Wzięłam „pigułę”...  Posłuchaj mojej historii - Giorgia Benusiglio

Wzięłam „pigułę”...  Posłuchaj mojej historii

0,0

Normalna, spokojna dziewczyna z kochającej rodziny. Uczy się, ma chłopaka. Pewnego wieczoru w dyskotece postanawia spróbować ecstasy. Tylko pół pastylki. Wywołuje ona zapalenie wątroby, ratunkiem jest jedynie błyskawiczny przeszczep. Udaje się. Giorgia staje się głosem przestrogi dla innych młodych, by wiedzieli, co zrobić, gdy na ich drodze pojawią się narkotyki. Okazji nie brakuje. Nawet pierwsza, „niewinna” próba może się skończyć tragicznie. Wzięłam pigułę jest wzruszającą, trzymającą w napięciu opowieścią o naiwności, beztrosce, jednej chwili zapomnienia. Prawdziwa do granic wytrzymałości opowieść o chorobie, cierpieniu, otarciu się o śmierć i o złudnym poczuciu bezpieczeństwa, w którym żyją rodzice i ich dzieci. A nade wszystko o obłudzie tych, którzy tworzą prawo zezwalające na używanie niektórych narkotyków, a także o rodzajach narkotyków – nawet takich oferowanych dzieciom, by miały siłę jak najdłużej się bawić…Tę historię powinien poznać każdy nastolatek, bo nigdy nie jest za wcześnie, by poznać zabójczą moc narkotyków, a także wszyscy rodzice i inne osoby, którym zależy na szczęściu ich podopiecznych, wchodzących powoli w dorosłość.

Dodaj komentarz


jest to książka poruszająca tematykę "my dzieci z dworac zoo". bez wątpienia narkotyki są poważnym problemem, myśle, że mogłaby zostać lekturą szkolną, zamiast kolejnego, bezsensownego dzieła któregoś z pisarzy romantyzmu, których i tak nikt nie czyta. Pozycja ta została napisana w niezwykle zgrabny sposób, co sprawia, że pomimo tego, iż porusza tak ważny i poważny temat niezwykle łatwo i szybko sie ją czyta. Lektura dająca do myślenia. Zdecydowanie i bardzo mocno polecam ją wszystkim, warto przeczytać.


Niezbyt obszerna książka na jeden wieczór. Problem w niej poruszony jest poważny (narkotyki). Pozycja jest swego rodzaju przestrogą. Bohaterką jest normalna dziewczyna (taka jak większość nastolatek). Niestety niezdrowa ciekawość stawia ją na krawędzi tragedii, zmienia życie nie tylko jej ale całej rodziny. Książka nie szokuje językiem, jest przystępnie napisana i powinna być obowiązkową pozycja dla każdego nastolatka i nastolatki. Warto przeczytać.


Kolejna ksiązka o narkotykach i skutkach, tak pomyślałam widząc tą pozycję na pułce w bibliotece. Sięgnęłam po nią, aby porównać do innych tego typu. Okazało się, ze jest ona napisana w taki sposób, że naprawdę przestrzega, ale nie szokuje jakimś wulgarnym językiem. Poleciłabym każdemu nastolatkowi, niech ta historia będzie przestrogą, bo nikt nie chciałby dzielić losów bohaterki. Ku przestrodze- warto!


Ta książka powinna być lekturą obowiązkową w gimnazjum. Niestety, szkoły wolą na te tematy milczeć. A szkoda, bo Benusiglio porusza problem narkotyków z lekkością i prawdziwością wręcz niespotykanymi.


Chyba większość nastolatków korci, by spróbować, bo przecież ecstasy to nie narkotyk a poza tym jeden raz nie zaszkodzi - tak mówią ci, którzy sprzedają to świństwo. Ta książka jest prawdziwym przykładem na to, że narkotyki to samo zło.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

9788376605532.jpg

Giorgia Benusiglio i Renzo Agasso

WZIĘŁAM „PIGUŁĘ”…

Posłuchaj mojej historii

JEDNOSC.tif

Alessandrze
Jej wyjątkowej rodzinie
Mojej wyjątkowej rodzinie
Kocham was

Tytuł oryginału: Vuoi trasgredire?

Non farti!


© EDIZIONI SAN PAOLO s.r.l. 2010 – Cinisello Balsamo (MI)


© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2011


Przekład z języka włoskiego

Krystyna Kozak


Redakcja i korekta

Zofia Korzeńska


Redakcja techniczna

Wiktor Idzik


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


Zdjęcie na okładce

Giorgia Benusiglio

(wykonał Angelo Radaelli)


ISBN 978-83-7660-556-2


Wydawnictwo JEDNOŚĆ

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży tel. 41 349 50 50

Redakcja tel. 41 349 50 00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Marcin Satro

© Copyright Wydawnictwo JEDNOŚĆ

HISTORIA PRAWDZIWA

Jest to prawdziwa historia, choć przypomina scenariusz filmowy. Historia prawdziwa i trudna, która wydarzyła się w Mediolanie, we Włoszech, w 1999 roku. Wspaniała dziewczyna z porządnej rodziny na dyskotece połknęła pół tabletki ekstazy. Myślała tak samo, jak wielu: jeden raz, to nic takiego… Przecież od połówki tabletki się nie umiera… Wszyscy to robią, ja też spróbuję, jeden raz, cóż się stanie… Przecież od tego się nie umiera… Tak myślała Giorgia Benusiglio 16 października 1999 roku na pewnej dyskotece w Desenzano nad Gardą. Giorgia, która nie ma problemów w szkole. Giorgia, która ma wspaniałą rodzinę. Giorgia, która ma wspaniałego chłopaka. Giorgia, która nie pije, bo tak się nie robi. Przecież od tego się nie umiera – myślała Giorgia owej nocy. Przecież się nie umiera.

Pół tabletki ekstazy. A jednak się umiera, z powodu połówki tabletki ekstazy. Teraz Giorgia to wie. Gdyż Giorgia mogła umrzeć w ciągu kilku godzin. Jak jej wątroba zamordowana przez narkotyk. Musieli ją wymienić, tę wątrobę. Na szczęście natychmiast znalazł się dawca. Inna dziewczyna taka jak ona, Alessandra, z Ankony we Włoszech. Która zginęła w sobotnią noc. Nie brała narkotyków, nie; nie była też pijana. Wypadek, jeden z tysiąca – tysiąca? – spowodowany narkotykami i alkoholem. Te trucizny są utrapieniem i torturą wielu, zbyt wielu rodzin w weekendy.

Śmierć Alessandry stała się życiem Giorgii. Żywa wątroba jednej zastępuje martwą wątrobę drugiej. W tajemniczej, wielkodusznej, a zarazem okrutnej wymianie miłości. Łzy bólu z powodu przerwanego życia. Łzy radości z powodu życia odnalezionego. Część Alessandry na zawsze będzie żyła w Giorgii. Silniejsza od śmierci jest miłość.

Przecież nie umiera się z powodu połówki tabletki ekstazy. Giorgia nie umarła. Dzięki wątrobie Alessandry. Dzięki zręczności lekarzy. Dzięki rodzicom, siostrze, przyjaciołom, z których nikt nie szczędził wyrazów miłości, współczucia i nadziei. Giorgia nie umarła także dzięki Giorgii. Osobie nieustępliwej, kruchej niczym trzcina miotana wiatrem, ale silnej jakąś wewnętrzną i tajemniczą siłą, potężnej i nieustępliwej. Giorgia nie umarła. Ale przeszła całą drogę krzyżową cierpienia. Niczego jej nie oszczędzono. Po przeszczepie powrót pod skalpele. Intensywna terapia z tymi wszystkimi rurami i rurkami powkładanymi w ciało, z wychudzeniem niczym u więźnia z Auschwitz. Tysiące drobnych gigantycznych codziennych problemów. Może nawet pokusa poddania się. Nowotwór macicy. Tysiące środków ostrożności. Nocne lęki. Osamotnienie. Zmarli na sali obok. Przecież nie umiera się z powodu połówki tabletki ekstazy. A jednak…

O czym myślała Giorgia w ciągu tych miesięcy w szpitalu? Czy zobaczyła niczym w filmie – w tej historii, która przypomina scenariusz filmowy – tę chwilę, tę noc, tę połówkę tabletki? Pewnie milion razy zastanawiała się, dlaczego. Dlaczego wpadłam? Dlaczego uwierzyłam, że ujdzie mi to na sucho? Dlaczego chciałam spróbować? Przecież wiedziałam, że narkotyki szkodzą. Dlaczego byłam tak głupia, tak powierzchowna, tak słaba? I dlaczego nikt mnie nie przestrzegł? Dlaczego Ministerstwo do spraw społecznych powiedziało, że wystarczy uważać, jak się bierze te tabletki? Dlaczego w tym kraju nie zwalcza się narkotyków na poważnie, dlaczego społeczeństwo uchyla się od tego kosztem młodzieży, dlaczego ciągle jeszcze mówi się o narkotykach miękkich i narkotykach twardych? Dlaczego nie mówi się, że narkotyki oznaczają śmierć? Dlaczego rzeka narkotyków płynie przez Włochy, a nikt nic nie robi?

Na tym szpitalnym łóżku Giorgia podjęła postanowienie. Muszę coś zrobić. Żeby innym nie przydarzyło się to, co mnie. Żeby nikt już nie mógł powiedzieć: ja nie wiedziałem. Muszę świadczyć o tym, że owszem, umiera się z powodu takiego głupstwa. Z powodu połówki tabletki ekstazy. Umiera się, jeżeli nie ma jakiejś Alessandry, która cię ocala; jeżeli nie ma wspaniałego lekarza, który bierze cię za uszy i przywraca życiu. Umiera się. Pójdzie powiedzieć o tym tam, gdzie jeszcze jest czas. Do szkół. Podstawowych i gimnazjów, gdyż nigdy nie jest za wcześnie, aby mówić o narkotykach. Co więcej, po gimnazjum jest już za późno. W ten sposób Giorgia i jej tato Mario – który stał się ekspertem – chodzą od klasy do klasy, aby odpowiadać na pytania młodzieży i rodziców. Prowadzą profilaktykę. Taką najprawdziwszą. Jest to nowe życie Giorgii Benusiglio; Giorgii, która z bliska oglądała śmierć; Giorgii, która mówiła: przecież od tego się nie umiera. Giorgii, która teraz wie, że się umiera, i która chce, aby wszyscy to wiedzieli, aby dobrze wbili to sobie do głowy. Potem niech robią, co chcą, to ich życie. Ale przynajmniej niech wiedzą.

Na szpitalnym łóżku narodziła się nowa Giorgia. A może lepiej: po prostu odrodziła się dawniejsza Giorgia. Przeżyła niejako drugie narodziny. Coś, co nie wszystkim się zdarza. Ona o tym wie. I chce oddać część tego, co otrzymała. Nigdy nie będzie mogła oddać wątroby – a zatem życia – Alessandrze. Ale może będzie mogła sprawić, że ten czy tamta przynajmniej ustrzeże się, pozostanie poza obiegiem narkotyków, nie da się weń wciągnąć, nie będzie myśleć jak ona i wielu innych: przecież od tego się nie umiera, z powodu takiej błahostki.

Giorgia była wspaniała, gdyż zechciała wyjść na otwarte pole. Podjąć nierówną walkę. I niepopularną. Bo przyznajmy: ulegliśmy narkotykom. Godzimy się na współistnienie z nimi, pogodzeni. Ostatecznie – myśli wielu – nie jest to największe zło. Jeśli ktoś wykituje, tym gorzej dla niego; jest to naturalna selekcja i słabi giną, zawsze tak było. A Giorgia chce prowadzić wojnę z wiatrakami. Łatwo przewidzieć uśmieszki współczucia: biedaczka, to zrozumiałe, sparzyła się, a teraz chce robić z siebie Joannę d’Arc. Stracony czas dla poprawnie myślących (kto wie, dlaczego nazywamy ich poprawnie myślącymi, skoro myślą źle?).

I Giorgia rzuca wyzwanie wiatrakom. Bez zbytnich kalkulacji, nie oczekując cudownych rezultatów. Po prostu sieje. Zawsze coś zapuści korzenie, wyrośnie i wyda owoc. Nie zamknęła się – co mogła zrobić i nikt nie miałby jej tego za złe – w tumiwisizmie: ja z tego wybrnęłam, inni niech sobie radzą. Mogła wyjść z tego z nienawistnymi uczuciami zamknięcia na świat. Ale przeciwnie, otworzyła się jeszcze bardziej. Ze swego prywatnego cierpienia uczyniła narzędzie odkupienia dla wszystkich. To niemało. Zwłaszcza dla tak młodej dziewczyny.

Ta książka jest kolejnym wkładem Giorgii w walkę z wiatrakami. Jest kroniką tych długich i straszliwych dni, tego życia, które umykało, a zostało uchwycone. To długa historia, owszem. Także historia cudów medycyny i przeszczepów. Ale przede wszystkim jest to historia miłości. Miłości bezinteresownej, która ocaliła Giorgię. Miłości, którą teraz ona bezinteresownie zwraca. Jest to odważna i szczera opowieść o słabości i kruchości człowieka. O prawdziwej historii zrekonstruowanej przez jej bohaterów: Giorgię, mamę, tatę i dwóch niezwykłych lekarzy. Wszyscy oni wspominają te dni, przywołując swój punkt widzenia. Wszyscy opowiadają o przeżywanych uczuciach, emocjach, lękach i radościach. Wszyscy potwierdzają słowa pozostałych. Małe puzzle wrażeń, które pozwalają nam zrozumieć, jak cenne jest życie i że nie można go zniszczyć połówką tabletki ekstazy.

Na tych stronnicach narkotyki zawsze pozostają w tle, nigdy nie są na pierwszym miejscu. Ale to wszystko, co się zdarzyło i co książka dokumentuje, jest z winy narkotyków. Każda chwila cierpienia Giorgii i innych bohaterów, każda chwila walki lekarzy o życie, każda łza i kropla potu – wszystko od nich się wywodzi. Od tej połówki tabletki ekstazy. Od narkotyków. Od przeklętych narkotyków, z którymi wszyscy dziś żyjemy, nie oburzając się, nie gorsząc, już nie walcząc. Ta książka jest niczym dzwonek alarmowy czy znak drogowy: wskazuje na niebezpieczeństwo. Narkotyki zabijają.

Ktoś zaprotestuje: dobrze, Giorgia miała pecha, wielu bierze ekstazę i całe mnóstwo innego świństwa i nie umiera. Ale to nie kwestia pecha. A poza tym: co to jest pech? Nie, rzecz w czym innym. Kto, biorąc narkotyki, może powiedzieć: mnie nigdy nic się nie przydarzy? Wystarczy, że w danym środku jest coś, czego jego organizm nie toleruje. Kto tak naprawdę wie, co się znajduje w tabletkach, i w jakiej ilości? Kto może powiedzieć, jak zareaguje jego ciało? Ile takich Giorgii uratowano, a ile nie? Czy warto rzucać takie wyzwanie życiu?

Od tego się nie umiera. Zbyt wielu młodych ludzi – pomimo tego wszystkiego, co dzisiaj wiadomo, a czego wcześniej jeszcze nie wiedziano – ma ciągle takie szalone myśli, które urzeczywistnia w każdy weekend. Przecież od narkotyków się nie umiera. Przecież od alkoholu się nie umiera. Przecież od szybkości się nie umiera. A jednak tak, umiera się. Do tego coraz częściej uśmierca się innych, bierne ofiary, które nie mają z tym nic wspólnego. Istnieje jakaś obojętność wobec życia własnego i innych, która staje się pogardą dla siebie i dla innych. Gra się nim jak w ruletkę, zamiast je przeżywać. Zamiast oddać je na służbę innym. Zaangażować w jakąś słuszną sprawę. Szokująco lekko marnuje się największe dobro.

Giorgia – i dzięki Bogu wielu takich jak ona – mówi nam, że inne życie jest możliwe. Bez narkotyków i dopalaczy. A tymczasem młodzi ludzie umierają, zabijają siebie i zabijają innych. Sert (Servizi per le Tossicodipendenze: agenda systemu opieki zdrowotnej we Włoszech zajmująca się zapobieganiem, leczeniem i rehabilitacją osób uzależnionych od narkotyków i alkoholu – przyp. tłum.) ponosi porażkę, wspólnoty pustoszeją z powodu braku pieniędzy, ale też i dlatego, że już nikt nie czuje się narkomanem, zatem skąd potrzeba wychodzenia z tego? A poza tym wychodzenia z czego?

Właśnie, narkotyki stały się symbolem statusu, kokaina krąży na porządnych (przepraszam, złych) salonach, w biurach, w lokalach zamkniętych, w miejscach uprawiania polityki, w świątyniach finansjery. W telewizji żartują: Czym się zaciągnąłeś? Co paliłeś? Jeśli potem pojawi się jakiś trup, tym gorzej dla niego, kto się tym interesuje. Aż do następnego. Choć ostatnio nawet zmarli nie robią wrażenia. Chyba że są nie tylko pod wpływem narkotyków, ale też pijani, bez prawa jazdy, spoza Unii Europejskiej i zabiją pięcioro dzieci na przejściu dla pieszych.

W tak nieszczęsnym kraju Giorgia i inni (oraz inne) jak ona nie poddają się. Więcej, stawiają opór, stawiają opór, stawiają opór.

Renzo Agasso

TYLKO RAZ, NIC SIĘ NIE STANIE

16 października 1999 roku, niedawno skończyłam 17 lat. Urodziłam się w Mediolanie 27 lipca 1982 roku. Mam o trzy i pół roku starszą siostrę, Carlottę. Tato ma na imię Mario, a mama Giovanna, po prostu Gio. Mój ojciec zawsze powtarzał, że w naszym domu obowiązywała zasada kwalifikacji. Trzeba było dobrze się uczyć w szkole. Jeżeli uczysz się dobrze – wychodzisz; jeżeli nie uczysz się dobrze – nie wychodzisz. Dlatego uczyłam się tyle, by przynosić do domu dobre oceny i móc wychodzić. Dużo rozmawiałam z rodzicami, zawsze mieliśmy doskonałe relacje. W tym czasie miałam chłopaka, nasze rodziny znały się. Koledzy to ci ze szkoły. Wiele lat chodziłam na taniec klasyczny, potem trzy czy cztery na nowoczesny.

Zapisałam się do liceum językowego, gdyż mój ojciec prowadził biuro podróży, zamierzałam więc podjąć u niego pracę. I rzeczywiście potem próbowałam, ale nie odnalazłam się w tym. Zrozumiałam, że to nie moja droga, że nie tego tak naprawdę chciałam. Miałam dwa koty. Musiałam oddać je siostrze. Po przeszczepie nie mogłam mieć z nimi kontaktu, gdyż jedno ich drapnięcie mogło być dla mnie fatalne.

Co roku w lipcu spędzałam sama trzy tygodnie w Anglii, w niewielkim miasteczku. Moja mama nie chciała pozwolić mi na Londyn. Uczyłam się, poznawałam nowych ludzi. W sierpniu mój ojciec organizował wyjazdy zagraniczne dla całej rodziny. Wiele podróżowaliśmy. Lubiłam podróże. Od najmłodszych lat. Kiedy miałam sześć lat, zabrano mnie do Grecji. Rodzinnego kraju taty. Wraz z upływem czasu zapominasz. Ale pozostaje wspaniały bagaż kulturalny.

W dzieciństwie brakowało mi dziadków. Dwoje zmarło, zanim się urodziłam, jeden, gdy byłam mała. Babcia ze strony ojca chorowała na Alzheimera, starano się, bym się z nią spotykała.

Pogodna rodzina, zawsze żyło mi się w niej dobrze. Istniały pewne reguły. Zachowanie się przy stole. Rozkład dnia. Jako dzieci – spanie o dwudziestej pierwszej. Jeżeli był jakiś dobry film, na przykład Indiana Jones, tato pozwalał mi oglądać razem z nim do wpół do jedenastej. Ale wcześniej musiałam umyć zęby, w ten sposób byłam gotowa wskoczyć do łóżka. Coca cola była w domu zakazana, jednak w restauracji mogłam o nią poprosić. Surowe reguły, ale z pewną elastycznością. Rodzina jak najbardziej normalna.

W wieku 17 lat, jak prawie wszystkie dziewczęta, mogłam czasami wychodzić wieczorem na tańce. Dużo rozmawialiśmy o tym z rodzicami. Ufali mojemu chłopakowi. Oczywiście przestrzegali mnie przed narkotykami. Zawsze bardzo się ich bałam. Jako mała dziewczynka oglądałam kreskówki na ten temat i przeraziły mnie. Pamiętam, że zapytałam mamę: „Czy narkotyki istnieją?”. „Tak, istnieją”. Byłam przerażona. Z upływem czasu tato i mama mówili mi o kokainie, heroinie, marihuanie. Trzymałam się od tego z daleka.

Wiedziałam, że ekstaza to narkotyk. Przed szkołą rozdawano ulotki wydane przez Ministerstwo do spraw społecznych. W celu zmniejszenia niebezpieczeństwa. Przekaz był taki: bierzesz tylko pół tabletki, popij obficie wodą, nie mieszaj alkoholu. Rady do „panowania” nad substancją. Pomyślałam: zaszkodzi, ale raz nic się nie stanie, jest to tylko przekroczenie, pozostanie moją małą tajemnicą, nikt się nie dowie, nadal będę przynosiła dobre oceny, będę się zachowywała porządnie. Taki niejasny przekaz spowodował, że chciało się spróbować. Latem dwukrotnie przeprowadziliśmy eksperyment, dzieląc pomiędzy wszystkich jedną tabletkę. Potem 16 października 1999 roku na jednej z dyskotek w Desenzano nad Gardą wzięłam połówkę. Jedną ćwiartkę i drugą ćwiartkę. Nie chciałam ryzykować. Tańczyłam bez problemów. Następnego dnia źle się poczułam. Zaczęłam odczuwać dolegliwości. Nic wielkiego. Pomyślałam: to normalne po sobotnim wieczorze. Spokojnie. Prześpię się, zjem coś i będzie dobrze. I tak się stało. W poniedziałek poszłam do szkoły. Chodziłam wówczas do św. Augustyna, aby powtórzyć rok stracony po tym, jak nie dostałam promocji. Zemdlałam. Byłam bardzo szczupła, ważyłam zaledwie 45 kilogramów. Wyglądałam na chorą. Poszłam do dyrektorki i powiedziałam: źle się czuję, idę do domu. Czułam się na przemian dobrze i źle. Mój ojciec był na pewnym służbowym wyjeździe, a mama razem z nim, jak to czasami robiła. Byłam z moją siostrą i Francescą, która pomagała nam w domu. Mdlałam. Brakowało mi tchu. Pewnego dnia to właśnie Francesca poszła ze mną do apteki, aby zmierzyć mi ciśnienie. Ale w tym momencie czułam się dobrze, zatem było doskonałe. Nadal jednak miałam niepokojące oznaki. W tym czasie bardzo mało jadłam. Im gorzej się czułam, tym mniej jadłam. Pewnego wieczora zrobiłam sobie makaron z sosem i postanowiłam zjeść wszystko. Na siłę. Wtedy po raz pierwszy miałam objawy najostrzejsze. Ucisk podobny do tego, kiedy skacząc do wody, idziesz na dno i czujesz, jak gdyby ze dwadzieścia osób cię przygniatało. Takie miałam wrażenie. Siedziałam na kanapie, dzwonił telefon, a ja nie potrafiłam go odebrać. Przeraziłam się. Coś niezrozumiałego: chciałam się ruszyć, a nie mogłam. Nagle raptem mi przeszło. Minęło. Chwyciłam telefon. Mój chłopak chciał mi powiedzieć, że idzie grać w piłkę.

Następnego dnia znowu zemdlałam, tym razem w autobusie. Z powodu tłoku nie upadłam i w ciągu kilku sekund ocknęłam się. Niepokojące oznaki, które mnie stresowały. Których jednak najzupełniej nie łączyłam z połówką tabletki owego sobotniego wieczoru. Myślałam: coś nienormalnego się ze mną dzieje. Gdy przyszłam do szkoły, znowu zemdlałam. Wezwała mnie dyrektorka. Wbiła sobie do głowy, że jestem anorektyczką, chciała rozmawiać z moimi rodzicami. Powiedziałam, że są nieobecni. Zadzwoniła do domu i odebrała moja siostra. Było mi bardzo nieprzyjemnie.

Dwa ciastka ze śliwką na anoreksję

Carlotta nie chciała słyszeć o anoreksji. Można było o tym mówić wszystkim w rodzinie, ale nie jej. Zaniepokoiła się, pokłóciłyśmy się na całego. Wyrzucała mi: jak to możliwe? Czułam się bardzo źle. Zaczęłam myśleć: mówią, że anorektyczki nie zdają sobie sprawy ze swojej anoreksji, jeszcze wyjdzie na to, że jestem nią naprawdę. Zjadłam dwa ciastka ze śliwką. I powtarzałam: nie jestem anorektyczką, nie jestem anorektyczką, nie jestem anorektyczką, co też mówicie? I jadłam, jadłam. W ten sposób zadałam cios wątrobie. Razem z Francescą wróciłam do apteki. Wszystko było w porządku. Wówczas pomyślałam: jestem anorektyczką, im prędzej siebie o tym przekonam, tym prędzej się wyleczę. I przeniosłam się do mamy mojego chłopaka, która mnie bardzo lubiła. Tam się uczyłam. Ale czułam się coraz gorzej. Moi rodzice często telefonowali, nigdy jednak w chwili kryzysu. Jak się czujesz? – a ja odpowiadałam, że dobrze, tylko trochę brzuch mnie boli.

Pewnego dnia naprawdę źle się czułam. Miałam trudności z oddychaniem. Wezwałam lekarza rodzinnego, Carla Agnoletta, tatę Vittoria. Poradził mi, abym przegłodziła żołądek. Pomyślałam: idę do szpitala. Do kliniki św. Józefa poszedł ze mną mój chłopak. Po niekończącym się oczekiwaniu nareszcie mnie przyjęto. Powiedziałam, że od kilku dni nie byłam w toalecie. Dali mi kroplówkę. Zapytałam, co to. Pielęgniarka odpowiedziała: nie martw się, skarbie, to tylko woda z odrobiną cukru, nie utuczy cię. Odesłali mnie do domu z diagnozą obstrukcji z wstępnymi objawami anorektycznymi. Wtedy pomyślałam: wbij sobie do głowy, że tak jest, że jesteś anorektyczką. W rzeczywistości jednak byłam przybita, wydawało mi się to absurdalne: nie, wcale tak nie jest, nie jestem anorektyczką.

W tym okresie był przy mnie pewien kolega. Starał się poprawić mi nastrój. Chodził ze mną po sklepach. Pewnego dnia, gdy źle się czułam i wymiotowałam, wezwał taksówkę i obwiózł mnie po Mediolanie. W ten sposób próbował mnie rozerwać. Przeżywałam na przemian chwile dobrego i złego samopoczucia. Pewnego wieczora zemdlałam w barze Magenta. Było mi zawsze zimno. Nakładałam nawet po cztery swetry. Odczuwałam niechęć do robienia makijażu, eleganckiego wyglądu. I to właśnie ja, która przedtem zawsze przykładałam dużą wagę do wyglądu, do stosownego ubrania. Zawsze elegancka dla wszystkich, czy to wychodząc do szkoły, czy na spacer z koleżankami. Całkowite zobojętnienie. Najgorsze zaś było to, że nikt mi nie wierzył. Dla wszystkich byłam anorektyczką, zatem to moja wina, zatem jestem głupia.

Minął tydzień. W sobotę rano pokłóciłam się z moim chłopakiem. Otrzymał SMS-a od kolegi z komplementami pod moim adresem. Ogarnęła go zazdrość i wściekł się. Kazał mi wyjść. Wróciłam do domu. Zadzwoniłam do mojej najbliższej koleżanki i przyszła do mnie. Spojrzałam w lusterko. Wówczas pod oczami zobaczyłam coś żółtego. Co to? Wieczorem byłam żółta. Ale wyszłyśmy do baru Magenta, naszego zwyczajowego miejsca spotkań. Potem postanowiliśmy obejrzeć film w domu pewnego kolegi, rekonwalescenta po zabiegu wycięcia wyrostka robaczkowego. Czekaliśmy na wszystkich, było coraz później. Pamiętam, że znalazłam się na zewnątrz baru, usiadłam na skuterze. Wtedy powróciło uczucie nacisku. Silnego, bardzo silnego. Czułam, jak gdyby skuter mnie przygniatał. Zwinęłam się w kłębek. Czułam się naprawdę bardzo źle. Ale przeszło. I poszliśmy obejrzeć film.

Kiedy jeszcze czekaliśmy w barze, powiedziałam do jednego z kolegów: jestem cała żółta, ciekawe, co to takiego. On na to: wydaje mi się, że złapałaś żółtaczkę od tabletki. Spojrzałam na niego: co też mówisz? Tak, tak, było tak w przypadku kogoś znajomego, ale nie bój się, tydzień zastrzyków i wszystko w porządku. Igła mnie przerażała: jakie zastrzyki, nic mi nie jest. Z lekkomyślnością i powierzchownością przynależną wiekowi nie chciałam o tym słyszeć. Powinnam wylądować w szpitalu, ale pozostałam tam, gdzie byłam. Później, wchodząc po schodach w domu operowanego kolegi, zaczęłam odczuwać mrowienie w nogach. Narastało i stawało się coraz bardziej dokuczliwe. Powiedziałam do naszego gospodarza: wiesz, mam żółte oczy, powiedziano mi, że może to być zapalenie wątroby spowodowane pigułką. A on: skądże znowu, prześpij się i jutro wszystko będzie w porządku.

Na noc przyszła do mnie koleżanka. Źle się czułam. Podróż skuterem wspominam niczym koszmar. Nie miałam jeszcze prawa jazdy, a moi rodzice nie chcieli mi kupić skutera, mimo że suszyłam im głowę. Nie dlatego, że mi nie dowierzali. Uważali to za skrajnie niebezpieczne. Zawsze powtarzali: kiedy skończysz osiemnaście lat, będziesz miała samochód, ale o skuterze wcześniej możesz zapomnieć. W ten sposób jeździłam skuterem pożyczanym, z większym jeszcze niebezpieczeństwem.

„Teraz już nie oddycham”

Postanowiłyśmy spać w łóżku moich rodziców. W domu mieliśmy encyklopedię medyczną. Przejrzałam ją, aby zrozumieć, co to jest to żółte pod oczami. Przeczytałam: zapalenie wątroby typu A, zapalenie wątroby typu B, zapalenie wątroby typu C, najcięższe; do tego zapalenia wątroby wyjątkowe, powodujące śmierć. Zamknęłam książkę i wyrzuciłam wszystko z siebie koleżance, opowiedziałam jej o wszystkich moich paskudnych odczuciach, o tym wrażeniu ucisku, o omdleniach. A ona, mając wówczas zaledwie piętnaście lat, odpowiedziała, abym była spokojna, odwróciła się na drugi bok i zasnęła. Ja spędziłam noc bez zmrużenia oka. Czułam się gorzej. W pewnym momencie straciłam czucie w nogach. Od mrowienia przeszłam do całkowitej utraty czucia. Wówczas zaczęłam je mocno klepać. Byłam przerażona jak nigdy dotąd. Czekałam, aż nadejdzie przynajmniej godzina ósma, aby zadzwonić do mamy mojego chłopaka, o której wiedziałam, że wstaje wcześnie, również w niedzielę. Nie chciałam jej przeszkadzać wcześniej.

Pomyślałam, że o ósmej zjem śniadanie i dopiero później do niej zadzwonię. Wstałam z łóżka, zrobiłam dwa kroki i upadłam na podłogę. Z tym samym uczuciem ucisku, ale tym razem stokroć zwielokrotnionym, jak gdyby kilkadziesiąt osób cisnęło się na mnie, by mnie zdusić. Pomyślałam: już nie oddycham. Krzyknęłam niczym szalona. Moja koleżanka zbudziła się natychmiast, niebagatelnie przelękniona: co mogę zrobić? Prawdopodobnie powiedziałam, aby zrobiła mi herbatę. Poszła do kuchni. Wówczas ogarnęła mnie złość: teraz nie zakręci dobrze gazu i wszyscy wylecimy w powietrze. Co za pomysł, przy tych wszystkich moich nieszczęściach. Sama nie wiem jak, ale stoczyłam się na dół. W kuchni położyłam się na kanapie i czekałam, kiedy skończy robienie herbaty, aby sprawdzić, czy zamknęła gaz. Zwróciła mi uwagę: nie mogłaś zaczekać na górze? Oczywiście nigdy się nie przyznałam przed nią, że jej nie ufałam.

Wróciłyśmy do pokoju: już nie pamiętam, jak weszłam na górę. Wypiłam herbatę i zjadłam dwa suche rogaliki. Poczułam się lepiej. Cukier dobrze wpływa na wątrobę, pomaga jej przywrócić pracę. Potem zadzwoniłam do Ulli, mamy mojego chłopaka, która przybiegła natychmiast. Obejrzała mnie, zobaczyła żółtą twarz i oczy, zadzwoniła do koleżanki pielęgniarki i opowiedziała jej o objawach. Tamta powiedziała: to na pewno zapalenie wątroby, przywieź ją do szpitala. Ulla jednak była doskonała w udawaniu. Powiedziała: chodź, wstawaj, pójdziemy pokazać się lekarzowi. Ja na to: nie, nie, jutro wracają mama i tata, poczekam jeden dzień, to niczego nie zmieni. Nalegała: absolutnie nie, idziemy natychmiast. Nie chciałam wracać do św. Józefa: tam są sami kretyni, źle mnie traktują. Ale nie dało się, była nieubłagana: teraz wstajesz i idziemy. Potem dodała, z udaną beztroską: weź też szczoteczkę do zębów i jakąś piżamę, tak na wszelki wypadek, choć i tak wrócimy do domu. Zrobiłam, jak mówiła.

Znowu długie oczekiwanie w szpitalu. Narzekałam, że źle się czuję. Odpowiadano mi, że mają pilniejsze przypadki, że mają kogoś, kto umiera z powodu zatrucia grzybami. W końcu zajęto się i mną. Trafiłam na pielęgniarkę, która przyjmowała mnie poprzednim razem: co tu znowu robisz? Jak gdybym była hipochondryczką, która zawraca głowę, gdyż nie ma nic innego do roboty! Przyszedł lekarz: co mogę zrobić dla panienki? Niech pan coś zrobi, ja mam całe oczy żółte, w encyklopedii medycznej przeczytałam, że mogę mieć zapalenie wątroby, zbadacie mnie? Na to oni: rzeczywiście dziewczyna jest trochę żółta, zbadamy. Zachowanie, którego nigdy nie zapomnę.

Wzięli mi krew do zbadania. W ciągu godziny przyszły wyniki. I oni przyszli, aby mi o nich powiedzieć. Tak, ma zapalenie wątroby, ale nie potrafimy zrozumieć: typu A czy typu B. Zostanie przetransportowana do Niguardy. Słysząc nazwę Niguarda, przestraszyłam się. Kiedyś miałam zapalenie wyrostka robaczkowego i mój ojciec postarał się, aby uczynić operację możliwie jak najbardziej przyjazną, w klinice z jednoosobowym pokojem, telewizorem i wszystkimi wygodami. Dlatego myśl o pójściu do szpitala bardzo mną wstrząsnęła. Jednocześnie poinformowano moich rodziców, którzy powiedzieli: absolutnie nie, zaraz coś zorganizujemy, zawieziemy ją do kliniki. Ale lekarze wytłumaczyli, że kliniki nie przyjmują przypadków zapalenia wątroby, zwłaszcza gdy może być zakaźna, a tu jeszcze nie wiadomo, czy moja jest zakaźna, czy też nie, a do tego Niguarda to miejsce, gdzie najlepiej leczą tę chorobę. Zatem: tam ją przewieziemy.

Wsadzili mnie do karetki i zaczęli krzyczeć: Giorgia! Giorgia! Nie rozumiałam, dlaczego. Zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji i chcieli, abym nie zasnęła i była przytomna. W rzeczywistości byłam jak najbardziej przytomna. Zdążyłam jeszcze poinformować kilkoro przyjaciół. Już sama myśl o tym, że mam zapalenie wątroby, że mogę zostać nawet miesiąc w szpitalu, brać antybiotyki i przyjmować zastrzyki, przerażała mnie. Dla mnie był to dramat. Co by było, gdybym wiedziała, co mnie czeka tak naprawdę.

Przyjechaliśmy na pogotowie w Niguardzie, gdzie zaczęli mi robić jedno badanie po drugim. Widziałam lekarzy przychodzących i odchodzących, którzy biegali tu i tam. Zaczynałam się denerwować. Traktowali mnie, jak gdybym była chora, a ja wcale nie czułam się chora. Pamiętam, że musiałam pójść do toalety i zapytałam, gdzie jest. Przynieśli mi basen mówiąc: nie możesz się podnosić. Był to cios. Zaczęłam płakać. Jedna z lekarek zapytała, czy zjadłam coś dziwnego albo brałam narkotyki. Narkotyki? Nie, nie. Pomyślałam o gotowym makaronie z grzybami sprzed kilku dni. W McDonaldzie: nie, jest wstrętny, ale nie może wywołać czegoś takiego. Tak naprawdę wyniki moich badań pogarszały się coraz bardziej. A lekarze zachodzili w głowę, aby coś z tego zrozumieć.

„Moja mama zapytała mnie: dlaczego?”

Pamiętam, że zaczęłam myśleć: a jeśli leczą zapalenie wątroby typu A, a ja mam zapalenie wątroby typu B? Czy odwrotnie? Istnieje tajemnica zawodowa lekarzy, powiem im o tabletce, a potem poproszę, aby nie informowali o tym rodziców. Próbowałam zatrzymać lekarkę, która skakała z jednej strony na drugą i mówiła: nie mam czasu, nie mam czasu. Nalegałam: muszę pani powiedzieć coś ważnego. Podeszła: mów. I ja zaczęłam, kręcąc: być może, raz włożyli mi coś do koktajlu. Nie chciałam powiedzieć, że to ja sama. Zapytała mnie o dokładną ilość „tego”. Przyznałam się: pół tabletki. Natychmiast zrozumiała powagę sytuacji.