Zanoni - opowieść o różokrzyżowcu. Piękny, wielowątkowy romans mistyczny z czasów Rewolucji Francuskiej - Edward Bulwer Lytton

Zanoni - opowieść o różokrzyżowcu. Piękny, wielowątkowy romans mistyczny z czasów Rewolucji Francuskiej

0,0

Zanoni to znakomita opowieść o różokrzyżowcach, to piękny, wielowątkowy „romans mistyczny” z czasów rewolucji Francuskiej. Główny bohater – Zanoni – to różokrzyżowiec, który zgłębiwszy nauki tajemne, zdobył nieśmiertelność. Nie jest jednak w pełni szczęśliwy, ponieważ nie może się zakochać w żadnej dziewczynie, aby tej nieśmiertelności nie stracić. Los stawia na jego drodze cudną Violę Pisani i nie może oprzeć się miłości do tej obiecującej młodej śpiewaczki operowej z Neapolu, córki niesamowitego, obdarzonego nieomal nadludzkim talentem muzycznym i kompozytorskim Pisaniego, włoskiego skrzypka. Jego rywal to angielski dżentelmen o imieniu Glyndon, który chociaż kocha Violę, ostatecznie rezygnuje z tej miłości dla wyższego – jak mu się przynajmniej wydaje – celu, mianowicie po to by zgłębić okultystyczną naukę i posiąść nieśmiertelność... W powieści występują też inne osoby – tajemniczy Menżur – nieśmiertelny mędrzec i alchemik, są arystokraci, rabusie, filozofowie, rewolucjoniści, a wszystko to na tle włoskich pejzaży i krwawych wydarzeń Rewolucji Francuskiej... Jak się skończyła ta miłosna historia dowiesz się Czytelniku, gdy doczytasz tajemniczy romans mistyczny do końca...

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Przedmowa

Niektórzy z naszych czytelników wiedzą coś może o starym sklepie księgarskim, który jeszcze lat temu kilka istniał w okolicach Covent-Garden’u. Mówię „niektórzy” gdyż nie było z pewnością zbytniej atrakcji dla tłumów w tych cennych szpargałach, które wytrwałość całego żywota nagromadziła na kurzliwych półkach mego starego przyjaciela, D... Nie byłbyś tu znalazł ani dzieł modnych, ani zabawnych romansów, ani powieści lub opowiadań z podróży, ani tomów „Biblioteki popularnej”, nic, słowem, ku pokuszeniu masy czytającej. Ale nigdzie indziej w całej Europie nie byliby amatorzy odkryli równie zadziwiającej kolekcji dzieł alchemicznych, kabalistycznych i astrologicznych, przez entuzjastę tu zebranych. Na zakupienie tych niesprzedawalnych skarbów, pan tych miejsc roztrwonił cały swój majątek. Zresztą stary D... nie dbał o sprzedaż... Ze ściśniętym sercem patrzył na wejście jakiegoś klienta do sklepu. Intruz zarozumiały D... szpiegował jego ruchy okiem przeszywającym i wojowniczym, motylkował dokoła niego z zabiegliwością pełną udręki, a gdy ręce profana dobywały jego bożyszcza ze swych nisz, stękał, chmurząc się. Gdy jedna z ulubionych sułtanek tego czarnoksięskiego haremu zdawała się wam uśmiechać, wówczas cena, którą oznaczał, nie była nigdy dość wygórowana. Zdarzało się, że zdwajał sumę. Zawahałeś się? O radości! W locie porywał przedmiot uwodzicielski z rąk, które go już trzymały. Gdybyś był wierzył na słowo staremu maniakowi, byłbyś go wziął za obraz rozpaczy, i nierzadko o zapadającej nocy widziałeś go stukającego do drzwi twoich. Chciał za jaką bądź cenę odebrać z powrotem rzecz kupioną u niego tegoż dnia w tak dziwacznych warunkach. Ten sekciarz Averroes’a i Paracelsa nie mniej od nich zazdrośnie ukrywał przed profanami nagromadzone przez siebie skarby. 

Otóż zdarzyło się temu lat kilka, czasu mych pierwszych występów w literaturze i życiu, że ogarnęło mnie pragnienie przeniknięcia pierwocin, jak i tradycji dziwnej sekty, znanej pod nazwą Różokrzyżowców. Bynajmniej niezaspokojonemu ułamkowymi i powierzchownymi dokumentami, które każdy w odpowiednich dziełach dostać może, nie wydało się rzeczą niemożliwą, aby biblioteka pana D..., tak bogata w gotyckie pierwodruki i co więcej, w rękopisy, mogła mi dostarczyć nieco dokładniejszych i autentyczniejszych danych o tym osławionym bractwie. Kto wie! Może jakie pismo własnego pióra któregoś z członków Zakonu – jakiś dokument, mocen bezsprzecznie i szczegółowo potwierdzić roszczenia do mądrości i cnoty, którymi Bringarius obarcza tych dziedziców Chaldei i Gimnosofistów. 

Puściłem się więc drogą do tego zakątka, jednego z miejsc pielgrzymich – powinien bym się rumienić wyznając to – które nawiedzałem najchętniej. Ale prawdę mówiąc, czyż wydawnictwa naszych czasów są bardziej dziewicze od błędów i paradoksów, których absurdalność nie ustępuje w niczym starym alchemikom? A któż powie, czy nasze dzienniki nawet nie wydadzą się potomności, równie pełne chimer jak nam skrypty Spagiryków? Co nie przeszkadza dziś prasie wytwarzać aż do powietrza, którem oddychamy – powietrze szczególnie mgliste, powiedzmy nawiasem. 

Zaraz od progu sklepu uderzył mnie wygląd czcigodny klienta, którego dotychczas nigdy nie spotkałem. Ale co mnie jeszcze więcej zdziwiło, to oznaki szacunku, którymi go hojnie zaszczycał wzgardliwy zbieracz.

– Panie – zawołał emfatycznie – oto przez czterdzieści pięć lat oddaję się tym poszukiwaniom, a ze wszystkich ludzi, których spotkałem, jesteś jedynym prawdziwie godnym klientem. Gdzież to i jakim sposobem, w płochych czasach, zdołałeś zdobyć wiedzę tak głęboką? Co do tego królewskiego bractwa, którego doktryny, zaledwie przez starożytnych filozofów zaznaczone, zostały dla najnowszych tajemnicą, czy powiesz mi, zali istnieje jeszcze na ziemi bodaj jedna książka lub rękopis, naprawdę objawiające ich dogmaty i arkana?

To słowo królewskiego Bractwa wzbudziło mą uwagę. Osądźcie, czy nadstawiłem uszu na odpowiedź nieznajomego?

– Nie sądzę – rzekł stary pan, aby mistrze Szkoły objawili kiedykolwiek światu swe istotne doktryny inaczej jak przez aluzję, ciemną i mistyczną parabolę i z pewnością nie ja uczynię im zarzut z tej dyskrecji. 

A że po pauzie zdał mi się gotowym do odejścia, odezwałem się raptem do kolekcjonera: 

– Nie widzę nic w katalogu, panie D., co by się odnosiło do Różokrzyżowców. 

– Różokrzyżowcy! – zawołał stary pan, i teraz z kolei on obejrzał mnie z uwagą, pełną zdziwienia. Jakiż inny człowiek, prócz Różokrzyżowca, mógłby wytłumaczyć arkana Różokrzyżowe? Czyż sądzisz pan, że członek tego Bractwa, tego najzazdrośniejszego ze stowarzyszeń tajnych, zgodziłby się kiedy na podobne uchylenie zasłony, ukrywającej światu Izydę ich Mądrości? 

– Aha! – powiedziałem sobie – więc to jest owo królewskie bractwo, o którem mówiliście przed chwilą? Chwała Bogu!... Nie ma tu żadnej wątpliwości: natknąłem się na brata. 

– Ależ, panie – rzekłem, głos podnosząc – jeżeli księgi milczą, gdzież mógłbym znaleźć dokumenty? Za naszych czasów żaden pisarz nie puści się naprzód bez rękojmi jakiejś powagi; zaledwie Szekspira ośmielają się przytaczać bez wyłuszczenia w przypisku rozdziału i wiersza. Żyjemy w epoce faktów – w epoce faktów, panie! 

– Dobrze – odparł starzec z miłym uśmiechem. – Jeśli się zdarzy, że się kiedyś znowu spotkamy, to może będę mógł skierować twe poszukiwania ku prawdziwemu źródłu informacji. – Rzekł, zapiął swój długi surdut, gwizdnął na psa i zniknął. 

Akurat w cztery dni po tej krótkiej rozmowie w sklepie pana D., trafiło mi się znowu spotkać starego gentlemana. Jechałem spokojnie konno w stronę Highgate, gdy u stóp klasycznego wzgórza poznałem nieznajomego. Siedział na czarnym kucu, a przed nim dreptał pies, także czarny. 

Przypuśćmy, że spotykacie konno człowieka, którego znajomości pożądacie, i że go spotykacie u stóp długiej pod górę przeprawy; tu, doprawdy, wyjąwszy, jeżeli pożyczył ulubioną szkapę przyjaciela, człowiek ten nie może, przez prostą ludzką przyzwoitość względem brutalnej tłuszczy, pognać w dal, by wam uciec. Obawiam się więc, że waszą będzie winą, jeżeli zamierzona zażyłość nie wejdzie na dobrą drogę nim wejdziecie na szczyt wzgórza. Słowem, takie było moje powodzenie, że dosięgając Highgate, starzec zaproponował mi wypocząć w swym domu, który stał nieco na boku od wsi; dom doskonały, mały, lecz wygodny, z wielkim ogrodem i oknami, wychodzącymi na widok taki, jaki Lukrecjusz poleca mędrcom – z dzwonnicami i kopułami Londynu, wyraźnie widocznymi w jasne dnie. Tu – schronisko pustelnika, tam – Mare Magnum świata. 

Ściany głównych komnat były ozdobione obrazami najrzadszej wartości, i owej wysokiej szkoły estetycznej, która poza Włochami mało jest rozumianą. Ze zdziwieniem się dowiedziałem że wszystkie te obrazy były pędzla właściciela. Widoczny mój zachwyt spodobał się memu nowemu przyjacielowi i zapewne skłonił go do mówienia. Niebawem odkryłem w nim estetyka równie pierwszorzędnego w teorii, jak nim artysta był w praktyce. Mimo obawy znużenia czytelnika pozą pedantyzmu, sądzimy nie płonnym naszkicowanie w dwóch słowach epizodu, który rzuci wiele światła i na plan i na charakter niniejszego dzieła. Gospodarz mój robił stale nacisk na współzależność sztuk tak, jak to pewien znakomity autor uczynił z syntezą umiejętności: dowodził, że we wszelkim tworze wyobraźni, artysta – czy to pióra lub pędzla – winien najściślej rozróżniać rzeczywistość od prawdy, innymi słowy: malowanie życia zwykłego od wyszczytniania natury w ideale. 

– Pierwsze (realizm) jest rzeczą szkoły holenderskiej; drugie (prawda) – greckiej. 

– Panie – rzekłem – holenderska jest modniejsza. 

– Tak, może w malarstwie – odparł mój gospodarz – ale w literaturze? 

– O literaturze mówiłem. Nasze młode pokolenie, poetów jest całe za prostotą i Betty Foy; najwyższą pochwałą, którą nasi krytycy zdolni są obdarzyć dzieło fantazji, jest twierdzenie, że jego charaktery odpowiadają zwykłemu codziennemu życiu. Nawet w rzeźbie... 

– W rzeźbie! nie! nie! tam przynajmniej ideał wzniosły musi być zasadniczy! 

– Przepraszam, ale obawiam się, że pan nie widział Souter Johuny i Tom O’Shanter’a. 

– Ach! – rzekł stary pan, trzęsąc głową – żyję bardzo poza światem, jak widzę. Założę się, że Szekspir przestał się podobać. 

– Przeciwnie; z uwielbienia Szekspira robią pretekst dla pognębienia wszelkiego innego artysty... Ale krytycy odkryli, że Szekspir jest tak realistyczny! 

– Realistyczny! ten poeta, który nie narysował ani jednego charakteru możliwego w tym życiu! ten psycholog, który nigdy (ani razu!) nie poniżył godności sztuki aż do malowania namiętności fałszywej, lub osobistości realnej! 

Miałem odpowiadać na ten paradoks z wielką surowością, gdy zauważyłem, że gospodarz mój egzaltuje się stopniowo. Gdy się chce złowić Różokrzyżowca, trzeba pamiętać o zmąceniu mu wody. Bez wahania odwróciłem prąd rozmowy. 

– Wracajmy – rzekłem – do tematu. Obiecałeś pan przecie rozjaśnić mą nieświadomość na punkcie Różokrzyżowców. 

– Dobrze – odparł głosem raczej szorstkim; – ale w jakim celu? Może pragniesz pan po to tylko wniknąć do świątyni, by sprofanować jej tajemnice? 

– Za kogo mnie pan masz?... Ale przypuśćmy, że miałbym ten zamiar. Los księdza de Villars byłby, zdaje się, dostatecznym dla ostrzeżenia wszystkich ludzi przeciw pokusie dotknięcia płochym piórem królestwa Salamander i Sylfów. Któż nie zna tajemniczego końca tej inteligentnej osobistości, która przypłaciła życiem swą złośliwą satyrę „Hrabiego de Gabalis”? 

– Salamandry lub Sylfy! Wpadasz pan, jak widzę, w ogólną pomyłkę, tłumacząc dosłownie alegoryczny język adeptów mistycyzmu. 

I stary gentleman nie pogardził sposobnością dygresji na ten temat najciekawszych i, jak mi się zdawało, pełnych erudycji, co do doktryny Różokrzyżowców. Niektórzy z nich, sądząc z jego słów, żyli jeszcze i rozwijali dalej w szczytnej tajemnicy swe głębokie poszukiwania nad wiedzą natury i filozofią okultystyczną. 

– Ale to bractwo – kończył – jakkolwiek szanowne i cnotliwe (mówię cnotliwe, bo nie znam mniszego zakonu, w którym by wiara była żywszą, a zasady moralne praktykowane z sumienniejszą surowością), Bractwo to jest jeno gałęzią innych bractw, transcendentalniejszych jeszcze, pod względem potęgi, którymi rozporządzają i znakomitszych co do swego pochodzenia. Czy wiesz pan co o Platończykach? 

– Przy sposobności – odparłem – gubiłem swe kroki w ich labiryncie. Są to, na mój rozum, panowie nader trudni do zrozumienia. 

– A jednak najzawilsze ich spekulacje jeszcze dnia nie ujrzały; ich najwznioślejsze dzieła istnieją tylko w rękopisie. Stanowią one rezerwę nauczania wtajemniczonego, nie tylko u Różokrzyżowców, ale jeszcze u tych innych, podnioślejszych bractw, o których rzekłem ci słowo. Uroczystszą jeszcze i szczytniejszą jest wiązka wiadomości, którą zebrać można u ich poprzedników, Pitagorejczyków, a mianowicie nieśmiertelne arcydzieła Apoloniusza. 

– Apoloniusza! szalbierza z Tyany? Czy zostało co z jego pism? 

– Szalbierz? – zawołał mój gospodarz. – Apoloniusz, szalbierzem! 

– Wybacz pan, nie wiedziałem, że jest pańskim przyjacielem. Jeżeli pan ręczysz za jego charakter, nie zawaham się już widzieć w nim najczcigodniejszego z ludzi i mówiącego jeno prawdę, gdy chwalił się możnością bycia w dwóch miejscach jednocześnie. 

– Czyż to takie trudne? – rzekł stary pan. – W takim razie nigdy ci się nie przytrafiło marzyć.

 

* * *

 

Na tym stanęła nasza rozmowa; ale pierwsze lody były przełamane, a zażyłość nasza przetrwała aż do śmierci mego czcigodnego przyjaciela. Pokój jego popiołom! Była to osobistość szczególnych obyczajów i opinii ekscentrycznych; ale wyznać muszę, że trawił przeważną część swego czasu na czynach spokojnej i dyskretnej dobroci. Praktykował z zapałem obowiązki Samarytanina, cnoty jego łagodziły się w zetknięciu z najwdzięczniejszym miłosierdziem, a wiara najżarliwsza była fundamentem jego nadziei. Wynurzenia jego nie dochodziły nigdy do jakiego bądź wyjaśnienia własnego pochodzenia i dziejów; nigdy mi się nie nadarzyła sposobność przebicia ciemności, w których się ukrywała jego przeszłość. Zdawało się, że przeżył wiele, a mianowicie był świadkiem naocznym Rewolucji francuskiej; niewyczerpane na tym punkcie były jego wymowne i pouczające dygresje. Co do zbrodni tej epoki burzliwej, wyznam, że w ocenianie rzezi nie wnosił tej miękkiej pobłażliwości filozoficznej – właściwej dziś ludziom oświeconym, którzy czują swą głowę bezpieczną na karku. 

Mówił nie jak badacz, który czytał i rozumował, ale jak człowiek, który widział i cierpiał. Starzec ten skądinąd zdawał się samotny na świecie, i nie słyszałem o żadnym jego krewnym, gdy wykonawca jego testamentu, daleki kuzyn, powiadomił mnie o wspaniałym zapisie, jaki uczynił na moje imię. Była to najprzód suma, o której ostrożnie będzie, gdy głos zniżę, z obawy przed nowym podatkiem na ruchomości lub nieruchomości; dalej pewne cenne manuskrypty, którym niniejsze dzieło zawdzięcza swe istnienie. 

Sądzę, że ostatni ten zapis zawdzięczam wizycie, którą złożyłem mędrcowi (ośmielę się go uczcić tym mianem?) na kilka tygodni przed jego śmiercią. 

Choć mało oddany literaturze współczesnej, jednak przez uprzejmość, stanowiącą grunt jego zacnej natury, drogi ten przyjaciel pozwalał mi – i to z największą gotowością – zasięgać jego rady co do rozmaitych przedsięwzięć literackich, które wybujała ambicja podsuwała niedoświadczeniu młodego studenta. Pytałem go więc w tych czasach o zdanie co do utworu wyobraźni, w którym zamierzałem odmalować wpływ entuzjazmu na rozmaite typy charakterów. Ze zwykłą cierpliwością wysłuchał mego projektu, dość pospolitego i prozaicznego; po czym, zwracając się w zamyśleniu ku półkom swej biblioteki, wygrzebał na nich stare książysko, z którego, naprzód w tekście greckim, potem w przekładzie angielskim, przeczytał mi kilka wyjątków w guście następującym: 

 

„PLATON WSKAZUJE TU NA CZTERY RODZAJE EKSTAZY: naprzód EKSTAZĘ MUZYCZNĄ; po wtóre TELESTYCZNĄ, CZYLI MISTYCZNĄ; po trzecie PROFETYCKĄ; nareszcie czwartą, ODNOSZĄCĄ SIĘ DO MIŁOŚCI...”

 

Po dowiedzeniu, że istnieje w duszy zdolność wyższa od rozumienia; po wykazaniu, że natura nasza zawiera różnorodne energie, z których jedna pozwala nam odkrywać i chwytać przedmioty ze ścisłością matematyczną i szybkością niemal intuitywną; zaś druga jest podobną realizacjom wielkiej sztuki (przypuśćmy, że chodzi o posąg Fidiasza) – autor przytoczony postawił sobie za zadanie dowieść, że entuzjazm, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, polega na wzniesieniu się tej, wyższej niż rozumienie, zdolności, gdy bogom się podoba w ruch ją wprawić: skąd natchnienie. 

Po czym autor, ciągnąc dalej swój nad Platonem komentarz, zaznacza, że dość jednej z tych ekstaz (zwłaszcza tej, która się odnosi do miłości), by duszy przywrócić pierwotną szczęśliwość swej boskiej treści; ale że jest ścisła styczność między tymi wszystkimi stanami i że dusza w progresji normalnej wznosi się przez ekstazę muzyczną aż do ekstazy miłości, przechodząc przez ekstazę mistyczną najprzód, potem zaś przez ekstazę sybilliczną. 

Podczas gdy moja inteligencja, spłoszona, koncentrowała swą odporną uwagę na tych spekulacjach nierozwikłanie szczytnych, doradca mój zamknął książkę i rzekł uprzejmie: – „Oto epigraf twego dzieła; oto teza twego przedmiotu”. 

– Davus sum, non Aedipas – rzekłem podrażniony, trzęsąc głową. – Wszystko to być może jest najwyższej piękności; ale Bóg mnie skaż! Nie rozumiem ani słowa... Przy żargonie Platończyków dziecinną igraszką są tajemnice waszych Różokrzyżowców i waszych Bractw tajemnych... 

– Jakkolwiek bądź, dopóki nie pochwycisz całej doniosłości tego urywka, teorie Różokrzyżowców zostaną dla ciebie martwą literą, jak również teorie tych innych Bractw, świętszych jeszcze, o których mówisz tak lekko...

– O! jeśli tak, oddam się rozpaczy i wyrzeknę się! Ale pan, tak biegły w tej materii, dlaczegóż nie napiszesz książki pod omawiany epigraf? 

– A jeżeli już skomponowałem książkę z tą tezą... Byłże byś zdolny przygotować ją dla publiczności? 

– Z wielką przyjemnością – rzekłem niestety przez lekkomyślność zbyt wcześnie. 

– Przypomnę ci twą obietnicę – nalegał stary gentleman. – Gdy mnie już nie będzie, otrzymasz rękopis. Sądząc z tego, co mówisz o smaku przeważającym w literaturze, nie śmiem cię mamić nadzieją zbyt owocnego powodzenia... Zresztą muszę ci powiedzieć, żeś przyjął na siebie zadanie nieco trudne. 

– Czy to jest powieść? 

– Powieść i nie powieść: prawda dla umiejących rozumieć, dla wszelkich innych dziwaczenie. 

Nareszcie oddano mi rękopis; przyłączona krótka notatka ś. p. mego przyjaciela przypominała mi płochą obietnicę. 

Ze wzruszeniem żałobnym, podszytym jednak niecierpliwością, otworzyłem paczkę i podniosłem płomień lampy. Osądźcie moje rozczarowanie, gdy tekst ukazał mi się z końca w koniec cyfrowany w sposób nieznany. Przedstawiam czytelnikowi próbkę:

 

□╖├∩┼○∑╣⌂○√⌡

 

I tak dalej, przez 940 śmiertelnych stron wielkiego formatu. Zaledwie oczom wierzyłem... Zdało mi się jednak, że lampa dziwnie błękitnie się pali i miałem niespokojne wrażenie jakiejś profanacji, gdy bezwiednie dobyłem na światło te tajemnicze hierogramy; dołączcie jeszcze wspomnienie dziwnych aluzji i mistycznego języka starego pana, wszystkie te rzeczy bezładnie pełzały w mojej wyobraźni. Niewątpliwie, by nie rzec nic gorszego, całość zabarwiała się w mych oczach odcieniem opłakanym i wyrocznym... Miałem już nagle wtrącić te wszystkie szpargały do jakiegoś biurka, ze zbożnym postanowieniem niemyślenia o nich więcej, gdy wzrok mój padł na książkę, schludnie oprawną w niebieski safian, której w pośpiechu pierwszej chwili nie spostrzegłem. Otworzyłem ten tomik z największą ostrożnością, nie bardzo pewny tego, co mi z niego skoczy do twarzy, i – zgadnijcie mój zachwyt – ujrzałem klucz, czyli słownik tej kryptografii. Niech, wystarczy, gdy powiem, oszczędzając czytelnikowi opowieści mych trudów, że w końcu osądziłem się zdolnym do wykładu tych hieroglifów; wziąłem się więc do pracy. Nie była łatwą i upłynęły dwa lata, zanim się zaznaczył widoczny postęp. Wówczas to, tytułem doświadczenia publiczności, dostąpiłem umieszczenia kilku oddzielnych rozdziałów w piśmie periodycznym, z którym miałem zaszczyt komunikować się przez kilka miesięcy. Wzbudziły ciekawość żywszą niż przypuszczałem, wróciłem więc z lżejszym sercem do tej twardej roboty. Niestety! nowa przeszkoda: spostrzegłem w dalszym ciągu, że autor uczynił dwa po kolei przepisy swego dzieła, z których jeden był o wiele dojrzalszy i szczegółowszy od drugiego. Otóż trafiłem na pierwszy! Musiałem więc przerabiać całą swą pracę, tłumaczyć na nowo rozdziały już przełożone, poza kilku okresami, poświęconymi w przerwie zajęciom pilniejszym, mogę rzec na ogół, że to niewczesne zobowiązanie kosztowało mnie kilka lat dotkliwych wysiłków, nim w pełni osiągnąłem cel zamierzony. Trudność zdwajało to, że w oryginale styl był rodzajem prozy rytmicznej, jakby autor pragnął, aby, zważywszy koncepcję i układ dzieła, uważano je za rodzaj poematu prozą. Niepodobna mi było liczyć się z tym ściśle w próbie przekładu, który często będzie potrzebował całej pobłażliwości czytelnika. Instynktowa moja cześć dla kaprysów starego pana i charakter dwuznaczny jego muzy – oto jedyna wymówka moja, jeśli niekiedy język, nie osiągając bogactwa wiersza, pożycza od nich kwiaty zaledwie przystające prozie. Prawda zmusza mnie do wyznania, że na przekór wszystkim usiłowaniom, nie mogłem zawsze dokładnie oddać sensu cyfry; musiałem nawet w pewnych miejscach (czy to gdzie zaszła przerwa w opowiadaniu, czy gdzie nagle wtargnęło cyfrowanie, do którego nie mogłem znaleźć klucza), ratować się wtrąceniami własnego pomysłu – łatwo je zapewne odróżnić; ale pochlebiam sobie, że nie stanowią dysonansu w ogólnej harmonii dzieła. 

Wyznanie to prowadzi mnie do oświadczenia, którym kończę: jeśli w tej książce, miły Czytelniku, karta jaka ma szczęście Ci się podobać, to z pewnością jest moja; jeżeli jaki fragment będzie Cię raził, zechciej odnieść naganę na starego gentlemana! 

Edward Bulwer Lytton.

Londyn, Styczeń, 1842.

.

Księga pierwsza.

Muzyk.

***

Rozdział I.

Vergine era

D’alta belta, ma sua belta non cura...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Di natura, d’amor, de cieli amici

Le negligence sue sono artifici

 

„Była to dziewica rzadkiej piękności,

ale o piękność swą niedbała...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W ulubieńcach natury, miłości i nieba,

niedbałość nawet jest wytworna.

 

(Gerusal. lib. C. II. I4 – I8).

 

W drugiej połowie zeszłego wieku żył i kwitnął w Neapolu zacny artysta imieniem Gaetano Pisani. Był to kompozytor nader genialny, ale bez sławy popularnej; we wszystkich jego utworach było coś kapryśnego i fantastycznego, czego smak dyletantów neapolitańskich nie uznawał. Upodobał sobie tematy nadzwyczajne, a melodie i symfonie, które one poddawały, budziły w słuchaczach pewnego rodzaju trwogę. Tytuły jego oper wystarczą zapewne dla zrozumienia ich charakteru. Znajduję np. między jego rękopisami „Ucztę Harpii”, „Czarownice Benewentu”, „Zstąpienie Orfeusza do piekieł”, „Złe oko”, „Eumenidy” i wiele innych, zdradzających wyobraźnię potężną, rozmiłowaną w grozie i nadprzyrodzonym, choć niejednokrotnie, wśród tych posępnych kreacji, fantazja lekka i delikatna zaznacza się epizodami przedziwnego wdzięku i piękności. Co prawda, Gaetano Pisani, czerpiąc pomysły z mitologii starożytnej, okazywał większą od współczesnych wierność pochodzeniu i budzącemu się geniuszowi opery włoskiej. Opera, ten zwyrodniały wprawdzie, lecz prawy potomek starożytnego związku liryki z dramatem, po długiem i ciemnem wygnaniu znalazła nad brzegami Arno i wśród lagun Wenecji berło wątlejsze, lecz purpurę świetniejszą, i u klasycznych krynic bajki pogańskiej czerpała swe pierwsze natchnienia. Zstąpienie „Orfeusza do piekieł” Pisaniego było tylko śmielszym, posępniejszym, bardziej naukowym powtórzeniem „Eurydyki”, do której muzykę dorobił Jakub Feri, czasu dostojnych godów Henryka z Navarry i Maryi Medycejskiej. Mimo to, jak się rzekło, styl kompozytora neapolitańskiego na ogół nie podobał się uszom, które wybrednymi i drobnostkowymi w rzeczach melodii uczyniła wyszukana delikatność dzieł ówczesnych: błędy i wybryki łatwe do wykrycia i często jakby umyślne, dostarczały krytykom aż nadto powodów niełaski. Biedny Gaetano Pisani, gdyby był tylko kompozytorem, byłby z pewnością umarł z głodu; na szczęście, posiadał jeszcze znakomity talent wykonawczy, mianowicie na skrzypcach, i temu instrumentowi zawdzięczał skromny byt członka orkiestry wielkiego teatru San Carlo. Tam zadania ścisłe i surowo określone hamowały wędzidłem dość skutecznym wybryki jego fantazji; choć, jeśli wierzyć historii, pięć razy wydalano go od pulpitu za zgorszenie conoscentich i rozprzężenie całej orkiestry zaimprowizowaniem wariacji tak dziwacznych i niespodzianych, że, zdało się, harpie i czarownice jego muzy we własnej osobie targały pazurami struny jego instrumentu. Ale, gdy był przytomny i spokojny, nie dorównał mu żaden inny artysta; chcąc więc nie chcąc, sprowadzało się go z powrotem, a on z czasem pogodził się mniej więcej statecznie z ciasnym kołem przepisanych adagiów i allegrów. Audytorium, ze swej strony, znając jego słabość, łowiło zazdrosnym uchem najlżejsze odchylenie, i jeżeli się na mgnienie zapomniał, co się przed okiem, jak uchem zdradzało dziwnym skurczem twarzy, albo konwulsyjnym ruchem smyczka, wnet szept dyskretny ostrzegał biednego muzyka i wywoływał go z jego Elysium lub Tartaru do wstrzemięźliwych sfer pulpitu. Wzdrygał się wówczas jak ze snu, rzucał dokoła, jakby na usprawiedliwienie, spojrzenie szybkie i wylękłe, po czym z miną upadłą i poniżoną skierowywał na ubitą i równą ścieżkę monotonii swój niesforny instrument. Za to w domu wynagradzał sobie nużącą pańszczyznę. Tam srogimi palcami chwytając nieszczęsne skrzypce, dobywał z nich, często aż do rana, akordy dziwne i fantastyczne, i nieraz, o świcie, rybak zdziwiony i strwożony tą dziwną na wybrzeżu harmonią, czuł ogarniającą go zabobonną trwogę i żegnał się, jakby syrena lub duch wodny słał jego uszom echo jękliwe innego świata. 

Zewnętrzność Pisaniego odpowiadała naturze jego talentu. Rysy były szlachetne i uderzające, lecz zmęczone i błędne; czupryna czarna i niedbała zwijała się w nierozplątane pierścienie, a wielkie oczy głęboko zaryte patrzały nieruchomo, marząco i spekulatywnie. Każdy ruch jego był dziwaczny, urywany i nagły, jak myśl, która go ożywiała, a gdy sunął przez ulice lub wybrzeżem, słyszano jak śmiał się samotnie i z sobą samym gadał. Zresztą była to natura łagodna, niewinna, bez złośliwości, chętnie dzieląca się ostatnim groszem z pierwszym na drodze spotkanym lazaronem, którego lubił widzieć grzejącego się na słońcu. Był jednak nadzwyczaj nietowarzyski. Nie miał przyjaciół, nie schlebiał żadnemu protektorowi, nie chodził na żadne z tych wesołych zebrań, tak drogich dzieciom muzyki i Południa. On i jego talent zdawali się wystarczać sobie całkowicie: obaj oryginalni, pierwotni, dzicy, nierówni. Oddzielić człowieka od muzyki było niepodobieństwem. Bez niej był niczym... prostą maszyną. Z nią był królem udzielnym świata swej kreacji. Biedny Gaetano! nie było to zbyt wiele: dość był wydziedziczony w świecie innych. W jednym z miast przemysłowych Anglii można oglądać kamień nagrobny z tym napisem: 

 

KLAUDIUSZ PHILIPS

 

JEGO NAJWYŻSZA POGARDA BOGACTWA I JEGO NIEZRÓWNANY TALENT SKRZYPCOWY ZDOBYWAŁY MU UWIELBIENIE WSZYSTKICH, KTÓRZY GO ZNALI.

 

Zbieg logiczny pochwał bardzo różnych! O, geniuszu, będzie zawsze stały związek między twą pogardą dla bogactwa, a twym talentem skrzypcowym. 

Wartość kompozytorska Gaetana objawiła się głównie w utworach na jego ulubiony instrument, ten bez wątpienia ze wszystkich najszlachetniejszy, najbardziej urozmaicony w środkach i najbogatszy w potęgę patetyczną, czym Szekspir między poetami, tym wśród instrumentów narzędzie z Cremony. Pisani jednak stworzył inne jeszcze dzieła, doniosłości szerszej i w wyższym stylu, a mianowicie swą drogocenną operę, której ani przedstawiono, ani wydano, a która jednak zginąć nie może, swą „Syrenę”. To wielkie dzieło było snem jego dzieciństwa, najdroższą kochanką młodości, a teraz, ze zbliżającą się starością, „Syrena” stała tu przed nim, jako tej młodości odbicie. Daremnie walczył o danie jej światu. Nawet Paisiello, tak zacny, tak wolny od zawiści, potrząsnął życzliwą głową, gdy autor przedstawił maestro’wi di cupelle jedną z jej scen najbardziej drgających. A jednak, Paisiello! ta muzyka tak różna od wszystkich wzorów Durante’a, może jednak... Ale cierpliwości, Gaetano! czekaj swej godziny i swój instrument nastrajaj. 

Jakkolwiek się to miłej czytelniczce wydać może dziwnym, cudaczna ta osobistość niemniej utworzyła więzy, które zwyczajni śmiertelnicy skłonni są uważać za swój wyłączny przywilej: był żonaty, miał dziecko. Co dziwniejsza, żona jego była córą spokojnej, równej, mało fantastycznej Anglii; daleko od niego młodsza, piękna, dobra, z łagodną angielską twarzą, poślubiła go z wyboru i (czy uwierzycie?) kochała go wciąż. Jakim sposobem wyszła za niego? Jak się to stało, że ten człowiek nieśmiały, nietowarzyski, fantastyczny ośmielił się prosić o jej rękę? Zagadka, którą rozwiążę prośbą, byście się dokoła obejrzeli i wytłumaczyli mi, jakim sposobem zdołała się pobrać połowa spotykanych żon i mężów. Po namyśle jednak, nie było w tym związku ostatecznie nic nadzwyczajnego. Dziewczę było dzieckiem naturalnym rodziców zbyt szlachetnie urodzonym, aby kiedykolwiek mogli się o nią upomnieć i uznać ją. Sprowadzono ją do Włoch dla wyćwiczenia jej w sztuce, z której się miała utrzymywać, gdyż posiadała smak i głos. Zajmowała stanowisko podrzędne, podlegała złemu obejściu. Biedny Pisani był jej nauczycielem, a ze wszystkich głosów słyszanych od kolebki, głos Pisaniego był jedynym, który jej się wydał wolnym od struny wypominającej i karcącej. Dość że... i cóż? czyż reszta sama z siebie nie wypływa? konsekwencja nie jest naturalna? Tak lub owak, pobrali się. Ta młoda kobieta kochała męża i choć tak młodziutka i łagodna, ona to raczej nim się opiekowała. Ileż razy od przykrych zajść z despotami San Carla i konserwatorium uchroniło go tajemne i uprzedzające pośrednictwo żony! Często, w ciemne noce, czekała nań u teatru z latarką, by mu świecić, i ramieniem, by go wesprzeć, bo w swych roztargnionych marzeniach muzyk byłby nieraz za swą „Syreną” pognał aż w morze! A potem umiała z taką cierpliwością, a może i (prawdziwa miłość nie zawsze jest najoświeceńszym z krytyków) z zapałem słuchać burz melodii ekscentrycznej i gorączkowej i oderwać go, zasypując przy tym pochwałami, od długich nocnych czuwań, zniewalając do spoczynku i snu. Mówiłem już, że muzyka była częścią żywą tego człowieka; to zaś łagodne stworzenie zdawało się częścią muzyki. Gdy przy nim siadała, wszystka czułość i tkliwość jego bezładnych kreacji, jakby ukradkiem wślizgiwała się w jego grę. Obecność jej reagowała zapewne na muzykę, przekształcała ją, łagodziła, ale on, nie dochodzący nigdy przyczyn, ani środków swego natchnienia, nie domyślał się tego. Wiedział tylko to jedno: że ją kocha i błogosławi. Był pewny, że jej to mówi dwadzieścia razy dziennie: nie mówił jej tego nigdy; był to człowiek mało ekspansywny, nawet z żoną. Mową jego była muzyka, mową żony – tysiące starań serdecznych! Rozmowniejszy był z Barbitonem, jak chce uczony Mersennus, by nazywano wszystkie odmiany wielkiej rodziny instrumentów rzniętych. Barbiton brzmi z pewnością lepiej niż angielskie fiddle; niech więc będzie Barbiton. Do niego umiał gadać długie godziny; chwalił go, karcił, pieścił, co mówię? (bo takim jest człowiek by najniewinniejszy!) przeklinał go! słyszano niekiedy klątwę między dwiema nutami; ale po wybryku następował zawsze budujący żal. Barbiton miał także swój język; umiał się bronić w potrzebie, i gdy się już poważył besztać, zwycięstwo zostawało się przy nim. Szlachetną osobistością były te skrzypce, Tyrolczykiem, arcydziełem sławnego Steinera. Ich wiek sędziwy miał coś tajemniczego. Ile rąk dziś w proch rozsypanych rozedrgało jego struny zanim się stał Robin’em Goodfellow, Nieodstępnym druhem Gaetana Pisani! Jego pudło nawet było czcigodne: futerał bajecznie malowany, mówiono że przez Carache’a. Za to pudło dawał pewien angielski zbieracz więcej niż Pisani kiedykolwiek skrzypcami zarobił. Ale Pisani, któremu wystarczała chałupa, był dumny z pałacu swego Barbitona. Było to jego dziecko pierworodne. Zapoznajmy się teraz z młodszym. 

Jak odmalować Violę? Muzyka jest niewątpliwie odpowiedzialną w części za przyjście na świat tej młodej osoby. Wygląd jej i charakter przedstawiał rysy pokrewne z tym osobliwym i, rzec można, bezcielesnym życiem muzyki, która noc za nocą wzbierała powietrznie i fantastycznie ku gwiaździstym falom. Piękną była, lecz pięknością zgoła osobliwą, kombinacją, harmonią żywiołów przeciwnych. Włosy jej były od widzianych na Północy bogaciej i czyściej złociste, zaś oczy błyszczały ciemnym, słodkim, nieprzepartym blaskiem więcej niż włoskiej, wschodniej niemal świetności. Cera przedziwnie czysta, lecz w nieustannych przejściach od ożywienia do bladości. A z cerą zmieniał się i wyraz: przed chwilą pełna smutku, teraz znów radością samą. 

Wyznaję z żalem, że tak zwane wychowanie zostało przez tę dziwną parę w córce zaniedbane. Co prawda, żadne z nich nie mogło wiele nauczyć; wiedza zresztą pod owe czasy nie była tak modną, jak dzisiaj; ale przypadek, czy natura uprzywilejowały Violę. Przyswoiła sobie przynajmniej języki ojca i matki, udało się jej również wkrótce zdobyć sztukę czytania i pisania, a matka, rzymska katoliczka, nauczyła ją wcześnie modlitwy. Tylko że przeciwdziałając tej całej edukacji, dziwne obyczaje Pisaniego i troskliwość żony, której wciąż potrzebował, często zostawiały dziecko same ze starą wyrobnicą, która zapewne szczerze je kochała, lecz kształcić go była niezdolna. Jejmość Gionetta była od stóp do głów Włoszką, co więcej, Neapolitanką. Cała jej młodość była miłością, to, co jej zostawało życia – zabobonem. Gadatliwa, na poły wariatka, prawdziwą była kumoszką. To dziecku opowiadała O książętach i rycerzach, których widziała u swych stóp; to krew jej ścinała powieściami i legendami, może starymi jak baśnie Grecji i Etrurii, o demonach, wampirach, nocnych pląsach wokoło wielkiego orzecha Benewentu i bezlitosnym uroku Złego Oka. Wszystkie te opowiadania rzucały na wyobraźnię Violi zasłonę tajemniczą, tkaną stopniowo i w milczeniu, a którą myśl dojrzalsza lat późniejszych może daremnie będzie usiłowała odgarnąć. Lecz ten romantyczny charakter wychowania usposabiał przede wszystkim bajecznie jej słuch i duszę do zawieszania się z radością pełną trwogi na muzyce ojca. Te akordy ekstatyczne, wciąż usiłujące w rzutach łamanych i niezwykłych wyrazić mowę istot nieznanego świata, kołysały ją od urodzenia. Rzec można, że dusza jej wykarmiła się na muzyce: skojarzenia pojęć i wspomnień, sensacje przykre i radosne, wszystko to łączyło się w sposób niewytłumaczony z tymi akordami, budzącymi to zachwyt, to zgrozę. One ją witały, gdy otwierała oczy na promienie słońca; one ją budziły drżącą na samotnym posłaniu wśród mroków nocy. Legendy i baśnie Gionetty jaśniej tylko tłumaczyły dziecku sens tej harmonii tajemniczej: dostarczały muzyce ojcowskiej poematów. 

Córka takiego ojca nie mogła nie mieć pociągu do jego kunsztu. Skłonności te ukazały się zwłaszcza w słuchu i głosie. Już dzieckiem śpiewała bosko. Pewien kardynał, wielki zarówno w państwie, jak w konserwatorium, na wieść o jej talencie kazał ją sobie przyprowadzić. Od tej chwili rozstrzygnęły się jej losy: miała zostać przyszłą sławą Neapolu, primadonną w San Carlo. Dla rozbudzenia jej ambicji, jego eminencja wziął ją pewnego wieczora do loży: owocnym miało, być dla niej zobaczenie widowiska, co więcej, oklasków hojnie rzucanych błyszczącym signorom, które zaćmić było jej przeznaczonym. Z jakąś chwałą i świetnością otworzyło się dla niej u zarania to życie sceny, ten świat idealny Muzyki i Poezji, jedyny świat odpowiadający dziwnym snom jej dzieciństwa!... Zdało jej się, że porzucona dotychczas na obcym brzegu, powróciła wreszcie nagle do rodzinnego kraju. Zapał głęboki i prawdziwy, bogaty we wszystkie obietnice geniuszu! Dziecko lub człowieku, nie będziesz nigdy poetą, jeśliś nie odczuł całej idealności, całego romantycznego czaru tej wyspy Kalipso, gdy ci się zjawiła po raz pierwszy, gdy się podniosła zasłona magiczna, dając światu Poezji świat Prozy olśniewać!

Tak się więc rozpoczęło wtajemniczanie. Musiała teraz czytać, uczyć się, wyrażać gestem, spojrzeniem, namiętności przedstawiane na scenie; lekcje być może niebezpieczne dla wielu innych, ale bez szkody przy czystym zapale, rodzącym się ze sztuki: dusza bowiem, która ją pojmuje w jej istocie, staje się cała zwierciadłem: by móc odbić obraz rzucony na jego powierzchnię,, zwierciadło to musi być bez skazy. Violę do natury i prawdy wiódł instynkt intuicyjny. Role w jej ustach nabierały nieświadomie potęgi; głos jej wzruszał serce do łez, albo je rozpłomieniał szlachetnym oburzeniem. Ale skutki te byty jeno konsekwencją tej sympatii, którą geniusz, nawet w swej pierwotnej niewinności, czuje dla wszystkiego, co żyje, pragnie, cierpi. Viola nie była jedną z tych przedwcześnie rozwiniętych natur kobiecych, które rozumieją miłość i zazdrość, gdy ją wyczytają w wierszach: talent jej był dziwną tajemnicą, której rozwiązanie zostawiam psychologom. Może nas objaśnią, czym się to dzieje, że pewne dzieci o umyśle naiwnym i prostym, o sercu czystym, umieją z tak przenikliwym rozmysłem, w powieści zasłyszanej, w pieśni, którą im śpiewacie, rozróżnić sztukę prawdziwą od fałszywej, namiętność od emfatycznego żargonu, Homera od Racina. Niech wytłumaczą, jakim sposobem też serca, czucia i drgania jeszcze nieświadome, potrafią wiernie oddać melodyjne akcenty naturalnego wzruszenia. Viola poza tymi studiami była dzieckiem prostym i serdecznym, trochę kapryśnym, nie z charakteru (łagodnego i powolnego), ale napadami; jak się rzekło, skłonna była bez widocznego powodu przechodzić ze smutku do ożywienia, z radości do smutku. Przyczyny tych nagłych zwrotów szukać by należało w owych pierwszych, tajemniczych wpływach, którymi usiłowałem wytłumaczyć rozwój jej wyobraźni wśród ruchliwych i niewyczerpanych fal harmonii, bezustannie drżących i płynących w koło niej, gdyż zauważmy, że osobom wrażliwym na muzykę, często wśród najtrywialniejszych zajęć przypominają się melodie i motywy, dręczą je i niejako prześladują uporczywie. Muzyka, raz do duszy dopuszczona, staje się cząstką jej natury i nie ginie nigdy. Tuła się mglisto zakrętami i manowcami pamięci i słyszymy ją często tak wyraźną i żywą, jak w dniu, gdy po raz pierwszy rozedrgała struny powietrzne. Tak było z Violą: fantazja jej wywoływała niekiedy mimowolnie te wizje zniknionych harmonii; zjawiały się to wesołe, a wtedy rozpromieniały jej rysy uśmiechem; to smutne, a wówczas omraczały jej czoło, przerywały radość dziecinną, wiodły do zadum i samotności. 

Zatem słusznie mówiliśmy, używając przenośni, że piękna ta istota, tak powietrzna, tak harmonijna, tak bezpośrednia w ruchach i myślach, była poniekąd córką nie muzyka, lecz muzyki. Widok jej nasuwał wrażenie, że los, który ją czeka, należy nie do życia realnego, lecz raczej do tego żywiołu romantycznego, który dla oczu umiejących patrzeć i dla serc umiejących czuć, płynie, że tak powiem, równolegle do realnego życia, płynie fala z falą, aż się oba zgubią w mrocznym oceanie. 

Nic w tym też dziwnego, że Viola od dziecka i coraz silniej, w miarę poważnego i dziewiczego rozkwitu swej świeżej młodości, czuła się powołaną do przyszłości – szczęśliwej lub nędznej – lecz w jednym lub drugim razie jednodźwięcznej z romantyczną i idealną atmosferą, którą oddychała. Często przedzierała się przez krzewy wyścielające pobliską grotę Pancylipu, to gigantyczne dzieło starożytnych Cymbrów, i tam, siadłszy u świętego grobu Wergiliusza, oddawała się widzeniom, których mglistej niepochwytności nie zdołałaby żadna poezja określić, ni utrwalić, gdyż poetą nad poetami jest młode serce, gdy marzy. Często także w miejscu tym, przy progu ocienionym festonami wina, naprzeciw morza tak głęboko, błękitnie nieruchomego, zasiadała w dniach jesiennych, albo pięknym letnim wieczorem, budując swe powietrzne pałace. Któż z nas był inny za młodu, i nawet później, z pół zatartą i sćmioną nadzieją lat dalszych? Marzenie jest przywilejem człowieka, wspólnym dziedzictwem króla i chłopa. Ale te sny Violi wśród białego dnia były częstsze, dokładniejsze, uroczystsze niż u większości ludzi. Były podobne do orameiów greckich, do wizji proroczych.

Rozdział II.

Fu stopor, fu vaghezza, fu diletto.

Było to zdumienie, otumanienie, szczęście.

 

(Ger, lib. II, 2I). 

 

Skończona wreszcie edukacja. Viola ma rok szesnasty. Kardynał oświadczył, że czas już, by nowe imię wpisanym zostało w „Libro d’oro”, w te świetne karty, przeznaczone dzieciom sztuki i harmonii. Dobrze, ale w jakiej roli? Jakiego mistrza geniusz ma otrzymać od niej formę żyjącą, wcielenie widome? W tym sekret. Krąży pogłoska, że niewyczerpany Paisiello, zachwycony interpretacją swego: „Nel cor piu non me sento” i swego „Io son Lindoro”, pisze na występ Violi nowe arcydzieło. Inni utrzymują, że celuje w komice i że Cimarosa pracuje bez wytchnienia nad nowym „Matrimonio segreto”. Tymczasem w układach gdzieś się coś zatrzymało. Zauważono, że kardynał jest w dość złym humorze. Powiedział publicznie, a słowa te nie rokują nic dobrego: „Ta gąska jest równie szalona, jak ojciec; to, o co prosi nie ma sensu. Narady powtarzają się gęsto; kardynał w swym gabinecie ma z biednym dzieckiem przeprawy nader uroczyste. Wszystko na- próżno. Neapol, podniecony ciekawością, gubi się w domysłach. Napomnienia prowadzą do sprzeczki, i Viola wraca do domu zasępiona: nie chce grać, zerwała kontrakt. 

Pisani, zbyt nieświadomy wszystkich niebezpieczeństw życia teatralnego, cieszył się był nadzieją, że ktoś przynajmniej z jego rodu przysporzy chwały jego kunsztowi. Nie podobał mu się opór córki. Nic jednak nie powiedział (nie łajał nigdy słowami), tylko chwycił za wierne skrzypce. O, ten wierny barbiton! gderał ci i to okropnie! Zgrzytał, indyczył się, jęczał, mruczał. I oczy Violi zapełniły się łzami, bo rozumiała tę mowę. Przysunęła się ukradkiem do matki i jęła szeptać, a gdy Pisani przerwał swe zajęcie, ujrzał obie, matkę i córkę, we łzach. Spojrzał na nie zdumiony; i zrozumiawszy, że im dokuczył, wrócił po swego Nierozłącznego. I oto mogło się wam teraz zdawać, że słyszycie śpiew wieszczki, chcącej ukołysać i uciszyć nastrój kapryśny przybranego dziecięcia. Płynne, zamglono, srebrzyste, sączyły się ze słodkim szmerem nuty z pod magicznego smyczka. Najuporczywszy boi byłby ustał słuchając, a od czasu do czasu poprzez słodką i żałosną melodię wymykała się nagle nuta dziwaczna, żywa, donośna, jak wybuch śmiechu, lecz śmiechu nie ludzkiego. Był to jeden z najudańszych motywów jego najdroższej opery: syrena, usypiająca śpiewem wiatry i bałwany. Nie wiadomo, co by było dalej, bo ręka jego się zatrzymała: Viola rzuciła mu się na piersi i całowała go z oczyma rzucającymi poprzez złote włosy wzrok cały uśmiechnięty szczęściem. W tejże chwili drzwi się otwarły: posłaniec od kardynała. Wzywał natychmiast Violę. Matka posyła z nią do pałacu jego eminencji. Nastała zupełna zgoda: wszystko się ułożyło. Viola dostała carte blanche i wybrała operę. O wy, zimne i barbarzyńskie ludy Północy, z waszymi rozprawami i sporami, z tłumną egzystencją Pnyx’o i Agory! Nie usiłujcie pojąć ożywienia, spowodowanego w Neapolu muzykalnym wieścią, że się cieszyć będzie nową operą i śpiewaczką nową! Ale czyja opera? Żadna gabinetowa intryga nie była okryta kiedykolwiek równą tajemnicą. Pisani wrócił wieczorem z teatru w stanie widocznego zmieszania i irytacji. Biada uszom, które by tego wieczora usłyszały jego Barbiton! Zawiesili go w jego czynnościach, obawiano się, żeby nowa opera i pierwszy występ córki nie były dla jego nerwów za ciężką próbą. A jego improwizowane wariacje, cale to diabelstwo syren i harpii wśród podobnej uroczystości, było perspektywą zbyt przestraszającą, ryzykowną. Widzieć się usuniętym i to właśnie w dniu, gdy miała śpiewać córka, której melodia była tylko jego emanacją; odsuniętym na rzecz jakiego nowego rywala: było to za wiele dla ciała i krwi muzyka. Po raz pierwszy przedyskutował sprawę słowami i spytał poważnie (cała wymowa Barbitona była niedostateczną, by wyraźnie przetłumaczyć pytanie), jaka to miała być opera i jaka rola. I Viola z równą powagą odparła, że przyrzekła kardynałowi milczeć. Pisani nie nalegał; znikł razem z skrzypcami i wkrótce ze strychu (dokąd się artysta w swych wielkich gniewach niekiedy chronił) usłyszano Nierozłącznego jęki i skargi, jakby mu łamano serce. 

Przywiązanie Pisaniego mało się na zewnątrz zdradzało. Nie był z tych ojców tkliwych i pieszczących, którzy lubią patrzeć nieustannie na dzieci bawiące się u ich kolan; jego umysł i dusza były tak całkowicie pochłonięte przez sztukę, że życie domowe płynęło dokoła niego jak sen, i jakby serce, było jedyną formą zasadniczą i materialną realnością istnienia. Jest to częste zjawisko u osób, oddanych badaniom abstrakcyjnym. Usposobienie to jest przysłowiowe u matematyków. 

– Proszę pana, dom się palii – zawołała w przerażeniu służąca francuskiego uczonego. 

– Idź powiedz mej żonie, głupia jedna; czy się mieszam kiedy do gospodarstwa? 

I wrócił do problemu. 

Ale czymże jest problem? czymże matematycy, wobec muzyki? muzyki, która komponuje opery a co więcej gra na Barbitonie! Wiecie, co odpowiedział - słynny Giardini nowicjuszowi pytającemu ile trzeba czasu dla wyuczenia się gry na skrzypcach? Słuchajcie i rozpaczajcie, wy wszyscy chcący napiąć ten łuk, wobec którego Ulissesowy jest igraszką dziecinną: „Dwanaście godzin dziennie przez dwadzieścia cztery lata z rzędu”. Jakże chcecie, by człowiek, grający na Barbitonie baraszkował z dziećmi? Nie Pisani! Nieraz z żywą wrażliwością dzieciństwa biedna Viola wymknęła się z pokoju, plącząc na myśl że jej nie kocha. A jednak pod tym zewnętrznym oderwaniem artysty niemniej płynęła naturalna tkliwość ojcowska; i z czasem marzycielka zrozumiała marzyciela. A teraz, wyłączony sam od wielkiej sławy, widzieć się w niemożności powitania rozgłosu córki, widzieć tę córkę sprzysiężoną przeciw sobie! Taka niewdzięczność była ostrzejsza od wężowego zęba, i ostrzejszą od wężowego zęba była rozdzierająca skarga sympatycznego Barbitona. 

Nadeszła godzina uroczysta Viola odjechała do teatru, z nią matka. Muzyk, oburzony, zamknął się u siebie. Gionetta jednym susem wpada do pokoju. Kareta jego eminencji stoi u drzwi; prosi padrone’a. Musi się rozstać ze skrzypcami, włożyć ubranie z brokateli i mankiety koronkowe. Oto są. Prędko! Prędko! I chyżo toczy się złota kolasa, i majestatycznie zasiadł się stangret i okazale harcuje szlachetny zaprzęg. Biedny Pisani, nieswój, gubi się w wirze zdumienia. Przybywa do teatru; wysiada u głównego wejścia; obraca się wkoło, patrzy za siebie, patrzy dokoła; wszędzie mu czegoś brak. Skrzypce! gdzie są? Niestety, jego duma, jego głos, jego ja, Pisani Pisaniego został w domu. On jest tylko automatem, którego lokaje ciągną schodami, korytarzami, do loży kardynała. Lecz teraz, jakież go to uderzają dźwięki? Jestże to sen? Pierwszy akt się skończył (posłano po niego dopiero, gdy powodzenie wydało się niewątpliwym) i pierwszy akt wszystko rozstrzygnął. Dobrze to czuje, mocą tej sympatii elektrycznej, ustalającej się od razu między każdą duszą osobniczą a obszernym audytorium. Czuje to po nieruchomości tłumu w zawieszeniu; czuje to nawet po wzniesionym palcu kardynała. Widzi na scenie swą Violę, promieniejącą klejnotami i świetnym strojem; słyszy jej głos drgający poprzez tysiąc serc wzruszonych, które stały się jednym sercem. Ale scena, rola, muzyka, to jego drugie dziecko; jego dziecko nieśmiertelne, córka bezcielesna jego duszy, ta, którą stworzył, wychował, ukochał podczas tylu lat poniewierki cierpliwej i zapoznania geniuszu, to jego arcydzieło, jego Syrena. To więc była tajemnica, która go tak rozdrażniła; to była przyczyna kłótni z kardynałem, sekret, mający się wykryć dopiero wobec pewnego rezultatu i córka połączyła swój tryumf z tryumfem swego ojca. 

I oto stoi wobec tych wszystkich dusz schylonych, nad którymi góruje, piękniejsza nawet od syreny, wywołanej z głębin otchłannych harmonii. Długa i słodka nagroda pracy! Gdzież na ziemi znaleźć ekstazę równą tej, której doznaje geniusz, gdy ze swych ciemnych głębokości wylata nareszcie na pełne światło, w pełnie chwały. 

Jednego słowa, jednego gestu nie przepuścił. Przygwożdżony do miejsca, bez tchu, trwał nieruchomy, z twarzą zalaną łzami; tylko chwilami ręka błądziła tu i owdzie; szukała machinalnie wiernego instrumentu. Czemuż nie było go tutaj, czemuż nie brał udziału w jego tryumfie? 

Nareszcie zasłona zapadła i wyzwoliła burzę oklasków. Jak jeden mąż, na nogi powstało audytorium; jednym głosem okrzyknęło to imię najdroższe. Wysunęła się drżąca, blada, i w całym tłumie ujrzała tylko twarz ojca. Zgromadzenie poszło za tym wzrokiem łez pełnym i z dreszczem wzruszenia pochwyciło i odczuło uniesienie dziecka. Dobry kardynał wypchnął go łagodnie naprzód. Artysto akordów fantastycznych! córka oddała ci więcej niż życie, które jej dałeś! „Biedne moje skrzypki – rzekł ocierając oczy. – już cię nie wygwizdają więcej.

Rozdział III.

Fra si contrarie tempre in ghiacco e in foco

In riso e in piano, e fra paura e speme.

Lingannatrice Donna... 

 

Z tych mieszanin sprzecznych

lodu i ognia, śmiechów i łez,

nadziei i obawy, czarodziejka...

 

(Gerus. lib. canto IV. 94). 

 

Otóż mimo tryumf i śpiewaczki i opery, była w pierwszym akcie, a więc przed przyjściem Pisaniego chwila, gdy szanse powodzenia się zachwiały. Było to w chórze przepełnionym ekscentrycznościami, cechującymi autora. Gdy się ten odmęt fantazji zapienił i zawirował, dręcząc i kalecząc ucho i smak najbezładniejszymi dźwiękami, audytorium poznało nagle rękę Pisaniego. Operze nadano tytuł, który dotychczas usunął wszelkie podejrzenie co do ojcostwa dzieła. Uwertura i introdukcja w stylu poprawnym i harmonijnym, omamiły publiczność do tego stopnia, iż zdawało jej się, że rozpoznaje geniusz swego drogiego Paisiella. Od dawna przywykła do wyśmiewania i niemal wzgardy dla kompozytorskich pretensji Pisaniego, spostrzegała teraz, że wyłudzono jej podstępnie oklaski, którymi powitała wstęp i pierwsze sceny. Szmer złowróżbny zakrążył po sali. Aktorowie, orkiestra, tak szybko odczuwające elektryczne wrażenie słuchaczów, stali się niespokojni, nieśmiali i nie zdobyli się, w chwili krytycznej na tę energię i tę dokładność, które jedne mogły zbawić dziwaczność muzyki. 

W żadnym teatrze nie brak rywali nowemu autorowi i aktorowi; wrogowie to bezsilni, póki wszystko idzie gładko, lecz zasadzka niebezpieczna z chwilą, gdy najmniejsze zajście utrudni drogę powodzeniu. Rozległ się gwizd – samotny, co prawda; ale znacząca nieobecność wszelkiej kontrmanifestacji zdała się zwiastować, że się zbliża chwila, w której cenzura stanie się zaraźliwą. Było to jak tchnienie wstrząsające wahającą się lawiną. W tej krytycznej chwili Viola, królowa Syren, wyszła po raz pierwszy ze swej morskiej groty. W chwili wejścia na scenę nowość sytuacji, lodowata obojętność publiki, której zrazu nie rozwiało nawet zjawienie piękności tak szczególnej, szepty nielitościwe innych aktorów, blask olśniewający świateł i tysiąc razy więcej niż wszystko inne, ów gwizd niedawny, który przeniknął aż do jej schroniska, wszystko to sparaliżowało jej zdolności i zdusiło głos; i zamiast wielkiej inwokacji, w której miała nagle objawić się porywającym wystąpieniem, królewska Syrena, stawszy się znowu drżącym dzieckiem, stanęła blada i niema przed tymi tysiącami oczu, których wzrok zimny i surowy w nią ugodził. 

W tej samej chwili, gdy świadomość środków już, już zdawała się ją opuszczać, i gdy nieśmiałym wzrokiem błagała to nieruchome mnóstwo, ujrzała w loży przy scenie twarz, która od jednego rzutu i jakby mocą czaru, sprawiła na jej duszy skutek nie dający się ani zanalizować ani zapomnieć. Twarz ta budziła mgliste przypomnienie, goniące ją bez przerwy, jakby ją już była spotkała w jednym z tych snów na jawie, którym od dzieciństwa lubiła się kołysać. Nie mogła oderwać oczu od tych rysów, i w miarę jak je oglądała, strach lodowaty, który ją zrazu pochwycił, rozwiał się niby mgła przed słońcem. 

W głębokim blasku tych oczu spotykających jej oczy było istotnie tyle życzliwej zachęty, tyle słodkiego i współczującego podziwu, tyle rzeczy, które radziły, ożywiały, wzmacniały; że każdy aktor łub mówca, który kiedykolwiek wobec zgromadzonego tłumu doznał wpływu jednego uważnego i sympatycznego spojrzenia, zrozumie łatwo skutek nagły i natchniony, wywarty na debiutantce spojrzeniem i uśmiechem cudzoziemca. 

Patrzała jeszcze, już z rozgrzanym sercem, gdy nieznajomy uniósł się nieco, jakby przywołując publiczność do uczucia rycerskości, należnego artystce tak pięknej i młodej; i wnet na sygnał jego głosu cała sala odpowiedziała wybuchem hojnego brawa, gdyż cudzoziemiec ten był osobistością nader wybitną, a jego świeże przybycie do Neapolu zajmowało, do spółki z nową operą, wszystkie języki miasta; po czym oklaski ucichły i jasny, pełny i jakby wyzwolony z wszelkich więzów głos syreny wezbrał potokami zachwycającej harmonii. Od tej chwili Viola zapomniała o wszystkim – o tłumie, okolicznościach powodzenia, świecie całym, o wszystkim, prócz o fantastycznym świecie, którego była królową. Obecność cudzoziemca zdawała się uzupełniać to złudzenie, które artyście zakrywa wszelką realność - poza kołem jego kunsztu. Zdawało jej się, jakby to czoło spokojne i poważne, te błyszczące oczy, udzielały jej potęgi dotąd nieznanej; i, szukając mowy dla przetłumaczenia dziwnego uczucia, wywołanego jego obecnością, pożyczała tejże obecności tajemnicy swych najmelodyjniejszych śpiewów. 

Dopiero gdy się wszystko skończyło, gdy ujrzała ojca i pojęła jego radość, dziwne to zaczarowanie ustąpiło miejsca łagodniejszemu urokowi ogniska domowego i miłości dziecięcej. Przed opuszczeniem sceny wzrok jej poniósł się mimo woli ku loży i uśmiech cudzoziemca, spokojny i prawie melancholijny, wniknął głęboko w jej serce, by w nim żyć, być wywoływanym wśród bezładnych wspomnień, zmieszanych jednocześnie z radością i bólem. 

Opuśćmy powinszowania kardynała-wirtuoza wielce zdumionego odkryciem, że on i z nim cały Neapol mylili się dotąd w kwestii smaku, a jeszcze bardziej zdumionego swoim i całego za nim Neapolu przyznaniem się do błędu. Opuśćmy hiperboliczne świadectwa entuzjazmu, które obiegły uszy śpiewaczki, podczas gdy, wracając do swej skromnej zasłony i swej sukni dziewczęcej, wymykała się tłumowi wielbicieli zapychającemu wszystkie przejścia. Opuśćmy słodki uścisk ojca i dziecka znowu na gwiaździstych ulicach Chiaji w kolasie kardynała. Nie zatrzymujmy się przypomnieniem łez i wykrzykników dobrej i prostej matki. Oto są w domu: oto pokój tak znany, „Venimus ad larem nostram” (Wracamy do swych bogów domowych). Patrzcie, jak podryguje stara Gionetta przygotowując wieczerzę, i słuchajcie Pisaniego, który budzi Barbiton, drzemiący w futerale, aby swemu inteligentnemu nierozdzielnemu wielkie zakomunikować zdarzenie. Słuchajcie śmiechu matki, tego anielskiego śmiechu, zamglonego a pełnego ożywienia. No i cóż! Viola, dziwaczne dziecko, czego się tak trzymasz na uboczu, z czołem na pięknych rękach wsparłem, z oczyma zgubionymi w przestrzeni? Dalej, zbudź się! „Niech promienny uśmiech rozjaśni dzisiejszej nocy dom cały.” (Ridete quidquid est domi cachinnorum. Catall. ad Sirm penin). 

Co za szczęsne grono dokoła skromnego tego stołu! Była to uczta godna zazdrości Lukullusa w jego sali Apolinowej: malagi, apetyczne sardynki, i bogata polenta, i stara flasza lacrima Christi, dar dobrego kardynała. Barbiton, umieszczony przy muzyku na fotelu o prostym i wysokim grzbiecie, zdawał się brać udział w wesołej biesiadzie. Zacne jego, dobrze wylakierowane oblicze połyskiwało w świetle lampy; i w jego milczeniu nawet była skromna powaga tajemniczego chochlika, ile razy mistrz między dwoma kęsami, zwracał się do niego, by uzupełnić sprawozdanie z wieczoru jakimś zapomnianym szczegółem. Żona Pisaniego przypatrywała się przyjaźnie tej scenie; szczęście odjęło jej całkiem apetyt; nagle wstała i złożyła na czole artysty girlandę laurową, którą zawczasu splotła, po macierzyńsku wyprzedziwszy powodzenie, a Viola, znajdująca się po drugiej stronie brata swego Barbitona, poprawiła delikatnie koronę na włosach ojca, mówiąc pieszczotliwie: „Nieprawdaż, caro padre, że mu już nie pozwolisz mnie łajać?” 

Wówczas biedny Pisani, sercem słodko targanym podwójną czułością, ożywiony jednocześnie winem i powodzeniem, zwrócił się ku młodszemu swemu dziecku, (nie był nim Barbiton!) z dumą naiwną i cudaczną: „Nie wiem, któremu z dwojga więcej dziękować: tyle mi oboje sprawiacie radości. Moja córko, jestem tak dumny z ciebie i z siebie! Ale on i ja, biedaczysko! tyle razy byliśmy razem nieszczęśliwi!” 

Viola nie usnęła spokojnie, było to naturalne, upojenie próżności i tryumfu, szczęście z powodu szczęścia, które sprawiła, wszystko to było więcej warte od snu. A jednak myśl jej niejednokrotnie odrywała się od tych wrażeń, by lecieć ku owemu spojrzeniu, owemu uśmiechowi, wiecznie obecnemu, z którym miało się na zawsze połączyć wspomnienie tego tryumfu i szczęścia. Jej wrażenia, jak charakter były dziwne i całkiem odrębne. Nie czuje tak młoda dziewczyna której serce, po raz pierwszy jakimś wzrokiem przeszyte, wzdycha naturalną i wrodzoną mową pierwszej miłości. Nie było to ściśle uwielbienie, chociaż twarz, odbijająca się w każdej fali jej niewyczerpanej i ruchliwej fantazji, była piękności rzadkiej i majestatycznej. Nie było to również proste wspomnienie, pełne wdzięku i tkliwości, zostawione przez widok nieznajomego: było to ludzkie uczucie wdzięczności i szczęścia, zmieszane z nie wiedzieć jakim tajemniczym żywiołem trwogi i czci. Bez wątpienia widziała już te rysy; lecz kiedy i jak? Dopiero gdy myśl jej usiłowała naszkicować przyszłe losy, i gdy mimo wszystkie próby zalania tej wizji kwiatami i promieniami, przeczucie ciemne i lodowate cofnęło ją, wbrew woli, w najpoufniejsze załamy duszy, wtedy znalazła nareszcie to coś tak długo, poszukiwanego tysiącem aspiracji niespokojnych, tysiącem nieokreślonych pożądań raczej myśli niż serca; nie tak jak młodość, odkrywająca istotę, którą ma kochać, lecz raczej jak uczony, który, po długich i bezowocnych usiłowaniach ujęcia słowa jakiejś zagadki wiedzy, widzi nareszcie prawdę błyszczącą w dali jego oczom światłem ściemnionym i chwiejnym jeszcze, i raz za razem przyciągającym, znikającym, znów wołającym i znowu mdlejącym. Pogrążyła się wreszcie w męczącym śnie, zaludnionym obrazami bezładnymi, nie- pewnymi, bezkształtnymi. Zbudziła się w chwili, gdy słońce, zza mglistego tumanu rzucało przez okno promień blady i chorobliwy; ojciec już wziął się do swego jedynego zajęcia, i wyciągał ze swego nierozdzielnego akord poważny i zduszony, jak ponury śpiew śmierci. 

– I czemuż, – spytała, gdy się z nim znalazła w jego pokoju – czemu, ojcze, tak smutne twe natchnienie po wczorajszej radości? 

– Nie wiem, dziecko; chciałem być wesoły, i skomponować śpiew na cześć twoją, ale ten szelma taki uparty, że musiałem mu się dać wieść gdzie chciał.

Rozdział IV.

E cosi i pigri e timidi desiri Sprona.

Podniecał w ten sposób jej pragnienia powolne i nieśmiałe. 

 

(Gerus. Lib. IV, 88)

 

Pisani, o ile mu na to obowiązki profesji pozwalały, miał zwyczaj przesypiać część dnia; zwyczaj konieczny raczej niż zbytkowny dla człowieka, który mało spał w nocy. Istotnie, czy szło o komponowanie lub o studia, Pisani w godzinach śróddziennych gdyby nawet był chciał, nie byłby zdolny pracować. Geniusz jego był podobny do owych fontann zawsze pełnych o świcie i zmierzchu, które wylewają w nocy, a w południe wysychają całkowicie. Podczas tych godzin snu męża, signora zazwyczaj wymykała się za sprawunkami niezbędnymi w jej drobnym gospodarstwie, albo (jakaż kobieta rozrywki tej nie lubi?) na pogawędkę z którą sąsiadką. A ileż powinszowań ją czekało nazajutrz po świetnym tryumfie! 

Była to godzina, gdy Viola chętnie siadała na dworze, pod oponą zacieniającą próg domu bez zagradzania ulicy, i widzimy ją teraz, jak trzyma na kolanach partycję, przebiegając ją od czasu do czasu roztargnionym wzrokiem; z tyłu nad jej głową, winorośl zawiesza kapryśne festony swego bogatego listowia, a przed nią na horyzoncie rozwija się morze z jakimś białym żaglem nieruchomym, co niby drzemie na falach. 

Gdy tak siedziała, pogrążona w marzeniu raczej niż w myślach, ktoś idący od Pauzylipu, przeszedł wolnym krokiem z oczyma spuszczonymi tuż koło domu. Viola nagle podniosła oczy i zadrżała zdjęta jakąś trwogą, poznając cudzoziemca. Wymknął jej się okrzyk mimowolny; przechodzień się odwrócił, ujrzał ją i przystanął. 

Przez kilka chwil stał między nią a olśniewającym obrazem wód zatoki, oglądając nieśmiałe czoło i wątły, delikatny wygląd dziewczęcia, w milczeniu pełnym poważnej powściągliwości, wolnej od zarozumiałego zuchwalstwa pewnego siebie wielbiciela. Wreszcie zaczął mówić: 

– Czyś zadowolona, moje dziecko – rzekł, głosem prawie ojcowskim – z losu, który się przed tobą otwiera? Między szesnastym i trzydziestym rokiem znajdujemy w oklaskach muzykę słodszą nawet od twego głosu. 

– Nie wiem – bąknęła zrazu nieśmiało Viola. Ale było tyle łagodności i przejrzystości w głosie który ją zagadnął, że ciągnęła z większym męstwem: – Nie wiem, czy jestem szczęśliwa teraz; byłam nią wczoraj. I czuję też, ekscelencjo, że winnam ci podziękowania, których powód jest ci zapewne nieznany. 

– Mylisz się – odparł pan z uśmiechem. – Wiem, że się przyczyniłem do twego dobrze zasłużonego powodzenia, ale to ty zaledwie wiesz w jaki sposób. A dlaczego, powiem ci: bo ujrzałem w twym sercu ambicję szlachetniejszą od próżności kobiecej: zajęła mnie córka. Może byś była wolała, żebym po prostu podziwiał artystkę? 

– Nie, o! Nie!

– To dobrze, wierzę ci. A teraz, kiedy się spotykamy, zatrzymam się, by ci dać radę. Po twym pierwszym występie będziesz miała u nóg swych całą szaloną młodzież Neapolu. Biedne dziecko! Płomień olśniewający oko może także spalić skrzydła. Pamiętaj, iż jedynym hołdem, który nie plami, jest ten którego ci nie może złożyć tłum banalny adoratorów. Jakiekolwiek są twe sny o przyszłości, a mówiąc do ciebie mierzę zarazem ich nieokreślony i kapryśny polot, niechaj się te jedynie wypełnią, które za ognisko i cel mają znicz domowy! 

Zatrzymał się; serce Violi zabiło z mocą. Potem, mimo że Włoszka, zaledwie rozumiejąc ważną tych rad doniosłość, zawołała z wybuchem wzruszeń naturalnych i niewinnych: 

– Och, ekscelencjo, nie możesz wiedzieć, jak bardzo mi już jest drogim domowe ognisko. I mój ojciec!... Bez niego, signore, to ognisko nie istniało by już. 

Ciemna chmura rozlała się na twarzy pana. Spojrzał na dom zaciszny, prawie zagrzebany w winnych liściach, potem zwrócił wzrok na żywe i drgające rysy artystki. 

– To dobrze – rzekł. – Serce proste jest sobie często najlepszym stróżem. Odwagi zatem i bądź szczęśliwą. Żegnaj mi piękna śpiewaczko. 

– Żegnaj ekscelencjo... Ale... – coś niepohamowanego, niespokojne i przygnębiające uczucie trwogi i nadziei wyrwało jej pytanie: – Zobaczę cię w San Carlo, nieprawdaż? 

– Nie, przynajmniej nie przed jakimś czasem. Opuszczam dziś Neapol. 

– Doprawdy!... 

I Viola uczuła jak w niej omdlewa serce; poezja teatru znikła. 

– I – rzekł pan, odwracając się i kładąc łagodnie rękę na ręce Violi – być może, iż zanim się znów spotkamy, przyjdzie ci cierpieć, poznać pierwsze i przeszywające boleści życia, dowiedzieć się, że dary sławy niezdolne są zrównoważyć strat serdecznych. Lecz bądź mocna i nie ulegaj nawet temu co się zdawać może kultem cierpienia. Spójrz tam w ogród sąsiada, na to drzewo... Patrz, jak wzrosło, wygięte i ułomne. Wiatr zapędził tu siemię, z którego się narodziło w szczelinie skały. Zduszone, zamurowane przez kamienie i budynki, przez naturę i człowieka, żyło jeno walką ustawiczną o ujrzenie światła, istoty zasadniczej tego życia. Patrz, jak się skręciło i zjeżyło; jak, znajdując przeszkodę na pewnym punkcie, pracowało zmagało się, pniem i gałęziami, aby dojść wreszcie do jasności niebios. Jakżeż się uchowało przez te wszystkie nieprzyjazne przypadki urodzenia i warunków? W jaki sposób liść jego stał się równie zielony i świeży, jak ten liść winny, który szeroko może ramiona swe wszystkie otworzyć na słońce? Moje dziecko, stało się to dzięki temu właśnie instynktowi, który go pcha do walki; dzięki temu bojowi o światło, zakończonemu zdobyciem światła. Podobnie, sercem stanowczym i nieulękłym, poprzez wszystkie ciosy bólu i przeznaczenia, zwracać się ku słońcu, wyciągać się ku niebu tysiącem wysiłków, oto co daje silnym wiedzę, słabym szczęście. Zanim się znowu spotkamy, niejednokrotnie wzrok twój smutny i uciśniony poniesie się ku tym spokojnym konarom; i gdy usłyszysz tryskające z nich śpiewy ptaków, gdy ujrzysz promień, od dachu i skały odbity, igrający na liściu, ucz się wtedy mądrości, którą ci niesie natura i poprzez mroki toruj sobie drogę do światłości. 

Mówiąc, z wolna się oddalił, i Viola została sama, zdziwiona, niema, zasmucona tą ciemną przepowiednią mającego przyjść nieszczęścia, a jednak, mimo smutku, oczarowana. Mimo woli podążyła za nim oczyma; mimo woli wyciągnęła ramiona, jakby go przywołując. Byłaby oddała światy całe, by ujrzeć, że się odwraca, by usłyszeć raz jeszcze ten głos spokojny, przesłonięty, srebrzysty, by uczuć jeszcze dotknięcie jego ręki. Promień księżycowy łagodzi i wypięknia wszystkie ciemnie, w które pada: taką była obecność cudzoziemca. Promień znika, i rzeczom wraca wygląd pospolity, mroczny: tak z jego zniknięciem, obraz świata zewnętrznego stał się znów banalnym. Nieznajomy ciągnął tą długą i rozkoszną drogą, która dochodzi do pałacu wprost ogrodów publicznych, prowadząc do najbardziej uczęszczanych dzielnic miasta. 

Grupa młodych wartogłowów stała u wejścia domu, otwartego najulubieńszej rozrywce owych czasów i uczęszczanego przez graczów najbogatszych i najlepiej urodzonych Rozstąpili się, gdy ich ukłonem mijał. 

– Per fide! – rzekł jeden – czy to nie ów bogaty Zanoni, o którym tyle mówią? 

– Tak, podobno ma nieobliczony majątek. 

– Mówią! kto mówi? na jakiej podstawie? Jest dopiero od kilku dni w Neapolu, a dotychczas nie mogłem znaleźć nikogo, kto by mnie mógł powiadomić o jego kraju, rodzinie, albo, co ważniejsza, o jego fortunie. 

– To prawda; ale przyjechał na niezłym statku, który jest jego własnością. Patrzcie – ale nie możecie go dojrzeć o tej godzinie: stoi na kotwicy tam, w zatoce. Bankierzy mówią ze czcią o sumach, które powierza ich rękom. 

– Skąd przybywa? 

– Z jakiegoś portu na Wschodzie. Mój pachołek dowiedział się od marynarzy na molo, że długo mieszkał w głębi Indii. 

– A mnie opowiadano, że w Indiach zbiera się złoto jak kamyki i że są doliny, w których ptaki budują gniazda z szmaragdów dla wabienia motyli. Oto nadchodzi książę graczów, Cetoxa. Załóżmy się. że się już poznał z tym bogatym panem. Ten ciągnie do złota, jak magnes do żelaza. I cóż, Cetoxa! Jakież są najnowsze wiadomości o dukatach signora Zanoniego? 

– Och! – rzek! Cetoxa niedbale – mój przyjaciel... 

– Ho! ho! słyszycie? jego przyjaciel! 

– Tak; mój przyjaciel Zanoni spędzi jakiś czas w Rzymie; przyrzekł mi, że za powrotem porozumie się co do dnia kolacji ze mną, a wtedy przedstawię go wam, oraz najlepszemu towarzystwu w Neapolu. Diavolo! wiecie, że to jeden z najinteligentniejszych i najprzyjemniejszych magnatów jakich znam? 

– Opowiedz-że nam, jakim sposobem tak prędko się z nim zaprzyjaźniłeś. 

– Mój drogi Belgioso, nic prostszego. Chciał loży w San Carlo. Nie potrzeba wam chyba mówić, że oczekiwanie opery (co za wspaniałe dzieło! ten biedak Pisani, kto by był pomyślał!) i nowej aktorki (co za piękność! co za głos! ach!) sprawiło, że wszelkie kąty w teatrze zostały rozchwytane. Dowiedziałem się, że Zanoni chce zaszczycić talenty neapolitańskie, i z cechującą mnie względem wybitnych cudzoziemców kurtuazją, oddałem mu swą lożę do dyspozycji. Przyjmuje ją, ja mu się przedstawiam między dwoma aktami; jest czarujący, zaprasza mnie na kolację: Cospetto! co za tryb domu! Siedzimy późno w noc, opowiadam mu wszystkie nowiny Neapolu, stajemy się przyjaciółmi od serca, on zmusza mnie przed odejściem do przyjęcia tego diamentu, nędzoty, powiada; jubilerzy szacują go na pięć tysięcy pistolów! Od lat dziesięciu nie spędziłem rozkoszniej wieczoru! 

Kawalerowie zrobili koło, podziwiając diament. 

– Mości hrabio Cetoxa – rzekł ktoś ciemny i poważny, przeżegnawszy się kilkakrotnie podczas opowiadania Neapolitańczyka – czyli nie znacie tajemniczych pogłosek, krążących o tym cudzoziemcu, i możecie bez obawy przyjmować od niego prezent, który pociągnąć może najfatalniejsze konsekwencje? 

Czyli nie wiecie, że podobno jest czarodziejem, że ma złe oko, że... 

– Dla Boga, oszczędź nam pan swych przedawnionych zabobonów – odparł pogardliwie Cetoxa. – Wyszły z mody; dziś słuchamy tylko sceptycyzmu i filozofii. Zresztą, dobrze zważywszy, do czego się sprowadzają te pogłoski? Oto ich całe źródło: jakiś stary dziewięćdziesięciosześcioletni idiota, czysty bredziarz, twierdzi uroczyście, że widział tego samego Zanoniego temu lat siedemdziesiąt, wtedy, gdy tenże czcigodny świadek był dopiero dzieckiem, w Mediolanie. Zaś Zanoni, jak widzicie, jest przynajmniej równie młody, jak ja lub ty, Belgioso. 

– Ależ – odparł poważny szlachcic – w tym właśnie zagadka. Stary Avelli oświadcza, że Zanoni nie wydaje się ani o jeden dzień starszym niż wtedy, gdy go widział w Mediolanie. Dodaje, że nawet w Mediolanie, zakarbujcie to sobie, gdzie Zanoni pod innym nazwiskiem zjawił się z tą samą świetnością, już go otaczała ta sama tajemniczość, i że jakiś starzec przypominał sobie, że go przed sześćdziesięciu laty widział w Szwecji. 

– Ba! – odpowiedział Cetoxa – to samo opowiadali o szarlatanie Cagliostro: czyste bajki. Uwierzę w nie, gdy ujrzę, że się ten diament zamienił w kupkę siana. Zresztą – dodał poważnie – uważam znamienitego tego pana za swego przyjaciela i najmniejsze słowo, szepnięte przeciw jego honorowi;lub reputacji, uważać będę odtąd za obelgę osobistą. 

Cetoxa był szpadą, niebezpieczną i posiadał cięcie z najpodstępniejszych, które sam dodał do odmian stoccaty. Poważny szlachcic, mimo całego zajęcia dla duchowego dobrobytu hrabiego, miał dla własnej całości cielesnej troskliwość niemniej głęboką; zadowolił się spojrzeniem politowania, przebył drzwi i wszedł do sali gry. 

– Ha, ha! – rzekł Cetoxa, śmiejąc się – ten poczciwy Loredano zazdrości mi diamentu. Panowie! wieczerzamy dziś razem. Przysięgam wam, że nigdy nie spotkałem milszego, zabawniejszego i bardziej towarzyskiego kompana od mego drogiego przyjaciela, signora Zanoniego.

Rozdział V.

Quelle ippogrifo, grande e strange augello

La porta via.

Hypogryf, ptak dziwny i olbrzymi, porwał go w dal. 

 

(Orl. Fur. VI, 18).

 

A teraz, w towarzystwie tego tajemniczego Zanoniego, żegnam na jakiś czas Neapol. Siadaj za mną, czytelniku, siadaj na mój hypogryf, rozmieść się wygodnie. Kupiłem siodło tamtego dnia od poety lubiącego komfort i kazałem je na nowo wypchać na twą intencję. Patrz, patrz, siadamy. Patrz pod siebie, gdy będziemy lecieli; nic się nie bój, hypogryfy nigdy się nie narowią i wszystkie hypogryfy włoskie są gwarantowane jako wierzchowce dla osób w wieku szanownym. Daj padać swym spojrzeniom na krajobrazy uciekające pod nami! 

Tam, przy ruinach starożytnej Atelli Osków wznosi się Aversa, niegdyś forteca normandzka; tu promienieją kolumny Kapuy, ponad wodami Vulturna. Pozdrowienie wam, żyzne równiny i wam, sławne winnice starego Falerna! pozdrowienie wam złote gaje pomarańczowe Molo’a di Gaeta, i wam krzewy pachnące, dzikie kwiaty, omnis copia narium, wykładające skraj gór w milczącej Lautuli. Czy się zatrzymamy w Anxur’ze. Wolsków, nowożytnej Taracynie, kędy zuchwała skała prostuje się jak olbrzym strzegący najdalszej granicy tej promiennej ziemi miłości? Naprzód, naprzód! wstrzymaj dech, przelatując bagna ponckie. Martwe i beznadziejne, o miazmatach, które po ogrodach, któreśmy minęli, tym są, czym trywialność mdląca życia dla serca zostawiającego miłość poza sobą. Złowieszcza kraino, rozwijasz przed nami swój majestatyczny smutek. Rzymie, Rzymie siedmiopagórkowy, przyjmij nas jak wspomnienie przyjmuje zmęczonego podróżnika, w milczeniu, wśród ruin. Gdzież jest ten, którego śladem pędzimy? 

Dajmy hypogryfowi swobodę; on lubi akant, wieńczący te złamane kolumny. Tak, oto łuk Tytusa, zwycięzcy Jeruzalem, a oto Koloseum. Tędy przeszedł tryumf ubóstwianego monarchy. Tam padli gladiatorzy. Pomniki mordu, jakże ubogie są myśli i godne wzgardy wspomnienia, które budzicie, w porównaniu z tymi, które przemawiają do serca człowieka na wysokościach Phyle albo przy szarawym, samotnym pagórze Maratonu! 

Oto jesteśmy wśród cierni, traw dzikich, których wysoka i smutna roślinność faluje wokoło. Tu, gdzie jesteśmy panował Neron; tu były jego bruki mozaikowe, tu dumnie pod niebiosami, drugiem niebem błyszczącym, wznosiło się sklepienie jego dachów z kości słoniowej; tu ze swymi przedłużonymi arkadami, swymi mnogimi filarami promieniał olśnionym oczom świata złoty pałac jego pana: złoty dom Nerona. Patrzcie na tę jaszczurkę, co was śledzi okiem błyszczącym i wylękłym; niepokoimy jej państwo. Zerwijmy ten kwiat dziki; złoty dom zniknął, lecz ten kwiat jest może synem tych, którymi ręka cudzoziemca obsypała grób tyrana. Patrzcie, na tym gruncie, na tym grobie Rzymu, natura wciąż sieje kwiaty. 

Wśród tego opuszczenia wznosi się budowla średniowieczna, zajęta przez samotnika dziwnego gatunku. W sezonie malarii chłop tutejszy ucieka od miazmatów roślinności trującej; ale on, cudzoziemiec nieznany, bezpiecznie oddycha tym jadowitym powietrzem. Przyjaciół, towarzyszów nie ma żadnych, oprócz swych książek i narzędzi naukowych. Widują go często błądzącego po wzgórzach trawą porosłych lub po ulicach nowego miasta, nie z tym wyrazem obojętnym lub roztargnionym, który cechuje uczonego, lecz z oczyma przeszywającymi i badawczymi, które zdają się pogrążać w samo serce przechodniów. Stary jest, lecz bez kalectwa, prosty i prawie imponującej postawy, jak w pełni sił; nikt nie wie, biedny-li jest, czy bogaty. Nie żebrze i nie daje jałmużny, nie wyrządza nikomu krzywdy i zdaje się nie robić i dobrodziejstw. Człowiek ten jakby nie miał innego świata, prócz samego siebie; lecz pozory często zwodzą i, we wszechświecie, wiedzę tak jak i dobroć znaleźć można wszędzie. Otóż do tego domostwa, po raz pierwszy odkąd je w ten sposób zajęto, wchodzi gość: to Zanoni. 

Patrzcie na nich, siedzących przy sobie, rozmawiających z powagą. Długie i liczne lata upłynęły od ich ostatniego widzenia, przynajmniej odkąd po raz ostatni widzieli się materialnie, twarz w twarz. Ale jeżeli to są dwaj mędrcy, myśl spotyka się z myślą, duch złączyć się może z duchem, choćby między ciałami były przepaście. Śmierć nawet nie rozłącza mędrców. Spotykacie Platona ile razy wasz wzrok wilgotny zatrzyma się na karcie Phedon’a. Oby Homer żył na zawsze w towarzystwie wszystkich! 

Rozmawiają z sobą: zamieniają wyznania; wywołują, zaludniają na nowo przeszłość; ale jak różne wrażenia budzą w każdym z nich te wspomnienia! Na twarzy Zanoniego, miano cały jego zwykły spokój, widać rodzenie się i unikanie wzruszeń. On udział brał w przeszłości, którą ogląda; ale na niewzruszonych rysach jego towarzysza nie pochwyciłbyś śladu zwiastującego duszę ludzką, podległą radości lub cierpieniu; przeszłość dla niego, jak teraźniejszość, była tym, czym jest mędrcowi natura, uczonemu książka: życiem pogodnym i duchowym, badaniem, kontemplacją. 

Od przeszłości zwracają się ku przyszłości! Przyszłość! W końcu XVIII wieku myślano, że się ją dotyka dłonią i rozpoznaje, że tak powiem, jej kształty poprzez obawy i nadzieje bieżące. 

Na skraju wieku człowiek, ten pierworodny syn Czasu, stojąc u łoża śmierci zgrzybiałego świata, wpatrywał się w gwiazdę nową, czerwoną i krwawą wśród chmur i wyziewów, niepewny, czy to była kometa lub słońce. Patrzcie na tę pogardę głęboką i lodowatą na czole starca, i na ten dumny, a jednak wzruszający smutek, ćmiący szlachetne rysy Zanoniego. Czyżby dla pierwszego walka i wynik walki były widokiem godnym wzgardy, dla drugiego – zgrozy i litości? Mądrość w kontemplacji nad ludzkością dochodzi do jednego z tych dwóch rezultatów: do litości lub wzgardy. Gdy się wierzy w istnienie innych światów, przyzwyczaja się łatwo do rozważania naszego tak, jak naturalista badający rewolucje mrowiska lub odosobnionego liścia. Czymże ziemia wobec nieskończoności? trwanie wobec wieczności? O ileż większą jest dusza jednego człowieka od przygód całego globu! Dziecko nieba! dziedzicu nieśmiertelności! z jakimże uczuciem padnie kiedyś twój wzrok z jakiejś gwiazdy na to mrowisko i wzburzenia, które nim wstrząsnęły od Klodoweusza aż do Robespierra, od Noego, który ocalił ziemię, aż do ognia który ją ma kiedyś zniszczyć! Dusza, zdolna do kontemplacji, żyjąca samą inteligencją, może się już wznieść do tej gwiazdy, z samego środka nekropolii zwanej ziemią, i podczas gdy sarkofag zwany życiem więzi jeszcze w swej glinie Niezniszczalne. 

Ale ty, Zanoni, odepchnąłeś życie jedynie intelektualne; nie zmartwiłeś swego serca, ono drga jeszcze wibrującą harmonią namiętności; gatunek, którego cząstkę stanowisz, jest jeszcze dla ciebie czymś więcej niż zimną abstrakcją; ty byś chciał widzieć tę rewolucję w jej burzami targanej kolebce, widzieć ten świat nowy, którego elementy walczą jeszcze w chaosie. 

Idź!

Rozdział VI.

 

„Precepteurs - ignorants de ce faible univers”. VOLTAIRE. 

Nous etions a table chez un de nos confreres de l’academie, grand scigneur et homme d’esprit. LA HARPE.

 

Pewnego wieczora w Paryżu, w kilka miesięcy po dacie faktów już opowiedzianych, garstka najpiękniejszych umysłów tego czasu zgromadziła się u osobistości równie wybitnej urodzeniem, jak talentem. Prawie wszyscy członkowie zebrania podzielali przekonania wówczas modne, gdyż podobnie jak później przyszła chwila niepopularności ludu, tak był czas, gdy pospolitym było szlachectwo. Najgładszy panek, magnat najwynioślejszy, mówili o równości i bąkali swą teorię o postępie światła.

Wśród najwybitniejszych pości był Condorcet, wówczas u szczytu rozgłosu, korespondent króla pruskiego, przyjaciel bliski Woltera, członek połowy akademii w Europie, szlachetnego urodzenia, eleganckich manier, republikanin z przekonań. Tu znajdował się również czcigodny Malesherbes, „miłość i rozkosz narodu”, jak mówi historyk jego, Gaillard, zaś przy nim Jan-Sylwian Bailly, skończony erudyta, gorący polityk. Była to jedna z tych wykwintnych kolacyjek, którymi stolica uciech wytwornych tak słynęła. Rozmowa, łatwo zgadnąć, była literacką i intelektualną, ożywioną przez wesołość pełną wdzięku. Wiele kobiet z tej starożytnej i dumnej szlachty (szlachta istniała jeszcze, chociaż godziny jej były policzone) dodawało uroku uczcie; i od nich to wychodziły najśmielsze krytyki, a często maksymy najbardziej liberalne. 

Daremnym wysiłkiem byłoby dla mnie, daremnym wysiłkiem może dla surowej mowy angielskiej, chcieć oddać dokładnie świetne paradoksy, polatujące z ust do ust. Tezą ulubioną była wyższość nowożytnych nad starożytnymi. Condorcet na tym punkcie był wymowny i w oczach części przynajmniej swych słuchaczów przekonywający. Wyższość Woltera nad Homerem nie była dla nikogo wątpliwą. Jakie potoki śmiesznych przekąsów wylano na tępy pedantyzm, obwieszczający, że wszystko, co starożytne, jest tym samem wzniosłe! 

– Tak – rzekł błyszczący markiz, roziskrzając szampan w kieliszku – a jeszcze śmieszniejszym jest ten zabobon, który oświadcza świętość wszystkiego, co jest niezrozumiałym. Ale inteligencją krąży, Condorcecie, i, jak woda, znajdzie swój poziom. Mój golibroda mówił mi dziś rano: „Jestem tylko chudopachołek; no, a niemniej jestem niewierzący, jak największy pan!” Rewolucja widocznie kroczy ku swemu rozwiązaniu, krokami olbrzyma, jak mówił Monteskiusz w swym nieśmiertelnym dziele. 

A potem, wszyscy, od literata do szlachcica, od dworaka do republikanina, zwarli się chórem bezładnym, a zgodnym tylko w przeczuciu świetnych cudów, które miała zrodzić Rewolucja. Condorcet stał się wymowniejszym jeszcze niż zawsze: 

– Trzeba koniecznie żeby zabobon i fanatyzm ustąpiły miejsca filozofii. Królowie prześladują osobistości, księża prześladują przekonania. Bez królów, ludzie uwolnią się od strachu. Bez księży, dusze się wyzwolą.

– Tak – odparł markiz – jak tak dobrze opiewa ten drogi Diderot: 

 

„Et des boyaux du dernier pretre

Serrons le cou du dernier roi”.

 

– A wówczas – ciągnął Condorcet – wówczas zacznie się era Rozumu, równości w kształceniu, równości w instytucjach, równości w bogactwie. Wielkimi przeszkodami wiedzy są najprzód, brak języka powszechnego, potem krótkość egzystencji. Co do pierwszego, gdy wszyscy ludzie staną się braćmi, dlaczego nie miałaby nastać jedna wspólna mowa? Co do drugiego, doskonałość organiczna świata roślinnego jest faktem stanowczym; czyżby natura była mniej potężną, gdy chodzi o szlachetniejsze życie istoty myślącej, człowieka? Odjęcie najczynniejszych dwóch przyczyn zwyrodnienia fizycznego: bogactwa z jego zbytkiem, ubóstwa z jego nędzą ohydną, musi bez wątpienia przedłużyć średnie trwanie życia (Patrz pośmiertne dzieła Condorceta o postępach ludzkiego umysłu). Sztuka uzdrawiania będzie wtedy czczona: zamiast wojny, która jest tylko sztuką zabijania, najszlachetniejsze wysiłki najprzenikliwszych inteligencji będą poświęcone odkrywaniu i niszczeniu przyczyny chorób. Zapewne, życia niepodobna uczynić nieśmiertelnym, ale można je nieskończenie przedłużać. Najlichsze stworzenie przekazuje swą żywotność małemu i podobnie człowiek przekaże swym dzieciom udoskonaloną organizację fizyczną i intelektualną. Oto cel, który nasz wiek urzeczywistni! 

Czcigodny Malesherbes westchnął. Może się obawiał, że celu tego nie osiągną w porę dla niego. Piękny markiz  i jeszcze piękniejsze kobiety zdawały się przekonane i zachwycone. 

Ale było tam dwóch ludzi obok siebie siedzących, którzy nie brali żadnego udziału w rozmowie ogólnej: jeden z nich, cudzoziemiec świeżo do Paryża przybyły, gdzie jego bogactwa, pozory i umysł zaczynały go już wyróżniać i czynić poszukiwanym; drugi, starzec lat około siedemdziesięciu, bystry, cnotliwy dzielny i nawet w tym wieku beztroskliwy, autor „Diabła zakochanego”, Cazotte. 

Dwaj ci współobecni rozmawiali poufnie na boku i rzadkim tylko uśmiechem świadczyli o swej względem rozmowy ogólnej uwadze. 

– Tak – mówił cudzoziemiec – tak, jużeśmy się kiedyś spotkali. 

– Zdaje mi się, że nie byłbym zapomniał pańskich rysów, a jednak daremnie badam swe wspomnienia. 

– Pomogę panu. Przypomnij pan sobie epokę, w której, pociągnięty przez ciekawość, a może przez szlachetniejszą żądzę wiedzy, szukałeś wtajemniczenia u tajnego zakonu Martinez’a de Pasqualis (Przypisują Cazotte’owi tę intencję. O Martinez’ie de Pasqualis wie się mało rzeczy: co do jego ojczyzny nawet są wątpliwości. Obrzędy, ceremonie i charakter zakonu kabalistycznego, który założył, są również nieznane. De Saint-Martin był uczniem jego szkoły, i to jest pochwałą gdyż, mimo swego mistycyzmu, de Saint-Martin był swojego wieku człowiekiem najmiłosierniejszym, najwspaniałomyślniejszym, najcnotliwszym i najczystszym. Nikt więcej niż on nie wyróżnił się od pospolitego tłumu sceptyków swym mężnym zapałem w pokonywaniu materializmu i w obronie konieczności wiary wśród chaosu niedowiarstwa. Warto przy tym zauważyć, że mimo nauki, których Cazotte mógł zaczerpnąć w szkole Martinez’a, nie nauczył się tam niczego, co by zmniejszyło zasługę jego życia i szczerość jego religii. Łagodny zarazem i mężny, nie przestał nigdy opierać się nadużyciom Rewolucji. Aż do końca, bardzo różnie od liberałów swego czasu, był chrześcijaninem pobożnym i szczerym. Przed zgonem na szafocie poprosił o papier i pióro dla napisania tych słów: „Żono moja, dzieci moje, nie opłakujcie mnie, nie zapominajcie mnie; ale pamiętajcie nigdy „nie obrażać Boga”).

– Czy podobna? Byłże byś członkiem tego teurgicznego bractwa? 

– Bynajmniej; byłem świadkiem ich ceremonii, lecz po to tylko by skonstatować, jakimi bezsilnymi sposobami starali się odrodzić starożytne cuda kabały. 

– Zajmują pana te studia? Co do mnie, otrząsnąłem się z wpływu, który wywierał, niegdyś, na moją wyobraźnię. 

– Nie otrząsnąłeś się z niego – rzekł z powagą cudzoziemiec – rządzi tobą tejże godziny; bije w twoim sercu, opromienia twój rozum i chce przemówić twymi usty.

Potem cudzoziemiec ciągnął rozmowę niższym głosem i przypomniał mu pewne doktryny, pewne obrzędy szczególne, wytłumaczył, jakimi związkami łączyły się z życiem i z historią Cazotte’a bardzo zdziwionego, że nieznajomy tak dobrze jest poinformowany o szczegółach jego egzystencji. Rysy starca zazwyczaj otwarte i życzliwe, pociemniały stopniowo; od czasu do czasu rzucał na towarzysza spojrzenia przenikliwe, ciekawe i niespokojne. 

Czarująca księżna G. z miną figlarną wskazała miłym biesiadnikom wyraz oderwany i ciemne czoło poety, a Condorcet, który nie lubił, żeby w jego obecności ktoś inny ściągał uwagę, rzekł do Cazotte’a: 

– I cóż! jakież są przepowiednie co do Rewolucji? jakież będą jej skutki, przynajmniej dla nas? 

Na to pytanie Cazotte drgnął, czoło jego pobladło i pokryło się wielkimi kroplami potu; wargi jego zadrżały. Towarzysze spojrzeli nań zdziwieni. 

– Mów! – rzekł doń półgłosem cudzoziemiec, kładąc łagodnie dłoń na ręku mądrego starca. 

Na to słowo twarz Cazotte’a skurczyła się, oczy jego nieruchome zgubiły się w przestrzeni, i głosem zapadłym, zamglonym, odpowiedział w te słowa: 

– Pytacie się, jakie skutki będzie miała dla was; dla was, jej działaczów najoświeceńszych, najmniej interesownych. Ty, markizie Condorcet, umrzesz w więzieniu, ale nie z ręki kata. W pogodnej szczęśliwości tej epoki filozof zwykł będzie nosić z sobą nie eliksir, lecz truciznę. (Przepowiednię, którą tu przytaczam i którą niektórzy czytelnicy zapewne znają, zamieszczono z kilku lekkimi zmianami, w dziełach pośmiertnych La Harpe’a. Oryginalny rękopis La Harpe’a istnieje jeszcze, mówią, a szczegóły są przytaczane według świadectwa pana Petitot. Nie do mnie należy stwierdzenie, dokładności faktów).

– Mój biedny Cazotte – odparł Condorcet ze swym łagodnym i subtelnym uśmiechem – cóż wspólnego mają więzienia, kat i trucizna z wiekiem wolności i braterstwa? 

– W imieniu wolności i braterstwa więzienia będą przepełnione jeńcami, a kat zadowoli się aż do przesytu. 

– Myślisz o księżach i ich intrygach, a nie o filozofach. – rzekł Chamfort (Chamfort, jeden z tych ludzi pióra, którzy się dali zbałamucić obietnicami rodzącej się Rewolucji, odmówił towarzyszenia w ich straszliwych nadużyciach ohydnym siłom terroru i przed śmiercią scharakteryzował, najdowcipniejszym w tej epoce powiedzeniem, krwawą filantropię tych katów. Widząc wypisane namurach: ,,Braterstwo lub śmierć”, rzekł: „Czytajcie: „Bądź mi bratem albo giń”).  – A cóż przepowiadasz o mnie? 

– Otworzysz sobie żyły, by uniknąć braterstwa Kainowego. Bądź spokojny, ostatnie krople twej krwi odmówią się dobrowolnie narodowej brzytwie. Co do ciebie, czcigodny Malesherbes, i ty, Aimar Nicolai; i ty uczony Bailly, widzę wznoszenie się waszych szafotów. I nawet wtedy, o wielcy filozofowie, wasi mordercy nie będą na ustach mieli słów innych niż filozofia. 

Milczenie stało się głębokie i ogólne, w tym uczeń Woltera, książę akademickich niedowiarków, wrzący La Harpe, zawołał ze swym śmiechem sardonicznym: 

– O proroku! nie odejmuj mnie przez pochlebstwo losowi tych panów. Czyż nie będę i ja miał roli do odegrania w tym dramacie twoich snów grobowych?

Na to pytanie twarz Cazottea straciła wyraz nadnaturalny fatydycznej grozy; ironia, która się w niej zwyczajnie malowała, na nowo błysnęła w jego świecących oczach: 

– Tak La Harpe, i twoja rola będzie najbajeczniejszą ze wszystkich: staniesz się... chrześcijaninem. 

Tego było za wiele dla tego koła przed chwilą skupionego, poważnego: wszyscy wybuchnęli atakiem nieumiarkowanego śmiechu; i Cazotte, jakby wyczerpany swymi przepowiedniami, rzucił się w fotelu, dysząc z trudem. 

– Teraz – rzekła pani G.  – teraz, gdyś tyle zrobił poważnych horoskopów na nasz rachunek, trzeba nam i twój wyciągnąć. 

Dreszcz konwulsyjny zatargał mimowolnym prorokiem, potem pierzchł, rozjaśniając mu twarz wyrazem spokojnej rezygnacji. 

– Pani – rzekł po długiem milczeniu – w czasie oblężenia Jeruzalem jakiś człowiek, mówi nam historyk, przez siedem dni z rzędu okrążał wały, krzycząc: „Biada tobie, Jeruzalem! biada i mnie samemu!” 

– I cóż? 

– Dnia siódmego, podczas gdy tak krzyczał, kamień, rzucony przez machiny rzymskie, rozniósł go w proch. 

Tu Cazotte się podniósł, a biesiadnicy, wbrew woli przeszyci zgrozą, rozłączyli się wkrótce po jego odejściu.

Rozdział VII.

Qui donc t’a donne la mission d’annoncer au peuple que la divnite nexiste pas? Quel avantage trouves-tu a persuader a l’homme qu’une force aveugle preside a ses destinees et frappe au hasard le crime et la vertu?

 

(Robespiebre, Discours, 7 mai 1794). 

 

Było około północy, gdy cudzoziemiec wracał do swego mieszkania, położonego w jednym z tych rozległych domostw, które by nazwać można skrótami Paryża. Piwnice jego były zajęte przez robotników bliskich nędzy, często przez wywołańców i włóczęgów, usiłujących wymknąć się sprawiedliwości, często także przez jakiego zuchwałego pisarza, który, posiawszy między ludem doktryny najbardziej buntownicze albo najjadowitsze paszkwile przeciw duchowieństwu, ministrom i królowi, przychodził szukać między szczurami schronienia przed prześladowaniem tak zajadle trapiącym cnotę. Parter stanowiły sklepy, antresole były zamieszkane przez artystów, główne piętra przez szlachtę, poddasza zaś przez rzemieślników i gryzety. 

W chwili, gdy cudzoziemiec wstępował po schodach, drzwiami antresoli wyszedł młodzieniec o twarzy i pozorach nader podejrzanych, i szybko minął Zanoniego. Wzrok jego był ukradkowy, złowrogi, okrutny i bojaźliwy jednocześnie, twarz trupio blada, pomieszana i drżąca konwulsyjnie. Cudzoziemiec zatrzymał się i uważnie zmierzył młodzieńca w jego biegu. Gdy tak stał nieruchomo, usłyszał jęk w pokoju, który się właśnie otworzył: drzwi pociągnięto gwałtownie i pospiesznie; ale lekka przeszkoda, może wiór, nie pozwoliły im się zamknąć całkowicie. Nieznajomy pchnął je i wszedł. Przebył sionkę ubogo umeblowaną i wszedł do sypialni lichej i niechlujnej. Wyciągnięty na łóżku i wijąc się z bólu, leżał starzec. Jedno tylko światło rozjaśniało pokój i rzucało swą łunę niepewną na zmarszczoną i trupią twarz chorego. Nikt przy nim nie czuwał; zdawało się, że go tu zostawiono, by  w samotności wyzionął ducha. 

– Wody – rzekł z cichym jękiem – wody; pragnienie mnie pożera – palę się. 

Nowoprzybyły zbliżył się do łóżka, schylił nad umierającym i wziął go za rękę. 

– Bądź błogosławiony, Janie! bądź błogosławiony! rzekł chory; czyś już przyprowadził doktora? 

Jestem biedny, proszę pana, ale dobrze pana zapłacę. Nie chciałbym jeszcze umrzeć, ze względu na tego chłopca. 

Wyprostował się w łóżku i utkwił niespokojnie zgasłe oczy w cudzoziemcu. 

– Co pan czujesz? Na coś pan chory? 

– Ogień! ogień, ogień w sercu i we wnętrznościach. Palę się! 

– Jak dawno pan jadłeś? 

– Jadłeś! napiłem się tylko tego rosołu przed więcej niż sześciu godzinami: filiżanka ta jeszcze stoi. Zaledwiem się napił, dostałem boleści. 

Cudzoziemiec zbadał filiżankę, w której było jeszcze parę łyżek rosołu. 

– Kto panu dał ten rosół? 

– Kto? Jan. A któż inny, mój panie? Nie mam służby, nikogo. Jestem biedny, proszę pana, bardzo biedny. Ale nie; wy, doktorzy, nie dbacie o biednych. Jestem bogaty. Czy możesz mnie pan wyleczyć? 

– Tak, z Bożą pomocą. Proszę tylko o cierpliwość.

Starzec szybko upadał pod skutkami gwałtownej trucizny. Nieznajomy pobiegł do swego mieszkania i wrócił po kilku chwilach z preparatem, który zdziałał natychmiastową reakcję. Ból ustał, wargi straciły swój odcień niebieskawy i siny, starzec pogrążył się w głębokim śnie. Cudzoziemiec zasunął firanki łóżka, chwycił światło i rozejrzał się po pokoju. Ściany, tu jak w sąsiednim pokoju, były ozdobione znakomitymi rysunkami. Był tam również karton pełen szkiców niemniej godnych uwagi; ale większa część tych ostatnich odmalowywała tematy przerażające oczy i buntujące smak; było to ciało ludzkie we wszystkich postaciach tortury: rusztowanie, koło, szubienica, wszystko, co okrucieństwo wymyśliło dla zrobienia śmierci przeraźliwszą, ukazywało się tu w kształtach jeszcze straszniejszych, dzięki pasji, którą artysta kładł w dzieło. Twarze niektórych katowanych oddalały się dość od ideału, aby w nich poznać można było portrety, a pod tymi rysunkami czytało się pismem dużym, śmiałym i równym: „Przyszłość arystokratów”. W kącie pokoju, tuż przy starym biurku, leżał mały pakunek niedbale zakryty płaszczem, który zdawał się go umyślnie zakrywać. Kilka desek, tworzących bibliotekę, obładowywały książki. Były to prawie wyłącznie książki filozofów na dobie, modnych; filozofowie materialistyczni, a mianowicie encyklopedyści, później tak szczególnie zwalczani przez Robespierre’a, gdy nikczemnikowi zdało się nieostrożnym zostawić swe panowanie bez Boga.

(Ta sekta (Encyklopedyści) propagowała z wielką gorliwością opinie materializmu, które przeważają wśród wielkich i wśród pseudo umysłów; zawdzięczamy jej w części ten rodzaj filozofii praktycznej która sprowadzając egoizm do systemu, uważa społeczność ludzką jako wojnę podstępu, powodzenie, jako prawidło słuszności i niesłuszności, wrażliwość jako kwestię smaku lub przyzwoitości, świat jako ojcowiznę zręcznych łotrów. (Discours de Robespierre, item).

Jakiś tom leżał otwarty na stole: było to dzieło Woltera, a przerwana strona odtwarzała jego argumentację na korzyść egzystencji Istoty najwyższej (Histoire de Jenni). Margines był pokryty notatkami ołówkiem, pisanymi ręką sztywną i drżącą, starczą; było tu tyleż ironicznych odparć logiki Ferney’skiego mędrca: Wolter był zbyt umiarkowany dla smaku swego komentatora. 

Wybiła druga, z zewnątrz dały się słyszeć kroki. Nieznajomy siadł w milczeniu po drugiej stronie łóżka, którego firanki zakrywały go przed wchodzącym teraz ostrożnie i tajemniczo. Był to ten sam człowiek, którego minął na schodach. Nowoprzybyły wziął światło i zbliżył się do łóżka wilczym krokiem. Twarz chorego była odwrócona na poduszce; ale spoczywał z takim spokojem, oddech jego był tak nieznaczny, że morderca, w swym spojrzeniu nagłym, ukośnym i zmęczonym przez zbrodnię, mógł łatwo wziąć ten sen za śmierć. Cofnął się z uśmiechem piekielnym, odstawił płomień, otworzył biuro kluczem, wyjętym z kieszeni, i zabrał z szuflad kilka rulonów złota. W tejże chwili starzec zaczynał się budzić. Poruszył się, otworzył oczy, zwrócił je na płomień, którego wyczerpana światłość zaczynała blednąc, i ujrzał złodzieja przy robocie, wyprostował się chwilę na łóżku, osłupiony zdumieniem raczej niż zgrozą. Po chwili wyskoczył z łóżka. 

– Sprawiedliwe nieba! Jestże to sen? Ty! ty! ty, dla którego cierpiałem pracę i nędzę! Ty! 

Złodziej drgnął i złoto wymknęło mu się z rąk i potoczyło się na ziemię. 

– Co! – rzekł po chwili – jeszcześ nie umarł? Czyżby trucizna nie podziałała? 

– Trucizna, dziecko! ach!... I z krzykiem trwogi zakrył sobie twarz rękami, po czym z przerażającą energią zawołał: Janie, Janie! powiedz, że to kłamstwo. Okradaj mnie, ograbiaj mnie, jeśli chcesz, ale nie mów żeś mógł zamordować człowieka, który żył tylko dla ciebie! Masz, patrz, weź złoto, dla ciebie je zbierałem. Idź! Idź! 

I starzec wyczerpany padł do nóg oszukanego mordercy, wijąc się na ziemi, w agonii moralnej tysiąckroć nieznośniejszej od tej, którą przeszedł niedawno. Złodziej mierzył go z zimną wzgardą. 

– Cóżem ci kiedy zrobił, nieszczęsny! zawołał starzec – kochałem cię i pieściłem. Byłeś sierotą byłeś odepchnięty przez wszystkich. Przyjąłem cię wychowałem, usynowiłem. Jeślim zasłużył na miano skąpca, to dlatego, by tobą, mym spadkobiercą, gdy mnie już nie będzie, nie mogli gardzić, mimo całe twe upośledzenie naturalne Byłbyś był odziedziczył całe moje mienie. Nie mógłżeś darować mi kilku miesięcy, kilku dni? Ma ich się tyle przed sobą w twym wieku, a mojemu zostaje ich tak niewiele! Cóżem ci zawinił? 

– Ciągle żyłeś i nie chciałeś spisać testamentu. 

– Mój Boże, mój Boże! 

– Twój Bóg! szaleńcze! Nie mówiłeś mi od dzieciństwa, że nie ma Boga? Nie żywiłeś mnie filozofią? Nie mówiłeś: „Bądź cnotliwym, bądź dobrym, bądź sprawiedliwym ze względu na ludzi: ale nie ma życia po tym życiu. Ludzie? dlaczegóż bym ludzi kochał? Odrażający i bezkształtny, gdy przechodzę ulicami, jestem ich pośmiewiskiem. Coś ty mi zawinił? Zabrałeś mi, mnie który jestem igraszką i odpadkiem tego świata, nadzieję świata innego. Ach! nie ma innego życia! Więc mi trzeba twego złota, abym jak najwcześniej tego jednego użył. 

– Potworze! przekleństwo nad twą niewdzięcznością, twą... 

– A któż słucha twego przekleństwa? Wiesz dobrze, że nie ma Boga. Słuchaj, przygotowałem wszystko do ucieczki. Patrz. Mam paszport, konie czekają na dole, rozstawne zamówiłem. Mam twe złoto. 

I mówiąc to, nędznik obładowywał się dalej rulonami. 

– A teraz, jeśli ci zostawię życie, jakąż mam gwarancję, że mnie nie wydasz? 

Z tymi słowy zbliżył się do starca, ze wzrokiem i ręką pełnymi groźby. 

Gniew tego ostatniego ustąpił miejsca strachowi. Zadrżał przed tym potworem. 

– Daj mi żyć... daj mi żyć... by... by... 

– By co? 

– By ci przebaczyć! Tak, możesz być bez obawy. Przysięgam. 

– Przysięgasz? Na kogo i na co, starcze? Nie mogę wierzyć tobie, jeżeli ty nie wierzysz w Boga. Ha, ha! oto owoc twoich lekcji! 

Jeszcze chwila, i ręka ta, już wzniesiona do zbrodni, byłaby zdusiła ofiarę. Lecz między nią a mordercą stanęła nagle postać, jakby spadła z zaprzeczonego przez tych obu świata, postać szlachetna w swej majestatycznej sile, jaśniejąca pięknością pełną chwały. 

Zbrodzień cofnął się, spojrzał, zadrżał, po czym odwrócił się i uciekł. Starzec padł na podłogę bez zmysłów...

Rozdział VIII.

Voulez-vous savoir comment se conduira un mechant homme s’il arrive au pouvoir? Prenez le contre pied toutes les doctriues qu’il preche pendant qu’il est encore obscur. (S. MONTAGNE). 

 

Les antipathies font aussi partie de ce qu’on nomme improprement magie. L’homme possede naturellement, en commun avec les animaux un instinct qui l’eloigne involontairement des atres postiles ou funestes a son existence. Mais il neglige si souvent cet instinct, que c’est une facultć qui s’e’mousse. II n’en est pas ainsi de celui qui cultive le Grand Art. (Trismegiste IV. Rose-Croix). 

 

Gdy cudzoziemiec nazajutrz przyszedł zobaczyć starca, znalazł go spokojnym i sam był zdziwiony, widząc go do tego stopnia mocnym, po wzruszeniach i cierpieniach nocy. Chory z gorącymi łzami wyraził swą wdzięczność wybawcy i oznajmił mu, że już wezwał jednego ze swych krewnych, który odtąd czuwać będzie nad jego bezpieczeństwem i potrzebami jego egzystencji. 

– Bo – rzekł – jeszcze mam nieco pieniędzy, a teraz nie potrzebuję być skąpym. 

Zaczął potem szybko opowiadać o pochodzeniu i okolicznościach swego stosunku ze swym niedoszłym mordercą. Zdaje się, że w młodości zerwał z rodziną, z powodu jakiejś różnicy w przekonaniach religijnych. Odpychając jako bajkę wszelką religię ścisłą i praktyczną, uprawiał jednak uczucia, skłaniające jego duszę do tej czułostkowości fałszywej i przesadnej, którą za życzliwość biorą łatwowierni. Więcej było słabości w jego inteligencji, niż przewrotności w sercu. Dzieci nie miał: postanowił usynowić dziecko z ludu i wychować je wedle rozumu. Wybrał najniższego pochodzenia sierotę, którego bezkształtność i wygląd odpychający, były dlań zrazu powodem tym większego ubolewania, a potem nową przyczyną ślepej i niepomiernej tkliwości. W tym odpadku społecznym kochał nie tylko syna, lecz i teorię. Wychował go wedle zasad filozoficznych. Helwecjusz dowiódł mu, że wychowanie wszystko może; ulubionymi wyrażeniami niespełna ośmioletniego małego Jana były: światło i cnota. Dziecko zdradzało zdolności, zwłaszcza do sztuki. Opiekun poszukał mistrza, równie jak on wolnego od wszelkich przesądów, i wybrał malarza Davida. Artysta ten, niemniej ohydny od ucznia, o skłonnościach tak przewrotnych, jak niezaprzeczalnym był talent, pod względem braku przesądów mógł bez wątpienia zadowolić wymagania protektora. Robespierre miał dopiero nawrócić krwiożerczego malarza do wiary w Istotę Najwyższą. Dziecko wcześnie posiadło świadomość swej prawie nieludzkiej brzydoty. Dobroczyńca jego daremnie próbował siłą aforyzmów filozoficznych osłodzić mu niełaskę natury; ale gdy go uczył, że na tym świecie pieniądz, jak miłosierdzie, pokrywa mnóstwo grzechów, dziecko słuchało wtedy chciwie i zapominało przyczynę swego smutku. Zbieranie pieniędzy dla swego protegowanego, dla jedynego tworu, który na świecie kochał, stało się jedyną namiętnością przybranego ojca. Widzieliśmy, że nagrodę otrzymał. 

– Ale szczęśliwy jestem, że umknął – rzekł starzec, ocierając oczy. – Gdyby mnie był zostawił w najczarniejszej nędzy, nie byłbym się nigdy zdecydował go wydać. 

– Słusznie, bo pan jesteś twórcą jego zbrodni. 

– Jak to ja, który zawsze w niego wszczepiałem piękność i cnotę! Wytłumacz się pan. 

– Niestety! Jeżeli uczeń tego panu wczoraj własnymi wyznaniami nie dowiódł jasno jak na dłoni, to anioł z nieba zszedłby po to na próżno. 

Starzec poruszył się niespokojnie i miał odpowiedzieć, gdy do pokoju wszedł krewny, którego do siebie wezwał. Był z Nancy, ale przebywał chwilowo w Paryżu. Byl to człowiek trochę więcej niż trzydziestoletni, twarz sucha, chuda, posępna, oczy jogo były nieustannie ruchliwe, wargi zaciśnięte. Wysłuchał z okrzykami zgrozy opowiadania krewnego i usiłował wszystkimi środkami zdecydować go do wydania pupila. 

– No, no! Ireneuszu Dumas! – rzekł starzec – jesteś adwokatem, przyzwyczajonym do lekceważenia życia ludzkiego. Niech no tylko ktoś zgwałci prawo, już krzyczysz: „Na szubienicę z nim!” 

– Ja! – zawołał Dumas, podnosząc ręce i oczy – czcigodny filozofie, źle mnie sądzisz. Nikt więcej ode mnie nie opłakuje surowości naszego kodeksu. Według mnie, rząd nie ma prawa pozbawiać życia, nawet zbrodniarza. Jestem zdania tego młodego męża stanu, Maksymiliana Robespierra; bat jest pomysłem tyrana. Co mnie najwięcej przywiązuje do naszej przyszłej rewolucji, to przeświadczenie, że dzięki niej, zniknie bezpowrotnie ta rzeź legalna. 

Adwokat zatrzymał się zdyszany. Cudzoziemiec spojrzał nań uporczywie i pobladł. Dumas zauważy! tę zmianę twarzy. 

– Był-że byś pan innego zdania? 

– Proszę mi darować, chciałem stłumić w sobie nieokreślony lęk, który mi się, wydał proroczym. 

– A ten lęk? 

– Oto, że jeśli się jeszcze kiedy zobaczymy, opinie pana co do śmierci i filozofii rewolucyjnej nie będę już te same. 

– Niepodobna! 

– Czarujesz mnie, kuzynie Ireneuszu – rzekł starzec – który słuchał był chciwie słów krewniaka. Ach! widzę, że masz prawdziwe poczucia sprawiedliwości i filantropii. Czemuż cię tak późno poznałem? Uwielbiasz rewolucję, nienawidzisz, jak ja, tyranii królów i przewrotnej hipokryzji księży. 

– Zaiste! Gdybym tego nie czynił, jakże mógłbym ludzkość kochać? 

– A! – ciągnął starzec z pewnym wahaniem – czy i ty, jak ten szlachetny cudzoziemiec, sądzisz, żem zbłądził w zasadach, które wszczepiłem temu nieszczęśnikowi? 

– Zaiste, nie. Czyż obwiniać będziemy Sokratesa o cudzołóstwo i zdradę Alcybiadesa? 

– Słyszysz go! Słyszysz go! Ale Sokrates miał także Platona. Od dziś będziesz moim Platonem! Słyszysz go! – powtórzył jeszcze starzec, zwracając się do cudzoziemca. 

Ten ostatni już był na progu. Któż by chciał rozprawiać z najupartszym ze wszystkich fanatyzmów, z fanatyzmem niedowiarstwa? 

– Odchodzisz! – zawołał Dumas – a nie podziękowałem ci jeszcze, nie pobłogosławiłem za życie, któreś ocalił temu czcigodnemu starcowi. Jeśli kiedykolwiek będę mógł się wywdzięczyć... jeśli kiedykolwiek zażądasz krwi z czterech żył Ireneusza Dumasa... 

Wielomownie głosząc te zapewnienia, odprowadził cudzoziemca aż do drzwi przedpokoju; tam zatrzymał go chwilę, spojrzał za siebie, jakby dla upewnienia się, że go nie usłyszą, po czym rzekł głosem zniżonym: 

– Powinien bym wrócić do Nancy; nikt nie lubi tracić czasu... Czy sądzisz pan, że ten zbój zabrał wszystkie pieniądze temu staremu idiocie? 

– W takiż to sposób, panie Dumasie, wyrażał się o Sokratesie Platon? 

– Jesteś pan cięty. Ostatecznie masz prawo. Mości panie, zobaczymy się jeszcze kiedyś. 

– Kiedyś! – szepnął cudzoziemiec i czoło jego pociemniało. Wrócił do siebie śpiesznie, spędził samotnie ten dzień i noc następną, pogrążony w studiach, które, jakiejkolwiek były natury, powiększyły tylko ciemne jego troski. 

Jakim sposobem mógł jego los wiązać się z losem Ireneusza Dumasa lub zbiegłego mordercy? Czemu lekkie powietrze Paryża wydało mu się przesycone wyziewami krwawymi? Jaki instynkt odpychał go od tych kół błyszczących, tego ogniska rodzących się nadziei świata? Jaki głos krzyknął mu, by nie wracał? Jemu, którego dawna egzystencja drwiła sobie... Ale na co te wróżby i przeczucia?.. Zostawia Francję za sobą; wraca, o piękne Włochy, do twych ruin majestatycznych! Na Alpach dusza jego raz jeszcze oddycha wolnym powietrzem. Wolne powietrze! Niestety! Uzdrowiciele świata wyczerpują się daremnie nad wytworzeniem panaceum. Człowiek nie będzie nigdy tak wolnym na ulicy, jak w górach. I my także, czytelniku, wymknijmy się tym wystawom fałszywej mądrości pokrywającym zbrodnię i bezbożność. Dalej znowu w te strefy wyższe, w miejsce pobytu mieszkańców czystszych. Z dala od pokalań rzeczywistości. Ideał żyje sam ze sztuką i pięknem. Słodka Violo, nad brzegami błękitnych fal Partenopy, u grobu Vergila i u groty Cymbryjskiej, wracamy do ciebie!

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Przedmowa
Księga pierwsza. Muzyk
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII

Projekt okładki: Juliusz Susak 

 

Na okładce: Joseph Wright zwany Wright of Derby (1734-1797), Self-Portrait in a Black Feathered Hat. c.1767-70. (circa 1769),

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Joseph_Wright_of_Derby._Self-Portrait_in_a_Black_Feathered_Hat._c.1767-70.jpg 

 

Copyright © 2013 by Wydawnictwo „Armoryka”

 

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl 

http://www.armoryka.pl/ 

 

ISBN 978-83-7950-102-1

 

Sir Edward Bulwer Lytton

ZANONI

opowieść o różokrzyżowcu

piękny, wielowątkowy romans mistyczny
z czasów Rewolucji Francuskiej

przekład Marii Komornickiej

Armoryka

Sandomierz