Za progiem grobu - Andrzej Ziemiański

Za progiem grobu

0,0

Życie po życiu to dobra inwestycja.

Trzeba tylko znać sposób jak łoić jeleni.

I jeszcze mieć pod ręką paru bezdomnych żuli.

Andrzejewski nie lubi, gdy ktoś mówi o nim „prywatny detektyw”. Nigdy i pod żadnym pozorem z nikim się nie wiązał, nigdy nie podjął stałej pracy, nigdy nie był niczyim podwładnym. Wolny strzelec, to do niego pasuje. Zresztą i tak nie wygląda na detektywa, raczej na biznesmena. A co najważniejsze, jest skuteczny. Cholernie skuteczny.

Tak się składa, że Pan Richter lubi skutecznych ludzi. Dla takich, jak Andrzejewski jest przedstawicielem urzędu skarbowego. I płaci po królewsku, szczególnie jeśli sprawa jest grząska. Być może chodzi o czyszczenie kont bankowych bogaczy, ale kłopot w tym, że przestępcy się nie włamują. Po prostu znają wszystkie hasła. Ze sprawą dziwnie splatają się zaginięcia bezdomnych alkoholików i krążąca wśród nich legenda o… Czarnej Damie. Ofiary łączy jedno: przebyty stan śmierci klinicznej, albo tej drugiej – tej, po której już się nie wraca.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

Książki Andrzeja Ziemiańskiego
wydane nakładem naszego wydawnictwa

  1. Achaja – tom 1
  2. Achaja – tom 2
  3. Achaja – tom 3
  4. Zapach szkła
  5. Toy Wars
  6. Breslau forever
  7. Pomnik cesarzowej Achai – tom 1
  8. Za progiem grobu
  9. Pomnik cesarzowej Achai – tom 2

 

ROZDZIAŁ 1

Andrzejewski leżał w nawale światła wielkiego solarium. Onanizował się, jęcząc cicho do trzymanej przy uchu komórki. Po drugiej stronie, w Białymstoku odległym jakieś pięćset pięćdziesiąt kilometrów od Wrocławia, w podobnym solarium leżała jego kochanka i robiła dokładnie to samo. Chwilowo nie mogli się zobaczyć, zima nie sprzyjała zbyt częstym spotkaniom, więc wymyślili taką metodę na uprawianie seksu. A wybór samego miejsca? Solarium to poniekąd miejsce publiczne, samo w sobie już podniecające. Niby nikt nie mógł wejść i zobaczyć, co wyczyniają, ale sama świadomość, że tuż obok, za cienką ścianką, siedzi dziewczyna z obsługi i niczego nie podejrzewa, stawała się dodatkową podnietą. Szum aparatury nawiewowej i muzyka sącząca się z głośników sprawiały, że nikt niczego nie słyszał, ale... On i tak miał dobrze. Jego dziewczyna w zasypanym śniegiem Białymstoku, niestety, trochę gorzej. Po pierwsze, kobiety podczas seksu są zdecydowanie głośniejsze od mężczyzn, a po drugie, według jej własnych słów przynajmniej, było po niej widać, co robiła w zaciszu kabiny, łącząc się z Wrocławiem.

Kiedy skończyli, poczuł ulgę, a chwilę potem falę odprężenia. Lekko uchylił warczące wieko i sięgnął po papierowy ręcznik.

– O rany... – usłyszał. Telefon zadziwiająco dobrze przenosił westchnienia. – Ale mi dobrze... Mmm...

Znowu westchnięcie.

– Cholera, za półtorej minuty skończy mi się program w lampie.

Andrzejewski niechętnie otworzył oczy i zerknął na czerwone cyferki nad głową.

– U mnie się skończy szybciej.

– Mmm, i usłyszę cię dopiero wieczorem?

– Za to możemy rozmawiać całą noc.

– Kiedy przyjedziesz?

– Już niedługo. Na cały tydzień.

– Ale kiedy?

„Jak wyjdę z biedy” – pchało mu się na usta, na szczęście się powstrzymał. Jego kłopoty finansowe nie należały ani do niepokojących, ani do trudnych, lecz wyjazd tak daleko w środku zimy spowodowałby znaczne opóźnienie w pracy, za którą spodziewał się nareszcie otrzymać porządne honorarium.

– Już niedługo. Pa, pa. Wieczorem na Skypie.

– Pa, głuptasku. Będę czekała.

Kiedy automat wyłączył urządzenie, nagła cisza i chłód przyniosły nową dawkę odprężenia. Wstał szybko i ubrał się, czując przypływ energii. Wspaniały poranek. Dziewczyna w recepcji uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.

– Pańska skóra już chyba nabrała odporności. Myślę, że następny seans mógłby być już dłuższy.

Uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Zachowam ostrożność.

– E tam. – Wzruszyła ramionami. – Toneryzacja staje się coraz bardziej modna. A my mamy nowe lampy.

– Nie, nie. W brązie to niech mnie wykują po śmierci i postawią na cokole. Za życia wolę należeć do białej rasy.

– Za późno! – Roześmiała się w głos.

Zerknął do lustra. Miała rację. To był dokładnie ten moment i ten kolor, którego już nie należało pogłębiać. Wyglądał jak zdrowy, wysportowany mężczyzna, który właśnie wrócił z narciarskiej wyprawy skądś z wysoka, gdzie słońce świeciło bez przerwy.

Na zewnątrz okazało się, że słońce świeci też we Wrocławiu. Mroźny poranek właśnie przeradzał się w piękny, skrzący odblaskami na puszystym śniegu dzień. Andrzejewski przeciągnął się przed wejściem do solarium, aż mu zatrzeszczało w stawach. Okutani w zwoje ciepłej odzieży przechodnie zerkali podejrzliwie. A niech się walą! Był rozgrzany, wypoczęty, zrelaksowany i pełen dobrych myśli. Miał ochotę wsiąść do samochodu i pojechać do miasta na jakieś porządne, obfite śniadanie. A potem? Potem się zobaczy, co jeszcze ciekawego może przynieść ten dzień.

Mróz wzmógł się wieczorem i Marek Wójcik nie był w stanie myśleć racjonalnie. Przez cały dzień udało mu się wyżebrać jedynie kilka złotych. Jedno wino. Jedno! Co gorsza, już je wypił, noc będzie długa, a jego zacznie suszyć koło północy. Trząsł się z zimna, co nie sprzyjało skupieniu. Miał przed sobą dwa wyjścia. Zostać na ulicy i usiłować żebrać dalej. Ale po ciemku ludzie bali się obcych, każdy nagabujący, nawet w świetle latarni, mógł być agresorem i otrzymanie choć kilku groszy w takich warunkach graniczyło z cudem. Tym bardziej że dalsze przebywanie na zewnątrz groziło po prostu zamarznięciem.

Pozostawała alternatywa. Ogrzewalnia. Do schroniska dla bezdomnych nie mógł się zgłosić. Nie było tam miejsca dla ludzi, od których czuć alkohol. Można się oczywiście wykłócać, jednak wtedy udowodnią alkomatem w try miga. A podrasowany jakiś mają, jak krążyły legendy wśród sztajmesów. Trzeba dwa dni nie pić, żeby się załapać na łóżko. Można próbować brać na litość, na katolickie sumienie na przykład. Niestety, tamci są odporni. Pomocy nie odmówią, ale ograniczą ją do ogrzewalni. Najstraszniejszego miejsca dla alkoholika. Tam nie da się spać. A potworne pragnienie w cieple przypomni o sobie już w połowie nocy. Tego pragnienia nie ugasi kawa, którą tamci dają. Na pewno nie.

Wójcik ledwie mógł się ruszyć. Zdał sobie nagle sprawę, że jeszcze kilka minut na mrozie i nie dojdzie do oświetlonych jasno drzwi w budynku obok kolejowego wiaduktu. Musiał podjąć decyzję teraz.

– Proszę pana!

To do niego? Odwrócił się powoli i niezgrabnie. Bał się upaść na śliskim chodniku ledwie przysypanym piaskiem.

– Proszę pana...

Też obdartus, jak i on. No może nie aż tak obdarty, ale zarośnięty na potęgę młody człowiek chwiał się na nogach. Ciuchy miał niezłe, choć dziś już nie rozpoznasz po ubraniu, nasz czy obcy. Od kiedy Caritas i wszystkie te cywilne organizacje zajmujące się pomocą rozdają biednym używane zachodnie ubrania, to zdarza się zobaczyć bezdomnego ubranego jak minister.

– Czego?

– Czy można się tu gdzieś ogrzać? Dworzec zamknięty, bo remontują.

Oj, Młody, głupiś ty jeszcze i widać, że to twój pierwszy raz... Wójcik tylko pokiwał głową zdumiony bezdenną naiwnością tamtego.

– Masz łyka?

– Nie – zaprzeczył Młody energicznie. Jeszcze miał energię. Tyle że głupi.

– A kasę masz?

– Nie.

Wójcik westchnął. Decyzja podjęła się sama.

– To chodź za mną.

Powoli ruszył w stronę oświetlonych drzwi. Ostrożnie stawiał krok za krokiem. Dla normalnego człowieka może i nie było zbyt ślisko. Piaskiem posypali. Ale on nie mógł ryzykować złamania, a przy jego kondycji i koordynacji ruchów wystarczyłoby cokolwiek, jeden źle postawiony krok, żeby stało się nieszczęście.

– Tam się prześpimy? – zapytał Młody, wskazując budynek.

– Nie.

– A dlaczego nie idziemy do schroniska?

– Bo nas nie przyjmą.

Trzymając się kurczowo barierki, Wójcik powoli stąpał po wąskich schodach. Szlag! Nacisnąwszy klamkę, otworzył drzwi instytucji, która kojarzyła mu się z najgorszymi chwilami jego życia. Teraz jednak poczuł ulgę. Z jasnego wnętrza buchnęło ciepłe powietrze, na moment przynajmniej odganiając złe myśli.

– No proszę! – Opiekun zmiany podniósł się leniwie zza biurka przy wejściu. – Kolejni synowie marnotrawni.

Wójcik znał go. Znał wszystkich, którzy tu pracowali, i wiedział, że wszyscy są chropowaci. Nauczeni odporności, znający doskonale sztuczki bezdomnych, twardzi w obyciu. Ten jednak był szczególny – katolicki aktywista. A tacy są najgorsi – religia nakazuje im pomóc będącym w potrzebie, toteż pomagają tyle, ile stoi w regulaminie. Religia każe im jednak także nie pobłażać grzechom. Toteż nie pobłażają, ale to już wedle własnej skali upierdliwości.

– Proszę pana – zaczął Młody – czy mógłbym tu się przespać?

– Tu?! – Opiekun sprawnie nakładał na dłonie lateksowe rękawiczki. Sprawnie też przeprowadzał rewizję.

– Mogę spać choćby na ziemi...

– Radzę ci: kup sobie pokój w czterogwiazdkowym hotelu. Tam możesz spać w łóżku, możesz spać na fotelu, możesz spać w wannie, a nawet, jeśli ci przyjdzie ochota, możesz spać na podłodze. Jeśli taka twoja wola. Zapłaciłeś? Wolno ci! Ale tu... – Rosły mężczyzna pchnął Młodego w stronę ogólnej sali. – Tu możesz tylko siedzieć!

Wójcik przeszedł do śluzy na buty obok bez popychania. Z trudem, opierając się o ścianę, zdołał rozwiązać sznurowadła. Na szczęście tutaj nie zabierali „skarbów” zebranych na mieście. Wszystkie pakunki i tobołki można było zostawić razem z butami i wierzchnim okryciem. Młody gubił się co chwila, nie wiedząc, co robić. Wyraźnie bał się też człowieka w lateksowych rękawiczkach. Dla Wójcika za to nie pierwszyzna. Znał większość ludzi siedzących na ustawionych rzędami na środku krzesłach. Nie witał się jednak z nikim, bo nie było ani takiej potrzeby, ani obyczaju. Zajął miejsce w pierwszym rzędzie. Na razie, potem lepiej się przesiąść. Teraz jednak bliżej będzie do dystrybutora z gorącą kawą i do ubikacji.

Młody usiadł obok niego. Kręcił się, macał wokół i oglądał to w dół, to za siebie. I czego tu szukać? Krzesła były takie same dla wszystkich. Oparcie kończyło się w połowie pleców, przymocowana śrubami do metalowych nóg sklejka służyła za siedzisko.

– I będziemy tutaj tak siedzieć?

– A co chcesz robić? – Wójcik zerknął na swojego przypadkowego towarzysza. Dwóch meneli siedzących z tyłu właśnie obmacywało nowemu kieszenie, żeby sprawdzić, czy może jednak uda się znaleźć coś, o czym tamten zapomniał. – Ale nie mość się za bardzo.

– Czemu?

– Przyszliśmy za późno, to kolacja nas ominęła. Ale nie pozwolą nie brać kąpieli.

– Tu się mamy kąpać? W tym... – Młody rozglądał się bezradnie po odrapanej sali z oknami zabitymi na głucho grubymi deskami.

– Ty se naprawdę zamów pokój w HP Plaza.

– Ale... ale to... Normalni ludzie chyba nie wiedzą, co się tu wyrabia.

– My normalnych ludzi nie obchodzimy.

Ktoś, kto znalazł się w ogrzewalni po raz pierwszy, w żaden sposób nie mógł uwierzyć.

– Ale tu jest niewygodnie. Tutaj się nie da wytrzymać.

– Tu ma być niewygodnie. I siedź cicho!

Niestety, za późno. Jeden z dyżurnych wszedł na salę. Na szczęście nie był to aktywista. Szarpnął Młodego za kołnierz, dusząc jednocześnie kciukiem.

– Co jest? Nie podoba się? – Drugą ręką sięgnął do przypiętej do paska krótkiej pałki z twardej gumy. – Wiesz, gdzie lądują awanturnicy? – Czubkiem pałki uderzył Młodego w nos. – Doceń to, co Rzeczpospolita robi dla ciebie, śmieciu! Masz ciepło i gorącą kawę, kibel i prysznic! Doceń i dziękuj, ścierwo!

– Przestań! – W sali pojawił się opiekun aktywista. Słowa kolegi najwyraźniej nie mieściły się w jego kodeksie moralnym. Odsunął dyżurnego na bok. – A ty siad! – Chwycił Młodego i strzelił łokciem w splot.

Chłopak momentalnie stracił oddech. Zwalił się na krzesło.

– Cisza ma być!

Obaj pracownicy byli akurat odwróceni, więc ktoś z boku zaryzykował.

– Piekło! – rozległ się donośny szept.

Ten z pałką odwrócił się z uniesioną bronią. Aktywista jednak nie zwracał uwagi na obrazoburcze słowa. Palcami jednej ręki gładził skórę głowy Młodego. Powoli rozgarnął włosy nad prawym uchem.

– Co to jest? – spytał cicho, prawie bezgłośnie.

– Znamię.

– Aha. – Opiekun odwrócił się nagle i ruszył w stronę dyżurki. Wójcik widział jeszcze, jak sięgnął po coś do kieszeni.

Przeczucie, które pojawiło się w głowie Andrzejewskiego rano, po wyjściu z solarium, nie myliło go. Dzień okazał się naprawdę świetny. Szczególnie zakończenie! Kiedy na wyświetlaczu telefonu pojawiło się wywołanie od pewnego starego policjanta, natychmiast przerwał skype’owe połączenie ze swoją białostocką kochanką. No trudno! Od dziecka wiedział, że łapanie dwóch srok za ogon nie przynosi dobrego rezultatu.

– Słucham?

– Tu Różycki – rozległo się w słuchawce z lekką chrypką. Najwyraźniej pogoda za oknem nie służyła policji. – Laluś chyba odnaleziony. Trzeba przeprowadzić identyfikację i... ewentualnie... odwieźć go gdzieś.

„Laluś”. Staroświeckie określenie w ustach staroświeckiego człowieka. No tak. Policjant nie przypuszczał nawet, jak wiele mówiło o nim samym. Andrzejewski uśmiechnął się do słuchawki.

– No to proponuję, żebyśmy się tym natychmiast zajęli. Dzwoni pan z domu?

– Tak.

– To świetnie. – Mieszkali od siebie w odległości raptem kilometra. – Gdyby zaczął się pan powoli zbierać, mógłbym być po pana za trzy, cztery minuty.

– Pan chyba nie wie, jaka zima jest na zewnątrz.

– Dam radę. Do zobaczenia już na dole, na parkingu. – Andrzejewski był mistrzem w szybkim przerywaniu połączeń z ludźmi, którzy lubili ględzić i mnożyć trudności. Albo ustalać najprostszą rzecz godzinami. Dla niego samego zebranie się do wyjścia nigdy nie stanowiło problemu. Buty, kurtka z materiałów będących efektem najnowszych osiągnięć technologii przeciwwyziębieniowej, dwa obroty klucza w drzwiach. Czapkę i szalik wkładał już w windzie. Po chwili wyjeżdżał z podziemnego parkingu. Nigdy nie marnował czasu i nie bardzo rozumiał ludzi, którym wyjście zajmowało i pół godziny.

Ciekawe, co policjant miał na myśli, mówiąc: „Pan chyba nie wie, jaka zima jest na zewnątrz”? Jezdnie były odmiecione, lekko tylko przykryte naniesionym skądś białym pyłem, sygnalizacja świetlna działała bez zarzutu... Nie znał Różyckiego za dobrze. Zaczynał jednak podejrzewać, że tamten należy do wiecznych narzekaczy. „Słońce świeci – źle, bo oślepia, nie świeci – źle, bo ciemno, nic się nie dzieje – źle, bo nuda...” Na szczęście Różycki czekał już na parkingu, okutany wieloma warstwami ubrań, jakby wybierał się na Syberię. Andrzejewski zerknął na wyświetlacz zewnętrznego termometru. Minus dziesięć. No bez przesady. Pomógł policjantowi w gramoleniu się na fotel.

– Wie pan, jak jechać?

Andrzejewski zerknął na kartkę z adresem.

– Tak. – Ruszył płynnie, bez buksowania. Zimowe opony sprawowały się bez zarzutu. – Zna pan to miejsce?

– Trochę.

Różycki zsunął szalik zasłaniający mu usta. Cholera, albo był aż takim zmarzlakiem, albo typowym wrocławianinem z urodzenia. Minus dziesięć to naprawdę jeszcze nie arktyczne mrozy.

– Kiedyś przeszukiwałem schroniska dla bezdomnych bardzo często. To jest jednak dość szczególne. Nie schronisko, tylko ogrzewalnia.

– To znaczy?

– Do schronisk nie przyjmują pijanych. No, ale zostawić ich na mrozie, żeby zamarzli, też jakoś głupio. Uruchamia się więc cała społeczna hipokryzja: „Damy wam się ogrzać, jednak będzie w tym też rodzaj kary. Nie wolno się wam położyć, możecie się ogrzać wyłącznie na siedząco”.

Andrzejewski roześmiał się cicho.

– Wie pan, jeszcze nie tak dawno, kilka epok temu dosłownie, chorych na syfilis przyjmowano do szpitala pod warunkiem, że dobrowolnie poddadzą się chłoście. Wiadomo przecież, że chorobę tę nabywa się w sposób grzeszny, więc karę trzeba wymierzyć wstępnie.

– Tak samo jest i dzisiaj. – Policjant również się roześmiał. – Chorobę alkoholową usiłujemy leczyć poprzez karanie chorych. Wszakże choroba została nabyta w sposób grzeszny.

Zatrzymali się przed przejściem dla pieszych. Jakaś kobieta obrzuciła ich złym wzrokiem. Ta z kolei nie mogła być urodzoną wrocławianką. Miała na sobie minispódniczkę, cieniutkie rajstopy i, co jeszcze bardziej niedorzeczne przy tej pogodzie, lekką, obcisłą kurteczkę. Obrazu zahartowanej przyjezdnej dopełniał ogromny sportowy plecak, wypchany do granic możliwości.

– A wie pan... Podobno każdy alkoholik w końcu rzuci picie. Jednak tylko nielicznym udaje się to za życia.

– Dokładnie – zgodził się policjant. – Z tym że być może dzieje się tak w pańskich kręgach. Tam, gdzie jedziemy, jest to choroba nieuleczalna.

– Aż tak? A program wychodzenia z bezdomności?

– Dotyczy ludzi trzeźwych.

– A jakaś pomoc lekarska, terapeutyczna...

– Proszę pana... – Różycki spojrzał w bok z wyraźną kpiną. – Coś muszę panu opowiedzieć. – Przygryzł lekko wargi, powracając do wspomnień. – Kiedyś, tuż po przełomie ustrojowym w Polsce, byłem niedoświadczonym, młodym policjantem. A wie pan, jak się traktuje takiego rookie. Najgorsza sprawa, najgłupszy temat, niech zapieprza przy czymś, co i tak nie rokuje żadnych wyników.

– Niech taki nabierze szacunku dla pracy w policji?

– Tak jest. No i dostałem. Śmierć bezdomnego. Ewidentne morderstwo, i to nie takie, że pijak pijakowi łeb uciął fragmentem butelki.

– No chyba nie na tle rabunkowym? – usiłował zażartować Andrzejewski.

– Nieistotne. Nic oczywiście nie dało się zrobić. Ale weszło mi to na ambicję. Harowałem po godzinach, w soboty, niedziele, absolutnie już we własnym czasie, bo oczywiście musiałem także obsługiwać bieżące sprawy. I wie pan co?

– Stał się cud?

– Tak, prawie dokładnie po roku. Naprawdę cud i moja harówa. Dopadłem mordercę, przedstawiłem zarzuty, prokurator, sąd i pach! – Różycki spojrzał na Andrzejewskiego przez złożone dłonie, których rozcapierzone palce symulowały więzienną kratę. – Czułem się jak najlepszy szeryf na Dzikim Zachodzie. Jeszcze mi kolty dymiły, kiedy szedłem powiedzieć komuś o moim sukcesie. Powiadomić jakichś bliskich, że ten biedny człowiek został pomszczony. Że jego morderca gnije teraz w majestacie prawa!

– Nie było żadnych bliskich?

– To, że nie miał rodziny, wiedziałem już z góry. Zatem komu powiedzieć, że sprawiedliwość się dokonała? Opiekun w schronisku, gdzie ofiara mieszkała najdłużej, dawno się zmienił. Ciśnienie, pod którym się tam pracuje, sprawia, że rotacja personelu jest ogromna. No to komu? Kolegom? Jakim? Próbowałem się dopytywać, ale nikt go nie pamiętał. Większość tych, którzy mogli znać zabitego, już na cmentarzu albo gdzieś w stanie permanentnego upojenia byle czym w jakichś rurociągach, tunelach czy... a cholera wie. Rotacja w takim środowisku też ogromna, tyle że w drugą stronę.

– No nieźle.

Andrzejewski przyhamował lekko, nie chcąc dojechać za szybko do zmieniających się świateł. A jednak było ślisko. ABS zadziałał, chrobocząc pod podłogą.

– I wie pan, stałem tak bezradnie, z opuszczonymi rękami, a nikt nie chciał wysłuchać, że sprawiedliwości stało się mimo wszystko zadość. Nikogo ten facet nie interesował, nikt nie miał pojęcia, o czym ja w ogóle mówię...

Andrzejewskiemu zrobiło się żal policjanta.

– Więc niech pan nie myśli, że ktoś się nimi interesuje. Nie mają zameldowania, często nie mają dowodów osobistych, nikt o nich nie zapyta. Są niewidzialni. Jakby w ogóle nie istnieli.

– No tak, tak...

Zbliżali się do ogrzewalni. Mieli problem z zaparkowaniem w pobliżu. Odmieciony z ulic śnieg leżał teraz na chodniku i wpasowanie się pomiędzy dwa takie lodowe pagórki było cholernie trudne, szczególnie w nocy. W końcu Andrzejewski zostawił auto bezczelnie pod wiaduktem kolejowym, gdzie nie nawiało śniegu, zajmując jednak prawie trzy czwarte szerokości chodnika. W końcu był w towarzystwie policjanta. Drogówka mogła go pocałować w dupę.

Drzwi otworzył im opiekun, ten, który dzwonił do Różyckiego wcześniej. Ogrzewalnia o tej porze była już zamknięta i nie przyjmowała potrzebujących. Ktoś pewnie wychodził z pragmatycznego założenia, że skoro wyziębiony alkoholik nie zdołał do tej pory dowlec się tutaj, to albo znalazł inne miejsce, albo po prostu zamarzł. Temperatura rzeczywiście spadała szybko.

– Możemy go zobaczyć?

Opiekun poprowadził ich przez korytarz i przebieralnię aż do sali z krzesłami. Unoszący się w powietrzu duszący smród dosłownie odrzucał. Andrzejewski, który był wrażliwym i czułym na zapachy alergikiem, miał ochotę zwymiotować. Nie wiadomo, czy ludzie siedzący w rzędach, jak w jakimś surrealistycznym teatrze pozbawionym sceny, drzemali. Prawie nikt jednak nie podniósł głowy. Opiekun podszedł do pierwszego rzędu, wsunął palce w lateksowej rękawiczce pod brodę zarośniętego młodzieńca i uniósł mu głowę.

– Ten?

Różycki, zbliżywszy się, sprawdził znamię nad uchem. Andrzejewski stał przy drzwiach. Mdliło go tak, że bał się ruszyć. Musiał jednak. Z trudem przemógł się i zrobił kilka kroków, wyjmując z kieszeni kurtki aparat fotograficzny. Ktoś siedzący obok wreszcie zareagował.

– Jestem Wójcik – usłyszeli. – Miło mi poznać panów.

Nie zwracali na to uwagi. A skąd ta forma? Cóż... Obaj z Różyckim porządnie ubrani, wyglądali wśród tych obdartusów niczym kosmici z innego świata.

Andrzejewski szybko zrobił zdjęcie. Musiał się cofnąć na korytarz, gdzie powietrze było choć trochę lepsze. Wyjął kartę miniSD z aparatu i włożył do smartfona. Szybko wybrał adres poczty mejlowej i wysłał fotografię jako załącznik. Po chwili z książki telefonicznej wybrał adresata i dotknął przycisku połączenia.

– Tak? – rozległo się w słuchawce.

– Proszę sprawdzić pocztę, jeśli jest pan przy komputerze.

– Tak, jestem. – Ktoś stłumił ziewnięcie. Do Andrzejewskiego dobiegł odgłos stukania w klawisze komputera. – Znalazł go pan?

– Znamię się zgadza. Proszę zerknąć na zdjęcie twarzy.

Chwila ciszy.

– Już otwieram pocztę.

– I co? Ten?

– O Boże! Ten! Tak, to on, to nasz Maciuś!

– W takim razie jutro rano syn będzie u państwa w Warszawie. Postaram się go odwszawić i odpchlić, wypucować i sprawdzić medycznie.

– O Boże! Dziękuję panu! Dziękuję! Pan jest genialny! Wszystko zawiodło, wszystko... Tyle fałszywych alarmów, a pan... Dziękuję panu! Boże, czy on jest zdrowy?

– Żyje.

– Ja... ja... chciałbym panu tak bardzo z żoną podziękować.

– Muszę się rozłączyć. Jutro rano syn będzie w Warszawie.

Andrzejewski schował telefon do kieszeni.

– Nooo... – Różycki zadowolony uśmiechnął się szeroko. – Jak się domyślam, zarobiliśmy trochę pieniędzy.

– Nie inaczej. – Andrzejewski skinął głową. – Właśnie zarobiliśmy.

Miał przygotowane w kilku kieszeniach zwitki pieniędzy na różne okazje. Wyjął jeden, przeliczył i wręczył opiekunowi osiem banknotów stuzłotowych. Wszystko w tej operacji zostało przemyślane. Kwota nie mogła być okrągła (więc żadne pięćset ani tysiąc), żeby sprawiała wrażenie, że wynika z jakiegoś wyliczenia, a nie jest wzięta z sufitu i analizy przyszłej przydatności tego, komu się płaci. Kwota okrągła zawsze najpierw spotykała się z wdzięcznością, a potem, po przemyśleniu: „mogłem wziąć więcej” albo „Ciekawe, ile za to się bierze?” powodowała wzrost dalszych żądań i roszczeń. Kwota nie mogła być też za duża. Jeśli ktoś okazywał się nikim, musiał wziąć „nic” i znowu przyczyną była tylko i wyłącznie chęć uniknięcia roszczeń w przyszłości.

Co innego Różycki. Ten był oficerem i w żadnym wypadku nie wolno takiemu zapłacić w korytarzu. Swoje czterdzieści siedem tysięcy sześćset złotych odbierze przy kawie i koniaku, w miłej atmosferze. Był kimś, a nie nikim, i należał mu się szacunek. Lecz wysokość wynagrodzenia również nie zależała od jakiegoś wyliczenia, ale stanowiła pewien psychologiczny trick. Ciekawe, że szczegółu tego nie znają autorzy powieści kryminalnych, każąc płacić swoim bohaterom równe kwoty – woleli powielać hollywoodzkie scenariusze, też pisane przez ludzi, którzy nigdy tego naprawdę w życiu nie robili.

Policjant wyprowadzał właśnie niezbyt przytomnego, zarośniętego chłopaka, który okazał się zaginionym dzieckiem bogatych rodziców. Tuż za nimi, z sali, gdzie ustawiono krzesła, wytoczył się obszarpany mężczyzna o błędnym wzroku.

– Jestem Wójcik – powtórzył swoją ostatnią kwestię. – Poratujesz, bracie?

Ponieważ nie był oficerem, który mógł się jeszcze cholernie przydać, ani nawet opiekunem ogrzewalni, jego honorarium wyniosło jedynie dziesięć złotych. A banknot pochodził ze zwitka o wdzięcznej nazwie „masz i odwal się”.

Wójcik siedział, chwiejąc się w przód i w tył, na twardej sklejce. Nie spowodowała tego choroba sieroca bynajmniej, nawet wieloletnia samotność nie wywoływała u niego podobnego stanu. Po prostu starał się nie zasnąć. Bez przerwy zaciskał dłoń na swoim skarbie, dziesięciozłotowym banknocie. Zastanawiał się, czy którykolwiek z lumpów obecnych na sali widział, jak elegancko ubrany mężczyzna daje mu pieniądze.

Inna, być może nawet bardziej paląca kwestia też nie dawała mu spokoju. Co powinien teraz zrobić? Nadrzędnym nakazem, którego dyrektywy wykonawcze mózg wysyłał do wszystkich innych organów ciała, było: natychmiast się napić. Druga część świadomości ostrzegała: wyjście teraz to ogromne niebezpieczeństwo. Przecież nawet jeśli zdoła dotrzeć do nocnego i kupić sobie wino, to gdzie się podzieje, żeby je wypić? Zginie marnie na wygwizdowie. No ale... umrze w chwili, kiedy bestia będzie syta! – podpowiadała ta część mózgu, którą we władaniu miały żądze. Pić, pić... Wyjść trzeba rano. Coś zjeść. Będzie cieplej, wtedy kupi się wino i doczeka do wieczora, mając w kieszeni następną butelkę. „Akurat – kpiła mroczna strona – i tak rano kupisz dwa wina. Uwalisz się i umrzesz równie szybko jak w nocy”. Nie! Drugą butelkę będzie trzymał nietkniętą do wieczora! Nie uda się, nie uda...

– A ty gdzie idziesz?

Ostry głos dyżurnego wstrząsnął Wójcikiem i chyba obudził z jakiejś maligny. Stał tuż przed drzwiami przebieralni. Właśnie sięgał po swoje rzeczy. Potrząsnął głową. Robił coś w półśnie? Spanikowany zerknął na zaciśniętą pięść. Na szczęście banknot dziesięciozłotowy tkwił na swoim miejscu.

– No gdzie idziesz, pytam?

– Wychodzę. – Wójcik wcale nie podjął takiej decyzji. Ona podjęła się sama.

Ubierał się powoli, systematycznie zapinając wszystkie guziki. Dyżurny wzruszył ramionami. Nie mógł nie wypuścić starego. To przecież nie więzienie.

– Wiesz o tym, że nie będziesz już mógł tu wrócić dzisiaj?

Wójcik ponuro przytaknął. Decyzja nie dość, że podjęła się sama, to jeszcze sama się realizowała. Na to, czego chciała bestia, nie miał żadnego wpływu. Jeszcze tylko czapka, wielkie, jednopalcowe rękawice. Przez ramię przewiesił płócienną torbę.

– Idź i niech cię szlag trafi! – Dyżurny zamknął za nim drzwi. – Dureń!

Lekki śnieżek, który musiał niedawno zacząć prószyć, nie pokrył jeszcze odmiecionych chodników, ale Wójcik wiedział, że droga do najbliższego nocnego i tak nie będzie łatwa. Telepało nim mocno i każdy krok stawał się coraz mniej pewny. Dramatycznie potrzebował alkoholu. W ruchu utrzymywała go właściwie tylko ta jedna myśl. Pierwszy łyk! Ten krztuszący, obleśnie słodki, mocny... Odurzający zapach, charakterystyczny smak. Potem drugi łyk i trzeci. To spojrzenie na wszystko wokół, już inne niż dosłownie przed chwilą, i spokój rozlewający się po całym organizmie.

Nie wiedział, jak daleko zaszedł, kiedy zobaczył zbliżający się z naprzeciwka samochód. Auto lśniło w świetle latarni, myląc wzrok ruchomymi odblaskami. Odwrócił głowę, by zobaczyć, jak zawraca, przecinając podwójną ciągłą. Co, cholera? Rozejrzał się wokół. Był jedynym przechodniem i trudno się dziwić, zważywszy na pogodę oraz porę nocy. Limuzyna prawie bezszelestnie zbliżyła się do krawężnika, a potem zatrzymała kilka metrów przed Wójcikiem. Kobieta, która wysiadła z auta, była ubrana elegancko, lecz zaskakująco lekko, jak na panującą na zewnątrz temperaturę. Jednak najciekawszym szczegółem jej stroju okazały się wysokie obcasy. Nawet Wójcik, choć myślał zupełnie o czym innym, pokręcił głową. Wysokie obcasy na śniegu i lodzie. Dobre.

– Przepraszam pana! – Kobieta ruszyła w jego stronę.

O Boże! Będzie zawracać mu głowę, pytać o drogę, żalić się, że nie może trafić... Nie. Nie miał najmniejszej ochoty na dyskusję z wymuskaną paniusią. Zresztą damskie powaby dawno już przestały na niego działać. Chciał się napić... Zaraz! Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. A ona...? Nie boi się?

– Proszę pana! – Piękna kobieta była coraz bliżej. Z powodu obcasów siłą rzeczy musiała stawiać drobne kroczki. – Czy mogę panu jakoś pomóc?

Aha! Nagłe olśnienie. Sumienie ruszyło, co? Piękny, cieplutki samochodzik, letnie, wykwintne ciuszki, z imprezy na raut i znowu na przyjęcie, a tu nagle... jakiś wymarznięty obdartus wlokący się bez celu w środku nocy. Sumienie.

Nie, wcale nie przyszło mu na myśl, jaką by tu historyjkę ze swojego repertuaru powtórzyć, żeby wyciągnąć od damulki trochę pieniędzy. Wójcik od dawna nie był istotą racjonalną. A bestia również nie zastanawiała się nad przyszłością. Tylko tu i teraz. A tu i teraz Wójcik przecież miał już cel i środki na jego realizację. Musiał dotrzeć do nocnego, potem stanąć gdzieś w cieniu, z dala od latarni, i... Kobieta jawiła się teraz tylko przeszkodą.

– Czy mogę jakoś pomóc? – Zatrzymała się tuż przed nim.

„A idź w cholerę!” – chciał powiedzieć, ale nie zdążył, bo podczas próby ominięcia przeszkody pośliznął się i o mało nie upadł. Podtrzymała go. Miała niesamowitą siłę i refleks.

– Oj, osmarkał się pan... – Otworzyła elegancką torebkę i wyjęła staromodną, płócienną chusteczkę. Kto jeszcze takich używał? – Wytrę panu.

Przyłożyła chusteczkę do nosa Wójcika.

– No! Niech pan dmuchnie.

Posłusznie, żeby mieć to z głowy, wciągnął powietrze ustami, a potem dmuchnął z całej siły.

– Doskonale! – Kobieta schowała chusteczkę z powrotem do torebki i wyciągnęła następną. – No, jeszcze raz i będziemy to mieli z głowy. No proszę!

Co jest, do cholery? Szarpnął się niezgrabnie. Co ona robi? Trzymała go jednak mocno. Puszczaj, babo! Wziął wdech, wysmarkał się i chciał ruszyć dalej. Powinno się udać, bo kobieta zdecydowanie zluzowała chwyt. Ale...

Nie czuł swojej twarzy. Nie, nie zamarzła. Właściwie to było przyjemne uczucie. Nie czuł twarzy. Lekko kręciło mu się w głowie. Wszystko wokół stawało się piękne i przyjazne. Powróciły strzępki uczuć z dawno zapomnianego dzieciństwa. Kolory i zapachy... Zobojętniał trochę, a trochę w pewnym sensie wpadł w euforię. Nawet nie chciało mu się iść dalej do nocnego. A przecież nie można pokonać bestii. Niczym.

– Nie można pokonać pragnienia... – to powiedział na głos.

– Można. – Kobieta uśmiechnęła się szeroko. – Czymś znacznie silniejszym niż wóda.

Łagodnie objęła go i zaprowadziła do samochodu. Tam posadziła na tylnej kanapie i skrupulatnie przypięła pasami. Euforia unosiła Wójcika gdzieś do odległych krain nirwany. Nie czuł nawet, że samochód ruszył ostro.

Znalezienie małej, przytulnej knajpki, gdzie nikt nie wsadza nosa w cudze sprawy, nie jest w Warszawie rzeczą łatwą. Dlatego też Richter zdecydował się na barek w jednym z luksusowych hoteli. I on, i Andrzejewski mieli na sobie garnitury, mogli więc udawać biznesmenów w podróży. Nie żeby mieli coś tajnego do omówienia, obaj jednak lubili podczas rozmowy idealny spokój.

– Dzisiaj jeszcze chcesz wracać do Wrocławia?

– Tak. Nie lubię nocować w stolicy.

– A nie zamierzasz wyrwać się na chwilę do Białegostoku? Tam chyba mieszka twoja ostatnia kobieta?

– Wyrwę się. – Na twarzy Andrzejewskiego pojawił się szeroki uśmiech. – Jak przyjdzie lato albo w Białymstoku wybudują lotnisko. Nie cierpię jeździć po ośnieżonych drogach.

Richter skinął na barmana. Ten błyskawicznie napełnił dwa ogromne kieliszki. Po chwili obaj zaczęli ogrzewać je dłońmi.

– Nie chcę ci kadzić, ale co zwrócę się do ciebie z jakąś sprawą, to po kilku dniach mam ją z głowy. Wszystko załatwione, ja nie muszę o niczym pamiętać, niczym się martwić. Działasz na zasadzie: „Zlecić tobie i zapomnieć – jutro będą wyniki”.

– Przesadzasz. Chociaż miło mi.

– Nie przesadzam. Przenieś się do Warszawy. Jako moja prawa ręka.

– Tym razem mi pochlebiasz.

Andrzejewski upił łyk koniaku. Sięgnął po filiżankę z kawą i zrobił rzecz absolutnie zakazaną przez koneserów. Popił koniak gorącą, prawie wrzącą kawą. W towarzystwie mogliby go wziąć za parweniusza, ale miał to gdzieś. Uwielbiał charakterystyczne mocne pieczenie w ustach i moment, kiedy w kącikach oczu pojawiają się łzy.

– Widzisz... – podjął, odstawiając filiżankę – problem w tym, że we Wrocławiu znam całe otoczenie. Znając Wrocław, mogę się poruszać praktycznie po całym dolnośląskim. Tutaj natomiast czułbym się jak rozbitek na morzu.

– A ja nie w sensie, żebyś pracował w stolicy jako prywatny detektyw. Wolałbym cię wiedzieć w charakterze mojej prawej ręki.

Andrzejewski uśmiechnął się znowu. Nie bardzo wiedział, co jego rozmówca ma na myśli, ale i nie zamierzał wnikać. Podobało mu się tak, jak jest.

– Naprawdę doceniam. Jestem jednak urodzonym freelancerem. – Wziął do ust kolejny łyk koniaku, potem popił kawą. Niestety, nie była już taka gorąca jak na początku. – Wolny strzelec. Tylko ta profesja mnie podnieca.

Richter uniósł swój kieliszek.

– Pozwól, że będę sukcesywnie ponawiał swoją propozycję. – Opróżnił kieliszek jednym haustem. – W takim razie powróćmy na chwilę do tej sprawy.

– Myślałem, że jest zakończona.

– Obawiam się, że nie – odparł Richter, akcentując słowa „obawiam się”. – No, teoretyczne jest skończona, oczywiście. Chłopak odnaleziony, honoraria przelane na nasze konta, wszystko gra.

Andrzejewski znał Richtera od lat. Popatrzył uważnie na jego twarz.

– Kłopoty?

– Owszem. Choć to może złe określenie. Coś się będzie jednak działo w związku z tą sprawą.

– Możesz jaśniej?

Richter milczał długo, rozkoszując się aromatem kawy. Wreszcie podjął:

– Widzisz, matka chłopca jest w szoku. Zleciła sprawę różnym służbom, nie tylko policji.

– Jest aż tak władna?

– Tak. To ona rządzi w rodzinie. Typowa polska toksyczna matka, działa tak, jakby zniszczenie życia syna i męża było jej podstawowym celem.

Andrzejewski zakpił lekko:

– Oczywiście dla dobra obu?

– Oczywiście. Klasyczna korporacyjna sucz, która zaszła wysoko. Ale zaskoczyło ją to, co się stało. Niby nic, rozwydrzony synalek ucieka do Wrocławia, z którego się przenieśli, gdy ona awansowała, zabiera z konta ogromną sumę i... I co? Służby szaleją, policja ma tysiące hipotez: porwanie, ucieczka za granicę, kryjówka w luksusowym odosobnieniu, mafia, obcy wywiad... Setki agentów, miesiące poszukiwań. I nic. A tu nagle wynajęty człowiek odnajduje poszukiwane dziecko w kilka dni. Bo zgodnie z jego hipotezą młodego uciekiniera okradziono już pierwszego dnia do zera, a on, zamiast wrócić do mamusi z płaczem, na kolanach, pokazał, że ma honor. Stoczył się, ale nie wrócił. Nikt poza tobą tego nie przewidział.

– A jak to się ma do ewentualnego dalszego ciągu sprawy?

– Ona jest naprawdę władna – powiedział cicho Richter, dając znak barmanowi, żeby znowu napełnił kieliszki. – Cała puszczona w ruch machina zawiodła, a pojedynczy wolny strzelec podał rozwiązanie na złotej tacy w kilka dni. Co więc zawiodło w planie tej kobiety?

– Rozumiem. – Andrzejewski zamilkł na chwilę i odchylił się na oparcie, żeby kelner mógł ich obsłużyć. – Jako typowa toksyczna mamusia mająca zawsze rację i równie typowa korporacyjna sucz chce się dowiedzieć, czyją głowę należy teraz uciąć?

– Dokładnie.

– A kto jej wskaże winnego, kupi siekierę oraz złotą tacę i chlaśnie kogo trzeba?

Richter zaczął się śmiać. Wbrew temu, co mówił o kłopotach, wyglądał na bardzo zadowolonego z przebiegu całego dnia. A właściwie doby.

– A do kogo ona ma teraz zaufanie pod względem profesjonalizmu? Kto jako jedyny spełnił jej oczekiwania? – Śmiał się tak, że musiał rozluźnić krawat. – Jedynym takim człowiekiem jesteś przecież ty! Tylko i wyłącznie ty.

Teraz roześmiał się i Andrzejewski.

– No nie mów mi tylko, że mam węszyć w różnych służbach. I do tego w Warszawie.

– Nie, nie, nie. – Richter ściszył głos i nachylił się do przyjaciela: – Nie wiem dokładnie, ale tam się stało coś złego.

– Gdzie?

– Wiesz, jak to jest. Po twoim sukcesie służby zainteresowały się, dlaczego im się jednak nie udało. Zaczęły węszyć dookoła i odkryły coś, czego chyba nie powinny odkryć.

Obaj bez słowa wypili koniak. Atmosfera zgęstniała.

– No ładnie... – mruknął po chwili Andrzejewski.

– Czy podać coś jeszcze? – Z boku pojawił się barman.

– Wodę mineralną.

– Z gazem czy bez?

– Bez.

Richter powoli, samymi opuszkami palców obracał swój pusty kieliszek.

– Chyba odkryli coś bardzo niepokojącego. Albo przynajmniej bardzo dziwnego. – Najwyraźniej nie znał żadnych szczegółów. Choć można było mieć pewność, że prędzej czy później się dowie. Byle nie za późno. – A w dodatku mam wrażenie, że ta toksyczna mamusia naprawdę nas w to wplącze.

– No cóż... – Andrzejewski zdecydowanie nie należał do ludzi mnożących trudności. Nie lubił też przewidywać wszelkich możliwych nieszczęść, które mogły go spotkać. Hołdował zasadzie: „Najważniejsze jest tu i teraz. Cała reszta to tylko wyobraźnia”. – Trzeba więc będzie zajrzeć bestii w oczy. Jak mus, to mus.

 

ROZDZIAŁ 2

Marczuk tkwił na swoim stanowisku bojowym na parkingu pod Halą Targową. Nie było to dobre miejsce na uprawianie żebractwa. Tu pracowali zazwyczaj ludzie lepiej ubrani i bardziej wymowni. Oszuści, a nie żebracy. Oni atakowali od razu pełnym tekstem: „Proszę pana, odwoziłem rodzącą żonę do szpitala, na moment, na chwilę tylko, wszedłem na górę, a tu okradziono mój samochód ze wszystkiego. Dokumenty, papiery, pieniądze, dosłownie wszystko. Mam papier z policji i protokół, że mnie okradziono, mogę pokazać. A potrzebuję jedynie siedemnastu litrów benzyny. Siedemnastu... (tak, tak, oni dobrze znali magię liczb, które nie zostały zaokrąglone). Ja potrafię przelać z baku do baku albo może mi pan kupić na stacji...”. Akurat. Chcieli gotówki i wiedzieli, że nikt nie będzie się fatygował z nimi na stację.

Z drugiej strony parking przy Hali Targowej miał swoje plusy. Mając pod nosem Ostrów Tumski ze wszystkimi jego kościołami, nie docierali tu żebracy pracujący metodą na wzbudzanie wyrzutów sumienia. „I w tej sytuacji pozostało mi tylko zdać się na boskie miłosierdzie i ludzką litość...”

Sam Marczuk pracował zupełnie inaczej. Każdy żebrak jest po trosze psychologiem i wie, że nikt nie odmawia jałmużny na zasadzie: nie dam ci, bo nie chcę. Większość ludzi wymyśla mniej lub bardziej głupie usprawiedliwienia odmowy. To czysty odruch. „No, niestety, nie mam drobnych”. Ha, ha...

Marczuk atakował na parkingu, kiedy kierowcy kupowali w automacie bilety parkingowe. Bardzo trudno jest powiedzieć komuś, kto stoi z garścią moniaków, wrzucając je kolejno do otworu w maszynie: „Niestety, nie mam drobnych”. Wręcz głupio powiedzieć coś takiego, a na wymyślenie lepszego usprawiedliwienia nie ma czasu. Żebrak zawsze działa z zaskoczenia.

Oczywiście zdarzają się ideowcy, którzy rzucą z pogardą: „Nigdy nie daję na alkohol!”. Ale poza nieliczną grupką prawdziwych twardzieli na nich też robi wrażenie tekst: „Ja nie chcę żadnych pieniędzy. Tu obok sprzedają gorące frytki, proszę mi kupić małą porcję. Małą! I tak mam ściśnięty żołądek, bo nic nie jadłem”. Nikomu nie chce się chodzić i nikt się nie przyzna, że prawdziwym powodem, dla którego nie kupią frytek, jest fakt, że wstydzą się pokazywać w towarzystwie obszarpańca. Z reguły rzucą jakąś monetę.

Zdecydowanie opanowanie parkingu przy Hali było dobrym pomysłem, ruch duży, automaty wiecznie głodne drobnych i samo targowisko w środku, produkujące te drobne w kieszeniach kierowców. Szczególnie teraz, na początku kwietnia, kiedy w powietrzu już czuć wiosnę. W zimie ciężko prowadzić żebracze prace żniwne. Noc zapada szybko, a po ciemku ludzie boją się obcych nagabywaczy. Co innego teraz – z każdym dniem było coraz dłużej jasno.

Marczuk zaczaił się właśnie za dużym samochodem dostawczym. Uważnie obserwował otoczenie. Nie musiał się nawet wysilać. Tuż obok zaparkował wielki mercedes. Cofnął głowę, żeby zawczasu nikt go nie zauważył. Trzask otwieranych drzwi, chwila ciszy i stukot obcasów na bruku. Kobieta! Fatalnie, kobiety w luksusowych samochodach są z reguły wredne i zajadłe. No ale trudno, musiał spróbować, bo po porannym winku nic nie miał w ustach i zaczynało go porządnie suszyć. Odczekał odpowiednio długą chwilę, potem wyłonił się zza dostawczaka i podszedł do automatu z biletami.

– Nic nie jadłem od wczoraj – zaczął od samej prawdy i tylko prawdy. – Słaniam się z głodu. – Wyciągnął rękę. – A tu obok sprzedają ciepłe...

– Dam panu pieniądze – przerwała mu i wprawiła w osłupienie. – Już, sekundę. Tylko zapłacę za bilet.

Przyglądał się kobiecie podejrzliwie. Nie miała miny w stylu: „Spadaj, ścierwo!”, wprost przeciwnie. Jej twarz, kiedy zerknęła w bok, wyrażała jakby... zrozumienie? Kobieta odwróciła się do niego przodem. Wyglądała bardzo młodo. Mogła mieć jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat, była zadbana i elegancka. A przede wszystkim miła.

– Już, momencik, szukam pieniędzy dla pana. – Otworzyła przepastną torebkę z wykwintnej skóry.

Marczuk zaczął nawijać o swojej niedoli, ale jakoś tak bez przekonania. To nie on ją, tylko ona jego zaskoczyła swoim zachowaniem. Popatrzyła na niego porozumiewawczo. Przerwał, przyglądając się z zaciekawieniem, ile cudów może kryć damska torebka. Istna kopalnia.

– Ale się pan przeziębił – powiedziała nagle. – Aż cieknie panu z nosa.

– Eeee tam. – Wytarł nos rękawem. – Mam gorsze różne...

– No niech się pan nie wygłupia. Dostanie pan zapalenia płuc. – Wyjęła z torebki małą białą buteleczkę. – To krople do nosa. Niech pan sobie zapuści.

– Eeee, nieee. Nie potrzeba.

– Oj, taki duży chłopczyk, a boi się, że krople zapieką. Tak?

Nie zdążył się cofnąć, kiedy kobieta, zsuwając uchwyt torebki na zgięcie łokcia, łagodnie chwyciła go za kark i zbliżyła do nosa buteleczkę. Mocno ścisnęła plastik, aerozol dostał się do prawej dziurki.

– I jeszcze lewa. – Powtórzyła zabieg z drugiej strony.

– Aua... – Cofnął się zaskoczony.

– Co? Zabolało? – W dłoni kobiety pojawił się dwudziestozłotowy banknot. – W jednej części czy wolisz w drobnych? – zapytała, ruszając w stronę samochodu.

– Może być w całości. – Marczuk przełknął ślinę podniecony nagle. Ruszył za nią szybko, żeby tylko się nie rozmyśliła. – Może być, jak pani chce! Mnie wszystko jedno!

Otworzyła tylne drzwi mercedesa. Rozejrzała się bardzo uważnie. Najwyraźniej przechodnie się nie liczyli, a na parkingu o tej porze były może ze trzy osoby. Każda z nich zajęta swoimi sprawami.

– Wsiądź – powiedziała beznamiętnie.

Marczuk nie czuł swojej twarzy. Coś niesamowitego działo się w jego wnętrzu. Zupełnie nagle wszystko wokół wydało się w porządku, świat był sprzyjający, a ludzie... kochani. Usiadł na skórzanej, miękkiej kanapie zadowolony z życia jak nigdy dotąd.

Kobieta zamknęła drzwi.

„Pani Beata”, jak mówił o niej przez telefon Richter, okazała się prześliczną kobietą w wieku jakichś trzydziestu kilku lat. Cieniuteńkie jak mgła dżinsy nie miały żadnych kieszeni, żeby nic nie kancerowało widoku kuszących krągłości w odpowiednich miejscach. Luźna bluzka miała tak szeroki otwór na głowę, że opadała zawsze, odsłaniając jedno ramię i ramiączko sportowego stanika. Najlepsza jednak okazała się fryzura – ostry irokez, ale bez stawiania włosów na sztorc, te zwisały z tyłu w formie krótkiego, grubego warkocza z wielką kokardą. Ostry był też makijaż sugerujący, że kobieta, która tak się maluje, jest zadziorna, twarda i zdecydowana. Uczyniła kilka kroków, głośno stukając obcasami.

– Bader. – Wyciągnęła rękę do Andrzejewskiego w męskim geście.

– Meinhof – odpowiedział odruchowo, podając jej dłoń.

Zrobiła zdziwioną minę. Najwyraźniej nie należała już do pokolenia, które pamiętało grupę terrorystyczną nazywaną Frakcją Czerwonej Armii Baader-Meinhof. A i on się wygłupił idiotycznym skojarzeniem.

– Niech mnie pan posłucha, Meinhof...

Miała piękny, niski głos. Wręcz hipnotyzujący.

– Mhm?

– Mam do pana prośbę. Mamy współpracować i siłą rzeczy będziemy się często spotykać, być może nawet trzeba będzie gdzieś razem wyjechać.

– A w czym mógłbym pomóc?

– W miejscach publicznych proszę się nie zbliżać do mnie bardziej niż na długość ramienia. – Wyciągnęła ramię w kierunku Andrzejewskiego. Dłoń zamarła w geście „stop”. – Rozumie pan?

– Rozumiem – przytaknął. – A w miejscach niepublicznych?

– W miejscach niepublicznych proszę się w ogóle do mnie nie zbliżać.

Patrzył na nią lekko zdziwiony. Nie zamierzała wprawiać go w konfuzję, szybko wyjaśniła:

– Jestem po prostu krótko trzymana. Mąż nie toleruje żadnych innych mężczyzn w moim pobliżu.

Andrzejewskiego zatkało.

– Obserwuje nas?

– Nie, skąd. Ma do mnie pełne zaufanie, którego jednak nie mogę nadużyć. Muszę się meldować co chwilę przez Twittera, wie więc, gdzie jestem, z kim i co robię. Muszę przecież wykonywać swoją pracę i niemożliwe byłoby, gdyby mnie śledził. Ale jestem naprawdę bardzo krótko trzymana i z góry uprzedzam, że pragnę uniknąć jakichkolwiek dwuznaczności.

Andrzejewski przełknął ślinę. Zerknął w bok, na witrynę baru, w którym się umówili.

– Czy jeśli teraz otworzę przed panią drzwi i, trzymając je ciągle za klamkę, przepuszczę panią przodem, to będzie złamanie zasady przestrzeni prywatnej?

– Jestem nowoczesna i możemy sobie darować staroświeckie rytuały. – Sama nacisnęła klamkę i weszła do „Blue Baru” pierwsza.

Zrozumiał, że wszelkie próby odsunięcia jej krzesła czy usłużenia przy siadaniu również będą nie na miejscu. Kiedy zajęli stolik, rzeczywiście podstawową rzeczą, jaką zrobiła, było wyjęcie smartfona i wysłanie tweeta do męża. GPS natychmiast potwierdził tożsamość miejsca, gdzie się znajdowali. Po chwili zaskoczyła go jeszcze bardziej.

– Pomylił się pan – powiedziała. – We Frakcji Czerwonej Armii Baader właśnie to mężczyzna. Andreas Baader. Natomiast Ulrike Meinhof była kobietą. Przestawił nam pan role.

Uśmiechnął się. A jednak była czujna. I inteligentna.

– A może przyjdziemy na ty?

Sekunda zastanowienia.

– Mamy współpracować, tak. Tak, to rozsądne. – Wyciągnęła dłoń ponad stołem. – Beata.

– Krzysiek.

Podali sobie ręce po raz drugi. Ha, kiedy zapomniała o narzuconej sobie roli, podawała dłoń jak kobieta. Na miękko. Ale też nie na zupełną galaretę, czego nie cierpiał. Nie mógł tej dziewczyny jeszcze rozgryźć. Inteligentna, twarda i zdecydowana, a jednocześnie dawała się „bardzo krótko trzymać”, wedle jej własnych słów. Masochistka czy co?

– Posłuchaj – od razu przystąpiła do rzeczy. – Richter kazał nam...

– Przepraszam, że wejdę ci w słowo. – Uśmiechnął się wymuszenie. – Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Pan Richter nie może mi nic kazać.

Westchnęła, a właściwie wciągnęła powietrze do płuc, patrząc na Andrzejewskiego uważnie. Coś zrozumiała. Na pewno to, że on nie da się traktować instrumentalnie. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Bardzo pięknego zresztą.

– Przepraszam. Powiemy... – zawiesiła głos, nie wiedząc, jak dobrać odpowiednie słowa. – Powiemy sobie coś o sobie? – Tym razem uśmiech był już pełny i olśniewający.

– OK.

– Zaczniesz?

Skinął głową.

– Jestem wolnym strzelcem z urodzenia. Nigdy i pod żadnym pozorem z nikim się nie wiążę, nigdy nie podjąłem stałej pracy, nigdy nie byłem niczyim podwładnym. „Soldier of fortune”, „dog of war”, ale najlepsze określenie to „freelancer”. Mogę wykonać czyjś rozkaz tylko wtedy, jeśli się wcześniej umówimy, tak jak najemnik w oddziale wojskowym. Na ściśle określonych warunkach. Najzdrowiej i najfajniej w życiu jest, jeśli wszystko, co nas dotyczy, jest realizowane na zasadach kupieckiej umowy.

– To podejście do sprawy akurat bardzo mi się podoba.

– Jesteśmy więc podobni do siebie.

Znowu posłała promienny uśmiech. Ciekawe. Przecież musiała być w pełni świadoma, jak działa na mężczyzn.

– I utrzymujesz się jako prywatny detektyw?

– Nie. Przede wszystkim nie lubię tego określenia. Freelancer, facet, który przyjmuje zlecenia, a nie prywatny detektyw. Poza panem Richterem z urzędu skarbowego dostaję czasem jakieś drobiazgi z MSZ-etu, bo tam też kilku znajomych wie, że jeśli ja coś zacznę załatwiać, to nic nie wypłynie na wierzch. Mam szerokie wykształcenie, mogę dorzucać do domowego budżetu, wykładając na różnych uczelniach albo pisząc artykuły do gazet. Różnie.

– Richter pracuje dla urzędu skarbowego? – Zmarszczyła brwi.

– A nie, nie, źle mnie zrozumiałaś. On jest bardzo podobny do mnie, w pewnym sensie jest moim odpowiednikiem na wyższym szczeblu. – Uśmiechnął się szeroko. – A stała pensja jest zawsze mile widziana. No i koneksje. Informacje, które stamtąd ma... W każdym razie nie zwerbował cię jako urzędnik państwowy.

– A kobiety? W twoim życiu, oczywiście.

– A tu wielki wstyd i konfuzja. – Zabawnie przygryzł wargi, opuszczając teatralnie wzrok.

– Traktujesz je przedmiotowo, tak?

Skinął głową.

– Nigdy się nie zakochałeś?

– Oj, no tam... Czasem coś poczułem, ale nie żeby się wiązać.

Westchnęła.

– Cholera, byłeś szczery i w związku z tym ja też będę musiała odpowiedzieć szczerze.

Miała swoje zasady. Wielki plus. Takie kobiety cenił.

– Nie wszedłem w analizę siebie zbyt głęboko. Ty też nie musisz.

Posłała mu porozumiewawcze spojrzenie. Doceniła tę uwagę. Po co miała się spowiadać na pierwszym spotkaniu. Wiedziała, że Andrzejewskiego paliła ciekawość, lecz umiał ją powstrzymywać. Miał przecież pewność, że dowie się o niej o wiele więcej podczas wspólnej pracy.

– Przyjechałam z misji z Afganistanu – zaczęła i zaraz wzniosła oczy ku sufitowi. – Czemu tak patrzysz?

– No... – dał się złapać. – Bo...

– Czy ja naprawdę wyglądam jak Rambo?

– No, jak on to nie. Ale taką Larę Croft już przypominasz.

– Och, ci mężczyźni... W żaden sposób nie wytłumaczysz im, że nie ma na świecie smukłych, powabnych kobiet z dużym biustem, które strzelają z ciężkich karabinów maszynowych. Jeśli są smukłe, powabne i mają duży biust, nie muszą z niczego strzelać. Mężczyźni sami podadzą im na tacy to, czego będą potrzebowały.

Roześmiał się. Celna riposta.

– Nie wiem, czemu wszyscy od razu widzą we mnie komandosa – podjęła po chwili. – To mój mąż jest żołnierzem i to on załatwił mi pracę na misji. Jestem lekarzem.

– Chirurgiem?

– No pewnie, wojna, Afganistan, lekarz... Po zsumowaniu musi być przecież chirurgiem. – Śmiała się, ukazując górne dziąsła. – No, niestety, nie czołgam się jak Marusia w bitewnym pyle i nie wyłuskuję palcami kul z ran żołnierzy. Jestem psychiatrą z wykształcenia, a ze specjalizacji psychologiem. Żołnierzy nie tnę więc skalpelem, tylko czule przytulam, głaszcząc po główce, i zapewniam, że mamusia o nich pamięta.

Odpowiedział jej uśmiechem.

– I mąż na to pozwala? Na to tulenie?

Dała się złapać. Nagle oboje dokładnie w tym samym momencie poczuli do siebie sympatię. No ciekawe...

– Dobra, tulę wyłącznie mentalnie. – Spojrzała na niego, po raz pierwszy chyba z dużym zainteresowaniem. – Co? Łapiesz się na odczuciu, że psychiatrów i wariatów tak w zasadzie nic od siebie nie różni?

– Różni. Psychiatrzy o piętnastej trzydzieści idą do domu, a wariaci zostają w szpitalu.

– Hm, tak. – Kiwnęła głową. – W każdym razie moje wykształcenie nie ma nic wspólnego ze sprawą, której mamy się przyjrzeć.

– A co ma?

– Pewna moja cecha, która ujawniła się w Afganistanie. Stała się zresztą dość głośna w bardzo wąskim gronie ścisłych specjalistów. I pewnie dlatego Richter o mnie usłyszał.

– Usłyszał i poprosił o współpracę?

– Tak jest. A warunki, które zaproponował, chyba znasz. Wiesz, że trudno mu odmówić.

– Tak, wiem. Co to za cecha?

Przekrzywiła głowę, robiąc tajemniczą minę.

– Mam ci na razie nie mówić, żeby nie wpłynąć na twój ogląd całości. Mogę powiedzieć dopiero wtedy, kiedy uznam, że przyda się to do rozwiązania sprawy.

Nie mogła go bardziej zaciekawić. Nie mogła też tego wymyślić, ale dotąd nie podejrzewał Richtera o takie operetkowe zagrania. Ciekawe, naprawdę fascynujące.

– No dobrze. Powiedz mi więc coś o samej sprawie.

– OK, już. – Wyjęła z torebki swój smartfon. – Tylko powiadomię męża, o czym mówimy. I niech dostanie sygnał, że ciągle jestem w tym samym miejscu.

– Piszesz mu nawet o tym, o czym rozmawiamy? On jest aż taki zazdrosny?

– Bardzo. A ja naprawdę jestem trzymana na krótkiej smyczy.

Subotkin należał do elity. Działał na placu Solnym, ale nie wśród „parkingowców”, podpitej bandy pilnującej miejsc postojowych, usłużnie wskazującej kierowcom wolne, doglądającej samochodów, żeby nikt ich nie zarysował, i takie tam. To za niskie progi dla niego. Nie należał też do „kwiaciarzy”, czyli ludzi czyhających na selekcję kwiatów przeprowadzaną przez straganiarzy. Solny był drogim miejscem i towar musiał być najlepszej jakości. Mimo starań właścicieli kwiaciarni łachmaniarzom zawsze udało się przejąć pewną partię podwiędłego towaru, który utylizowali handlarze, i ruszyć na łowy. Najczęściej wręczali kwiatki jakiemuś dziecku prowadzonemu za rękę przez ojca i atakowali tekstem: „Przepraszam, pańska córka kupiła u mnie kwiaty”. Metoda dość skuteczna, jeśli oczywiście nie usłyszało się w odpowiedzi: „Jeśli kupiła, to niech panu zapłaci”.

Nie, nie, Subotkin takimi drobiazgami się nie zajmował. Po pierwsze, był dość dobrze ubrany, po drugie, był wygadany, umiał rozmawiać z ludźmi inteligentnymi. A na charakterystyczny zapach, który od niego bił, miał swój sposób. Minął stoliki wystawione przed „Blue Barem”. Nic ciekawego o tej porze. Jakiś biznesmen – od takich trzeba się trzymać z daleka, jakaś para turystów w średnim wieku – lepiej zostawić, mogą okazać się Niemcami, a ci lubią dociekać, o co dokładnie chodzi, albo nawet i wezwać straż miejską. W następnej kawiarni dostrzegł dogodny cel – samotną, elegancką kobietę. Co lepsze, nie wyglądała na kogoś, kto się gdzieś spieszy. Spokojnie sączyła jakiś koktajl i rozglądała się wokół.

Podszedł do lśniącego w słońcu metalowego stolika.

– Przepraszam najmocniej. – Ukłonił się uprzejmie. – Ja niczego nie chcę. Nie chcę żadnych pieniędzy.

Spojrzała na niego żywo. Nie z niechęcią, nie jak na natręta, tylko z wyraźnym zainteresowaniem.

– Jestem alkoholikiem! – wyznał Subotkin.

O mało nie zakrztusiła się koktajlem.

– Proszę wybaczyć szczerość – podjęła jego uprzejmy ton – ale to widać. A nawet czuć.

– No właśnie! Pani nie ma pojęcia, co ja w tej chwili przechodzę.

Uśmiechnęła się ciepło.

– Wprost przeciwnie. Doskonale wiem, co pan przechodzi.

Trochę go skonfundowała tym wyznaniem.

– Wie pani, co się stało? Moja rodzina załatwiła w sądzie... i... muszę jutro jechać do Czarnego Boru! Leczyć się karnie z wariatami!

Bingo! To był właśnie sposób Subotkina. Nikt nie chce dawać na alkohol. Ale jak taki uzależniony się przyzna? Jeśli powie, że jutro musi zacząć leczenie? No to ten ostatni raz... Nie dostawał z reguły nędznych groszy. Często zdarzało się, że ten czy inny klient wypróżniał całą kieszeń z drobnych. Zdarzały się i banknoty. Ludzie z reguły są dobrzy i chcą pomóc komuś przerażonemu przyszłością. A jeśli cały akt jest pozbawiony wyrzutów sumienia, bo to przecież „ostatni raz”, to czemu nie?

Subotkin podsycał teraz nastrój grozy.

– Kurator mnie wysyła jutro. A tam, w domu wariatów, będą mnie leczyć. Nie wiem, czy przeżyję...

– Przeżyje pan. Zapewniam.

– A jeśli wariaci się na mnie rzucą? Tam się dzieją straszne rzeczy w tym Czarnym Borze.

– W Czarnym Lesie – poprawiła go beznamiętnie. – Tam jest ośrodek terapii uzależnienia od substancji psychoaktywnych.

Poczuł coś na kształt strachu. Jednak ssało go dość mocno i liczył się tylko cel, który zamierzał osiągnąć. Skąd ta kobieta tyle wie o alkoholikach? Skąd zna oficjalną nazwę ośrodka, Las, a nie Bór? Mniejsza z tym.

– Tam chyba umrę – kontynuował.

– Nie. Tam będzie panu dobrze.

– Ale mnie w tej chwili tak strasznie męczy...

Spojrzała na niego bardzo uważnie.

– Widzę. Tam dostanie pan leki. Nie będzie pan czuł niczego nieprzyjemnego.

– Ale ja się boję. Co mam robić do jutra?

– A co pan robił do tej pory?

– Piłem.

– No to niech pan pije dalej.

Otworzyła elegancką torebkę, wyjęła portmonetkę i dała mu kilka złotych. Każdy menel w tym momencie zacząłby się giąć w ukłonach i uciekłby jak najszybciej. Subotkin nie. Mimo okrutnego ssania wiedział, że może dostać znacznie więcej.

– Czy mógłbym się pani z czegoś zwierzyć?

Zmrużyła oczy. Najwyraźniej go oceniała. Chciała wiedzieć, czy naprawdę jutro pojedzie na terapię, czy to tylko taki trochę bardziej inteligentny od innych bajer. Czuł coś dziwnego. Miał wrażenie, że od tego taksującego spojrzenia zależy jego przyszłość. Czuł też, że powinien coś powiedzieć.

– Ja chyba... chyba jednak chcę tam pojechać...

Ups, przedobrzył. Rąbnął się. Alkoholik, który chce sam jechać na terapię, i to w dodatku pod presją kuratora. Łgarstwo. A ona to wyłapała. Uśmiechnęła się jednak.

– Proszę, niech pan siądzie. – Wykonała zapraszający gest. – Pali pan?

Wyjęła z torebki paczkę papierosów. Zaprzeczył ruchem głowy. Żebracy z reguły nie palili. Papierosy były za drogie, no i wystarczał im jeden nałóg.

– A może zażyjemy tabaki? – Wyjęła z torebki małe, lśniące pudełeczko. – Będzie śmiesznie, pogadamy, dam panu pieniądze i nawet pana podwiozę. – Wskazała zaparkowanego tuż obok ogromnego mercedesa.

Kiedy usiadł, podsunęła w jego stronę pudełeczko z tabaką. Nie zwróciła uwagi, kiedy mówił, że on jeszcze nigdy tego nie próbował, nie widział. „Będzie super” – zapewniała. Na skórę pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym nasypała mu trochę białego proszku. Subotkinowi wydawało się, że tytoń powinien być brązowy. No ale przecież to tabaka, a nie tytoń.

– No, niech pan wciągnie niucha – zachęcała. – Głęboko. Z całej siły!

Andrzejewski miał wrażenie, że Richter przysłał tę śliczną, przedziwną kobietę po to, żeby go sprawdziła. Z drugiej strony: psychiatra ze specjalnością w psychologii. To z kolei świadczyło, że Richter nie miał żadnych ukrytych planów, bo rozwiązanie, żeby nasyłać na niego lekarza, było zbyt podręcznikowe i zbyt dziecinne. Przypominało mu się zdanie Samuela Goldwyna, że wszyscy, którzy chcą iść do psychiatry albo psychologa, powinni się leczyć na głowę. Zamyślił się. Dotknął właśnie delikatnej struny gdzieś w swoim wnętrzu. On sam za młodu bardzo chciał zostać psychologiem. Głównie dzięki niepopartemu niczym przekonaniu, że takie studia pozwolą mu uporać się z własnymi problemami.

– Powiesz mi, co takiego zwróciło uwagę Richtera w tej sprawie?

Bader wzruszyła ramionami.

– Mam wrażenie, że początkowo traktował zlecenie jako histerie zbolałej mamusi marnotrawnego synka. Zaczął coś tam robić, ale nawet nie zawiadomił ciebie, bo ty jesteś od spraw ważnych, a nie ślęczenia gdzieś na krawężniku po nocy.

– Dziękuję – machinalnie odpowiedział na komplement. – Ale rezygnujemy z babskiego stylu mówienia i powoli, sukcesywnie, w sposób jasny i precyzyjny przechodzimy do rzeczy.

– Proszę?

– Prosto i zwięźle, Beatko. Bez interpretacji.

Zmarszczyła brwi.

– OK, skupiam się na faktach. Z bogatego domu znika synek z pokaźną kwotą. Mamusia uruchamia policję, ponieważ zna odpowiednich ludzi, także i służby. Na porwanie to nie wygląda, ślad zniknął, synek się nie zgłasza, nikt nie chce okupu. Kamień w wodę.

– To już znamy.

– Właśnie. Mamusia jest uparta, znajduje dojście do „właściwych osób”. Ma dużo pieniędzy, więc prosi o pomoc Richtera, ten ciebie i synek po kilku dniach jest dostarczony na łono rodziny w nowym opakowaniu.

– I wszyscy powinni być zadowoleni.

– I wszyscy są zadowoleni – przedrzeźniła go. Nie sposób było się nie uśmiechnąć. – Mamusia jednak, jak lubi określać ją pan Richter, korporacyjna sucz, nie do końca.

– Bo? – Zreflektował się, że jest trochę za grubiański. – Wybacz, nie przekonuje mnie wyjaśnienie, że kobieta jest niezadowolona z pracy służb i chce wiedzieć, dlaczego wszystko poszło nie tak.

– Masz rację. Jest niezadowolona z pewnej konkretnej przyczyny. Synek uciekł z domu, ukradziono mu wszystkie pieniądze. To jest OK. Po jego zniknięciu wyparowała jednak spora kwota z konta firmowego mamusi. To nie jest OK. Ona chce wiedzieć, co się stało.

– Synek nie pobrał osobiście?

– Synek twierdzi, że nie. A poza tym to było konto firmowe. Może jakimś cudem poznał hasło, choć raczej nie...

– Zaraz. Jak to konto firmowe? Ktoś dokonał przelewu?

Westchnęła ciężko, opierając się łokciami na blacie.

– I tu sprawa zaczyna się komplikować. Chodzi o hasło ustne. Do wypłaty gotówki.

– Chyba żartujesz. – Teraz Andrzejewski westchnął. – Czy mnie intuicja myli, czy też wszystkie tropy zaczynają wieść na Kajmany?

– Albo do jakiegoś innego raju. Przecież kobieta nie jest głupia i ci wszystkiego nie powie.

Zaczął się śmiać.

– Nie jest głupia. Istotnie. Jest po prostu kretynką. Ktoś jej obrobił tajne konto, o którym nie ma pojęcia polski fiskus, a ona zgłasza się do Richtera. Abstrahując od jego prywatnych powiązań i działalności, bądź co bądź jest jednak pracownikiem urzędu skarbowego. A ona chce mu dać do ręki straszliwą broń na samą siebie, której on będzie mógł użyć, kiedy będzie chciał.

Bader zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie, nie, nie. Odwrotnie. Tego wszystkiego Richter dowiedział się, bo jest urzędnikiem skarbowym. A od mamusi zlecenie dostał proste. Ma się dowiedzieć, kogo jego syn spotkał wśród bezdomnych, kto wydobył z dzieciaka kilka niezwykle istotnych informacji umożliwiających kradzież tych pieniędzy.

Andrzejewski dolał sobie wody mineralnej z pozostawionej przez kelnerkę butelki.

– Czegoś nie rozumiem. W posiadaniu dzieciaka były ważne informacje firmy?

– No nie wszystkie. Jakiś kamyczek z mozaiki, jakiś fragment, szczegół, który pozwolił bandytom odtworzyć całą konstrukcję. Ta kobieta twierdzi, że firma była namierzana już od pewnego czasu.

– Zupełnie nie rozumiem – wyznał szczerze Andrzejewski. Przyzwyczaił się do ścisłego przedstawiania faktów i kobiecy styl opowiadania o nich zupełnie mu nie pasował. Podczas pracy. – Jeszcze raz, najlepiej w punktach.

– OK, no to abstrahując od wszystkiego... – zgodziła się, o dziwo, natychmiast. Naprawdę zaczynał ją lubić. – Ktoś ukradł pieniądze z tajnego konta. Poza jej właścicielką wiedzieli o tym koncie: jej wspólnik, jej mąż i syn. Jednak i mąż, i syn nie mieli wielkiego pojęcia ani o systemie haseł, ani o procedurze. Coś jednak dałoby się z nich wyciągnąć, jakieś strzępy, żeby poznać metodę.

– A wspólnik?

– A wspólnik nie żyje – odpowiedziała jak echo. – Ale masz rację. Tylko on poza właścicielką znał i hasło, i procedury.

– Jak zniknął z tego świata?

Pokiwała Andrzejewskiemu palcem, żeby nie zaczął wyobrażać sobie rozwiązań niczym w filmie sensacyjnym.

– Rozległy zawał. Zdążyli go nawet przewieźć do kliniki pod Wrocławiem, ale... Umarł im na stole.

– Przed wyczyszczeniem konta?

– Tak.

Andrzejewski upił łyk wody. To były te chwile, kiedy najbardziej błogosławił fakt, że bezboleśnie rzucił palenie. Dawniej pewnie już miałby za sobą pierwszą paczkę.

– No i sam rozumiesz... – Bader również nalała sobie wody. – W tej sytuacji chłopak, który zniknął, stał się automatycznie najbardziej podejrzany. Ktoś go omamił, wyciągnął informacje...

– A on co na to? – przerwał Beacie w pół słowa.

– Z nikim na te tematy nie rozmawiał. Ale czy można mu wierzyć, skoro nie wiadomo, gdzie przebywał, i... no... i był pijany?

Andrzejewski uśmiechnął się krzywo. No tak. „Był pijany” – dla niektórych wystarczające wyjaśnienie. Z doświadczenia jednak wiedział, że to bzdura. Szczególnie przypuszczenie, że ktoś się specjalnie przebierał za bezdomnego i upijał chłopaka, żeby cokolwiek od niego wyciągnąć. No i zupełnie nie pasowało mu do sytuacji, że najpierw ktoś kradnie uciekinierowi pieniądze, a później, kiedy ten się już upodli, otacza tajną opieką. Brednie. Wszystko to najprawdopodobniej zbiór przypadków. Źródła przecieku należy szukać gdzie indziej.

– A ta mamusia zmądrzała czy znowu wysłała w pole służby?

– Wysłała. Ale i zmądrzała. Wysłała też Richtera.

– I co?

– Odstaw szklankę.

– Po co?

– Żeby się woda nie rozlała. Służby stwierdziły, że ktoś porywa bezdomnych...

Zakrztusił się tak mocno, że Bader musiała wstać i kilka razy palnąć go otwartą dłonią w plecy. Miała wprawę, pomogło. Ona sama błyskawicznie umknęła jednak za swoją połowę stolika. Andrzejewski siedział, dysząc, i patrzył w okno. Na zewnątrz elegancka kobieta otworzyła drzwi wielkiego mercedesa i pomogła mężczyźnie zająć miejsce na tylnej kanapie. Facet nie pasował do niej, sprawiał wrażenie, jakby był niezbyt przytomny albo naćpany. Kobieta usiadła za kierownicą i po chwili limuzyna ruszyła bezszelestnie, opuszczając parking na placu Solnym.

– To mówisz, że ktoś porywa bezdomnych? – Odchrząknął, bo coś ciągle przeszkadzało mu w gardle. Odruchowo tylko nie dodał: „Pewnie czarna wołga”.

– Ja tylko powtarzam.

– A usłyszałaś jakąś hipotezę na temat tego, po co im bezdomni? Na organy?

– Nie. Pewnie wykorzystują ich seksualnie.

Oboje patrzyli na siebie w milczeniu. Andrzejewski doskonale wiedział, że Bader nie jest ani detektywem, ani żadnym oficerem śledczym, nikim, kto miałby mieć choć blade pojęcie o formułowaniu hipotez. Wiedział też jednak, że Richter nigdy nie zatrudnia rutyniarzy ani ludzi, którzy doskonale znają wszystkie procedury. Ci, których wybrał, zawsze musieli mieć „to coś”. Nie zawodowe przygotowanie, ale „to coś” właśnie. Na tej samej zasadzie on sam został wybrany lata temu. A teraz zastanawiał się, co miała w sobie Beata Bader. Bo na pewno nie nadmiar rozsądku.

– OK. I to właśnie interesuje Richtera? Porwania wśród bezdomnych?

– Myślę, że jego interesuje mamusia tak władna, że jej nazwiska być może nigdy nie usłyszymy.

Tym razem to uśmiech Andrzejewskiego był rozbrajający.

– Do tego nazwiska sami dojdziemy.

– Jak dojdziemy?

– Z dwóch stron. Ty odnajdziesz szpital, gdzie zmarł wspólnik naszej tajemniczej mamusi, a ja zajmę się bezdomnymi. Jutro spotkamy się z wynikami.

Żachnęła się.

– Zaraz. Rocznie w Polsce umiera z powodu zawału jakieś trzydzieści pięć tysięcy osób. – Widać było, że myślała o tym wcześniej i przygotowała się z tematu. – Jak mam znaleźć szpital, gdzie zmarł facet, którego nazwiska nie znam?

– Proste jak drut. Skoro firma jest taka wielka, że mogą nasyłać różne służby, to szpital musi być prywatny i najdroższy. Data zgonu... Niedługo po zniknięciu chłopca z domu. A sama mówiłaś, że to szpital gdzieś pod Wrocławiem. Nie będzie dużo szukania.

Popatrzyła na Andrzejewskiego.

– Nie uważasz, że ktoś tu kogoś chce w coś wrobić?

Zaskoczyła go tą konstatacją. Bader okazała się cholernie bystra, ale teraz zadziwiła go jeszcze nieprawdopodobną intuicją.

– Mam takie wrażenie od samego początku. Od momentu, kiedy tylko zaczęłaś mówić.

– I dalej chcesz się za to zabrać?

– Przecież Richter nas nie zabije. On chce się tylko czegoś dowiedzieć.

– Pozostaje zatem pytanie, ile jest skłonny poświęcić, żeby się dowiedzieć? Jeśli tak mu zależy, to może poświęcić... nas.

– Bez melodramatyzmu. – Wstał, prostując bolące trochę plecy. Krzesła w „Blue Barze” nie należały do najwygodniejszych. – Do jutra. – Chciał ją uścisnąć na pożegnanie, ale przypomniał sobie o konieczności utrzymywania dystansu. Wychodząc, zauważył jeszcze, jak jego nowa partnerka pisze tweeta do męża.

 

ANDRZEJ ZIEMIAŃSKI

O ile krytycy literaccy uważają go za pisarza, nazwijmy to, kontrowersyjnego, to uznanie i sympatię czytelników zaskarbił sobie już dawno. Dowodem na istnienie takiego stanu rzeczy może być choćby 10 nagród literackich przyznanych mu przez miłośników jego stylu pisania, kilka pierwszych miejsc w plebiscytach na najlepszy tekst roku i regularne wizyty na szczytach list bestsellerów.

Autor zapisanej już złotymi zgłoskami w historii polskiej fantastyki trylogii Achaja, powieści Breslau foreverToy Wars, opowiadań takich, jak choćby Autobahn nach Poznań, Bomba Heisenberga, Waniliowe plantacje Wrocławia czy Zapach szkła.

Postać tajemnicza, dziwna i skomplikowana. Lubi zmieniać konwencje, czego dowodem są jego dwie ostatnie książki: Ucieczka z Festung BreslauŻołnierze grzechu.

Swojego doświadczenia literackiego nie zwykł trzymać pod kloszem w pancernej szafie. Dzieli się nim w ramach warsztatów i szkół kreatywnego pisania, m.in. na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego.

COPYRIGHT © BY Andrzej Ziemiański
COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-787-4

Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA NA OKŁADCE © Arman Zhenikeyev, Fotolotti | Dreamstime.com

PROJEKT OKŁADKI Magdalena Zawadzka

REDAKCJA Karolina Kacprzak

KOREKTA Piotr Pawlik, Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a.
05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91
tel./faks: 22 721 30 00
www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o.
20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a
tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91
www.fabrykaslow.com.pl
e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Książki Andrzeja Ziemiańskiego
Rozdział 1
Rozdział 2 (fragment)
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Andrzej Ziemiański
Karta redakcyjna
Okładka