtenstein.

Zygfryd wykonał gest, który oznaczał, że będzie wyrozumiały w kwestii terminu zapłaty. Wiedział, że prędzej czy później dostanie pieniądze. Komturowi sprzyjało szczęście i był bezwzględny. To w handlu najważniejsze.

– Przywieziesz go tutaj – zarządził Lichtenstein. – Trzeba go przesłuchać.

Znów uśmiechnęli się do siebie. Zygfryd pierwszy odwrócił głowę. Nie chciał być w skórze tego kupca.

– Musisz działać dyskretnie. Weźmiesz najlepszych ludzi, którym ufasz bez reszty.

– A brałem kiedyś innych?

Komtur nie odpowiedział.

– I jeszcze jedno: akcja w Niepołomicach musi poczekać.

– Odwołać wszystko?

– Tak. I pozacierać ślady. Malbork wycofał zgodę. Chcą najpierw zakończyć sprawę kupców.

– To zrozumiałe.

– To zrozumiałe – zgodził się komtur. – Wrócimy do tego, gdy tylko zedrzemy skórę z tych siedmiu lisów.

Zygfryd skinął głową. Żal było wycofać ludzi z niepołomickich lasów. Komtur von Lichtenstein rękami jego najemników zamierzał odwrócić bieg historii. To miało się stać tej jesieni. Tak niewiele brakowało.

 

2

Zatoka Bourgneuf, jesień roku Pańskiego 1391

Zatoka Bourgneuf na południe od ujścia Loary to miejsce, gdzie handlowano właściwie tylko jednym towarem – solą. Gruboziarnistą, gorszą od lüneburskiej, ale dzięki temu tańszą i łatwiejszą do sprzedaży. Dziesiątki statków rocznie odpływało stąd do Gdańska. To główny kierunek dostaw.

Zachodnia Francja poza oliwą, figami, rodzynkami i orzechami miała niewiele do zaoferowania Gdańskowi. W ogóle stara Europa znacznie więcej towarów wywoziła z tego północnego portu, niż tam wysyłała. Oczywiście objętościowo. Gdańsk, należący do krzyżackich Prus, handlował, ale większość towarów pochodziła z ziem leżących dalej na południe i na wschód. Bez dębów, buków i sosen z Polski stanęłyby stocznie w Anglii i Niderlandach, bez polskich cisów spławianych do Gdańska Anglicy nie wyprodukowaliby dość łuków i kusz, by prowadzić wojnę z Francją. Smołę, dziegieć i pak słano do Brugii i portów angielskich, popiół drzewny do Flandrii. Wosk i futra można było sprzedać na Zachód w każdej ilości. A jeszcze szybkimi krokami nadchodziła era zboża: Europa podnosiła się z kolan i chciała zaspokoić głód, ale nie nadążała z odtwarzaniem upraw zbóż. Już wkrótce polska pszenica będzie musiała wyżywić pół świata.

Statki wywożące towary z Gdańska należało w drodze powrotnej czymś wypełnić, żeby miały odpowiedni balast i zarabiały w obie strony. Najlepiej nadawała się do tego właśnie sól.

Przebieg szlaku wyglądał następująco: statki z Gdańska płynęły do portów flandryjskich i angielskich, tam zostawiały większą część ładunku i zimowały. Były to duże konwoje – w miastach Hanzy nazywano je Baienschiffe – liczące po piętnaście i więcej jednostek. Na wiosnę, łącząc się z innymi statkami hanzeatyckimi, żeglowały do zatoki Bourgneuf, by w tamtejszych salinach zaopatrzyć się w bretońską sól.

Kupcy musieli się bardzo starać, by na tę sól był w Gdańsku zawsze zbyt. Jak dotąd gdańszczanie zaopatrywali w nią całe Prusy i część ziem związanych z Polską. Duży rynek. Ale z południa napierała sól kamienna z okolic Krakowa. Gdyby wyparła tę zachodniofrancuską, mocno uderzyłoby to w zyskowność północnego handlu. Nie można było do tego dopuścić. Sól francuska była raison d’être ważnego szlaku morskiego przez cieśninę Sund, szlaku, który zapewniał olbrzymie dochody najpotężniejszym spółkom kupieckim Europy. Dopóki kontrolę nad polskim handlem sprawowały krzyżackie Prusy, dopóty można było spać spokojnie.

Informacji tych udzielił mi Leon Yosef de Carcasona, lekarz z Perpignan, który przywrócił mnie do życia po tragicznych wydarzeniach sprzed paru miesięcy, a potem przez cały czas mojej przymusowej rekonwalescencji był mi towarzyszem, nauczycielem i opiekunem.

To właśnie w Perpignan otrzymałem listowną wiadomość, że Ayhe, kobieta, którą kochałem ponad wszystko inne na ziemi, żyje. Że wiele miesięcy temu udało się jej zbiec z niewoli, że znajduje się w rękach Tidemana Stickera, niemieckiego handlarza niewolników, i że ten wiedzie ją ze sobą jak brankę. Podobno razem uciekli na północ Hiszpanii, by stamtąd udać się do Gdańska, miasta na krańcach ziemi, z którego pochodził niemiecki handlarz.

Leon Yosef de Carcasona, choć medyk, jak każdy dobry Żyd wiedział dużo o handlu i drogach. Poprosiłem go o radę, jak najszybciej i najbezpieczniej dotrzeć z Perpignan do tego odległego portu. Zatroskany o stan mojego zdrowia odradzał podróż lądową, zwłaszcza przez terytoria niemieckie. Niemcy, przestrzegał, pogrążyły się w chaosie, przemieniły w kraj rozbójników. Droga morska jest bezpieczniejsza. Sugerował, bym udał się na północ Francji. Nawet jeszcze teraz, mówił, późną jesienią, przy nabrzeżu w Collet można znaleźć jakiś gdański statek udający się do macierzystego portu.

Miałem wyruszyć w tę podróż w towarzystwie polskiego rycerza, Zawiszy, zwanego w Aragonii Il Nero albo dla wygody – Sulimą. Los związał nas ze sobą na aragońskiej ziemi i nie zamierzał na razie tych więzów rozsupływać.

Trzy tygodnie później opuszczaliśmy zatokę Bourgneuf na dużym trójmasztowcu, bardziej wydłużonym niż znane mi dotychczas kogi o charakterystycznych zaokrąglonych kształtach. Nasz statek, nazywany holkiem, miał ponad trzydzieści metrów długości i, jak zapewniał kapitan, ponad pięćset łasztów wyporności.

Kapitan, tęgi, niski Francuz o zaciętej i surowej twarzy, okazał się rozmownym człowiekiem. Nie wiedział, że jestem Żydem, zresztą nie wiem, czyby mu to przeszkadzało. Ponieważ Zawisza, którego ubiór i zachowanie świadczyły o szlacheckim pochodzeniu, nie traktował mnie jak sługę czy giermka, Francuz uznał zapewne, że dorównuję mojemu towarzyszowi statusem.

Kapitan od wielu lat pływał po północnych morzach i dużo wiedział o handlu. Był gadułą, a ja przez całą podróż umiejętnie grałem rolę nierozgarniętego szlachetki, lądowego szczura pogrążonego w podziwie dla jego wiedzy. Zdecydowanie wolałem nudne wywody w kapitańskiej kajucie niż przebywanie w dusznych i cuchnących pomieszczeniach pod pokładem.

Tam tłoczyli się żołnierze z francuskiej eskorty zakontraktowanej przez kupców do obrony przed plagą piractwa, jaka trapiła w tym czasie wszystkie morza północne, oraz różnej maści pasażerowie, głównie Niemcy: pielgrzymi, robotnicy pracujący w kopalniach w Hiszpanii i północnej Francji, a także kilku drobnych kupców z żonami.

Kapitan godzinami wymieniał towary, ceny, porty, gdzie dostarczał ładunki i skąd je zabierał. Zwróciła moją uwagę pewna myśl, której nie spodziewałem się usłyszeć od tego prostego człowieka. Stwierdził pewnego dnia, że gdyby miał pieniądze, zainwestowałby wszystko w duże statki, takie jak ten, na którym pływa. Bo zawsze będzie co wozić między Wschodem a Zachodem. Stara Europa miała bogate miasta, rozwinięty handel i manufaktury. Wschód Europy – ludny, ale zacofany – to wspaniały rynek zbytu, do tego dysponujący nieograniczonymi rezerwami budulca i żywności. Ten strumień tanich surowców musiał płynąć, by młyńskie koła starej Europy mogły mleć. Wymiana była więc naturalna i konieczna. Świat się podzielił. Kapitan twierdził, że na zawsze.

Zapewne z uwagi na porę roku pogoda nam nie sprzyjała. Nastały wietrzne dni. Ze wszystkich stron wypiętrzały się góry wody, mniej lub bardziej strome; statek albo wspinał się nagle na któryś ze szczytów, by za chwilę opaść w morską dolinę, albo rytmicznie kołysał się na boki.

Po kilku dniach smród, jaki wypełnił kajuty, stał się nie do zniesienia. Kto tylko miał dość odwagi i jako tako znosił chłód jesiennego morza, spędzał całe dnie na pokładzie.

Wszechobecny pod pokładem fetor brał się stąd, że każdy podróżny trzymał obok swojej koi urynał, wysokie i dość niestabilne gliniane naczynie, do którego oddaje się mocz i wymiotuje. Większość naszych towarzyszy źle znosiła morskie kołysanie, więc naczynia szybko się wypełniały, a potem wywracały, potrącane przez przepychających się pod pokładem podróżnych.

Prawdziwe szaleństwo rozpoczynało się z nastaniem świtu, gdy kiszki zaczynały pękać w szwach i wszyscy, jeden po drugim, wybiegali na pokład i ruszali w stronę dziobu, gdzie ustawione były wygódki. Już po chwili tworzyły się przed nimi długie kolejki ludzi poskręcanych w dziwnych pozach.

Sprawa opróżniania kiszek stała się dramatyczna podczas sztormu, jaki złapał nas tuż przed wpłynięciem do cieśniny Sund. Potężne fale poczęły wdzierać się na pokład i zalewać wygódki. Każdy, kto w nich przebywał, narażał się na całkowite przemoczenie. Dla tych, którzy nie zaopatrzyli się w ubrania na zmianę, oznaczało to spędzenie reszty podróży w mokrej odzieży, co w połączeniu z zimnym wiatrem groziło ciężką chorobą. Podróżni rozbierali się więc do naga, pędzili na pokład i kucali w strugach deszczu, gdzie popadnie, w nadziei, że fale i tak zmyją nieczystości. Wywoływało to salwy śmiechu współpasażerów, zwłaszcza gdy nago paradowała nadobna otyła matrona, i wściekłość ze strony marynarzy, których czekało w porcie szorowanie pokładu.

Wszystkie te żałosne obrazki i zapachy można było jakoś wypchnąć z pamięci zaraz po zejściu na ląd. Opanowało nas jednak coś, czego nie dało się tak łatwo pozbyć. To były wszy. Tysiące żyjątek, które nasi towarzysze podróży hodowali we włosach i brodach, szybko znalazło sobie drogę także do naszych brudnych, przepoconych ciał.

Z rozbawieniem przyglądaliśmy się, jak podróżni, korzystając z chwil bezdeszczowej pogody, rozsiadali się na pokładzie, by w gronie najbliższych oddawać się wzajemnemu iskaniu. Po kilku dniach Zawisza i ja robiliśmy to samo. Bardzo nas to do siebie zbliżyło. Intymność tego rodzaju ma swoje dobre strony. Między panną i młodzieńcem prowadzi niechybnie do wybuchu uczucia. Pomiędzy mężczyznami jest jak braterstwo broni – skłania do szczerych rozmów i zwierzeń.

I tak oto dowiedziałem się, że Zawisza z równie wielką niecierpliwością jak ja oczekiwał wyjazdu z Perpignan. Z trudem znosił tygodnie bezczynności w oczekiwaniu na rozwiązanie sądowych problemów, które ciążyły na nim w związku z wypadkami w Brugii.

Dwie sprawy wymagały pilnego powrotu Zawiszy do Polski i spędzały mu sen z powiek. Pierwsza to zły stan zdrowia jego najstarszego brata. Oddział, którym dowodził – tyle Zawisza wyczytał z listów – został napadnięty podczas patrolowania szlaku handlowego do Prus. Kruczek, bo tak nazywano jego brata, stracił wszystkich ludzi, a sam ciężko raniony wiele miesięcy walczył o życie. Z ostatnich nowin, jakie dotarły do Zawiszy przed opuszczeniem Perpignan, wynikało, że Kruczek będzie żył, ale rokowania co do jego pełnego powrotu do zdrowia nie były dobre.

Druga sprawa była natury politycznej. Niepokojące wieści dochodziły z Prus. Zakon krzyżacki od lat szykował się do wojny z Polską, a teraz odniósł nad nią potężne zwycięstwo w cichej wojnie, jaką prowadziły wywiady obu krajów. Sulima otrzymał rozkazy pilnego spotkania się w tej sprawie z pewnym gdańskim kupcem, ale nie zdradził więcej szczegółów. Była to dla mnie o tyle pomyślna okoliczność, że mój towarzysz łatwo dał się namówić na podróż do ojczyzny drogą morską, przez Gdańsk.

Zawisza zawarł pewne znajomości wśród załogi: siadywał na pogawędki z dwoma Polakami z Osieku, ubogiej rybackiej dzielnicy Gdańska. Ojcem i synem. Byli flisakami i rybakami. Zaciągali się jako marynarze na statki, gdy zyski z połowów i przewozu towarów okazywały się zbyt małe, by z zarobionych pieniędzy przeżyć zimę. Wyróżniali się spośród załogi. Brodaci, bo hańbą na morzu okrywa się ten, kto nie ma brody, ale czyści i schludni, jeżeli można tak było powiedzieć o marynarzach, i na ogół trzeźwi. Nie wiem, czy była to kwestia pochodzenia, czy łączącego ich pokrewieństwa. Ojciec na ogół trzyma fason przy synu, a syn nie ma uciechy w pijaństwie, jeśli czuje na sobie wzrok ojca.

W końcu pokonaliśmy cieśninę Sund i ostatniego dnia września roku Pańskiego 1391 znaleźliśmy się u celu podróży.

 

3

Gdańsk, jesień roku Pańskiego 1391

Opuściliśmy statek jeszcze na redzie. Zawisza zapłacił Polakom, by wzięli nas na łódź, która po nich przypłynęła. Kończyli służbę, mieli teraz tydzień na odpoczynek albo pracę wokół domu.

Dopłynęliśmy do przystani portowej w Osieku. Była to niewielka osada rybacka w kształcie czworoboku, otoczona wąskim rowem. Przecinały ją dwie główne arterie, wzdłuż których osadzono łącznie pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt drewnianych chałup. Pożegnaliśmy rybaków przy jednej z nich.

Główna ulica na osi wschód–zachód prowadziła do krzyżackiego zamku, wielkiego i ponurego niczym twierdza Anakitów.

Osiek wedle słów Zawiszy był dawnym rybackim podgrodziem polskiego niegdyś Gdańska, a obecnie stanowił jedyną gdańską dzielnicę z przewagą ludności polskiej. Ci prości i biedni ludzie, dy Polene us deme hachilwerke, jak tu o nich mówiono, zachowali wprawdzie swe dawne prawa do zbierania bursztynu i połowu ryb, ale przez zamknięcie Osieku od północy przez Stare Miasto i od południa przez Główne Miasto Krzyżacy odebrali ich osadzie szansę na rozwój. Zakon wyznaczył Polakom rolę dostawców świeżych ryb i zbieraczy bursztynu, którym i tak handlować mogli tylko kupcy krzyżaccy. Nędza chat i ich otoczenia silnie kontrastowała z potęgą wznoszących się nieopodal murów zamku.

Zamek ten wybudowano kilkadziesiąt lat wcześniej jako znak umocnienia się władzy Krzyżaków po sukcesach w wojnie z Polską. Stał u brzegu Motławy, która uchodziła nieopodal do koryta Wisły. Wzniesienie tak potężnej twierdzy było pokazem siły i władzy Krzyżaków, ale także symbolem ich nieufności wobec gdańszczan: bracia zakonni nieustannie obserwowali swych poddanych z wysokich wież, gotowi uderzyć i stłumić każdy przejaw buntu.

Zaczęło padać. Sądząc po roślinności, rozmokłej ziemi i licznych kałużach, deszcz często bywał tu w gościnie. Minęliśmy kilka ubogich chat i stanęliśmy u jednej z bocznych bram Głównego Miasta.

Zawisza uprzedzał mnie, bym tu, w Gdańsku, nie przyznawał się, że jestem Żydem. Żydów nie tolerowano i nie pozwalano im na osiedlanie się ani w Gdańsku, ani w innych hanzeatyckich miastach Prus Krzyżackich: Toruniu czy Elblągu. Tak zadecydowały krzyżackie władze pospołu z miejscowym kupiectwem, które w ten sposób dbało o własne interesy i zabezpieczało się przed groźną konkurencją.

Ceglany mur otaczający miasto okazał się zadziwiająco niski, nie przekraczał pięciu łokci, ale za to gruby był co najmniej na trzy.

Wziąłem głęboki wdech. Serce waliło mi jak oszalałe. Gdzieś tam, za bramą, może być Ayhe. Będę się rozglądał, rozpytywał. Jeśli tylko tu dotarła, odnajdę ją. Ale wtedy… co? Porwanie? Zawisza zapowiadał jeszcze w Perpignan, że ma wobec mnie jakieś plany, chce mnie wziąć ze sobą do Polski. Bez Ayhe nigdzie się z Gdańska nie ruszę! Będę tu siedział tak długo, jak będzie trzeba, choćby całą zimę, aż zeżre mnie to robactwo, które noszę na głowie. Mam pieniądze. Jeśli się ma pełną sakiewkę, w każdym mieście świata można się zaszyć na długo. Nie wyglądałem na Żyda, nikt mnie stąd nie ruszy.

Było oczywiste, że jeśli Stickerowi udało się uciec z Hiszpanii, to przybył razem z Ayhe do Gdańska. Bo gdzieżby indziej? To jego rodzinne strony. Tu go nie będą ścigać. Na pewno. Żaden aragoński sędzia nie wyprawi się tak daleko, by egzekwować wyrok. Aragońscy sędziowie to złośliwe i przekupne trutnie, ale nie idioci. Nie będą się tu pchać.

Uniosłem głowę, by przyjrzeć się herbowi umieszczonemu nad bramą: w tarczy na czerwonym tle jaśniały dwa białe krzyże. Żadna wróżba.

W obszar zabudowań wkroczyliśmy przez nikogo niezaczepiani ani niesprawdzani. Deszcz się wzmagał, towarzyszył mu silny północny wiatr. Mieliśmy na sobie spodnie i pikowane kaftany przywdziane jeszcze w Perpignan. Deszcz wbijał się w materiał, wypychając gromadzony tygodniami smród.

Tuż za bramą podbiegło do nas kilku chłopców. Zawisza wręczył jednemu z nich drobną monetę i nasze podróżne worki. Potem nachylił się nad nim i tłumaczył przez chwilę, dokąd ma zanieść dobytek.

Aby chronić się przed tnącym z ukosa deszczem, ruszyliśmy wąską ścieżką biegnącą przy murze. Obwarowania ciągnęły się wzdłuż północnej, zachodniej i południowej granicy miasta. Od strony wschodniej tylko częściowo odgradzały one miasto od rzeki Motławy. Przynajmniej tyle dostrzegłem u wylotów poprzecznych uliczek, które mijaliśmy. Doliczyłem się szesnastu baszt różnej grubości i wysokości.

Szedłem posłusznie za Zawiszą, kuląc się z zimna. By iść jak najbliżej muru, niemal szorowałem prawym ramieniem o cegły. Wsadziłem dłonie głęboko w kieszenie kaftana. Przyglądałem się miastu oraz ludziom.

Wrażenie robiły różnorodność i gęstość zabudowań. Mijane dzielnice wydawały się całkowicie zapełnione. Wszystkie domy, które widziałem do tej pory, były drewniane; wiele z nich miało pomalowane fasady. Podczas słonecznej pogody (latem są tu chyba takie dni, przynajmniej kilka) musiały wyglądać wesoło. Mijaliśmy liczne stragany. Mimo iż wiatr zacinał deszczem prosto w twarze kupców, handel kwitł w najlepsze.

Na wysokości trzeciej bramy w zachodniej linii murów skręciliśmy w lewo, w ulicę, którą, jak się później dowiedziałem, nazywano Długą. Była to najbardziej reprezentacyjna ulica miasta, zwłaszcza w swojej wschodniej, wybrukowanej części, tam gdzie stopniowo rozszerzała się, tworząc prostokątny plac o wyraźnie handlowym przeznaczeniu. Na jej północno-wschodnim krańcu stał okazały dwukondygnacyjny ceglany budynek z niewysoką wieżą, zapewne ratusz.

Domyślałem się, że zmierzamy do domu owego człowieka, o którym wspomniał na statku Zawisza, bo gdzież mógłby mieszkać bogaty gdański kupiec, jeśli nie tu, w centrum miasta, przy głównym placu targowym i budynku ratusza. Ale nie zapytałem. Maszerowałem posłusznie w nogę za Zawiszą, uważając jedynie, by nie poślizgnąć się na błotnistej drodze. Od początku naszej znajomości zadawałem mu niewiele pytań. Zdążyłem się przyzwyczaić do jego mrukowatego charakteru. Tych kilka dni zwierzeń na pokładzie statku nie zapowiadało przełomu.

Południową pierzeję handlowej części ulicy Długiej stanowił ciąg niemal identycznych murowanych posesji, oddzielonych od siebie na długość kroku. To chyba pierwsze murowane domy, jakie tu zobaczyłem. Fasady, licowane czerwoną surową cegłą, były ozdobione jedynie płytkimi wnękami o ostrych łukach. Tylko jeden z frontów pomalowany był białą farbą wapienną, spod której wyzierała faktura cegły i fug. I przed tym domem się zatrzymaliśmy. Wyglądał okazale. Miałem nadzieję ogrzać się w jego wnętrzu. Podróżnych zazwyczaj częstuje się ciepłą strawą.

Zawisza wszedł po stopniach przedproża i zakołatał do drzwi. Rozwarły się po dłuższej chwili. Stanął w nich rosły młodzieniec. Nie wyglądał na kupca ani nikogo z kupieckiej rodziny, ani nawet służącego. Nie poznałem jeszcze tutejszych zwyczajów dotyczących ubioru, ale wystarczyło się rozejrzeć, by stwierdzić, że biedota odziewała się równie nędznie jak w Saragossie czy Perpignan. A skoro kmioty noszą się tak samo, to i zamożni kupcy muszą przypominać tych z mojego świata. Człowiek u szczytu schodów swą postawą przywodził na myśl kogoś w rodzaju miejskiego strażnika. To źle. Strażników nie po to się stawia, by udzielali gościny.

Objąłem się ponownie ramionami i pochyliłem głowę, by jak najdłużej zatrzymać resztki ciepła wysysane przez mokrą odzież. Najchętniej zwinąłbym się w kłębek jak jeż.

Dobiegły mnie odgłosy rozmowy. Niemiłe dźwięki obcego mi języka przypominały terkot pokutnej kołatki. Przedproże było zadaszone. Przynajmniej na Zawiszę nie lało. Ja stałem w deszczu. Na szczęście nie trwało to długo. Zawisza zszedł powoli po stopniach przedproża.

– Kupiec nie żyje. Wczoraj wyłowili go w porcie… – oznajmił.

Mój Boże, pomyślałem, co za kraj. Zrobiło mi się jeszcze zimniej.

– Co się tak trzęsiesz? – zapytał Zawisza, jakby wciąż jeszcze był w Perpignan i nie widział, co się dzieje wokół.

– Z żalu… W taką pogodę wpaść do morza… – wystukałem zębami.

– Trupa wyłowili z rzeki. Z Motławy.

– Aha.

– Zwłoki są w kaplicy, już był kondukt pogrzebowy. – Zawisza był wyraźnie poruszony. Spojrzał przez ramię na zamknięte drzwi. – Ciała już tu nie ma – powtórzył i dodał, jakby się chciał usprawiedliwić: – Dlatego nie złożymy kondolencji rodzinie. Jutro pogrzeb.

– To był… ktoś bliski? Rodzina?

Zawisza skrzywił się i pokręcił głową. Potem też objął się ramionami.

– Zimno. Chodźmy się ogrzać – zaproponował.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Wydawnictwo Bukowy Las poleca

Druga połowa XIV wieku, nadzwyczaj burzliwego stulecia w dziejach Europy. Korona Aragonii jest jednym z najbardziej rozwiniętych handlowo królestw ówczesnego świata, miejscem styku wielu kultur i obyczajów. W takich okolicznościach poznajemy młodego rycerza herbu Sulima, Zawiszę Czarnego z Garbowa. Pojedynkuje się, biesiaduje i walczy o życie. Tymczasem na Wschodzie rodzi się nowa potęga: Polska.

Spis treści
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część I
Część II
Część III
Część IV
Ważniejsze postaci występujące w pierwszym tomie cyklu „Zawisza Czarny. Aragonia” oraz krótka informacja o ich wcześniejszych losach
Notka bibliograficzna
Wybrana bibliografia
Wydawnictwo Bukowy Las poleca
Okładka