Zapach malin - Marika Krajniewska

Zapach malin

0,0

Co się dzieje, kiedy stajemy w obliczu choroby, która na zawsze zmienia nasz świat? Kiedy okazuje się, że jedyne co posiadamy to szpitalne łóżko, kłębiące się myśli w głowie, wspomnienia, które stają się nie do zniesienia i stary pożółkły pamiętnik prababki, o której nigdy nie słyszeliśmy? Kiedy, leżąc przykuci do szpitalnego łóżka, bez ruchu trwamy w oczekiwaniu na znajomy odgłos podeszew pielęgniarki? Kiedy nagle okazuje się, że dotychczasowe życie było przepełnione chorym, okrutnym egoizmem, stąpaniem po trupach? Kiedy zostajemy sam na sam ze swoim sumieniem, które ma nam bardzo dużo do powiedzenia? Kiedy demony z przeszłości wcielają się w postać wspomnień i nadlatują, aby porwać nasz umysł do krainy, z której wydawałoby się nie ma wyjścia? Czy możecie to sobie wyobrazić?

Najnowsza powieść Mariki Krajniewskiej, autorki Papierowego Motyla, laureatki konkursu literackiego magazynu Pani.

 

Krajniewska w swojej opowieści przeplata odległą przeszłość z teraźniejszością, którą widzimy za oknem. Docieramy do ostatniej strony tej poruszającej książki i czujemy, że jedna rzecz jest niezmienna i najważniejsza: miłość.
Janusz L. Wiśniewski, październik 2009, Frankfurt n. Menem

Wydanie dostępne w nowej wersji formatu MOBI.

Dodaj komentarz


Opowieść o kalectwie, samotności i co w życiu tak naprawdę jest wartościowe. W książce są poruszane ważne sprawy. Szkoda tylko, że są one potraktowane dość pobieżnie (w moim odczuciu).


Książką jestem zachwycona, poruszona, wzruszona, wstrząśnięta i w książce zadurzona. Dawno mi się tak książka nie podobała. Pochłonęłam ją dosłownie, każde słowo przeczytane smakowało wyśmienicie i jak to z czymś smakowitym bywa miało się apetyt na więcej.Zapach malin tylko potęgował doznania.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Marika Krajniewska

Zapach malin

Redakcja i korekta: Marta Suchojad

Projekt okładki: Print Group Sp. z o.o.

 

© Marika Krajniewska i Wydawnictwo „Papierowy Motyl” 2009

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Papierowy Motyl.

 

Wydanie pierwsze

 

ISBN 978-83-62222-00-1

 

www.papierowymotyl.pl

 

Konwersja:

Nexto.pl

Początek…
Irena – teraz

Obrazy przewalały się przed moimi oczami. Barwy mieniły się z prędkością błyskawicy. Moje oczy nie mogły za nimi nadążyć. Nim uchwyciły jedną z nich, już musiały chwytać inną. Po kilku minutach napływały do nich łzy, choć płakać już nie potrafiłam. Zmęczenie oczu produkowało swoje własne. Łzy bez emocji. Łzy bez życia. Mrugałam kilkakrotnie powiekami, to pomagało. Następnie przenosiłam wzrok nieco w prawo. Ściana, która kiedyś była biała, witała mój wzrok oschle i bezdusznie. Raz tylko kilka dni temu, powiew porannego wiatru poruszył zwisającą pajęczynę, która zahaczyła się swym wolnym końcem nieco wyżej, tworząc półkole. Wtedy ściana się do mnie uśmiechała swą szarością. Czy to możliwe, żeby uśmiech ściany był taki ludzki? Taki żywy? Taki…

Z lewej strony przybliżała się do mnie i oddalała wysuszona gałąź, niczym starcza dłoń z rozczapierzonymi palcami. Palce koślawe, z wystającymi kośćmi, reumatyczne. Kości wypinały swe zaokrąglenia w różnych kierunkach, przywołując na myśl psi przysmak, obgryziony do białego.

Sama nie wiem, który widok był dla mnie bardziej przyjazny. Doskonale wiedziałam, że za niecałą godzinę wszystko wróci do normy. Mniej więcej. Zostanie struchlała ręka natury i chłód bezdusznej ściany. Kolory, migoczące na ekranie telewizora, zostaną wyłączone przez pielęgniarkę, która jak zwykle bez pytania, zupełnie nieproszona zjawi się i krótkim „pstryk” sprawi, że obraz zniknie. Zostanie jeszcze coś. Coś, co pozwala trwać, a wydawałoby się, że zabije. Coś, co zabija, choć wydawałoby się, że pozwoli trwać. Wspomnienia. Wspomnienia wyłaniały się w kolejności losowej, bez uprzedzenia. Nagle bam i trafiały prosto w głowę. Jeszcze do niedawna myślałam, że nieliczne strzępki, siedzące w mojej pamięci są nic nie warte. Zarośnięty policzek. Cierpki smak. Winny posmak prosto z Francji. Ciepło wylewającej się z wanny wody. Ostre światło. Zmrok, świt. Z czasem wspomnienia z migoczących pstrych igiełek, wbijających się w moje wnętrze przeistaczały się w obrazy. Obrazy coraz rozleglejsze, coraz pełniejsze, barwniejsze. Bardziej duszące.

Bo wszystko jest w nas…
Irena - wtedy

Telefon zadzwonił akurat wtedy, kiedy największy klient korporacji już miał podpisać kontrakt, na którym tak zależało firmie. Miesiące negocjacji, niebotyczne zyski. Awans już miała w kieszeni. Prawie. Co ją podkusiło, by nie wyciszać tego cholernego telefonu?

- Przepraszam, proszę sobie nie przeszkadzać – wyłączyła pośpiesznie komórkę, robiąc słodkie oczy do klienta. Zresztą robienie słodkich oczu do takiego klienta było samą przyjemnością. Gdyby tylko nie miała męża… Mąż w niczym nie przeszkadza. Tak mówiły koleżanki. Myślała podobnie, jednak coś nie pozwalało jej się do końca do tego przekonać. Sama nie wiedziała, co to było. I właśnie ta niewiedza doprowadzała ją czasami do furii.

- Może omówmy jeszcze raz ten paragraf – spokój w głosie prezesa korporacji klienta przyprawił ją o mdłości. Irena na ułamek sekundy straciła nad sobą kontrolę, lecz profesjonalizm nie pozwolił jej tego po sobie pokazać.

- Ależ Januszu, – jakby przez przypadek ręka Ireny spoczęła na kolanie siedzącego tuż obok przy okrągłym szklanym stoliku klienta – przecież wiesz, że zmniejszyliśmy już odsetki, zresztą prezentacja dokładnie pokazała, że na tym nie stracisz.

- Irenka, Irenka, Irenka – powolne wypowiedzenie jej imienia nie wróżyło nic dobrego. Doskonale zdążyła w ciągu tych kilku miesięcy poznać największego klienta. Ostatnim razem mówił tak, kiedy wychodziła z jego hotelu tuż po północy. Liczył na więcej. Musiała się wysilić, by tego więcej mu nie dać. Chciała, ale profesjonalizm jej na to nie pozwolił. Nie obrączka, profesjonalizm. Krążek z białego złota, spoczywający w schowku samochodu, nie miał tu nic do rzeczy.

- Ale Januszu, - musiała sięgnąć po broń większego kalibru – zarezerwowałam kolację z najlepszym szampanem do Twojego pokoju na dziewiętnastą. To już za kwadrans. – Spojrzała mężczyźnie prosto w oczy, po czym odwróciła wzrok i wyszeptała – Mówiłeś, że robią tam na śniadanie pyszne naleśniki z truskawkami, chciałabym spróbować.

Kiedy wypowiedziała te słowa, umowa leżała już podpisana na stoliku, a Irena zaczęła się zastanawiać, czy to ona tak sprytnie podeszła Janusza, by osiągnąć cel, czy też on zwlekał z podpisaniem dokumentu, by dostać od niej to, czego chciał. Nieważne. Dziś wieczorem wypije za swój awans. I dobrze się składa, że będzie jej towarzyszył właśnie Janusz. W końcu pozwoli sobie na to, o czym od dawna marzyła, kiedy kładła się do małżeńskiego łóżka.

Ten przeklęty telefon! Wyłączając dźwięk, nie wyłączyła wibracji, torebka delikatnie trzeszczała, pozostawiona tuż obok niej na krześle. Uśmiechając się do klienta podniosła się, pozbierała dokumentację i pospieszyła do dyrektora zarządu, który niecierpliwie kartkował pismo dla panów, gapiąc się w silikony, obcasy, tipsy i inne ozdobniki prezentowanych na stronach gazety dam. Gdy weszła, podniósł tylko na nią głowę i zamarł bez ruchu:

- Podpisał? – zapytał przez zęby.

- Podpisał – z ulgą odpowiedziała i podała dokumenty.

- Leć, zabaw go, niech nie czuje się porzucony!

Kiedy wychodziła, dyrektor podpalał cygaro, kierując się w stronę barku.

Słony smak kawioru łączył ze słodyczą szampana. Delikatność dotyku z dawno tłumionym pragnieniem. Naleśniki z truskawkami następnego ranka były wyjątkowo smaczne.

Irena – teraz

Ślinka na samą myśl napłynęła mi do ust. Zdobyłam się na wielki wysiłek, by ją przełknąć. Miałam wyschnięte gardło. Strasznie mi się chciało pić. Kiedy ta pielęgniarka łaskawie się zjawi? Mleko z kilkoma ziarenkami kaszy manny nie zaspokoiły mojego głodu. Dobry apetyt miałam zawsze. Woda, marzyłam o kilku łykach wody. Nie będę nikogo o nic prosić, nikogo wołać, dam sobie radę sama! Jeszcze nie zniknęłam z tego świata. Irena Konwicka żyje i ma się dobrze. No może niepotrzebne skreślić. Ale czy na pewno jestem? Może już mnie nie ma? Skąd się wziął ten zapach? Cukier puder i delikatny aromat podsmażanego ciasta. Naleśniki podawane przez Janusza były ostatnim naszym wspólnym posiłkiem. Nie miałam zamiaru odbierać od niego telefonu. Pierwszy raz zawsze smakuje najlepiej. Faceci.

- Może mi pani podać szklankę wody? – Pielęgniarka bez pukania weszła do sali. Podeszła do łóżka, spojrzała na tablicę, wiszącą na oparciu, po czym, bez słowa, poprawiła moją nogę. Dopiero po chwili, skończywszy udawać, że robi coś pożytecznego, podstawiła mi pod nos szklankę wody ze słomką w środku. Łapczywie rzuciłam się na słomkę, odpychając ją nosem od siebie. Pielęgniarka ani drgnęła. Czekała z ironicznym uśmieszkiem, kiedy uda mi się manewr złapania słomki ustami i wciągnięcia do przełyku kilka łyków wody. Wychodząc z pokoju wcisnęła czerwony przycisk na pilocie ustawionego na wprost mnie telewizora. Wyszła bez słowa. Wyszła bez spojrzenia mi w oczy. Wyszła tak jak weszła - bezdusznie. A ja widziałam jaskrawe sylwetki, z których wydobywał się piskliwy bełkot.

***

Wieczory są najgorsze. Z drugiej jednak strony wprowadzają we mnie jakiś spokój. Dziwnie to brzmi. Spokój w mojej sytuacji. Zespalam się z mrokiem i trwam w bezruchu. Pozwala mi to na poznanie innego życia. Życia, które rozpoczyna się co dzień po dwudziestej i trwa aż w końcu wpadnę w sidła Morfeusza. Życie nieznane, dziwne, niespokojne, inne. Za uchylonymi drzwiami, które nigdy nie są zamykane do końca, nawet na noc. Życie w cienkiej poświacie bladego światła z korytarza. Najpierw słyszę ciszę. Ciszę, w którą wkrada się syk jarzeniówki. Głuche kroki na korytarzu powoli się uspokajają. Coraz rzadziej słychać tupot. Pojedyncze skrzypnięcia drzwi. Trzaski fotela w dyżurce pielęgniarek. Zdumiewające, ile człowiek potrafi odróżnić dźwięków, na które, prowadząc normalny tryb życia, nie zwraca najmniejszej uwagi. Łyżka spadnie ze stołu, trzaśnie ołówek na pół, metalowy guzik otrze się o aluminium zlewu, pusta szklanka, nieco silniejszym ruchem ręki, zostanie postawiona na kuchenny blat, wtyczka wyciągnięta z kontaktu ląduje na drewnianych panelach. Kran. Cieknąca woda. Kap, kap. Kap, kap. Powolne kap w mych myślach nagle zmienia się w powtarzane wraz z upadkiem kropli do zlewu stonowane „łap”. Łap, łap. Łap, łap. Łapię oddech, z każdą chwilą, staram się go łapać, ale nie wychodzi. Jeszcze nie rozumiem, jak to się stało, co czuję. Nie rozumiem tego, co widzę, zresztą wydaję mi się, że nie widzę zupełnie nic. Słyszę kap, łap… kap, łap. Zaczynam łapać każdy dochodzący dźwięk. Skrzypnięcie drzwi, głuche stuknięcie metalowej klamki o ścianę. Nawet nie wiem, czy jest to ściana jak w każdym szpitalnym korytarzu, bladozielona do połowy, wyżej biała z obsypującym się tynkiem. A może cała zszarzała z biegiem czasu. Nie wiem. Wyobrażam sobie, że tynk się osypuje w kącikach, że na podłodze stare linoleum w kratę przywołuje w pamięci stare komunistyczne szpitale. Chcę uderzyć pięścią w metalowy stelaż szpitalnego łóżka. Chcę tego najbardziej na świecie. Silę się w tym pragnieniu, aby wykonać odpowiedni ruch. Nic się nie dzieje.

Drzwi się nie zatrzaskują, kiedy słyszę jej kroki. To jej kroki na sto procent. Wiem o tym, gdyż tylko ona przychodzi codziennie o tej samej porze, za pięć dwudziesta. Tylko ona stawia nogi niespiesznie, zaczynając od pięty. Musi mieć mokasyny albo adidasy. Nie zawsze udaje mi się to sprawdzić. Czasem tak. Czarne mokasyny, jakich już nikt nie nosi. Skrzydło drzwi majta się w jedną i drugą stronę kilka razy, póki się całkiem nie zatrzyma. W tym czasie ona pokona odległość kilku metrów i wejdzie do dyżurki, pukając przy wejściu delikatnie w szybkę, często płosząc siedzącą tam pielęgniarkę.

- Powinnam się już przyzwyczaić – powitała ją starsza kobieta, najspokojniejsza ze wszystkich piguł. Nie licząc jej oczywiście.

- Powinnaś, dobry wieczór. Jak jest dziś? – spytała. Nie dobiegła mnie odpowiedź. Może rozmówczyni kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że jest spokojnie. A może wręcz przeciwnie. Powinnam sobie może wyobrazić jakiś scenariusz. Jednak nie zdobywam się na to. Jestem zmęczona własnymi scenariuszami. Moje myśli, odkąd się tu znalazłam, przyjęły etat reżyserski i scenopisarski w jednym, nie dając mi wytchnienia. Odsunęła krzesło. Może usiadła, a może coś na nim postawiła. Pstryknięcie.

- Dziś w zamachu w strefie Gazy zginęło kolejnych dwudziestu Palestyńczyków.

Na szczęście ściszyła telewizor, może tak jak ja nie chciała słuchać o tym, co dzieje się na świecie. Wszędzie dzieje się to samo. Działo, dzieje i będzie… Nie będzie. Będzie. Nie będzie. Raz, dwa, trzy, dziś wygrasz… Ty! A Ty nie wygrasz, pach, bach, bum!

- I jak, wciąż o tym myślisz? – pielęgniarka z poprzedniej zmiany szurała czymś, jakby papierem po stole. Może odwinęła kanapkę?

- Tak, w zasadzie, to podjęliśmy już ze Staszkiem decyzję – usłyszałam w odpowiedzi.

- To znaczy?

- Chcemy pomóc dzieciom.

- Dzieciom? – zdziwieniu w głosie towarzyszył szum elektrycznego czajnika. Nie usłyszałam, jak go włączyła.

- No tak. Jak już adoptować to kilkoro, żeby nie czuły się samotne.

- Samotne? – ledwie słyszałam słowa, czajnik produkował coraz więcej hałasu. – Masz przecież swoją czwórkę, Zuza?

- No, ale wszyscy są już dorośli. Jak wezmę małego chłopca, albo dziewczynkę, to nie będzie im raźno bez towarzystwa kogoś w ich wieku.

- Co ty gadasz? Chłopiec albo dziewczynka z domu dziecka będą szczęśliwi, że mają wreszcie mamę i tatę, że mają czwórkę starszego rodzeństwa, że mają rodzinę, dom, mają się do kogo przytulić…

- Zobaczymy, w weekend jedziemy do domu dziecka. Zobaczymy.

Nagle ustał hałas. Spikerka w telewizorze ledwie słyszalnie zapowiadała pogodę. Miał być mróz. Mróz. Szelest ucichł. Rozmowy też. Drobne kroczki dało się słyszeć na linoleum. Tym w kratę. Pielęgniarka poszła na wieczorny obchód. Za chwilę zjawi się pewnie po metalową tacę, na której będzie głośno stawiać buteleczki albo kieliszki z lekarstwem. Strzykawki, kroplówki. Zuzanna. Tak miała na imię ta, która nosiła mokasyny. Zuzanna została w dyżurce. Usłyszałam, jak jakiś mały strumień wlewa się w szklane naczynie o grubych ściankach. Zalała herbatę. Pewnie za chwilę dobiegnie mnie aromat malin. Zazwyczaj piła malinową.

Irena – wtedy

Dziewczynka biegła wąska ścieżką. Brnęła w gąszcz chwastów. Coraz większych, coraz gęstszych. Wreszcie przystanęła na małej polance. Zaczęła zrywać maliny. Jaskraworóżowe i soczyste. Tuż za nią podążała powolnym krokiem starsza pani.

- Kochanie, nie tak łapczywie – z uśmiechem starsza pani powtarzała słowa, których dziewczynka zdawała się wcale nie słyszeć. Leciwa kobieta usiadła na drewnianej, niskiej ławeczce. Oparła się o metalowe ogrodzenie. Nie było wysokie.

- Jestem królową malin! – zawołała radośnie dziewczynka, stawiając skoczne kroki, kręcąc się dookoła krzaka.

Starsza pani kiwała głową, po czym wyjęła kawałek placka, i odwróciwszy się przodem do ogrodzenia, zawołała:

- Odwiedzę tylko swoją mamę, maleńka i zaraz wrócę.

Irena – teraz

- To właśnie przywieźli z policji. – młody sanitariusz wszedł do mojego pokoju. Był pryszczaty na twarzy. Późne dojrzewanie? Podszedł na tyle blisko mnie, bym mogła spokojnie obejrzeć to, z czym się do mnie pofatygował.

- Ach to – wydukałam z obojętnością.

- To chyba jakiś dziennik – zaczął młodzieniec, lecz urwał niepewnie w połowie wypowiedzi, po czym pospiesznie dodał – nie czytałem, broń Boże, tylko policjant mówił, kiedy przekazywał oddziałowej.

- Tak. To jakiś tam dziennik mojej prababki. Moja babka zmarła niedawno, a to dostałam pocztą w dzień wypadku – powiedziałam, mając nadzieję, że położy to gdzieś i sobie pójdzie. Kątem oka dostrzegłam, że wyszło słońce. Zapowiadał się pogodny dzień, choć mroźny. Mówili, że ma być mróz, więc przepowiednia się dopełniła. Sanitariusz wciąż stał na swoim miejscu, oglądając okładkę szarego zeszytu, owiniętego w poplamiony papier. Zapamiętałam, że był poplamiony, kiedy wypakowałam go na poczcie z koperty i wsadziłam czym prędzej do foliowej torebki, po czym wrzuciłam na tylnie siedzenie samochodu.

- Czy…- niepewnie zaczął chłopak, - czy… bo jeśli to prababka, a jeśli to dziennik…

- Tak, prababka i jej dziennik – nie wytrzymałam, przerywając mu wpół zdania. - Możesz się wysłowić w końcu?

- Przepraszam. Jeżeli pani babcia opisuje swoje życie, cokolwiek, to może opisuje jakieś fragmenty z czasów wojny? – wypalił, gapiąc się wciąż w zeszyt.

- Tak, to są jej wspomnienia z czasów wojny, tak przynajmniej kiedyś mówiła mi babka, a co to ma do rzeczy? – tym razem moja irytacja ustąpiła miejsca ciekowości.

- Bo widzi pani, mnie bardzo interesuje ten temat, czy może byłaby możliwość… może ja mógłbym pani go czytywać?

- Co? – ledwo z siebie wykrztusiłam, oszołomiona jego śmiałością i tupetem.

- Przepraszam, nie powinienem – chłopiec się zaczął jąkać, odkładając zeszyt na stolik, po czym spojrzał na mnie. – Gdzie mam położyć, by pani było wygodniej?

- I tak nie dam rady po niego sięgnąć, zresztą nie mam takiego zamiaru, schowaj do szafki. – Zamknęłam oczy. Pod powiekami zapamiętane kształty, na które przed sekundą patrzyłam, jawiły mi się w pomarańczowej poświacie. Zapewne przez świadomość tego, że na zewnątrz jest słonecznie. A może z jakiegoś innego powodu. Nie usłyszałam kroków. Czyżby wciąż tam stał? Bez ruchu?

- Jesteś tu? – rzuciłam w przestrzeń pokoju.

- Tak, proszę pani.

- Poczytasz mi ten dziennik. Będziesz jutro?

- Dziękuję pani, pracuję, oczywiście. Będę po piątej. Dziękuję. – odłożył zeszyt do szafki i pospiesznie wyszedł, jakby się obawiając, że mogę zmienić zdanie. W końcu jakaś rozrywka. Jutro o piątej. Coś się będzie dziać. Kiedy przyjdzie ta głupia oddziałowa? Mam dosyć tego szpitala. Dosyć tego, że nie mogę się ruszyć, dosyć wszystkiego. Do jasnej cholery, niech ktoś coś zrobi! Tak nie da się żyć!

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Początek…Irena – teraz
Bo wszystko jest w nas…Irena - wtedy
Irena – teraz
Irena – wtedy
Irena – teraz